Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1994. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1994. Pokaż wszystkie posty

12 października 2018

Samael – Ceremony Of Opposites [1994]

Samael - Ceremony Of Opposites recenzja okładka review coverSamael skończył się na "Blood Ritual". To prawda, ale na "Ceremony Of Opposites" narodził się na nowo – bardziej zadziorny i charakterystyczny, a tak po prawdzie to lepszy pod każdym względem. Samael dojrzał i rozwinął się, a tym samym dał pretekst co bardziej krewkim fanom, by oskarżyć go o skomercjalizowanie się. Owszem, "Ceremony Of Opposites" był jednym z bestsellerów swoich czasów, ale cała otoczka płyty — prowokacyjna okładka i bezpośrednie teksty (najjaskrawszy przykład mamy w genialnym 'To Our Martyrs': "I spit at your god's face / I piss on the cross / I vomit on the holy bible / I shit on the blessed whore and her bastard son") — są bardziej diabelskie aniżeli kiedykolwiek wcześniej i zdecydowanie mocniej walą w twarz. Zaś co do muzyki – już od pierwszych taktów 'Black Trip' słychać postęp kompozytorsko-wykonawczo-brzmieniowy. Szwajcarzy zrobili pewny i logiczny krok naprzód, za punkt wyjścia biorąc chyba 'With The Gleam Of The Torches' z "Blood Ritual", bo właśnie tamten kawałek odznaczał się sporą dynamiką i zdradzał pewne progresywne zapędy zespołu. Na "Ceremony Of Opposites" Samael rozwija twórczo (i w dodatku w szybszych tempach) najlepsze pomysły z poprzednika oraz wprowadza mnóstwo innowacji – jak choćby bardzo rozbudowane partie klawiszy czy donioślejszy udział basu. W przeciwieństwie do wcześniejszych materiałów tu każdy numer ma swoje indywidualne wyróżniki i nie sposób pomylić go z innymi, a przy okazji odznacza się nieprzeciętną chwytliwością. Oczywiście największa w tym zasługa riffów, które (wreszcie) nabrały należytej wyrazistości dzięki bardzo zgrabnemu połączeniu prymitywnej agresji z zapadającą w pamięć linią melodyczną. Nie bez znaczenia jest także zajebista motoryka nowych kompozycji (zwłaszcza 'Flagellation'), która sprawia, że trząchanie banią w rytm muzyki włącza się u słuchacza automatycznie, bez udziału świadomości. W rezultacie powstał zestaw murowanych koncertowych hitów, spośród których prawie każdy (a nie tylko 'Baphomet’s Throne') można wskazać jako ten najlepszy. Prawie, bo numer tytułowy nieco odstaje pod względem chwytliwości, ale nadrabia to gęstszym klimatem. Pozostała dziewiątka zamiata aż miło, nie dając najmniejszych powodów do narzekań. Kolejny wielki plus "Ceremony Of Opposites" wpływający na przystępność płyty to wokale – bardziej jadowite, a jednocześnie czytelne i pełne majestatu. Właśnie od tego momentu można mówić o Vorphalacku jako wokaliście prawdziwie rozpoznawalnym. Jak wynika z powyższego tekstu, "Ceremony Of Opposites" to dla mnie album praktycznie bez wad. Nawet brzmienie by Waldemar Sorychta mile zaskakuje ostrością i ciężarem. Przy okazji "Passage" deaf jebnął krótki konkret "Samael at its best", o "Ceremony Of Opposites" mogę napisać to samo.


ocena: 9,5/10
demo
oficjalna strona: www.samael.info

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

14 września 2018

Brutal Truth – Need To Control [1994]

Brutal Truth - Need To Control recenzja okładka review coverBrutal Truth na pamiętnym debiucie zawiesili sobie poprzeczkę cholernie wysoko, ale tak na dobrą sprawę wcale nie musieli jej później przeskakiwać. Wystarczyło im tylko nagrywać kopie tamtej płyty, żeby za każdym razem świat padał im do stóp. Amerykanie postanowili jednak zaryzykować już przy pierwszej okazji i na 'dwójkę' stworzyli materiał w dużym stopniu odmienny. Miejsce czystego, krystalicznie brzmiącego i diabelnie szybkiego grind core’a zajęło granie znacznie bardziej szorstkie, nieokiełznane, momentami nawet drażniące, choć ekstremalnością wcale nie ustępujące temu z "Extreme Conditions Demand Extreme Responses". To dlatego "Need To Control" może być z początku ciężkostrawny i odpychający. Po kilku wnikliwszych przesłuchaniach człowiek zaczyna jednak dostrzegać w tym metodę, a przede wszystkim nieliche pokłady szaleństwa, jakie Amerykanie zamknęli w tych dźwiękach. Brutalności tutaj z pewnością nie brakuje, ale jebać ją, bo ważniejszy wydaje się klimat, jaki Brutal Truth osiągnęli na albumie, a ten jest z lekka schizolski i niszczy. Największy wpływ mają na niego oczywiście wokale Kevina Sharpa, który ani przez sekundę się nie oszczędza, płynnie przechodząc od niskich growli do paranoicznych wrzasków. Zwłaszcza ta druga forma ekspresji, na granicy utraty głosu, zostawia trwały ślad w psychice słuchacza. Druga duża cegiełka do klimatu "Need To Control" to surowe i przenikliwe brzmienie. Zespół pożegnał się z Colinem Richardsonem i produkcję albumu powierzył mniej utytułowanemu i niezbyt obeznanemu w ekstremie Steve’owi McAllisterowi. Także to ryzyko się opłaciło, bo ekipa znad jeziora Ontario zyskała sound bardziej pasujący do ich pojebanej natury – gęsty, przybrudzony i... zadymiony. O wypolerowanej produkcji nie ma tutaj mowy. Zestaw utworów spiętych klamrą "Need To Control" sam w sobie też może nieźle skołować, bo mamy tu do czynienia z szalenie zróżnicowaną (jak na grind) muzyką. Począwszy od ociężałych i dziwnie hipnotyzujących 'Collapse' i 'Ordinary Madness', przez najlepsze w zestawie, zdrowo pogrzane 'Godplayer' i 'I See Red', po krótkie bezpośrednie strzały w typie 'Choice Of A New Generation'. Cover The Germs wolałbym przemilczeć, natomiast obecność dwóch szumiących zapchajdziur — które oprócz dłużyzn nic wartościowego nie wnoszą — mogę podsumować tylko soczystą kurwą. To taki bezwartościowy odpowiednik kilku minut ciszy przed końcówką 'Unjust Compromise' z "Extreme Conditions Demand Extreme Responses". Bez tych bzdur byłoby super, a tak – tylko bardzo dobrze. Z plusem.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/brutaltruth

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

13 maja 2018

Napalm Death – Fear, Emptiness, Despair [1994]

Napalm Death - Fear, Emptiness, Despair recenzja okładka review coverBirmingham, mamy problem... Po kilu latach naparzania grind core’a i czterech szalenie ważnych dla gatunku płytach, z których każda była lepsza od poprzedniej, Napalm Death wzięło na odświeżenie stylu. A konkretnie na zwrot w kierunku death metalu w lekko industrialnym (czyżby znak czasów?) sosie. Nigdy nie mogłem pojąć, po co im były tak drastyczne zmiany, bo ani wyczerpanie wcześniejszej formuły ani chęć poeksperymentowania z modniejszymi rozwiązaniami do mnie nie przemawiają. Muzyka na "Fear, Emptiness, Despair" brzmi czyściej i potężniej niż kiedykolwiek wcześniej, jest też precyzyjniej zagrana, a poza tym zawiera sporo nowoczesnych elementów (co słychać zarówno w podejściu do riffów jak i rytmów), ale bardzo, naprawdę bardzo brakuje jej ducha starych (czyli choćby sprzed dwóch lat, heh) Napalmów. Album rozpoczyna 'Twist The Knife (Slowly)', który jest bezbarwny, anemiczny i całkowicie pozbawiony kopa. Na wielbiciela "Utopia Banished" coś takiego działa jak zimny prysznic – aż strach słuchać dalej. A dalej — o dziwo! — jest już lepiej, choć szalenie nierówno, jakby Brytole sami nie mogli się zdecydować, co, jak i dla kogo grać. Stąd też utworom dobrym i bardzo dobrym (będącym niestety w mniejszości) towarzyszą zupełnie nijakie, nieprzemyślane, przekombinowane i ewidentnie wymuszone. Co ciekawe, trudno jednoznacznie zrzucić na kogoś odpowiedzialność za ten misz-masz, bo poszczególni kompozytorzy podpisali się zarówno pod lepszymi jak i gorszymi numerami. Nawet Barney raz wydziera się z charakterystyczną dla siebie furią, a już po chwili pokrzykuje bez przekonania. Wobec powyższego należy uznać, że w kwestii spójności ciała dał cały zespół. Nie zmienia to jednak faktu, że na "Fear, Emptiness, Despair" jest dość materiału na wypasioną epkę: 'More Than Meets The Eye' (najdłuższy i zdecydowanie najlepszy w zestawie), 'Plague Rages', 'Throwaway', 'Remain Nameless'. Te numery do perełki, które jakoś ratują ten album; są intensywne, brutalne, pojawiają się w nich zabójcze riffy i nieszablonowe zagrania. Takiego Napalm Death można słuchać z dużym zainteresowaniem i gdyby całość trzymała ten poziom, ani bym myślał narzekać. Tak dobrze nie ma, bo niemrawych i drażniących fragmentów uzbierało się tu stanowczo za dużo, więc "Fear, Emptiness, Despair" potrafi męczyć.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalna strona: www.napalmdeath.org

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

6 października 2017

Phlebotomized – Immense Intense Suspense [1994]

Phlebotomized - Immense Intense Suspense recenzja okładka review coverPhlebotomized to zespół wyjątkowy, nietuzinkowy i oryginalny. I jak to z takimi bywa – niedoceniony. Holendrzy wystartowali bardzo udaną demówką "Devoted To God", później przyszła pora na dwie jeszcze lepsze epki, zaś apogeum zajebistości swojego stylu osiągnęli w na debiucie "Immense Intense Suspense", po którym zdołali nagrać już tylko jeden, w dodatku zupełnie inny album. Opisywany krążek z jednej strony jest logicznym rozwinięciem tego, co zespół robił na poprzednich wydawnictwach — co zrozumiałe, bo kilka starszych utworów nagrano na nowo — z drugiej zaś zadziwiającym konglomeratem mnóstwa odważnych/nietypowych rozwiązań i inspiracji, których wcześniej próżno było szukać w twórczości zespołu. Całość można w wielkim uproszczeniu określić jako progresywny death-doom, ale ta etykieta w żadnym wypadku nie wyczerpuje tematu. Przy pierwszym kontakcie płyta Phlebotomized sprawia wrażenie potwornie niespójnej, chaotycznej i poskładanej bez pomysłu z kompletnie niepasujących do siebie części, no bo jak tu sensownie pogodzić wpływy Napalm Death, Morbid Angel, Nocturnus, My Dying Bride, czegoś na kształt folku i jazzu. Awangarda dla wytrwałych, ot co. Nic więc dziwnego, że dla większości ówczesnych słuchaczy materiał był kompletnie niezrozumiały i niestrawny, a ze względu na osobliwą okładkę – odpychający. Tymczasem by w pełni docenić kunszt "Immense Intense Suspense", trzeba poświęcić temu albumowi naprawdę sporo czasu, uwagi i... cierpliwości. To jedna z tych płyt, które zyskują z każdym kolejnym odpaleniem, aż w końcu trafiają do kategorii "ulubione", dając sporo takiej snobistycznej satysfakcji, wynikającej z obcowania z czymś niepospolitym. Phlebotomized na debiucie stworzyli muzykę bez zamykania się w jakichś sztywnych ramach, czerpiąc zarówno z metalu, klasyki czy rocka, przez co nabrała ona zajebiście progresywnego charakteru, stała się wielowymiarowa, a spodziewać się po niej można dosłownie wszystkiego. Ekstremalne britcore’owe napierdalanie? Nie ma sprawy! Subtelne klawiszowe pasaże z czystymi wokalami? Czemu nie! Na "Immense Intense Suspense" skrajność goni skrajność, a przeciwieństwa — zgodnie ze starym powiedzeniem — się przyciągają, sprawiając, że cały materiał jest nieszablonowy, szalenie skomplikowany (nie mylić z techniczny) i po prostu epicki. Od bogactwa klimatów na przestrzeni nawet jednego utworu może zakręcić się w głowie, natomiast przebrnięcie przez wszystkie wywołuje u słuchacza już tylko chęć sięgnięcia po aviomarin. Czegóż chcieć więcej od prawdziwie eklektycznej muzyki? Następnego przesłuchania, a jak!


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.phlebotomizedmetal.com
Udostępnij:

30 września 2017

Luciferion – Demonication (The Manifest) [1994]

Luciferion - Demonication (The Manifest) recenzja okładka review coverJest rok 1994, po wielkim death metalowym boomie z przełomu dekad zostało tylko wspomnienie, prekursorzy gatunku wykruszyli się albo zmienili dyscyplinę, zaś przy starych ideałach pozostali tylko nieliczni, coraz bardziej zresztą spychani na bocznicę blackowym trendem. W tych niesprzyjających warunkach powstała płyta, która mogła tchnąć w gatunek nowe życie i przywrócić go na salony, ale nie tchnęła, bo było już za późno, a i sam zespół został szybko pogrzebany. Mimo to "Demonication (The Manifest)" wciąż pozostaje ozdobą kolekcji wielu death metalowych maniaków, którzy cenią sobie zaangażowaną muzykę na najwyższym poziomie. Debiut wspaniałego Luciferion to materiał praktycznie pozbawiony uchybień, natomiast jedyne do czego w jego kontekście można się (na siłę) przyczepić to dyskusyjna oryginalność. Wojtek Lisicki wraz kompanami na "Demonication (The Manifest)" połączyli bowiem klasyczne szwedzkie brzmienie (mam na myśli sposób obróbki muzyki) z amerykańską brutalnością, rozmachem i poziomem technicznym. Produkcja albumu w zasadzie nie odbiega od sztokholmskich kanonów z typowo zapiaszczonymi gitarami, jednak o dziwo nie jest owocem pracy Tomasa Skogsberga a Fredrika Nordströma i jego rozkręcającego się studia Fredman. Rezultat do dziś kopie po dupie (jeśli komuś nie przeszkadza strigerowana perkusja) i w niczym nie przypomina tego, co później osiągały w tym przybytku hordy melodyjnych zespołów z Goeteborga. W amerykanizacji muzyki Luciferion poszli natomiast jeszcze dalej niż koledzy z Seance, ale nie mam z tym najmniejszego problemu — ba! właśnie dzięki temu jest to bodaj mój ulubiony szwedzki krążek z tamtego okresu — zwłaszcza że rozchodzi się o wpływy takich tuzów jak Deicide i Morbid Angel. Od tych kapel Szwedzi zaczerpnęli sporo rozwiązań rytmicznych i aranżacyjnych, co jednak wcale nie przeszkodziło im w stworzeniu czegoś swojego, rozpoznawalnego i z charakterem. Doskonale to słychać w urozmaiconych strukturach, wyjątkowo zaczepnych riffach i przede wszystkim w doskonałych, wypieszczonych solówkach, którymi "Demonication (The Manifest)" zachwyca do dziś. Kontrast stworzony między brutalnym podkładem a melodyjnymi (zazwyczaj) popisami sprawił, że utwory są zajebiście ciekawe, ponadnormatywnie bogate, klimatyczne i wyraziste. To dlatego, niezależnie od indywidualnego tempa, każdy numer z tej płyty to prawdziwy death metalowy hit, którego upływ czasu nie jest w stanie wymazać z pamięci. Wystarczy tylko raz zapoznać się z potęgą 'Rebel Souls', 'Graced By Fire', 'Christ Dethroned', 'The Manifest' czy 'Hymns Of The Immortals', żeby już zawsze wracać do tego albumu z przyjemnością i niesłabnącym zainteresowaniem. Jakby tego było mało, "Demonication (The Manifest)" wyróżnia się także błyskawicznie wpadającymi w ucho klasycznymi tekstami w antychrześcijańskiej konwencji i świetnym, naprawdę ekspresyjnym wokalem Michaela, który te wszystkie bezeceństwa wyśpiewuje. Autorskie kawałki zespół uzupełnił baaardzo dobrym i rozbudowanym intrem oraz brawurowo odegranym coverem Sodom, w którym obowiązki wokalne przejął lider Luciferion. A teraz podsumowanie dla leniwych: ten album to haniebnie niedoceniony death metalowy klasyk.


ocena: 9,5/10
demo
Udostępnij:

4 listopada 2016

Gorefest – Erase [1994]

Gorefest - Erase recenzja okładka review coverW połowie lat 90-tych ubiegłego wieku grunt pod death metalem w Ameryce gwałtownie się załamał, sprawiając, że na powierzchni pozostały tylko najwytrwalsze kapele: Deicide, Cannibal Corpse, Obituary, Incantation, Malevolent Creation... W Europie sytuacja wyglądała jeszcze gorzej, bo albo zespoły drastycznie zmieniały swój styl (Szwecja) albo jak muchy padały jeden po drugim (reszta kontynentu). W tej degrengoladzie, spotęgowanej dodatkowo modą na black metal, Gorefest wydał przełomowy — choć dla wielu już kontrowersyjny — "Erase". Dla mnie trzecie dzieło Holendrów to najlepszy (a przynajmniej jeden z trzech) album na death metalowym poletku jaki powstał w 1994 na starym kontynencie. Bestseller w swoim czasie, później – krążek wyjątkowo niedoceniany i, o zgrozo, deprecjonowany także przez samych muzyków. W moich oczach wyjątkowość "Erase" wynika przede wszystkim z tego, jak doskonale ten materiał łączy w sobie death’owe korzenie zespołu z jego nowymi fascynacjami z kręgów hard rocka. Taki gatunkowy mariaż nie był może czymś specjalnie odkrywczym (wcześniej wpadli na to choćby w Finlandii i Szwecji), ale rezultat uzyskany przez Gorefest zwyczajnie zwala z nóg – i to już w pierwszej minucie 'Low'. Zajebisty ciężar gitar (przysłuchajcie się ostatniemu riffowi w 'To Hell And Back' – miaaazga), wyborne technicznie melodyjne solówki, charakterystyczne gorefestowe melodie, wyraźny bas, potężna perkusja, zaczepna rockowa motoryka, mocarny wokal i w końcu niepodrabialny feeling – oto wizytówki tego albumu. Od pierwszego do ostatniego utworu płyta wgniata w fotel i nawet odczuwalnie lżejszy i nieco eksperymentalny 'Goddess In Black' (dwa lata później doczekał się wersji orkiestralnej) tego nie zmienia. Ja naprawdę nie widzę ani nie słyszę tu czegokolwiek, do czego można by się przypieprzyć. Ja. Bo wielu tego entuzjazmu nie podzielało. OK, jeszcze rozumiem zarzuty dotyczące złagodzenie muzyki – z nimi polemizować nie można, bo "Erase" to absolutnie nie ten poziom brutalności co "False" czy "Mindloss". Żeby jednak oddać Holendrom sprawiedliwość – przyłoić też potrafią, czego najlepszy przykład mamy w killerskim 'Peace Of Paper'. Natomiast kompletnie nie pojmuję narzekań na rzekomo słabe brzmienie albumu. Przecież tak potężną, krystalicznie czystą i pełną przestrzeni produkcją mogły się wówczas pochwalić jedynie kapele rockowe, w dodatku te z wyższej półki. Że mało w tym brudu? Ano mało, ale taki Gorefest i tak łeb urywa! Zresztą, czym tu się przejmować, skoro sam Jan-Chris de Koeijer ucisza malkontentów na początku wiele mówiącego 'I Walk My Way': "I won’t run or hide / Nor apologize". Pozamiatane.


ocena: 9,5/10
demo
oficjalny profil MySpace: myspace.com/gorefest

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

30 marca 2015

Eternal Solstice – The Wish Is Father To The Thought [1994]

Eternal Solstice - The Wish Is Father To The Thought recenzja okładka review coverWielokrotnie już rozpisywaliśmy się o zespołach niedocenionych i zapomnianych, choć nietuzinkowych. Teraz, dla równowagi, będzie o kapeli z drugiego bieguna. Wprawdzie nie jest to przykład krańcowy, ale jednak. Odnoszę bowiem wrażenie, że legendarny status Eternal Solstice, z jakim mamy obecnie do czynienia, jest zdecydowanie przesadnie napompowany, a po chłopsku i uczciwie mówiąc – z dupy wzięty. Tak na dobrą sprawę, to nawet na upartego nie znajduję niczego, co kultowość Holendrów mogło by w wiarygodny sposób uzasadnić. Wiekowość? Owszem, zaczynali dość wcześnie, ale nie na tyle, żeby załapać się do forpoczty gatunku. Zawirowania personalne? Owszem, mieli pewne problemy ze skompletowaniem sensownego składu, ale kto ich wtedy nie miał. Fakt, że nie zawojowali świata? Owszem, sukcesy dla Eternal Solstice to coś całkowicie obcego, ale głównej przyczyny tego stanu rzeczy upatrywałbym w... muzyce, nie zaś w braku koniunktury, kiepskim zaangażowaniu wytwórni czy nieprzychylności mediów. Taka prawda. Wydany w 1994 roku debiut Eternal Solstice to proste granie na naprawdę dobrym poziomie i tak też brzmiące (przy okazji – bardzo typowo dla Excess), jednak nie prezentujące sobą niczego niezwykłego, zaskakującego czy wybijającego zespół ponad średnią gatunkową. Naonczas tak podany death metal, zwłaszcza na tle holenderskiej sceny, był już nieco nie na czasie, a z upływem lat wcale nie nabrał uroku ani dodatkowej świeżości. Próżno na "The Wish Is Father To The Thought" szukać wizjonerstwa Pestilence, eklektyzmu Phlebotomized, topowej produkcji Gorefest, brutalności Sinister czy komercyjnego rysu The Gathering. Nie oznacza to jednak, że z tą płytką nie można spędzić kilku miłych acz niezobowiązujących chwil. Można, chociaż materiał zauważalnej podniety nie wywołuje – jak to zwykle bywa w przypadku rzemieślniczych wyrobów. Wykonawczo wszystko jest OK, kompozycyjnie co najwyżej średnio. Patenty zapożyczane od Massacre i starego Death oraz wyraźniejsza praca basu tego obrazu zbytnio nie zmieniają – "The Wish Is Father To The Thought" tylko z rzadka zwraca uwagę słuchacza.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Eternal-Solstice/384594534885754
Udostępnij:

14 grudnia 2014

Pestilence – Mind Reflections [1994]

Pestilence - Mind Reflections recenzja okładka review coverDebestofy to jak wiadomo doskonały sposób na zarobienie szybkiej kasy – koszt przygotowania czegoś takiego jest niewielki, nakłady pracy również, a zawsze jest pewność, że wpadnie z tego tytułu trochę grosza. Nic więc dziwnego, że tony takich wydawnictw zalegają na sklepowych półkach. Jednak pośród tego szamba czasem można wyłowić coś ciekawego – czymś takim na pewno jest "Mind Reflections". Nikomu nie muszę tłumaczyć, że na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego wieku Pestilence wielkim zespołem był i pozostawił po sobie genialne nagrania, toteż od razu przejdę do zawartości płytki. Pierwsza część to 10 kawałków na maxa standardowego 'the best of'. Wśród nich znajduje się 'Hatred Within', który jako pierwszy numer Zarazy doczekał się wydania na winylu (na składance "Teutonic Invasion Part II" – i tylko tam) i przy okazji zapewnił chłopakom kontrakt z Roadrunner Records. Niewiele odbiega on od materiału znanego z "The Penance", oprócz tego, że jest znacznie bardziej złożony i lepiej nagrany. Już chociażby dla tego utworu warto kupić "Mind Reflections". Pozostałe wałki to m.in. takie cuda jak 'The Process Of Suffocation', 'Parricide' czy doskonały 'Land Of Tears'. Każdy średnio zorientowany fan powinien natychmiast zauważyć, że różnią się one od oryginałów znanych z płyt – zostały bowiem zremasterowane, a to niezwykle dobrze wpłynęło na ich jakość. Druga część "Mind Reflections" to kawałki live — sztuk sześć — zarejestrowane podczas Dynamo Open Air w 1992 r. Znakomity dowód na to, że Pestilence i na żywo zabijali każdym dźwiękiem, szczególnie że precyzja wykonania poraża (na kolana przed Mamelim!). Szkoda tylko, że dwa numery (oba z "Consuming Impulse") się dublują i umieszczono je zarówno w wersji studyjnej jak i koncertowej. Można było tego spokojnie uniknąć, bo na Dynamo zagrali nieco więcej (m.in. 'Stigmatized'!), więc było z czego wybierać. Bajdełej, polecam bootleg z tego wydarzenia. Pewne zastrzeżenia mam także do biografii i notki umieszczonych we wkładce, bo raz, że są zdawkowe i uproszczone, a dwa że zawierają błędy. Mimo to jak najbardziej mogę polecić "Mind Reflections" każdemu miłośnikowi technicznego death metalu, ta muzyka broni się od lat!


ocena: -
demo
oficjalna strona: www.pestilence.nl

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

29 listopada 2013

Symphony X – Symphony X [1994]

Symphony X - Symphony X recenzja okładka review coverNajbardziej malmsteenowski ze wszystkich gitarzystów, ba, bardziej malmsteenowski niż sam Malmsteen, tak pod względem umiejętności, aparycji, jak i zamiłowania do barokowych koszul. Nawet serdelkowate palce zgapił od Szweda, zgapił, ale i przebił. Jak już wspomniałem – lepsza, bardziej okrągła wersja Yngwiego. A tym panem jest oczywiście Michael Romeo. I ten pan w 1994 roku powołał do życia kapelę nazwaną Symphony X, której debiutancki album "Symphony X" mam dziś przyjemność zrecenzować. O samym Michaelu nie ma potrzeby rozpisywać się za wiele, bo jest ikoną neoklasycznego shreddingu i gitarowym geniuszem. Shreduje przy tym na takim luzie, z takim wyjebaniem (co widać na jakimkolwiek wideo z jego udziałem), że momentalnie odechciewa się jakiejkolwiek nauki gry na gitarze, bo i po co. Dla niego zagranie solówki to jak dla Krzysztofa Manca z "Alternatyw 4" wypicie szklanki spirytusu z bosmanem. No ale dość o Michaelu. Debiutancki krążek Amerykanów to bardzo zgrabne i ponadczasowe połączenie neoklasycznych aranżacji, power metalu i fascynacji Queen. Ponadczasowe, bo nawet dzisiaj albumu słucha się bez konsternacji i zażenowania i nie czuć dwóch dekad na jego karku. Co prawda niektóre melodie, a także wokalizy Roda Tylera trącą myszką i brzmią bardzo dziecinnie, żeby nie powiedzieć infantylnie, ale całość nie pozostawia po sobie niesmaku. Sam Tyler radzi sobie lepiej niż dobrze i obok Romeo jest najjaśniejszym punktem krążka. Jak na powerowe standardy ma dosyć szorstkie i męskie brzmienie, co jest niepodważalną zaletą i pozwala przetrawić album także tym, którzy na co dzień trzymają się od poweru na dystans. Całkiem nieźle radzą sobie także basista i klawiszowiec, szczególnie basista, czego niestety nie można powiedzieć o garowym. Słychać go, oczywiście, ale nie wnosi nic oryginalnego klepiąc dość pospolite motywy. Podsumowując stronę instrumentalną, "Symphony X" jest płytą gitarowo-wokalną, co może być tak zaletą, jak i wadą. Mi to jak najbardziej pasuje, bo dobrego szarpania druta nigdy za wiele. Zdążyłem już wspomnieć, że kompozycje są dobre, a melodie — z kilkoma, raczej krótkimi, wyjątkami — przyjazne dla ucha, jeżeli dodać do tego sporą różnorodność temperamentów oraz dużo akcji na każdym z planów to wyjdzie, że mamy do czynienia z albumem ze wszech miar udanym i przyjemnie lekkostrawnym. I nawet, gdy pojawia się jeden z tych lukrowanych, popowych momentów, po kilku chwilach idzie w niepamięć za sprawą wyjebanej solówki. Trudno mi natomiast wskazać prawdziwe perełki, gdyż płyta jest bardzo równa i jeżeli coś szczytuje, to będzie to najpewniej jakaś solówka Romeo, ale tylko solówka, a nie cały utwór. Warto, mimo tego, zagłębić się w muzykę, bo potrafi zaskoczyć i to niejednokrotnie. Tym albumem Romeo pokazał światu, że należy się z nim liczyć, bo talent ma chłop nieprzeciętny i za co się nie weźmie, cokolwiek związanego z gitarą, zrobi to w mistrzowskim stylu, bez potknięć i niedoróbek. Bardzo dobry album, nie tylko dla fanów shreddingu.


ocena: 8/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/symphonyx

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

11 listopada 2013

Obituary – World Demise [1994]

Obituary - World Demise recenzja okładka review coverPoprzedniej płycie Nekrologu zarzucałem przesadną 'równość' materiału i niespecjalną innowacyjność. Z "World Demise" sprawa wygląda już inaczej, bowiem panowie Amerykańcy wykonali odważny krok naprzód i nieco odmienili swoje granie, co wielu osobom zdecydowanie nie przypadło do gustu. O żadnej wielkiej rewolucji mowy oczywiście nie ma, ale jak na ten zespół przeobrażenia i tak są wyraźne. W muzyce pojawiło się trochę bezpośrednich hard core’owych elementów, gdzieniegdzie powplatano rozmaite sample (w tym także o zabarwieniu 'etnicznym'), większy nacisk położono na uwypuklenie rytmu (brawa dla Donalda i Franka!), zaś riffy stały się rwane i bardziej plastyczne. Nie zmienia to faktu, że rdzeń całości pozostał nienaruszony – prosty i dość mozolny death metal starej szkoły. Brzmienie jest dużo ciekawsze niż na poprzedniej produkcji – bardzo przestrzenne, organiczne, soczyste i jak zwykle niesamowicie ciężkie. Trzeba przy tym zauważyć, że te utwory pulsują, żyją własnym wewnętrznym rytmem. Wspomniałem wyżej o samplach; owszem, pojawiają się, niemniej jednak w ogóle nie przeszkadzają i w kilku miejscach wyszły całkiem całkiem (np. w 'Final Thoughts'). Jak powszechnie wiadomo, John Tardy to prawdziwy mistrz w wyrzygiwaniu 'tekstów', więc i tym razem spisał się znakomicie. Płytę rozpoczyna 'Don’t Care' – jeden z tych niewielu numerów, przy których idzie się w tany bez względu na okoliczności i późniejsze konsekwencje – przy nim po prostu rzuca słuchaczem jak rannym niedźwiedziem, obłęd i tyle! Dalej też jest nieźle. 'Redefine', 'Solid State', 'Burned In' – to tylko niektóre z ciekawych kawałków na tym albumie. Solówki prezentują się raczej standardowo dla Obituary, choć jest też chlubny wyjątek w postaci dwóch naprawdę dobrych i klimatycznych popisów w 'Set In Stone'. Niezły jest też wyjąco-mielący 'Killing Victims Found', który pojawił się na rozszerzonej wersji płyty. "World Demise" to interesujący i w pewnym sensie dość oryginalny krążek death metalowy, przez który może być trudno przebrnąć za pierwszym razem (ponad 50 minut), ale ja jestem przekonany, że warto spróbować.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalna strona: www.obituary.cc

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

29 kwietnia 2013

Cannibal Corpse – The Bleeding [1994]

Cannibal Corpse - The Bleeding recenzja okładka review cover"The Bleeding". Najwznioślejsze dokonanie Kanibali z Barnesem, ich największy komercyjny sukces, wielkie źródło inspiracji dla innych kapel i jedna z najlepiej sprzedających się płyt w dziejach niekomercyjnego death metalu, a to wszystko przy drastycznie zmniejszającym się zainteresowaniu gatunkiem i kretyńskich działaniach cenzorskich. Tu nie ma przypadku, choć raczej nie stoi za tym trzęsący światem żydowsko-masońsko-metalblade'owski spisek. Ten album to po prostu świetny materiał, który nawet po prawie 20 latach od premiery potrafi wywołać drżenie serca u maniaków krwistej (a jak!) sieczki. Wprawdzie próżno szukać w tych 37 minutach świadectwa tak wielkiego rozwoju w stosunku do wcześniejszego krążka, jakiego byliśmy świadkami między "Butchered At Birth" a "Tomb Of The Mutilated", ale równie trudno oprzeć się wrażeniu, że "The Bleeding" w każdym aspekcie przewyższa bardzo udanego poprzednika – jest jeszcze bardziej dopracowany, urozmaicony i całościowo ciekawszy. Profesjonalizm pełną gębą. Już samo brzmienie jest znacznie pełniejsze, cięższe i bardziej selektywne – po ingerencji Scotta Burnsa ani jedna nuta nie ma prawa umknąć słuchaczowi, nawet mimo tego, że muzyka zyskała na złożoności. "The Bleeding" składa się wyłącznie z bardzo udanych utworów, ale nawet kuszony łapówką nie napisałbym, że są one utrzymane na równym poziomie. Oczywiście dziwnie pokręcony numer tytułowy albo ociężały 'Return To Flesh' są jak najbardziej fajne, jednak nieco bledną przy wybuchowym początku krążka. Chodzi mi o zestaw obowiązkowy w postaci 'Staring Through The Eyes Of The Dead' (hit!), 'Fucked With A Knife' (totalny hit!), 'Stripped, Raped And Strangled' (hit może i mniejszy, ale to mój ulubiony numer spośród wszystkich kanibalistycznych wytworów) i 'Pulverized' (też hit, ale przez małe 'h'), które mocno wyrastają ponad pozostałą szóstkę. Czym? Hmm... jebnięciem, chwytliwością, brutalnością, technicznymi zagrywkami... trochę by się tego nazbierało. Nawet ja — człek, który przez lata uważał się co najwyżej za umiarkowanego fana Cannibal Corpse — traktuję je jako absolutny death’owy kanon, z którym każdy powinien się zapoznać. Zreeesztą, przecież tego samego statusu dorobił się ten album. Jasne, nie każdemu musi pochodzić styl Amerykanów, co nawiasem mówiąc doskonale rozumiem, ale jakości ich muzyce odmówić nie sposób.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalna strona: www.cannibalcorpse.net

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

5 września 2012

Dissonance – Look To Forget [1994]

Dissonance - Look To Forget recenzja okładka review coverTechniczny death metal ze Słowacji to nie lada rzadkość, a już szczególnie taki prezentujący przyzwoity poziom. U naszych południowych sąsiadów chyba nigdy nie było wyraźnego zainteresowania taką muzyką, skupiano się bardziej na prostym napierdalaniu. Nic więc dziwnego, że Dissonance na tle swych rodaków prezentuje się naprawdę dobrze, czy nawet okazale. Wobec tego chwała im za to, że woleli pójść w innym kierunku i zrobić coś oryginalnego. Oczywiście miejcie na uwadze fakt, że opisywana płytka do najnowszych nie należy. Chcąc nieco dokładniej określić muzykę Słowaków, powiedziałbym, że penetrują podobne obszary co Oppressor na debiucie z okazjonalną gitarową jazdą w stylu Death z czasów "Human" (np. w takim 'Mankind' albo 'Possessed By Desire'). Jest więc brutalnie, dynamicznie i porządnie pod względem warsztatowym. Solówki wprowadzają odrobinę melodii, a sposób operowania klimatem przywodzi na myśl band z Illinois. Ciekawa sprawa, że album Dissonance i "Solstice Of Oppression" łączy nawet dość słabe, nieprzystające do poziomu muzyki brzmienie. Nie przekonuje mnie wokal w typie growlu standardowego dla Europy Wschodniej początku lat 90-tych ze strasznym kaleczeniem języka angielskiego. Poza tym "Look To Forget" nie fascynuje na tyle, żeby podczas słuchania siedzieć z głową przy głośniku; same kawałki nie dostarczają powodów do wielkiego zachwytu, nie zostają też w głowie na nie wiadomo jak długo. Jednak nie zaszkodzi od czasu do czasu zarzucić tej płytki na tackę odtwarzacza. Trzeba przyznać, że jak na tamte czasy i tą część Europy, Słowacy stworzyli materiał udany i nietypowy.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/dissonancesk

podobne płyty:

Udostępnij:

26 września 2011

Testament – Low [1994]

Testament - Low recenzja okładka review coverPrzed nagraniem "Low" Testament, jak to się ładnie mówi, zaliczył doła, doszły do tego istotne zmiany składu (odejście Skolnicka) i kłopoty z wytwórnią – w takiej sytuacji nie można było oczekiwać po zespole cudów, tym bardziej, że tenże zespół wydał już pięć płyt, którymi raczej wyczerpał temat. A tu coś takiego! Testament wbrew przeciwnościom losu podniósł się w glorii i chwale. Z wielkiego syfu powstał krążek, który z miejsca dołączył do ich największych osiągnięć – zaskakujący, mocniejszy niż którykolwiek wcześniej, bardzo zróżnicowany, świeży i przede wszystkim utrzymany na zajebiście wysokim poziomie. Panowie skomponowali wielowymiarowy choć bardzo składny materiał, w którym do odkrytego na nowo thrash’u dodali zwiększające siłę wyrazu elementy death metalu i zaaranżowali wszystko tak, żeby każdy mógł nagrać się do syta. Artystycznie Amerykanie ulżyli sobie najdosadniej w 'Urotsukidoji' – popieprzonej instrumentalnej plątaninie robiących wrażenie różnorakich popisów każdego z muzyków. Ogólnie, na "Low" zajebichy jest co nie miara, tak w spokojnym ('Trail Of Tears', 'Last Call'), jak i agresywnym ('Low', 'All I Could Bleed', 'Ride' i w sumie pozostałe) wydaniu, ale wszystko to blednie przy totalnie poniewierającym, zajebiście brutalnym 'Dog Faced Gods'. Raz, że to jeden z absolutnie najlepszych utworów Testament, a dwa, że ozdabiająca go solówka Murphy’ego jest z kolei jedną z jego najbardziej udanych – genialnym połączeniem technicznego mistrzostwa i niczym nie skrępowanej ekspresji. To trzeba usłyszeć! To trzeba znać na pamięć! Już za sam ten numer należy się dziesiątka – arcydzieło! Warto zaznaczyć, że wspomniane już wolniejsze/spokojniejsze fragmenty — w przeciwieństwie do poprzednich płyt — ani nie usypiają, ani nie denerwują, co koniecznie należy zaliczyć na plus. Cieszyć może mała rewolucja w obrębie brzmienia – zyskało na ciężarze (dotyczy to szczególnie gitar – sprawdźcie 'Shades Of War'!) i soczystości, stało się pełniejsze, bardziej dynamiczne i przekonywające. Zmiany dotyczą także wokali Billy’ego – z jego śpiewu zniknęły przyprawiające mnie o ból głowy wycie i zawodzenie, a w ich miejsce pojawił się konkretny ryk. Jakby ktoś jeszcze nie załapał, Testament dzięki tej płycie, jak to się ładnie mówi, wrócił z dalekiej podróży. I to od razu do czołówki gatunku.


ocena: 10/10
demo
oficjalna strona: www.testamentlegions.com

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

23 stycznia 2011

Edge Of Sanity – Purgatory Afterglow [1994]

Edge Of Sanity - Purgatory Afterglow recenzja okładka review coverDługo można by się spierać, który krążek Edge Of Sanity z chwalebnej trójcy "The Spectral Sorrows"-"Purgatory Afterglow"-"Crimson" jest tym najlepszym w karierze zespołu, bo za każdym z nich przemawiają pierońsko mocne argumenty. Łatwiej, a na pewno szybciej będzie skonstatować, iż wszystkie trzy są dosyć zajebichne i stanowią piękne przykłady niegdysiejszej szwedzkiej death metalowej potęgi. Z tego grona "Purgatory Afterglow" to bodaj największy komercyjny sukces zespołu. Należy dodać, że sukces w pełni zasłużony, bo trudno wskazać tu jakieś konkretne uchybienia. Album wyraźnie różni się od poprzedniego, ale to akurat można powiedzieć i o pozostałych, ważne, że sam styl Szwedów pozostał nienaruszony i w pełni rozpoznawalny. Co ciekawe, ewolucja w muzyce dokonała się w kilku, czasem zupełnie przeciwnych kierunkach – jest zatem brutalniej/szybciej niż wcześniej (do tego wyjątkowo dużo piachu w brzmieniu gitar), a jednocześnie bardziej melodyjnie i lajtowo. Te granice ponaciągano jednak na tyle inteligentnie, że pomiędzy nimi nie pojawiły się żadne pęknięcia i wszystko zachowało naturalną spójność. Innymi słowy: różnorodność po byku. Jak trzeba – Edge Of Sanity piłują ekstremalnymi riffami i blastują na całego, potrafią nawet udanie zacytować Carcass ('Song Of Sirens'), innym razem (albo i w tym samym kawałku) wjeżdżają z klawiszami, czystym wokalem i patentami ewidentnie miętkimi. Najdziwniejsze, że z jakichś względów te elementy pozostają w harmonii i nawet to skoczne okołogrunge’owe cholerstwo 'Black Tears' (za pierwszym razem powoduje szok, a zrobili do tego teledysk) trzyma się kupy pośród ciosów pokroju 'Of Darksome Origin' czy 'Elegy'. Jasne, dla ucha nieprzywykłego do specyfiki tej kapeli płyta może być co najmniej dziwna, nawet niespójna, ale to uczucie powinno minąć szybciej niż żałoba narodowa, bo "Purgatory Afterglow" to przede wszystkim mocny, cholernie chwytliwy materiał, który aż domaga się kolejnych przesłuchań. Do tego dawka muzyki jest w sam raz (45 minut), by wywołać pewien niedosyt.


ocena: 8,5/10
demo

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

20 października 2010

Misanthrope – Miracles: Totem Taboo [1994]

Misanthrope - Miracles: Totem Taboo recenzja okładka review coverJakoś nie mam szczęścia do francuskich kapel; na każdą tamtejszą sensowną ekipę przypada tuzin nieudaczników, którzy samą swoją obecnością na scenie przyprawiają o solidne wzdęcia. Czy wiecie, że Misanthrope (ten francuski) istnieje już od 22 lat? Nie? Ja też nie widziałem, a co więcej – spokojnie mógłbym nadal tego nie wiedzieć i tylko rzetelność recenzencka oraz uczciwość względem was, czytelników, sprawiła, że się tym zainteresowałem. Ale luzik, niedługo o tym zapomnę;]. Zapomnę szybko i nawet mi brewka nie tyknie. Żeby jednak owej rzetelności stało się zadość, napiszę kilka zdań o bohaterze dzisiejszego dnia. "Miracles: Totem Taboo" to drugi studyjny album pobratymców Pepé Le Swąda; drugi z dziewięciu, mój zapewne ostatni... Niestety nie potrafię znaleźć wystarczająco wielu powodów, by powęszyć w poszukiwaniu innych 'dzieł'... ale ja znów nie o tym. Muzyka zaprezentowana na "Cudach..." to progresywny (podobno) death w swojej melodyjnej odmianie. Jeśli przez progresywny rozumiemy (dziś) niebrzmiący i działający na nerwy, to definicja wydaje się bardzo trafna; melodyjny rozumie się samo przez się, więc nawet nie ma co komentować. Pewne skojarzenia mam z muzyką Sculptured oraz polskiego Cold Passion, z tą wszakże różnicą, że dwóch ostatnich da się słuchać. Największy problem z tym pierwszym jest natomiast taki, że jest generalnie słaby, no i nie za bardzo trawię wokale. Słaby dlatego, że rozklekotany, nie do końca przemyślany i dupowato brzmiący. Przyznać jednak muszę, że pozytywne wrażenie sprawiają na mnie niektóre fragmenty niektórych kawałków, wybrane pokazy technicznych umiejętności oraz poszczególne partie gitarowe (czyli nie za wiele). Sęk w tym, że zostały one źle skanalizowane, a wystarczyłoby bardziej się przyłożyć i byłby z tego kawałek solidnego materiału. A tak, dobrze mi służy za kurzochwyt. I tyle.


ocena: 4/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/misanthropeofficial
Udostępnij:

14 lipca 2010

Christ Agony – Daemoonseth Act II [1994]

Christ Agony - Daemoonseth Act II recenzja okładka review coverPierwsze skojarzenie po hasłach "metal" i "lata 80-te"? Kat! Pierwsze skojarzenie po hasłach "metal" i "lata 90-te"? Kat! Ale zaraz potem: Christ Agony – czyli zespół, który w swych początkach osiągnął na światowej scenie więcej niż wielu naszych obecnych (głównie samozwańczych) gwiazdorów. Zespół — podobnie jak Kat — wyjątkowy, niepodrabialny, kroczący własną ścieżką, dumnie wyrastający ponad innymi polskimi tworami. Solidną porcję niezaprzeczalnego geniuszu Cezara & C.O. znajdziecie na "Daemoonseth Act II" – najlepszym, a przynajmniej najbardziej przeze mnie uwielbianym krążku olsztyńskiej formacji. Płyta powiela wszystkie zalety debiutu — przy czym każdy jej element jest jeszcze lepiej dopracowany, dopieszczony do granic możliwości — i poszerza je o zdecydowanie bardziej profesjonalną realizację studyjną (co pociągnęło za sobą nawet głosy o komercjalizacji!) oraz wprost przeogromną dawkę chwytliwości. Black metal w wydaniu Christ Agony nie poraża dążeniem do totalnej ekstremy, bo jest w nim dużo przestrzeni, a dominującymi tempami są te średnie i wolne (naturalnie przyspieszenia też się trafiają); wymiata natomiast doskonałym klimatem (niewielki w tym udział klawiszy), wżynającymi się w czachę riffami, prostą acz tworzącą mocny szkielet perkusją (obudzony o 3 w nocy mogę wyrecytować z pamięci każde uderzenie :) ), wyraźnie wspomagającym ją basem (najlepiej wypada w 'Sacronocturn') i zróżnicowanymi, super charakterystycznymi wokalami – czyli najzwyczajniej w świecie, kurwa!, wszystkim. Na "Daemoonseth Act II" sporym atutem jest nawet... monotonia muzyki, którą uświadomiłem sobie dopiero po kilku latach słuchania. Niemal każdy motyw został porządnie przewałkowany, powtarza się raz po raz, niemal do wyrzygania – ale nic takiego nie następuje i zawartość żołądka pozostaje na miejscu. Także na znudzenie się materiałem nie ma co liczyć, a to przede wszystkim zasługa fenomenalnie przemyślanych, bardzo płynnych aranżacji – utwory są tak skonstruowane, że tworzą monolit, do którego nie można już nic dołożyć (przynajmniej ja nie wyobrażam sobie, jak można by je uczynić jeszcze lepszymi). Z drugiej strony, wyciągniecie choćby jednego dźwięku z prawie trzynastominutowego 'Urtica Diaoica Cultha' najpewniej pozbawiłoby go połowy mocy i zajebistości. Chylę czoła przed Cezarem, bo do takiego łączenia sprzeczności, by dłużyzny ekscytowały, a smęcenie było dynamiczne, potrzebny jest diabelski talent. Dzięki niemu na płycie naturalnie wypada zarówno nastrojowe intro, melodyjny 'Diaboli Necronasti', jak i brutalny 'Avasatha Pagan (Prophetical Part 3)', a spójność ani przez chwilę nie zostaje zachwiana. Kolejnym elementem wpływającym na siłę oddziaływania albumu są niegłupie i dobrze napisane (zarówno jeśli chodzi o styl, jak i angielski) teksty – zawierają dużo wpadających w ucho fraz, więc przyswaja się je już po kilku przesłuchaniach, a zostają w głowie na długo, bardzo długo. Jak dla mnie "Daemoonseth Act II" to jedna z najlepszych płyt zrodzonych na polskiej ziemi, a już na pewno absolut jeśli chodzi o black metal. Materiału tak mocno oddziałującego na zmysły po prostu nie można zignorować!


ocena: 10/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ChristAgony

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

23 marca 2010

Elend – Leçons de Ténebres [1994]

Elend - Leçons de Ténebres recenzja okładka review coverUpadek Lucyfera może stać się kanwą także dla dzieł lirycznych — klasycznych — zarówno w swej formie, jak i treści. Przedstawiając historię Gwiazdy Porannej francuskie trio Elend, postanowiło odwołać się do takich właśnie klasycznych wzorców: do miltonowskiego "Raju Utraconego", do "Małej Pasji" Dürera czy "Le Burg a la croix" Victora Hugo. Zaowocowało to powstaniem albumu na wskroś poetyckiego, mocno zakorzenionego w europejskiej sztuce, a jednocześnie bardzo współczesnego – mrocznego, przytłaczającego i 'zakazanego'. I choć próżno tu szukać całej blackowej stylistyki, złowrogich (;]) makijaży i poodwracanych krzyży, nie można przejść obok tego albumu z uśmiechem na twarzy. Muzyka odwołuje się do najciemniejszych zakamarków, najbardziej mrocznych emocji i bluźnierczych myśli. Mimo to jednak, nie jest prostacka ani prymitywna w swym wydźwięku, tak bardzo odległa od całego tabunu, jakże pretensjonalnych, blackowych nawoływań. Słychać w niej wiele rozpaczy, niepewności, ale także złości, gniewu i buntu. Tutaj treść idzie w parze z wokalami, których Francuzi mają kilka w użyciu. Począwszy od męskich, czystych, czasami jakby zafałszowanych linii wokalnych, poprzez kobiece soprany, na (blackowych) krzykach i wrzaskach skończywszy. I chyba największe wrażenie robią te właśnie opętańcze krzyki – są bardzo, ale to bardzo nienawistne, szalone i kipiące od bluźnierstwa. Odrobina wyobraźni i staje przed oczami odgrażający się Bogu Lucyfer, przepełniony gniewem, ale i szukający wolności. Teksty, o których wspomniałem, a które w dużej mierze są fragmentami "Raju Utraconego", ukazują Lucyfera poszukującego własnego istnienia, który chce się wyzwolić spod bożego panowania. W tym właśnie widać odwoływanie się do europejskiej sztuki, głównie romantyzmu, do klasycznych motywów poszukiwania własnego jestestwa. Jednak także strona muzyczna nacechowana jest wieloma klasycznymi motywami. Takie formy jak: skrzypce z fortepianowym akompaniamentem, miniatury oparte na smyczkach czy partie organowe są dla twórczości Elend podstawowe i to na nich opiera się idea albumu. Opisując wokale wspomniałem o tym, że niekiedy są one jakby zafałszowane, poza kluczem, podobnie jest także w przypadku niektórych melodii, które sprawiają wrażenie źle zagranych. Podchodząc jednak do albumu całościowo, staje się jasnym, że w obu przypadkach są to świadome zagrywki stylistyczne, środki, dzięki którym muzyka staje się jeszcze bardziej nieprzewidywalna i opętańcza. Bardzo minimalne użycie instrumentów, często występujących pojedynczo, tylko uwydatnia ten zabieg i potęguje wrażenie. Powolne, melancholijne klawisze współgrają z zawodzącymi skrzypcami, wiją się i kluczą – ospale i niepokojąco i niekiedy tylko strzelają kanonadą mocniejszych akcentów. Melodie nie są skomplikowane, są raczej łatwe, co nie znaczy, że są tandetne. Cała muzyka żyje gdzieś w tle, na progu słyszalności – jest dodatkiem do wokali, treści i emocji. Tak właśnie prezentuje się "Leçons de Ténebres" – słucha się tego ciężko, mimo pozornej dźwiękowej pustki dzieje się wiele, trzeba się zaangażować i skupić. Na pewno nie jest to muzyka łatwa i przeznaczona dla każdego, jeśli jednak masz ochotę trochę odpocząć od gitarowo-perkusyjnych schematów (co nie znaczy, że odpocząć sensu stricte), to może warto założyć słuchawki na uszy i odpalić "Leçons de Ténebres".


ocena: 8/10
deaf
oficjalna strona: www.elend-music.org

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

Oppressor – Solstice Of Oppression [1994]

Oppressor - Solstice Of Oppression recenzja okładka review coverNa Oppressorze i ich debiucie nagromadziła się niestety niezasłużona warstwa kurzu. Oczywiście odpowiedzialność za to ponoszą wytwórnie, które zarówno po wydaniu "Solstice Of Oppression" jak i przy wypuszczaniu reedycji zaniedbały promocję. Amerykanie debiutowali zaledwie 15 lat temu, a na dodatek debiutowali piekielnie mocnym albumem. Pierwsze dzieło Oppressora znałem przez bardzo długi okres jedynie z krótkich artykułów z netu i fachowych periodyków. Wszystko, co przeczytałem wychwalało twórców "Solstice Of Oppression", a o samym albumie pisano, że to jeden z najlepszych death metalowych kąsków nagranych w USA. Teraz, gdy mam ów album w swoich łapskach nic więcej mi nie pozostaje, jak przyłączyć się do pochwalnego chóru. Ta muzyka to kawał bardzo oryginalnego, brutalnego i technicznego grania. 15 lat temu nie było zbyt wielu zespołów, które wplatały w swoją muzykę partie akustycznej gitary czy fortepianu (mam na myśli rzecz jasna death metal). Oppressor był na tym polu pionierem. Dość nietypowo, ale jakże wspaniale wypadają fragmenty z akustyczną gitarą, która wcale nie jest żadnym przerywnikiem, tylko integralną częścią utworu; zdarza się nawet tak, że akompaniuje jej tylko wokal. A ten jest niekiepski, bardzo głęboki growling a’la Frank Mullen. W ogóle warsztat muzyków Oppressor jest nieprzeciętny. Chyba nawet bardziej niż akustyczne wstawki rozwala mnie technika i motoryka tego albumu. Bardzo duża ilość zmian tempa dyktowana albo przez połamane gitary, albo połamaną lub blastującą perkusję. Czasami Oppressor kojarzy mi się z DEATH i Morbid Angel. Ale to są tylko luźne skojarzenia. Muszę jednak napisać, aby choć trochę odzwierciedlić klasę albumu, że bardzo często mamy do czynienia z tak zaawansowanym graniem, które można porównać do "ITP"! Co jeszcze dość mocno wyróżnia "Solstice Of Oppression", to mroczny klimat, który album zawdzięcza przede wszystkim wymienionej już akustycznej gitarze i wokalowi. Proponuję poszukać w sieci kawałków "Seasons", "Devour The Soul", "Rotten Paradise" czy "Eclipse Into eternity". Zresztą chyba każdy kawałek z tej płyty zadowoli nawet najwybredniejszego delikwenta. Ja osobiście w debiucie Oppressora znajduję same zalety, po prostu uwielbiam taką muzykę. "Solstice Of Oppression" można kupić bez uprzednich przesłuchań; jeżeli ktoś gdzieś zobaczy ten album, niech chwyta go od razu, bo potem będzie żałował, że ktoś mu zwinął go sprzed nosa.


ocena: 9/10
corpse

podobne płyty:

Udostępnij: