facebook
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1999. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1999. Pokaż wszystkie posty

14 stycznia 2015

Hate Eternal – Conquering The Throne [1999]

Hate Eternal - Conquering The Throne recenzja okładka review cover
Debiut Nile zbawił death metal – w tym stwierdzeniu jest po równo prawdy i przesady. Z jednej strony zajebistości "Amongst The Catacombs Of Nephren-Ka" podważyć w żaden sposób nie można, a z drugiej nie była to przecież jedyna płyta, która tchnęła nowe życie w gatunek pod koniec ubiegłego wieku. Innym, równie ważnym albumem był "Conquering The Throne" rozkręcającego się powoli Hate Eternal. Erik Rutan, mózg kapeli, nie mógł się w pełni realizować w Morbid Angel, więc jako typ ambitny stworzył zespół, którego — jak ciągle podkreślał — sam chciałby słuchać. Kolegów dobrał sobie może i niezbyt znanych (oczywiście z wyjątkiem Cerrito), ale sprawnych jak cholera. To właśnie z nimi nagrał (i wyprodukował) płytę, z pomocą której przypuścił atak na death metalowy tron – soczysty ochłap bardzo szybkiej (nie bez przyczyny Tima Yeunga podpisali we wkładce jako 'pocisk'), technicznej i nieskalanej obcymi wpływami napierduchy.

5 sierpnia 2014

Testament – The Gathering [1999]

Testament - The Gathering recenzja okładka review cover
Amerykańscy weterani thrash’u, pomimo niezłej popularności, nie dorobili się w latach 80. XX w. statusu kapeli wpływowej, co było udziałem chociażby Metallicy, Slayera, Kreatora czy Sepultury. Na taki moment musieli naprawdę długo poczekać – aż do przełomu wieków. Świadomie czy nie, wybrali bardzo dobry moment, bo i materiał sprokurowali przełomowy. Co ważne – nie tylko dla siebie, gdyż bez większego deliberowania można skonstatować, że z pomocą "The Gathering" przewartościowali gatunek i przystosowali go do nowych, brutalnych czasów. Powiewem świeżości i przejściem na właściwe tory był już "Low", tendencję do radykalizacji oblicza potwierdził (przy pewnych ubytkach w finezji) wściekły "Demonic", zaś "The Gathering" jest już w pełni świadomie dopieszczoną syntezą co lepszych patentów z thrash i death metalu podaną w takim brzmieniu i zagraną z takim wykopem, że kolana miękną, a pęcherz — z wrażenia czy radości — przestaje trzymać.

29 czerwca 2014

Nevermore – Dreaming Neon Black [1999]

Nevermore - Dreaming Neon Black recenzja okładka review cover
Jeden z najlepszych, ale i najtrudniejszych krążków Amerykanów. Ponad godzina bardzo przygnębiających i wywołujących ciarki klimatów, które wylewają się z głośników na każdym kroku. Nevermore od początku swojego istnienia poruszali się w dość ambitnych kręgach, zarówno tematycznie, jak i muzycznie, jednak to, co dzieje się na "Dreaming Neon Black" jest o klasę bardziej zaangażowane w porównaniu z innymi albumami grupy. A wszystko za sprawą konceptu, który przedstawia prawdziwą historię dziewczyna Dane'a, która wpadła w sidła sekty. Idei krążka podporządkowano całość przedsięwzięcia, znacznie schodząc z wysokich rejestrów, także w przypadku solówek, oraz całkowicie już ucinając, nigdy nie za obfite przecież, jakiekolwiek przejawy wesołości. Album raczej niespiesznie, ale i nie za wolno, rozgrywa się w średnich i niskich tonacjach, a ciężar dodatkowo potęgują monolityczność i gęstość motywów. Żaden inny album Nevermore nie był tak duszny i przytłaczający, ale także homogeniczny na poziomie pojedynczych utworów.

