30 marca 2015

Eternal Solstice – The Wish Is Father To The Thought [1994]

Eternal Solstice - The Wish Is Father To The Thought recenzja okładka review coverWielokrotnie już rozpisywaliśmy się o zespołach niedocenionych i zapomnianych, choć nietuzinkowych. Teraz, dla równowagi, będzie o kapeli z drugiego bieguna. Wprawdzie nie jest to przykład krańcowy, ale jednak. Odnoszę bowiem wrażenie, że legendarny status Eternal Solstice, z jakim mamy obecnie do czynienia, jest zdecydowanie przesadnie napompowany, a po chłopsku i uczciwie mówiąc – z dupy wzięty. Tak na dobrą sprawę, to nawet na upartego nie znajduję niczego, co kultowość Holendrów mogło by w wiarygodny sposób uzasadnić. Wiekowość? Owszem, zaczynali dość wcześnie, ale nie na tyle, żeby załapać się do forpoczty gatunku. Zawirowania personalne? Owszem, mieli pewne problemy ze skompletowaniem sensownego składu, ale kto ich wtedy nie miał. Fakt, że nie zawojowali świata? Owszem, sukcesy dla Eternal Solstice to coś całkowicie obcego, ale głównej przyczyny tego stanu rzeczy upatrywałbym w... muzyce, nie zaś w braku koniunktury, kiepskim zaangażowaniu wytwórni czy nieprzychylności mediów. Taka prawda. Wydany w 1994 roku debiut Eternal Solstice to proste granie na naprawdę dobrym poziomie i tak też brzmiące (przy okazji – bardzo typowo dla Excess), jednak nie prezentujące sobą niczego niezwykłego, zaskakującego czy wybijającego zespół ponad średnią gatunkową. Naonczas tak podany death metal, zwłaszcza na tle holenderskiej sceny, był już nieco nie na czasie, a z upływem lat wcale nie nabrał uroku ani dodatkowej świeżości. Próżno na "The Wish Is Father To The Thought" szukać wizjonerstwa Pestilence, eklektyzmu Phlebotomized, topowej produkcji Gorefest, brutalności Sinister czy komercyjnego rysu The Gathering. Nie oznacza to jednak, że z tą płytką nie można spędzić kilku miłych acz niezobowiązujących chwil. Można, chociaż materiał zauważalnej podniety nie wywołuje – jak to zwykle bywa w przypadku rzemieślniczych wyrobów. Wykonawczo wszystko jest OK, kompozycyjnie co najwyżej średnio. Patenty zapożyczane od Massacre i starego Death oraz wyraźniejsza praca basu tego obrazu zbytnio nie zmieniają – "The Wish Is Father To The Thought" tylko z rzadka zwraca uwagę słuchacza.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Eternal-Solstice/384594534885754
Udostępnij:

18 marca 2015

Posthumous Blasphemer – Exhumation Of Sacred Impunity [2014]

Posthumous Blasphemer - Exhumation Of Sacred Impunity recenzja okładka review coverJakby się ktoś pytał, to tak powinno wyglądać dążenie do doskonałości. Kolesie z Posthumous Blasphemer przez ponad dekadę systematycznie podnosili umiejętności, a co za tym idzie poziom swojego grania, aż wreszcie dokonali wielkiego przeskoku i za sprawą "Exhumation Of Sacred Impunity" dobili do absolutnej czołówki gatunku. W sensie globalnym, nie lokalnym – bo całą białoruską scenę na tym albumie wyprzedzili o lata świetlne i jeszcze rzut moherowym beretem. Piąty album tej czwórki psychopatów można bez wstydu i wahania postawić w jednym rzędzie z najlepszymi produkcjami Odious Mortem, Severed Savior, Deeds of Flesh czy Suffocation, czyli kapel, które ponad wszystko przedkładają brutalny i pogmatwany do granic możliwości przekaz. Kapel, z którymi, nie da się ukryć, muzyka Posthumous Blasphemer miejscami dość mocno się kojarzy, zwłaszcza z dwiema pierwszymi nazwami. Nie przeszkodziło to jednak doświadczonym Białorusinom w stworzeniu łomotu stosunkowo rozpoznawalnego, a przy okazji o bardzo specyficznej chwytliwości. Panowie Pośmiertni Bluźniercy, jako jedni z naprawdę nielicznych, zdołali w te krańcowo pojebane death metalowe wygibasy wcisnąć coś, dzięki czemu materiał wciąga, imponuje i skupia uwagę, ale nie nudzi i nie męczy, jakkolwiek siły odbiera bez problemu po jakichś pięciu minutach. Natłok schizoidalnych dźwięków jest na "Exhumation Of Sacred Impunity" tak intensywny, że ogarnięcie wszystkiego za jednym razem jest zadaniem po prostu niemożliwym – tym bardziej, że zespół (jak i każdy instrumentalista z osobna) preferuje zagrywki nieludzko ekwilibrystyczne, a do tego zazwyczaj w zdecydowanie szybkich tempach. Tak na dobrą sprawę, to najwięcej normalnych elementów (ot choćby strzępy melodii w typie neoklasycznym) trafia się w gitarowych solówkach, choć i one potrafią potargać jelita. Normalność nie jest jednak czymś, na czym muzykom Posthumous Blasphemer specjalnie by zależało i dlatego w utworach (z wyjątkiem rozbudowanego, lekko symfonicznego intra) dominuje makabrycznie techniczna death’owa jazda bez chwili wytchnienia dla percepcji odbiorcy. Wystarczy jedno-dwa przesłuchania i mózg się lasuje, a ręce opadają do pozycji zwisu, bo ekstremalność płyty pogłębia dodatkowo brak odczuwalnych przerw między kolejnymi kawałkami. Masakra! Podobnie jak muzyka, tak i brzmienie trzyma światowy poziom – tu rozwój jest najbardziej namacalny. Mnie najbardziej podoba się totalna selektywność dźwięku, pozwalająca cieszyć się każdym detalem. Reasumując ten wywód (teraz to już raczej wzwód), chciałbym wam tylko zakomunikować, że "Exhumation Of Sacred Impunity" to w swojej klasie krążek absolutnie rewelacyjny, który po prostu trzeba mieć!


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/posthumousblasphemerband

podobne płyty:

Udostępnij:

11 marca 2015

Unhuman – Unhuman [2013]

Unhuman - Unhuman recenzja okładka review coverCoś mi się zdaje, że demo będzie mnie bił za taką solidność w pisaniu tekstów (za karę nauczysz się na pamięć całej dyskografii Agathocles – przyp. demo)... Żeby więc nie przeciągać struny, zabieram się do dzieła. Podobnie jak przy okazji ostatniej recki i dzisiaj pozostaniemy w kręgu technicznego death metalu, tyle tylko, że z Kanady. Aha! — pewnie powiecie — musi więc być niezła korba. No i rzeczywiście jest. Nie wiem czym innym, niż tylko genetyką, wytłumaczyć ową niesamowitą zdolność Kanadyjczyków do tworzenia naprawdę zakręconej muzyki. Istnieje jednakże inna teoria, a mianowicie taka, że wyssali owe zdolności z mlekiem matki, a że Kanadę gęsto zaludniają tzw. kanadyjskie blondaski (ugh! – przyp. demo) – wszystko wydaje się trzymać kupy. W końcu kto nie zachwyciłby się pięknem (w tym przypadku względem ekstremalnego nutopisarstwa) obcując z dziedzictwem ludzkości w postaci kanadyjskiego cycuszka? Trochę się rozpędziłem, więc do tematu. Unhuman to kapela z całkiem pokaźnym stażem, ale debiut wydali ledwie dwa lata temu. Po wielokrotnym przewałkowaniu materiału, uważam jednak, że jeśli prawdziwy proces twórczy wymaga tyle czasu, to wymaga tyle czasu i chuj. Z takim materiałem nie ma co się spieszyć, bo niedojebać albo przedobrzyć jest nadzwyczaj prosto. Jako dowód proponuję sobie zapodać hasło "techniczny death metal" w guglu i obczaić, ile kapel z tej niekończącej się listy brzmi znajomo, a z tych brzmiących znajomo – ile nadaje się do słuchania. Tytułem wstępu warto także wspomnieć, że przy około dwudziestoletniej obecności na rynku niemal na pewno chłopaki sprzedali swoje dupska przy okazji innych muzycznych przedsięwzięć. Także i to okazuje się prawdą, a z najbardziej znanych aktów trzeba wymienić Cryptopsy i Beyond Creation. Oddzielną sprawą jest lista zaangażowanych gości, pośród których można się natknąć na osobę Stevena Henry’ego. Jegomościa tego powinien znać każdy przeciętny, acz szanujący się słuchacz metalu, a także nawet kompletnie nieszanujący się twardogłowy fan kanadyjskiej sceny metalowej. Mając cały wstępniak za sobą, najwyższa pora przejść do muzyki. Zaskoczeniem oczywiście nie będzie poziom muzyki, nie powinny zaskakiwać także aranżacje. Dość typowe na Kanadyjczyków, co nie znaczy, że słabe. Świeżość bije z głośników; znane elementy w nieznanych konfiguracjach dodają muzyce skrzydeł. Żadna rewolucja, ale można się kilka razy zaskoczyć, szczególnie słysząc elektronikę. Ogólnie wydawnictwo jest dość klimatyczne i niektóre fragmenty brzmią zupełnie jak Nile, inne jak Transcending Bizarre?, a jeszcze inne jak coś jeszcze innego. Słowem – sporo się dzieje. Uściślając – sporo się dzieje także i w tej sferze, bo że w nutach jest oswojony armagedon, to już chyba wspomniałem. Muzycy nie dają ani chwili na przyzwyczajenie się do ich muzyki i już od początku bezpardonowo napierdalają, że aż zęby swędzą. Nie ma się co oszukiwać – o to w końcu kaman. Uskuteczniają sobie chłopaki taki przyjemny rozpierdol przez niemal pięćdziesiąt minut i ani na chwilę nie tracą rezonu. Zachwycać się instrumentarium nie ma chyba potrzeby, bo można to wywnioskować z tego, co już napisałem. Warto jednak wspomnieć wokalistów, także tych gościnnych, bo chyba nie istnieje wiele więcej stylów śpiewania niż te, które da się znaleźć na albumie. Podsumowując – jest ogień. Dobrze, z głową napisany i wykonany kawałek muzyki. Dobry od święta i na co dzień. Warto nabyć, choćby w wersji elektronicznej.


ocena: 9/10
deaf
oficjalna strona: www.unhumanofficial.com
Udostępnij:

8 marca 2015

Napalm Death – Apex Predator – Easy Meat [2015]

Napalm Death - Apex Predator - Easy Meat recenzja okładka review coverJak oni to robią, ja się grzecznie pytam z wyrazem niedowierzania na gębie. Jak to możliwe, że kolesie, których z pocałowaniem ręki (i renty, zwłaszcza renty) weźmie każdy uniwersytet trzeciego wieku, potrafią wykrzesać z siebie tyle furii właściwej tylko podkurwionym nastolatkom? Czapki z głów! Forma, jaką Napalm Death prezentują od kilku(nastu) lat, imponuje i wprawia już w zakłopotanie. Toć to reumatyzm daje w kość, w nocy co chwilę trzeba wstawać na psi-psi, wygórowane oczekiwania rozkapryszonej publiki doprowadzają do rozstroju nerwowego, a własne ambicje i legendarny status ciążą u szyi jak sto diabłów. Anglicy nic sobie jednak z tego nie robią i wbrew wszystkiemu i wszystkim nagrywają kolejne krążki, które nie schodzą poniżej bardzo wysokiego poziomu, a o których dużo młodsza konkurencja może najwyżej pomarzyć. Jakby tego było mało, "Apex Predator – Easy Meat" wyłamuje się nieco z kompozycyjnego/objętościowego schematu, jakim zespół posługiwał się przez ostatnią dekadę (i który, prawdę mówiąc, mógł się już trochę znudzić), i jest zwrotem ku pełnemu naturalnej świeżości, skondensowanemu i bardziej bezpośredniemu napierdalaniu, co czyni go jednym z najlepszych krążków w przebogatym dorobku zespołu. I to bez stosowania taryfy ulgowej dla emerytów! Żadna to rewolucja, bo po prostu panowie Napalmowie zapodali swoje sprawdzone patenty w nieco innych konfiguracjach i przy inaczej rozłożonych akcentach. Dlatego też nie dajcie się nabrać na wywody o jakichś śmiałych eksperymentach – największym zaskoczeniem (choć to i tak za poważne słowo) na "Apex Predator – Easy Meat" jest umieszczenie najdziwniejszego kawałka (nota bene tytułowego) na początku, nie zaś jak zwykle – na końcu albumu. Tyle. Wszelkie pozagrindowe elementy (transowe partie, industrial, klimaty, itd.), które nagle wywołują tyle podniety, są w twórczości Napalm Death obecne od tak dawna, że stały się już integralną częścią ich stylu, czymś wręcz oczekiwanym. Nie moja wina, że niektórym umknęły płyty wydawane w latach 90-tych i dopiero teraz takie rzeczy odkrywają. Enyłej. Mnie na "Apex Predator – Easy Meat" najbardziej wgniata w ziemię energia emanująca z tych numerów, to klasyczne jebnięcie prosto między oczy, po którym ciężko się pozbierać. To naprawdę klasowe grzańsko, bez miejsca na nudę, kompromis czy rozpaczliwe próby przypodobania się wszystkim (casus Carcass – żeby nie szukać daleko). Zabrzmi to jak banał, ale w muzyce Anglików słychać zaangażowanie w to, co robią, że chodzi im o coś więcej, aniżeli tylko o pieniądze. Szacunek dla tych dżentelmenów!


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.napalmdeath.org

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

2 marca 2015

Unbirth – Deracinated Celestial Oligarchy [2013]

Unbirth - Deracinated Celestial Oligarchy recenzja okładka review coverNa początku mojego krótkiego wywodu na temat "Deracinated Celestial Oligarchy" pozwolę sobie strzelić — być może i dziwną, ale trzymająca się kupy — konstatację, że Włosi stworzyli na tym albumie coś na kształt brutalnego death metalu dla mas. Z boku może to naprawdę głupio wyglądać, jednak wszystkie elementy kreacji Unbirth prowadzą do takiego właśnie wniosku. I żeby była jasność – nie jest to zarzut, a dla zespołu powód do wstydu. W sumie to nawet dobrze, że w tym nurcie pojawiła się wreszcie kapela, od której bez strachu (i obciachu!) można zacząć przygodę z takimi wyziewami. Zacząć i prędko nie skończyć, bo od Unbirth do Suffocation, potem Disavowed, potem Disgorge — i tak dalej i tak dalej... — droga wcale nie jest daleka. Innymi słowy, dzięki debiutowi Unbirth można się w ten hałas wkręcić. "Deracinated Celestial Oligarchy" ma fajną choć niezbyt typową — a tym samym nie odstraszającą kompletną paciajką — okładkę, bardzo porządnie brzmi, panowie muzykanci z techniką są wyraźnie ponad średnią, a samo grzanie nie ma znamion komercyjnej papki, mimo iż do najszybszych nie należy. Moim zdaniem przystępność płytki wynika przede wszystkim z tego, że jest optymalnie (krążek trwa 34 minuty – nie za krótko, nie za długo) i zajebiście profesjonalnie przygotowana, że w każdy jej element włożono sporo pracy, a całość dopracowano tak, żeby materiał był urozmaicony i spójny zarazem. Czy to wręcz pedantyczne podejście przypadkiem nie kłóci się z etosem podziemnych brutalistów? Dla niektórych — tych nieobeznanych z instrumentami i bez kasy na przyzwoite studio — na pewno. Ja jednak wolę to, co tak przejrzyście i bez wiochy proponuje Unbirth od 'twórczości' zaśmiecających scenę generatorów dudnienia i buczenia. "Deracinated Celestial Oligarchy" słucha się bez zgrzytania zębami, za to z dużym zainteresowaniem. Stąd też polecam ten album zwłaszcza miłośnikom In Flames, Arch Enemy, Suicide Silence, Insomnium, Avatar i podobnych rzeźników.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/unbirthproject

podobne płyty:

Udostępnij: