Pokazywanie postów oznaczonych etykietą progressive metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą progressive metal. Pokaż wszystkie posty

10 sierpnia 2018

Obscura – Diluvium [2018]

Obscura - Diluvium recenzja okładka review coverPoprzednią płytą muzycy Obscura sprowadzili się niemal do poziomu boysbandu — i mam na myśli zarówno miętkość grania jak i wizerunek — i choć, o zgrozo!, trafili się jacyś entuzjaści "Akróasis", to dla mnie ten krążek był zwykłym niewypałem. Dosłownie – narobili szumu, ale nie narobili huku, a nawet jeśli próbowali, to wyszło z tego co najwyżej popierdywanie spod pachy – tak sztucznie to brzmiało. To właśnie dlatego do każdej przedpremierowej zajawki "Diluvium" podchodziłem jak pies do jeżozwierza (wiecie, takiego dużego jeża) i tylko czekałem, kiedy się Niemcy — wzorem swojej reprezentacji w kopanej — już całkiem wypierdolą na pysk. Tymczasem te niepozorne (image bez zmian) chłopaki wybroniły się, nagrywając album znacznie przewyższający lajtowego poprzednika. "Diluvium" brzmi wyraźnie ciężej, zawiera znacznie więcej szybkich i brutalnych partii (w tym kilka naprawdę zabójczych riffów), mocniejsze są też growle Kummerera, dzięki czemu całość nabrała charakteru kalorycznego death metalu, nie zaś progresywnego pitu-pitu dla znudzonych tetryków. Naturalnie Niemcy nie zrezygnowali z melodii, ale tym razem jest ich mniej i nie są aż tak wesolutkie i rozmemłane; przynajmniej nie większość z nich. Kolejna zmiana na plus to solówki. Wystarczyło małe przetasowanie na stanowisku "solówkarza" i efekty słychać od razu – po pierwsze dużo lepiej komponują się z utworami, a po drugie nie sprowadzają się już tylko do efekciarskiego (czemu się dziwić, poprzedni koleś był wielbicielem bezprogowych gitar) i w gruncie rzeczy jałowego przebierania paluchami. Owszem, Trujillo czasem też gdzieś się zapędzi, ale ciągle są to popisy w granicach rozsądku. Innymi słowy "Diluvium" daje podstawy sądzić, że Obscura odzyskała pazura i powoli zmierza we właściwym kierunku. Przynajmniej dla mnie stała się na powrót zespołem znośnym, więc przesłuchanie płyty kilka razy z rzędu nie wiąże się już z odruchami wymiotnymi, jak to miało miejsce przy okazji "Akróasis". Odnoszę wrażenie, że duża w tym zasługa Kummerera, którego udział w komponowaniu jest... coraz mniejszy. Jegomość ma kompleks Necrophagist i uparcie klepie w kółko tylko sprawdzone (i już nieco zużyte) patenty, więc oddanie pola bardziej otwartym kolegom wydaje się być pomysłem z kategorii "dobra zmiana". Żebyśmy się właściwie zrozumieli – oni też nie odkrywają technicznego/progresywnego death metalu na nowo, ale potrafią (zwłaszcza Linus Klausenitzer) wprowadzić do muzyki odrobinę niezbędnej na takim etapie świeżości, co fajnie słychać choćby w 'Clandestine Stars' czy 'Mortification Of The Vulgar Sun'. Słówko o wokalach. Tych agresywnych czepiać się nie zamierzam, bo trzymają niezły poziom. Co innego te czyste, czy raczej przepuszczone przez vocoder – tych jest stanowczo za dużo. Wpływy starego Cynic to nic złego (tak jak w 'Ekpyrosis', którego solówka jest mocno zainspirowana 'How Could I'), ale ten efekt wokalny po prostu się zestarzał i chyba nie ma sensu do niego wracać. Z drugiej strony już wolę, gdy Kummerer udaje kosmitę, niż kiedy próbuje normalnie śpiewać. Mimo wszystko nieszczęsny vocoder pozostaje dla mnie największym problemem "Diluvium". Cała reszta, choć nie idealna, trzyma fason i potrafi zaciekawić. Nie wierzyłem w ten zespół, w ogóle nie brałem pod uwagę, że Obscura może czymś zaskoczyć – a tu coś na kształt miłej niespodzianki.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.realmofobscura.com

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

13 lipca 2018

Cynic – Re-Traced [2010]

Cynic - Re-Traced recenzja okładka review coverDobijanie fanów, poziom zaawansowany. "Traced In Air" był generalnie wielkim rozczarowaniem — przypuszczalnie największym w 2008 roku — ale zawierał kilka numerów (dokładnie trzy), z których przy odrobinie chęci i zaangażowania można było wycisnąć coś fajnego na miarę prawdziwego Cynic. Jak jednak udowodnił Masvidal na tym pięknie wydanym (bo tego odmówić mu nie sposób) kawałku plastiku, równie dobrze można było pójść w przeciwnym kierunki i je dokumentnie spartolić, pozbawiając wszystkich godnych uwagi elementów. Tak właśnie wygląda "Re-Traced". Ta cudna epka to cztery kawałki z "Traced In Air" sprowadzone do jakichś, kurwa, luźnych zarysów; do plumkającego nie wiadomo, kurwa, czego, co się ze wstydem przynosi na próbę celem obczajenia przez kolegów. W rezultacie mamy następujące arcydzieło: strachliwe muśnięcia gitar (ciężarem niekiedy dorównują produkcjom pop, ale tylko niekiedy), popierdująca bez wyrazu sekcja a’la new age, masa rozjechanych efektów (które przypuszczalnie mają przykryć brak pomysłów), a to wszystko stanowi jedynie podkład dla koszmarnych popisów wokalnych Masvidala – jeszcze gorszych niż na "Traced In Air". Tę paradę atrakcji — czyli w głównej mierze anemicznych zaśpiewów i smęcenia — uzupełniono jednym nowym numerem, który choć przeciętny i w ogóle nie chce się do niego wracać, to wprowadza niewielki powiew normalności. Masvidal nadal męczy kota, ale przynajmniej tym razem wyraźniej słychać jego kolegów. Także struktura 'Wheels Within Wheels' jest w miarę spójna, ale czy to w jakikolwiek sposób może poprawić ocenę "Re-Traced"? Według osobnika, który spisał biografię zespołu, coś takiego ma stanowić wzywanie rzucone fanom... Mnie to raczej wygląda na wzywanie rzucone zdrowemu rozsądkowi i wytrzymałości najwierniejszych miłośników kapeli, którzy z uwielbienia dla "Focus" są skłonni kupić każde gówno z logo Cynic.


ocena: -
demo
oficjalna strona: www.cyniconline.com

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

6 października 2017

Phlebotomized – Immense Intense Suspense [1994]

Phlebotomized - Immense Intense Suspense recenzja okładka review coverPhlebotomized to zespół wyjątkowy, nietuzinkowy i oryginalny. I jak to z takimi bywa – niedoceniony. Holendrzy wystartowali bardzo udaną demówką "Devoted To God", później przyszła pora na dwie jeszcze lepsze epki, zaś apogeum zajebistości swojego stylu osiągnęli w na debiucie "Immense Intense Suspense", po którym zdołali nagrać już tylko jeden, w dodatku zupełnie inny album. Opisywany krążek z jednej strony jest logicznym rozwinięciem tego, co zespół robił na poprzednich wydawnictwach — co zrozumiałe, bo kilka starszych utworów nagrano na nowo — z drugiej zaś zadziwiającym konglomeratem mnóstwa odważnych/nietypowych rozwiązań i inspiracji, których wcześniej próżno było szukać w twórczości zespołu. Całość można w wielkim uproszczeniu określić jako progresywny death-doom, ale ta etykieta w żadnym wypadku nie wyczerpuje tematu. Przy pierwszym kontakcie płyta Phlebotomized sprawia wrażenie potwornie niespójnej, chaotycznej i poskładanej bez pomysłu z kompletnie niepasujących do siebie części, no bo jak tu sensownie pogodzić wpływy Napalm Death, Morbid Angel, Nocturnus, My Dying Bride, czegoś na kształt folku i jazzu. Awangarda dla wytrwałych, ot co. Nic więc dziwnego, że dla większości ówczesnych słuchaczy materiał był kompletnie niezrozumiały i niestrawny, a ze względu na osobliwą okładkę – odpychający. Tymczasem by w pełni docenić kunszt "Immense Intense Suspense", trzeba poświęcić temu albumowi naprawdę sporo czasu, uwagi i... cierpliwości. To jedna z tych płyt, które zyskują z każdym kolejnym odpaleniem, aż w końcu trafiają do kategorii "ulubione", dając sporo takiej snobistycznej satysfakcji, wynikającej z obcowania z czymś niepospolitym. Phlebotomized na debiucie stworzyli muzykę bez zamykania się w jakichś sztywnych ramach, czerpiąc zarówno z metalu, klasyki czy rocka, przez co nabrała ona zajebiście progresywnego charakteru, stała się wielowymiarowa, a spodziewać się po niej można dosłownie wszystkiego. Ekstremalne britcore’owe napierdalanie? Nie ma sprawy! Subtelne klawiszowe pasaże z czystymi wokalami? Czemu nie! Na "Immense Intense Suspense" skrajność goni skrajność, a przeciwieństwa — zgodnie ze starym powiedzeniem — się przyciągają, sprawiając, że cały materiał jest nieszablonowy, szalenie skomplikowany (nie mylić z techniczny) i po prostu epicki. Od bogactwa klimatów na przestrzeni nawet jednego utworu może zakręcić się w głowie, natomiast przebrnięcie przez wszystkie wywołuje u słuchacza już tylko chęć sięgnięcia po aviomarin. Czegóż chcieć więcej od prawdziwie eklektycznej muzyki? Następnego przesłuchania, a jak!


