23 marca 2010

Cynic – Traced In Air [2008]

Cynic - Traced In Air recenzja okładka review coverŻe tak sparafrazuję Kazia, chłopaka Isabel, znanego ex-premiera z Gorzowa: no, no, no! 15 lat czekania i taka kupa, tak się nie godzi. 15 lat na zrobienie czegoś równie zajebistego i przełomowego jak "Focus", 15 lat na dopieszczenie każdego szczegółu, dopasowanie każdej nuty, 15 lat na skomponowanie arcydzieła. Ale po chuj, jak można zrobić coś takiego. To już lepiej nic nie robić i pozostać kapelą jednego albumu, ale albumu przez wielkie "a". Pytam się raz jeszcze: po co w ogóle nagrywać cokolwiek, gdy pomysłów starcza na mniej niż połowę krążka? Niestety brak idei słychać doskonale w większości przypadków, z wyjątkiem może — znanych już z demka 2008 — "Integral Birth" i "Adam’s Murmur". Zupełnie niezrozumiałe jest nagrywanie materiału, który jest bardziej cipowaty niż Aeon Spoke. Melodie są cieniutkie jak barszcz, często męczone i zwyczajnie nijakie – połowa kapel grających do kotleta gra lepiej. O jakiejkolwiek energii czy mocy bijącej z utworów raczej można zapomnieć, jest nudno w pięciu na osiem przypadków. Motory(n)ka przypomina pojedynek szachistów grających korespondencyjnie, nawet doom bywa bardziej żwawy. "Traced in Air" jest podobny do relacji z wyścigów kolarskich – przez cztery godziny oglądasz kolesi w obcisłych gatkach, którzy garbią się albo sami albo grupowo i jedyne co cieszy (co się dzieje), to jak się przewracają. I jeszcze te przesterowane zawodzenie Paula – noż kurwa, niech mu ktoś zabierze ten mikrofon! Niestety moi mili, sporo elementów na albumie leży i kwiczy. Na szczęście jest kilka rzeczy, które przywodzą na myśl "Focusa", ot choćby wspomniane już dwa kawałki. Szczególnie "Adam’s Murmur" broni się dzielnie – jest tam wszystko, czego człowiek oczekuje po zespole klasy Cynic. Zajebisty riff na początek (oj, zakręci się łezka w oku, bowiem przypomina się intro "How Could I"), porządna kompozycja i dawka energii większa niż we wszystkich pozostałych razem wziętych. Szczęściem, warsztatowo nadal jest rewelacyjnie, Jasona zastąpił Tymon z holenderskiego Exivious, więc wymiana 1:1. Tymon zajął się także growlowaniem, dzięki czemu takie "perełki" jak "Evolutionary Sleeper" nabrały trochę barw. Odcieni szarości. Trzecim kawałkiem, który jako tako nadają się do słuchania i nie męczy, jest "The Unknown Guest" – nie jest to dzieło wybitne, ale na tle albumu wydaje się dobry. Pozostałe kawałki, wyłączając pierwszy i ostatni (bo to jakby intro i outro), są przeciętne, słabe prawdę powiedziawszy, co niestety w przypadku Cynica wydaje się karygodne. Są tam, co prawda, i solówki i połamane riffy, dużo kombinowania i sporo udziwnień, ale nie ma tam sensu. Szkoda, bo gdyby to raz jeszcze przemyśleć, to można by było sporo z tych numerów wykrzesać. A tak dostajemy coś, co gra dziś sporo kapel i to z większym powodzeniem. Przełomowości "Focusa" ani krzty, nic, zero, null. I jeszcze ta wkurwiająca świadomość, że można to było zrobić lepiej (albo w ogóle zostawić, nic nie robić i nie spierdolić). Choć z drugiej strony właśnie, zdrowy rozsądek nakazywał był wątpić, by po tylu latach udało się zrobić coś, co choćby w połowie było tak udane jak poprzedni album. Wiedząc jeszcze, że Paul się zmienił i obecnie realizuje się we wspomnianym Aeon Spoke. Po prostu – Paul przekombinował. Zakończę klamrą kompozycyjną, podobną do tej na "Traced...". Odpowiem na pytanie z początku tekstu: po co? Money, money, money...


ocena: 5/10
deaf
oficjalna strona: www.cynicalsphere.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

0 komentarze:

Prześlij komentarz