facebook

29 lutego 2012

Hate – Awakening Of The Liar [2003]

Hate - Awakening Of The Liar recenzja okładka review cover
"Przebudzenie Kłamcy", czwartą dużą płytę Hate, można uznać za jakiś przełom w karierze zespołu i pierwszą prawdziwą okazję do wypłynięcia na szerokie wody za sprawą kontraktu z Listenable. Fakt, było z tym krążkiem trochę problemów, ale mniejsza o to, bo robi mi dobrze jak mało która polska produkcja deathmetalowa. W porównaniu do — niekiepskiego przecież — "Cain’s Way" zaskakuje ciężarem, intensywnością, masywnym brzmieniem (Hertz) i samymi kompozycjami. Ekipa Pierwszego Grzesznika atakuje swoją muzyką w sposób dosadny, wulgarny i bluźnierczy. Co więcej, atakuje wręcz błyskawicznie, przekraczając nieosiągalne dotąd dla siebie bariery szybkości. A to wszystko za sprawą młodego gniewnego w osobie Hellrizera, który — jak to ongiś celnie określił Kaos — gra jak ludzkie tornado. Pod żadnym pozorem nie jest to stwierdzenie przesadzone, bo chłop ze swojego zestawu robi naprawdę niezły użytek, siejąc przy tym nieliche spustoszenie.

26 lutego 2012

Metallica – Beyond Magnetic [2012]

Metallica - Beyond Magnetic recenzja okładka review cover
Moment premiery tej płytki trudno uznać za przypadkowy, bo wiadomo, z jakim przyjęciem spotkała się "Lulu". Trochę to jednak dziwne, może nawet przykre – wszak kogo jak kogo, ale Metallicę stać na olewanie opinii ogółu, a po jednej komercyjnej klapie milionów na kontach im przecież nie ubyło. Tymczasem w trzy miesiące (piszę o wersji pudełkowej) po premierze wybitnie kontrowersyjnej "Lulu" reperują wizerunek za sprawą czterech pozbawionych głębszej obróbki studyjnej (co nie znaczy, że słabo brzmiących!) dość starych — bo nagranych pomiędzy kwietniem 2007 a marcem 2008 — kawałków, które nie miały szczęścia trafić na "Death Magnetic". Nie płakałem nad zawartością ostatniej dużej płyty Metallicznych, nie płakałbym również, gdyby w drodze wymiany załapało się na nią coś z opisywanego "Beyond Magnetic".

23 lutego 2012

Rorcal – Rorcal & Solar Flare [2011]

Rorcal - Rorcal & Solar Flare recenzja okładka review cover
Na skali ocen 0 mamy opisane tylko jako "nie-muzyka", a powinno być jeszcze "najprawdopodobniej ambient". Wspominam o tym ze względu na pierwszą część tego chyba-splitu. O Solar Flare nie wiem absolutnie nic, poza tym, że określają to jako zespół – a czy to ma jakiś skład, historię, wcześniejsze dokonania i czy w ogóle stoją za tym ludzie – to już zagadka dla Rutkowskiego i jego speców. Działalność tego czegoś (Solar Flare, nie Rutkowskiego, hehe) uwieczniona na tym nieskładnym materiale polega na wydawaniu co jakiś czas... hmm, odgłosów za pomocą gitary albo basu oraz okazjonalnym mamrotaniu czegoś pod nosem (jeśli dobrze zrozumiałem koncept, są to mroczniaste wiersze tak wybitnie diabelskiego poety, że strach się bać). Takich, wybaczcie nadużycie, kawałków jest aż pięć, co więcej – ktoś, zapewne dla jaj, ponadawał im tytuły.

20 lutego 2012

Morgoth – Feel Sorry For The Fanatic [1996]

Morgoth - Feel Sorry For The Fanatic recenzja okładka review cover
Ostatni album Morgoth nie cieszy się wśród fanów specjalną estymą, a zdecydowana większość uważa go za zwyczajne, niewarte splunięcia gówno. Nie zdziwiłbym się wcale, gdyby wielu spośród tych ludzi w ogóle "Feel Sorry For The Fanatic" nie słyszało, a wybitnie krytyczna ocena całości produkowana była tylko na podstawie bardzo nietypowej okładki, która z death metalem nie ma nic wspólnego. To ostatnie nawet jest na miejscu, bo i sam materiał również nie ma z tą muzyką punktów wspólnych, ale to akurat nie powinno dziwić nikogo, kto zaznajomił się z wcześniejszymi płytami Niemców. Morgoth poszli (pognali) do przodu z eksperymentami tak daleko, że wyszedł im z tego zmetalizowany rock z elektronicznymi/industrialnymi dodatkami i tylko majaczącymi w oddali pozostałościami po "Odium". Ostro, prawda? Efekt tej całej ewolucji to... kopiące i przebojowe rockowe kawałki, których na płycie jest dziewięć.

17 lutego 2012

Yog – Half The Sky [2011]

Yog - Half The Sky recenzja okładka review cover
Jak na ponad dekadę grania, szwajcarski Yog nie może się poszczycić wieloma sukcesami. Eee... jakimikolwiek sukcesami. Opisywany krążek to dopiero ich drugi pełny album, o poprzednim — "Years Of Nowhere" z 2007 — w Polsce słyszały może ze trzy osoby, a i to pewnie przypadkiem, lewym uchem i przez ścianę. "Half The Sky", o czym jestem przekonany, dużo większej popularności im nie przysporzy, choć akurat mogłoby być inaczej, bo to kawałek dobrze brzmiącego (ostro i ciężko) i z wyczuciem zagranego hałasu a’la rozmaite świry z Relapse. To skrajnie działająca na układ nerwowy mieszanka histerycznego hard core z nowoczesnym grindem i paroma technicznymi pojebaństwami, w której ciągle coś się dzieje. Notoryczne zmiany tempa, łamanie rytmów, męcząca schizofrenicznymi riffami gitara, dysonansowe rozjazdy, totalne wahania nastroju i wściekle drący mordę wokalista – tak to się mniej więcej prezentuje.

14 lutego 2012

Pestilence – Testimony Of The Ancients [1991]

Pestilence - Testimony Of The Ancients recenzja okładka review cover
Na początek przywalę z grubej rury i bez zbędnego owijania w bawełnę, bo nie ma sensu tego ukrywać. "Testimony Of The Ancients" to w mojej nieskromnej, fanatycznej opinii absolutnie najlepszy album w dziedzinie technicznego death metalu (a właściwie death metalu w ogóle) jaki kiedykolwiek się ukazał! Bezbłędny, niedościgniony, wielki, oryginalny, błyskotliwy, niepowtarzalny, obłędny! Możecie mnie oblewać roztopionym ołowiem, ćwiartować zardzewiałą żyletką a nawet straszyć gotyckimi wywłokami. Ba! Wizyta w pokoju 101 nie sprawi, żebym zmienił zdanie w tym temacie. To powinno starczyć za całą recenzję. Jeśli jednak komuś mało — w co zresztą wątpię — to zapraszam na litanię do Almighty Pestilence. Wizjonerzy technicznej brutalności zamknęli w ośmiu 'właściwych' utworach "Testimony Of The Ancients" wszystko, co w takiej muzyce najlepsze, okraszając to poziomem wykonawczym wyrastającym znacznie ponad znane wówczas standardy i nieprawdopodobną wprost inwencją.

11 lutego 2012

Faeces – Upstream [2011]

Faeces - Upstream recenzja okładka review cover
Dziwi mnie upór, z jakim Faeces podciągany jest pod jakąś wielką ekstremę z grindem włącznie. Chyba tylko ze względu na nazwę oraz dość chaotyczną i przeciętnie brzmiącą przeszłość (która też mi jakimś strasznym hardziorem nie zalatywała), bo "Upstream" naprawdę z dziką sieczką nie ma nic wspólnego. To naturalnie nie oznacza, że chłopaki pitolą jak wyżelowane pedały spod rumuńskiej remizy (pamięta ktoś jeszcze O-zone?), bo pewnej mocy płytce odmówić nie można. Death metal – owszem, ale nie ten ukierunkowany na zadziwianie szybkością i poziomem brutalności jak to mają w zwyczaju amerykańskie pomioty choćby z katalogu Unique Leader. Faeces stawiają na urozmaicone struktury i dziwny, często jazzujący (a przez to lajtowy) klimat, a przy okazji nie stronią od niewielkiej dawki melodii.

8 lutego 2012

Deicide – Once Upon The Cross [1995]

Deicide - Once Upon The Cross recenzja okładka review cover
Trzeci, trwający zaledwie 28 minut 'longplay' Deicide — wbrew temu, co się może niektórym, zwłaszcza oponentom, wydawać — nie jest przesadnie podobny do "Legion" czy "Deicide", a jedyne większe cechy, które je łączą to pełne nienawiści diabelskie przesłanie (tym razem doprowadzone do maksimum – wystarczy rzut oka do wkładki) oraz brutalność zawarta w dźwiękach. "Once Upon The Cross" jest na pewno dużo — a przynajmniej odczuwalnie — wolniejszy niż poprzednie albumy i to chyba największa zmiana. Blastów oczywiście nie porzucono, ale nie występują już w takim zagęszczeniu jak na drugiej płycie. Dużo więcej jest za to partii zagranych w średnich tempach, czy nawet dość wolno jak na Deicide. A skoro już panowie przyhamowali, to musiało pójść w ciężar. Sound jest mocny, tłusty, dość masywny ale i wyraźniejszy niż poprzednio, co tyczy się szczególnie gitar.

5 lutego 2012

Devin Townsend – Ocean Machine: Biomech [1997]

Devin Townsend - Ocean Machine: Biomech recenzja okładka review cover
Chyba nie będzie zbyt wielkim kłamstwem stwierdzenie, że jest to pierwszy krążek Devina w jego czysto progresywnym wcieleniu. I jedyny taki, który — wbrew temu, co sugeruje nagłówek — powstał w czasach, kiedy nie miał on jeszcze filmu na odmienianie własnego nazwiska przez wszystkie przypadki, łączenia go z przypadkowymi wyrazami typu 'band' albo 'project' i robienia z tego nazwy kapeli. Ostatecznie Devin i tak podpiął wydawnictwo pod własną markę, co — jak mniemam — miało przysporzyć mu więcej chwały; jest to jednak temat na zupełnie inną wieczorynkę. Tym niemniej, krążek może być, i zapewne jest, dla naszego bohatera powodem do chluby, bo, mimo iż nie najlepszy w dorobku, jest on wydawnictwem przełomowym, muzycznie zaś – przebojowym. W przeciwieństwie do muzyki spod znaku SYL, "Ocean Machine: Biomech" jest bardzo spokojny, delikatny wręcz,

2 lutego 2012

Atrophy – Socialized Hate [1988]

Atrophy - Socialized Hate recenzja okładka review cover
Przed wami kolejna niedoceniona kapela, która jednak swoim krótkim żywotem i zaledwie dwiema płytami zdążyła wpisać się złotymi zgłoskami do historii thrash metalowego łojenia. Amerykanie wprawdzie nie stworzyli niczego wybitnie oryginalnego, co mogłoby przewartościować gatunek, ale poziomem swojej muzyki doskonale zademonstrowali potencjał takiego grania w jego najbardziej kreatywnym okresie. "Socialized Hate" pod każdym względem prezentuje się znakomicie – porywająco i niezwykle świeżo. W tym, że zajebistość, z którą obcujemy, nie jest tylko ćpuńską iluzją, słuchacza utwierdza mała łyżka dziegciu w postaci zupełnie niepotrzebnego i nic nie wnoszącego minutowego intra. No ale jakie pierdolniecie po nim występuje – to jest coś wspaniałego! I tak jak uderzający prosto w twarz 'Chemical Ddependency', całą resztę utworów chłonie się w niemym zachwycie.