facebook
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą instrumental. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą instrumental. Pokaż wszystkie posty

23 listopada 2014

Carcariass – E-xtinction [2009]

Carcariass - E-xtinction recenzja okładka review cover
Zdaje się, że Carcariass pojawiło się pewnie cały jeden raz na łamach naszego bloga, a i to w kontekście jakiejś innej kapeli. Chyba więc najwyższa pora coś z tym zrobić, bo — jakby nie było — francuska grupa swoje lata ma i nawet dorobiła się własnego, całkiem oryginalnego stylu. Sęk w tym, że jest to dość wyjątkowy styl, kontrowersyjny to możne za mocne słowo, ale na pewno nie każdemu podchodzący. Cały myk polega bowiem na tym, że Francuzi grają dość mocno popową odmianę metalu: bardzo przystępną, melodyjną aż do szpiku kości, na poły instrumentalną (żeby nie denerwować babci w sąsiednim pokoju zbyt dużą ilością warczeń i pokrzykiwań), ale jednocześnie wirtuozerską i nieskazitelną pod względem produkcji.

20 maja 2014

Blotted Science – The Machinations Of Dementia [2007]

Blotted Science – The Machinations of Dementia recenzja okładka review cover
Instrumentalne trio pod wodzą Jarzombka może oznaczać tylko jedno – totalną dźwiękową rozwałkę poczynioną strukturami, wielopłaszczyznowością, intensywnością i stopniem komplikacji. Jest jednak zasadnicza różnica pomiędzy Blotted Science a wieloma zespołami instrumentalnymi, a mianowicie taka, że muzycy Blotted Science nie muszą nikomu niczego udowadniać. W związku z tym, album nie jest ledwie lichym popisem umiejętności manualnych, ale stanowi pełnoprawny i przemyślany album. Oczywiście, karkołomnych zagrywek jest tutaj od zajebania, jednak nie są one celem samym w sobie, a służą — i doskonale to słychać — większej sprawie, jaką jest granie dobrej, wymagającej muzyki. Debiutancki krążek amerykańskiego trio proponuje podróż w niezbadane i niewyeksploatowane pokłady progresywnego metalu pełnego najrozmaitszych smaczków i fantazyjnych detali.

17 stycznia 2014

Jeff Loomis – Plains Of Oblivion [2012]

Jeff Loomis - Plains Of Oblivion recenzja okładka review cover
Wygląda na to, że raczej średni odbiór "Zero Order Phase" nie zniechęcił Jeffa Loomisa do nagrania kolejnego albumu. Historia lubi się powtarzać, jak doskonale wiadomo, więc i z opiniami na temat "Plains of Oblivion" jest raczej tak se, a może nawet nieco gorzej. Nie pomógł nowy zestaw zaproszonych gwiazd (gitarzyści Chris Poland, Tony MacAlpine, Marty Friedman oraz pałker Dirk Verbeuren), ani nawet wygrzebany gdzieś na youtube, podobno zjawiskowy, basista o nieznanym nikomu nazwisku i niewiadomej aparycji. Oczywiście ani Loomisowi ani zaproszonym przez niego gościom nie można odmówić talentu, ale przecież nie samym warsztatem muzyka stoi.

11 listopada 2012

Abysse – En(d)grave [2012]

Abysse - En(d)grave recenzja okładka review cover
Mało brakowało, a olałbym ten naprawdę ciekawy zespół. A wszystko przez to, że zasugerowałem się oklepaną i w sumie drętwą nazwą, równie kiepskim tytułem oraz mało precyzyjnym bełkotem wydawcy. Poza tym — co chyba było moim największym błędem — dałem "En(d)grave" za mało czasu. Na szczęście udało się to nadrobić i już po przekroczeniu magicznej liczby pięciu przesłuchań z rzędu, wciąż miałem ochotę na następne. Francuzi grają ciężki acz dynamiczny kawałek muzyki zbudowany na fundamencie sludge i pewnych progresywnych odjazdów. O porównania nie jest specjalnie trudno, zwłaszcza, że chłopaki sami się zdradzili, tytułując jeden z kawałków bardzo, ale to bardzo wymownie – 'Mastodon'. Ale to nie wszystko, bo brnąc przez kolejne minuty (a tych jest 44), usłyszycie zagrywki charakterystyczne dla Gojiry czy nawet... Metallicy z okresu "Load"/"ReLoad".

17 października 2012

Cosmonauts Day – Paths Of The Restless [2011]

Cosmonauts Day - Paths Of The Restless recenzja okładka review cover
Sludge zza wschodniej granicy nie jest czymś, z czym mam styczność na co dzień, ale jak pokazuje przykład Cosmonauts Day – trochę budzącej trwogę egzotyki zawsze można wrzucić na ruszt. Z pozytywnym skutkiem, bo poziom techniczno-kompozytorski tego zespołu jest zaskakująco wysoki, a realizacja materiału w zasadzie nie odbiega znacząco od standardów cywilizowanego świata. Kwartet z Moskwy (czy okolic) swoją muzyką na glebę jeszcze nie sprowadza jak wielcy z Ameryki, ale pewien potencjał jest zauważalny, i gdy tylko starczy im wytrwałości, to jakaś sensowna wytwórnia przybędzie oswoić ich tłustym kontraktem. Ale to akurat temat na przyszłość, być może nawet odległą. Nazwę chłopaki zaczerpnęli bodaj od radzieckiego święta upamiętniającego wysłanie Gagarina na orbitę, klimat mają zbliżony do teledysku do mastodonowskiego 'Oblivion', więc wszystko jest tu mniej więcej jasne – entuzjaści kosmicznych odlotów, czy swobodnego bujania w obłokach (obojętnie czego) powinni być zadowoleni.

23 grudnia 2011

I'll Eat Your Face – Irritant [2010]

I'll Eat Your Face - Irritant recenzja okładka review cover
Zjem twoją twarz... – konotacje z Hannibalem Lecterem i podobnymi wesołkami nasuwają się same, jednak irlandzki duet nie osiągnął jeszcze tego poziomu ekstremy. I raczej nie zanosi się na to, żeby kiedyś tego dokonali, bo raz, że trudno cokolwiek zjeść z rajstopami na głowie (taki sobie kolesie wymyślili image – gang Olsena i Benny Hill się kłaniają), a dwa, że "Irritant" to raczej stonowany miks patentów charakterystycznych dla death metalu, sludge, ambitniejszego rocka, a nawet jazzu. Należy szybko dodać, że miks nawet udany, bo mimo nietypowo dobranych elementów składowych, materiał udało im się nagrać dość spójny, ciekawy, dobrze brzmiący, przyciągający uwagę oraz — wbrew tytułowi — absolutnie nie drażniący.

20 maja 2011

Levi/Werstler – Avalanche Of Worms [2010]

Levi/Werstler - Avalanche Of Worms recenzja okładka review cover
Nie będzie żadnym kłamstwem stwierdzenie, że spędzam ostatnio nad tym albumem jakieś 80 procent czasu przeznaczonego na słuchanie muzyki. Dziennie siedzę z muzą na uszach coś około trzech godzin, uśredniając. Daje to więc prawie dwie i pół godziny przesiedziane nad "Avalanche of Worms". I zapewniam – są to jedne z lepiej zmarnowanych godzin spędzonych z muzyką. Dawno, ale to dawno nie słyszałem tak zajebistego kawałka instrumentalnego grania. Mówię to z pełną odpowiedzialnością – jest to bodaj najlepszy instrumental jaki słyszałem w ogóle w całym swoim życiu, a słyszałem już niemało. Poza wszelkimi innymi cudownościami, album ten ma jedną, zasadniczą zaletę, przymiot prawdziwego geniuszu, coś, z czym spotykam się pierwszy raz w przypadku albumu instrumentalnego – totalność.

11 marca 2011

Canvas Solaris – Penumbra Diffuse [2006]

Canvas Solaris - Penumbra Diffuse recenzja okładka review cover
Jakim pytaniem można przyprawić filozofa o ból głowy (a, za przeproszeniem, filozofkę o ból łokcia)? "Czy ty?" Pytanie równie zawiłe można skierować do muzykologów – czy nie jest tak, że kapele grające instrumentalny prog to ubożsi kuzyni tych wyposażonych w gardłowego? W dalszej części tekstu postaram się udzielić odpowiedzi na to pytanie, zrobię to jednak tak, że ni cholery nie będzie można powiedzieć, jakiej odpowiedzi udzieliłem (trochę jak filozofowie). "Penumbra Diffuse" to drugi longplej amerykańskich instrumentalistów – tak w karierze, jak i opisywany na blogu. Po dwóch latach od debiutu muzyka trio uległa pewnym przeobrażeniom, choć powiedzieć, że jakoś specjalnie się rozwinęła to ciut za wiele. To, co wychwytywalne po pierwszych dziesięciu przesłuchaniach to spuszczenie z progowo-technicznego tonu, co oznacza mniej więcej tyle, że przestali chłopaki pokazywać kto ma jakiego i kto dalej nasika. O ile debiut naszpikowany był instrumentalnymi i kompozytorskimi cudeńkami i potworkami, o tyle "Penumbra..." nieco wyładniała i teraz przypomina już nie nrd-owską pływaczkę a lekkoatletkę.

10 maja 2010

Gordian Knot – Emergent [2003]

Gordian Knot - Emergent recenzja okładka review cover
Niby projektu nie zawieszono, szlag Ameryki nie trafił (choć mógłby), nikomu rąk nie pourywało, a jednak ostatnie wydawnictwo spod znaku Węzła liczy sobie już 7 lat. Kawał czasu, jakby na to nie spojrzeć. Niemniej jednak ta muzyka ma w sobie coś, co sprawia, że się nie przejada, nie powszednieje, a jeśli w ogóle starzeje się, to czyni to z godnością i klasą. Z muzyką generalnie, a tego rodzaju w szczególności, bywa różnie – niektóre albumy wybitnie źle znoszą upływ czasu, po iluś tam przesłuchaniach okazuje się, że nie ma już żadnych tajemnic do odkrycia, żadnych zaskoczeń, żadnych 'łał' – krążek zna się na wylot i okazuje się pusty i wyjedzony. A jak wiadomo – z pustego to i Olek ze Sławojem nie wychylą. Na szczęście przypadek Gordianowej płyty nie wpisuje się w ten smutny temat i nawet po wielu latach potrafi zaskoczyć nową nutą, dźwiękiem, który przez tyle lat umykał uwadze.

23 marca 2010

Canvas Solaris – Sublimation [2004]

Canvas Solaris - Sublimation recenzja okładka review cover
Nagrany w 2004 debiutancki krążek formacji Canvas Solaris zagościł w moim odtwarzaczu jakieś dwa, trzy lata temu. Zagościł, zakręcił się kilka razy i powędrował na półkę w oczekiwaniu na lepsze (dla siebie) czasy. Już bowiem po pierwszym przesłuchaniu stało się jasnym, że album świata nie zawojuje, nawet o Burkina Faso nie powalczy. Ot – zagmatwany, instrumentalny metal zagrany przez trzech kolesi z USA. Można więc teraz zadać pytanie: czy jeżeli płytka trafiła do recenzji, znaczy to, że lepsze czasy wróciły? Otóż nie do końca. Prawda jest taka, że płytki słuchać się da i to nawet bez specjalnego zmuszania się, z drugiej jednak strony – oczywistym jest, że jest to produkt skierowany do wąskiej grupy ludzi, którzy poruszają się w takich właśnie klimatach, więc do specjalnie zjadliwych nie należy.

Electro Quarterstaff – Gretzky [2006]

Electro Quarterstaff - Gretzky recenzja okładka review cover
O tym, że chłopaki z Electro to Kanadyjczycy, przekonacie się już po kilku pierwszych minutach albumu. Takiego miksu umiejętności technicznych i nieszablonowego podejścia nie znajdziecie nigdzie indziej na świecie. Najwidoczniej obecność Kanadyjskich Blondasków robi swoje i w głowach tamtejszych muzyków rodzą się niesamowite ilości nowatorskich i pojebanych pomysłów (choćby po to, by móc się do takiej dobrać). A później to wszystko przekłada się na tworzoną przez nich muzykę. Tak samo jest w przypadku instrumentalnego kwartetu z Winnipeg. A nie jest to jedyne zaskoczenie, które spłynie na was za sprawą bandu. Kolejne, najpewniej, okaże się jeszcze bardziej zaskakujące – otóż zespół składa się z aż trzech wioślarzy, garowego i nikogo więcej.

Jeff Loomis – Zero Order Phase [2008]

Jeff Loomis - Zero Order Phase recenzja okładka review cover
Myślę, że pana Loomisa nie trzeba zbytnio przedstawiać. A wszelkiej maści ignorantów, którzy słysząc to nazwisko zastanawiają się, czy nie gra on czasem w Arsenalu jako prawy obrońca, odsyłam do zapoznania się z dorobkiem Nevermore. Już coś kminicie, jakieś skojarzenia, hę? Jeśli nadal nic, to powiem tyle, że jest on tam (w Nevermore, matoły!) odpowiedzialny za gitary (wspomagany innymi wybitnymi gitarniakami jak Smyth czy Broderick) i, co najważniejsze, wywiązuje się z tego zadania wzorowo. A tak to już z gitarzystami (i nie tylko) bywa, że gdy stwierdzą, iż są konkretnie zajebiści, to chcą świat uszczęśliwić albumem solowym – wystarczy wspomnieć Beckera, Romeo, Murphy’ego, czy Petrucciego.

Dysrhythmia – Pretest [2003]

Dysrhythmia - Pretest recenzja okładka review cover
Trzeci album Dysrhythmii, jeszcze z Claytonem Ingersonem na basie. Trio instrumentalistów, którzy wzięli się za granie kompletnie niecodziennej muzyki. Muzyka dla tych, którzy lubią Gordian Knot, Canvas Solaris, czy Behold... The Arctopus. Błędem byłoby jednak powiedzieć, że jest to kolejna grająca techniczny prog instrumentalna kapela, bowiem muzycznie Dysrhythmia konsekwentnie realizuje własną wizję muzyki, której nie można pomylić z żadną inną. Są, wprawdzie, zagrywki, które wielokrotnie przewijają się w twórczości Behold..., ale to Dysrhythmia była jednak pierwsza. Charakterystyczne harmonie, czy raczej dysharmonie, praca gitary oscylująca raczej w górnych rejestrach, wyraźny i specyficznie bzyczący bas, a do tego inteligentnie bita perkusja. Gdyby tego było mało, Amerykanie unikają jakiegokolwiek uporządkowania i przewidywalności.

22 marca 2010

Gordian Knot – Gordian Knot [1998]

Gordian Knot - Gordian Knot recenzja okładka review cover
Czasami bywa tak, że artyści muzyczni biorący udział w jakichś projektach muzycznych, wpadają na pomysł zrobienia czegoś nowego. Może to przybrać formę bądź to solowego albumu, bądź całkiem nowego projektu. W przypadku Gordian Knot mamy do czynienia z tym drugim. Osobą odpowiedzialną za koncept i mastermindem całej formacji jest jedyny i niepowtarzalny Sean Malone. Znany ongiś, za czasów Focusa, jako Shawn Malone. Ale, ale — powiecie — przecież to nie do końca tak. I będziecie mieli rację. Otóż Gordian Knot to coś na kształt sformalizowanej kontynuacji solowego projektu Seana. Zmieniła się etykieta, zmienili, po części, muzycy, lecz nadal jest to ten sam, dobry, kompleksowy mariaż progresywnego rocka z jazzem, przyprawiony bogatą instrumentacją i technicznym mistrzostwem. Może bardziej strawny dla słuchacza. No i wciąż jest to projekt stricte instrumentalny.