11 marca 2013

Summoning – Stronghold [1999]

Summoning - Stronghold recenzja okładka review cover
Jeżeli spodziewaliście się zjebki pod adresem ostatniego dziecka (a raczej bękarta) Wilczego Pająka, to musicie uzbroić się w cierpliwość i jeszcze chwilę wytrzymać. W końcu to wiekopomne dzieło zasługuje na recenzję co najmniej Pulitzerową, albo innego Zajdla. A dziś będzie kompletnie z innej beczki: druga strona czarnej, metalowej tęczy, gdzie skrzaty mają wygódkę – symfoniczny black/ambient rodem z Austrii, czyli nie kto inny jak tolkienizujący duet Summoning. Trzy lata po poprawnym "Dol Guldur", panowie Protector i Silenius wygłówkowali na tyle świeżego stuffu, że światło dzienne ujrzała nowa, czwarta już w dorobku zespołu, płytka. Całkiem bardzo dobra płytka jeśli mam być (dla odmiany, hehe) szczery. A na niej zmiany, zmiany i jeszcze raz... to, co zwykle. Oczywiście o żadnej rewolucji nie ma mowy, ale o ewolucji – to już jak najbardziej tak. Zacznę od elementu nie najbardziej oczywistego, lecz od kawałka zatytułowanego "Where Hope and Daylight Die", w który to kawałku gościnnie wystąpiła, szerzej nieznana, Tania Borsky.

26 czerwca 2012

Immolation – Failures For Gods [1999]

Immolation - Failures For Gods recenzja okładka review cover
Gdybym spośród krążków Immolation miał wybrać ten, na którym w największym stopniu odczuwalny jest chaos, bez wahania (choć to zależy od spożycia...) wskazałbym na "Failures For Gods". Są tego dwie przyczyny: muzyka i brzmienie (o którym później). W składzie pojawił się znakomity Alex Hernandez (ex-Fallen Christ), co zaowocowało szybszymi napierdolami, jak i ogólnie bardziej zawiłą jazdą. Spisuje się naprawdę dobrze, jego partie są bardziej urozmaicone i po prostu ciekawsze niż te Craiga. Reszta, w dużym uproszczeniu, pozostała ta sama – zakręcone riffy (ale jeszcze bardziej techniczne), pokręcone solówki i brudne, charczące wokale. 40 minut tego brutalnego tornada, tak charakterystycznego dla Immolation, przynosi kilka potężnych numerów, z których na miano największego hitu zasługuje na pewno wściekły 'No Jesus, No Beast'.

5 maja 2012

Immortal – At The Heart Of Winter [1999]

Immortal - At The Heart Of Winter recenzja okładka review cover
Pamiętam, że następca wyśmienitego "Blizzard Beasts" początkowo wywołał u mnie pewne przerażenie. Było to oczywiście związane z liczbą utworów – jest ich tylko sześć; na poprzedniku było o trzy więcej a trwał mniej niż pół godziny, więc w tym przypadku mogło skończyć się nawet na epce. Tak się jednak nie stało, bo "At The Heart Of Winter" to aż 46 minut (sami przyznajcie, że to bardzo dużo jak na Immortal) klasowej, profesjonalnie podanej muzyki. Po prostu – na tej płycie Norwedzy wyraźnie zmienili koncepcję grania, skupiając się bardziej na ciekawszych aranżacjach niż podkręcaniu ekstremy. Poszczególne numery są zdecydowanie bardziej rozbudowane (poszły w kierunku 'Mountains Of Might'), mniej brutalne, dużo w nich zmian tempa i nastroju, znacznie więcej techniki (bez znaczenia, studyjnej czy spod palców) i urozmaiceń. Dołożyć do tego należy dość istotną kwestię – zespół... zwolnił.

14 stycznia 2012

Necrophagist – Onset Of Putrefaction [1999]

Necrophagist - Onset Of Putrefaction recenzja okładka review cover
10 – żeby była jasność od samego początku. Bezdyskusyjnie szczytowe osiągnięcie tureckiej myśli muzycznej. Dzieło niemal doskonałe nie tylko w ramach gatunku, ale także w ogólnym rozumieniu. Krążek, który nawet dziś pozostaje wzorem dla kolejnych, pojawiających się niczym muchy przy gównie, brutalnych techników. Wzorem, ale także granicą, do której bardzo niewielu udało się zbliżyć nie wspominając o jakimkolwiek przekraczaniu. I to mimo tego, że za "Onset of Putrefaction" stoi (prawie) sam jeden Muhammed. Tylko że Muhammed to chłop na schwał, a nie jakiś tam nadmuchany, zakochany we własnym odbiciu obszczymur z gitarą i wie jak muzykę komponować i wie jak muzykę grać. W dodatku Allah nie pożałował mu talentu w palcach przez co jest szybki niczym Speedy Gonzales i Struś Pędziwiatr razem wzięci.

17 lipca 2011

Demise – Like A Thorn [1999]

Demise - Like A Thorn recenzja okładka review cover
Demise, podobnie jak kilka innych ciekawych, świeżych i wartościowych kapel (jak choćby Tenebris, Misteria, Trauma...), mieli taki problem, że niezbyt szczęśliwie trafili w kraj pochodzenia. Przykład? Proszę bardzo – recenzowana płyta została nagrana w 1997 roku, a oficjalnie wydana dopiero dwa lata później, po czym przepadła w cholerę, nie wzbudzając w zasadzie żadnego zainteresowania. Żeby było ciekawiej, chłopaki bodaj jako pierwsi w kraju grali death metal inspirowany tą bardziej melodyjną wersją szwedzkiej młócki — At The Gates, Eucharist czy najbardziej ekstremalnymi wyczynami Dark Tranquillity — i to grali na najwyższym poziomie, bijąc przy tym na głowę wiele skandynawskich projektów. Materiał z "Like A Thorn" to znakomity przykład na to, w jaki sposób sprawnie łączyć szybkość i brutalność z melodią i świetną techniką, żeby powstał zestaw kilku jebitnie przebojowych, bardzo koncertowych utworów.

2 maja 2011

God Dethroned – Bloody Blasphemy [1999]

God Dethroned - Bloody Blasphemy recenzja okładka review cover
Owoce wieloletniej kariery God Dethroned zawsze były co najmniej dobre, parę razy trafiły się i znakomite, zresztą do dziś holenderska ekipa radzi sobie niezwykle sprawnie, nawet pomimo braku znaczącej promocji ze strony wytwórni. Nie zmienia to faktu, że pozycja najmocniejszego punktu ich dyskografii — opisywanego "Bloody Blasphemy" — wydaje się niezagrożona. Na trzeciej płycie tej kapeli po prostu wszystko się zgadza, a proporcje między najważniejszymi elementami — ostrą młócką i zajebistymi melodiami — są kapitalnie wyważone. Trzon muzyki stanowi świetnie brzmiący, dynamiczny i brutalny death metal z lekkim blackowym sznytem: agresywny wokal, szybkie blasty, porządna motoryka (Slayer!), dobre solówki, cholernie zaczepne riffy, a wszystko to cacy pod względem technicznym.

20 stycznia 2011

Broken Hope – Grotesque Blessings [1999]

Broken Hope - Grotesque Blessings recenzja okładka review cover
"Grotesque Blessings" to narkotyczna dawka popieprzonego jak Jerzy "Gdzie Masz Chuju Czapkę!?" Kropiewnicki death metalu, zaś Broken Hope to wyrafinowane techniczne szaleństwo! Całość można określić jako rzeź, zagładę i totalne zniszczenie, ale i tak żadne z tych przytoczonych słów nie jest w stanie w pełni oddać potęgi i wielkości Broken Hope! Ludzie przyzwyczajeni do ładnych melodyjek, równego tempa, czystych wokali i przejrzystych aranżacji mogą sobie spokojnie darować ten zespół, jak i wszystkie jego wydawnictwa, z naciskiem na "Loathing" i właśnie opisywane. Już same introsy (wśród nich m.in. sample z "Egzorcysty") powalają na kolana – takich poronionych motywów można by się raczej spodziewać po zatwardziałych gore-grindersach... Przechodząc do samej muzyki.

29 grudnia 2010

Samael – Eternal [1999]

Samael - Eternal recenzja okładka review cover
Jak już zdążyliście poznać po ocenie, "Eternal" to dla mnie znakomity krążek. Przyznaję, że gdy po raz pierwszy usłyszałem 'luzem' kilka kawałków z tej płyty, byłem nimi ogromnie rozczarowany (z wyjątkiem genialnego 'The Cross', bo ten akurat chyba podoba się każdemu). Ale... no właśnie – gdy zapoznałem się z całością, to zwyczajnie nie mogłem wyjść z zachwytu. Ta płyta rajcuje mnie nadal i pewnie będzie tak długo, bo wiem, że "Eternal" na pewno będzie wieczny, gdyż przemawia do słuchacza (a przynajmniej do mnie) bogatą warstwą muzyczną oraz potężnym ładunkiem przeróżnych emocji zawartych w tekstach. Muzyka Szwajcarów na przestrzeni lat stopniowo ewoluowała, przeobrażała się, lecz za każdym razem była czymś wyjątkowym, nowym, nie do podrobienia (nawet dla Alastis he, he...). Tylko ostatnimi laty ta wyjątkowość wyraźnie im siadła, przekształcając się w... hmm, jakieś nieskoordynowane cuś.

17 września 2010

Reinfection – They Die For Nothing [1999]

Reinfection - They Die For Nothing recenzja okładka review cover
Bitą dekadę temu Reinfection mieli okazję konkretnie namieszać na światowych listach krwawych przebojów, ale tak się jakoś dziwnie poukładało, że kapela przepadła w cholerę – najprawdopodobniej przysłonięta jakimś szambem, któremu ktoś nadał pozory perfumerii zaraz po wybuchu mody na grind core’a. Źle się stało, powiadam wam, albowiem sprokurowany przez chłopaków cudny death-grindowy debiut powinien ich ustawić w pierwszej lidze. "They Die For Nothing" zaczyna się naprawdę uroczo, bo od odgłosów konających przedstawicieli naszej elitarnej klasy politycznej, którzy — jak to świnie — po utuczeniu przy złotym korycie, kończą swój nędzny żywot w dość przykry sposób – w symfonii kwików, pochrząkiwań i, zdaje się, wyładowań elektrycznych. Dalszy, niespełna półgodzinny ubój ma już charakter czysto muzyczny,

16 kwietnia 2010

Hypocrisy – Hypocrisy [1999]

Hypocrisy - Hypocrisy recenzja okładka review cover
Okładka ładna, a nawet bardzo ładna, zapowiadająca kontynuację bomb Hypo z "Abducted" i "The Final Chapter", ale w środku... No cóż, nie spodziewałem się tak słabego albumu po Hypocrisy. Krążek mam już kilka ładnych, długich lat i za każdym razem jak go włączam, mam problem. Problem z wysłuchaniem go do końca. Jak dla mnie męka! W większości utworów brak jest brutalnych voakli, są same czyste, a na dodatek wszystko opatrzone jest słodkimi melodyjkami. Peter & Co przesadzili z melodyjnością, która często jest tak mdła jak tania słodka buła od nędznego cukiernika, przesadzili z klawiszami, które ani nie są mroczne, ani tajemnicze, są po prostu nijakie. Głównie te dwie rzeczy zabiły klimat, zabiły brutalność, zabiły jad Hipokryzji. W sumie trudno tu szukać jakiegokolwiek jadu.

24 marca 2010

Altar – In The Name Of The Father [1999]

Altar - In The Name Of The Father recenzja okładka review cover
Altar nigdy nie należał do czołówki europejskiego death metalu i nawet w swoim kraju pozostawał w cieniu gwiazd pokroju Pestilence, Asphyx, Gorefest czy Sinister. Owszem, zawsze prezentował niezły poziom, ale też nigdy nie było to nic na tyle wielkiego, żeby pomogło chłopakom wybić się z drugiej ligi. Jednak... po kilku latach działalności dorobili się w swej dyskografii krążka, który poniewiera od początku do samego końca. "In The Name Of The Father" to kapitalny album, będący syntezą tego, co w europejskim i amerykańskim death metalu najlepsze z domieszką drobnych pozostałości po "Provoke" (chodzi o hard core’owe naleciałości). Mamy zatem świetną motorykę, solidny poziom brutalności, dużą rozpiętość prezentowanego tempa (doskonałym tego przykładem jest 'I Spit Black Bile On You' – zaczyna się hiperciężko by w końcówce rozpędzić się do konkretnego galopu),

Angelcorpse – The Inexorable [1999]

Angelcorpse - The Inexorable recenzja okładka review cover
"The Inexorable", jeden z moich ulubionych death metalowych krążków w ogóle, mógłby być pięknym zwieńczeniem kariery Amerykanów, gdyby nie to, że spieprzyli sprawę reaktywacją i wydaniem "Of Lucifer And Lightning". Zaniżona w ten paskudny sposób opinia o muzykach w żaden sposób nie zmienia jednak postrzegania przeze mnie ich poprzednich dokonań, z których album numer trzy jest tym najbardziej wypierdolistym. W końcu przecież nie trafił do kategorii moich największych faworytów przez przypadek. Ludziska, mnie tu pasuje absolutnie wszystko! "The Inexorable" to oczywiście techniczny death metal, ale taki z epoki zanim jeszcze wszystkich pojebało w pogoni za najbardziej złożonymi strukturami, kiedy technika szła w parze z odpowiednim feelingiem i podziemnym nastawieniem.

23 marca 2010

Lux Occulta – My Guardian Anger [1999]

Lux Occulta - My Guardian Anger recenzja okładka review cover
"My Guardian Anger" uważam za najlepszy krążek nieistniejącego już Lux Occulta i podejrzewam, że w tej opinii nie jestem odosobniony. Co więcej, to chyba jedno z lepszych nagrań w ramach całego symfonicznego death-black, choć dla mnie największe wady albumu wynikają właśnie z owej 'symfoniczności'. Ale po kolei. Poprzednie płyty Luksusowych Okultystów — mimo paru lepszych momentów — nie mogły zwiastować takiej zwyżki formy, z jaką mamy tutaj do czynienia. Przede wszystkim muzyka zyskała na charakterze, wyrazistości przez pójście w bardziej death’owe uderzenie: gęstsze partie perkusji oraz silniej zaakcentowane, technicznie zaawansowane faktury gitar. Ta zmiana wyszła zespołowi na dobre, bo wreszcie to, co powinno stanowić rdzeń muzyki jest należycie uwypuklone, a nie zepchnięte do roli tła, jak to poprzednio bywało.

Empyrium – Where At Night The Wood Grouse Plays [1999]

Empyrium - Where At Night The Wood Grouse Plays recenzja okładka review cover
No to dojebali Niemcy tym albumem jak Marek Jurek dziarską deklaracją wyjścia z PiS oraz chęcią odnowienia prawej strony polskiej sceny politycznej (w związku z czym — jak wszyscy wiemy — zamienił M.J. wygodny fotel marszałka na kanapę zwaną Prawica RP). Porównanie, choć zgrabne i eleganckie, jest prawdziwe tylko do momentu 'dziarską deklaracją', bo — w przeciwieństwie do Marka 'zgadnij, które to moje imię' Jurka — nie wylądowali, końcem końców, wraz z "Where..." na śmietniku historii. Poczyniony przez nich krok można wręcz przyrównać do oświadczenia brata Jarosława o samo wypędzeniu się z Polski i przeniesieniu na Alaskę (nawet jeśli, niestety, nie miało ono miejsca). Takie oto stwierdzenie można znaleźć na The Metal Archives: "This album is an Acoustic Folk album. No metal on this one".

Demons & Wizards – Demons & Wizards [1999]

Demons & Wizards - Demons & Wizards recenzja okładka review cover
No, dość już z tym ponuractwem i smęceniem! Czas na coś naprawdę kopiącego i przebojowego, czas na Demons & Wizards, czyli side project Jona Schaffera, gitarzysty Iced Earth oraz Hansiego Kurscha – gardłowego Blind Guardian. Projekt dotychczas dwupłytowy, aczkolwiek nie jest wykluczone, że panowie połaszą się jeszcze na jakieś hołdy i wyrazy uznania, które niewątpliwie będą towarzyszyły ich kolejnemu albumowi i wpadną do studia na małe posiedzenie. Dziś jednak zajmę się ich debiutem, przewrotnie zatytułowanym "Demons & Wizards". Mimo iż nazwa podobno zahacza gdzieś o Uriah Heep (co nie jest niczym zaskakującym biorąc pod uwagę zamiłowanie Hansiego do klasyków hard rocka), sama muzyka jest raczej wypadkową dokonań prezentowanych przez macierzyste kapele. Jest więc trochę icedowych riffów, nawet bardzo trochę i tyleż samo blindowych wokaliz, aczkolwiek śpiew często ma także tę charakterystyczną, rockową manierę. Spokojna jednak wasza głowa, bowiem wtórności nie ma żadnej, jest świeżo i pachnąco.

Lock Up – Pleasures Pave Sewers [1999]

Lock Up - Pleasures Pave Sewers recenzja okładka review cover
Materiał znajdujący się na debiucie Lock Up to grind/death, bardzo podobny do młócki uprawianej przez Napalm Death. Ale nic dziwnego, ponieważ autorem utworów jest nie kto inny jak basman Napalmów – Embury, a do tego grał z nim gitarzysta Jesse Pintado (R.I.P.). W nagrywaniu jedynki Lock Up ponadto wzięli udział: pierwsza osobistość skandynawskiej sceny metalowej – Peter Tagtgren, który wziął na siebie obowiązki vokalisty oraz gruby prosiak Nick Barker siedzący za bębnami. Pałker ten znany jest bardzo dobrze co poniektórym z gry w Cradle Of Filth i Dimmu Borgir – fuj. W każdym bądź razie, wieprz ów nagrał dobre, szybkie i intensywne partie perkusji. Utwory są krótkie, szybkie i agresywne. Jak już wcześniej wspomniałem "Pleasures Pave Sewers" zbliżony jest do Napalm Death, szczególnie do "Utopia Banished" (oczywiście nie aż tak dobry),

Marduk – Panzer Division Marduk [1999]

Marduk - Panzer Division Marduk recenzja okładka review cover
Tak się jakoś złożyło, że nie było u nas jeszcze ani jednej recki blackowej płyty – słuszna to idea, gorąco popieram, ale czas najwyższy, żeby w końcu po coś z czarnej półki sięgnąć. A jeśli już przełamywać opory i zdobywać się na taki wysiłek, to lepiej, żeby krążek był wart zachodu. No to ja państwu proponuję jeden z najlepszych w gatunku. "Panzer Division Marduk" to muzyczna perełka poświęcona wojnie, Szatanowi i zniszczeniu. Orgia rozpierduchy rozpoczyna się dźwiękami z pola bitwy: "Fajer!" – salwa, "Fajer!!" – salwa, "Fajeeer!!!" – salwa... Dalej również jest jak na wojnie (i to takiej klasycznej, nie nowoczesnej z trzema trupami na krzyż i zabawą w podchody) – nieustająca rzeź! Trzydzieści minut totalnie ekstremalnego i dzikiego napierdolu na najwyższym poziomie.