facebook
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1994. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1994. Pokaż wszystkie posty

4 listopada 2016

Gorefest – Erase [1994]

Gorefest - Erase recenzja okładka review cover
W połowie lat 90-tych ubiegłego wieku grunt pod death metalem w Ameryce gwałtownie się załamał, sprawiając, że na powierzchni pozostały tylko najwytrwalsze kapele: Deicide, Cannibal Corpse, Obituary, Incantation, Malevolent Creation... W Europie sytuacja wyglądała jeszcze gorzej, bo albo zespoły drastycznie zmieniały swój styl (Szwecja) albo jak muchy padały jeden po drugim (reszta kontynentu). W tej degrengoladzie, spotęgowanej dodatkowo modą na black metal, Gorefest wydał przełomowy — choć dla wielu już kontrowersyjny — "Erase". Dla mnie trzecie dzieło Holendrów to najlepszy (a przynajmniej jeden z trzech) album na death metalowym poletku jaki powstał w 1994 na starym kontynencie. Bestseller w swoim czasie, później – krążek wyjątkowo niedoceniany i, o zgrozo, deprecjonowany także przez samych muzyków.

30 marca 2015

Eternal Solstice – The Wish Is Father To The Thought [1994]

Eternal Solstice - The Wish Is Father To The Thought recenzja okładka review cover
Wielokrotnie już rozpisywaliśmy się o zespołach niedocenionych i zapomnianych, choć nietuzinkowych. Teraz, dla równowagi, będzie o kapeli z drugiego bieguna. Wprawdzie nie jest to przykład krańcowy, ale jednak. Odnoszę bowiem wrażenie, że legendarny status Eternal Solstice, z jakim mamy obecnie do czynienia, jest zdecydowanie przesadnie napompowany, a po chłopsku i uczciwie mówiąc – z dupy wzięty. Tak na dobrą sprawę, to nawet na upartego nie znajduję niczego, co kultowość Holendrów mogło by w wiarygodny sposób uzasadnić. Wiekowość? Owszem, zaczynali dość wcześnie, ale nie na tyle, żeby załapać się do forpoczty gatunku. Zawirowania personalne? Owszem, mieli pewne problemy ze skompletowaniem sensownego składu, ale kto ich wtedy nie miał. Fakt, że nie zawojowali świata?

14 grudnia 2014

Pestilence – Mind Reflections [1994]

Pestilence - Mind Reflections recenzja okładka review cover
Debestofy to jak wiadomo doskonały sposób na zarobienie szybkiej kasy – koszt przygotowania czegoś takiego jest niewielki, nakłady pracy również, a zawsze jest pewność, że wpadnie z tego tytułu trochę grosza. Nic więc dziwnego, że tony takich wydawnictw zalegają na sklepowych półkach. Jednak pośród tego szamba czasem można wyłowić coś ciekawego – czymś takim na pewno jest "Mind Reflections". Nikomu nie muszę tłumaczyć, że na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego wieku Pestilence wielkim zespołem był i pozostawił po sobie genialne nagrania, toteż od razu przejdę do zawartości płytki. Pierwsza część to 10 kawałków na maxa standardowego 'the best of'. Wśród nich znajduje się 'Hatred Within', który jako pierwszy numer Zarazy doczekał się wydania na winylu (na składance "Teutonic Invasion Part II" – i tylko tam) i przy okazji zapewnił chłopakom kontrakt z Roadrunner Records.

29 listopada 2013

Symphony X – Symphony X [1994]

Symphony X - Symphony X recenzja okładka review cover
Najbardziej malmsteenowski ze wszystkich gitarzystów, ba, bardziej malmsteenowski niż sam Malmsteen, tak pod względem umiejętności, aparycji, jak i zamiłowania do barokowych koszul. Nawet serdelkowate palce zgapił od Szweda, zgapił, ale i przebił. Jak już wspomniałem – lepsza, bardziej okrągła wersja Yngwiego. A tym panem jest oczywiście Michael Romeo. I ten pan w 1994 roku powołał do życia kapelę nazwaną Symphony X, której debiutancki album "Symphony X" mam dziś przyjemność zrecenzować. O samym Michaelu nie ma potrzeby rozpisywać się za wiele, bo jest ikoną neoklasycznego shreddingu i gitarowym geniuszem. Shreduje przy tym na takim luzie, z takim wyjebaniem (co widać na jakimkolwiek wideo z jego udziałem), że momentalnie odechciewa się jakiejkolwiek nauki gry na gitarze, bo i po co. Dla niego zagranie solówki to jak dla Krzysztofa Manca z "Alternatyw 4" wypicie szklanki spirytusu z bosmanem.

11 listopada 2013

Obituary – World Demise [1994]

Obituary - World Demise recenzja okładka review cover
Poprzedniej płycie Nekrologu zarzucałem przesadną 'równość' materiału i niespecjalną innowacyjność. Z "World Demise" sprawa wygląda już inaczej, bowiem panowie Amerykańcy wykonali odważny krok naprzód i nieco odmienili swoje granie, co wielu osobom zdecydowanie nie przypadło do gustu. O żadnej wielkiej rewolucji mowy oczywiście nie ma, ale jak na ten zespół przeobrażenia i tak są wyraźne. W muzyce pojawiło się trochę bezpośrednich hard core’owych elementów, gdzieniegdzie powplatano rozmaite sample (w tym także o zabarwieniu 'etnicznym'), większy nacisk położono na uwypuklenie rytmu (brawa dla Donalda i Franka!), zaś riffy stały się rwane i bardziej plastyczne. Nie zmienia to faktu, że rdzeń całości pozostał nienaruszony – prosty i dość mozolny death metal starej szkoły. Brzmienie jest dużo ciekawsze niż na poprzedniej produkcji – bardzo przestrzenne, organiczne, soczyste i jak zwykle niesamowicie ciężkie.

29 kwietnia 2013

Cannibal Corpse – The Bleeding [1994]

Cannibal Corpse - The Bleeding recenzja okładka review cover
"The Bleeding". Najwznioślejsze dokonanie Kanibali z Barnesem, ich największy komercyjny sukces, wielkie źródło inspiracji dla innych kapel i jedna z najlepiej sprzedających się płyt w dziejach niekomercyjnego death metalu, a to wszystko przy drastycznie zmniejszającym się zainteresowaniu gatunkiem i kretyńskich działaniach cenzorskich. Tu nie ma przypadku, choć raczej nie stoi za tym trzęsący światem żydowsko-masońsko-metalblade'owski spisek. Ten album to po prostu świetny materiał, który nawet po prawie 20 latach od premiery potrafi wywołać drżenie serca u maniaków krwistej (a jak!) sieczki. Wprawdzie próżno szukać w tych 37 minutach świadectwa tak wielkiego rozwoju w stosunku do wcześniejszego krążka, jakiego byliśmy świadkami między "Butchered At Birth" a "Tomb Of The Mutilated", ale równie trudno oprzeć się wrażeniu, że "The Bleeding" w każdym aspekcie przewyższa bardzo udanego poprzednika

5 września 2012

Dissonance – Look To Forget [1994]

Dissonance - Look To Forget recenzja okładka review cover
Techniczny death metal ze Słowacji to nie lada rzadkość, a już szczególnie taki prezentujący przyzwoity poziom. U naszych południowych sąsiadów chyba nigdy nie było wyraźnego zainteresowania taką muzyką, skupiano się bardziej na prostym napierdalaniu. Nic więc dziwnego, że Dissonance na tle swych rodaków prezentuje się naprawdę dobrze, czy nawet okazale. Wobec tego chwała im za to, że woleli pójść w innym kierunku i zrobić coś oryginalnego. Oczywiście miejcie na uwadze fakt, że opisywana płytka do najnowszych nie należy. Chcąc nieco dokładniej określić muzykę Słowaków, powiedziałbym, że penetrują podobne obszary co Oppressor na debiucie z okazjonalną gitarową jazdą w stylu Death z czasów "Human" (np. w takim 'Mankind' albo 'Possessed By Desire'). Jest więc brutalnie, dynamicznie i porządnie pod względem warsztatowym.

26 września 2011

Testament – Low [1994]

Testament - Low recenzja okładka review cover
Przed nagraniem "Low" Testament, jak to się ładnie mówi, zaliczył doła, doszły do tego istotne zmiany składu (odejście Skolnicka) i kłopoty z wytwórnią – w takiej sytuacji nie można było oczekiwać po zespole cudów, tym bardziej, że tenże zespół wydał już pięć płyt, którymi raczej wyczerpał temat. A tu coś takiego! Testament wbrew przeciwnościom losu podniósł się w glorii i chwale. Z wielkiego syfu powstał krążek, który z miejsca dołączył do ich największych osiągnięć – zaskakujący, mocniejszy niż którykolwiek wcześniej, bardzo zróżnicowany, świeży i przede wszystkim utrzymany na zajebiście wysokim poziomie. Panowie skomponowali wielowymiarowy choć bardzo składny materiał, w którym do odkrytego na nowo thrash’u dodali zwiększające siłę wyrazu elementy death metalu i zaaranżowali wszystko tak, żeby każdy mógł nagrać się do syta. Artystycznie Amerykanie ulżyli sobie najdosadniej w 'Urotsukidoji' – popieprzonej instrumentalnej plątaninie robiących wrażenie różnorakich popisów każdego z muzyków.

23 stycznia 2011

Edge Of Sanity – Purgatory Afterglow [1994]

Edge Of Sanity - Purgatory Afterglow recenzja okładka review cover
Długo można by się spierać, który krążek Edge Of Sanity z chwalebnej trójcy "The Spectral Sorrows"-"Purgatory Afterglow"-"Crimson" jest tym najlepszym w karierze zespołu, bo za każdym z nich przemawiają pierońsko mocne argumenty. Łatwiej, a na pewno szybciej będzie skonstatować, iż wszystkie trzy są dosyć zajebichne i stanowią piękne przykłady niegdysiejszej szwedzkiej death metalowej potęgi. Z tego grona "Purgatory Afterglow" to bodaj największy komercyjny sukces zespołu. Należy dodać, że sukces w pełni zasłużony, bo trudno wskazać tu jakieś konkretne uchybienia. Album wyraźnie różni się od poprzedniego, ale to akurat można powiedzieć i o pozostałych, ważne, że sam styl Szwedów pozostał nienaruszony i w pełni rozpoznawalny.

20 października 2010

Misanthrope – Miracles: Totem Taboo [1994]

Misanthrope - Miracles: Totem Taboo recenzja okładka review cover
Jakoś nie mam szczęścia do francuskich kapel; na każdą tamtejszą sensowną ekipę przypada tuzin nieudaczników, którzy samą swoją obecnością na scenie przyprawiają o solidne wzdęcia. Czy wiecie, że Misanthrope (ten francuski) istnieje już od 22 lat? Nie? Ja też nie widziałem, a co więcej – spokojnie mógłbym nadal tego nie wiedzieć i tylko rzetelność recenzencka oraz uczciwość względem was, czytelników, sprawiła, że się tym zainteresowałem. Ale luzik, niedługo o tym zapomnę;]. Zapomnę szybko i nawet mi brewka nie tyknie. Żeby jednak owej rzetelności stało się zadość, napiszę kilka zdań o bohaterze dzisiejszego dnia. "Miracles: Totem Taboo" to drugi studyjny album pobratymców Pepé Le Swąda; drugi z dziewięciu, mój zapewne ostatni... Niestety nie potrafię znaleźć wystarczająco wielu powodów, by powęszyć w poszukiwaniu innych 'dzieł'... ale ja znów nie o tym.

14 lipca 2010

Christ Agony – Daemoonseth Act II [1994]

Christ Agony - Daemoonseth Act II recenzja okładka review cover
Pierwsze skojarzenie po hasłach "metal" i "lata 80-te"? Kat! Pierwsze skojarzenie po hasłach "metal" i "lata 90-te"? Kat! Ale zaraz potem: Christ Agony – czyli zespół, który w swych początkach osiągnął na światowej scenie więcej niż wielu naszych obecnych (głównie samozwańczych) gwiazdorów. Zespół — podobnie jak Kat — wyjątkowy, niepodrabialny, kroczący własną ścieżką, dumnie wyrastający ponad innymi polskimi tworami. Solidną porcję niezaprzeczalnego geniuszu Cezara & C.O. znajdziecie na "Daemoonseth Act II" – najlepszym, a przynajmniej najbardziej przeze mnie uwielbianym krążku olsztyńskiej formacji. Płyta powiela wszystkie zalety debiutu — przy czym każdy jej element jest jeszcze lepiej dopracowany, dopieszczony do granic możliwości — i poszerza je o zdecydowanie bardziej profesjonalną realizację studyjną (co pociągnęło za sobą nawet głosy o komercjalizacji!) oraz wprost przeogromną dawkę chwytliwości.

23 marca 2010

Elend – Leçons de Ténebres [1994]

Elend - Leçons de Ténebres recenzja okładka review cover
Upadek Lucyfera może stać się kanwą także dla dzieł lirycznych — klasycznych — zarówno w swej formie, jak i treści. Przedstawiając historię Gwiazdy Porannej francuskie trio Elend, postanowiło odwołać się do takich właśnie klasycznych wzorców: do miltonowskiego "Raju Utraconego", do "Małej Pasji" Dürera czy "Le Burg a la croix" Victora Hugo. Zaowocowało to powstaniem albumu na wskroś poetyckiego, mocno zakorzenionego w europejskiej sztuce, a jednocześnie bardzo współczesnego – mrocznego, przytłaczającego i 'zakazanego'. I choć próżno tu szukać całej blackowej stylistyki, złowrogich (;]) makijaży i poodwracanych krzyży, nie można przejść obok tego albumu z uśmiechem na twarzy. Muzyka odwołuje się do najciemniejszych zakamarków, najbardziej mrocznych emocji i bluźnierczych myśli.

Oppressor – Solstice Of Oppression [1994]

Oppressor - Solstice Of Oppression recenzja okładka review cover
Na Oppressorze i ich debiucie nagromadziła się niestety niezasłużona warstwa kurzu. Oczywiście odpowiedzialność za to ponoszą wytwórnie, które zarówno po wydaniu "Solstice Of Oppression" jak i przy wypuszczaniu reedycji zaniedbały promocję. Amerykanie debiutowali zaledwie 15 lat temu, a na dodatek debiutowali piekielnie mocnym albumem. Pierwsze dzieło Oppressora znałem przez bardzo długi okres jedynie z krótkich artykułów z netu i fachowych periodyków. Wszystko, co przeczytałem wychwalało twórców "Solstice Of Oppression", a o samym albumie pisano, że to jeden z najlepszych death metalowych kąsków nagranych w USA. Teraz, gdy mam ów album w swoich łapskach nic więcej mi nie pozostaje, jak przyłączyć się do pochwalnego chóru. Ta muzyka to kawał bardzo oryginalnego, brutalnego i technicznego grania.