10 grudnia 2016

Metallica – Hardwired... To Self-Destruct [2016]

Metallica - Hardwired... To Self-Destruct recenzja okładka review coverKurz po premierze "Hardwired... To Self-Destruct" już opadł, emocje związane z tym albumem także, więc można się nim zająć na spokojnie i z chłodną głową. Choć — i tu chcąc nie chcąc włącza mi się złośliwość — równie dobrze można się nim wcale nie zajmować. Taka prawda. Ani ekstatyczne podniety ani obfite gównoburze, o których nikt już dawno nie pamięta, nie zmieniają faktu, że Metallica nagrała dwa krążki, nad których zawartością przechodzi się do porządku dziennego w trzy minuty po ich wysłuchaniu. A gdzie miejsce na głębsze refleksje? No cóż, sorki, nie tutaj. Amerykanie sami są zresztą sobie winni, bo zarejestrowali bardzo dużo bardzo średniego (po uśrednieniu, hehe) materiału, który ze względu na taką objętość zwyczajnie rozchodzi się po kościach. Trzeba mieć jednak na uwadze, że teraz byli w dużo gorszej sytuacji aniżeli osiem lat temu. Wtedy wystarczyło im nagrać cokolwiek przeciętnie słuchalnego, a i tak byłby to progres względem "St. Anger". Tym razem poprzeczka była zawieszona znacznie wyżej i podstarzałym tatuśkom zwyczajnie zabrakło pary, żeby do niej doskoczyć, mimo iż mieli masę czasu na nabranie należytego rozpędu. Ja po cichu (i pewnie naiwnie) liczyłem na utrzymanie poziomu poprzednika, toteż miejscami zawartość "Hardwired... To Self-Destruct" z lekka mnie zawiodła. Hetfield wspominał, że chciał w tych utworach połączyć "Death Magnetic" z "Kill 'Em All" – wyszło to połowicznie, bo faktycznie często słychać patenty z ostatniego longa, ale wymieszane głównie z reminiscencjami "Load", który z bezkompromisowym grzaniem nie miał nic wspólnego. Stąd też — chyba, że chodzi o prozaiczne zmęczenie materiału — na "Hardwired... To Self-Destruct" trafiła muzyka dużo prostsza i bardziej przewidywalna niż na poprzednika, ale niestety zamknięta w podobnych ramach czasowych, co najczęściej oznacza, że jakiś niewymagający (albo/i niewyszukany) motyw jest mielony zdecydowanie za długo, a numer niebezpiecznie dryfuje w stronę monotonii. Oczywiście można było to uratować, wprowadzając do sekcji trochę finezji i dynamiki... tylko nie z Larsem za garami. Ulrich gra, bo musi i bez niego Metallica to nie the true Metallica. Na tym polega siła firmy Hetfield-Ulrich. Gdyby chodziło tylko o względy artystyczne, zespół już dawno pomykałby z Lombardo. Interesy są jednak górą i dlatego szybkie numery z fajnymi thrash’owymi riffami (bo są i takie) kaleczą proste rytmy, zaś w wolnych i ciężkich perkusja stanowi jedynie tło. Szkoda, bo pozostałych muzyków stać na więcej, w tym także na wykrzesanie z siebie odrobiny agresji; dość powiedzieć, że nawet zblazowany Hammett potrafił się zmusić do częstszego rzeźbienia solo. Czymś na kształt minusa jest także brzmienie, które nie dorównuje mocą, masywnością i ciężarem znakomitemu "Death Magnetic". Z powyższego tekstu wynika, że mamy tu do czynienia z albumem raczej nierównym – tak kompozycyjnie, jak i wykonawczo – to wszystko prawda. Jednocześnie jest to album, którego całkiem nieźle się słucha, zwłaszcza jego pierwszej części obfitującej (no, powiedzmy) w szybkie, chwytliwe kawałki. 'Moth Into Flame', 'Hardwired' czy 'Atlas, Rise!' (zalatuje 'The Day That Never Comes' na kilometr, ale to nic) to Metallica w naprawdę solidnym wydaniu. Druga płyta nie ma już takiego kopa (choć są wyjątki – 'Confusion' i 'Spit Out The Bone'), więcej tam mielizn (także za sprawą tekstów, głównie w refrenach), ale przy odrobinie dobrych chęci i na niej można wyłapać kilka udanych fragmentów wyrastających ponad średnią. Jako całość "Hardwired... To Self-Destruct" jest właśnie średniakiem – wstydu twórcom nie przynosi, ale z pamięci fanów niedługo pewnie wyparuje. Porównując z innymi wielkimi thrash’u, dla mnie ten materiał wypada ciekawiej niż "Repentless", ale już do "Dystopia" nie ma niestety startu.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.metallica.com

inne płyty tego wykonawcy:
























Udostępnij:

1 komentarz:

  1. IMHO:
    na plus:
    + brzmienie (chyba jednak bardziej mięsiste niż na Death Magnetic)
    + Hetfield w niezłej formie (kompozytorskiej i wokalnej)
    + płytka różnorodna i momentami panowie starają się iść z duchem czasu i jest konkretnie ciężko
    + powrót w czasy Load/Reload z duuużą dawką Death Magnetic, co dla mnie jest dobrym posunięciem bo taki Load (a więc i Hardwired...)to jedna z tych płytek "dojrzewających" - nawet w tych pozornie słabych kawałkach znaleźć można trochę fajnych patentów.. panowie trzymają się zasady aby nie przekombinowywać aaaale....

    na minus:
    - ....aaaaaale niestety często nie w tym momencie co trzeba;/ Bo kiedy prosi się o to żeby trochę pokombinować to grają baaardzo przewidywalnie a jak można by trochę odpuścić i nie wałkować jakiegoś nudnego patentu to oni właśnie to robią (tak samo zresztą było na Death Magnetic)
    - Lars Urlich - no naprawdę ileż można tak grać, no przecież on umi inaczej! Jak kiedyś umiał to czemu teraz świadomie nie umi????? Gra makabrycznie topornie momentami- byle by tylko ten ozór wywalić na wierzch i porobić miny jakby miał zatwardzenie na kiblu;/
    - Kirk Hammett - no dobra, solówek jest sporo i o ile w niektórych kawałkach sprawdza się prostota jego gry i pasuje to idealnie (mimo, że grał to już milion razy i jego solówki to w sumie zlepek zagrywek z solówek z poprzednich albumów) ale czasami po prostu kłuje to w uszy i się człowiek zastanawia NO ILEŻ MOŻNA??? Brakuje tam takiego kogoś jak Bob Rock który kopnął by w dupę Hammeta i powiedział, że jego solówka jest do dupy i stać go na więcej. Tak mniej więcej wyglądało to chociażby w przypadku czarnego albumu. ehhh... No bo wystarczy posłuchać solówek z nowych albumów Megadeth czy chociażby Slayera. Niebo (sic!) a ziemia! I nie chodzi tylko o technikę ale o jakiś, motyla noga, pomysł!
    - wspomniana wcześniej różnorodność poprzez niepotrzebne wałkowanie niewłaściwych patentów sprawia, że czasem się ta płyta po prostu dłuży i nuży...

    Podsumowując, chwała tym wszystkim dinozaurom thrashu (chyba można już o Mecie, Slajerku, Megadeth i Anthraxie tak powiedzieć) że te płyty nagrywają mimo wszystko. Szkoda tylko, że metallica robi to tak rzadko. A może i dobrze...;/

    OdpowiedzUsuń