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.phlebotomizedmetal.com
Udostępnij:

27 maja 2017

Mastodon – Emperor Of Sand [2017]

Mastodon - Emperor Of Sand recenzja okładka review coverNa pierwszy rzut oka wszystko z "Emperor Of Sand" się zgadza, bo i estetyka okładki, i oprawa, i w końcu brzmienie nie odbiegają specjalnie od tego, z czym nas Mastodon zaznajomił kilka lat temu. Czyli jest super. Problem pojawia się dopiero po odpaleniu krążka i pierwszym przesłuchaniu, które to nie pozostawia większego wrażenia, czemu bohaterowie tej recki sami są zresztą winni, bo na początek wrzucili numer jak na siebie dość przeciętny, a już na pewno nie porywający. Czyżby muzykom o taaakim potencjale zaczynało brakować pomysłów? Po części na pewno tak, bo na "Emperor Of Sand" nie słychać konkretnej wizji całości i jasno sprecyzowanego celu – cuś jakby zespół miał problem z określeniem się, w którym kierunku pójść, więc w ramach kompromisu upchnął na płycie wszystkiego po trochu. Dwa poprzednie krążki były pod tym względem bardziej wyraziste – czysta komercha – łatwo przyswajalne przeboje w progresywnym sosie. Teraz ta przebojowość (zbyt) często sprowadza się do strasznie banalnych refrenów (np. w 'Show Yourself'), a niekiedy w ogóle jej brakuje. W jej miejsce zaproponowano więcej agresji i ciężaru, które jednoznacznie kojarzą się z niezapomnianym "Leviathan", choć wydają się bardziej wymuszone i nie tak finezyjne. Mamy tu zatem do czynienia z materiałem w znacznym stopniu zróżnicowanym, choć miejscami także dość niespójnym, a przez to nie sprawiającym tyle radości, co kilka wcześniejszych. Nie zmienia to faktu, że na "Emperor Of Sand" nie brakuje dobrej (niekiedy nawet bardzo dobrej) muzyki — mimo iż na te najlepsze utwory trzeba dłuższą chwilę poczekać — która jest świadectwem ogromnego talentu jej twórców. Dla mnie punktem zwrotnym albumu i momentem, kiedy zaczyna on nabierać prawdziwego rozpędu jest zagrany z dużym kopem 'Roots Remain'. Później jest jeszcze lepiej za sprawą porządnie bujających 'Word To The Wise' i 'Ancient Kingdom', jednak kulminacja zajebichy następuje dopiero w 'Clandestiny' – rozbudowanym wewnętrznie, chwytliwym, niezwykle wciągającym i chyba najlepiej zaśpiewanym (te chórki!). Dla mnie to kawałek z gatunku tych, przy których robi się przynajmniej kilka powtórek, zanim zabierze się do następnego. Całe napięcie wywołane serią fajnych numerów opada wraz z zamykającym płytę 'Jaguar God' – jest nawet niezły, taki nastrojowy i w ogóle, ale trochę za bardzo senny i w rezultacie nie zmusza do ponownego wciśnięcie 'play' na pilocie, co w przypadku Mastodon nie powinno się zdarzać. Dlatego też "Emperor Of Sand" uznaję za album stosunkowo udany, choć wymagający większego niż zwykle skupienia – trzeba kilku uważniejszych przesłuchań, żeby się w niego dobrze wkręcić. Niestety i wtedy na łopatki nie rozkłada.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.mastodonrocks.com

inne płyty tego wykonawcy:






Udostępnij:

2 lutego 2017

The Zenith Passage – Solipsist [2016]

The Zenith Passage - Solipsist recenzja okładka review coverWielu fachowców z Zachodu upatruje w The Zenith Passage następców ponoć już pogrzebanego The Faceless i rozpływa się w zachwytach nad "Solipsist", który ich zdaniem ma być w prostej linii oczywistą kontynuacją "Autotheism". Ja, przyznam szczerze, źródła tych podniet zupełnie nie rozumiem. Po pierwsze, umknął mi moment, kiedy The Faceless stali się dużą i wpływową kapelą, której dziedzictwo (jakie by ono nie było) koniecznie trzeba kontynuować. Po drugie, w muzyce The Zenith Passage naprawdę nie ma aż tak wielu bezpośrednich nawiązań do twórczości ich bardziej znanych ziomków z Kalifornii; mamy raczej do czynienia z dość podobnym podejściem do komponowania polegającym na mieszaniu wszystkiego, co tylko wpadnie im do głów. W pełni natomiast zgadzam się co do tego, że "Solipsist" jest nad wyraz udanym debiutem. Mało tego, jest krążkiem, który wprowadza co nieco świeżego powietrza do świata technicznego i progresywnego death metalu. Amerykanie w swej wybitnie eklektycznej muzyce zespolili mnóstwo najrozmaitszych elementów — w tym mniej lub bardziej charakterystyczne dla Fallujah, Obscura, Veil Of Pnath, Cynic, Arkaik, Inanimate Existence, The Faceless — jednak uczynili to z należytym wyczuciem, którego akurat często brakowało ostatniej z wymienionych kapel. Jak zatem nietrudno zgadnąć, "Solipsist" jest materiałem chooolernie urozmaiconym, wielowymiarowym, nieszablonowym i pokręconym; trudno zliczyć, ile patentów przypada na kawałek, podobnie jak trudno je wszystkie ogarnąć, a niekiedy i przyporządkować do konkretnego stylu. Obok nowoczesnej death metalowej jazdy na wysokim poziomie znajdziemy tu m.in. czyste wokale, podniosłe chórki, symfoniczne wstawki, elektronikę, progresywne pasaże... Bywa, że większość tych składników występuje w obrębie jednego utworu – mają rozmach skurwiesyny! The Zenith Passage uniknęli przy tym pułapki przerostu formy nad treścią – "Solipsist" jest pierońsko zróżnicowany, ale i zaskakująco spójny, więc w rezultacie można go słuchać bez zgrzytania zębami, co nie oznacza, że bez pewnego wysiłku. W porównaniu choćby z debiutem First Fragment, który w całości jest szalenie przyjemny w odbiorze, nad albumem The Zenith Passage trzeba się mocniej skupić, żeby wyłapać te mocniej wpadające w ucho motywy. To oczywiście nie jest żadną wadą, wszak mówimy o technicznym death metalu, a nie o czołowych artystach Polo TV. Produkcja "Solipsist" nie budzi większych zastrzeżeń i jest dobrze dopasowana do stylu zespołu, choć jak w przypadku muzyki, nie należy do najoryginalniejszych – wyraźnie słychać tu rękę i nawyki Zacka Ohrena. Komu to jednak nie przeszkadza i ma pojemną głowę, ten pewnie nie raz wróci do debiutu Amerykanów.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/TheZenithPassage

podobne płyty:


Udostępnij:

16 grudnia 2016

Gojira – Magma [2016]

Gojira - Magma recenzja okładka review coverDziwna to płyta. Dziwna, ale ciekawa i w ogólnym rozrachunku lepsza od poprzedniej, mimo iż praktycznie pozbawiona ekstremalnych elementów. Po czterech latach przerwy Francuzi powracają odmienieni – nie tylko muzycznie, ale może przede wszystkim mentalnie. To słychać od pierwszego kawałka, bo trudno go nazwać żywiołowym, a jego nastrój wesołym. I choć później zdarza się, że zespół nieco mocniej uderzy w struny, to "Magma" ani na chwilę nie traci refleksyjnego i raczej smutnego charakteru. Zmiana tematyki i bardziej uduchowione teksty nie powinny dziwić w kontekście tego, co ostatnio spotkało braci Duplantier, a o czym przeczytacie w każdej innej recce. W samej muzyce również sporo się pozmieniało, choć nie na tyle, żeby miało to jakikolwiek wpływ na rozpoznawalność zespołu, bo zarówno brzmienie (odczuwalnie lżejsze niż ostatnio) i wokale Joe są dla nich szalenie charakterystyczne. W miejsce starych i już zbyt często wykorzystywanych schematów pojawiły się mniejsze lub większe eksperymenty i próby wykreowania czegoś nowego. I chociaż muzykom Gojira nie wszystko wyszło tip-top, "Magma" może się spodobać, szczególnie miłośnikom tej łagodniejszej, klimatycznej strony zespołu. Szkoda tylko, że album jest bardzo nierówny. 'Stranded', 'Silvera', 'Pray', 'Low Lands', 'Magma' i 'Only Pain' to utwory wspaniałe, pomysłowe, kapitalnie skomponowane i bez reszty wciągające; niektóre ocierają się nawet o geniusz. Gojira w takim wydaniu zachwyca i przeciera nowe szlaki, a jakby tego było mało – błyskawicznie wpada w ucho. Chwytliwość 'Silvera', 'Only Pain', 'Stranded' czy 'Low Lands' (druga część ma bujnięcie prawie jak 'Flying Whales') budzi podziw także dlatego, że osiągnięto ją odwołując się do klimatu i pokręconych riffów, nie zaś pospolitych melodyjek. Oprócz tego szalenie mocnego zestawu mamy też dwa kawałki, które są tylko dobre i na łopatki w żadnym wypadku nie kładą. Może akurat w nich schematów jest za dużo. Najwięcej zastrzeżeń mam jednak do instrumentalnych 'Yellow Stone' i 'Liberation', które z perspektywy słuchacza są zupełnie niepotrzebne, nie wnoszą nic konkretnego. Zwłaszcza ten drugi, będący nijakim i przydługim outrem, jest potrzebny jak świni dezodorant w kulce. Na szczęście siła tych najlepszych numerów jest na tyle duża, że potrafią zniwelować negatywne odczucia wywołane przez wspomniane wypadki przy pracy. Realizacja płyty to oczywiście najwyższa światowa półka, niczego nie pozostawiono przypadkowi i dlatego "Magma" — w konsekwencji zmian w muzyce — nie brzmi tak chłodno i mechanicznie jak poprzednie krążki. Tym razem nacisk położono na czynnik ludzki, więc dźwięk jest cieplejszy i łagodniejszy, co — jak myślę — pozytywnie wpłynęło na odbiór zespołu. Pozostaje tylko pytanie, w którym kierunku pójdzie teraz Gojira – czy wrócą do brutalniejszych brzmień, czy dadzą się ponieść eksperymentom na polu stonowanej muzyki?


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.gojira-music.com

inne płyty tego wykonawcy:










Udostępnij:

10 listopada 2016

First Fragment – Dasein [2016]

First Fragment - Dasein recenzja okładka review coverTo jest to, powiadam wam, to jest, kurwa, to! Taka płyta aż się prosi, żeby jej pieprznąć na okładce "made in Canada", bo zawiera wszystko, z czego są znani tamtejsi pojebańcy z kręgów technicznego i progresywnego death metalu. First Fragment w swojej kanadyjskości poszli nawet krok dalej i wszystkie teksty napisali po francusku, co dla mnie czyni ich przekaz kompletnie niezrozumiałym. Ale nic to. Opowieści o zajebistości tego zespołu krążyły po scenie już od dłuższego czasu, choć nie szła za tym ani koncertowa aktywność ani wydawnicze konkrety. Ot, kapela-widmo, bardziej zmagająca się z niestabilnym składem aniżeli muzyczną materią. Szczęśliwie chłopaki doszli między sobą do ładu, załapali się na kontrakt z Unique Leader i w końcu wydali upragniony debiut. Jeden z najlepszych, najbardziej przekonujących debiutów ostatnich lat, jeśli chcecie znać moje zdanie. Jak zaczynać, to z wysokiego C! "Dasein" robi naprawdę olbrzymie wrażenie, praktycznie od pierwszej sekundy rzucając słuchacza w wir szaleńczych temp i makabrycznych łamańców, których tak po prostu nie da się ogarnąć za pierwszymi przesłuchaniami. Mimo wszystko to jedna z tych płyt, których wcale nie trzeba rozumieć, żeby się nimi zachwycać – jej zajebistość wyczuwa się jakoś podskórnie. Można więc skonstatować, że "Dasein" funkcjonuje jednocześnie na dwóch płaszczyznach. Pierwsza obejmuje stronę czysto techniczną – wszystko, co ma związek z przebieraniem kończynami. Mamy do czynienia z muzyką mega skomplikowaną, wielowarstwową, czerpiącą z różnych gatunków (w tym z klasyki, a jakże) i poplątaną w stopniu niemal absurdalnym. First Fragment prezentują całemu światu do czego człowiek jest zdolny, gdy tylko dużo ćwiczy i nie zna takich terminów jak "bariery", "ograniczenia" czy "umiar" (Bo czym innym, jeśli nie brakiem umiaru jest 10 solówek w 'Gula' albo 15 w 'Mordetre et Dénaissance'?). To jest ten poziom umiejętności, który z jednej strony imponuje, a z drugiej załamuje, wkurwia i pogłębia kompleks niższości u tych, którzy też by chcieli tak wymiatać, ale nie starcza im wytrwałości ani talentu. Ja wiem jedno – nie dorównałbym im, gdybym się nawet reinkarnował jako Muhammed Suiçmez. Płaszczyzna numer dwa dotyczy kwestii kompozytorskich i tego, co można zebrać pod hasłem muzykalność. Utwory na "Dasein" są, tak po ludzku, świetnie napisane; złożoność materiału nie ma żadnego wpływu na to, z jaką łatwością (i przyjemnością) się z nim obcuje. Wszystko to zasługa bardzo nośnych melodii, których mamy tutaj zatrzęsienie. Warto jednak zaznaczyć, że Kanadyjczycy z nimi nie przesadzili ani ich nie przesłodzili – proporcje dobrali z aptekarską precyzją. Z powyższego słodzenia można wysnuć wniosek, że First Fragment stworzyli na "Dasein" coś oryginalnego; coś, czego świat dotąd nie słyszał. Ano nie. To znaczy, nie w momencie wydania. Muzyka na ten krążek powstawała dość długo, bo w latach 2004-2010, a przez kolejne trzy była dopieszczana. Dopiero w 2013 przystąpiono do nagrań, które zakończono dwa lata później. Gdyby ta płyta ukazała się zaraz po skomponowaniu, to pewnie mielibyśmy do czynienia z objawieniem i małym trzęsieniem ziemi wśród miłośników technicznego death metalu. Teraz tak dobrze nie będzie, choć i tak nie mam wątpliwości, że album znajdzie wielu entuzjastów. Target First Fragment staje się jasny już po przesłuchaniu trzech kawałków, więc fani Beyond Creation, Spawn Of Possession, Gorod, Necrophagist, Obscura, Beneath The Massacre czy Archspire powinni jak najszybciej zaliczyć wizytę w sklepie muzycznym. "Dasein" jest warta swojej ceny.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/First-Fragment–Officiel/127138294011324

podobne płyty:


Udostępnij:

12 października 2016

Fallujah – Dreamless [2016]

Fallujah - Dreamless recenzja okładka review coverFallujah za sprawą poprzedniego krążka odnieśli spory sukces, którego miarą nie jest nawet obecny kontrakt z Nuclear Blast (bo jak oni zwęszą walutę, to są skłonni podpisać papiery z każdym), a pierwsi naśladowcy z różnym skutkiem kopiujący patenty z "The Flesh Prevails". Czy wśród tych epigonów znajdzie się jakiś poważny konkurent dla Amerykanów? Na razie raczej nie, i to z dwóch powodów. Po pierwsze jest to granie zbyt złożone i oryginalne, żeby je szybko rozpracować i tak po prostu przystosować do własnego stylu, a przy okazji nie być posądzonym o (ślepe) naśladownictwo. Po drugie Fallujah — a dokładniej Scott Carstairs — rozwijają swoje wizje w takim tempie, że zawsze będą przynajmniej o krok przed innymi, którym również marzy się bycie na czasie. A "Dreamless" jest właśnie, jakby to paskudnie nie brzmiało, albumem na czasie: niejednoznacznym, progresywnym i eklektycznym. Nie każdemu takie podejście do death metalu — czy do metalu w ogóle — spasuje, ale nie można odmówić zespołowi konsekwencji w dążeniu do własnego stylu, który zresztą już teraz jest bardzo pojemny. To, co znamy jako dodatki do technicznego grzańska z poprzedniego krążka, zostało na "Dreamless" bardziej dopracowane i przede wszystkim rozbudowane. Więcej jest zatem wszystkiego, co może od tej płyty odstraszać ortodoksów, a co da się podciągnąć pod nowoczesność: elektroniki, przestrzeni, sampli, czystych i damskich wokali... Jednym słowem: klimatu. W kwestii budowania atmosfery (a przy okazji spójności muzyki) Amerykanie poszli tak daleko, że udało im się uzyskać rzadko spotykaną w takim graniu immersyjność, choć nie sprzyjają jej liryki oparte na kilku niepowiązanych ze sobą filmach. Dla mniej przychylnych może to oznaczać tylko tyle, że kolejne kawałki trudno od siebie odróżnić. Bardziej wyrozumiali dostają natomiast prawie godzinę wymagających dźwięków, które przyjemnie falują, płynnie przechodząc z brutalnych wyziewów w spokojne refleksyjne ambienty. Fallujah na "Dreamless" zdecydowanie odeszli od typowej dla technicznego death metalu stylistyki, mniej szpanują umiejętnościami (choć tylko ignorant nie zauważyłby, że grają jeszcze lepiej i na lepszym sprzęcie), nie dociskają pedału gazu do dechy — mimo iż wciąż potrafią solidnie dopieprzyć — a bardziej skupiają się na rozwijaniu progresywnej strony muzyki i robieniu z nią tego, na co tylko mają ochotę. Na tej płycie naprawdę nie słychać, żeby członkowie Fallujah przejmowali się jakimiś ograniczeniami, ramami gatunkowymi czy bali się zrobić coś, co takiemu zespołowi nie przystoi. Taka odwaga popłaca, bo jak już na wstępie wspomniałem – to nie oni, ale ich naśladują. Warto zaznaczyć, że przy okazji "Dreamless" zespół wyraźnie poprawił brzmienie i ogólną selektywność, rozdzielając obowiązki realizatorskie na Zacka Ohrena (gitary, bas, wokale) i Marka Lewisa (perkusja). Dzięki temu jakże rozsądnemu posunięciu instrumenty nie zlewają się już w jedno, jak to miało miejsce na "The Flesh Prevails". Jeśli tylko Nuclear Blast należycie wykorzysta obecne atuty Fallujah, to jest szansa, że zrobią z nich gwiazdę dużego formatu. No, chyba że im się wcześniej znudzą...


