31 marca 2024

Pathogen – Forged In The Crucible Of Death [2012]

Pathogen - Forged In The Crucible Of Death recenzja reviewJa, zwany dalej mutantem, oświadczam przed czytelnikami tego bloga, że uwielbiam ten zespół, śledzę go od dawien dawna (podobnie jak Teitanblood) i jestem jego bezkrytycznym wyznawcą. Jak to mówią, tylko winny się tłumaczy, dlatego przedstawię wam swoją linię obrony.

Pathogen to zespół o tyle stary, że jego korzenie sięgają tak naprawdę roku 1997, kiedy to jego główny założyciel miał bodajże fanzina o właśnie tej nazwie. I gdzieś w pewnym momencie stwierdził, że wypadałoby też coś zagrać. Filipiny są krajem ciut mniejszym od polski, a jednocześnie mają 100 milionów luda więcej, co czyni ich trzecim najbardziej zaludnionym krajem świata. Ponadto, mimo bycia Azjatami, są też najbardziej zamerykanizowaną nacją i to aż do przesady.

Po co o tym mówię? Bo słychać w tej muzyce miłość do starej szkoły. Nie tylko Slayer, Celtic Frost, Venom (choć tych najwięcej), ale również całe Niemcy, Brazylia, Holandia, Polska, a niekoniecznie Szwecja. Musiał być jakiś popyt na ich materiał, bo go trochę wydawali (i co ciekawe, limitowanym sumptem na kasetach, zgodnie ze starą szkoła), więc nie jest tak, że tylko mnie to oczarowało.

Rzadko bowiem zdarza się zespół, który tak gapowato naśladuje riffy Toma Warriora, a jednocześnie robi to aż z takim przekonaniem. Nie mogę ich porównywać do Sepultury, jeśli chodzi o styl, bo Pathogen gra 100% czarny, otchłaniowy Death Metal, który wibruje wręcz w głośnikach i świdruje swoimi riffami, ale jak najbardziej widać te same dzieciaki, które po prostu chciały przelać swój hałas na cały świat i sprawić, aby wstrzymał oddech na kilka sekund.

Album ten jest również o tyle wyjątkowy, bo to pierwsza rzecz wydana przez naszą rodzimą Old Temple. Chciałbym wierzyć, że inwestycja się zwróciła, zresztą grupa jest z nimi do dzisiaj, więc chyba nie jest źle.

Za co więc warto cenić sobie Pathogen? Za klimat, za pasję, za przekonanie, z jakim grają. I że nie nudzą, choć grają riffy, które zapewne już słyszałem w innych konfiguracjach. Że jeszcze da się wykrzesać ogień z tego stylu. I że wreszcie reszta świata też coś ma do powiedzenia, a nie tylko Skandynawia, czy Ameryka. Uwielbiam i nie będę za to przepraszał. A jak cenisz sobie wspomniany wcześniej Teitanblood, stary Tribulation, Gorephilia, Beyond, Corpsessed, Gruesome, to warto poświęcić im chwilkę.


ocena: 9,5/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Pathogen-PH/177645992334222
Udostępnij:

28 marca 2024

Sorcery – Necessary Excess Of Violence [2019]

Sorcery - Necessary Excess Of Violence recenzja reviewNecessary Excess Of Violence powinna trafić do sprzedaży z naklejką „od ortodoksów dla ortodoksów”, bo to najbardziej rdzennie szwedzki materiał, jaki muzycy Sorcery kiedykolwiek stworzyli. Czwarty krążek zespołu poziomem oldskulowości przebija nawet wydany prawie 30 lat wcześniej debiut. Wszystko jest tu na maksa typowe, schematyczne, szablonowe i absolutnie nie zaskakujące, co sprawia, że to pozycja raczej dla wąskiego grona bezkrytycznych fanów szwedzkiego death metalu, niż dla ludzi, którzy wymagają od kapel odrobiny inwencji albo choćby tego, żeby dało się je od siebie odróżnić.

Ja do Necessary Excess Of Violence mam stosunek dość ambiwalentny. Z jednej strony nigdy nie byłem fanatykiem takiego grania, a z drugiej nie mogę nie docenić ogólnego poziomu tej płyty. W jakimś stopniu doceniam także wierność Sorcery stylowi wypracowanemu lata temu w Sztokholmie i brzmieniu Sunlight (zespół wrócił tam po raz pierwszy od czasu „Bloodchilling Tales”), aaale jednocześnie wydaje mi się, że na obu poprzednich albumach, chociaż nie odbiegały przecież wcale od szwedzkich kanonów, zespół miał więcej do zaoferowania. Szwedzi nigdy nie byli wizjonerami, jednak zawsze potrafili dorzucić do muzyki coś od siebie, nadać jej charakteru i rozpoznawalności, natomiast na Necessary Excess Of Violence jest z tym słabo.

Samo granie idzie Sorcery bardzo sprawnie, wszak to zawodowcy i ciupią w ten sposób od lat, więc przyczepić nie ma się specjalnie do czego. Nowa sekcja sprawdza się dobrze, choć to w większym stopniu dotyczy perkmana, którego po prostu słychać, bo bas jest standardowo zakopany w miksie i nie ma większego wpływu na odbiór całości. Utwory spełniają wszystkie wymogi, jakie można postawić przed klasycznym szwedzkim death metalem, z tym tylko zastrzeżeniem, że żaden z nich jakoś specjalnie się nie wyróżnia i nawet (chyba) najlepszy „Language Of The Conqueror” wrzucony na koniec wiele w tym temacie nie zmienia. W takiej sytuacji upychanie na płycie 46 minut dość jednorodnego materiału wydaje mi się lekką przesadą. Jeszcze dłuższy, bo 51-minutowy „Garden Of Bones” był jednak ciekawszy i bardziej urozmaicony.

Necessary Excess Of Violence na pewno nie jest słabym czy skleconym na odpierdol materiałem, dla mnie jednakowoż jest zbyt typowy, a wszystko powyższe zebrane do kupy sprawia, że znacznie chętniej sięgam po którąkolwiek inną płytę zespołu.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/sorcerydeathmetal
Udostępnij:

25 marca 2024

Skeletal Spectre – Occult Spawned Premonitions [2011]

Skeletal Spectre - Occult Spawned Premonitions recenzja reviewRogga Johansson to totalny świrus. Przegina pałę z tymi swoimi wydawnictwami, aczkolwiek mam taką teorię, że niektóre wytwórnie remiksują, albo wykorzystują jego odrzuty, aby wydawać płyty w jego imieniu. A że Rogga jest analfabetą, jeśli chodzi o internet, to pewnie nawet nie wie o tym procederze. A mówię to, bo potrafię odróżniać jego projekty zarówno wg konceptów, jak i stylu. Ale dzisiaj nie będę mówił o tym i zostawię to niedomówieniem. Jak kogoś to obchodzi, może zapytać w komentarzach.

Skeletal Spectre był kolejnym projektem, który powstał pod wpływem chwili, bo miał parę riffów Ribspreader/Paganizer, które nie trafiły na płyty. I byłby to kiepski projekt, gdyby właśnie nie ten album. Jak to się mówi marketingowo? Jeśli masz zamiar przesłuchać jakąś płytę Roggi, to niech będzie to właśnie ta.

A co to jest? Doom/Death z organkami kościelnymi i zgodnie z okładką, świeczkami i mistycyzmem. Pomaga w tym też fakt, że na wokalu jest żona założyciela Razorback Recordings (aczkolwiek album wydany przez najlepszy i jedyny w swoim rodzaju Selfmadegod Records).

Lubię takie albumy z klasą, do których przydaje się szklanka czerwonego wina, najlepiej wytrawnego, ale jeśli wasze żołądki nie dają rady, to pół-wytrwanego. Jest to też o tyle ciekawy etap kariery Roggi, że kończył on swoje fascynacje kopiowania Entombed/Dismember, a coraz bardziej sięgał ku nie tylko klasycznemu Metalowi, ale stworzył niejako swój nowy charakterystyczny styl melodyjnego Doom/Death, ale takiego o wesołym brzmieniu.

Tutaj jeszcze wesołości nie ma, tu jest tajemnica (członkowie używają aliasów, to dopiero internet odkrył, kto stworzył ten album). I przede wszystkim atmosfera, połączona z konkretnymi riffami. Nie wiem, jak to się stało, że akurat ten projekt dostał taki materiał, a nie któryś z głównych filarów Roggi (jak Ribspreader, Paganizer, Revolting, Those Who Bring The Torture), ale cuda przecież też się potrafią zdarzać.


ocena: 8/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Skeletal-Spectre/167747449913361
Udostępnij:

22 marca 2024

Spectral Voice – Sparagmos [2024]

Spectral Voice - Sparagmos recenzja reviewAż siedem długich lat zajęło muzykom Spectral Voice przygotowanie następcy entuzjastycznie przyjętego debiutu, choć wydawać by się mogło, że Amerykanie zechcą popłynąć na fali pozytywnych opinii i maksymalnie wykorzystać zainteresowanie zespołem. Tak się jednak nie stało — czemu poniekąd nie ma się co dziwić, wszak całą uwagę skupili na nabierającym rozpędu Blood Incantation — i to był chyba błąd, bo w ten sposób dali fanom mnóstwo czasu na pompowanie balonu oczekiwań. Sam spodziewałem się po Sparagmos materiału przynajmniej na miarę mocnego kandydata do płyty roku, a to dla niego niestety stanowczo za wysokie progi.

Spectral Voice absolutnie nie nagrali słabej płyty, ba – nagrali naprawdę dobrą, ale tylko dobrą, która w bezpośredniej konfrontacji z „Eroded Corridors Of Unbeing” nie robi większego czy też zakładanego wrażenia. Sparagmos z pewnością wypada lepiej pod względem zróżnicowania wokali i brzmienia (potężniejsze, choć wciąż naturalne), jednakże już poziom kompozycji, a raczej ogólna konstrukcja materiału, wyraźnie ustępuje debiutowi. Ja liczyłem na niemal nową jakość, sporo inwencji, świeżości i polotu, a tymczasem Amerykanie przy swoim ogromnym potencjale nie zaproponowali w zasadzie niczego nowego. Niczego, oprócz oczywiście wpływów funeral doom, które sprowadzają się do przydługich i usypiających fragmentów, kiedy zupełnie nic się nie dzieje. Że robią klimat? Sam klimat to trochę za mało.

Pomimo siedmiu lat, jakie je dzielą, zarówno „Eroded Corridors Of Unbeing”, jak i Sparagmos zamykają się w trzech kwadransach i w wielu aspektach są do siebie bardzo podobne. Nie różnią się również poziomem wykonania, za to podejściem do grania/komponowania już tak. Bardzo sobie cenię debiut za sensownie zagospodarowany czas, rozsądny balans oraz dużą płynność i dynamikę, a właśnie tego wszystkiego na nowej płycie trochę mi brakuje. W ich miejsce pojawił się zbyt często wykorzystywany schemat „nic się nie dzieje/gwałtowny zryw”. I o ile te zrywy są naprawdę klasowe — brutalne i intensywne — to momenty wyciszenia podlatują nudą i nie są zbytnio angażujące. Poza tym Spectral Voice zredukowali ilość czepliwych melodii, które tak udanie wzbogacały pierwszy krążek.

Czasu spędzonego ze Sparagmos nie uważam za stracony, co nie oznacza, że jestem podjarany każdą sekundą tego materiału. W ogóle nie jestem podjarany – zwyczajnie nie sprostał on moim wymaganiom. Tym samym ja się na Spectral Voice trochę zawiodłem. Może to wina zespołu, a może moja, bo już nie łapię się do jego grupy docelowej.


ocena: 7/10
demo

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

19 marca 2024

Severe Torture – Fall Of The Despised [2005]

Severe Torture - Fall Of The Despised recenzja reviewPo dwóch dobrych, ale bardzo podobnych płytach utrzymanych w stylu szybkiego i brutalnego death metalu Severe Torture musieli wreszcie zrewidować podejście do grania, bo trzeci taki sam album mógłby już nie wzbudzić większego entuzjazmu, zwłaszcza, że trafili do nowej wytwórni (Earache), która oczekiwała od nich jakichś postępów. No i proszę, Holendrzy rozbudowali skład o drugą gitarę i poszerzyli dotychczasową formułę – nie tyle idąc do przodu, co stylistycznie robiąc wyraźny krok wstecz. Wyszło im to na dobre, czego najlepszym potwierdzeniem jest to, jak często Fall Of The Despised gości w moim odtwarzaczu.

Dla zachowania pozorów i żeby nie zrazić do siebie starych fanów, „Endless Strain of Cadavers” z początku daje po uszach jazdą typową dla pierwszych płyt Holendrów – jest więc szybo, brutalnie i intensywnie, z charakterystyczną dla zespołu rytmiką i głębokim growlem. Ciekawie robi się dopiero po chwili, a szczególnie w drugiej części utworu, kiedy znienacka wchodzi rzygający po vandrunenowsku wokal oraz… melodyjna solówka. Czegoś takiego po Severe Torture raczej nikt się nie spodziewał, a tu proszę – zaryzykowali i świetnie na tym wyszli. A to nie koniec atrakcji, bo w kolejnych kawałkach (choćby „Enshrined In Madness” i „Consuming The Dying”) zespół udowadnia m.in., że jak chce, to potrafi nawet zagrać wolno i dość klimatycznie.

Połączenie ekstremalnych wyziewów o jednoznacznie amerykańskim rodowodzie (nie zapomnieli, kto jest ich główną inspiracją – vide „Unconditional Annihilation”) z bardziej umiarkowanymi, ale za to chwytliwymi patentami z Europy dało na Fall Of The Despised znakomite rezultaty. Muzyka Severe Torture zyskała w ten sposób na wyrazistości (dzięki melodiom), dynamice (dzięki częstszym zmianom tempa) i różnorodności (dzięki przeskokom stylistycznym), nie tracąc wcale wiele z wcześniejszego jebnięcia. Choć całość wydaje się być mniej techniczna i skomasowana niż poprzednie krążki, to ma wyczuwalnie więcej polotu i fajnego oldskulowego feelingu, co sprawia, że chętnie się do niej wraca.

Jeśli zatem nie przekonywała was do końca formuła z „Feasting On Blood” i „Misanthropic Carnage” — była zbyt hermetyczna lub jednowymiarowa — to Fall Of The Despised może zmienić wasz stosunek do Severe Torture. Mimo iż nie ma tu mowy o przełomie, to ilość i jakość zaserwowanych zmian zdecydowanie przemawiają na korzyść Holendrów.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/severetorture

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

16 marca 2024

Inquisition – Veneration Of Medieval Mysticism And Cosmological Violence [2024]

Inquisition - Veneration Of Medieval Mysticism And Cosmological Violence recenzja reviewZałożony w odległej Kolumbii w roku 1988 zespół Guillotina dołączył do panującej w tym czasie fali thrash metalu. Jego twórca, Dagon, przez dwa lata działał w garażach i żadne oficjalne dzieło z tego okresu nie zobaczyło blasku księżyca. Potem nastąpiła zmiana nie tylko nazwy, ale też stylu muzycznego na rodzący się black metal. W 1990 roku oficjalnie przemienia się w Inquisition i wydaje EP „Anxious Death”. Dziś jednak nie o niej, lecz o najnowszym dziele będącego obecnie w USA nierozerwalnego duetu Dagona i Incubusa Veneration of Medieval Mysticism and Cosmological Violence.

Działający nieprzerwanie przez te 34 lata, a wydający swoje płyty od 2020 w polskiej wytwórni Agonia Records, zapracował sobie na solidną reputację w światku metalu ekstremalnego. Sam miałem przyjemność widzieć muzyków dwukrotnie na deskach krakowskich scen, więc tym bardziej cenię sobie ich dzieła. Najnowszy krążek to 9 pełniak w ich dorobku i trzeba przyznać, że może się wydawać, iż black metal ogranicza się do bogo(nie)chwalstwa i składania pokłonów Rogatemu, tak Inquisition mocno od tego odstaje. Oczywiście w tematyce jest poruszana kwestia religijności, ale to tylko jedno z wielu tematów podejmowanych przez zespół. Dochodzą tutaj kwestie kosmologiczne, astralne, pogańskie i związane ze starożytnymi cywilizacjami. Dlatego też jest to zespół „bezpieczny” dla chcących posłuchać mocniejszych brzmień bez obaw o wieczność w kotle ze smołą (a przynajmniej nie będzie on na mocnym gazie).

Dość jednak tego przydługiego wstępu i skupmy się na daniu głównym. Veneration of Medieval Mysticism and Cosmological Violence to niemal 45-minutowe dzieło rozłożone na 13 utworów. Jak łatwo zgadnąć, większość z nich nie sięga 4 minut. Mamy tutaj też utwór instrumentalny trwający ledwo ponad minutę.

Album wita nas kawałkiem „Witchcraft Within A Gothic Tomb” i atakuje typowym dla siebie gitarowym brzmieniem i bardzo równomierną perkusją, co jest też cechą zespołu. Może przez to nudzić. Inkwizycja zawsze celowała w średnio-szybkie tempa i tutaj również to słyszymy. Zwolnienie zwykle występuje pod koniec numeru i tak też w nim jest. Drugi „Crown Of Light And Constellations” stanowi kompozycję nieco wolniejszą. Jako miłe urozmaicenie usłyszymy tutaj również solówkę i co ważniejsze, nie niszczy ona całości, gdyż jest świetnie dopasowana do stylu utworu. Warto też przysłuchać się wokalowi Dagona. Jest on dość charakterystyczny i nietypowy. Nie mamy do czynienia z typowym darciem mordy czy growlem z piekła rodem. Taki blackowy Ozzy, i podobnie jak z „Władcą Ciemności”, ów styl śpiewu albo się spodoba, albo nie. Trzeci w kolejce „A Hidden Ceremony Of Blood And Flesh” nieco bawi się tempem. Pierwsza połowa jest szybka, druga wolniejsza. Krótkość trwania utworów sprawia, że nie dopadnie nas nuda. Ciekawym utworem jest nr 5 „Memories Within An Empty Castle In Ruins”, który wita nas spokojnym niemalże melancholijnym otwarciem. Jest to jeden z najbardziej melodyjnych utworów na płycie wraz z „Infinity Is The Aeon Of Satan”. Kolejny „Primordial Philosophy And Pure Spirit” niejako wraca na stare tory grania, choć i kojących ducha wstawek nie braknie. „Pathway of Light Is a Pathway to Fire” to wcześniej wspomniany instrumental. Krótki (choć to na szczęście) i dla mnie nieco nieczytelny. Słyszymy tutaj same gitary i brzmią jak nieudolne próby brzdękania. O wiele bardziej wolę te gitary w utworach. „Secrets From The Wizard Forest Of Forbidden Knowledge” atakuje nas siłą i agresją przez prawie cały czas, przez co jest to najmocniejszy kawałek obok otwierającego „Witchcraft Within A Gothic Tomb”. Ciekawy jest także tytułowy utwór. Bardzo melodyjny i klimatyczny, przypominający niemal modlitwę. Z podwójnymi wokalami brzmi to dość intrygująco. Natomiast zamykający płytę „Lord Of Absolute Darkness And Infinite Light” to już niemal Summoning. To znaczy, mamy tutaj całą orkiestrę i organy. Bez wątpienia zakończenie z pompą.

Słów kilka o produkcji, gdyż ta jest dość nietypowa. Mianowicie, choć zespół dawno wyszedł z podziemia, ono nie wyszło z zespołu. Brzmienie jest surowe i nadaje mu tego „uroku”. Oczywiście nie każdemu się to spodoba. Dla mnie jednak to fajny sznyt nadający charakteru black metalowemu zespołowi.

Podsumowując. Jest to album dobry. Jest to album Inquisition. Jest to na plus. Mimo większej melodyjności i klimatyczności nie zatracili swojego charakteru i pazura. Płyta nie zerwie nam czapek z głów, ale jest autentyczna i ze spokojnym sumieniem mogę ją polecić fanom bardziej rozbudowanego black metalu.


ocena: 7/10
Lukas
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/inquisition.official
Udostępnij:

13 marca 2024

Continuum – Designed Obsolescence [2019]

Continuum - Designed Obsolescence recenzja reviewWystarczy tylko jedno przesłuchanie Designed Obsolescence, żeby dojść do wniosku, że debiut Continuum był dla zespołu jedynie rozgrzewką, zaznaczeniem potencjału czy po prostu skleconą na szybko próbką tego, co chcą z większym rozmachem robić w przyszłości. „Dwójka” jest materiałem znacznie lepiej przemyślanym, dopracowanym i bardziej rozbudowanym, a przy tym pozbawionym wszelkich bzdur i zapychaczy, które tak mi przeszkadzały na „The Hypothesis”. Z jednej strony styl Amerykanów nabrał dzięki temu wyrazistości, z drugiej zaś jeszcze mocniej upodobnił ich choćby do Arkaik.

Na Designed Obsolescence pewnie trudno byłoby znaleźć choćby dwie sekundy grania charakterystycznego jedynie dla Continuum, bo zespół pogrzebał ostatnie resztki swojej mini oryginalności (za co im chwała – kiepskie to było), a mimo to krążka słucha się z zaskakująco dużym zainteresowaniem, bez zgrzytów i przykrych niespodzianek. To robota fachowców, którzy zrezygnowali z eksperymentów i tym razem skupili się tylko na tym, w czym się czują najlepiej, niczego nie pozostawiając przypadkowi. Utwory są więc ciekawsze niż te na debiucie, więcej się w nich dzieje, lepiej wypadają także pod względem intensywności (taki „All Manner Of Decay” podlatuje nawet pod brutal death). Poziom techniczny muzyków Continuum już wtedy był wysoki, więc jeśli w tym względzie coś się zmieniło, to niewiele – w każdym razie nie słychać, żeby kombinowali ponad swoje siły.

Lepszej muzyce towarzyszy również lepsza produkcja, choć i w tej kwestii mamy do czynienia z ewolucją, nie rewolucją. I niczym, czego nie zrobił wcześniej Arkaik… Ponownie za nagrania odpowiada Zack Ohren, jednak albo tym razem miał jasno sprecyzowaną wizję brzmienia, albo dostał odpowiednio gruby przelew od Unique Leader i dlatego przyłożył się do roboty. W każdym razie nadał całości większego ciężaru i selektywności oraz umiejętnie podkreślił zmiany dynamiki, od których aż roi się w muzyce Continuum.

Przy okazji debiutu nie byłem przekonany do zespołu i kręciłem nosem na wtórność i kilka zupełnie nieprzemyślanych rozwiązań. I o ile z oryginalnością Designed Obsolescence nie ma nic wspólnego, tak pod względem poziomu kompozycji i wykonania nie mogę Continuum niczego zarzucić. Jednocześnie mam świadomość, że to dość hermetyczne granie, które raczej nie trafi do zagorzałych wielbicieli Encoffination.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/continuumDM

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

10 marca 2024

Gravestone – Hollow Be Thy Grave [2023]

Gravestone - Hollow Be Thy Grave recenzja reviewGravestone zapadli mi w pamięć za sprawą sprawnie zmajstrowanego debiutu, dlatego kiedy tylko pojawiły się pierwsze informacje o jego następcy, wiedziałem, że na pewno położę na nim swoje łapy. Zaprawdę powiadam wam, naprawdę warto sięgnąć po Hollow Be Thy Grave, mimo iż Szwedzi nie dokonali jakichś znaczących zmian w porównaniu z „Sickening” – czego zresztą nie mam im za złe, bo i po co zmieniać coś, co jest fajne, dobrze się sprawdza i sprawia dużo radości.

Skąd u mnie taka nagła podnieta zespołem, który całymi garściami czerpie z najbardziej oczywistych klasyków szwedzkiego death metalu i nie wprowadza do tego stylu absolutnie nic od siebie? Myślę, że to wynika z podejścia do grania, które mocno wyróżnia Gravestone spośród chmary współczesnych kapel rypiących w ten sam sposób. U Szwedów nie ma napinki, otoczki kultu czy też wydumanej ideologii. Po prostu se grają i śpiewają o bzdurach, tak na luzie, prawie jak Entombed na „Wolverine Blues”, choć akurat na szczęście w rejony death 'n' rolla się nie zapędzają.

Umiejętności muzyków nie budzą zastrzeżeń (zwłaszcza gitarniaka/wokalisty, który przez dobre kilka lat rzeźbił w pokrewnym Entrails), wokal bardziej krzyczy niż growluje, brzmienie nie wyłamuje się z kanonów (aczkolwiek nie jest na siłę równane do toporności „made in Sunlight”), więc także i pod tymi względami Gravestone zupełnie się nie wyróżniają. Natomiast jeśli chodzi o chwytliwość materiału… Szwedzi potrafią komponować zgrabne, nieprzeładowane numery, w których nie ma miejsca na dłużyzny, za to zawsze znajdzie się jakiś łatwy do zapamiętania motyw przewodni. Dzięki temu Hollow Be Thy Grave zawiera co najmniej kilka potencjalnych hiciorów: kawałek tytułowy, „Bring Out Your Dead” (odrobina Bolt Thrower zawsze w cenie), „The Tower Of Horror”, „Mosh Of The Living Dead” czy „Cannibal Curse”.

Na specjalną uwagę zasługuje najdłuższy na płycie hmm… medlejowy „Lord Of The Lash”, który za pierwszym razem wywołuje szczery wybuch śmiechu, natomiast później prowokuje domysły, czy aby na pewno powrót Dismember jest konieczny. Gravestone z takim stafem radzą sobie naprawdę przekonująco, a stawki mają pewnie nieporównywalnie mniejsze…

Podsumowanie jest proste – jeśli cenicie sobie typowy klasyczny szwedzki death metal, który mimo to niesie ze sobą jakiś powiew świeżości, to Hollow Be Thy Grave jest materiałem dla was. Nośne granko bez krzty pitolenia.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/GravestoneSwe
Udostępnij:

7 marca 2024

Writhing – Of Earth & Flesh [2022]

Writhing - Of Earth & Flesh recenzja reviewDebiut Writhing początkowo sprawia naprawdę dobre wrażenie, bo pierwsze dźwięki „Monolithic Extinction” sugerują kolejnych australijskich pojebusów, jakich się tam ostatnio namnożyło, jednak przy bliższym kontakcie wywołuje jakieś takie… no nic, o ile nie zawód. Zespół jest młody, jego muzycy także (choć mogą się już pochwalić pewnym doświadczeniem), a mimo to od strony warsztatowej nie można im w zasadzie wiele zarzucić. Produkcja Of Earth & Flesh również stoi na dość wysokim poziomie, co słychać choćby w tym, jak łaskawie został potraktowany bas. No i wzorce chłopaki mają co najmniej zacne…

Australijczycy pełnymi garściami czerpią z takich klasyków jak Morbid Angel, Incantation i przede wszystkim Immolation. Niestety, z jakiegoś powodu (w imię oryginalności?) czerpią z tych gorszych płyty i mniej udanych patentów. Jeśli coś wam nie pasuje w twórczości tych kultowych kapel, to na Of Earth & Flesh zostało to uwypuklone. To — albo raczej m.in. to — sprawia, że Writhing nie są w stanie przekuć swoich obiektywnych atutów w coś, co w jakimkolwiek stopniu zapada w pamięć. I nie chodzi mi tu naturalnie o kawałki, które zostaną z nami na lata; to by już był nadmiar optymizmu. Na razie wystarczyłby choć jeden, który wyrastałby odrobinę ponad przeciętność i dla którego można by rozważyć ponowne przesłuchanie Of Earth & Flesh.

Materiał Writhing to taki sprawnie zagrany death metal środka, bez zauważalnych ciągot do ekstremum ani przegięć w którąkolwiek stronę – czy to pod względem szybkości, brutalności, techniki czy melodyjności. Nic tu specjalnie nie zwraca uwagi, ani w sposób znaczący nie wybija się ponad „średnią albumową”, choć trzeba uczciwie przyznać, że zespół bardziej przekonująco wypada w wolnych i klimatycznych fragmentach, kiedy riffy nabierają masywności, a ciężar jest największy. Wrażenie obcowania z niczym wyjątkowym pogłębia taki se główny wokal – czuć, że chciałby, żeby powiewało od niego Lemay’em, ale nie powiewa, oj nie. O wiele lepiej sprawdza się w połączeniu z wrzaskami.

Of Earth & Flesh to w swojej kategorii przyzwoity, choć dość jednorodny i absolutnie nie zaskakujący album. Niczym specjalnym nie przyciąga, ale i nie odrzuca. Writhing zdradzają pewien potencjał, tylko muszą zrewidować inspiracje i nieco się ogarnąć od strony kompozytorskiej.


ocena: 6/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/writhingaus
Udostępnij:

4 marca 2024

V/A – Goregeous Grooves [2023]

V/A - Goregeous Grooves recenzja reviewJak powszechnie wiadomo, grind niejedno ma oblicze, czego dobrym przykładem jest zabawnie zatytułowany split Goregeous Grooves. Choć egzotyki w tym wydawnictwie nie ma za grosz — przynajmniej z naszej lokalnej perspektywy — bo trafiły tu tylko polskie kapele, to jest całkiem przyzwoitym świadectwem, że jeśli chodzi o stricte podziemny hałas, to ciągle nie mamy się czego wstydzić.

Na początek dostajemy Delayed Ejaculation z kawałkami, które w większości powinniśmy kojarzyć z debiutanckiego „Semen Stuffed Human Brain Souffle”. Powinniśmy, ale ze względu na popieprzoną tracklistę trudno się w nich połapać, a jedynym pewnym punktem zaczepienia jest tu cover Carcass. Nic to, lepiej żyć w nieświadomości i po prostu cieszyć uszy fachowo zagranym gore-grindem w średnich tempach, z nisko strojonymi gitarami i bulgotem w rejestrach dostępnych tylko niektórym zwierzętom. Brzmienie chłopaki mają cacy, w tekstach (no, w tytułach) podejmują same życiowe tematy, a intra kradną z dobrze znanych filmów, więc można uznać, że są gotowi na podbój świata.

Hoggod na Goregeous Grooves sprawiają wrażenie zespołu najbardziej nieokrzesanego/amatorskiego/podziemnego, bo brzmią zajebiście surowo (z obowiązkowym wiadrem zamiast werbla), jednak zdecydowanie wygrywają bezpośrednią wyziewnością. Zespół postawił na totalny żywioł, bezkompromisowość i ohydę, stąd też materiał nie nadaje się do kontemplacji przy świetle księżyca, ale jebać łbem o ścianę można przy nim całkiem przyjemnie. Na przyszłość polecałbym tylko przesunąć gitarę do przodu, żeby miażdżyła na równi z furiacko pracującymi garami.

Stawkę zamyka najstarszy i najbardziej utytułowany w tym towarzystwie Anus Magulo, który, zgodnie z oczekiwaniami, robi tu za gwiazdę. To doświadczenie zespołu doskonale słychać w urozmaiconych strukturach utworów, w zawodowym, pozbawionym zjebek wykonaniu, no i w końcu w profesjonalnej produkcji. Od czasu „Assophilia” zespół dokonał wyraźnego postępu w sposobie składania piosenek, przez co są one coraz bardziej przejrzyste i przystępne, jednak prezentuje ten sam poziom lenistwa, co przed laty – stąd też trochę za duży procent ich wkładu w Goregeous Grooves stanowią covery.

Za wydanie Goregeous Grooves odpowiada łódzka Til We DIY Records, więc namierzycie ten split bez problemu, choć miejcie na uwadze, że to „DIY” w nazwie nie jest przypadkowe – oprawa graficzna płyty dupy nie urywa. Na szczęście w tym przypadku sprawdza się banał, że muzyka broni się sama.


ocena: -
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/AnusMagulo, www.facebook.com/delayedejaculation, www.facebook.com/hoggod
Udostępnij:

1 marca 2024

Negative Plane – Et In Saecula Saeculorum [2006]

Negative Plane - Et In Saecula Saeculorum recenzja reviewMuzycy Negative Plane stawiali swoje pierwsze kroki na scenie, kiedy hasło „amerykański black metal” budziło jedynie uśmiech politowania, a sensowne kapele pochodzące z tego kraju były wyjątkami od dość żenującej reguły. No i cóż, do wyjątków z pewnością nie można było zaliczyć Lunar Reign, z którego wywodzili się wszyscy członkowie zespołu. Pierwszy skład nie przetrwał jednak długo, bo zaraz po tym jak Nameless Void, mózg Negative Plane, zorientował się, że koledzy nie nadążają za jego wizjami, wymienił ich na kogoś, kto mógł podołać temu zadaniu. To właśnie z Bestial Devotionem za garami proces twórczy ruszył pełną parą, a utwory zaczęły nabierać realnych kształtów i słusznych rozmiarów.

Debiut Negative Plane ukazał się w 2006 roku i — tam gdzie dotarł — zaskoczył. Okazało się bowiem, że Et In Saecula Saeculorum z jednej strony w ogóle nie wpisuje się w stereotyp pokracznego „amerykańskiego black metalu”, a z drugiej nie ma też zbyt wiele wspólnego z typową „norweszczyzną” uprawianą za oceanem. Chociaż wpływy europejskie w twórczości zespołu są jak najbardziej obecne (ale z tych mniej oczywistych – z naciskiem na… stary Celtic Frost), to jednak nie definiują tej płyty jako jednoznacznie przynależnej do tej czy innej sceny, bo Amerykanie nagrali muzykę śmiało wykraczającą poza ramy jednej stylistyki i w dużym stopniu oryginalną. Negative Plane udało się stworzyć coś rozpoznawalnego i charakterystycznego tylko dla siebie. Co ważne, za oryginalnością idzie tu wysoki poziom wykonania.

Pierwszy album Negative Plane to przede wszystkim długie (średnia to prawie 8 minut), dogłębnie przemyślane, wielowątkowe i bardzo rozbudowane utwory z wieloma zmianami tempa i nastroju, w których praktycznie nie ma przestojów ani jałowego rzeźbienia w jednym motywie. Bogactwo aranżacji oraz różnorodność i spójność tego materiału robią naprawdę duże wrażenie, tym bardziej że amerykański duet bez zahamowań łączy w muzyce elementy z dość odmiennych światów. Blasty, klawisze, nienachalne melodie, wściekłe wokale, zaskakujące solówki, no i mnóstwo thrash’owego, a nawet heavymetalowego feelingu – to m.in. te składniki czynią z Et In Saecula Saeculorum tak ciekawy i absorbujący krążek.

Spośród siedmiu utworów trudno wybrać jeden reprezentatywny dla całego materiału, bo mimo pewnych cech wspólnych właściwe każdy prezentuje nieco inne oblicze zespołu, a poza tym lepiej sprawdzają się zbite w monolit. Jeśli jednak miałbym kogoś zachęcić do zapoznania się z Et In Saecula Saeculorum — a taki w sumie jest sens tego tekstu — to na początek wskazałbym na „The Chaos Before The Light”, „A Church In Ruin” i „Unhallowed Ground”, choć równie dobrze mógłbym wybierać na oślep i też by to miało sens – wszystkie bowiem wymagają pewnej dozy otwartości i skupienia. Oznacza to mniej więcej tyle, że ortodoksi mogą sobie ten album zupełnie darować, bo Negative Plane zdradzili tu black metal nie raz i nie dwa.

Realizacja Et In Saecula Saeculorum nie pozostawia powodów do narzekań, choć muszę przyznać, że do zatopionego w pogłosie brzmienia – które swoją drogą jest zajebiście selektywne i sprawia wrażenie w pełni analogowego – trzeba się przyzwyczaić. Wspomniany pogłos towarzyszy szczególnie wokalom, dzięki czemu z jednej strony brzmią ekstremalnie, a z drugiej niemal fanatycznie, co potęguje klimat całości. Daje to efekt uczestnictwa w jakimś posępnym rytuale wewnątrz wielkiej, pustej świątyni, a od tego do ciar droga niedaleka.

Na mnie Et In Saecula Saeculorum działa jak mało która blackowa płyta, co ma zapewne związek z tym, że słychać na niej duże zaangażowanie muzyków i chęć wyjścia poza oklepane schematy. Konsekwencja i świeżość wizji w połączeniu z dobrym warsztatem i odpowiednio dopasowaną produkcją – to się musi sprawdzać, co nie znaczy, że debiut Negative Plane jest dla każdego.


ocena: 9/10
demo
Udostępnij: