23 maja 2011

Pestilence – Doctrine [2011]

Pestilence - Doctrine recenzja okładka review coverO "Doctrine" można bez większego wysiłku powiedzieć tylko tyle, że jest to najcięższy album w karierze Pestilence, jak również to , że z pewnością nie jest ich najlepszym, bo taki już nagrali 20 lat temu. W każdym razie właśnie wspomniany ciężar na początku najbardziej skupia uwagę słuchacza — przysłaniając całą resztę — bowiem efekt uzyskany w Woodshed jest iście makabryczny – dwie ośmiostrunowe gitary i sześciostrunowy bezprogowy bas miażdżą okrutnie, a przy okazji wprawiają w osłupienie totalną selektywnością. Posłuchajcie tej płyty głośno, naprawdę głośno – farba ze ścian schodzi od tego dźwięku. Tylko od tych powtarzanych na każdym kroku porównań do Meshuggah zbiera się na rzyganko... Litości! Najwyraźniej według niektórych sam fakt użycia ósemek determinuje muzykę. Każdy, kto choć raz posłucha tego albumu, błyskawicznie dojdzie do wniosku, że ta Meshuggah do Meshuggah jakoś nie podobna. Gdy już oswoimy się z wszechogarniającym gitarowym dołem, do naszych uszu dociera chociażby wyższy niż ostatnio, bardziej histeryczny wokal Patricka (najwyraźniej forsował głos, bo już za stary jest, żeby mu takie wrzaski przychodziły z łatwością – ten sam problem mają van Drunen i Marc Grewe), bardzo duża ilość zwolnień podkreślających przejebane brzmienie oraz cuś jakby uproszczenie struktur. I to w zasadzie koniec refleksji po pierwszym przesłuchaniu. Dopiero z czasem do świadomości zaczynają przebijać się naprawdę udane i — co niezmiernie ważne — inne niż poprzednio kawałki, z których właściwie każdy, niezależnie od tempa, może zmielić odbiorcę na pył. Klasa muzyków jest niepodważalna, więc wyprostowanie kompozycji jest tylko pozorne – pod masywnym podkładem kryje się bowiem wiele nagłych zwrotów i ostro pokombinowanych technicznych zagrywek. Wystarczy wspomnieć o basowych ozdobnikach wstrzeliwanych co i rusz przez Jeroena Paula Thesselinga, czy o solówkach, którymi Mameli próbuje chyba nawracać nieprzekonanych na "Spheres". W "Doctrine" bardzo podoba mi się także to, że materiał zupełnie nieźle potrafi zniechęcić do siebie niewyrobionych, skaczących z trendu na trend słuchaczy, w tym także wielce obeznanych fanów, którzy jeszcze trzy lata temu o Pestilence w ogóle nie słyszeli. Dzięki tej płytce odstrzał sezonowców następuje z każdym kolejnym kawałkiem. Eksterminację w pięknym stylu rozpoczyna 'Amgod' — jeden ze żwawszych w zestawie — którym zespół dobitnie pokazuje, że nie ma zamiaru oglądać się na innych i, zgodnie z gorefestową maksymą, "łil łok dejr łej". Takich hardziorowych pierdolnięć mamy tu więcej, ale ograniczę się do wskazania tylko trzech: 'Salvation', 'Sinister', 'Divinity' – przy czym ten ostatni swoją zmiennością i pokręceniem poniewiera mnie najbardziej. Jeśli chodzi o konstrukcję tekstów i sposób ich odśpiewania, "Doctrine" powiela schematy obecne na "Resurrection Macabre", polegające na maniakalnym powtarzaniu tytułów – tak, żeby przypadkiem nikt nie miał wątpliwości, jakiego kawałka akurat słucha. Szczerze mówiąc, od początku nie rzucał mnie ten pomysł na kolana, bo niezbyt to wyszukane, ale co poradzić – na koncertach sprawdza się to doskonale, i właśnie taki cel widzę w jego stosowaniu. Płyta weszła mi lepiej niż dobrze, co jednak (niestety!) nie oznacza, że zostałem doszczętnie zmasakrowany jej zawartością. Nic podobnego. Niemniej ten krok w nowym kierunku wypadł Zarazie bardzo na plus.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.pestilence.nl

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

1 komentarz:

  1. Brzmienie płyty naprawdę ostro ryje czaszkę!

    OdpowiedzUsuń