22 marca 2010

Nocturnus – The Key [1990]

Nocturnus - The Key recenzja okładka review coverW przypadku takiej płyty aż się prosi o jakiś ołtarzyk, albo chociaż dobrze wyeksponowaną gablotkę, żeby każdy mógł to cudo podziwiać, ale z łapami nie miał do niego startu. Ooo tak, "The Key" to album wspaniały w każdym calu, zawiera przy tym to, co przyswaja mi się najlepiej – techniczny death metal. Nie dość, że techniczny to do tego szybki (szczególnie jeśli chodzi o gitarowe cudeńka), melodyjny i oryginalny. Owa oryginalność polega m.in. na wzbogaceniu brutalnego perkusyjno-gitarowego łomotu rozbudowanymi partiami klawiszy, które obsługuje Louis Panzer. Parapety wprowadzają do muzyki dużo przestrzeni i — chociażby przez rozbudowane intra — klimatu. Death metal Nocturnus dzięki nim stał się wielowymiarowy i niemożliwy do pomylenia z hałasem prezentowanym przez inne zespoły. "The Key" to dziesięć doskonale skonstruowanych numerów o łącznym czasie trwania ponad 48 minut. Przy takiej, sporej jak na gatunek, długości krążka można odnieść wrażenie, że jest on po prostu przesadnie napompowany. Nic bardziej mylnego! Wizjonerska muzyka Nocturnus nie nudzi nawet przez jedną sekundę, a żeby to stwierdzić, nie trzeba nawet głęboko siedzieć w temacie. Mnie z całego zestawu najbardziej rozwala święta trójca w postaci 'Lake Of Fire', 'Andromeda Strain' i 'Droid Sector'. Jednak nie ma się co zbytnio sugerować moim zwichrowaniem (to i tak luzik – niektórzy mają ciężkiego pierdolca na punkcie 'Neolithic'), bo w każdym, absolutnie każdym!, umieszczonym na albumie kawałku znajdziecie tak FENOMENALNE, a przy tym precyzyjne i piekielnie szybkie riffowanie, że na długo odechce wam się innych zespołów. Dochodzi do tego, że niektóre riffy w innych kapelach spokojnie mogłyby uchodzić za najwykwintniejsze solówki, więc i to daje pojęcie, jak zajebistymi gitarzystami byli Mike Davis i Sean McNenney. Olbrzymi atut "The Key" to także wyborne solówki (jest ich kilkadziesiąt) oraz prawdziwy ogrom zagrywek i rozmaitych gitarowych ornamentów. Jakby na przeciwnym biegunie tej technicznej doskonałości stoi Mike Browning ze swoimi wokalami (bo za garami spisuje się znakomicie i zastrzeżeń do niego mieć nie można) – dzikimi i trochę nieokrzesanymi. Co nam to daje? Proste – klasyczny death metalowy przysmak dla koneserów! Sezonowcy won!


ocena: 10/10
demo

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

0 komentarze:

Prześlij komentarz