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/fallujahofficial

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

30 lipca 2016

The Ritual Aura – Laniakea [2015]

The Ritual Aura - Laniakea recenzja okładka review coverAudi reklamuje się hasłem "przewaga dzięki technice". The Ritual Aura też tak powinni, oczywiście jakby było ich stać na prawa autorskie. A tak serio, to umiejętności Australijczycy mają niesamowite, kopara opada, jak sobie człowiek dokładniej posłucha, co też oni wyczyniają w ramach (i trochę poza) tak zwanego technicznego death metalu. Żeby jednak nie było nieporozumień – nieprzeciętny mają tylko warsztat, bo w podejściu do kompozycji awangardy ani specjalnych nowości nikt się tu nie doszuka. Jedynym większym odstępstwem od normy jest u nich zastąpienie basu ustrojstwem o nazwie NS stick – wielbiciele tappingu będą zachwyceni. Nie da się ukryć, że The Ritual Aura po prostu wybrali sobie taką dziedzinę, w której mogli się najbardziej wykazać, poszaleć, może nawet i poszpanować, ale na pewno nie chodziło im o przecieranie szlaków i szerzenie wydumanych idei – nieliczne teksty na "Laniakea" to kwestia co najwyżej drugorzędna. No i grają te swoje kosmosy, od których włosy w uszach dęba stają, a mózg się przegrzewa. "Laniakea" trwa tylko 26 minut, ale — w co nietrudno uwierzyć — jest bardziej nasycona nutami (i ogólnie pomysłami) niż przewidywana dyskografia Six Feet Under do 2025 roku. Brutalność – a i owszem, szybkość – jak najbardziej, agresywne wokale – ich także nie brakuje, jednak intensywność tej muzyki wynika przede wszystkim z jej złożoności, ciągłych zmian, dziesiątek nachodzących na siebie warstw i dość dużego eklektyzmu. Wśród tego zgiełku można wyłapać patenty charakterystyczne choćby dla Animals As Leaders, Fallujah, Son Of Aurelius, Arkaik czy Decrepit Birth – Australijczycy wymieszali wszystko na swój sposób i doprawili stricte neoklasycznymi wpływami, nadającymi utworom nieco lekkości. "Laniakea" ma kopa, odpowiednio nośną dynamikę oraz spore pokłady melodyjności, dzięki której płyty chce się słuchać, w przeciwieństwie do wielu innych super technicznych tworów nastawionych wyłącznie na jałową trzepankę. Nie bez znaczenia dla pozytywnego odbioru jest również wspomniana już długość płyty, optymalna dla takich szaleństw – w sam raz, żeby zaciekawić, zaimponować i wywołać niedosyt. Gdyby ta muzyczna gimnastyka trwała, powiedzmy, godzinę, to przypuszczalnie tylko najwięksi śmiałkowie byliby w stanie dotrwać do końca albumu. Na szczęście ten materiał przygotowano z zachowaniem zdrowego rozsądku, więc warto się The Ritual Aura zainteresować i wypatrywać, co też wymyślą w przyszłości.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/theritualaura

podobne płyty:

Udostępnij:

5 czerwca 2016

Devin Townsend Project – Sky Blue [2014]

Devin Townsend Project - Sky Blue recenzja okładka review coverCzas chyba nieco odetchnąć od całego tego łomotu, blastowania i szatańskich wersetów. Żeby jednak nie wyjść na całkowitego mięczaka, który musi ratować się podpierdolonym siostrze The Pussycat Dolls, można wrzucić Devina. Zwłaszcza, że z albumu na album metalu coraz mniej i tylko przez wzgląd na stare czasy, nie nazywam tego popem. Prawda jest jednak taka, że chuj z tym, bo nawet gdyby kolejny album obficie czerpał z disco polo połączonego z country i przełamanego dubstepem – i tak byłbym ciekaw rezultatu. W końcu to sam Devin, a jemu za bycie ekscentrykiem nie można pocisnąć. Chyba. Napisałbym też, że więcej mu się wybacza, ale z tym akurat różnie bywało. Ale do rzeczy. "Sky Blue" to połowa najnowszego wydawnictwa spod znaku Devin Townsend Project zatytułowanego "Z2", wydawnictwa tyleż ciekawego, co nieco zaskakującego. O ile opisywany dziś krążek dokładnie wpisuje się w ostatnie eksperymenty kanadyjskiego artysty, o tyle powrót Ziltoida uważam za zaskakujący, ale również jako przyjemną niespodziankę. Z powodów czysto egoistycznych (czyt. lenistwo) "Dark Matters", czyli drugą płytę, tę z Ziltoidem, opiszę przy innej okazji. Z tych samych powodów, przy opisie "Sky Blue" ucieknę się do kilku ogólników, powszechnie znanych faktów, poleję trochę (ale nie za dużo) wody i będzie. Zatem do dzieła. Bez bicia przyznaję, że kilka ostatnich wypocin Devina niespecjalnie przypadło mi do gustu. Moja tolerancja i aprobata zatrzymały się na etapie późnego Devin Townsend oraz The Devin Townsend Band i muzyki jednak nieco mniej popularnej i — z braku lepszego określenia — sympatycznej. Z tego powodu zetknięcie ze "Sky Blue" wprawiło mnie w zakłopotanie. Otóż z jednej strony mamy Anneke van Giersbergen i aranżacje, które równie dobrze mogło nagrać Nightwish, a Devin tylko podjebać, a z drugiej – masę naprawdę pozytywnie naładowanej muzyki. Gdyby MTV wciąż puszczało muzykę, a nie kolejne show z gatunku Warsaw Shore, "Sky Blue" puszczany byłby w co drugim bloku tematycznym, włączając w to, na szczęście, także rock/metalowy. I mimo całej swojej ogólnodostępności i w pełni zrozumiałego poczucia wyższości oraz pogardy w kierunku takiej pop-papki ze strony metalheadów, nie da się uniknąć cichego nucenia kolejnych wersów, delikatnego wystukiwania rytmu placem, oraz raczej spokojnego machania łepetyną. Słuchanie "Sky Blue" przywodzi mi na myśl Rewińskiego i Skautów Piwnych w znakomitym spocie o dobroczynnych właściwościach mleka. I złych piwa. Obejrzyjcie sobie w jaki sposób Rewiński opisuje jak złe jest piwo, a będziecie wiedzieć jak się czuję pisząc o płycie. Obiektywnie raczej kicha, mizeria i bylejakość, ale radości i frajdy po pachy. I choćbym bardzo chciał się do czegoś więcej przyczepić i pokrytykować – nie mam do czego. Album broni się sam i nie potrzebuje żadnego adwokata. Na pewno nie jest to najlepszy album w karierze Devina, co nie zmienia faktu, że jest bardzo dobry. Przy odpowiedni podejściu, kupa frajdy gwarantowana.


ocena: 8/10
deaf
oficjalna strona: www.devintownsend.com
Udostępnij:

8 kwietnia 2016

Obscura – Akróasis [2016]

Obscura - Akróasis recenzja okładka review coverNie płakałem po papieżu. Nie czekałem także na najnowszą Obscurę; dowiedziałem się o niej w sumie przez przypadek, najprawdopodobniej sprawdzając jakieś informacje o Alkaloid. Sami przyznacie, że nie wystawia to najlepszej noty zespołowi, a już na pewno nie od osoby, która jeden z jego poprzednich albumów uznała za objawienie roku. W sumie nie ma się czemu dziwić, bo "Omnivium" był raczej rozczarowujący. Muszę się tutaj zgodzić z demo, że przekombinowali i na siłę chcieli wszystkim zrobić dobrze. Nie zgodzę się wszakoż z diagnozą, że kompozytorsko "Omnivium" stoi na równi z "Cosmogenesis". Oczywistym jest, że wiele elementów znajduje się na obydwu nagraniach, ale rafinacja tego wcześniejszego, czy też rozwodnienie późniejszego (jak kto woli) naprawdę mocno daje o sobie znać. I właśnie to rozwodnienie i stępienie materiału sprawiało, że "Omnivium" przesłuchałem może kilkanaście razy, a ostatni był pewnie ze dwa lata temu. Wciąż mając gorzki posmak w ustach, rozumiecie już chyba dlaczego omal nie odpuściłem sobie "Akróasis". I pewnie srogo bym tego żałował, bo "Akróasis" zrobił to, co chciał i powinien był zrobić Kummerer z "Omnivium", ale mu nie wyszło – wzniósł Obscurę na kolejny poziom. Brzmi to trochę tandetnie, niemal żenująco, ale taka jest prawda. "Akróasis" udowadnia wszystkim niedowiarkom, że zespół wciąż ma pomysł na siebie, a co ważniejsze, że muzycznie nie zatrzymał się w miejscu. Wyeliminowano (niemal, ale o tym poniżej) wszystkie bolączki poprzedniego krążka, a to, co pozostało sprawdzono jeszcze raz pod kątem wyrazistości, przebojowości i lekkostrawności. Jak na swoją kategorię wagową "Akróasis" brzmi niemal za lekko, za łatwo, ale to kwestia i zasługa znakomitych kompozycji, a nie kroku wstecz w muzykopisarstwie. Przyswajalność płyty jest na poziomie genialnego "Cosmogenesis" przy znaczne bardziej zaawansowanych strukturach i bogatszej ornamentacji. Udało się przy tym uniknąć pułapki, w którą wg demo wpadł ostatnio Fleshgod Apocalypse, czyli przerostu formy nad treścią. Udział smyczków na krążku ogranicza się do dwóch utworów i ma swoje kompozytorskie i muzyczne uzasadnienie. Pojawia się też kilka ciekawych motywów, jak choćby ten z początku "The Monist" oraz końcówki "Weltseele". Odważę się nawet na stwierdzenie, że muzyka nabrała cech typowych dla black metalu, przede wszystkim w sferze emocjonalnego zabarwienia i charakteru. Jedno, co wciąż irytuje, to pseudo deklamacje i raczej nieudane próby śpiewania, ale chyba nie ma się co oszukiwać, że to kiedykolwiek zniknie (za dużo Masvidala się Kummerer w dzieciństwie nasłuchał). Nie zmienia to jednak ostatecznej oceny płyty, bo poza tym jednym mankamentem "Akróasis" jest bezbłędny. Oczywiście, to wciąż tylko (albo aż) Obscura, ale w tym razem w doskonałej formie. Ujmę to tak – wolę poczekać dłużej na kolejny album, ale mieć na co czekać. I tego sobie i wam życzę.


ocena: 9/10
deaf
oficjalna strona: www.realmofobscura.com

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

19 marca 2016

Alkaloid – The Malkuth Grimoire [2015]

Alkaloid - The Malkuth Grimoire recenzja okładka review coverDobrej Obscura’y nigdy za wiele. Nawet jeśli nie jest to Obscura. Alkaloid to kapela powołana do życia przez byłego perkusistę tej pierwszej – Hanessa Grossmanna, do której dokooptował całkiem zacny skład technicznie zorientowanych muzyków znanych z równie pokręconych kapel, takich jak Noneuclid, Necrophagist bądź Spawn of Possession. Przy takim składzie nie ma muzyki niemożliwej do zagrania, i tak rzeczywiście jest. Mimo wielu podobieństw do oryginału, muzyka Alkaloid ma swoje indywidualne sznyty. Jednak nie ma się co oszukiwać, że będzie to muzyka całkowicie oryginalna. Sporo z tego, co oferuje Alkaloid można, w mniejszym lub większym stopniu, znaleźć w każdej z wymienionych powyżej kapel. A także kilku innych, niewymienionych. Ważne jest natomiast to, że nie jest "The Malkuth Grimoire" pustą wydmuszką bezmyślnie serwującą wszystkie triki gatunku (bo chyba możemy już zacząć mówić i pisać o pewnym podgatunku technicznego i progresywnego death metalu). Co więcej, ekipie pod batutą Grossmanna udało się nagrać album ciekawy i wciągający, mimo iż wymagający pewnego poziomu zaangażowania oraz ogólnego osłuchania. Jak na swoją długość, niemal 75 minut, płyta w ogóle nie nuży, wręcz przeciwnie – zdaje się tworzyć coś na kształt dark space opery. Album ma swój własny rytm, widoczny dopiero z pewnej perspektywy, który — co jest dzisiaj coraz większą rzadkością — skłania do traktowania albumu jako jednej całości. Rozumieć to należy dwojako: płyta traci słuchana wyrywkowo, zyskuje natomiast odtwarzana zgodnie z kolejnością, którą przewidział dla niej kompozytor. Trzeba więc przygotować się na owe 75 minut, żeby móc się w pełni cieszyć twórczym kunsztem. Technicznie i wykonawczo "The Malkuth Grimoire" broni się niezależnie od sposobu dawkowania sobie muzyki. Jak na styl przystało jest klinicznie precyzyjny, selektywny, kiedy trzeba ostry, innymi razy głęboki i mięsisty. Klasę instrumentalistów demonstrują moim zdaniem najlepiej dwa utwory: "Alter Magnitudes" oraz "C-Value Enigma", zaś w warstwie twórczej tetralogia "Dyson Sphere". Jak już jednak wspomniałem, z korzyścią dla nas samych, najlepiej wygospodarować czas potrzebny na przesłucha nie całego dzieła. Wtedy i tylko wtedy każdy z fajerwerków będzie miał głębszy sens i idealnie wkomponuje się w całokształt przedsięwzięcia. Na zakończenie mała refleksja. Przy takim składzie i pewnego rodzaju modzie na tego typu muzykę Alkaloid mógł pójść w jednym z dwóch kierunków: wtórnego powielania schematów w nadziei, że ciemny lud i tak kupi, albo twórczego wykorzystania najlepszych wzorców i przekształcenia ich podług własnych upodobań i talentów. Cieszę się, że wybrał to ostatnie.


ocena: 9/10
deaf
oficjalna strona: www.alkaloid-band.com
Udostępnij:

6 marca 2016

Sadist – Hyaena [2015]

Sadist - Hyaena recenzja okładka review coverPodobno człowiek jest w stanie przyzwyczaić się niemal do wszystkiego. Ba, nie tylko przyzwyczaić, ale nawet polubić. Potrzeba jedynie czasu i wytrwałości. A czasami karabinu – vide syndrom Sztokholmski. Wspominam o tym dlatego, że nie do końca wiem jak ocenić (wysoko, kurwa! – przyp. demo) najnowsze dziecko legendy włoskiego grania, czyli oczywiście Sadista, zatytułowanego "Hyaena". Po dłuższym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że w grę wchodzą dwie opcje: (1) bardzo trudna miłość, bądź właśnie (2) przyzwyczajenie. Pozwólcie, że rozwinę. Pierwsze podejście do "Hieny" zakończyło się w połowie albumu, ponieważ nie dałem rady zdzierżyć już kolejnych dźwięków. Ale czegóż to nie robi się dla sławy i pieniędzy, więc po kilkudniowym odpoczynku przyszedł czas na kolejne podejście. Tym razem udało mi się przebrnąć przez cały materiał, a nawet doszukać kilku bardziej chwytliwych fragmentów. I tak, w ciągu kolejnych dni, z każdym kolejnym przesłuchaniem (z wielokrotną przerwą na papieroska jednakowoż) materiał zaczął sprawiać wrażenie ciekawszego, przyjemniejszego, może nawet ocierającego się o geniusz wcześniejszych longplejów. I może nie powinienem niepotrzebnie dzielić włosa na czworo, a po prostu uznać, że materiał swoją wielowarstwową strukturą i finezyjnym kompozytorstwem potrzebował czasu by przebić się przez głębokie pokłady mojej ignorancji, ale... Ale coś mi w tym wszystkim nie pasowało. W końcu przecież nie takie wydawnictwa brałem na warsztat, więc nie powinien mieć aż tylu wątpliwości. Bo prawda jest taka, że "Hyaena" nie jest tak dobra jak poprzednie dwa krążki. Brakuje albumowi motywu przewodniego, jakiegoś wystającego ponad bardzo zwartą konstrukcję akcentu, czegoś, co pozwalałoby w chociaż minimalnym stopniu odróżnić utwory. Jest po prostu nudny i wydaje się trwać w nieskończoność. Niemal wszystko, co dzieje się na płycie, jest takie samo, utrzymane w podobnych tonach, z podobną motoryką, podobnie gęste i zawiesiste. Nie ma w muzyce za grosz przestrzeni, w której całe to wielowymiarowe granie mogłoby się rozwinąć. W zamian dostajemy raczej trudny do polubienia amalgamat dźwięków, które nie zachęcają by się dalej z nimi mierzyć. Niespecjalnie pomagają wstawione tu i ówdzie orientalne melodie, które i tak ostatecznie giną w gąszczu lepkiego basu i aż nadto core’owych wokali. Ogólnie rzecz ujmując, za dużo tego samego. I chyba właśnie ta nużąca monotonia odpowiada za mój sceptycyzm. Nie zrozumcie mnie źle – "Hyaena" to nie tylko żal, bieda i ubóstwo. To wszystko, do czego Sadist zdążył nas przyzwyczaić wciąż tam jest: instrumentalna wirtuozeria, krystalicznie czyste brzmienie, mimo wszystko oryginalne kompozytorstwo – na tym polu Włosi nie oddali nawet piędzi. Problem z tym, że nie to jest kwintesencją albumu. Jedno z większych rozczarowań 2015 roku.


ocena: 6/10
deaf
oficjalna strona: www.sadist.it

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

11 marca 2015

Unhuman – Unhuman [2013]

Unhuman - Unhuman recenzja okładka review coverCoś mi się zdaje, że demo będzie mnie bił za taką solidność w pisaniu tekstów (za karę nauczysz się na pamięć całej dyskografii Agathocles – przyp. demo)... Żeby więc nie przeciągać struny, zabieram się do dzieła. Podobnie jak przy okazji ostatniej recki i dzisiaj pozostaniemy w kręgu technicznego death metalu, tyle tylko, że z Kanady. Aha! — pewnie powiecie — musi więc być niezła korba. No i rzeczywiście jest. Nie wiem czym innym, niż tylko genetyką, wytłumaczyć ową niesamowitą zdolność Kanadyjczyków do tworzenia naprawdę zakręconej muzyki. Istnieje jednakże inna teoria, a mianowicie taka, że wyssali owe zdolności z mlekiem matki, a że Kanadę gęsto zaludniają tzw. kanadyjskie blondaski (ugh! – przyp. demo) – wszystko wydaje się trzymać kupy. W końcu kto nie zachwyciłby się pięknem (w tym przypadku względem ekstremalnego nutopisarstwa) obcując z dziedzictwem ludzkości w postaci kanadyjskiego cycuszka? Trochę się rozpędziłem, więc do tematu. Unhuman to kapela z całkiem pokaźnym stażem, ale debiut wydali ledwie dwa lata temu. Po wielokrotnym przewałkowaniu materiału, uważam jednak, że jeśli prawdziwy proces twórczy wymaga tyle czasu, to wymaga tyle czasu i chuj. Z takim materiałem nie ma co się spieszyć, bo niedojebać albo przedobrzyć jest nadzwyczaj prosto. Jako dowód proponuję sobie zapodać hasło "techniczny death metal" w guglu i obczaić, ile kapel z tej niekończącej się listy brzmi znajomo, a z tych brzmiących znajomo – ile nadaje się do słuchania. Tytułem wstępu warto także wspomnieć, że przy około dwudziestoletniej obecności na rynku niemal na pewno chłopaki sprzedali swoje dupska przy okazji innych muzycznych przedsięwzięć. Także i to okazuje się prawdą, a z najbardziej znanych aktów trzeba wymienić Cryptopsy i Beyond Creation. Oddzielną sprawą jest lista zaangażowanych gości, pośród których można się natknąć na osobę Stevena Henry’ego. Jegomościa tego powinien znać każdy przeciętny, acz szanujący się słuchacz metalu, a także nawet kompletnie nieszanujący się twardogłowy fan kanadyjskiej sceny metalowej. Mając cały wstępniak za sobą, najwyższa pora przejść do muzyki. Zaskoczeniem oczywiście nie będzie poziom muzyki, nie powinny zaskakiwać także aranżacje. Dość typowe na Kanadyjczyków, co nie znaczy, że słabe. Świeżość bije z głośników; znane elementy w nieznanych konfiguracjach dodają muzyce skrzydeł. Żadna rewolucja, ale można się kilka razy zaskoczyć, szczególnie słysząc elektronikę. Ogólnie wydawnictwo jest dość klimatyczne i niektóre fragmenty brzmią zupełnie jak Nile, inne jak Transcending Bizarre?, a jeszcze inne jak coś jeszcze innego. Słowem – sporo się dzieje. Uściślając – sporo się dzieje także i w tej sferze, bo że w nutach jest oswojony armagedon, to już chyba wspomniałem. Muzycy nie dają ani chwili na przyzwyczajenie się do ich muzyki i już od początku bezpardonowo napierdalają, że aż zęby swędzą. Nie ma się co oszukiwać – o to w końcu kaman. Uskuteczniają sobie chłopaki taki przyjemny rozpierdol przez niemal pięćdziesiąt minut i ani na chwilę nie tracą rezonu. Zachwycać się instrumentarium nie ma chyba potrzeby, bo można to wywnioskować z tego, co już napisałem. Warto jednak wspomnieć wokalistów, także tych gościnnych, bo chyba nie istnieje wiele więcej stylów śpiewania niż te, które da się znaleźć na albumie. Podsumowując – jest ogień. Dobrze, z głową napisany i wykonany kawałek muzyki. Dobry od święta i na co dzień. Warto nabyć, choćby w wersji elektronicznej.


ocena: 9/10
deaf
oficjalna strona: www.unhumanofficial.com
Udostępnij:

2 grudnia 2014

Fallujah – The Flesh Prevails [2014]

Fallujah - The Flesh Prevails recenzja okładka review coverGłupie to straszliwie, ale po "The Flesh Prevails" sięgnąłem tylko po to, żeby się upewnić w przypuszczeniach, że jest do dupy. Czemu? No cóż, bo tak... Zdroworozsądkowego wytłumaczenia na to nie mam, a zmyślać mi się akurat nie chce. Niezależnie jednak od motywów, dobrze się stało, bo drugi album Fallujah okazał się dla mnie największym, przebijającym wszystkie poprzednie, pozytywnym zaskoczeniem tego roku. Naturalnie do gleby mnie nie sprowadził, bo do ideału mu sporo brakuje, ale dość powiedzieć, że wyraźnie wybija się ponad setki innych płyt z nowoczesnym technicznym death metalem, w tym także debiutancki "The Harvest Wombs". To, co przesądziło o — że tak trochę nadużyję — wyjątkowości albumu, to korekta wcześniejszego stylu. Amerykanie zdecydowanie spuścili z tonu (choć sam początek, a zwłaszcza 'Carved From Stone', może sugerować coś zupełnie innego), skupili się natomiast na nastroju muzyki i jej bardzo progresywnej otoczce. Do zmiękczaczy można zaliczyć tu m.in. elektroniczne plamy, ambientowe wtręty oraz damskie wokale. I jak zwykle nie pochwalam takich zabiegów, to w przypadku Fallujah naprawdę zdały egzamin, bo dzięki nim "The Flesh Prevails" jest materiałem niejednoznacznym, niejednorodnym, w wielu fragmentach niebanalnym, bardziej rozbudowanym, mocniej skupiającym uwagę i po prostu ciekawym. Po pierwszych udanych ciosach zespół często i gęsto sięga po klimaty kojarzone raczej z twórczością Vai'a czy Satrianiego aniżeli death metalem w jakiejkolwiek odmianie. Brutalność staje się tylko dodatkiem (choć ciągle istotnym – bez niej zaraz pojawiłaby się nuda) do wielopoziomowych pasaży, a na pierwszy plan wysuwa się — uzyskiwana wieloma środkami — atmosfera. Innymi słowy: mniej krzyczą, więcej dumają. Obyło się jednak bez naciąganego eklektyzmu i tanich melodyjek. Także bez popadania w nie wiadomo jak popieprzone technicznie motywy, bo krążek na pewno jest mniej skomplikowany niż stać na to muzyków, a przez to słucha i zapamiętuje się go łatwiej, mimo iż wymaga skupienia. W związku z powyższym zwolenników czystej napierdalanki zawartość "The Flesh Prevails" raczej nie zadowoli, a samo brzmienie może doprowadzić do rozpaczy. Sam zresztą nie jestem fanem tak podanego dźwięku. Fallujah nagrywali z przesławnym w niektórych kręgach Zackiem Ohrenem, ale zbyt dobrze, moim zdaniem, na tym nie wyszli. Kapuję, że chodziło im o maksymalną selektywność, ale przesadzili ze sterylnością, przez co płyta momentami brzmi dziwnie. Szczególnie kiepsko wypadają gary, bo w szybszych momentach cały generowany przez nie dźwięk zamienia się w płaskie "trytrytrytry". No cóż, w tym elemencie się nie popisali, ale trzeba się jakoś do tego przyzwyczaić. Choć może i nie trzeba, ale warto, bo ten materiał na to zasługuje.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/fallujahofficial

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

17 listopada 2014

Beyond Creation – Earthborn Evolution [2014]

Beyond Creation - Earthborn Evolution recenzja okładka review coverPrzy pierwszym przesłuchaniu zawiało grozą, bo nijak mi nie wychodziło, żeby Kanadyjczycy poprawili cokolwiek od czasu debiutu. W paru momentach nawet album brzmiał tak mdło, że ręka samoistnie wędrowała w kierunku przycisku "stop". Zanosiło się na kolejny, nijaki krążek, który możne spokojnie służyć jako podstawka pod kawusię. Na szczęście wiele lat przesłuchiwania olbrzymich ilości różnorodnego materiału odcisnęło na mnie swoje piętno i uodporniło na porywy serca. Toteż brnąłem, wbrew sobie, przez kolejne minuty "Earthborn Evolution" i robiło się tylko coraz ciekawiej. Początkowe zniesmaczenie organicznością materiału przerodziło się w konstatację, że to (w większości) celowy zabieg mający na celu wydobycie całego bogactwa gitarowych fajerwerków. Już na debiucie chłopaki pokazali, że rzemiosło opanowali do perfekcji, ale takiego czadu się nie spodziewałem. Nie liczyłem z zegarkiem w ręku, ale pewnie połowa linii gitar i basu to tapping (a do tego organiczne brzmienie pasuje jak ulał) i to cholernie dobry tapping. Poprawili się chłopaki kompozycyjnie, przewietrzyli zarówno studio jak i pięciolinie i w końcu materiał brzmi jak powinien, nie ograniczając się zaledwie do jednego wymiaru muzyki. Są więc i melodie, ale także nagle przyspieszenia, techniczne połamańce, ale także jazzowe interludia, agresja i wyciszenie. Z tą agresją to należny się jednak małe wytłumaczenie. Otóż Beyond Creation nagrali deathmetalowy album, który można uznać za delikatny i ciepły (rodzinny?). Generalnie nie powinno wpływać to na słuchalność wydawnictwa, ale czasami brakuje pewnej wyrazistości i bezpośredniości. Łamiąc nad tym trochę głowę doszedłem do wniosku, że to właśnie te elementy wpłynęły na moje pierwsze wrażenia dotyczące krążka: brak ostrych struktur i generalne wyciszenie. Jeżeli przyjąć jednak taką nieco ogładzoną interpretację muzyki za punkt wyjścia, to wrażenie robi się lepsze, no i kilka wspomnianych ubrutalnień daje się znaleźć. Nie wszystkim jednak taka okrągłość muzyki podejdzie i należny sobie zdawać z tego sprawę. Przy okazji debiutu wysunąłem sugestię, że na pewno pomogłoby muzyce pewne urozmaicenie wokali i takież urozmaicenie na "Earthborn Evolution" dostałem. Tyle tylko, że jak w przypadku magicznej pieczarki z pewnego kultowego dowcipu, powinienem był być nieco bardzie precyzyjny i wprost napisać o co mi chodzi. Skończyło się bowiem na tym, że do standardowego growlu dołączono nu metalowe krzyki, co z lekka działa mi na nerwy i jest przysłowiową łyżką dziegciu. Na tym kończyłyby się oczywiste minusy płyty. Jeżeli więc nie zraża was realizacyjna miękkość, potraficie wybaczyć nu metalowe akcenty i nie oczekujecie rewolucji, to "Earthborn Evolution" jest fantastycznym wyborem. Koła na nowo Kanadyjczycy nie wymyślili, ale w kwestii instrumentów strunowych wywindowali poprzeczkę naprawdę wysoko i nie spodziewam się, żeby w najbliższej przyszłości udało się komukolwiek wznieść na podobny poziom.


ocena: 9/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/beyondcreationofficial

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:






Udostępnij:

26 października 2014

Pillory – Evolutionary Miscarriage [2014]

Pillory - Evolutionary Miscarriage recenzja okładka review coverLudzi czekających na powrót Pillory było w Polsce pewnie z siedmiu, w tym moja skromna osoba. Taki stan rzeczy jest poniekąd (i tylko poniekąd) do zrozumienia, wszak od debiutu amerykańskich popaprańców minęło dziewięć długich lat — a nie każdemu starcza cierpliwości tudzież życia, żeby tyle czasu wypatrywać swoich ulubieńców — a sam zespół do specjalnie popularnych nie należał. Tego braku uznania wytłumaczyć jednak nie potrafię, bo kapela już wtedy wycinała pierwszorzędny hałas i powinna być noszona na rękach. Za sprawą "Evolutionary Miscarriage" sytuacja na pewno się nie poprawi, bo to materiał słabiej promowany, a przy tym jeszcze bardziej wymagający od słuchacza. Jeśli komuś zdarzyło się w miarę pilnie śledzić jutubowski kanał Darrena Cesca, ten zapewne kojarzy pierwsze porąbane pomysły przygotowane z myślą o krążku numer dwa. Czas mijał, a ten perkusyjny bóg poszedł w swych wizjach jeszcze dalej. Sam, bo tak się składa, że Pillory to w tej chwili Darren Cesca, albo na odwrót. To on całość skomponował, zagrał, zaśpiewał, nagrał i wyprodukował. W ramach pomocy z zewnątrz otrzymał tylko elektroniczne dodatki, których na szczęście nie ma wiele i które można łatwo zignorować. W każdym razie udowodnił w ten sposób, że jest wielki — a przynajmniej większy niż był — więc fani jego talentu powinni być zawartością "Evolutionary Miscarriage" usatysfakcjonowani. Zalety pracy w pojedynkę — z perspektywy twórcy — słychać na krążku od początku do końca; Darren mógł sobie pozwolić na nawet najbardziej odjechane i karkołomne zagrywki, dzięki czemu płyta jest bardziej popieprzona, połamana i zróżnicowana niż "No Lifeguard At The Genepool" i "A Conflict Scenario" razem wzięte. Tym razem zauważalnie mniej jest bardzo lubianych przeze mnie wpływów grindu i jazzu, ale w ich miejsce pojawiły się choćby elementy ambientu czy... symfonicznego death metalu (zaskoczeni? nie sądzę...), które jednak nie wypaczyły ekstremalnego stylu Pillory. Łanmenbend ma niestety i minusy. Brakuje mi przede wszystkim jakiejś formy kompromisu, wewnątrzzespołowej cenzury, przez którą nie przeszłyby mniej udane i niezbyt pasujące do reszty pomysły. Rezultat totalnej wolności jest dość łatwy do przewidzenia – momentami trudno ogarnąć — nawet za którymś podejściem — co się na "Evolutionary Miscarriage" dzieje. Paradoksalnie najłatwiejsze do przyswojenia są tu fragmenty, kiedy Darren morduje szybkim, brutalnym i technicznym death metalem. Sęk w tym, że takiej jazdy nie ma aż tyle, ile by się chciało, toteż mniej wytrwałych 48-minutowy album może wymęczyć do tego stopnia, że dla relaksu sięgną nawet po Cephalic Carnage... W związku z powyższym nie zaszkodziłoby, gdyby płyta trochę lepiej brzmiała i była ciut bardziej chwytliwa – choćby na podobieństwo "No Lifeguard At The Genepool". Mimo tych uwag uważam powrót Pillory za potrzebny i udany – Darren Cesca ma ogromny potencjał i jeśli tylko dobierze sobie wystarczająco zdolnych kolegów, to następnym krążkiem powinni pozamiatać.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Pillory/662486047144743

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

5 września 2014

Appalling Spawn – Freedom, Hope & Fury [1998]

Appalling Spawn - Freedom, Hope & Fury recenzja okładka review coverSkoro ostatnio jesteśmy w nieco cięższych klimatach, pozwolę sobie przedstawić wam czeską kapelę o wdzięcznej nazwie Appalling Spawn i jej pierwszy długograj "Freedom, Hope & Fury". Nieco ponad pół godziny porażającej nerwy sieczki w najlepszym stylu powinno zainteresować miłośników Cryptopsy, Gorguts oraz Demilich, choć nie zawiodą się także ci, którzy zwykle stronią a takich klimatów. Appalling Spawn nagrał bowiem krążek ciężki, maltretujący kichy niczym porządny kebab, a jednocześnie przemyślany, wielowymiarowy i ciekawy technicznie. Kilka lat temu opisałem na blogu (jedyne dotychczas) fenomenalne dzieło formacji Lykathea Aflame, której Appalling Spawn jest bezpośrednim poprzednikiem, a co za tym idzie – wiele elementów tworzących niepowtarzalny styl LA, ma swoje źródło właśnie w muzyce AS. Choć chronologia jest przy tym opisie odwrotna, jest w tym pewien sens, albowiem AS jest jeszcze bardziej undergroundowy i nieznany niż, nie tak przecież znowu popularna, Lykathea. O ile jednak ta ostatnia kapela poszła na całość i eksperymentowała ze wszystkim, z czym się tylko dało, o tyle AS jest znacznie bardziej czysty gatunkowo i bezkompromisowy, co nie oznacza jednak, że prosty i głupi. Co to, to nie. "Freedom, Hope & Fury" to prawdziwa uczta dla ucha, rozjebująca bębenki i gniotąca mózg, ale uczta. I przy całej swojej brutalności – melodyjna i dziwnie łagodna. Album utrzymany jest raczej w średnich tempach – bezsprzecznie jednak miażdżących, ze sporą ilością interesujących solówek i technicznych zagrywek, oprawionych nieprzesadnie czystym brzmieniem. Bezspornym atutem są tu riffy, z których kilka masakruje bez pardonu, coś jak bojownicy z Państwa Islamskiego. Jednak tym, co wyróżnia Appalling Spawn spośród podobnych projektów, są kapitalne, wyciszające słuchacza zwolnienia oraz sielankowe (hmmm…) interludia bogato okraszające każdy niemal kawałek. Jeżeli więc oczekujecie od grindu czegoś więcej niż dobywającego się z kiszek bulgotu, luźno wiszących strun i hektolitrów świńskich flaków – Appalling Spawn jest jak znalazł. Warto więc poświęcić Czechom te pół godziny, a wynagrodzą je inteligentną i brutalną sztuką z najwyższej półki.


ocena: 9/10
deaf

podobne płyty:

Udostępnij:

26 sierpnia 2014

Devin Townsend – Physicist [2000]

Devin Townsend – Physicist recenzja okładka review coverKolejny, jeszcze nie fantastyczny, ale na pewno całkiem udany, krążek kanadyjskiego wizjonera tym razem stawia na szybkość i dziką jazdę bez trzymanki. O ile dobrze kojarzę (a kojarzę całkiem, całkiem) tak bezpośredniego, nie bawiącego się w podchody krążka w dyskografii artysty nie było ani wcześniej, ani później, wiec powinni się nim szczególnie zainteresować fani bardziej punkowo-thrashowej strony Devina. Zawiedzeni będą natomiast ci, którzy w Devinie najbardziej cenią melodie i pojechane, surrealistyczne klimaty; na szczęście nie całkowicie zawiedzeni. Krążek rozpoczynają dwa, dość zwarte, głośne jak diabli i równie intensywne "Namaste" oraz "Victim". Utrzymane w ekspresowym tempie, nieco industrialnie brzmiące raczej nie należą do najlepszych kompozycji albumu, tym bardziej, że są dość do siebie podobne. Kolejny utwór "Material" to zwrot w stronę melodii i bardziej rockowej części jestestwa. Naprawdę można się pobujać, nawet ponucić pod nosem. Pomimo całej swojej melodyjności i pozytywnego wydźwięku, nie jest jednak zbyt cukierkowy, więc wchodzi lepiej niż dobrze. Następny w kolejności – "Kingdom" – najłatwiej chyba opisać jako połączenie wcześniejszych ekstremów – jest bowiem bardziej melodyjny i zróżnicowany niż dwa pierwsze numery, a jednoczenie szybszy niż "Material". Pod względem proporcji zdecydowanie jeden z lepiej skomponowanych kawałków na "Physicist". Pewne problemy mam za to z "Death", nie ze względu na jego proweniencję, bo kawałek jest kurewsko intensywny, mocno elektroniczny i dziki, ale problemy z jego przetrawieniem. Nie wchodzi mi, męczy i irytuje, aczkolwiek od strony technicznej zrobiony jest całkiem porządnie. Na szczęście kawałek jest raczej krótki i kończy się nim na dobre szlag mnie trafia. Po nim następuje krótka, w większości instrumentalna, miniatura, która ma w sobie wszystkie cechy rozwiniętego stylu muzyka. Zaraz po niej kolejny szybki numer, trochę jednak bardziej urozmaicony, z większą ilością zmian tempa i ciekawszymi aranżacjami. "The Complex" znowu bierze na warsztat melodie i jest obok "Kingdom" jednym z ciekawiej przygotowanych utworów. Końcówka albumu trochę spowalnia i większy nacisk kładzie na aranżacje, zróżnicowanie i typowe dla rozwiniętego stylu rozległe pejzaże. Ostatnią pozycją na płycie jest "Forgotten" będąca wariacją na temat jednego z kawałków z poprzedniej płyty Devina. Jako że dla mnie Devin to przede wszystkim awangarda i kompozycyjne jechanie po bandzie, "Physicist" trochę mnie nudzi. Niemal połowa albumu jest spokojnie pomijalna bez straty, a w sumie nawet z zyskiem, dla całości. Nie można oczywiście nie docenić dwojącego się i trojącego Gene Holgana, który nakurwia jak opętany, ale to trochę za mało, by jakąś większą radość odnaleźć w tych pędzących na złamanie karku numerach. I mimo iż spora część albumu wchodzi naprawdę dobrze, tych kilka pozycji potrafi trochę rozczarować. Dlatego sprawiedliwie idzie siódemka.


ocena: 7/10
deaf
oficjalna strona: www.hevydevy.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

2 sierpnia 2014

Ihsahn – Eremita [2012]

Ihsahn - Eremita recenzja okładka review coverIhsahn – posiadacz jednego z najcharakterystyczniejszych wokali na metalowej scenie – żyje i ma się całkiem dobrze. Jego pozycja w półświatku wydaje się niezachwiana i utrwala się z każdym kolejnym wydanym krążkiem. Przy okazji recenzji jednego z wcześniejszych albumów muzyka, napisałem, że "Eremita" – bohater dnia dzisiejszego – nie należy do tych, w których można się zakochać od pierwszego usłyszenia. Dzieje się tak nawet (a może zwłaszcza wtedy), kiedy podchodzi się do niego z pewnymi założeniami i oczekiwaniami. I jest to ciekawe, bowiem "Eremita" żadną rewolucją nie jest. Co więcej, brzmi jakby został nagrany wraz z "After", i tylko dla jaj wydany kilka lat później. Zachowały się niemal wszystkie elementy, nad którymi tak bardzo rozpływałem się wówczas, a zmiany, i to bardzo kosmetyczne, dotyczą zaprzęgnięcia większej ilości krewnych i znajomych. I tak np. żeńskiego wokalu użyczyła partnerka Vegarda – Heidi, zaś w ramach barteru gościnnie wystąpili Jeff Loomis oraz Devin Townsend. Niestety, zupełnie jak w przypadku "AngL" i gościnnego udziału frontmena Opeth, obecność szczególnie ostatniego z wymienionych jest niemal całkowicie niesłyszalna, a więc, na dobrą sprawę, pomijalna. O ile Loomis coś tam jeszcze pobrzdąkał, o tyle Townsend nie wniósł prawie nic charakterystycznie swojego i gdyby jego nazwisko nie pojawiło się we wkładce – nikt by się nawet nie domyślił, że był na nagraniu obecny. Jest zresztą pewne podobieństwo między "Eremitą" oraz "AngL", w tym sensie, że są one swojego rodzaju ciut słabszą wersją swoich bezpośrednich poprzedników. Głównie w sferze kompozycji. Wspomniałem na wstępie, że opisywany dziś album raczej nie wnosi nic nowego do stylu Ihsahna, utrwalając raczej zmiany, które dokonały się dwa lata wcześniej, jakościowo jednak – trochę słabuje. Znów trzeba porządnie wgryźć się w płytę, przesłuchać po wielokroć, by pierwsze, dość mdłe wrażenie, zatarło się. Znów sporo jest jęczenia i zawodzenia i znowu trzeba je odnieść do całokształtu, by zrozumieć ich sens. Może to na dłuższą metę męczyć i nieco zniechęcać. A szkoda, bo jest kilka naprawdę wyśmienitych numerów: "Arrival", "The Paranoid", "The Eagle and the Snake", czy choćby późno-Emperorowy "Something Out There". Nie jest więc tak, że płyta nie ma kopnięcia, niemniej jednak "After" oferował większy rozkurw. I teraz to pokutuje. Zbliżając się ku końcowi, pozwólcie raz jeszcze wyrazić olbrzymi zachwyt dla saksofonisty i ogólnie idei wplecenia tego instrumentu do muzyki ekstremalnej. Pomysł jest to naprawdę genialny, a robota odwalona przez Jørgena Munkeby nie do przecenienia. Jest on odpowiedzialny za grubo ponad połowę ogólnego odjechania, rozjebania twarzo-czaszkowego i wywleczenia na drugą stronę. Całość dopełnia skrzek Ihashna. Płyta trochę słabsza, ale wciąż najwyższa półka.


ocena: 8,5/10
deaf
oficjalna strona: www.ihsahn.com/a

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij: