Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2004. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2004. Pokaż wszystkie posty

19 kwietnia 2015

Anasarca – Dying [2004]

Anasarca - Dying recenzja okładka review coverJa tam się na zagrywkach biznesowych nie znam, ale to, co zrobili kolesie z Anasarca przy okazji trzeciej płyty, to się chyba redukcją kosztów zowie. Michael Dormann i Herb Grimm doszli najwyraźniej do wniosku, że skoro we dwóch potrafią nagrać to samo, co wcześniej w czterech, to nadprogramowi koledzy są im, przynajmniej w studiu, niepotrzebni. No i nagrali "Dying", która od strony muzycznej i brzmieniowej praktycznie nie różni się od poprzedzającego ją krążka "Moribund". Przy ustawionej na maxa wnikliwości — o jaką jednak trudno w przypadku dość jednowymiarowego death metalu — można się tu doszukać nieznacznego zwolnienia obrotów oraz garści odrobinę bardziej melodyjnych riffów, ale to naprawdę wszystko, na co dwaj kolesie sobie pozwolili. Mało? Trochę tak, bo — niezależnie od uszczupleń składu — czasu na przygotowanie tych 33 minut materiału Niemcy mieli sporo, a ograniczyli się do konsekwentnego naparzania wcześniejszych patentów. Zatem, jeśli wziąć pod uwagę, że na "Moribund" kawałki były do siebie bardzo podobne, a "Dying" jest bardzo podobny do "Moribund", to... trzeba się przed zakupem takiego albumu poważnie zastanowić, choć — żeby nie było wątpliwości — obiektywnie jest całkiem niezły. Ja fanatykiem Anasarca nie jestem i tych płyt mogę słuchać zamiennie, bo — pomijając krańcowo różny koncept liryczny — gwarantują identyczne wrażenia obcowania z dobrze zmajstrowaną — także pod względem realizacji — death metalową sieczką, do której raz na jakiś czas można bez bólu (i bez specjalnie głębokiej refleksji, niestety) wrócić.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.anasarca.de

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

8 września 2014

My Dying Bride – Songs Of Darkness, Words Of Light [2004]

My Dying Bride - Songs Of Darkness, Words Of Light recenzja okładka review coverPierwszy kontakt z ósmym długograjem Brytyjczyków mógł zaskoczyć niejednego fana. Dwoma wcześniejszymi albumami My Dying Bride wprowadzili na powrót do swego brzmienia sporo brutalności, więc można było oczekiwać po nich dalszego radykalizowania muzyki. A tu niespodzianka – zero blastów, zero growli, a tempa najwyżej (prawie) średnie. Słowem: doom. Ciężki, ponury, dołujący, bardzo nastrojowy, utrzymany w klimacie smutku i zadumy. Materiał jest zwarty, trzyma cholernie równy poziom, a jego niewesoła atmosfera utrzymuje się całą godzinę – przez to może się wydawać bardziej monotonny niż jest w rzeczywistości. Otwierający płytę 'The Wreckage Of My Flesh' to całkiem spokojny walec, gdzieniegdzie tylko porozdzierany blackowym wokalem Aarona (właśnie takie wokale to jedyny naprawdę agresywny element krążka). Następujące po nim 'The Scarlet Garden' i 'Catherine Blake' — jedne z najlepszych na płycie — wprowadzają do melancholijnego grania trochę dynamiki i mocniejszego uderzenia – to co zawsze wychodziło Angolom na dobre, sprawdziło się i tym razem. Świetnie wypadają numery o bardziej dramatycznej budowie i zmiennym tempie jak 'The Prize Of Beauty' i 'A Doomed Lover'. Szczególnie ten drugi jest znakomity, gdy od słów "and I follow" wchodzi melodyjna gitara, a wszystko powoli rozkręca się do wspaniałego, podniosłego finału. Mój absolutny faworyt z tego albumu, po prostu wspaniały i przejmujący, szkoda tylko, że taki krótki – trwa niespełna osiem minut. Jest jeszcze interesujący 'And My Fury Stands Ready', który klimatem przypomina mi nieco 'Black Heart Romance' z poprzedniej płyty. Mimo stonowanego charakteru, "Songs Of Darkness, Words Of Light" jest krążkiem wybitnie gitarowym, opartym na ciężkich riffach i posępnych melodiach. Dopiero dalej znajdują się wokale, organicznie brzmiąca sekcja oraz ostrożnie dawkowane klawisze (ich rola znacznie zmalała). Rezultat jest więcej niż bardzo dobry (stąd też taka ocena), ale żeby się o tym w pełni przekonać, trzeba płycie poświęcić odpowiednio dużo czasu.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.mydyingbride.net

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

2 maja 2014

Borknagar – Epic [2004]

Borknagar - Epic recenzja okładka review coverWiem, że od poprzedniej recki płyty z repertuaru Norwegów minęło zaledwie dwa miesiące, ale, po prostu, nie mogę się ich pozbyć z playera. Trzy lata po doskonałym "Empiricism", Borknagar powrócił z kolejnym krążkiem zatytułowanym "Epic". Dość pompatyczny i górnolotny tytuł, trzeba przyznać, wydaje się jednak, że pasuje do wydawnictwa dość dobrze. Po odejściu wirtuoza basu — Tiwaza — zespół, siłą rzeczy, musiał nieco zejść z progresywnego tonu, przez co, mimo iż wciąż bardzo wielopoziomowy i wielowątkowy, nieco skręcił ku symfonicznemu black/viking metalowi, za to jest jak najbardziej zgodny z drugą zasadą termodynamiki. Mam jednak wrażenie, że taki obrót sprawił, że Nedland złapał na nowo wiatr w żagle i nagrał jedne z najlepszych i najbardziej wpadających w ucho partii klawiszy oraz orkiestracji w swojej karierze. Bez wahania można stwierdzić, że "Epic" klawiszami stoi i to stoi pełen dumy. Klawisze są dosłownie wszędzie, jednak są tak dopracowane i zagrane z taką pasją i energią, że na głupka wyszedłby ten, który chociaż jednym słowem zaczął marudzić na ich obecność i rolę. Można nie być fanem tego instrumentu, ale nie można odmówić "Epic" doskonałych partii keyboarda. Borknagar zawsze stał elektroniką i ozdobnikami, jednak to, co się dzieje na "Epic" jest po prostu epickie, prawdziwe mistrzostwo. Klasy pozostałych muzyków nie trzeba, mam nadzieję, nikomu przypominać, bo to wyjadacze i mistrzowie w swoim fachu, cienko przędą mimo to w porównaniu ze wspaniałym występem Nedlanda. Wszyscy, z wyjątkiem Vintersorga. Raz jeszcze udowodnił bowiem, że równie wszechstronnych wokalistów jak on ze świecą szukać. Muzyka na "Epic" w zasadzie jest kontynuacją koncepcji zaprezentowanych na wcześniejszych wydawnictwach, z uwzględnieniem, oczywiście, wspomnianego uproszczenia, choć to chyba nie jest najlepsze słowo. Jest jeszcze jedna rzecz, której nie było wcześniej, a mianowicie swoista radość i jakaś taka pogodność niektórych melodii, coś niespotykanego w historii zespołu, a chyba nawet gatunku. Posłuchajcie "Quintessence", a na pewno złapiecie, co mam na myśli. Jeśli chodzi zaś o moich faworytów, to wskazałbym bardzo majestatyczny "Traveller", kapitalny popis umiejętności wokalnych Vintersorga w "Relate (Dialogue)", wspomniany "Quintessence" oraz "Circled". Podsumowując, mimo pewnych zmian w składzie i obsadzie instrumentów, Borknagar nagrał naprawdę bardzo dobry album, nie tak genialny jak "Empiricism", ale tak samo przemyślany, porządnie nagrany i wciągający.


