29 marca 2026

Megadeth – Megadeth [2026]

Megadeth - Megadeth recenzja reviewStało się, Mustaine posłał Rattleheada do piachu. Nie pierwszy to raz, ale ponoć już definitywnie ostatni. Koniec, kropka, kaplica, więcej płyt Megadeth nie będzie – cała kampania promocyjna Megadeth została oparta właśnie na tym. Nikt się nawet słowem nie zająknął, że to ma być najlepszy album w dorobku zespołu, że może najszybszy, że najcięższy, że najbardziej chwytliwy, że cokolwiek innego – nie, po prostu pożegnalny. Doceniam, że sprawę postawiono uczciwe i nie próbowano mydlić oczu fanom, że oto po ponad 40 latach grania Rudy nagle wzniósł się kompozytorsko na wyżyny. Nie wzniósł, ale i tak będzie miał godne epitafium.

Megadeth spełnia w zasadzie wszystkie oczekiwania, jakie na tym etapie można mieć od płyty Megadeth. Zespół nie udaje, nie kombinuje ani nie porywa się na nic, co by mogło przerastać siły jego założyciela, więc przez większość materiału odwołuje się do tego, czym zasłynął (lata 1985–90) i na czym zarabiał konkretne pieniądze (lata 1992–97). Wyszło z tego coś na kształt opartej na typowych rockowych schematach i wypakowanej efektownymi solówkami wypadkowej „Peace Sells… But Who’s Buying?” i „Countdown To Extinction”. Całość jest o wiele bardziej spójna stylistycznie, zwarta i prostsza od „The Sick, The Dying… And The Dead!”, prezentuje też znacznie równiejszy poziom, który odrobinę zaniża jedynie zalatujący „Youthanasia” „Puppet Parade”. Złośliwie, ale i zgodnie z prawdą, można wspomnieć, że najlepszym utworem jest tu cover „Ride The Lightning”…

Na Megadeth podoba mi się, że pomimo wyjątkowo prostych i przewidywalnych struktur kawałki nie sprawiają wrażenia banalnych i poskładanych według jednego tylko szablonu. Na pewno duża w tym zasługa Dirka, który chociaż także i tym razem nie mógł pokazać pełni swoich możliwości, to odczuwalnie urozmaicił warstwę rytmiczną, nadając muzyce więcej polotu. I kopa, bo krążek jest zaskakująco żwawy, taki cały czas „do przodu”, nawet jeśli nie jest szczególnie szybki. Ponadto na plus zaliczam brak zapędów balladowych i taniego sentymentalizmu, a istniało spore ryzyko, że Megadeth będzie właśnie tym przesycony. Zamiast smętnego pitolonka dostaliśmy porządną dawkę nienagannej technicznie, wysokoenergetycznej trzepanki ze strony obu gitarzystów; kulminacja tych popisów znajduje się w numerze o wiele mówiącym tytule, acz gównianej treści „Let There Be Shred”.

O ile muzyka na ostatniej płycie Megadeth wpada w ucho i broni się sama, tak o tekstach wolałoby się jak najszybciej zapomnieć. Właściwie każdy kawałek zawiera jakieś buńczuczne deklaracje i szczeniackie dyrdymały („I Don't Care”, „Made To Kill”, „I Am War”), od których żołądek się buntuje, a gdy jeszcze sobie przypomnimy, że ich autorem jest chłop po 60-tce, to współpracy odmawia również okrężnica. To jest jakiś trudny do wytłumaczenia dramat, tym bardziej, że nawet na gniotach pokroju „Cryptic Writings” Mustaine potrafił napisać coś głębszego i dającego do myślenia.

Pożegnanie Megadeth z fanami wypadło znacznie lepiej, niż można było się tego spodziewać – z klasą, po męsku i bez gęstych smarków na mankietach. Zespół dostarczył rozsądną dawkę metalowego grzania, które może (ha, na pewno!) nie przejdzie do annałów thrash’u, ale pod żadnym pozorem wstydu mu nie przynosi, zwłaszcza na tle kapel dorównujących mu stażem. Swoją drogą wielu młodych adeptów stylu dałoby się pochlastać za materiał na takim poziomie.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.megadeth.com

inne płyty tego wykonawcy:






Udostępnij:

24 marca 2026

Cytotoxin – Biographyte [2025]

Cytotoxin - Biographyte recenzja reviewW Unique Leader już od dłuższego czasu dzieją się rzeczy dla mnie niepojęte, choć może Wydział Dociekliwych ze skarbówki miałaby na ten temat inne zdanie… Z boku wygląda to tak: Amerykanie olewają swoje najlepsze zespoły tylko po to, żeby później ładować kasę w wzięte z dupy deathcore’owe i slamowe nieporozumienia, które jak przypuszczam nie pozwalają im nawet wyjść na zero. W tym pozbawionym nadzoru (Erik Lindmark…) burdelu najbardziej marnowali się Cytotoxin, którzy przy odrobinie rzetelnego wsparcia mogli być już na poziomie Aborted i śmigać po świecie jako headlinerzy wielomiesięcznych tras. Tymczasem po 15 latach grania sami muszą wydawać sobie płyty, zupełnie jak na początku „kariery”.

Na szczęście ta wybitnie żenująca sytuacja kontraktowa nie podkopała u Niemców determinacji ani potencjału twórczego, bo Biographyte jest kolejnym znakomitym albumem w ich dorobku, który przy okazji nieco rozwija formułę uprawianego przez zespół technicznego i brutalnego death metalu – w kierunku coraz większej przystępności. Jako że Cytotoxin już za bardzo nie byli w stanie kombinować ze stopniem skomplikowania muzyki, nie odlatując przy tym w dziwaczne rejony, mocniej skupili się na jej bezpośredniej chwytliwości i… melodiach, dzięki czemu dorobili się najbardziej przystępnego, choć wciąż ekstremalnego, krążka w dyskografii. Wiadomo, równie dobrze mogli pójść w stronę pierwotnej brutalności, ale to by w jakimś stopniu oznaczało uwstecznienie się i utratę tożsamości.

Biographyte rozpoczyna się od „Hope Terminator”, typowego dla zespołu strzału — tak bardzo typowego, że chyba mającego pokazać, że wszystko u nich w porządku; pewnie też dlatego wybrano go na pierwszego singla — by później przejść do mniej oczywistych i schematycznych kawałków. I to właśnie od „Condemnesia” zaczyna się prawdziwa jazda bez trzymanki, za to z mnóstwem ciekawych urozmaiceń, wyjątkowo czepliwych motywów i odrobiną „stalkerowskiego” klimatu. Cytotoxin stworzyli rekordowo długi, bo aż 48-minutowy materiał, który mimo to mija niepostrzeżenie. Duża w tym zasługa wspomnianych już melodii, gwałtownych skoków dynamiki, sporych kontrastów (akustyczny „Deadzone Desert” przed wyziewnym „The Everslave”, którego nie powstydziliby się Archspire) i samego rozłożenia utworów na płycie – całość jest płynna i ani przez chwilę nie zamula.

Jeśli miałbym się na Biographyte czegoś czepiać, to pewnie tylko brzmienia, bo chociaż jest zajebiście selektywne, to brakuje mu ciężaru i głębi poprzednich nagrań. Wydaje mi się, że znany z Aborted Mendel bij de Leij powinien doskonale wiedzieć, na czym polega istota muzyki Cytotoxin i jednak trochę lepiej uwypuklić element „brutal”, by krążek zyskał na soczystości i miał większego kopa.

Cytotoxin nagrali już pięć porządnych płyt, na których poznała się cała rzesza maniaków death metalu, ale jak się okazuje, to wciąż za mało, żeby móc cokolwiek prorokować w temacie przyszłości zespołu. Ja tylko liczę na to, że cierpliwości starczy im na jeszcze kilka lat ostrego napierdalania.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalna strona: www.cytotoxin.de

inne płyty tego wykonawcy:






Udostępnij:

15 marca 2026

Fleshgod Apocalypse – Opera [2024]

Fleshgod Apocalypse - Opera recenzja reviewPo paru latach błądzenia w stylistycznej mgle Fleshgod Apocalypse wreszcie wyszli na prostą i chyba znaleźli optymalną dla siebie niszę, bo Opera to zdecydowanie ich najlepszy, najbardziej przekonujący i dopracowany album od czasu „Labyrinth”, a zatem od ponad dekady. Włosi naturalnie nie dokonali tu żadnych rewolucyjnych zmian w stosunku do poprzednich krążków, ale po prostu przestali kombinować tam, gdzie to w ogóle nie było konieczne i udawać, że robią coś ambitniejszego, niż to było w rzeczywistości, natomiast mocniej skupili się na wyrazistości i chwytliwości kompozycji. Tym samym stworzyli krążek, który można sobie z przyjemnością zapętlić.

Pomimo z lekka wyrobionej formuły cały materiał brzmi zaskakująco świeżo, jest dość zwarty (43 minuty), mniej schematyczny i nieco nowocześniej zaaranżowany (to może być zasługą gitarniaka z Deceptionist), a jednocześnie sporo w nim klasycznych naleciałości, zwłaszcza barokowych (choćby w „Matricide 8.21”). Współpraca na linii death metal-symfonika (wspomagana chórami) działa bez zarzutu (a to u Fleshgod Apocalypse nie jest regułą); elementy tych odmiennych stylistyk dobrze się uzupełniają i zazębiają, więc nie ma wrażenia przeginania w którąś ze stron czy łączenia ich za wszelką cenę. Warto przy okazji zaznaczyć, że Opera nie jest aż tak, no… operowa, jak to sugeruje tytuł płyty, a w większym stopniu ma vibe… popowy, co wbrew pozorom wcale nie jest jej wadą.

Między „Veleno” a „Opera” doszło do paru zmian w składzie, spośród których najistotniejszą było porzucenie zespołu przez wokalistę/basistę Paolo Rossiego, a więc jednego z założycieli, który miał duży acz kontrowersyjny wpływ na brzmienie Fleshgod Apocalypse. W zaistniałej sytuacji za bas chwycił wszechstronny Francesco Paoli (jak się zdaje, po wypadku jeszcze nie wrócił do pełnej formy), zaś wszystkimi czystymi wokalami zajęła się, już jako pełnoprawna członkini, Veronica Bordacchini. I to właśnie ona była strzałem w dziesiątkę! Jak się okazało, wachlarz możliwości Veroniki obejmuje nie tylko wysokie operowe rejestry, bo potrafi także świetnie śpiewać normalnym głosem („I Can Never Die”, „Till Death Do Us Part”), a nawet ordynarnie drzeć („Morphine Waltz”). Wpływ wokalistki na ostateczny kształt Opera jest niebagatelny i na pewno przesądza o zróżnicowaniu i przystępności tego materiału. Dla kontry – Eugene Ryabchenko zadbał, żeby było odpowiednio gęsto i ekstremalnie.

Opera nie jest albumem, jakiego mógłbym się spodziewać po dość niestabilnym w ostatnich latach Fleshgod Apocalypse, stąd też pozytywnie mnie zaskoczył. To trzy kwadranse dobrze zbalansowanej, bardzo urozmaiconej i pozbawionej dłużyzn/zapychaczy muzyki, która wchodzi z dużą łatwością i pozostawia po sobie ślad w pamięci. Oby tylko tak dalej!


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/fleshgodapocalypse

inne płyty tego wykonawcy:








Udostępnij:

6 marca 2026

Gaerea – Coma [2024]

Gaerea - Coma recenzja reviewW ciągu zaledwie dekady Gaerea dorobiła się rozpoznawalności porównywalnej z pastéis de nata, stała się zespołem, „o którym się mówi” i który w pewnych kręgach wywołuje niemałe kontrowersje. Na Coma, płycie numer cztery, Portugalczycy chyba osiągnęli swoją ostateczną formę. Ostateczną (nie mylić ze szczytową!), czyli taką, z jaką jeszcze nie mam problemu, a mógłbym mieć, bo wyczuwam w tych dźwiękach, że muzycy stanęli na rozdrożu i zaczęli powoli kalkulować, co tu dalej zrobić, żeby było dobrze. Nie ulega wątpliwości, że zamaskowany kwintet miał świadomość komercyjnego potencjału, więc pojawiło się pytanie: ile będzie chciał z niego wycisnąć.

Na Coma Portugalczycy pokazali, że nie boją się zaryzykować. Przez lata każda płyta zespołu logicznie wynikała z poprzedniej, a ewolucja stylu była raczej stopniowa i sprowadzała się do ulepszania warsztatu i rozwijania co ciekawszych patentów albo tych, w których czuli się mocni. Czwarty krążek Gaerea to już wyraźny skok do przodu — albo w bok, jak kto woli — oraz próba wyjścia poza dotychczasowe ramy i otwarcia się na nowych odbiorców… i ich portfele. Próba dość udana, choć nie na tyle, żeby w stu procentach zaangażować wybrednego słuchacza, a już szczególnie fanów ekstremy spod znaku nieustającego tremola i huraganowych blastów.

Objętościowo album nie odbiega od poprzednich dwóch, ale ma to związek ze zmienionym, kompaktowym podejściem do komponowania: utworów może i jest więcej, za to są krótsze (niespełna ośmiominutowy „The Poet’s Ballet” pełni także rolę intra, więc zawyża średnią) i znacznie bardziej zróżnicowane, a przy tym przystępne akurat na tyle, żeby każdy, nawet spoza blackowego grajdołka, znalazł tu coś dla siebie. Przez ponad 50 minut doskonale słychać, że na Coma zespół starał się nadać muzyce głębi i dramaturgii, urozmaicić struktury oraz za wszelką cenę uniknąć schematów, byle tylko kawałki w jak największym stopniu miały indywidualny rys. W tych urozmaiceniach Gaerea niejednokrotnie zapędza się czy to w progresywne, czy w post-blackowe rejony (tak, z czystymi wokalami), a to oznacza stosunkowo dużo lajtowych dźwięków, które na miłośników „Mirage” czy „Limbo” mogą podziałać jak płachta na byka. Na moje ucho proporcje między sieczką a klimatami na przestrzeni całego albumu zostały zupełnie nieźle wyważone, co jednak nie zmienia faktu, że wolałbym więcej intensywnego grzania, bo w tym akurat Portugalczycy są świetni.

Niezależnie od stylu, w jakim w danym momencie porusza się Gaerea, słucha się tego co najmniej dobrze i przez większość czasu ze sporym zainteresowaniem. Jako że na Coma każdy utwór różni się od pozostałych, łatwo wybrać spośród nich swoich faworytów. Ja wskazałbym szczególnie na „The Poet’s Ballet” (jak już się rozkręci, to jest miazga), „Reborn” (szybki, treściwy i bezpośredni), „Coma” (z jednej strony gwałtowny, z drugiej transowy), „Wilted Flower” (skocznie melancholijny – inaczej nie potrafię tego określić), no i oczywiście überhiciorski „Hope Shatters”. Gdyby cały album trzymał styl, melodykę i poziom pierdolnięcia tego ostatniego, bez wahania w miejscu na ocenę wklepałbym 9, bo z tak zajebiście zaaranżowanymi kawałkami w mainstreamowym black metalu rzadko mamy do czynienia.

Wraz z tym, jak kariera Gaerea nabiera tempa, muzyka zespołu powoli traci ze swojej pierwotnej/podziemnej zadziorności, a jednocześnie zyskuje inne, dla mnie niekoniecznie istotne, przymioty. Stąd też Coma już wkrótce może się okazać ostatnim krążkiem Portugalczyków, który w tak dużym stopniu trafia w mój gust.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.gaerea.com







Udostępnij: