Pokazywanie postów oznaczonych etykietą instrumental. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą instrumental. Pokaż wszystkie posty

23 listopada 2014

Carcariass – E-xtinction [2009]

Carcariass - E-xtinction recenzja okładka review coverZdaje się, że Carcariass pojawiło się pewnie cały jeden raz na łamach naszego bloga, a i to w kontekście jakiejś innej kapeli. Chyba więc najwyższa pora coś z tym zrobić, bo — jakby nie było — francuska grupa swoje lata ma i nawet dorobiła się własnego, całkiem oryginalnego stylu. Sęk w tym, że jest to dość wyjątkowy styl, kontrowersyjny to możne za mocne słowo, ale na pewno nie każdemu podchodzący. Cały myk polega bowiem na tym, że Francuzi grają dość mocno popową odmianę metalu: bardzo przystępną, melodyjną aż do szpiku kości, na poły instrumentalną (żeby nie denerwować babci w sąsiednim pokoju zbyt dużą ilością warczeń i pokrzykiwań), ale jednocześnie wirtuozerską i nieskazitelną pod względem produkcji. Głównym problemem trapiącym zespół jest fakt, że czym młodsze wydawnictwo tym procentowy udział pop-metalowych elementów rośnie zabierając oczywiście z bardziej męskiego grania, jakie zdarzało się kapeli na początku. Zasadniczo jednak podobnie grali przy okazji pierwszego longpleja zatytułowanego "Hell on Earth" i podobnie grają na ostatnim dotychczas wydawnictwie – "E-xtinction". W ciągu dwunastu lat, które dzielą debiut od wspomnianego albumu, w stylu muzyków nie zmieniło się wiele, co z jednej strony sprawia, że wszystkie wydawnictwa brzmią bardzo podobnie i czasami trudno wskazać które są z kiedy, ale z drugiej strony pozwoliło muzykom wyhodować sobie dość wierną rzeszę fanów, którym taki rodzaj uprawiania metalu najwidoczniej pasuje. I o ile w przypadku tych ostatnich taka strategia zdaje się sprawdzać, o tyle dla przeciętnego (ale także dla takiego bardziej wyrobionego) pochłaniacza metalowych wyziewów muzyka Carcariass musi budzić i budzi pewien niedosyt, ujmując rzecz delikatnie. Mniej delikatnie będzie napisać nudzić i irytować, ale pozostańmy przy poprawnej politycznie nowomowie. Wiem to po sobie, bo zabieranie się do któregokolwiek z krążków poprzedza zwykle okres pompowania w siebie znacznych ilości bardziej wymagającego grania, więc Carcariass można potraktować jako przerywnik dający nieco ochłonąć przed kolejną turą mniej przyjemnej i wygładzonej muzyki. Zwykle też, po kilku dniach dość intensywnego słuchania, kapela zaczyna mierzwić i nieopłakiwana wraca na swoje miejsce na półce. Może więc taka jest rola zespołu i za to powinien być doceniony. Może. Znakiem rozpoznawczym Francuzów są brzmiące jak solówki, lecz ciągnące się całymi utworami riffy, które w połowie kapel mogłyby robić za oklaskiwane popisy gitarzysty wiodącego. Na początku przygody z zespołem potrafią zrobić naprawdę piorunujące wrażenie, tym większe, im bardziej człek zapatrzony w gitary, z czasem jednak zaczynają wychodzić na jaw powtarzane w kółko schematy i czar nieco pryska. Zgoda, fajerwerki są niezłe, zwłaszcza przy realizacji tak bezbłędnej jaką serwują muzycy, ale kwestią czasu jest pojawiające się znużenie, a w przypadku dłuższych posiedzeń nad całym dorobkiem – wrażenie déja` vu. Sam album "E-xtinction" to w sumie dwanaście kawałków, z czego cztery to czysto instrumentalne wersje wokalnych kawałów (według oficjalnej wersji), albo na odwrót. Jakby nie było, wokal zdaje się być dodatkiem, bo utwory jego pozbawione czasami brzmią nawet lepiej, zupełnie jakby skrojono je właśnie w takim kształcie i wokal dodano później. Trochę zabrakło, a może nie tyle zabrakło, co się zwyczajnie osłuchały, ewidentnych mega-solówek, które dość gęsto zaludniały poprzedni album. Wciąż jednak, przy odpowiednim nastroju, można dać się porwać muzyce i zapomnieć się w niej. Taka już magia zespołu, nawet po tylu latach. Ocena jest więc wypadkową z dni, kiedy "E-xtinction" wchodzi bez popity i kiedy dałby się człowiek pokroić za zestaw audio z najwyższej półki oraz tych, kiedy lukier wylewa się uszami i jedyne co słychać, to pitolenie dla bab. A są to dość mocno różniące się oceny.


ocena: 7/10
deaf
oficjalna strona: www.carcariass.com
Udostępnij:

20 maja 2014

Blotted Science – The Machinations Of Dementia [2007]

Blotted Science – The Machinations of Dementia recenzja okładka review coverInstrumentalne trio pod wodzą Jarzombka może oznaczać tylko jedno – totalną dźwiękową rozwałkę poczynioną strukturami, wielopłaszczyznowością, intensywnością i stopniem komplikacji. Jest jednak zasadnicza różnica pomiędzy Blotted Science a wieloma zespołami instrumentalnymi, a mianowicie taka, że muzycy Blotted Science nie muszą nikomu niczego udowadniać. W związku z tym, album nie jest ledwie lichym popisem umiejętności manualnych, ale stanowi pełnoprawny i przemyślany album. Oczywiście, karkołomnych zagrywek jest tutaj od zajebania, jednak nie są one celem samym w sobie, a służą — i doskonale to słychać — większej sprawie, jaką jest granie dobrej, wymagającej muzyki. Debiutancki krążek amerykańskiego trio proponuje podróż w niezbadane i niewyeksploatowane pokłady progresywnego metalu pełnego najrozmaitszych smaczków i fantazyjnych detali. Jest przy tym dość intensywny i ciężki, by zadowolić także tych, którzy na co dzień z muzyką instrumentalną nie zwykli obcować. Poza typowo progresywnymi zabiegami bowiem jest tu mnóstwo rasowego i treściwego metalu, stanowiącego szkielet dla wszystkich tych postępowych aranżacji. Nie ma więc także, obecnych na większości albumów instrumentalnych, często zbędnych, wycieczek w poza-metalowe rejony, bądź psujących całość, tworzonych na siłę zwolnień i wyciszeń. Na "The Machinations of Dementia" wszystko do siebie pasuje, a całość jest większa niż suma elementów. Udało się muzykom Blotted Science nagrać album od początku do końca ciężki i pełen mocy. Co więcej, udało się to zrobić mimo niesamowitej długości płyty, bo niemal godziny. W tym czasie ani na moment muzycy nie odpuszczają i grają jak opętani coraz to bardziej zawiłe i połamane kawałki. Jeszcze lepsze, że nie kopiują innych i tworzą muzykę oryginalną oraz ciekawą. Warto także wspomnieć kto, poza Jarzombkiem, wchodzi w skład zespołu, bo można się miło zaskoczyć. Za gary odpowiada szerzej nieznany Charlie Zeleny, ale prawdziwą niespodzianką jest obecność basisty Cannibal Corpse – Alexa Webstera. Muszę przyznać, że o ile Zeleny, który udziela się w kilku dość marginalnych kapelach, choćby Behold the Arctopus, nie jest akurat dla mnie żadną nowością, dobrze znam jego twórczość i wiem, do czego jest zdolny, o tyle obecność Webstera pozytywnie mnie zaskoczyła. Przede wszystkim dlatego, że nigdy wcześniej nie dał się poznać z tej strony. Wyszedł jednak z tego zadania obronną ręka, nie pozwolił zepchnąć się na dalsze plany i na równi z pozostałymi uczestniczy w zamieszaniu, które dzieje się na płycie. "The Machinations of Dementia" to wymagający pewnego zacięcia i oddania album, który rewanżuje się jednak ciekawymi aranżacjami, świeżym podejściem do tematu i — o czym nie można zapomnieć 3 mnóstwem energii. Na pewno nie jest to album, którego słucha się od niechcenia, jeśli jednak znajdzie się trochę wolnego czasu – potrafi wciągnąć na długie godziny. Szczerze polecam.


ocena: 9/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/blottedscience

podobne płyty:

Udostępnij:

17 stycznia 2014

Jeff Loomis – Plains Of Oblivion [2012]

Jeff Loomis - Plains Of Oblivion recenzja okładka review coverWygląda na to, że raczej średni odbiór "Zero Order Phase" nie zniechęcił Jeffa Loomisa do nagrania kolejnego albumu. Historia lubi się powtarzać, jak doskonale wiadomo, więc i z opiniami na temat "Plains of Oblivion" jest raczej tak se, a może nawet nieco gorzej. Nie pomógł nowy zestaw zaproszonych gwiazd (gitarzyści Chris Poland, Tony MacAlpine, Marty Friedman oraz pałker Dirk Verbeuren), ani nawet wygrzebany gdzieś na youtube, podobno zjawiskowy, basista o nieznanym nikomu nazwisku i niewiadomej aparycji. Oczywiście ani Loomisowi ani zaproszonym przez niego gościom nie można odmówić talentu, ale przecież nie samym warsztatem muzyka stoi. "Plains of Oblivion" jest niewątpliwie albumem wyjątkowym pod względem nagromadzenia muzycznych geniuszy i ilości zwinnych palców, tym niemniej niesamowita ilością technicznych smaczków, sweepowania, tappowania, klasycznego shredowania oraz rozmaitych innych cudów nie przekłada się wprost na miodność albumu. Co gorsze, zupełnie nowe w muzyce Loomisa kawałki zwokalizowane nie ratują sytuacji bardziej niż tylko nieznacznie. Jest to jakaś nowość, ale a) kawałki z Christine Rhoades brzmią jak próba licytowania się z Aghorą, lub, co gorsza, z Portalem bądź nawet, bójcie się Boga, symfoniczno-gotyckimi aktami pokroju Within Temptation, zaś b) Ihsahn śpiewa swoją partię w rytm raczej niewyróżniającego się deathu, co nawet nie brzmi źle, ale z drugiej strony – brakuje mu sporo do autorskich (dużo przy tym bardziej kompleksowych i interesujących) długograjów Norwega, które były oczywistym źródłem. Fani Aghory powinni więc, ze spokojnym sumieniem, wrócić do Aghory, Ihsahna – do Ihsahna, bo krążek Loomisa nic nowego do tematu nie wnosi. Aczkolwiek jest to jakiś plus, jakaś odmiana od prężenia gitarowych muskułów i podrzucania kolejnych linii "technical difficulties". I mimo iż Ihsahn nie zwojuje świata tym występem, to wstydzić się także nie ma czego, bo wycisnął ze współpracy z Loomisem ile mógł. Sam zaś Loomis, co nie powinno wszak zaskakiwać, udowadnia, że posady w Nevermore nie dostał za ładne oczy. Wiele riffów naprawdę trzyma poziom, nie są tak strasznie z dupy, jakby niektórzy chcieli, aczkolwiek w globalnym ujęciu całego albumu i tak nie ratuje to krążka, bo zwyczajnie ginie w morzu dźwięków. I tak to chyba jest z "Plains of Oblivion", że lokalnie jest dobrze, globalnie zaś – bez emocji, dzieląc płytę na pojedyncze melodie i akordy można znaleźć wiele fajnych, nietuzinkowych, choć mocno niekiedy przypominających wywołany Nevermore, motywów, które mogą się podobać i podobają, po zsumowaniu tego do płyty, pozostają one wyłącznie pokazem umiejętności i szybkości. Fanom tego ostatniego płyta powinna się spodobać, pozostałym – niekoniecznie.


ocena: 6,5/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/jeffloomis

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

11 listopada 2012

Abysse – En(d)grave [2012]

Abysse - En(d)grave recenzja okładka review coverMało brakowało, a olałbym ten naprawdę ciekawy zespół. A wszystko przez to, że zasugerowałem się oklepaną i w sumie drętwą nazwą, równie kiepskim tytułem oraz mało precyzyjnym bełkotem wydawcy. Poza tym — co chyba było moim największym błędem — dałem "En(d)grave" za mało czasu. Na szczęście udało się to nadrobić i już po przekroczeniu magicznej liczby pięciu przesłuchań z rzędu, wciąż miałem ochotę na następne. Francuzi grają ciężki acz dynamiczny kawałek muzyki zbudowany na fundamencie sludge i pewnych progresywnych odjazdów. O porównania nie jest specjalnie trudno, zwłaszcza, że chłopaki sami się zdradzili, tytułując jeden z kawałków bardzo, ale to bardzo wymownie – 'Mastodon'. Ale to nie wszystko, bo brnąc przez kolejne minuty (a tych jest 44), usłyszycie zagrywki charakterystyczne dla Gojiry czy nawet... Metallicy z okresu "Load"/"ReLoad". Nie ma w tym wielkiej filozofii, nadęcia; wesołe melodyjki czy przesadnie techniczne kombinacje także nie są solą "En(d)grave". Ta niewymuszona konstrukcja muzyki (ocierająca się niekiedy o improwizacje) oraz wykonawcza pewność sprawiają, że albumu — jak na krążek instrumentalny — słucha się z taką łatwością, o jaką bym go nie podejrzewał. Nawet te najdłuższe, 7-8 minutowe utwory przelatują niemal niepostrzeżenie, a do takiego 'Ten Thousand Changes' wraca się wciąż i wciąż. Dobrze to świadczy o zespole, który ma pomysł na siebie, umiejętności i najwyraźniej odpowiednie środki, bo "En(d)grave" również brzmi niekulawo.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/abyssegroupe
Udostępnij:

17 października 2012

Cosmonauts Day – Paths Of The Restless [2011]

Cosmonauts Day - Paths Of The Restless recenzja okładka review coverSludge zza wschodniej granicy nie jest czymś, z czym mam styczność na co dzień, ale jak pokazuje przykład Cosmonauts Day – trochę budzącej trwogę egzotyki zawsze można wrzucić na ruszt. Z pozytywnym skutkiem, bo poziom techniczno-kompozytorski tego zespołu jest zaskakująco wysoki, a realizacja materiału w zasadzie nie odbiega znacząco od standardów cywilizowanego świata. Kwartet z Moskwy (czy okolic) swoją muzyką na glebę jeszcze nie sprowadza jak wielcy z Ameryki, ale pewien potencjał jest zauważalny, i gdy tylko starczy im wytrwałości, to jakaś sensowna wytwórnia przybędzie oswoić ich tłustym kontraktem. Ale to akurat temat na przyszłość, być może nawet odległą. Nazwę chłopaki zaczerpnęli bodaj od radzieckiego święta upamiętniającego wysłanie Gagarina na orbitę, klimat mają zbliżony do teledysku do mastodonowskiego 'Oblivion', więc wszystko jest tu mniej więcej jasne – entuzjaści kosmicznych odlotów, czy swobodnego bujania w obłokach (obojętnie czego) powinni być zadowoleni. Mnogość motywów, częste zmiany tempa i nastroju nie przeszkadzają Rosjanom łagodnie kołysać; materiał łatwo się przyswaja, skutecznie rozleniwia i pozwala na chwilę oderwać się od niedostatecznie zadymionej rzeczywistości. Na "Paths Of The Restless" nie ma znaczenia, czy chłopaki grają ostro czy lajtowo – efekt przez cały czas jest ten sam. Wprawdzie do typowego amerykańskiego luzu trochę im brakuje, ale po odpowiednim doprawieniu się powinni to nadrobić, choć mogą mieć wtedy problemy z dojrzeniem instrumentów. Oprócz samej muzyki i pozytywnych reakcji, jakie wywołuje, "Paths Of The Restless" ma jeszcze tę zaletę, że oszczędza nam wysłuchiwania desperackich zmagań wokalisty z konwencją gatunku. Cosmonauts Day przyszło to łatwo i naturalnie, bo tak się składa, że w ogóle nie posiadają wokalisty. Potrafię sobie jednak wyobrazić, jak ktoś taki mógłby swoim pianiem zniweczyć wysiłki instrumentalistów i tym samym sprowadzić cały zespół do poziomu syfu. Na szczęście zwyciężył zdrowy rozsądek i żadnego wyjca na siłę nie zaangażowali. U mnie mają sporego plusa.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/thecosmonautsday

podobne płyty:

Udostępnij:

23 grudnia 2011

I'll Eat Your Face – Irritant [2010]

I'll Eat Your Face - Irritant recenzja okładka review coverZjem twoją twarz... – konotacje z Hannibalem Lecterem i podobnymi wesołkami nasuwają się same, jednak irlandzki duet nie osiągnął jeszcze tego poziomu ekstremy. I raczej nie zanosi się na to, żeby kiedyś tego dokonali, bo raz, że trudno cokolwiek zjeść z rajstopami na głowie (taki sobie kolesie wymyślili image – gang Olsena i Benny Hill się kłaniają), a dwa, że "Irritant" to raczej stonowany miks patentów charakterystycznych dla death metalu, sludge, ambitniejszego rocka, a nawet jazzu. Należy szybko dodać, że miks nawet udany, bo mimo nietypowo dobranych elementów składowych, materiał udało im się nagrać dość spójny, ciekawy, dobrze brzmiący, przyciągający uwagę oraz — wbrew tytułowi — absolutnie nie drażniący. Jest to spory sukces, bo — o czym jeszcze nie wspomniałem, żeby nie odstraszać — "Irritant" to album instrumentalny. Obierając taki a nie inny kierunek, I'll Eat Your Face na szczęście wyłamali się z tendencji do wypełniania miejsca na ewentualne wokale kolejnymi zawijasami i pustym mędzeniem, w czym celuje większość instrumentalnych kapel, i nagrali po prostu krótsze, bardziej zwarte oraz łatwiejsze do zapamiętania kawałki. Prosty zabieg (tylko czemu tak niewielu na to wpadło?), ale dzięki niemu wzrasta chęć ponownego odpalenia płytki. Na krótkości atuty "Irritant" się jednak nie kończą, bo największą radochę sprawia oczywiście sama muzyka – panowie skaczą po gatunkach, bawią się klimatem, a na końcu wywołują zdziwienie coverem... Mike’a Oldfielda. Z przyjemnością sprawdzę, co te czubki w przyszłości wykombinują, bo pomysłów zdaje się im nie brakować. Byle ich tylko nikt na leczenie nie posłał.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/illeatyourfaceireland
Udostępnij:

20 maja 2011

Levi/Werstler – Avalanche Of Worms [2010]

Levi/Werstler - Avalanche Of Worms recenzja okładka review coverNie będzie żadnym kłamstwem stwierdzenie, że spędzam ostatnio nad tym albumem jakieś 80 procent czasu przeznaczonego na słuchanie muzyki. Dziennie siedzę z muzą na uszach coś około trzech godzin, uśredniając. Daje to więc prawie dwie i pół godziny przesiedziane nad "Avalanche of Worms". I zapewniam – są to jedne z lepiej zmarnowanych godzin spędzonych z muzyką. Dawno, ale to dawno nie słyszałem tak zajebistego kawałka instrumentalnego grania. Mówię to z pełną odpowiedzialnością – jest to bodaj najlepszy instrumental jaki słyszałem w ogóle w całym swoim życiu, a słyszałem już niemało. Poza wszelkimi innymi cudownościami, album ten ma jedną, zasadniczą zaletę, przymiot prawdziwego geniuszu, coś, z czym spotykam się pierwszy raz w przypadku albumu instrumentalnego – totalność. Chodzi mi mianowicie o to, że akcenty na "Avalanche of Worms" są tak porozkładane, że brak wokali nie tyle nie jest odczuwalny, co ich najmniejsza obecność wysłałaby cały ten cacuszkowy majstersztyk w pizdu. Innymi słowy – wokale położyłyby ten album na łopatki. Dodanie jakichkolwiek śpiewów byłoby równie sensowne, co ozdobienie Ferrari spojlerem. Po jeden, wielki, kosmaty chuj! Jeśli miałbym wskazać jeden, jedyny album instrumentalny, którym z czystym sumieniem miałbym unausznić co to za gatunek 'instrumental', byłby to właśnie "Avalanche of Worms". Jeszcze nigdy słuchanie instrumentala nie było tak wciągające i narkotyzujące. Co kilka dni próbuję się od niego oderwać, ale niczym nałogowiec, wracam szybciej niż odszedłem. Duet gitarzystów Levi/Werstler stworzył album, który mimo iż dedykowany właśnie temu instrumentowi (o czym poniżej), nie należy do albumów pokroju tych, nagranych przez Canvas Solaris bądź Electro Quarterstaff, czyli takich, które — nieco przerysowując — zmierzają do zamęczenia słuchacza wirtuozerią. Zdecydowanie bliżej Leviemu i Werstlerowi do Gordian Knot, choć L/W jest dużo bardziej strawny i — co równie ważne — żwawy, pełen pasji, zadziornych melodii i solidnego kopa. Tu nie ma czasu na smęty i ociąganie, tutaj ciągle coś się dzieje, permanentnie zmieniająca się muzyka nie pozwala się oderwać i zapomnieć o sobie. To prawdziwa przejażdżka kolejką górską, gdzie nigdy nie wiadomo, czy za kolejnym wzniesieniem jest tylko prosto w dół, czy może nim się dół osiągnie, kolejka zdąży wykręcić korkociąg, beczkę i potrójnego axla z podwójnym tulupem. Ogień z dupy, szanowni państwo. Na chwilkę wrócimy do gitar. Panowie Levi i Werstler znają się z kapelki Daath, za którą próbowałem się zabrać i co nieco przesłuchać i niestety poległem. Cienka ona jak wymówki PO o potrzebie podniesienia VAT-u, którego miano nie podnosić. Jednak "Avalanche of Worms" to zupełnie inna bajka. Tutaj gitary są użyte zgodnie z przeznaczeniem, żadne tam industrialne pitu pitu. Są mięsiste i soczyste jak dorodny kawał mięcha. Nie ma za to masturbacji. Żeby nie było jednak niedomówień, podkreślę to z całą stanowczością – mimo iż panowie nie przesadzają z kombinowaniem, gitary brzmią lepiej niż gdyby tylko shredowały. Właśnie to sprawia, że muzyka nie męczy. Solówek, epickich pasaży i szalonych riffów jest tyle, by podnieść ciśnienie, ale nie na tyle by sprowadzić zawał na delikwenta. Swój niemały udział mają w tym także pozostali muzycy, z Reinertem na czele, którzy zapełniają pozostałą przestrzeń brakującymi elementami: ciężarem, rytmiką, melodyjnością i bogactwem dźwięków. Muszę powoli kończyć, więc dodam tylko, że jeżeli macie ochotę kupić sobie jakiegoś instrumentala, to bez zbędnego opierdalania sięgnijcie po "Avalanche of Worms".


ocena: 9,5/10
deaf
oficjalna strona: leviwerstler.com

podobne płyty:

Udostępnij:

11 marca 2011

Canvas Solaris – Penumbra Diffuse [2006]

Canvas Solaris - Penumbra Diffuse recenzja okładka review coverJakim pytaniem można przyprawić filozofa o ból głowy (a, za przeproszeniem, filozofkę o ból łokcia)? "Czy ty?" Pytanie równie zawiłe można skierować do muzykologów – czy nie jest tak, że kapele grające instrumentalny prog to ubożsi kuzyni tych wyposażonych w gardłowego? W dalszej części tekstu postaram się udzielić odpowiedzi na to pytanie, zrobię to jednak tak, że ni cholery nie będzie można powiedzieć, jakiej odpowiedzi udzieliłem (trochę jak filozofowie). "Penumbra Diffuse" to drugi longplej amerykańskich instrumentalistów – tak w karierze, jak i opisywany na blogu. Po dwóch latach od debiutu muzyka trio uległa pewnym przeobrażeniom, choć powiedzieć, że jakoś specjalnie się rozwinęła to ciut za wiele. To, co wychwytywalne po pierwszych dziesięciu przesłuchaniach to spuszczenie z progowo-technicznego tonu, co oznacza mniej więcej tyle, że przestali chłopaki pokazywać kto ma jakiego i kto dalej nasika. O ile debiut naszpikowany był instrumentalnymi i kompozytorskimi cudeńkami i potworkami, o tyle "Penumbra..." nieco wyładniała i teraz przypomina już nie nrd-owską pływaczkę a lekkoatletkę. Nie znaczy to oczywiście, że teraz może się za to zabrać byle leszcz, znaczy to jednak tyle, że słucha się tego przyjemniej. A w przypadku takich kapel to spory krok do przodu – jeśli nie ku komercyjnym sukcesom, to przynajmniej jako takiej rozpoznawalności. Jest jeszcze jeden plus takiej metamorfozy – muzyka nabiera cech osobniczych, nie jest już zwykłym popisem i szpanerstwem, a zaczyna mieć w sobie pierwiastek oryginalności. Nawiązując jednak do pytania postawionego we wstępie należy powiedzieć, że najprawdopodobniej tak – kapele grające instrumentalny prog to ubożsi kuzyni tych uwokalnionych. Należy jednak postawić kilka zastrzeżeń. Po pierwsze – nie dotyczy to wszystkich kapel (ot, choćby Behold... the Arctopus), a po drugie – przesłuchawszy już trochę takich projektów można dojść do wniosku, że instrumentale to coś więcej niż tylko większe skomplikowanie: brak wokalisty wymusza porzucenie jakiegokolwiek znanego modelu budowy utworu, jednak porzucenie to nie jest porażką a uwolnieniem z więzów. Z jednej strony wygląda to tak, że instrumentale próbują za wszelką cenę zrekompensować brak wokalisty dzikimi aranżacjami (co doprowadzić może do przesadnego szarpidructwa), z drugiej jednak – potrafią stworzyć coś na kształt nowego podgatunku, stylu, w którym otwierają się nowe wymiary muzyki. Aha, Canvasom zdarza się rżnąć z Cyników.


ocena: 7/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/canvassolaris

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

10 maja 2010

Gordian Knot – Emergent [2003]

Gordian Knot - Emergent recenzja okładka review coverNiby projektu nie zawieszono, szlag Ameryki nie trafił (choć mógłby), nikomu rąk nie pourywało, a jednak ostatnie wydawnictwo spod znaku Węzła liczy sobie już 7 lat. Kawał czasu, jakby na to nie spojrzeć. Niemniej jednak ta muzyka ma w sobie coś, co sprawia, że się nie przejada, nie powszednieje, a jeśli w ogóle starzeje się, to czyni to z godnością i klasą. Z muzyką generalnie, a tego rodzaju w szczególności, bywa różnie – niektóre albumy wybitnie źle znoszą upływ czasu, po iluś tam przesłuchaniach okazuje się, że nie ma już żadnych tajemnic do odkrycia, żadnych zaskoczeń, żadnych 'łał' – krążek zna się na wylot i okazuje się pusty i wyjedzony. A jak wiadomo – z pustego to i Olek ze Sławojem nie wychylą. Na szczęście przypadek Gordianowej płyty nie wpisuje się w ten smutny temat i nawet po wielu latach potrafi zaskoczyć nową nutą, dźwiękiem, który przez tyle lat umykał uwadze. Choćby pod tym właśnie kątem "Emergent" jest dziełem wyraźnie dojrzalszym, lepiej przemyślanym i dopracowanym w porównaniu z debiutem, który nie jest tak obfity w detale. Mniej tu dźwięku jako takiego, mniej tłoku, lecz to, co pozostało, jest dokładnie tam, gdzie być powinno (czego czasami dowiadujemy się po latach). Mniej też metalu, chociaż i na debiucie nie było go za wiele, mniej pośpiechu. Za to nietuzinkowych koncepcji, progresywnych, nowatorskich aranżacji jest w bród, w ilościach niekiedy przytłaczających. Przypomniałem sobie jeszcze jeden element, którego jest znacznie mniej, a mianowicie instrumentalnych popisów. Tylko teraz słuchajcie, bo powiem tylko raz – solówek jest ogrom, w sumie każdy kawałek składa się z kilku solówek, jedna po drugiej, granych na zmianę przez muzyków. Cały myk polega na tym, że nie są one już tak nachalne, bajeranckie w odpustowym znaczeniu. Są subtelniejsze i — o ile można tak powiedzieć — szlachetniejsze. W sumie można tak powiedzieć o całym albumie – że jest szlachetniejszy, bardziej wyborny. Mimo tych wszystkich ochów i achów dychy nie postawię, '9' też nie, dam tyle, ile debiutowi. A to dlatego, że w całej swojej wytrawności, bywa niekiedy zbyt odległy, zbyt wydumany i ciut mdły. Jak dżentelmen koło 70-tki.


ocena: 8,5/10
deaf
oficjalna strona: www.seanmalone.net

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

23 marca 2010

Canvas Solaris – Sublimation [2004]

Canvas Solaris - Sublimation recenzja okładka review coverNagrany w 2004 debiutancki krążek formacji Canvas Solaris zagościł w moim odtwarzaczu jakieś dwa, trzy lata temu. Zagościł, zakręcił się kilka razy i powędrował na półkę w oczekiwaniu na lepsze (dla siebie) czasy. Już bowiem po pierwszym przesłuchaniu stało się jasnym, że album świata nie zawojuje, nawet o Burkina Faso nie powalczy. Ot – zagmatwany, instrumentalny metal zagrany przez trzech kolesi z USA. Można więc teraz zadać pytanie: czy jeżeli płytka trafiła do recenzji, znaczy to, że lepsze czasy wróciły? Otóż nie do końca. Prawda jest taka, że płytki słuchać się da i to nawet bez specjalnego zmuszania się, z drugiej jednak strony – oczywistym jest, że jest to produkt skierowany do wąskiej grupy ludzi, którzy poruszają się w takich właśnie klimatach, więc do specjalnie zjadliwych nie należy. Każdy, kto zetknął się z podobnymi wydawnictwami zdaje sobie sprawę, że w przypadku braku wokalisty i warstwy tekstowej w ogóle, cała energia zostaje skierowana na maksymalne skomplikowanie strony instrumentalnej. Przymiotnik 'progresywny' wydaje się w tym miejscu oczywisty, choć nieco za wąski znaczeniowo. Pomieszanie stylów, zróżnicowane instrumentarium, mistrzostwo warsztatowe – tym właśnie raczą nas chłopaki przez prawie czterdzieści minut debiutu. Sztuką jest nagrać album, którego każdy track jest łatwo rozpoznawalny, ale arcytrudne staje się to dopiero w przypadku zespołów instrumentalnych. Wydaje mi się dziś, że Canvas Solaris wychodzą z tego questa (prawie) obronną ręką. Każdy kawałek czymś przykuwa, czymś, co jest danego kawałka dominantą. "Cosmopolysyndeton" to wybitnie progowa kompozycja, bardzo skomplikowana i wieloplanowa. Następny w kolejce — "Spheres In Design" — może poszczycić się przyjemną melodią i jazzującym 'refrenem'. Za to "When Solar Winds Collide" przemyca kilka fajnych, plemiennych akcentów. Ponadto można tam usłyszeć ciekawe partie gitar oraz dobre solo w drugiej części utworu, co, wraz z ogólnym konceptem, sprawia, że kawałek rządzi bez żadnego 'ale'. W tym numerze mamy także możliwość usłyszeć kilka rockowych dźwięków a’la Status Quo bądź Dire Straits. "Cyclotron Emission" wraca do bardziej metalowych uderzeń, jest więc dość dynamicznie i żywiołowo, a jednocześnie nadal progowo. Początek "Syzygial Epiphany" przywodzi na myśl Sadista. Potem kawałek się mocno komplikuje skacząc pomiędzy motywami niczym pszczółka z kwiatka na kwiatek. Przedostatni numer nieco go w tym przypomina, choć nie można nie zauważyć kilku interesujących patentów gitarowych. Ostatni, tytułowy track rozpoczyna się bardzo spokojnie — aghora’owo — po czym powoli rozwija się w całkiem przemyślne outro, wzbogacone o afrykańskie bębny, kosmiczne przestery i nieco elektroniki. Trudno jest mi ocenić taki album, bo i muzyka łatwa nie jest. Nie mam żadnych wątpliwości co do faktu, że muzyka może się podobać i może wciągnąć, ale z drugiej strony aż tak bardzo mi nie robi. Bo, mimo wszystko, brakuje jej wyrazistości, czegoś, co pozwoliłoby powiedzieć: tak to gra tylko Canvas Solaris.


ocena: 7/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/canvassolaris

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

Electro Quarterstaff – Gretzky [2006]

Electro Quarterstaff - Gretzky recenzja okładka review coverO tym, że chłopaki z Electro to Kanadyjczycy, przekonacie się już po kilku pierwszych minutach albumu. Takiego miksu umiejętności technicznych i nieszablonowego podejścia nie znajdziecie nigdzie indziej na świecie. Najwidoczniej obecność Kanadyjskich Blondasków robi swoje i w głowach tamtejszych muzyków rodzą się niesamowite ilości nowatorskich i pojebanych pomysłów (choćby po to, by móc się do takiej dobrać). A później to wszystko przekłada się na tworzoną przez nich muzykę. Tak samo jest w przypadku instrumentalnego kwartetu z Winnipeg. A nie jest to jedyne zaskoczenie, które spłynie na was za sprawą bandu. Kolejne, najpewniej, okaże się jeszcze bardziej zaskakujące – otóż zespół składa się z aż trzech wioślarzy, garowego i nikogo więcej. Jednak brak basu doskonale rekompensuje, z jednej strony, porządny perkman, który dwoi się i troi by nadążyć za wygibasami gitarzystów i trzymać ich w ryzach, a z drugiej – sami gitarzyści, którzy kombinują jak tu polifoniami, niskimi strojami i innymi mykami zapchać, pojawiającą się po basie, dziurę. Efekt jest co najmniej porządny, bowiem nieobecności basu nie czuć wcale, czuć natomiast — co nie takie oczywiste — obecność trzech gitarzystów. Mam tu na myśli to, że dzięki takiemu zabiegowi muzyka zyskała na orkiestrowości – efekt podobny do wielokrotnego użycia skrzypiec w orkiestrze. Dodatkowo efekt gęstości potęguje użycie oktawera, który powiększa partie gitar o kolejne oktawy. W efekcie wydaje się, że gitar jest ileśnaście. I brzmi to ciekawie. Co więcej – tworzy charakterystyczny styl, który przecież w półświatku kapel instrumentalnych jest sprawą kluczową. Jeśli jeszcze do tego wszystkiego dodać, wspomniane już, mistrzostwo warsztatowe, to otrzymamy naprawdę ciekawe doświadczenie – pełne różnych klimatów, ciekawych melodii i riffów, niemal ciągłych zmian tempa oraz metrum i dużych ilości gitar. Bardzo dużych ilości gitar. I solidnej dawki mocy. Dla miłośników takiego grania – mus, pozostali mogą skosztować.


ocena: 7/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/electroquarterstaff
Udostępnij:

Jeff Loomis – Zero Order Phase [2008]

Jeff Loomis - Zero Order Phase recenzja okładka review coverMyślę, że pana Loomisa nie trzeba zbytnio przedstawiać. A wszelkiej maści ignorantów, którzy słysząc to nazwisko zastanawiają się, czy nie gra on czasem w Arsenalu jako prawy obrońca, odsyłam do zapoznania się z dorobkiem Nevermore. Już coś kminicie, jakieś skojarzenia, hę? Jeśli nadal nic, to powiem tyle, że jest on tam (w Nevermore, matoły!) odpowiedzialny za gitary (wspomagany innymi wybitnymi gitarniakami jak Smyth czy Broderick) i, co najważniejsze, wywiązuje się z tego zadania wzorowo. A tak to już z gitarzystami (i nie tylko) bywa, że gdy stwierdzą, iż są konkretnie zajebiści, to chcą świat uszczęśliwić albumem solowym – wystarczy wspomnieć Beckera, Romeo, Murphy’ego, czy Petrucciego. Co ciekawe, w tym samym roku także Warrel Dane — wokalista Nevermore — wpadł na równie oryginalny pomysł i wydał swój solowy albumu (jak będzie taka możliwość, to recka też się kiedyś pojawi). Skoro już wiemy, z jakim albumem mamy do czynienia, warto w kilku słowach napisać jaka muzyka się na nim znajduje. Nie zaskoczę was niczym, kiedy powiem, że króluje gitarowy onanizm – niezliczone ilości solówek, mielenia palcami okrutnych kombinacji, sweepów, tremolo, tappingów i całego tego tałatajstwa. Nie brakuje jednak także progowych czy balladowych utworów, chociaż raczej jest szybko i na złamanie karku. Przyznać jednak trzeba, że da się tego słuchać, co nie jest takie oczywiste, bo albumy Petrucciego czy Romeo są raczej ciężkostrawne; niemniej jednak na ponad pięćdziesiąt minut w dziesięciu odsłonach trzeba się odpowiednio przygotować. Prawda jest taka, że pomimo swoistej przyswajalności albumu, kawałki są do siebie dość podobne i raczej odtwórcze – słychać echa Jasona Beckera i "This Godless Endeavor". Beckerowską "Serranę" można usłyszeć w "Miles Of Machines", a "Devil Theory" oraz "Race Against Disaster" przywodzą na myśl "Altitudes". Generalnie Beckera słychać sporo – a to jakieś arpeggio, a to nutek kilka. "Jato Unit" poszczycić się natomiast może sweepami z "This Godless Endeavor", a początek "Shouting Fire At A Funeral" ogólnie ciągnie Nevermorem. Należy jednak jasno powiedzieć, iż dość podobne nie znaczy jednak identyczne – czasami bardziej rockowe, czasami bardziej thrashowe, czasami fusionem zaleci, a jeszcze innym razem jakimś orientem, jak np. w "Cashmere Shiv". Tu i tam pojawiają się popisy gości, a tych jest sporo i z bardzo wysokiej półki – Jarzombek w "Jato Unit", O'Brien w "Race Against Disaster", Kernon i Manring w "Cashmere Shiv". Byłbym zapomniał — za garami siedzi prawdziwy człowiek (co może zaskakiwać) — dudniący niegdyś w Nevermore Arrington – choć jakiś dzikich szaleństw raczej nie uskutecznia. Generalnie, jak na album instrumentalny i raczej nastawiony na gitary, jest dobrze. W głowie nie zawróci (zbyt wielu) ale posłuchać można.


ocena: 7,5/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/jeffloomis

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

Dysrhythmia – Pretest [2003]

Dysrhythmia - Pretest recenzja okładka review coverTrzeci album Dysrhythmii, jeszcze z Claytonem Ingersonem na basie. Trio instrumentalistów, którzy wzięli się za granie kompletnie niecodziennej muzyki. Muzyka dla tych, którzy lubią Gordian Knot, Canvas Solaris, czy Behold... The Arctopus. Błędem byłoby jednak powiedzieć, że jest to kolejna grająca techniczny prog instrumentalna kapela, bowiem muzycznie Dysrhythmia konsekwentnie realizuje własną wizję muzyki, której nie można pomylić z żadną inną. Są, wprawdzie, zagrywki, które wielokrotnie przewijają się w twórczości Behold..., ale to Dysrhythmia była jednak pierwsza. Charakterystyczne harmonie, czy raczej dysharmonie, praca gitary oscylująca raczej w górnych rejestrach, wyraźny i specyficznie bzyczący bas, a do tego inteligentnie bita perkusja. Gdyby tego było mało, Amerykanie unikają jakiegokolwiek uporządkowania i przewidywalności. Rytmicznie jest więc to muzyka dość popierdolona. Grana w dodatku tak, jak gdyby chłopaki trzymali się tylko bardzo ramowych założeń i zajmowali się sobą, bardzo lekko traktując poczynania pozostałych. Jest jednak w tym szaleństwie jakaś nutka geniuszu. Tego się, na prawdę, nie da pomylić z żadnym innym instrumentalnym projektem. Do tego dochodzą jeszcze takie atrakcje, jak np. oparty na flażoletach kawałek "Annihilation II" czy zaskakująco żwawy "My Relationship" w Motörheadowych tempach. Zresztą to nie wszystko, bo oryginalnych patentów jest tu niemało. Ale czegóż się można spodziewać po bardzo kompleksowym i urozmaiconym rocku połączonym z jazzem (bo raczej nie metalu)? Prawdę powiedziawszy – hybrydzie dość trudnej w odbiorze, wymagającej niemało skupienia i czasami niestety nużącej. Posłuchajcie sobie choćby "Touch Benediction", by przekonać się, że nie dla każdego jest taka muzyka. Zresztą, już rozpoczynający płytę "Bastard" jest dobrym przykładem na niezjadliwość płyty, więc zapewne większość odpadnie już przy nim. Ci, którym uda się wgryźć w muzykę, będą mogli doświadczyć wielkiej mnogości idei i koncepcji rozwiązań aranżacyjnych. Ale do tego trzeba mieć trochę jaj. Pomimo jednak sporej nietuzinkowości nie sposób nie zauważyć, że muzyka nierzadko zwyczajnie się dłuży i męczy. Czasami jest też do dupy podobna, bo chłopaki po prostu przekombinowują. Jest więc jeszcze nad czym pracować i eksperymentować. Ale i tak polecam.


ocena: 6,5/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/dysrhythmiaband

podobne płyty:

Udostępnij:

22 marca 2010

Gordian Knot – Gordian Knot [1998]

Gordian Knot - Gordian Knot recenzja okładka review coverCzasami bywa tak, że artyści muzyczni biorący udział w jakichś projektach muzycznych, wpadają na pomysł zrobienia czegoś nowego. Może to przybrać formę bądź to solowego albumu, bądź całkiem nowego projektu. W przypadku Gordian Knot mamy do czynienia z tym drugim. Osobą odpowiedzialną za koncept i mastermindem całej formacji jest jedyny i niepowtarzalny Sean Malone. Znany ongiś, za czasów Focusa, jako Shawn Malone. Ale, ale — powiecie — przecież to nie do końca tak. I będziecie mieli rację. Otóż Gordian Knot to coś na kształt sformalizowanej kontynuacji solowego projektu Seana. Zmieniła się etykieta, zmienili, po części, muzycy, lecz nadal jest to ten sam, dobry, kompleksowy mariaż progresywnego rocka z jazzem, przyprawiony bogatą instrumentacją i technicznym mistrzostwem. Może bardziej strawny dla słuchacza. No i wciąż jest to projekt stricte instrumentalny. Widać, że Seanowi nie brakuje pomysłów twórczych i że wciąż rozwija swoje muzyczne koncepcje. A muzyka jest tu doprawdy urozmaicona. Jeśli kojarzycie, a powinniście, "Textures" to już, mniej więcej, macie obraz muzyki znajdującej się na debiucie Gordian Knot. Przy czym to tylko połowa prawdy. Całości obrazu dopełniają spokojne, muzyczne wojaże po wielobarwnych krainach dźwięku. Gdzieniegdzie da się usłyszeć dalekowschodnie melodie rodem z Indii, gdzie indziej – pobrzmiewające echa Afryki. Utwory są dobrze przemyślane, mają ciekawą i zróżnicowaną strukturę. Każdy z nich ma swojego bohatera — instrument wiodący — który wybija się ponad pozostałe i kreśli niesamowite wizje. Raz będzie to elektryk w rękach Jarzombka, innym razem touch guitar pod palcami Gunna, a jeszcze innym – chapman stick by Myung. Nie zabrakło, oczywiście, Malone’a, który też dorzuca swoje trzy grosze. Którykolwiek z, zaangażowanych w projekt, muzyków by nie stawał na miejscu solisty, zawsze będzie to doznanie niemal ekstatyczne. Ale wystarczy spojrzeć na skład by zrozumieć, że tu nie mogło być żadnych przypadków. Wymienionych powyżej muzyków uzupełniają jeszcze Reinert i Snelwar. Powiedzcie, gdzie jeszcze można znaleźć takie nagromadzenie muzycznego geniuszu i talentu. I ten geniusz doskonale przekłada się na muzykę z "Gordian Knota". Nie dla każdego, jednak, będzie to muzyka do przełknięcia. Zapewne wielu stwierdzi, że takie pobrzdękiwania to jakaś kakofonia, bezład czy irytujący szum. Ale ci właśnie będą się mylić jak cholera. Ta muzyka wymaga skupienia i zaangażowania. I jeśli ktoś zdecyduje się poświęcić należny jej czas, odkryje nieopisane bogactwo i wielką mnogość muzycznych idei, które są tu zawarte.


ocena: 8,5/10
deaf
oficjalna strona: www.seanmalone.net

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij: