facebook

29 maja 2011

Crystalic – Persistence [2010]

Crystalic - Persistence recenzja okładka review cover
Takie mamy czasy, że nie można ufać nikomu. Ot choćby pięciu fińskim koleżkom, którzy wyglądają jak nieco mroczniejsza wersja Stratovarius, a twierdzą, że grają death metal. A takiego! Śladowe ilości gęstszej pracy werbla (takie niby blasty) i ewidentnie wymuszone agresywne (raczej stylizowane na agresywne) wokale niosą ze sobą tylko złudzenie brutalności. Ten pięćdziesięciominutowy materiał to zlepek super miętkiego death’u (umownie) jak z najgorszych produkcji In Flames, miętkiego, pozbawionego pazura thrash’u oraz rozlazłego power metalu, który z swej natury jest miętki. Stylistyczny rozstrzał może świadczyć zarówno o dużej otwartości i odwadze, jak i — co jest bardziej prawdopodobne — chęci zdobycia jak najszerszego, a przy tym jak najmniej wymagającego audytorium. Tak czy siak, miało być różnorodnie i metalowo, a wyszło niezbyt składnie i flakowato.

26 maja 2011

Kat & Roman Kostrzewski – Biało – Czarna [2011]

Kat & Roman Kostrzewski - Biało - Czarna recenzja okładka review cover
Wydany wieki temu "Mind Cannibals" nikogo — poza samym zespołem — raczej nie zachwycił, więc wszystko wskazywało na to, że ekipa Romana i Irka powinna bez trudu przebić tamten materiał – wszak czasu na dogłębną analizę muzyki i dopieszczenie najmniejszego detalu mieli całe mnóstwo, a i na wsparcie fanów nie mogli narzekać. Tymczasem "Biało – Czarna" przy pierwszym kontakcie sprawia wrażenie skleconej na odwal się i do tego w dużym pośpiechu. Taką konstatację zresztą łatwo obronić, odnosząc się do brzmienia, którego jakość pozostawia trochę do życzenia i zdecydowanie odbiega od obecnych standardów, a już na pewno oczekiwań. Domyślam się, że wzięto tu za wzór pozbawioną upiększeń produkcję "Death Magnetic". I o ile w przypadku Metallicy dało to dobre rezultaty, tak nowa muzyka Kata prosi się o nieco bogatszą oprawę.

23 maja 2011

Pestilence – Doctrine [2011]

Pestilence - Doctrine recenzja okładka review cover
O "Doctrine" można bez większego wysiłku powiedzieć tylko tyle, że jest to najcięższy album w karierze Pestilence, jak również to , że z pewnością nie jest ich najlepszym, bo taki już nagrali 20 lat temu. W każdym razie właśnie wspomniany ciężar na początku najbardziej skupia uwagę słuchacza — przysłaniając całą resztę — bowiem efekt uzyskany w Woodshed jest iście makabryczny – dwie ośmiostrunowe gitary i sześciostrunowy bezprogowy bas miażdżą okrutnie, a przy okazji wprawiają w osłupienie totalną selektywnością. Posłuchajcie tej płyty głośno, naprawdę głośno – farba ze ścian schodzi od tego dźwięku. Tylko od tych powtarzanych na każdym kroku porównań do Meshuggah zbiera się na rzyganko... Litości! Najwyraźniej według niektórych sam fakt użycia ósemek determinuje muzykę. Każdy, kto choć raz posłucha tego albumu, błyskawicznie dojdzie do wniosku, że ta Meshuggah do Meshuggah jakoś nie podobna. Gdy już oswoimy się z wszechogarniającym gitarowym dołem, do naszych uszu dociera chociażby wyższy niż ostatnio, bardziej histeryczny wokal Patricka

20 maja 2011

Levi/Werstler – Avalanche Of Worms [2010]

Levi/Werstler - Avalanche Of Worms recenzja okładka review cover
Nie będzie żadnym kłamstwem stwierdzenie, że spędzam ostatnio nad tym albumem jakieś 80 procent czasu przeznaczonego na słuchanie muzyki. Dziennie siedzę z muzą na uszach coś około trzech godzin, uśredniając. Daje to więc prawie dwie i pół godziny przesiedziane nad "Avalanche of Worms". I zapewniam – są to jedne z lepiej zmarnowanych godzin spędzonych z muzyką. Dawno, ale to dawno nie słyszałem tak zajebistego kawałka instrumentalnego grania. Mówię to z pełną odpowiedzialnością – jest to bodaj najlepszy instrumental jaki słyszałem w ogóle w całym swoim życiu, a słyszałem już niemało. Poza wszelkimi innymi cudownościami, album ten ma jedną, zasadniczą zaletę, przymiot prawdziwego geniuszu, coś, z czym spotykam się pierwszy raz w przypadku albumu instrumentalnego – totalność.

17 maja 2011

Sinister – Creative Killings [2001]

Sinister - Creative Killings recenzja okładka review cover
Pierwsza płyta z Rachel (wcześniej w Occult) w składzie wywołała sporo kontrowersji wśród miłośników Sinister, z obowiązkowymi oskarżeniami o danie dupy i wymię(t)kanie. Czy słusznie? Ano nie, bo w muzyce próżno szukać nawet najmniejszych znamion najdrobniejszej rewolucji, a wokalne różnice nie są kolosalne. Wprawdzie ukochana Aada ma głos słabszy niż Mike czy Eric, ale wygląda od nich trochę lepiej i z powodzeniem — już głosem — przebija wielu bardziej doświadczonych krzykaczy-facetów, ot choćby wiecznie stękającego Ambasadora Metalu z Polski. "Creative Killings" różni od poprzednika głównie brzmienie (bez szału, ale spoko, choć dla niektórych może być zbyt syntetyczne) oraz zdecydowanie mniejsza dawka chwytliwości. Kawałki są utrzymane na niezłym, równym poziomie, a mocniej wyróżniają się w zasadzie tylko dwa.

14 maja 2011

Dystrophic – Dystrophic [2010]

Dystrophic - Dystrophic recenzja okładka review cover
Wprawdzie to tylko EP-ka, ale trwająca więcej niż kwadrans (niewiele więcej, ale zawsze), czyli nieźle zważywszy na standardy gatunku. A gatunek jest nielichy, bo to czystej postaci 'extreme guitar wanking brutal technical death metal/grind', czyli jazda dla wszelkiej maści fanów Origin, Brain Drill, Beneath the Massacre czy innych Viraemii, żeby się odnieść do kapel już opisanych (w większości). Jeśli więc czujecie niedosyt łomotu i macie niekończącą się chrapkę na więcej dopierdalających — niczym kotłowy w Luxtorpedzie — blastów, wywracających flaki wokali i świdrujących uszy masturbacji gitarowych, to trafiliście pod dobry adres. I choć nic z tego, co usłyszycie nie wyda wam się specjalnie odkrywcze, to zawiedzeni nie będziecie, bo w ramach gatunku poruszają się panowie Amerykanie całkiem sprawnie.

11 maja 2011

Farmakon – A Warm Glimpse [2003]

Farmakon - A Warm Glimpse recenzja okładka review cover
Lubicie miksy gatunkowe? Jeśli tak — a nie mam w tym momencie na myśli alkoholu — to niewykluczone, iż debiut Finów was zainteresuje. No bo co my tu mamy – europejską odmianę death metylu... eee... metalu charakterystycznego dla szwedzkiej sceny (ale nie tej 'ponadmelodyjnej'), obficie polaną progresywnym sosem wpływów jazzu i funky. Całkiem dużo tu technicznego grania, mieszania akcentów, wybiegów w klimatyczne rejony, ponadto często i gęsto pojawiają się czyste wokale. Upraszczając (bardzo, naprawdę baaardzo, i na siłę) sprawę, można by porównać chłopaków do panienek z Opeth. Tylko w przypadku Farmakon ten eklektyzm (o przecież znacznie szerszych podstawach) wypada spójnie i bardzo naturalnie, podczas gdy Szwedzi — w moim mniemaniu (i na szczęście nie tylko moim) — katują nużącym schematem pitoląco-groźnego przekładańca, w sam raz dla smutnych/mrocznych dziewczynek i chłopców, którzy postanowili poszukać łomotu poza bluźnierczym Linkin Park

8 maja 2011

Morgoth – Odium [1993]

Morgoth - Odium recenzja okładka review cover
Obecnie, gdy masa zespołów pręży zwieracze w pogoni za nie wiadomo jaką awangardą i nowatorstwem, kurz zapomnienia zdaje się przykrywać bardzo ciekawą płytę "Odium" niemieckiego Morgoth. A tak się właśnie składa, że to oni byli jednymi z prekursorów śmiałego wykorzystywania sampli, itp. dziwactw w metalu. Ot po prostu, panowie kiedyś stwierdzili, że nie chce im się grać w kółko tego samego, więc tu i ówdzie dorzucili odrobinę industrialnego hałasu i włala. Powstał dzięki temu krążek bardzo odważny i oryginalny jak na swoje czasy, a tym bardziej pochodzenie zespołu. Pod pewnymi względami można "Odium" porównać do "Spheres". Nie jest co prawda tak techniczny i pokręcony jak dzieło Pestilence, ale atmosfera dziwności i mechaniczny sound wyróżnia oba te albumy. Podobnie jak zdecydowane wykraczanie poza granice death metalu.

5 maja 2011

Aurora Borealis – Timeline: The Beginning And End Of Everything [2011]

Aurora Borealis - Timeline: The Beginning And End Of Everything recenzja okładka review cover
Amerykańskie trio proponuje nam kolejną dawkę super rzemieślniczego death metalu na zajebiście równym (nie mylić z zajebistym!) poziomie, którą każdy fan tamtejszej sceny wciągnie bez problemu jak zapach napalmu o poranku. Pojawia się jednak pytanie, czy taki człek w ogóle będzie łaknął wzmożonego kontaktu z, co tu ukrywać, bardzo zwyczajnym i przewidywalnym graniem. "Timeline: The Beginning And End Of Everything" spełnia właściwie wszelkie wymogi klasowej death’owej napierduchy: zróżnicowane tempa z przewagą tych naprawdę szybkich (to, że Mark Green nie jest wyjątkowo znany, nie oznacza, że nie potrafi dojebać w zestaw), gęsto chodzące centralki, jadące przede wszystkim tremolem gitary, ostre solówki, odrobina melodii, sporo czadu...

2 maja 2011

God Dethroned – Bloody Blasphemy [1999]

God Dethroned - Bloody Blasphemy recenzja okładka review cover
Owoce wieloletniej kariery God Dethroned zawsze były co najmniej dobre, parę razy trafiły się i znakomite, zresztą do dziś holenderska ekipa radzi sobie niezwykle sprawnie, nawet pomimo braku znaczącej promocji ze strony wytwórni. Nie zmienia to faktu, że pozycja najmocniejszego punktu ich dyskografii — opisywanego "Bloody Blasphemy" — wydaje się niezagrożona. Na trzeciej płycie tej kapeli po prostu wszystko się zgadza, a proporcje między najważniejszymi elementami — ostrą młócką i zajebistymi melodiami — są kapitalnie wyważone. Trzon muzyki stanowi świetnie brzmiący, dynamiczny i brutalny death metal z lekkim blackowym sznytem: agresywny wokal, szybkie blasty, porządna motoryka (Slayer!), dobre solówki, cholernie zaczepne riffy, a wszystko to cacy pod względem technicznym.