ocena: 8,5/10
deaf
oficjalna strona: www.borknagar.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

11 stycznia 2014

Arsis – A Celebration Of Guilt [2004]

Arsis - A Celebration Of Guilt recenzja okładka review coverNie musiałem długo czekać na swoją ulubioną płytę w dyskografii kapeli, bo okazał się nią już debiut. Debiut ze wszech miar dobry, do poziomu którego nie udało się Malone’owi i spółce już nigdy doszlusować, choć nadal tworzą przecież płyty dobre, czy wręcz bardzo dobre. Wiem, że demo ma w tej materii inne zdanie i bardziej skłania się ku późniejszym albumom, ale on lubi koty, więc należy go pożałować i mu wybaczyć. Nagrany w minimalnym składzie "A Celebration of Guilt" to sztandarowy przykład melodyjnego tech deathu, który jest jednak bardziej męski (jako przeciwieństwo pedalskiego) niż overly manly man, konkretny i naprawdę deathowy. Najbliżej mu chyba do kanadyjskiej szkoły tech deathu i takich aktów jak Quo Vadis bądź Neuraxis, tudzież rodzimych dla Arsis wyziewów spod znaku Capharnaum, choć to oczywiście dość ogólne wskazówki. Jest Arsis bowiem tworem oryginalnym, różniącym się od ogółu melo-techu przede wszystkim szybkością, eksplozywnością, a nade wszystko umiejętnością wpisania w tą szybkość naprawdę nieprzeciętnych riffów i technicznych fajerwerków. Nie ma za to zbyt wielu przestojów i spowolnień ani powplątywanych w strukturę na poły instrumentalnych interludiów, toteż kawałki pędzą przed siebie niezmącone zbędnymi postojami. Cała płyta wręcz pachnie death/thrashowym feelingiem i motoryką, której nie powstydziliby się choćby dżentelmeni z Pestilence (skoro zostali już wywołani do tablicy). W połączeniu z ciekawymi i męskimi (ponownie) melodiami daje to wyśmienite efekty, bo płyta jest i ładna i można nią powkurwiac sąsiada. Braki kadrowe i konieczność wypełnienia większości wakatów przez biednego Malone’a wpływają jednak niekorzystnie na tę część sekcji, za którą właśnie James jest odpowiedzialny, czyli bas. Perkman w osobie Michaela van Dyne’a radzi sobie niezgorzej, jest szybki, precyzyjny i ma pomysł na siebie. Bas jednak ginie w gąszczu pozostałych dźwięków i mimo iż słychać, że jest, słychać także, że jakościowo odstaje. Mimo tego kawałki trzymają się dobrze i choć przydałby się prawdziwy basista – tragedii nie ma, bowiem kawałki są równie dewastujące i z Malonem. Jak na prawdziwego frontmena przystało opierdala gitary i wokale, a także całą stronę koncepcyjno-kompozycyjną. Większość z jedenastu kawałków to prawdziwe killery, którym nie brakuje ani radiowej przebojowości ani uderzeniowej dawki wybornego muzykowania. Do moich faworytów zaliczam jednak "The Face of My Innocence", "Maddening Disdain", "Seven Whispers Fell Silent" oraz "Carnal Ways to Recreate the Heart", jak równiej schyłkową część "Wholly Night", która przybrała formę swoistego outro. Warto to w sumie podkreślić, bo udało się Malone’owi zamknąć cały album w ładnej formie, z wprowadzeniem i zamknięciem. Nie każdemu chce się bawić w takie duperele, tym większy szacunek dla kompozytora. Nie pozostaje mi teraz już nic innego, jak tylko serdecznie zarekomendować to wydawnictwo i życzyć mnóstwa zabawy.


ocena: 9/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/arsis

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

8 sierpnia 2013

Demonoid – Riders Of The Apocalypse [2004]

Demonoid - Riders Of The Apocalypse recenzja okładka review coverW 2004 roku Therion wydał w sumie trzy albumy: "Sirius B", "Lemuria" oraz opisywany dziś, "Riders of the Apocalypse". Wprawdzie ten ostatni ujrzał światło dzienne pod inna marką, ale w praktyce nie zmienia to niczego, bo i skład ten sam i, w gruncie rzeczy, muzyka. "Riders of the Apocalypse" muzycznie i brzmieniowo brzmi dokładnie jak wydawnictwa kanoniczne (to samo studio), nieco inaczej porozkładano za to akcenty i w miejsce aranżacji typowych dla Theriona tamtego okresu wmontowano growle i thrashowe tempa. Dla leni (tl;dr): Demonoid to death/thrashowy brat-bliźniak Theriona. Wystarczy jeden rzut oka na linie melodyczne i nawet Stevie Wonder nie miałby wątpliwości, że wymienione powyżej dzieła wyszły spod ręki tego samego kompozytora. Nie ma się co za dużo rozpisywać, bo wystarczy odpalić którykolwiek krążek z podwójnego "S/L", nastawić na jeden z bardziej narowistych utworów pokroju "Typhon" by uchwycić ideę stojącą za projektem o nazwie Demonoid. Tu i ówdzie czytam jaki to "Riders..." specjalny, wyjątkowy, a prawda jest taka, że to gówno prawda. Nic wyjątkowego ani specjalnego na nim nie znajdziecie, wrażenie "już to kiedyś słyszałem" okaże się czymś więcej niż wrażaniem i będzie Wam towarzyszyło od pierwszych do ostatnich sekund trwania albumu. Oczywiście krążek jest szybszy, bardziej agresywny i "mroczny" niż Therion, ale różnica jest raczej ilościowa niźli jakościowa. Bo na "Riders..." i babeczka pośpiewa i kilka melodii zaleci auto plagiatem. Jak już pewnie wspomniałem, z muzycznego punku widzenia Demonoid Ameryki nie odkrył, ba, nawet nie był w pobliżu łodzi – by pozostać przy marynistycznej metaforze. Ale... ale z czysto degustacyjnego punktu widzenia krążek jest jak najbardziej zacny, przyswaja się go bez przysypiania i ogólnego zmęczenia. Czyli zupełnie jak Therion. Przeszło trzy kwadranse mijają szybko jak kariera Kubicy w Formule 1, niejednokrotnie album zaproponuje całkiem sensowne melodie, zaskoczy ciekawymi riffami bądź solówkami. Słucha się go naprawdę przyjemnie. I tak jak za walory kompozycyjne i aranżacyjne raczej wielkiego uznania nie zdobędzie, tak za całokształt i miodność uznanie fanów zdobyć może. Bo Demonoid to muzyka nie tylko dla pro-symfonicznych miłośników Theriona, ale i koneserów ostrzejszych (niewiele, ale zawsze) brzmień. Dobry z plusem się należy.


ocena: 7,5/10
deaf
oficjalny profil MySpace: myspace.com/demonoid

podobne płyty:

Udostępnij:

11 stycznia 2013

Capharnaum – Fractured [2004]

Capharnaum - Fractured recenzja okładka review coverW przypadku kapel takich jak Capharnaum istnieje duże ryzyko, że nazwiska muzyków biorących udział w nagraniach zupełnie przesłonią zawartość albumu, albo koniec końców będą jedyną atrakcją. Na "Fractured" tego bezproblemowo uniknięto, bo chociaż Gorguts, Martyr czy Monstrosity to znakomite zespoły, to do najpopularniejszych nie należą i na dobrą sprawę mało kto zwraca na nie uwagę, a sam Capharnaum — jeszcze za czasów zamierzchłego debiutu — znany był tylko garstce zapaleńców. Ze smutkiem trzeba skonstatować, że z nowym składem i drugą, opisywaną właśnie, płytą notowania poprawili tylko w niewielkim stopniu. Nie zmienia to faktu, iż w każdej sekundzie "Fractured" słychać, że za tym materiałem stoją prawdziwi zawodowcy, którzy techniczny death metal opanowali na najwyższym poziomie i z ogromną swobodą grają to, na czym inni najprawdopodobniej połamaliby sobie palce. A grają zdecydowanie ponad gatunkowy standard: mnóstwo tu zmian tempa, pokręconych riffów, niestandardowo rozłożonych akcentów, świetnych (i częstych!) solówek... Melodia i brutalność, czad i wirtuozeria – wszystko dopieszczone na maksa, ale bez popadania w nieczytelną papkę. "Fractured" to osiem naprawdę konkretnych, zwartych, nieprzesadnie nowoczesnych w formie kawałków, z których każdy ma coś charakterystycznego, co błyskawicznie zwraca uwagę i daje się w lot zapamiętać. Niech nie zmyli was data wydania krążka – muzycznie znacznie bliżej bowiem mu do "Individual Thought Patterns" niż do ekstremalnych wyczynów Deeds Of Flesh. Ogólnie jest na czym ucho zawiesić, jest się czym podjarać, ale jest też jeden dość poważny problem. "Fractured" nie trwa nawet pół godziny, a trzeba w to jeszcze wliczyć intro oraz stosunkowo długie (jakieś 3 minuty!), martyrowskie w brzmieniu outro. Straszna to bieda, bo przy całym technicznym zaawansowaniu płyta jest tak skonstruowana, że słucha się jej z dużą łatwością, a czas przy niej szybko mija. Ja rozumiem, że muzycy z premedytacją chcieli wywołać u odbiorców uczucie niedosytu, ale z deka przesadzili i po niedosycie zaraz pojawia się stan podkurwienia. No serio, czym dla takich fachowców byłoby zmajstrowanie choćby dwóch numerów więcej, hę!? Nic to, trzeba przymknąć oko na objętościowe niedostatki i cieszyć się tym, co jest.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/capharnaum
Udostępnij:

29 września 2012

Nasum – Shift [2004]

Nasum - Shift recenzja okładka review coverOstatni długograj w karierze Nasum"Shift" — przynosi nam 24 kawałki (Japońce mają o dwa więcej) przedniej grindowej rzeźni. Może nie do końca na najwyższych obrotach, bowiem chłopakom zachciało się — i bardzo dobrze! — odrobinkę więcej pokombinować z tempem, co zaowocowało większą różnorodnością (przykłady to chociażby świetne pomysły w 'Fury', 'Wrath', 'The Deepest Hole', 'Closer To The End', 'Circle Of Defeat' czy 'Fight Terror With Terror'). Efekt jest taki, że obok wyziewnych blastów generowanych przez Andersa, znalazło się miejsce na trochę grania w średnich tempach, czy chwilowych/chwytliwych zwolnień, w których uwypuklono coś na kształt linii melodycznej. Przyznaję, że przestraszyła mnie dziwnie lajtowa solówka w drugim na krążku 'The Engine Of Death', ale jak się szybko okazało, była to zmyłka. Dalsza część materiału dobitnie udowadnia, że 'zmiana' w tytule to nie obwieszczenie nowego początku, a zespół nie miał w planach przekształcenia się w następców czy naśladowców rodaków z In Flames, ani też — wzorem Napalm Death (z których twórczości w końcu czerpią "co nieco") — przerzucenia się na znacznie dłuższe i rozbudowane kompozycje. Tu nadal chodzi o czad, półtoraminutowe przemeblowania w głowie słuchacza i ogólną dewastację neuronów – impuls do szaleństwa i wyrzucenia z siebie agresji, gniewu, wściekłości i frustracji. I tu pojawia się coś ciekawego (dziwnego?), szczególnie gdy Mieszko drze się: "My work is done here / I’ve shed my share of blood, sweat and tears / I’m leaving this melting pot" lub "I won’t accept this life / A victim of your oppression", to te słowa nabierają innego, niemal profetycznego znaczenia. Zresztą, w paru miejscach daje się odczuć rozczarowanie życiem i przygnębienie z tego wynikające. Wszystko wymieszane ze sporym wkurwieniem. Na koniec dodam, że "Shift" popełniono w odmienionym składzie – basmana Jespera Liveröda wymieniono na Jona Lindqvista oraz dokooptowano gitarniaka Urbana Skytta. Jak ktoś lubi Nasum, to będzie zadowolony, a jak nie... to i tak warto zapoznać się z ostatnim albumem jednego z najlepszych przedstawicieli nowoczesnego grind core. Czas z "Shift" na pewno nie będzie stracony.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.nasum.com

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

20 września 2012

Suffocation – Souls To Deny [2004]

Suffocation - Souls To Deny recenzja okładka review coverNa początku tego milenium widzieliśmy sporo powrotów kapel, które wykitowały sporo wcześniej. Większość z nich była, delikatnie i jakże poetycko rzecz ujmując, do dupy. Na szczęście w przypadku mistrzów death/grind z Suffocation wszystko to wypadło całkiem nieźle. Może nie powalająco, ale na pewno bez obciachu. W sześć lat po ostatniej studyjnej produkcji Amerykanie powstali z martwych płytą wypełnioną graniem bardzo w ich stylu, choć może nie do końca przystosowaną do nowych realiów... Do składu po 10 latach powrócił perkusista Mike Smith, ale niestety rozpadł się duet gitarowy Hobbs-Cerrito i tego drugiego, który swego czasu zaliczył krótki etat w Hate Eternal, zastąpił Guy Marchais (udzielał się w Internal Bleeding i bardzo pokrewnej Pyrexii). Basowy wakat objął zaś (ale dopiero po nagraniach) Derek Boyer (ex-Dying Fetus, Deprecated, Vital Remains i masa innych). Szkoda, że się tak stało, ale zespół stracił nieco na brutalności, w miejsce której zaproponowano sporo melodii. Nie, nie dali dupy, bo to nadal ekstraklasa i poziom nieosiągalny dla większości brutalistów, ale na "Souls To Deny" wycinają po prostu (ładne mi po prostu...) brutalny i techniczny death metal. Rzeźnia jest naprawdę całkiem niezła, ale... jednak nie tego można było oczekiwać po autorach "Pierced From Within" i "Despise The Sun". Blasty, owszem, są, ale daleko im do wyziewów generowanych przez Dave’a Culrossa na wspomnianej EP. Zastanawiające, co się stało z brzmieniem. Zniknął charakterystyczny dla tej kapeli potężny 'dół', którym zachwycali w przeszłości (z wiadomym wyjątkiem), jest za to czyste i wyjątkowo przejrzyste brzmienie deathmetalowe. Frank Mullen... coś jakby stracił dawną moc – ale obstawiałbym, że to raczej wina brzmienia, bo na żywca radził sobie wspaniale i zupełnie nie było po nim widać długiego rozbratu ze sceną. Melodie... bywa tak, że w jednym kawałku jest ich tyle, co wcześniej na całej płycie, ale są tego plusy, bo numery można teraz łatwiej od siebie odróżnić. 'Deceit' (dedykowany byłej żonie Mullena, hehe...), 'Demise Of The Clone', 'Subconsciously Enslaved' (kapitalny tytuł!) – tak naprawdę warto posłuchać całości, przynajmniej część z was nie powinna narzekać, bo — warto jeszcze raz podkreślić — dupy nie dali. Na zakończenie okładka – jest świetna, już przy pierwszym spojrzeniu widać tam rękę Mistrza.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.suffocationofficial.com

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

11 sierpnia 2012

Disloyal – The Kingdom Of Plague [2004]

Disloyal - The Kingdom Of Plague recenzja okładka review coverTen zespół nawet nieźle się zapowiadał — czego potwierdzenie słychać na "The Kingdom Of Plague" — ale przepadł już chyba (?) dokumentnie, nie zdoławszy na dobre zaistnieć nawet na polskim rynku. Chłopaki na w pełni oficjalnym debiucie (bo wydawnictwo Demonic trudno za takowe uznać) w żadnym wypadku nie penetrują nowych obszarów brutalnego grania, bo to półgodzinna dawka typowego death metalu, dla którego podstawą i niedoścignionymi wzorcami są wczesno-średnie produkcje Morbid Angel (taki 'Fall' to już jawne cytowanie 'Day Of Suffering', ale to nic), Hate Eternal, Deicide i w pewnym stopniu Cannibal Corpse. Ponadto wydaje mi się, że na płytce pobrzmiewają echa, już doścignionego, Damnation, ale to akurat mogą być już moje urojenia, wynikające z nadmiaru chemikaliów w organizmie. Zawartość albumu sprawia przede wszystkim wrażenie muzyki stworzonej przez fanów określonej stylistyki dla innych fanów, którzy akurat sami grać nie potrafią – ot tak, bez wydumanych ambicji i wymyślnej ideologii. "The Kingdom Of Plague" to rzetelnie zagrany, pozbawiony wodotrysków (co słychać zwłaszcza w dość nieśmiało podanych partiach solowych) i ekstrawaganckich rozwiązań (bo ciężko za coś takiego uznać cieniutkie deklamacje) death metal w oprawie, powiedzmy, półprofesjonalnej (czytać: dobre studio — Hertz — ale mało kasy na dopracowaną realizację – vide spłaszczona perkusja), którego można posłuchać bez wysilania się – nie nudzi, nie odstrasza, a jest przy czym potupać. Wabikiem na słuchaczy może być cover... Immortal, który ma się nijak do twórczości Disloyal, ale został tak sprawnie obrobiony, że stopił się z autorskimi kawałkami. Wiem, że to żadne mistrzostwo świata, czy nawet płytka wybijająca się na polskiej scenie, ale zapoznając się z nią zdrowiem nie ryzykujecie.


ocena: 6,5/10
demo
Udostępnij:

8 sierpnia 2012

Deicide – Scars Of The Crucifix [2004]

Deicide - Scars Of The Crucifix recenzja okładka review coverTakie powroty niegdysiejszej miłości sprawiają, że serce ponownie się raduje! Ale po kolei... Bluźniercza ekipa Deicide, po przejściu do Earache Records, wyraźnie dostała wiatru w żagle – nowe umowy na sprzęt, liczne trasy, gościnny udział Bentona na "Dechristianize" Vital Remains i cała masa bajerów przy okazji wydania tej płyty... Takie akcje ze strony wytwórni najwyraźniej przynoszą skutki, bo zespół tym razem naprawdę powrócił i to z przepięknym albumem! Chłopaki coś tam obiecywali, że będzie 12 numerów, że będą dłuższe, że chcą więcej pograć na instrumentach i takie tam... Kłamali, chociaż nie do końca. Kawałków jest tylko 9, zaś płyta trwa niecałe pół godziny, a to w związku z tym, że istotnie pomuzykowali jak trzeba. Krążek ma zajebistą, podpartą solidnym — choć trochę niechlujnym — brzmieniem siłę przebicia, co sprawia, że słucha się go stokroć lepiej niż dwa poprzednie razem wzięte, a muzyki nie trzeba się doszukiwać w tajemniczym dudnieniu i buczeniu. "Blizny krzyża" to powrót do klimatów "Once Upon The Cross" i "Serpents Of The Light" z wybuchami agresji typowymi dla "Legion" oraz z domieszkami — przynajmniej w niektórych riffach — Cannibal Corpse z okresu "Bloodthirst". Czyli nie może być źle. I nie jest, do kurwy nędzy, NIE JEST!!! A czemuż to? Bo jest wspaniale, brutalnie, dziko, szybko i ciężko jak diabli!!! Eric i Brian wreszcie przypomnieli sobie na czym polegała magia ich gry (z "Srepents..." chociażby) i zaproponowali oddanym fanom ładunek pomysłowych riffów i dużo więcej — szczególnie w porównaniu z dwiema poprzednimi płytami — zajebistych, tryskających energią solówek. Asheim również zbudził się z przydługiego letargu i generalnie wypierdala jeden wielki łomot, solidnie kopiący dupę każdemu, kto tylko się nawinie (posłuchajcie sobie 'Enchanted Nightmare' lub numeru tytułowego, a zrozumiecie o co mi chodzi). Szybkości generowane tutaj przez Steve’a należą do największych w historii Deicide, o czym zresztą może świadczyć 'Go Now Your Lord Is Dead' – najkrótszy (1:55) normalny numer, jaki odrodzeni bogowie z Florydy spłodzili od początku swojej kariery. Przez większą część albumu Benton jedzie na podwójnej ścieżce growlu i wrzasku, potęgując tym samym piekielne wrażenie całości. Jeśli chodzi o wokale, znacznie więcej tu "Dechristianize" niż "Insineratehymn", co spokojnie zaliczam wydawnictwu na plus, bo wyziew przepełniony jadem jest kurewsko agresywny. W tekstach specjalnej rewolucji nie znajdziecie (a 'Fuck Your God' w ogóle przekreśla wszelkie nadzieje na cokolwiek ambitnego), choć trzeba przyznać, że np. tytułowy jest całkiem fajny. OK, po wcześniejszych miernotach nie spodziewałem się ze strony Deicide takiego uderzenia i tym chętniej piszę te słowa. "Scars Of The Crucifix" przez pierwsze trzy dni przesłuchałem więcej razy niż pieprzony "In Torment In Hell" w ogóle! To się nazywa rehabilitacja!


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/theofficialdeicidemyspacepage

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

5 czerwca 2012

Visceral Bleeding – Transcend Into Ferocity [2004]

Visceral Bleeding - Transcend Into Ferocity recenzja okładka review coverNazwanie "Transcend Into Ferocity" półgodzinnym hołdem dla Suffocation z okresu 'przedrozpadowego' byłoby może i dużą przesadą, ale nie da się ukryć, że muzyka Visceral Bleeding jest głęboko osadzona we wczesnej twórczości Dusicieli (z naciskiem na "Effigy Of The Forgotten" i "Pierced From Within") i nawet małe zmyłki w postaci patentów a'la Immolation (z 'dwójki') czy Cannibal Corpse i odrobiny melodii niczego nie zmieniają. I tak na dobrą sprawę wcale nie muszą, bo młodym Szwedom taki brutalny, intensywny i techniczny death metal wychodzi bardzo sprawnie, a słucha się go lepiej niż dobrze. Kolesie znają się na rzeczy i wiedzą, o co w takiej muzyce chodzi, a czego należy się wystrzegać. W przeciwieństwie do 99% kapel zafascynowanych nowojorczykami, chłopaki z Visceral Bleeding nie nakurwiają z szybkością światła przez całą płytę, mieszając przy tym patenty dla normalnego człowieka praktycznie niewykonalne. Nie, oni tłuką raczej w średnich tempach z niespecjalnymi przyspieszeniami, ale dzięki temu brzmią ciężej, wyjątkowo klarownie, a każdy element ich zdrowo pokręconej (bo pod tym względem akurat się nie oszczędzają – pięknie tu świeci 'All Flesh...') sieczki jest łatwy do wychwycenia i późniejszego przetrawienia. Jak więc widać, utwory Visceral Bleeding swą konkretną intensywność zawdzięczają zagęszczonym aranżacjom, a nie wyśrubowanym prędkościom. Przy tak dużym stężeniu riffów i zmian tempa łatwo o przeładowanie słuchacza dźwiękami, ale i tego Szwedzi uniknęli – "Transcend Into Ferocity" trwa zaledwie 29 minut, czyli w sam raz, żeby utrzymać żywe zainteresowanie krążkiem. Dla wytrwałych jest jeszcze prezentacja kapeli z nie najwyższych lotów teledyskiem do 'Fury Unleashed' na ścieżce multimedialnej. Mnie pasują, w swojej nieoryginalności mogą nawet imponować.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/31930544

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

8 marca 2012

Rotting Christ – Sanctus Diavolos [2004]

Rotting Christ - Sanctus Diavolos recenzja okładka review coverPowrót Greków do trzyosobowego składu przy okazji "Sanctus Diavolos" był dla mnie równie zaskakujący, co zwycięstwo ich reprezentacji narodowej w Mistrzostwach Europy, z tym szczegółem, że Rotting Christ — w przeciwieństwie do tego czegoś, co uskuteczniali piłkarze na boiskach Portugalii — zagrali w pięknym stylu. Sakis, Themis i Andreas spłodzili (to już prawie jak rodzina alternatywna he, he) album zdecydowanie odmienny od "Genesis", bardzo różnorodny, momentami eksperymentalny, lecz całościowo niezwykle spójny. Wszystko zaczyna się dość standardowo (gdy za standard przyjąć "Khronos" i "Genesis"), ale już od drugiego w kolejności 'Thy Wings Thy Horns Thy Sin', w którym pojawiają się partie chóralne (szczyt popieprzenia osiągają w 'You My Cross'), wiadomo że "Sanctus Diavolos" będzie wymagał od słuchacza trochę więcej czasu i skupienia. Mocnym punktem płyty jest następujący po nim, a będący koncertowym hitem 'Athanati Este' – ociężały i transowy, ze świetnymi wokalami (szczególnie w jego końcówce). Bardzo ciekawie prezentuje się 'Sanctimonius' – jest to wyraźniejsze zwrócenie się ku eksperymentom (nie mylić z "A Dead Poem"!); forma wyciszenia i umiejętnej zabawy nastrojem. Przy 'Serve In Heaven' następuje z kolei wielki przypływ specyficznej radochy – takiego grania po Grekach raczej się nie spodziewałem, co nie zmienia faktu, że ten ukłon w stronę przeszłości udał się znakomicie i doskonale wpasował w całość materiału. Takie brutalne i agresywne oblicze zespół kontynuuje jeszcze w 'Shades Of Evil', bo dwa końcowe numery bardziej pasują do świeższych dokonań kapeli. Wyjątkowe wrażenie robi utwór tytułowy, który przypomina jakiś podniosły diabelski hymn. Ósmy album Rotting Christ od początku wprowadza w przedziwny trans, który przerywa dopiero wybrzmienie ostatnich dźwięków i zatrzymanie krążka; wytworzony nastrój hipnotyzuje i odgradza od wpływów świata zewnętrznego. Przez te 48 minut i 39 sekund istniejecie tylko dla Gnijącego Chrystusa, reszta jest złudzeniem. Polecam zwłaszcza ludziom ceniącym sobie różnorodność i głębię w muzyce.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.rotting-christ.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

29 grudnia 2011

Dementor – God Defamer [2004]

Dementor - God Defamer recenzja okładka review coverRóżnie można rozpatrywać nowszą — czyli zawierającą się w ostatniej dekadzie — twórczość Dementor, choć na pewno nie można odmówić Słowakom wysokiego poziomu uprawianej przez nich muzy. Wiadomo, doświadczenie procentuje, a oni przecież są jedną z najstarszych ekstremalnych kapel u naszych południowych sąsiadów. Głównym problemem jest znikoma oryginalność tworzonych przez nich dźwięków, ich wtórność i, nie da się ukryć, przewidywalność. Dementor jest radykalnie death metalowy i jednoznacznie antychrześcijański – nie ma tu podtekstów, niedomówień, błądzenia w poszukiwaniu nowości, silenia się na wyjątkowość – wszystko wali prosto w ryj z należytą florydzką mocą. Muzyka dla gatunkowych purystów, ot co. Akurat na "God Defamer" do wcześniejszych fascynacji Morbidami dołączyła okazywana niemal na każdym kroku sympatia dla największego dzieła Krisiun, stąd też płyta brzmi niemal identycznie jak "Conquerors Of Armageddon" (nagrywano w Stage One...), wokal Rene jest bliski wyziewom Alexa Camargo, a niektóre riffy to niemal cytaty z Brazylijczyków. Kopiatorstwo? Nie sądzę. Oni raczej grają to, co lubią najbardziej (za czym przemawia wieloletnie doskonalenie stylu i brak komercyjnych sukcesów), a że wychodzi im to lepiej niż zacnie, to nie ma sensu zmieniać tego na siłę. Mnie w każdym razie przekonują o szczerości swych intencji. Zresztą, na pewno przekonają i tych, dla których np. brzmienie "Ageless Venomous" jest nie do przyjęcia, a zawartość "Heretic" została rozwalona brakiem spójności. "God Defamer" to tradycyjnie szybka (lecz nie aż tak jak poprzedni "Enslave The Weak"), ciężka i bluźniercza napierducha zagrana z wyczuciem, jakiego powinno się oczekiwać po nestorach słowackiego death metalu. Ten materiał nikogo nie zaskoczy, ale fanów gatunku z pewnością nie rozczaruje. I to jest chyba jego największa zaleta – spełnia oczekiwania, jakie mam w stosunku do takiej muzy. Więcej mi naprawdę nie trzeba.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/dementorsk

podobne płyty:

Udostępnij:

17 grudnia 2011

Therion – Lemuria [2004]

Therion - Lemuria recenzja okładka review coverChyba nie stwierdzę nic szczególnie odkrywczego konstatacją, że Therion to klasa sama dla siebie, kapela, której styl jest nie tyle niepodrabialny (tu następuje wymowna pauza, w czasie której kieruję wzrok w stronę ChRL), co bezbłędnie rozpoznawalny już od pierwszych dźwięków. Jest to stwierdzenie nieco mgliste i nieprecyzyjne, ale dobrze oddaje wrażenia jakie towarzyszą lekturze Szwedów – bo nie rozpoznać Theriona to jak dać z liścia kobiecie (będąc facetem), jak powiedzieć "gówno" w wytwornym towarzystwie, tudzież zalać frytki majonezem. Po prostu się nie godzi, nie godzi kurwa i basta! Tą kapelę trzeba znać, lubić też – ci, którzy się ze mną nie zgadzają, to wiedzą co im słoń na ucho nadepnął i gdzie im kij w dupę. Oczywiście zastrzec trzeba, że sympatia do kapeli nie jest ślepa i bezwarunkowa, obejmująca swoim zasięgiem wszystkie krążki – "Lemuria" nie jest jednak ową czarną owcą, choć zaczyna się nijako. Jak na openera "Typhon" zwyczajnie zawodzi – brakuje mu cech porządnego kawałka, a co dopiero pierwszego. Potem jednak jest lepiej i to znacznie lepiej, a co więcej – ten wysoki poziom utrzymuje się do końca, z jednym dosłownie potknięciem. O ile "Sirius B" był przedsięwzięciem bardziej metalowym, co i tak wypada wziąć w cudzysłów, o tyle "Lemuria" to krążek bardziej symfoniczny i operowy. Ale na tym płyta się nie kończy – można na niej znaleźć stylizacje począwszy od pirackich, poprzez wyjęte żywcem ze Scooby Doo, aż na Rammsteinowych skończywszy. I nawet to nie wyczerpuje listy wszystkich, niekoniecznie metalowych, inspiracji i patentów obecnych na wydawnictwie. Ma to dodatkową zaletę – "Lemurię" można słuchać w towarzystwie swojej dziewczyny/żony/kochanki, która za ciężką muzyką nie przepada, można ją także zapodać rodzicom (sprawdzałem na swoich – działa), a nawet co bardziej kościółkowi sąsiedzi mogą pomyśleć, że to madrygały elżbietańskie. Tak więc pod okiem i uchem świątojebliwych sąsiadów można uskuteczniać swoje mroczne, szatanistyczne i bluźnierskie praktyki, co w przypadku postępującej głuchoty owych sąsiadów może poskutkować nawet pogłaskaniem po głowie za słuchanie pięknych, kościelnych pieśni. Taktycznie same zalety, jak widzicie. Muzycznie "Lemuria" nie odstaje od poprzednich wydawnictw, oczywiście wziąwszy pod uwagę to, co już napisałem. Jest więc mnóstwo melodii, niekiedy bardziej, innym razem nieco mniej ambitnych, niezliczone ilości chórków, oraz całe tony, mnóstwo ton, klimatu i nastrojowości. Krążek słucha się sam, szczególnie, kiedy ma się ochotę chwilkę zwolnić i pomyśleć. Ma się wtedy szansę odkryć piękno tego wydawnictwa, docenić wszystkie te operowe partie, które pewnie na co dzień umykają gdzieś bokiem. Tak sobie teraz myślę, że w sumie cała płytka wymiata i to mimo (a może dzięki) owej operowatości. Dwa utwory: tytułowy – "Lemuria" oraz "An Arrow From the Sun" doskonale oddają, o co mi chodzi. Pierwszy ze wspomnianych jest tym wspanialszy, że bardzo przypomina mi — doskonały moim zdaniem — krążek "Theli". Kolejną wspaniałością krążka są bałałajki, którymi dość bogato album polano. Rządzą na całej linii, nawet jeśli wykorzystano je w kawałku poświęconym Majom – "Quetzalcoatl", co pasuje jak pięść do nosa. Skłonnym jednak nie czepiać się tego, bo brzmią bajecznie. Pewnie zdążyliście się zorientować, że krążek do najbardziej monotonnych nie należy, jest jak społeczeństwo USA – różnorodny, barwny i ogólnoświatowy. Zanim skończę te ochy i achy, zwrócę jeszcze waszą uwagę na gitary – przykuwają mimo ogólnej zajebistości krążka. I na tym poprzestanę, najwyżej dopiszę coś w późniejszym czasie. Tymczasem Gurdżijew daje 9, więc i ja takoż czynię.


ocena: 9/10
deaf
oficjalna strona: www.megatherion.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

14 sierpnia 2011

Dead Infection – Brain Corrosion [2004]

Dead Infection - Brain Corrosion recenzja okładka review coverPowrót Dead Infection do czynnego uprawiania krwistej sztuki wielu przyjęło z nieskrywaną radością – wszak to bogowie gore grind, a rozmaici teologowie przekonują, że obecność istot wyższych jest człowiekowi w życiu bardzo potrzebna. Nie pamiętam tylko, czy wspominali cokolwiek o napierdalaniu. Pewnie chcieli, tylko im odwagi brakowało. OK, sprawy wiary odłóżmy na kiedy indziej. Na "Brain Corrosion" białostockie trio rusza z miejsca, w którym skończyli wieki temu na "A Chapter Of Accidents" (oczywiście pomijam milion splitów i składanek!), czyli nadal mamy do czynienia z pozbawionym eksperymentów grzmoceniem po staremu: mocno, brutalnie, prosto i z jajami. Sposób grania nie zmienił się nawet na jotę (radocha przy słuchaniu także), za to brzmienie bardzo. Trochę się bałem łączenia Dead Infection z nowoczesnym soundem (nagrywano w Hertzu), ale efekt okazał się być znakomity – jest potężnie, masywnie, dość czytelnie ale nie sterylnie (coś pomiędzy Regurgitate a Nasum, a jeszcze bliżej mu do Neuropathii...). Kwestie liryczne — jak zwykle zresztą — potraktowano z dużym przymrużeniem oka, szkoda tylko, że we wkładce nie wygospodarowano miejsca dla tekstów, bo tytuły takie jak 'Beware! My Name Is Thunderbolt!', 'Take Your Pants Off', 'Brutal Murder In Dr Petru Groza', 'Deaf Death' czy 'Dressed In Moles' narobiły mi sporego apetytu. Obojętnie jednak o czym by miały traktować, totalnie chore wokale Jaro uniemożliwiają zrozumienie czegokolwiek. "Brain Corrosion" jako powrót na scenę jest naprawdę niezły, ale czy przebija poprzednie dokonania? Tego bym nie powiedział, choć to bez wątpienia dobra płyta. Młodszym adeptom grindu — z powodu oprawy — powinien wejść znacznie łatwiej niż 'starocie' tego zespołu.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: deadinfection.info

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

5 sierpnia 2011

Anorexia Nervosa – Redemption Process [2004]

Anorexia Nervosa - Redemption Process recenzja okładka review coverZ "Redemption Process" sprawa miała wyglądać wyjątkowo prosto – nazwa, tytuł, a przy ocenie wklepane dziesięć. Jednak pierwsze przesłuchania czwartej płyty umalowanych i wystrojonych Anorektyków (brawa za oryginalny image!) dały mi wyraźnie do zrozumienia, że trzeba będzie się nieco postarać. Po następcy niesamowitego "New Obscurantis Order" oczekiwałem bowiem wulkanu energii i notorycznego, maniakalnego wręcz blastowania, a tu – pewne zaskoczenie. Nie żeby Francuzi nagle przerzucili się na doom (czego im nie życzę), ale nie jest to materiał tak ponaddźwiękowy, jak można było się tego spodziewać i na jaki ich stać. Dostajemy za to krążek na pewno najbardziej podniosły, poważny, w niektórych fragmentach nawet patetyczny (aczkolwiek bez popadania w skrajności – żadnej sztuczności), zaaranżowany z barokowym rozmachem i wielką wyobraźnią, a do tego przybrany we wspaniałe tłuste brzmienie (wzmocniono przede wszystkim niższe tony). Różnorodność tempa, wokali, klimatu, a właściwie wszystkiego robi naprawdę dobre wrażenie i wychodzi to Żabojadom zdecydowanie na zdrowie. Ponadto jest tu wszystko, co symfoniczny black metal mieć powinien: wściekłe i brutalne galopady, przyprawione klawiszami monumentalne pasaże, szalone wokalizy i jeszcze coś, o czym większość zespołów z tego nurtu zdaje się zapominać – agresywny black metal. No proszę, niektórzy potrafią zrobić tak, by uniknąć jakiegokolwiek pedalstwa... Podobnie jak na dwóch poprzednich płytach, i tu znajdziemy wspaniałe hymny, na których miano zasługują według mnie utwory 'An Amen' i — absolutnie powalający, zwłaszcza na żywo — 'Sister September'. Co ciekawe, są one relatywnie wolne i spokojne, szczególnie w porównaniu z huraganowymi 'Antinferno', 'Codex-Veritas' czy 'The Shining'. Przy okazji wspomnianego już zróżnicowania tempa – jest spore, co mnie cieszy o tyle, że mogę podziwiać pełnię umiejętności Nilcasa Vanta (perkman); gość będzie wielki, jestem tego pewien, niech no się tylko zbiorą do kupy i nagrają coś nowego. A skoro jestem przy podziwianiu, to warto też wspomnieć o tym, co wyrabia Mr. Hreidmarr – zawodzi, wrzeszczy, krzyczy, przechodzi w ogłuszający pisk – za każdym razem doskonale wpasowując się w muzykę i wzbogacając ją. Tylko czy "Redemption Process" jest lepszy od poprzednika? Ciężko powiedzieć, ale nie musi być, bo oba te krążki są równie znakomite, bardzo interesujące, ale i odmienne od siebie. Tak czy tak, warto się z "Procesem odkupienia" zapoznać. Najlepszy zespół gatunku, jestem o tym przekonany!


ocena: 10/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/motheranorexia

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

26 lipca 2011

Spinal Cord – Stigmata Of Life [2004]

Spinal Cord - Stigmata Of Life recenzja okładka review coverSpinale nagrywając drugą — i niestety wciąż ostatnią — płytę, odwalili kawał dobrej roboty, która ponownie mogła być zdeprecjonowana przez wytwórnię i obraną przez nią wyjątkowo debilną linię promocji – robienie z zespołu projektu Novego z Vader, żeby skusić rzeszę ułomów z "tik-takiem zamiast mózgu". To było tytułem wstępu, czas na muzykę. Na "Stigmata Of Life" wszystko jest znacznie brutalniejsze niż na debiucie (zdecydowanie postawili na death metal), szybsze, bardziej zawiłe, zbite, masakra dokonywana za garami przez Bastiego robi spore wrażenie, wokal jest lepiej dopracowany, zajebichne solówki to też spory plus materiału. Całość została ubrana w paciajowatą okładkę i niezwykle zwarte, mechaniczne, nie przepuszczające powietrza brzmienie... Jeno, psze państwa, jest taki kłopocik – uleciała gdzieś ta thrash’owa chwytliwość, która tak mi się podobała na "Remedy". Chłopaki zagrali i nagrali muzę stosunkowo oryginalną (szczególnie jak na polskie warunki), cholernie mocną, precyzyjną, perfekcyjną, a po mojemu wychodzi, że nawet zbyt perfekcyjną. Z tego, że "Stigmata Of Life" jest bardziej wymagająca od poprzedniczki problemu nie robię, ale przydałoby się trochę tej wspomnianej przebojowości czy spontanu, wtedy efekt końcowy ostro — tzn. jeszcze ostrzej — by poniewierał. Nie zmienia to faktu, że płytki słucha się dobrze, a o to przecież chodzi.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/spinalcordofficial

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

29 stycznia 2011

Augury – Concealed [2004]

Augury - Concealed recenzja okładka review cover"Na każdym zebraniu jest taka sytuacja, że ktoś musi zacząć pierwszy" – tymi oto słowy lud pracujący miast i wsi przemawia po raz pierwszy na spotkaniu w czasie kultowego "Rejsu". Nie jest jednak ważny ów 'ktoś', lecz to jak zaczął, a musicie przyznać – tekst miażdży. Jeśli więc jakaś garażowa kapelka ma ochotę wypłynąć na szerokie wody, to niech sobie przesłucha "Concealed" z tuzin razy i dopiero wtedy, gdy uzna, że stworzyła coś równie dobrego, zabiera się za wysyłanie demka do wytwórni. W przeciwnym razie — dla zdrowia swojego, a przede wszystkim innych — niech sobie odpuści. Augury — wzorem Atheist, Nocturnus, Cynic i innych przełomowych kapel — rozpoczęło z niebotycznie wysokiej półki i zaprezentowało album, który ośmielam się uznać za jeden z najlepszych w 2004 roku. O ile nie najlepszy. Wydaje mi się, ba, mam pewność, że już pierwsze nuty "Beatus" są na tyle intrygujące, że każdy miłośnik bardziej ambitnego napierdalania przysiądzie i pozwoli Kanadyjczykom się zaprezentować. Właśnie – Kanadyjczykom, to chyba wiele tłumaczy. Opisywaliśmy już wiele kapel, z różnych zakątków świata, lecz ostanie lata w dziedzinie zagmatwanego, nietuzinkowego grania należą właśnie do przedstawicieli nacji fanów hokeja i waśni na tle narodowościo-językowym. Ale do rzeczy – nie na pierwszych nutach Augury się kończy. Gitarowe (!) intro jest zaledwie przystawką do prawie 50-minutowego dzieła i samego "Beatus", który rozwija się w niesamowitych wręcz kierunkach. Pierwsze pytanie brzmi mniej więcej tak: co tam, do kurwy nędzy, robią babskie wokale!? Z perspektywy setek przesłuchań mogę odpowiedzieć tak – rozpierdalają. Tego nie czuje się od razu, to wcale nie musi zaskoczyć za pierwszym razem. Podobnie jednak jak z klasycznymi motorami – zapali, trzeba im tylko dać kilka kopów. Wielkość "Concealed" można ocenić właśnie przez pryzmat odwołania się do tego — co by nie mówić — mało deathowego elementu. Bardziej kanoniczne (choć nie bezdyskusyjnie) jest spojrzenie na rolę basu. Pierwszoplanowe, bardzo selektywne brzmienie i dynamika 6 strun na pewno dodają kolejnych barw już i tak kolorowej muzyce. Kontrastem dla bardzo organicznego basu są przesterowane gitary brzmiące nieco blaszanie i rdzawo. Podobnie wygląda sprawa z solówkami, które do oczywistych, ładnych, wygładzonych i łatwych do słuchania nie należą – i za to im chwała. Siedzący za garami Gallo chyba nie wymaga większych rekomendacji, więc ograniczę się do wspomnienia go z nazwiska. Na koniec wypada wspomnieć gardłowe wyczyny Loisela, których jest chyba więcej niż palców u dłoni. "Beatus", "Cosmic Migration", "Alien Shores", "The Lair of Purity", "...As Sea Devours Land" – to tylko niektóre z przebojów. Warto wspomnieć o "The Lair of Purity", który jest jedyną balladą, ale taką, która urywa jaja. Podsumowanie może być tylko jedno: jeśli jesteście zainteresowani progowym deathem, albumem, który sprawnie łączy brutalność z pięknem, szybkość ze zmysłowością, technikę z melodyjnością to debiut Augury jest właśnie dla was.


ocena: 10/10
deaf
oficjalna strona: www.augurymetal.com

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

17 października 2010

Behemoth – Demigod [2004]

Behemoth - Demigod recenzja okładka review coverSiódmy w ogóle, a piąty słuchalny, album "Demigod" to niespełna 41 minut brutalnego death metalu zagranego w charakterystyczny dla zespołu sposób. Charakterystyczny, bo — czy to się komuś podoba czy nie — Behemoth już od kilku lat jest uznaną firmą, dostarczającą produkty najwyższej jakości, obok których nie sposób przejść obojętnie. Na zachwianie poziomu nie mają też wpływu zmiany personalne – na tym krążku Havoca na stanowisku drugiego gitarzysty zastąpił sesyjnie Seth z zespołu Nomad, natomiast basistę Novego niejaki Onion (czy jakoś tak) z takiej bidnej kapelki, która rżnie z kogo popadnie, w tym także z Behemotha. Faceci w spódnicach (a może i rajtuzach – strach zaglądać) odczuwalnie zredukowali wpływy Morbid Angel (importowali za to odrobinę oryginalnego Nile), choć absolutnie nie można powiedzieć, że zarzucili złożone granie. Owszem – prostych, a zarazem chwytliwych riffów ('Conquer All', 'Towards Babylon', 'Demigod') jest więcej, ale to nie jedyne pomysły na gitary (warto zaznaczyć, że ich dźwięk jest zdecydowanie mocniejszy niż w przeszłości), bowiem mamy tu jeszcze akustyki, sporo czysto technicznych zagrywek i zupełnie niczego sobie solówki. Perkusyjna siekanina — tak wyziewne blasty, jak i gęstwina rozmaitych przejść — oczywiście budzi respekt, co nie zmienia faktu, że można by ją lepiej wyeksponować. Uwagę zwraca także odmieniony wokal Adama – bardziej nienawistny i wściekły. Szczególnie dobrze to słychać w 'Slaves Shall Serve' i 'Mysterium Coniunctionis (Hermanubis)' – świetna robota! Zastanawiający jest dla mnie na "Demigod" udział Karla Sandersa (solówka w 'XUL') – chłop potwierdził, że gościnnie to tylko jakieś dziadostwo potrafi nagrać, zaś prawdziwe wrażenie robi to, jak w podkładzie napiera Inferno. No, ale te szarpidruckie wyczyny przynajmniej słychać, w przeciwieństwie do chłopięcego chóru, do wychwycenia którego potrzebne są chyba zdolności nietoperza-radiotelegrafisty z praktyką na radzieckiej łodzi podwodnej. Enyłej, materiału słucha się z przyjemnością, choć nie jest on pozbawiony pewnych wad. O jednolitość nie ma się co specjalnie rzucać (jakkolwiek niektórzy mogą mieć z nią problem), bo towarzyszy jej odpowiednia dawka przebojowości. Od stawki jednak odstaje i poziom lekko zaniża niewyraźny 'The Reign Ov Shemsu-Hor', którego formuła jest jak dla mnie dosyć naciągana. "Demigod" pod paroma względami przewyższa poprzedni krążek, choć całościowo nie jest od niego lepszy. Mimo to należy go uznać za bardzo udany.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.behemoth.pl

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

2 września 2010

Therion – Sirius B [2004]

Therion - Sirius B recenzja okładka review coverW ubiegłym roku świętowaliśmy małą rocznicę, rocznicę narodzin pewnych bliźniaków... braci "Lemuria" i "Sirius B". Jest to zjawisko, które w świecie (nie tylko muzycznym, ale także biologicznym) nie zdarza się zbyt często. A gdy już się zdarza, zwiastuje mnóstwo emocji i niezapomnianych przeżyć. Tym większy jest to powód do radości (z owego zjawiska, oczywiście), dlatego solenizantom życzę spokojnego dotrwania do sześćdziesiątki, albo nawet setki, wciąż będąc świeżymi i pełnymi młodzieńczej werwy. We wspomnieniach ojca możemy wyczytać, że na świat przyszły nie bliźniaczki a trojaczki, jakoś tak jednak wyszło, że 'trzeci bliźniak' został jakby ukryty, przeniesiony do cienia – podobno różnił się znacznie od wspomnianego już rodzeństwa. Dumny ojciec — pan Krzysztof — wspomina, że bracia na początku mieli indywidualne rysy, które z czasem jednak uległy rozmyciu i to, co kiedyś było wyraźne, zatarło się. I tak, dość bezpośredni i narowisty "Sirius B" wymienił się kilkoma cechami z bardziej rozwodnionym "Lemuria". Efekt tego jest taki, że bliźniacy stali się bardziej do siebie podobni, za to bardziej zróżnicowani wewnętrznie. Może to i dobrze, że tak się stało, bo teraz niezależnie od tego, za którego bliźniaka się wezmę, słyszę, mniej więcej, to samo. Nie da się jednak ukryć, że "Sirius B" jest nieco większy i bardziej spójny, choć przeglądając jego zawartość można doznać pewnej dezorientacji – a to prawi o Synu Słońca, a to o 'czwartej drodze'. Tego to nawet Kali Yuga nie ogarnie. Tak czy inaczej, i niezależnie od stopnia pomieszania, słucha się tego wyśmienicie. Spróbujcie sami, jeśli jeszcze nie zdążyliście się przekonać. Gurdżijew daje 9. Ja też.


ocena: 9/10
deaf
oficjalna strona: www.megatherion.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij: