Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1999. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1999. Pokaż wszystkie posty

14 stycznia 2015

Hate Eternal – Conquering The Throne [1999]

Hate Eternal - Conquering The Throne recenzja okładka review coverDebiut Nile zbawił death metal – w tym stwierdzeniu jest po równo prawdy i przesady. Z jednej strony zajebistości "Amongst The Catacombs Of Nephren-Ka" podważyć w żaden sposób nie można, a z drugiej nie była to przecież jedyna płyta, która tchnęła nowe życie w gatunek pod koniec ubiegłego wieku. Innym, równie ważnym albumem był "Conquering The Throne" rozkręcającego się powoli Hate Eternal. Erik Rutan, mózg kapeli, nie mógł się w pełni realizować w Morbid Angel, więc jako typ ambitny stworzył zespół, którego — jak ciągle podkreślał — sam chciałby słuchać. Kolegów dobrał sobie może i niezbyt znanych (oczywiście z wyjątkiem Cerrito), ale sprawnych jak cholera. To właśnie z nimi nagrał (i wyprodukował) płytę, z pomocą której przypuścił atak na death metalowy tron – soczysty ochłap bardzo szybkiej (nie bez przyczyny Tima Yeunga podpisali we wkładce jako 'pocisk'), technicznej i nieskalanej obcymi wpływami napierduchy. Na "Conquering The Throne" cała ekipa Hate Eternal zapieprza ile pary w kończynach, czego efektem są utwory krótkie (średnia to 3 minuty), zwięzłe i nielicho intensywne. Rutan, w przeciwieństwie do Azagthotha, nie był zainteresowany ani poszerzaniem horyzontów ani okołomuzycznymi zapchajdziurami i dlatego na własnym krążku zawarł jedynie esencję death metalu – bez miejsca na domysły i rozbieżne interpretacje. Począwszy od otwierającego buuum w 'Praise Of The Almighty', przez wściekły 'Dogma Condemned', rozdzierający solówką 'Catacombs', pokręcony 'By His Own Decree', pozbawiony przestojów 'Dethroned', 'Spiritual Holocaust' (ten napierający podkład pod solówki!), po wieńczące album buuum w świszczącym 'Saturated In Dejection' mamy do czynienia z ekstremalną jazdą na najwyższym poziomie. O tym, że Erik to bardzo utalentowany gitarzysta (posłuchajcie sobie solówek!) i kompozytor, wszyscy wiedzieli już wcześniej. O tym, że niezgorszy z niego wokalista – przekonali się na "Conquering The Throne", gdzie wespół z Jaredem tworzy pięknie rzygający brutalnością duet. Debiut Hate Eternal ma tylko jedną, w dodatku naciąganą wadę, która dla wielu i tak minusem nie będzie – muzyka często kojarzy się z dokonaniami Morbid Angel i — choć w mniejszym stopniu — z Suffocation. Biorąc pod uwagę, kto stoi za materiałem – nie dało się tego uniknąć, bo obaj gitarniacy dysponują swoim stylem, który zawsze jest obecny w ich grze, niezależnie pod jaką nazwą występują. Żeby jednak oddać Amerykanom sprawiedliwość – pierwszy krążek Nile również nie był wolny od tych wpływów. Oryginalny czy nie, "Conquering The Throne" i tak jest już klasykiem.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.hateeternal.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

5 sierpnia 2014

Testament – The Gathering [1999]

Testament - The Gathering recenzja okładka review coverAmerykańscy weterani thrash’u, pomimo niezłej popularności, nie dorobili się w latach 80. XX w. statusu kapeli wpływowej, co było udziałem chociażby Metallicy, Slayera, Kreatora czy Sepultury. Na taki moment musieli naprawdę długo poczekać – aż do przełomu wieków. Świadomie czy nie, wybrali bardzo dobry moment, bo i materiał sprokurowali przełomowy. Co ważne – nie tylko dla siebie, gdyż bez większego deliberowania można skonstatować, że z pomocą "The Gathering" przewartościowali gatunek i przystosowali go do nowych, brutalnych czasów. Powiewem świeżości i przejściem na właściwe tory był już "Low", tendencję do radykalizacji oblicza potwierdził (przy pewnych ubytkach w finezji) wściekły "Demonic", zaś "The Gathering" jest już w pełni świadomie dopieszczoną syntezą co lepszych patentów z thrash i death metalu podaną w takim brzmieniu i zagraną z takim wykopem, że kolana miękną, a pęcherz — z wrażenia czy radości — przestaje trzymać. Zresztą podobne reakcje powoduje poziom wykonawczy – w tak przejebanym składzie — a przypominam, że obok trzonu Billy-Peterson udzielają się tu jeszcze DiGiorgio, Lombardo i Murphy — nie mogli odwalić fuszery, choćby nawet bardzo się starali i mieli za sobą maraton "Mody na sukces". Co istotne, w parze z instrumentalnym mistrzostwem idą umiejętności czysto kompozytorskie, dzięki czemu album rozwala rozpasaniem aranżacyjnym, ale bez zbędnego popisywania się. Już początek płyty wgniata w ziemię kapitalnym intrem, przechodzącym się w masywne, przepotężne pierdolnięcie w postaci 'D.N.R. (Do Not Resucitate)' – totalny wykurw, za który wiele kapel z ekstremalnej czołówki dałoby się pokroić na plasterki. O jego zajebistej intensywności świadczy choćby to, że nijak nie dało się w niego wcisnąć solówki. Kolejne minuty tego wybuchowego materiału także nie dostarczają powodów do narzekań, ale powiedzcie sami – jak tu się przyczepić do 'True Believer', 'Legions Of Dead', 'Eyes Of Wrath' albo 'Allegiance'? Zwyczajnie się, kurwa, nie da, bo to prawdziwe perły inteligentnego, nowoczesnego metalu! Na upartego, jako jedyny minusik tej płyty mógłbym wymienić zbyt małą ilość solówek Murphy’ego, ale to już moje prywatne spaczenie, bo mam pierdolca na punkcie jego gry. Każdy inny element "The Gathering" powala i zachwyca.


ocena: 10/10
demo
oficjalna strona: www.testamentlegions.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

29 czerwca 2014

Nevermore – Dreaming Neon Black [1999]

Nevermore - Dreaming Neon Black recenzja okładka review coverJeden z najlepszych, ale i najtrudniejszych krążków Amerykanów. Ponad godzina bardzo przygnębiających i wywołujących ciarki klimatów, które wylewają się z głośników na każdym kroku. Nevermore od początku swojego istnienia poruszali się w dość ambitnych kręgach, zarówno tematycznie, jak i muzycznie, jednak to, co dzieje się na "Dreaming Neon Black" jest o klasę bardziej zaangażowane w porównaniu z innymi albumami grupy. A wszystko za sprawą konceptu, który przedstawia prawdziwą historię dziewczyna Dane'a, która wpadła w sidła sekty. Idei krążka podporządkowano całość przedsięwzięcia, znacznie schodząc z wysokich rejestrów, także w przypadku solówek, oraz całkowicie już ucinając, nigdy nie za obfite przecież, jakiekolwiek przejawy wesołości. Album raczej niespiesznie, ale i nie za wolno, rozgrywa się w średnich i niskich tonacjach, a ciężar dodatkowo potęgują monolityczność i gęstość motywów. Żaden inny album Nevermore nie był tak duszny i przytłaczający, ale także homogeniczny na poziomie pojedynczych utworów. W takich właśnie warunkach można poznać prawdziwą klasę muzyków, którzy nie mogąc uciec się do typowych sztuczek i trików (czyli szybko, głośno i wysoko), muszą znaleźć inny sposób na zapełnienie przestrzeni. Jeżeli ktoś miał wcześniej jakiekolwiek wątpliwości co do talentu Loomisa, po lekturze "Dreaming Neon Black" z pewnością się ich wyzbył, bowiem takich riffów nie powstydziliby się najlepsi wioślarze – są treściwe, bezkompromisowe i w chuj ciężkie. Ale to Dane jest jedynym, prawdziwym bohaterem tego albumu. Już nawet nie tylko ze względu na to, co śpiewa, co również sam skomponował, ale jak śpiewa. Tyle desperacji, bezsilności, ale i wkurwu ze świecą szukać. Panowie Nick Cave i Peter Steele mogą czuć się pokonani (choć ten drugi już w nieco mniejszym stopniu). Jeszcze tylko raz udało się Dane'owi wzbić się na podobne wyżyny perfekcji i geniuszu, a stało się to przy okazji "This Godless Endeavor". A to musi coś znaczyć. Naprawdę trudno mi wskazać lepsze kawałki, każdy z dwunastu jest bowiem miniaturą całego dzieła, zawiera w sobie wszystko, nad czym się dotychczas trzepałem. Może "Deconstruction", może "The Lotus Eaters", a może ""Poison Godmachine", ale na dobrą sprawę mógłbym tu wpisać dowolny inny. Jedyną wadą "Dreaming Neon Black" jest natomiast tylko wszystko to, co napisane powyżej. Do tego krążka trzeba podchodzić z konkretnym nastawieniem, a to nie jest łatwe i nie każdemu może się chcieć.


ocena: 9/10
deaf

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

11 marca 2013

Summoning – Stronghold [1999]

Summoning - Stronghold recenzja okładka review coverJeżeli spodziewaliście się zjebki pod adresem ostatniego dziecka (a raczej bękarta) Wilczego Pająka, to musicie uzbroić się w cierpliwość i jeszcze chwilę wytrzymać. W końcu to wiekopomne dzieło zasługuje na recenzję co najmniej Pulitzerową, albo innego Zajdla. A dziś będzie kompletnie z innej beczki: druga strona czarnej, metalowej tęczy, gdzie skrzaty mają wygódkę – symfoniczny black/ambient rodem z Austrii, czyli nie kto inny jak tolkienizujący duet Summoning. Trzy lata po poprawnym "Dol Guldur", panowie Protector i Silenius wygłówkowali na tyle świeżego stuffu, że światło dzienne ujrzała nowa, czwarta już w dorobku zespołu, płytka. Całkiem bardzo dobra płytka jeśli mam być (dla odmiany, hehe) szczery. A na niej zmiany, zmiany i jeszcze raz... to, co zwykle. Oczywiście o żadnej rewolucji nie ma mowy, ale o ewolucji – to już jak najbardziej tak. Zacznę od elementu nie najbardziej oczywistego, lecz od kawałka zatytułowanego "Where Hope and Daylight Die", w który to kawałku gościnnie wystąpiła, szerzej nieznana, Tania Borsky. Jak nam Encyclopaedia Metallum podpowiada, pani ta swego czasu była związana z Protectorem i chyba temu należy zawdzięczać jej udział. Niemniej jednak swoją działkę odwaliła dobrze, może nawet bardzo dobrze. I tu mała uwaga: po dłuższym czasie doszedłem do wniosku, że pewne zafałszowania w wokalach Tanii to, dość oryginalny trzeba przyznać, środek wyrazu artystycznego. To, że potrafi śpiewać raczej nietrudno się domyślić, zaś owe zafałszowania doskonale wpisują się w summoningową ornamentykę złej strony mocy, czyli nawet jeśli lirycznie, to w wypaczony sposób. Przyznam, że chwilę mi zajęło dojście do takiego rozumienia, jednak daje ono dodatkowe bodźce i emocje, których mógłbym nie zaznać zamykając się na taką interpretację. Brawo panowie, well played. Wracając jednak do głównego wątku zmian, to chodzi oczywiście o gitary. Dużo gitar, dużo mądrych, pierwszoplanowych gitar, które zrobiły (popularny ostatnio) coming-out i podpieprzyły tu i ówdzie główne skrzypce syntezatorom (uścisk ręki pana Zbigniewa z Białegostoku dla tego, kto przetłumaczy to jakiemuś Amerykaninowi). Udało się dzięki temu wziąć najlepsze z dotychczasowych dzieł, tzn. surowe, blackowe, będące przecież ucieleśnieniem Melkorowego zła gitary rodem z "Lugburz" (bez przygłupawych melodii rodem z "Lugburz") oraz bombastyczne, na wskroś epickie i podniosłe aranżacje syntezatorowe z "DG" i "MM" wraz z takimiż stamtąd melodiami. Dwa w jednym, czyli na złość rozpadowi Austro-Węgier. Podsumowując: zmian wielkich nie ma i być nie mogło, bo i po co. Cieszy powrót gitar, utrzymanie wysokiego poziomu kompozycji i kolejna godzina w Śródziemiu widzianym oczami Zła. Mnie więcej przekonywać nie trzeba.


ocena: 8/10
deaf
oficjalna strona: www.summoning.info

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

26 czerwca 2012

Immolation – Failures For Gods [1999]

Immolation - Failures For Gods recenzja okładka review coverGdybym spośród krążków Immolation miał wybrać ten, na którym w największym stopniu odczuwalny jest chaos, bez wahania (choć to zależy od spożycia...) wskazałbym na "Failures For Gods". Są tego dwie przyczyny: muzyka i brzmienie (o którym później). W składzie pojawił się znakomity Alex Hernandez (ex-Fallen Christ), co zaowocowało szybszymi napierdolami, jak i ogólnie bardziej zawiłą jazdą. Spisuje się naprawdę dobrze, jego partie są bardziej urozmaicone i po prostu ciekawsze niż te Craiga. Reszta, w dużym uproszczeniu, pozostała ta sama – zakręcone riffy (ale jeszcze bardziej techniczne), pokręcone solówki i brudne, charczące wokale. 40 minut tego brutalnego tornada, tak charakterystycznego dla Immolation, przynosi kilka potężnych numerów, z których na miano największego hitu zasługuje na pewno wściekły 'No Jesus, No Beast'. Co do brzmienia... jest trochę dziwne a przy tym dalekie od ideału, czy choćby tego znanego z "Here In After". Wyraźnie zredukowano wysokie tony, bardzo słabo słyszalne są talerze, centralki natomiast są nazbyt 'kartonowe'. Niestety i gitarom brakuje większego kopa. Była to pierwsza produkcja z Paulem Orofino, więc może to efekt jakichś większych kompromisów? Kto ich tam wie... niby zaraz po premierze chłopaki bardzo zachwalali rezultaty uzyskane w Millbrook Sound Sudios, ale takie rzeczy wygaduje każdy zespół przy okazji nowej płyty. "Failures For Gods" to także wspaniale przygotowana (tak pod względem konceptu jak i wykonania) oprawa graficzna. Okładka i obrazek wewnątrz (ta sama sytuacja co na froncie, ale z innej perspektywy) doskonale łączą się z wymową tekstu do 'Once Ordained', szczególnie wersami "You will all be fooled / When he reveals himself". Ponadto obok każdego tekstu umieszczono odnoszącą się do jego treści rycinę. Warto ich zatem pochwalić za kapitalny i dość oryginalny pomysł. Lubicie brudną i ponurą a przy tym wyrafinowaną technicznie muzykę? No to już wiecie, co można sprawdzić.


ocena: 10/10
demo
oficjalna strona: www.everlastingfire.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

5 maja 2012

Immortal – At The Heart Of Winter [1999]

Immortal - At The Heart Of Winter recenzja okładka review coverPamiętam, że następca wyśmienitego "Blizzard Beasts" początkowo wywołał u mnie pewne przerażenie. Było to oczywiście związane z liczbą utworów – jest ich tylko sześć; na poprzedniku było o trzy więcej a trwał mniej niż pół godziny, więc w tym przypadku mogło skończyć się nawet na epce. Tak się jednak nie stało, bo "At The Heart Of Winter" to aż 46 minut (sami przyznajcie, że to bardzo dużo jak na Immortal) klasowej, profesjonalnie podanej muzyki. Po prostu – na tej płycie Norwedzy wyraźnie zmienili koncepcję grania, skupiając się bardziej na ciekawszych aranżacjach niż podkręcaniu ekstremy. Poszczególne numery są zdecydowanie bardziej rozbudowane (poszły w kierunku 'Mountains Of Might'), mniej brutalne, dużo w nich zmian tempa i nastroju, znacznie więcej techniki (bez znaczenia, studyjnej czy spod palców) i urozmaiceń. Dołożyć do tego należy dość istotną kwestię – zespół... zwolnił. Krążek jest utrzymany w średnio-szybkich tempach, co pozwoliło na częstsze korzystanie z 'mistycznych' (przyprawionych klawiszami) pasaży. Rzecz jasna, nie zrezygnowano zupełnie z blastów, ale nie mają już one charakteru chaotycznego wyziewu. W partiach Horgha wszystko jest bardziej dopracowane, dokładniejsze i bez wątpienia takie bębnienie może się podobać. Inne zmiany w stosunku do poprzednika to zwiększenie znaczenia melodii. Dokładnie, dzięki temu "At The Heart Of Winter" jawi się jako album wyjątkowo łatwo przyswajalny i przyjemny – chwytliwości niektórych fragmentów po prostu nie można zakwestionować. Wada to czy zaleta w black metalu? Można się spierać, mnie w każdym razie te melodie pasują. Zresztą wystarczy posłuchać 'Withstand The Fall Of Time', 'Where Dark And Light Don’t Differ' czy numeru tytułowego – toż to prawdziwe hicory, a przy tym muzyka na naprawdę wysokim poziomie. Godnym odnotowania jest również fakt że, płyta została nagrana w szwedzkim Abyss (producentem był Peter Tagtgren znany z Hypocrisy), więc i brzmienie jest inne niż wcześniej – dużo bardziej klarowne, cięższe, pozbawione starego syfu. Świetnie się sprawdza przy takiej bogatszej muzyce. Całość ma "to coś", dzięki czemu powracamy do "At The Heart Of Winter" coraz częściej, z coraz większą przyjemnością. Warto mieć w swojej kolekcji. Choćby po to, żeby zobaczyć, czym się kończy noszenie źle dopasowanej pieluchy, hehe...


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.immortalofficial.com

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

14 stycznia 2012

Necrophagist – Onset Of Putrefaction [1999]

Necrophagist - Onset Of Putrefaction recenzja okładka review cover10 – żeby była jasność od samego początku. Bezdyskusyjnie szczytowe osiągnięcie tureckiej myśli muzycznej. Dzieło niemal doskonałe nie tylko w ramach gatunku, ale także w ogólnym rozumieniu. Krążek, który nawet dziś pozostaje wzorem dla kolejnych, pojawiających się niczym muchy przy gównie, brutalnych techników. Wzorem, ale także granicą, do której bardzo niewielu udało się zbliżyć nie wspominając o jakimkolwiek przekraczaniu. I to mimo tego, że za "Onset of Putrefaction" stoi (prawie) sam jeden Muhammed. Tylko że Muhammed to chłop na schwał, a nie jakiś tam nadmuchany, zakochany we własnym odbiciu obszczymur z gitarą i wie jak muzykę komponować i wie jak muzykę grać. W dodatku Allah nie pożałował mu talentu w palcach przez co jest szybki niczym Speedy Gonzales i Struś Pędziwiatr razem wzięci. Tak więc skumulowały się w osobie Muhammeda różnorakie talenty, które w dziejach świata były udziałem np. Evil Chucka, Devina Townsenda i może dwóch innych osób. Druga strona medalu jest jednak taka, że przyroda, w której — jak powszechnie wiadomo — panuje równowaga, musi zbalansować takie nadzwyczajne nagromadzenie geniuszu, przez co w kolejnych po "Onset" latach ilość naprawdę dobrych albumów i kapel poleciała na łeb Zmarło się także Chuckowi, co tylko potwierdza tezę. Widać dziś doskonale, że kapel jest co prawda w bród, ale nie są one nic warte, a mówiąc pozytywami – są chuja warte. Mam tylko nadzieję, że taka sytuacja nie będzie trwała w nieskończoność i pojawi się choćby epka, która będzie w stanie porozstawiać mnie po kątach, nawet w okrągłym pokoju. W oczekiwaniu na niemożliwe, umilę sobie czas grą na pile, ewentualnie lekturą np. "Onset of Putrefaction". Krążek ten nadaje się bowiem na każdą okazję – w myśl zasady "gdy ci smutno, gdy ci źle, odpal Onset, podnieć się". Jest to jeden z tych nielicznych albumów, na których proporcje między brutalnością a finezją są doskonałe, przez co słucha się go łatwo niczym Czubówny. Przeszło pół godziny konkretnej sieczki wchodzi gładziutko i pozostawia po sobie przyjemne, ogólnoustrojowe rozjebanie. Niszczą riffy, niszczy wzbierająca falami brutalność aranżacji, niszczą w końcu — i to dokumentnie — solówki, których Muhammed jest prawdziwym mistrzem. Nawet mi się nie chce tego udowadniać – toż to przecież oczywista oczywistość. Lecz mimo ogólnego rozpierdolenia, człowiek czuje się dobrze, bycie rozwałkowanym cieszy go i człowiek chce więcej Muhammeda. Magia Necrophagist tkwi w tym właśnie, że dzieło zniszczenia dokonuje się nie kafarem, tylko wiertełkiem dentystycznym – w sposób wysoce cywilizowany i precyzyjny. I to jest owa finezja, o której już wspomniałem. Tak więc "Allah akbar", "z Bogiem" i biegiem zarzucać płytkę do odtwarzacza.


ocena: 10/10
deaf
oficjalna strona: www.necrophagist.de

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

17 lipca 2011

Demise – Like A Thorn [1999]

Demise - Like A Thorn recenzja okładka review coverDemise, podobnie jak kilka innych ciekawych, świeżych i wartościowych kapel (jak choćby Tenebris, Misteria, Trauma...), mieli taki problem, że niezbyt szczęśliwie trafili w kraj pochodzenia. Przykład? Proszę bardzo – recenzowana płyta została nagrana w 1997 roku, a oficjalnie wydana dopiero dwa lata później, po czym przepadła w cholerę, nie wzbudzając w zasadzie żadnego zainteresowania. Żeby było ciekawiej, chłopaki bodaj jako pierwsi w kraju grali death metal inspirowany tą bardziej melodyjną wersją szwedzkiej młócki — At The Gates, Eucharist czy najbardziej ekstremalnymi wyczynami Dark Tranquillity — i to grali na najwyższym poziomie, bijąc przy tym na głowę wiele skandynawskich projektów. Materiał z "Like A Thorn" to znakomity przykład na to, w jaki sposób sprawnie łączyć szybkość i brutalność z melodią i świetną techniką, żeby powstał zestaw kilku jebitnie przebojowych, bardzo koncertowych utworów. Nie można mieć najmniejszych zarzutów pod adresem warstwy instrumentalnej, bo zarówno praca gitar (brawa należą się za wyjątkowo zróżnicowane i niesztampowe riffy oraz za znakomite solówkowe rzeźbienie), jak i porządnie urozmaicone partie perkusji (dużo zmian tempa, gęste przejścia, przyjemne blasty) świadczą nie tylko o wysokich umiejętnościach całej kapeli, ale także nielichej pomysłowości. W ogóle członkowie Demise napracowali się, żeby kontakt z albumem nie skończył się przedwczesnym odpłynięciem w objęcia Morfeusza. Energetyczność muzyki, jej przyswajalność, wyczuwalna radocha z grania – to wszystko sprawia, że kawałki typu 'Icarus' (koncertowy wymiatacz!), 'Blowing My Flame', 'Affliction' czy 'Utopia Rest' szybko zapadają w pamięć i chce się do nich wracać. Brzmienie płyty jest zaskakująco dobre, choć nagrań dokonano w Selani – cieszy brak buczenia charakterystycznego dla tego studia (choć to pewnie bardziej zasługa techniki muzyków niż realizatora), wyróżnia się natomiast żywy, bezpośredni dźwięk bębnów. Jako bonus dorzucono czteroutworowe demo "Outcome Of..." z 1996 roku, za sprawą którego można się przekonać, że od samego początku Demise był zespołem z wielkimi perspektywami. No i się sprawdzili, gorzej z wydawcami...


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/demisepl

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

2 maja 2011

God Dethroned – Bloody Blasphemy [1999]

God Dethroned - Bloody Blasphemy recenzja okładka review coverOwoce wieloletniej kariery God Dethroned zawsze były co najmniej dobre, parę razy trafiły się i znakomite, zresztą do dziś holenderska ekipa radzi sobie niezwykle sprawnie, nawet pomimo braku znaczącej promocji ze strony wytwórni. Nie zmienia to faktu, że pozycja najmocniejszego punktu ich dyskografii — opisywanego "Bloody Blasphemy" — wydaje się niezagrożona. Na trzeciej płycie tej kapeli po prostu wszystko się zgadza, a proporcje między najważniejszymi elementami — ostrą młócką i zajebistymi melodiami — są kapitalnie wyważone. Trzon muzyki stanowi świetnie brzmiący, dynamiczny i brutalny death metal z lekkim blackowym sznytem: agresywny wokal, szybkie blasty, porządna motoryka (Slayer!), dobre solówki, cholernie zaczepne riffy, a wszystko to cacy pod względem technicznym. Do tego od czasu do czasu pojawia się jakiś urozmaicający krwawą jatkę miękki patent (co na szczęśnie nie wpływa znacząco na ogólną brutalność): czyste chórki, babskie zawodzenie, klawisz, pianinko – a wszystko w rozsądnych, czyli niewielkich, dawkach. Słucha się tego lepiej niż wybornie, bo muza jest wyrazista, zwykle pruje w odpowiednim (bo szybkim) tempie, melodie miło łechcą uszy, a prostej konstrukcji teksty są w sam raz, żeby wydzierać ryja razem z Henrim. W takiej atmosferce czas z płytą (39 albo 45 minut – zależnie od wersji, na tej drugiej jest rimejk kawałka tytułowego z debiutu) mija niepostrzeżenie. "Bloody Blasphemy" zawiera niemal same mocno koncertowe przeboje, które po brzegi wyładowane są energią i chwytliwością. Przypuszczam, że każdy fan Holendrów, wskazując swoje ulubione szlagiery, wybierze przynajmniej jeden spośród 'Serpent King', 'Nocturnal', 'The Execution Protocol' (to mój główny typ), 'Boiling Blood', 'A View Of Ages', 'Under The Golden Wings Of Death' (ten też), 'Firebreath', 'Bloody Blasphemy' (i ten!)... Wyjątek jest tylko jeden – 'Soul Capture 1562', który na hiciora jest po prostu za długi, zbyt epicki i rozbudowany, a którego podniosłość dodatkowo sprytnie zwiększono, wrzucając go w środek albumu między konkretne petardy. Jeśli z jakichś względów nie znacie tej płyty, to radzę migiem nadrobić to niedopatrzenie, bo to, obok dokonań Altar i Sinister, jeden z lepszych wytworów holenderskiej sceny końca XX wieku.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.goddethroned.com

podobne płyty:


Udostępnij:

20 stycznia 2011

Broken Hope – Grotesque Blessings [1999]

Broken Hope - Grotesque Blessings recenzja okładka review cover"Grotesque Blessings" to narkotyczna dawka popieprzonego jak Jerzy "Gdzie Masz Chuju Czapkę!?" Kropiewnicki death metalu, zaś Broken Hope to wyrafinowane techniczne szaleństwo! Całość można określić jako rzeź, zagładę i totalne zniszczenie, ale i tak żadne z tych przytoczonych słów nie jest w stanie w pełni oddać potęgi i wielkości Broken Hope! Ludzie przyzwyczajeni do ładnych melodyjek, równego tempa, czystych wokali i przejrzystych aranżacji mogą sobie spokojnie darować ten zespół, jak i wszystkie jego wydawnictwa, z naciskiem na "Loathing" i właśnie opisywane. Już same introsy (wśród nich m.in. sample z "Egzorcysty") powalają na kolana – takich poronionych motywów można by się raczej spodziewać po zatwardziałych gore-grindersach... Przechodząc do samej muzyki. "Grotesque Blessings" to bardzo brutalny i skrajnie techniczny death metal zagrany w sposób charakterystyczny tylko dla Broken Hope. Czasem jest szybciej jak w 'Earth Burner' (super przyspieszeń jednak brak – im to zupełnie niepotrzebne), innym razem zdecydowanie wolniej (miażdżący 'Internal Inferno'), ale cały czas do przodu i z należytym kopem. Wszystkie utwory łączy specyficzna motoryka, zmienna rytmika i prawdziwy wulkan pirotechnicznych popisów każdego z instrumentalistów. Dla tych świrów nie istnieje pojęcie 'numer trudny', czy 'przekombinowany' – główni kompozytorzy, Brian Griffin i Jeremy Wagner, robią wszystko, aby tylko zagrać ciekawiej i bardziej nietuzinkowo. W stosunku do poprzedniej płyty nie ma przełomu, ale z pewnością można mówić o większej dojrzałości i śmiałości, co objawia się w ogromnej chwytliwości materiału bez jednoczesnego spuszczania z tonu. Kawałki na "Grotesque Blessings" to otwarta walka z miernotą, schematyzmem i kopiatorstwem. Płyta obezwładnia nieludzkimi gitarowymi riffami oraz schorowaną sekcją. Basem zajmują się aż cztery osoby (niestety nie jednocześnie – szkoda, bo było by dziko) – wszyscy z powierzonego zadania wywiązali się znakomicie, zaś pan Brian Hobbie ze swoimi popisami w przepięknym 'War-Maggot' jest moim absolutnym faworytem! Wokal to masakrujący growl, do którego nijak przypieprzyć się nie można. Po samobójczej śmierci Joe’go Jeremy stwierdził, że Ptacek był "most brutal death-metal vocalist ever". Oczywiście przesadził, ale gdy się nad tym trochę zastanowić, to naprawdę niewiele. No i te typowe dla zespołu teksty z kwiatkami pokroju 'Chemically Castrated', 'Necro-Fellatio' czy 'Razor Cunt' – miłośników Szekspira nie doprowadzą do estetycznej ekstazy, ale kilku pojebów będzie miało przy nich niezły ubaw. Brzmienie to pod względem jakości światowa ekstraklasa, więc nic wam z tej powodzi pogiętych dźwięków nie ucieknie. Produkcja za to odbiega od standardów gatunku, co czyni album jeszcze bardziej oryginalnym i rozpoznawalnym. Niemniej jednak główna oryginalność materiału i tak wynika z samej muzyki. Jako podsumowanie i ostateczną rekomendację rzucę hasło zamieszczone pod krążkiem – 'pure sickness'!


ocena: 10/10
demo
oficjalna strona: www.brokenhope.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

29 grudnia 2010

Samael – Eternal [1999]

Samael - Eternal recenzja okładka review coverJak już zdążyliście poznać po ocenie, "Eternal" to dla mnie znakomity krążek. Przyznaję, że gdy po raz pierwszy usłyszałem 'luzem' kilka kawałków z tej płyty, byłem nimi ogromnie rozczarowany (z wyjątkiem genialnego 'The Cross', bo ten akurat chyba podoba się każdemu). Ale... no właśnie – gdy zapoznałem się z całością, to zwyczajnie nie mogłem wyjść z zachwytu. Ta płyta rajcuje mnie nadal i pewnie będzie tak długo, bo wiem, że "Eternal" na pewno będzie wieczny, gdyż przemawia do słuchacza (a przynajmniej do mnie) bogatą warstwą muzyczną oraz potężnym ładunkiem przeróżnych emocji zawartych w tekstach. Muzyka Szwajcarów na przestrzeni lat stopniowo ewoluowała, przeobrażała się, lecz za każdym razem była czymś wyjątkowym, nowym, nie do podrobienia (nawet dla Alastis he, he...). Tylko ostatnimi laty ta wyjątkowość wyraźnie im siadła, przekształcając się w... hmm, jakieś nieskoordynowane cuś. Ale kij z tym, pozostaje wszak "Eternal" – wizja sztuki bardzo odważnej, progresywnej, nie uciekającej od nietypowych rozwiązań, powalająca różnorodnością brzmienia i niebanalnymi aranżacjami; sztuki, która nie zamyka się na jeden tylko gatunek i grupę odbiorców; sztuki, która wyrywa się próbom zaszufladkowania i jednoznacznego określenia. Dźwięki stworzone przez Xy’a przepełnione są niebanalną elektroniką, dla której gitary — chociaż świetne (jest nawet coś na kształt solówki w 'Supra Karma'!) — pełnią rolę uzupełniającą. Dla niektórych owa 'nowoczesność' może być nie do przyjęcia, ale zaręczam, że warto się przemóc i posłuchać. Człowiek w swoim intymnym wszechświecie i jako galaktyczny pył, dokonywanie istotnych wyborów w życiu, moc przyjaźni i prawdziwe partnerstwo, cenne zaufanie, przemijanie, religia prowadząca do niezrozumienia i cierpienia... to tylko część bogatej zawartości lirycznej albumu — dzieła Vorph’a — która została fantastyczne zaśpiewana. Zresztą, nietrudno dostrzec, że to właśnie bogactwo charakteryzuje tą płytę, stanowi słowo-klucz do jej zawartości. "Eternal" to obezwładniający krążek. Wieczność stoi przed wami otworem...


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.samael.info

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

17 września 2010

Reinfection – They Die For Nothing [1999]

Reinfection - They Die For Nothing recenzja okładka review coverBitą dekadę temu Reinfection mieli okazję konkretnie namieszać na światowych listach krwawych przebojów, ale tak się jakoś dziwnie poukładało, że kapela przepadła w cholerę – najprawdopodobniej przysłonięta jakimś szambem, któremu ktoś nadał pozory perfumerii zaraz po wybuchu mody na grind core’a. Źle się stało, powiadam wam, albowiem sprokurowany przez chłopaków cudny death-grindowy debiut powinien ich ustawić w pierwszej lidze. "They Die For Nothing" zaczyna się naprawdę uroczo, bo od odgłosów konających przedstawicieli naszej elitarnej klasy politycznej, którzy — jak to świnie — po utuczeniu przy złotym korycie, kończą swój nędzny żywot w dość przykry sposób – w symfonii kwików, pochrząkiwań i, zdaje się, wyładowań elektrycznych. Dalszy, niespełna półgodzinny ubój ma już charakter czysto muzyczny, choć pewnie znajdą się i tacy, dla których wyrafinowana twórczość Reinfection wiele wspólnego z muzyką nie ma – ale nie dość, że się mylą głuche skurwysyny, to jeszcze tracą kawał pierwszorzędnej jazdy. Pomimo rzeźniczej zawartości album, jak na ten gatunek, nie jest wcale produkcją jednolitą, bo w większości kawałków obok gęstego blastowania i szaleńczo mutujących riffów (a te są zaskakująco różnorodne i czytelne) wygospodarowano trochę miejsca albo na wbijające w ziemię zwolnienia, albo łupankę w średnim tempie (akurat do tupania i kręcenia młynków), a to pozytywnie wpłynęło na dynamikę kompozycji. Wokalnie – można powiedzieć, że standard: jebitnie niski bulgot i przeraźliwe wrzaski (jakby ktoś Rudolph’owi jaja ze skóry obdzierał), ale podany na dziko i bez tak często spotykanej żenady. Również brzmieniu nie można nic zarzucić, bo posiada wszystkie cechy klasowego grindowego wypierdolu i chyba nie jest przypadkiem, że nagrań dokonano w przybytku, który odpowiada za wydalenie "A Chapter Of Accidents". Wszystkie elementy "They Die For Nothing" składają się na kurewsko brutalny i wbrew pozorom nie taki prosty wymiot, którym — o czym jestem przekonany! — zachwyceni będą zarówno miłośnicy tradycyjnego gore-grind spod znaku Carcass, patologicznego death metalu w typie Broken Hope czy nieco nowszych, bardziej pokombinowanych dźwięków a’la Brutal Truth i Cephalic Carnage.


ocena: 9/10
demo

podobne płyty:

Udostępnij:

16 kwietnia 2010

Hypocrisy – Hypocrisy [1999]

Hypocrisy - Hypocrisy recenzja okładka review coverOkładka ładna, a nawet bardzo ładna, zapowiadająca kontynuację bomb Hypo z "Abducted" i "The Final Chapter", ale w środku... No cóż, nie spodziewałem się tak słabego albumu po Hypocrisy. Krążek mam już kilka ładnych, długich lat i za każdym razem jak go włączam, mam problem. Problem z wysłuchaniem go do końca. Jak dla mnie męka! W większości utworów brak jest brutalnych voakli, są same czyste, a na dodatek wszystko opatrzone jest słodkimi melodyjkami. Peter & Co przesadzili z melodyjnością, która często jest tak mdła jak tania słodka buła od nędznego cukiernika, przesadzili z klawiszami, które ani nie są mroczne, ani tajemnicze, są po prostu nijakie. Głównie te dwie rzeczy zabiły klimat, zabiły brutalność, zabiły jad Hipokryzji. W sumie trudno tu szukać jakiegokolwiek jadu. "Hypocrisy" zwyczajnie mi się nie podoba i choćbym nie wiem co i ile wypił, nie strawię tego LP. Ktoś krzyknie, przecież jest tu kilka fajnych tracków. No, może i jest, ale co z tego jak lukier i jakby nie było raczej bezbarwne czyste wokale psują wszystko. Ocena 5 tylko dlatego, że jest to Hypocrisy, ale to i tak stanowczo za dużo.


ocena: 5/10
corpse
oficjalna strona: www.hypocrisy.tv

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

24 marca 2010

Altar – In The Name Of The Father [1999]

Altar - In The Name Of The Father recenzja okładka review coverAltar nigdy nie należał do czołówki europejskiego death metalu i nawet w swoim kraju pozostawał w cieniu gwiazd pokroju Pestilence, Asphyx, Gorefest czy Sinister. Owszem, zawsze prezentował niezły poziom, ale też nigdy nie było to nic na tyle wielkiego, żeby pomogło chłopakom wybić się z drugiej ligi. Jednak... po kilku latach działalności dorobili się w swej dyskografii krążka, który poniewiera od początku do samego końca. "In The Name Of The Father" to kapitalny album, będący syntezą tego, co w europejskim i amerykańskim death metalu najlepsze z domieszką drobnych pozostałości po "Provoke" (chodzi o hard core’owe naleciałości). Mamy zatem świetną motorykę, solidny poziom brutalności, dużą rozpiętość prezentowanego tempa (doskonałym tego przykładem jest 'I Spit Black Bile On You' – zaczyna się hiperciężko by w końcówce rozpędzić się do konkretnego galopu), sporą dawkę melodii i masę świeżych patentów (także zabawnych – 'Walhalla Express'!). Oryginalności sensu stricte w tym wiele nie ma, ale ogólny poziom (wyszkolenie techniczne, brzmienie, produkcja...) i 'słuchalność' tego albumu bardzo pozytywnie zaskakują. Jakby tego było mało, to chwytliwość materiału jest porażająca! Choć płyta trwa aż trzy kwadranse, to nudą nie zalatuje ani przez chwilę, wszystko mija szybko jak z bicza trzasnął. Kawałki wyraźnie się od siebie różnią, każdy posiada jakieś cechy charakterystyczne (i nie mam na myśli tylko refrenów) i przypuszczam, że muszą znakomicie wypadać na żywo. Ta 'fajność' utrudnia jednak wskazanie najlepszych numerów, można co najwyżej wyliczyć ulubione... w moim przypadku będą to: 'Holy Mask', 'Spunk', 'I Spit Black Bile On You', 'Pro Jagd'. Bardziej niż spoko jest ochrypły gardłowy wokal i napisane z jajem teksty, które znacząco odstają od 'jebanej powagi' prezentowanej przez inne deathowe kapele. "In The Name Of The Father" powinna przypaść do gustu szczególnie fanom Gorefest, Bolt Thrower i Benediction, ale jestem przekonany, że każdy fan gatunku znajdzie tu coś dla siebie.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/altarofficial

podobne płyty:

Udostępnij:

Angelcorpse – The Inexorable [1999]

Angelcorpse - The Inexorable recenzja okładka review cover"The Inexorable", jeden z moich ulubionych death metalowych krążków w ogóle, mógłby być pięknym zwieńczeniem kariery Amerykanów, gdyby nie to, że spieprzyli sprawę reaktywacją i wydaniem "Of Lucifer And Lightning". Zaniżona w ten paskudny sposób opinia o muzykach w żaden sposób nie zmienia jednak postrzegania przeze mnie ich poprzednich dokonań, z których album numer trzy jest tym najbardziej wypierdolistym. W końcu przecież nie trafił do kategorii moich największych faworytów przez przypadek. Ludziska, mnie tu pasuje absolutnie wszystko! "The Inexorable" to oczywiście techniczny death metal, ale taki z epoki zanim jeszcze wszystkich pojebało w pogoni za najbardziej złożonymi strukturami, kiedy technika szła w parze z odpowiednim feelingiem i podziemnym nastawieniem. Płyta trwa zaledwie 35 minut, ale to dawka wystarczająca, żeby sponiewierać największego twardziela, bo dawka ekstremy serwowana przez trzy anielskie ścierwa jest doprawdy zadziwiająca. Od początku wrażenie robią masakrycznie szybkie, młócące tempa nawalane maniakalnie przez mistrza w swoim fachu Tony’ego Laureano. W tej nawałnicy nie ogranicza się jednakże do bezlitosnych blastów, bo z rozmachem (dosłownie!) robi niekiepski użytek z całego zestawu. Cudnej kanonadzie wtórują diabelnie chwytliwe, a zarazem ostre jak żyleta riffy Palubickiego. Mamy tu doskonały przykład rzadkiego połączenia totalnej, wspartej kapitalnymi umiejętnościami, dźwiękowej agresji z maksymalnie wpadającymi w ucho patentami. Rzeź jest po byku, ale podana w taki sposób, że bez problemu zapamiętuje się wszystkie kawałki. Gitarową orgię Gene doprawia mnogością zajebiaszczych solówek (od trzech do pięciu na kawałek – w sumie ponad trzydzieści), z których spora część (te oparte na duecie: gęsty tapping + kaczka) nosi wyraźne cechy stylu pana Trey’a Azagthoth’a. Ogólnie wpływów Morbid Angel jest w muzyce Angelcorpse niemało, ale to im można wybaczyć, bo zamiatali wtedy lepiej niż sami Morbidzi. Uroki tej sieczki wzbogaca swoimi wściekłymi wymiotami Pete Helmkamp, a czyni to w takim tempie i tak wyraźnie jak Araya za starych, dobrych czasów. W przypadku "The Inexorable" wypas nie kończy się na muzyce, bo i brzmienie jest wspaniałe: naturalne, pełne, mięsiste i — co przy takich prędkościach można traktować jako cud — niezwykle selektywne. Aż strach pomyśleć, że nagrania zajęły im tylko tydzień, a z mixem i masteringiem uporali się w kolejne trzy dni. To tylko świadczy o tym, jakimi zajebistymi byli muzykami i jak dobrze otrzaskali materiał przed wejściem do Morrisound. Absolutny numer jeden z tej płyty to dla mnie 'Begotten (Through Blood & Flame)' – rozpieprza mnie na kawałeczki zawsze i wszędzie – po prostu majstersztyk. Inne hiciory to chociażby 'Wolflust' i 'As Predetor To Prey', ale prawdę mówiąc – można strzelać w ciemno i zawsze się na jakiś trafi. "The Inexorable" to wypierdol pełen świeżości, dzikości i zaangażowania – totalna rekomendacja dla wielbicieli death metalu!


ocena: 10/10
demo
oficjalny profil MySpace: myspace.com/angelcorpse666

podobne płyty:

Udostępnij:

23 marca 2010

Lux Occulta – My Guardian Anger [1999]

Lux Occulta - My Guardian Anger recenzja okładka review cover"My Guardian Anger" uważam za najlepszy krążek nieistniejącego już Lux Occulta i podejrzewam, że w tej opinii nie jestem odosobniony. Co więcej, to chyba jedno z lepszych nagrań w ramach całego symfonicznego death-black, choć dla mnie największe wady albumu wynikają właśnie z owej 'symfoniczności'. Ale po kolei. Poprzednie płyty Luksusowych Okultystów — mimo paru lepszych momentów — nie mogły zwiastować takiej zwyżki formy, z jaką mamy tutaj do czynienia. Przede wszystkim muzyka zyskała na charakterze, wyrazistości przez pójście w bardziej death’owe uderzenie: gęstsze partie perkusji oraz silniej zaakcentowane, technicznie zaawansowane faktury gitar. Ta zmiana wyszła zespołowi na dobre, bo wreszcie to, co powinno stanowić rdzeń muzyki jest należycie uwypuklone, a nie zepchnięte do roli tła, jak to poprzednio bywało. Na niewiele jednak by się zdały lepsze umiejętności, gdyby pomysłów zabrakło. Na szczęście Luksiorni Okuliści mieli ich przy okazji "My Guardian Anger" pod dostatkiem, co przełożyło się na rozbudowane aranżacje, które niemal skrzą się od rozmaitych ciekawych patentów. 'Kiss My Sword' zaskakuje niespotykaną dotąd w twórczości kapeli brutalnością na całej linii – od intensywnej gry perkusisty po wściekłe wokale. 'The Opening Of Eleventh Sephirah' wciąga niebanalną konstrukcją, sprytnym nawiązaniem do Led Zeppelin, a do tego kosi doskonałą solówką w stylu jednego pana z Holandii za swoich najlepszych lat. W 'Nude Sophia' mamy fajne poprowadzone zmiany nastroju z dobrze wkomponowanymi kobiecymi wokalami. Z kolei 'Mane-Tekel-Fares' — niemal o teatralnej budowie — kładzie na łopatki znakomitym klimatem, szczególnie w końcówce, kiedy odzywają się skrzypce. Dobre jest to, że Jaro — choć to wokalista z ambicjami — zdecydował się na stosunkowo oszczędne objętościowo partie – śpiewa tylko tyle, ile trzeba i żeby nie rozpieprzyć atmosfery kawałka. Dzięki takiemu rozwiązaniu wszystko płynie bardzo naturalnie i te 46 minut mija niepostrzeżenie. Największym minusem albumu jest, w moim mniemaniu, większość tego, co wygrywają i jak brzmią (Selani...) klawisze. Raz, że jest ich za dużo (są nawet dwie miniatury zagrane tylko na klawiszach – zupełnie zbędne), dwa, że zbyt często zapędzają się w pseudo symfoniczne (brrr) banały, i trzy, niepotrzebnie ładują się na gitary, rozmiękczając je trochę. Do brzmienia reszty instrumentów też można mieć pewne zastrzeżenia, ale i tak to jedna z topowych produkcji tego olsztyńskiego studia. Po "My Guardian Anger" mogą spokojnie sięgnąć wszyscy, którzy cenią sobie w muzyce oryginalność, złożoność i porządne wykonanie – ci będą zadowoleni, na pozostałych może zadziała fama jednego z najciekawszych polskich zespołów.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: facebook.com/luxocculta38450
Udostępnij:

Empyrium – Where At Night The Wood Grouse Plays [1999]

Empyrium - Where At Night The Wood Grouse Plays recenzja okładka review coverNo to dojebali Niemcy tym albumem jak Marek Jurek dziarską deklaracją wyjścia z PiS oraz chęcią odnowienia prawej strony polskiej sceny politycznej (w związku z czym — jak wszyscy wiemy — zamienił M.J. wygodny fotel marszałka na kanapę zwaną Prawica RP). Porównanie, choć zgrabne i eleganckie, jest prawdziwe tylko do momentu 'dziarską deklaracją', bo — w przeciwieństwie do Marka 'zgadnij, które to moje imię' Jurka — nie wylądowali, końcem końców, wraz z "Where..." na śmietniku historii. Poczyniony przez nich krok można wręcz przyrównać do oświadczenia brata Jarosława o samo wypędzeniu się z Polski i przeniesieniu na Alaskę (nawet jeśli, niestety, nie miało ono miejsca). Takie oto stwierdzenie można znaleźć na The Metal Archives: "This album is an Acoustic Folk album. No metal on this one". Komentarz wydaje się zbędny, a kluczowe słowa rozpoczynają się majuskułą. Tak, panie i panowie – Empyrium, w poszukiwaniu nowych środków wyrazu, postanowiło się uakustycznić. Efekt tego zabiegu jest piorunujący – pół godziny spokojnej, dotyczącej jesiennej przyrody, wieczorowej muzyki, podczas słuchania której jasne światło wydaje się zbrodnią. Ani mi się ważcie siadać do tego zabiegani i intelektualnie rozkawałkowani! Na szczęście, dosłownie całe wydawnictwo jest przygotowane 'akustycznie' i w klimacie. Wystarczy więc przysiąść na bookletem, by w ciągu kilku sekund odpłynąć. Jest to chyba jedna z najlepiej wykonanych książeczek, z którymi miałem styczność. Wszystko jest perfekcyjnie przemyślane i podane – począwszy od ciężkiego, mięsistego papieru, a skończywszy na kapitalnych fotosach wewnątrz. Budowany przez muzykę klimat, jest potęgowany przez bardzo estetyczne doznania wzrokowe, które — niczym kropka nad i — dopełniają całokształtu. Resztę dopowiada wyobraźnia. Szczególnie warto wsłuchać się w dwa utwory: rozpoczynający "Where at night the wood grouse plays" oraz niesłychanie melodyjny i plastyczny "Many moons ago...". Fantastycznie zagospodarowane pół godziny.


ocena: 9/10
deaf
oficjalna strona: www.empyrium.de

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

Demons & Wizards – Demons & Wizards [1999]

Demons & Wizards - Demons & Wizards recenzja okładka review coverNo, dość już z tym ponuractwem i smęceniem! Czas na coś naprawdę kopiącego i przebojowego, czas na Demons & Wizards, czyli side project Jona Schaffera, gitarzysty Iced Earth oraz Hansiego Kurscha – gardłowego Blind Guardian. Projekt dotychczas dwupłytowy, aczkolwiek nie jest wykluczone, że panowie połaszą się jeszcze na jakieś hołdy i wyrazy uznania, które niewątpliwie będą towarzyszyły ich kolejnemu albumowi i wpadną do studia na małe posiedzenie. Dziś jednak zajmę się ich debiutem, przewrotnie zatytułowanym "Demons & Wizards". Mimo iż nazwa podobno zahacza gdzieś o Uriah Heep (co nie jest niczym zaskakującym biorąc pod uwagę zamiłowanie Hansiego do klasyków hard rocka), sama muzyka jest raczej wypadkową dokonań prezentowanych przez macierzyste kapele. Jest więc trochę icedowych riffów, nawet bardzo trochę i tyleż samo blindowych wokaliz, aczkolwiek śpiew często ma także tę charakterystyczną, rockową manierę. Spokojna jednak wasza głowa, bowiem wtórności nie ma żadnej, jest świeżo i pachnąco. Świeżo, pachnąco i porywająco. Kupa kawałków z tego albumu to gwarantowane przeboje, dobre zarówno do machania baniakiem, jak i 'śpiewania' razem z Hansim (śpiewania daję w cudzysłów, bo wiem, że dotrzymać mu kroku jest prawie niemożliwe) i rewelacyjnie sprawdzające się na żywo. Schaffer, co niejednokrotnie udowodnił w Iced Earth, postarał się o bardzo rytmiczne i melodyjne zagrywki, które urozmaicił mnóstwem solówek, szybszych i wolniejszych – do wyboru, do koloru. Riffy są zwarte, stosunkowo proste i bardzo miodne, momentalnie zapadają w pamięć i wręcz zachęcają do chwycenia za wiosło. Działa tu zasada, którą można by nazwać 'muzyczną brzytwą Ockhama' – lepiej prościej, ale z jajami, niż zwydziwianie i mdło. Więc jajca Schaffera sięgają kolan i na kolana rzucają, tyle w nich fajności. Spodobało mi się także brzmienie perkusji, które jest bardzo sprężyste i soczyste – nie ma się jednak czemu dziwić, gdy nagrania dokonano w Morrisound. A właśnie, w tym momencie wypada wspomnieć o Jimie Morrisie, który poza tym, że zajął się stroną producencką i realizacją, chętnie chwycił za gitarę i wspomógł Schaffera. Zrobił więc załodze D&W dobrze i to dwukrotnie: raz, kiedy kilkukrotnie przejął obowiązki gitary wiodącej, a drugi, kiedy postarał się, jako dźwiękowiec, wydobyć z muzyki wszystkie jej zalety. Takie poczucie dobrze zrealizowanego materiału utrzymuje się przez całą długość krążka. O wokalach Hansiego można napisać co najmniej esej, postaram się jednak skrócić do minimum moje ogólne zachwyty. Znając jego twórczość w barwach BG jasnym się staje, że poniżej pewnego poziomu nie schodzi, a co więcej, wydaje się, że wciąż ewoluuje, rozwija się i poprawia. Na "Demons..." do garnituru zagrywek i patentów znanych dotychczas dołącza całe mnóstwo nowych pasaży, melodii i emocji. I o ile BG jest wokalnie bardziej metalowy, o tyle D&W to raczej hard rock, progresja. Jest też niezliczona liczba chórków, które jeszcze bardziej upodabniają do rockowych klasyków. Cacy! Debiutancki "Demons..." to w sumie dwanaście kompozycji, z czego krańcowe, przypominające chorały gregoriańskie, krótkie kompozycje, służą jako klucz do dość mocno ureligijnionego albumu, choć nie sądzę by Podwórkowe Kółka Różańcowe chciały ich posłuchać w ramach swoich spotkań. Pozostałe dziesięć kompozycji to klasyczna mieszanka utworów do wyszalenia się, ballad i marszy – a całość w tematach około religijnych; warto się wczytać. I tu zaskoczenie, bo najlepszym utworem jest ballada "Fiddler on the Green", głównie ze względu na kapitalną melodię i feeling, zjawiskowe są także "Path of Glory" (kolejna ballada, tym razem ze spokojnym, marszowym refrenem), "Blood on My Hands" (kupa mocy), trochę zakręcony "Gallows Pole" i posiadający dwa oblicza "My Last Sunrise". W sumie mógłbym wymienić wszystkie kawałki po kolei, bo jakością niemal się nie różnią, ale powiedzmy, że te urzekły mnie bardziej. Jakby komuś nie wystarczyła sama muzyka, to i dla oka coś się znajdzie, bowiem grafiki są nieprzeciętne. Prawie ideał.


ocena: 9,5/10
deaf
oficjalna strona: www.demonsandwizards.de
Udostępnij:

Lock Up – Pleasures Pave Sewers [1999]

Lock Up - Pleasures Pave Sewers recenzja okładka review coverMateriał znajdujący się na debiucie Lock Up to grind/death, bardzo podobny do młócki uprawianej przez Napalm Death. Ale nic dziwnego, ponieważ autorem utworów jest nie kto inny jak basman Napalmów – Embury, a do tego grał z nim gitarzysta Jesse Pintado (R.I.P.). W nagrywaniu jedynki Lock Up ponadto wzięli udział: pierwsza osobistość skandynawskiej sceny metalowej – Peter Tagtgren, który wziął na siebie obowiązki vokalisty oraz gruby prosiak Nick Barker siedzący za bębnami. Pałker ten znany jest bardzo dobrze co poniektórym z gry w Cradle Of Filth i Dimmu Borgir – fuj. W każdym bądź razie, wieprz ów nagrał dobre, szybkie i intensywne partie perkusji. Utwory są krótkie, szybkie i agresywne. Jak już wcześniej wspomniałem "Pleasures Pave Sewers" zbliżony jest do Napalm Death, szczególnie do "Utopia Banished" (oczywiście nie aż tak dobry), tylko odegrany w nieco innym składzie. Osobiście bardzo mi się to spodobało i z dużą przyjemnością słucham tego krążka. Kto lubi dobrą młóckę, nie zawiedzie się. Mus dla fanów Brytoli.


ocena: 7/10
corpse
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/lockup

podobne płyty:
Udostępnij:

Marduk – Panzer Division Marduk [1999]

Marduk - Panzer Division Marduk recenzja okładka review coverBlack metal to na Considered Dead rzadkość, więc jeśli już przełamywać opory i sięgać po coś z tej półki, to lepiej, żeby krążek był wart zachodu. Ja proponuję państwu jeden z najlepszych w gatunku. "Panzer Division Marduk" to muzyczna perełka poświęcona wojnie, Szatanowi i zniszczeniu. Orgia rozpierduchy rozpoczyna się dźwiękami z pola bitwy: "Fajer!" – salwa, "Fajer!!" – salwa, "Fajeeer!!!" – salwa... Dalej również jest jak na wojnie (i to takiej klasycznej, nie nowoczesnej z trzema trupami na krzyż i zabawą w podchody) – nieustająca rzeź! Trzydzieści minut totalnie ekstremalnego i dzikiego napierdolu na najwyższym poziomie. W skrócie: mamy do czynienia z kawałem wyziewu z samego wnętrza Piekła, w którym — co nie takie oczywiste — niczego nie pozostawiono przypadkowi. Zwróćcie uwagę chociażby na doskonale zgraną sekcję rytmiczną. Intensywnie i ciekawie zapieprzający, a przy tym dobrze uzupełniający gitarę B. War (po mojemu to chyba najlepszy basman, jaki się przewinął przez blackową scenę) oraz cholernie szybki Fredrik Andersson tworzą przepiękną ścianę hałasu, która broni się nawet bez dodatku gitar. Zresztą, ten drugi zapieprza tu niczym nowiutki CKM: gęsto, precyzyjnie i bezlitośnie, a gdyby były jakieś wątpliwości co do stanu ofiary, to poprawia swoimi super charakterystycznymi akcentami na blachach. Opętany Legion skrzeczy o potędze Szatana, zagładzie chrześcijaństwa i Dywizji PancernejMarduk robiącej porządek na świecie... Super barwa głosu, wysoka czytelność, a do tego masa zaangażowania, które najlepiej słychać w końcówce 'Fistfucking Gods Planet', gdzie furiacko wypluwa z siebie płuca. Morgan piłuje szaleńczo szybkimi, 'świdrującymi' riffami, które tym wyróżniają Marduka spośród innych blackowych kapel, że są równie brutalne co chwytliwe, a czasem wręcz melodyjne. Wad w takim rozwiązaniu się nie doszukałem, bo dzięki temu te kawałki są baaardzo dynamiczne, stosunkowo urozmaicone (ale cały czas utrzymane w stylistyce napierdolu) i momentalnie wbijają się w pamięć. Do moich ulubionych należą 'Baptism By Fire', 'Beast Of Prey' i 'Fistfucking Gods Planet' – prawdziwe black metalowe przeboje, od machania przy których łeb odpada! "Panzer Division Marduk" to właściwie płyta doskonała w swoim gatunku – muzyczny PzKpfw VI Tiger: wielki, ciężki, niszczący wszystko na swej drodze i tylko tym się różniący od swojego gąsienicowego odpowiednika, że kilkakrotnie od niego szybszy!


ocena: 10/10
demo
oficjalna strona: www.marduk.nu
Udostępnij: