facebook
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Austria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Austria. Pokaż wszystkie posty

20 lipca 2013

Summoning – Old Mornings Dawn [2013]

Summoning - Old Mornings Dawn recenzja okładka review cover
Trochę kazali na siebie czekać panowie z Summoning. Pytanie tylko, czy nowy album wart był tego czekania. Odpowiedź jest do bólu życiowa: i tak, i nie. Sprawa wygląda bowiem następująco: "Old Mornings Dawn" to krążek naprawdę dobry, w kilku miejscach ocierający się o nawet geniusz, inteligentnie nawiązujący do wcześniejszych dzieł, świetnie wyprodukowany i wciąż mający moc przenoszenia do tolkienowskiego Śródziemia. To, co zawsze było sprawą nadrzędną w muzyce Austriaków, czyli klimat, cały czas tam jest, wciąż można poczuć ciarki na plecach, gdy muzyka eksploduje majestatycznymi orkiestracjami, ciągle przed oczami przelatują krajobrazy odległych krain, tak wspaniale zatrzymane na kolejnych okładkach zespołu. To zostało, i chwała muzykom za to.

11 marca 2013

Summoning – Stronghold [1999]

Summoning - Stronghold recenzja okładka review cover
Jeżeli spodziewaliście się zjebki pod adresem ostatniego dziecka (a raczej bękarta) Wilczego Pająka, to musicie uzbroić się w cierpliwość i jeszcze chwilę wytrzymać. W końcu to wiekopomne dzieło zasługuje na recenzję co najmniej Pulitzerową, albo innego Zajdla. A dziś będzie kompletnie z innej beczki: druga strona czarnej, metalowej tęczy, gdzie skrzaty mają wygódkę – symfoniczny black/ambient rodem z Austrii, czyli nie kto inny jak tolkienizujący duet Summoning. Trzy lata po poprawnym "Dol Guldur", panowie Protector i Silenius wygłówkowali na tyle świeżego stuffu, że światło dzienne ujrzała nowa, czwarta już w dorobku zespołu, płytka. Całkiem bardzo dobra płytka jeśli mam być (dla odmiany, hehe) szczery. A na niej zmiany, zmiany i jeszcze raz... to, co zwykle. Oczywiście o żadnej rewolucji nie ma mowy, ale o ewolucji – to już jak najbardziej tak. Zacznę od elementu nie najbardziej oczywistego, lecz od kawałka zatytułowanego "Where Hope and Daylight Die", w który to kawałku gościnnie wystąpiła, szerzej nieznana, Tania Borsky.

20 grudnia 2011

Belphegor – Blood Magick Necromance [2011]

Belphegor - Blood Magick Necromance recenzja okładka review cover
Austryjaccy piewcy wszelkiej desekracji, po przejściu do Nuclear Blast, narzucili sobie (albo im narzucono – o to przecież łatwiej) ostre tempo, bo "Blood Magick Necromance" jest ich czwartym albumem w ciągu zaledwie pięciu lat. Ma to swoje plusy – gdy ktoś jest bezkrytycznym fanem Belphegor, to nie musi długo czekać na kolejne porcje necro-satanicznych manifestów. Są i minusy, bo przy tak napiętym wydawniczym terminarzu i zatrzęsieniu koncertów ciężko o złapanie oddechu, istnieje duże ryzyko pojawienia się rutyny, a przez to łatwiej coś przeoczyć, no i o prawdziwej świeżości można zapomnieć. Jak dla mnie, właśnie przez ten zapierdol kilka rzeczy im tym razem nie wyszło, a ilość minusów niemile zaskakuje. Przede wszystkim na "Blood Magick Necromance" austryjackie komando położyło nacisk na blackowy pierwiastek, co uczyniło materiał dość płaskim i jednolitym,

11 stycznia 2011

Summoning – Dol Guldur [1996]

Summoning - Dol Guldur recenzja okładka review cover
Wydany rok po premierze "Minas Morgul" trzeci studyjny krążek austriackich blackowców – "Dol Guldur" tylko potwierdził kierunek, w którym podążyła formacja. Nie mogło się oczywiście obejść bez — oczywistych, bo wynikających z ewolucji grupy — zmian. Nie obyło się niestety także bez pewnego zjazdu. Zaznaczyć jednak trzeba, że zmiany nie są natury estetycznej — bo "Minas Morgul" mocno osadził ekipę w symfoniczno-bombastycznym temacie — lecz kompozycyjnej i organizacyjnej. Należy przez to rozumieć proces dalszej monumentalizacji muzyki, tj. zmniejszenia ilości utworów przy jednoczesnym wydłużeniu (do ponad 10 minut!) czasu ich trwania oraz jej powszechnego spowolnienia i jeszcze większego zejścia melodii w background. Tak skonstruowana muzyka nabiera cech recytacji muzycznej, gdyż to, co się dzieje w tle ma funkcję wzmacniającą w stosunku do deklamowanych tekstów. Swoją drogą – jedyny (w najlepszym przypadku jeden z dwóch) czysty wyróżnik black metalu jako gatunku, który się jeszcze ostał, to właśnie skrzekliwe wokalizy.

26 kwietnia 2010

Summoning – Oath Bound [2006]

Summoning - Oath Bound recenzja okładka review cover
Po przygodzie z Nibelungami i Moorcockiem, austriacki duet Summoning powrócił do swojego ulubionego uniwersum – tolkienowskiego Śródziemia. Powrócił w wielkim stylu, bo klimat 'ciemnej strony Tolkiena' promieniuje z albumu potężnymi dawkami. I bez wątpienia jest w tym spora zasługa jednego kawałka: "Mirdautas Vras". Chciałbym, byście mnie dobrze zrozumieli – nie chodzi mi o to, że pozostałym kawałkom brakuje klimatu, nie, mam na myśli raczej fakt, że wraz z nagraniem "Mirdautas Vras" Summoning osiągnął swoje apogeum. W tylko tym jednym utworze skupiły się wszystkie najlepsze pomysły, jakie pojawiły się i przewinęły przez głowy muzyków od początku ich działalności. Po latach eksperymentów i eksplorowania nowych dziedzin, udało im się nagrać utwór wzorcowy, będący kwintesencją ich muzyki i muzycznej samoświadomości. Trudno jest mi wyobrazić sobie, by byli w stanie nagrać coś, co przyćmiłoby jego mistrzostwo (choć znając ich talent nie jest to wykluczone).

24 marca 2010

Die Verbannten Kinder Evas – Die Verbannten Kinder Evas [1995]

Die Verbannten Kinder Evas - Die Verbannten Kinder Evas recenzja okładka review cover
Czas odetchnąć od łomotu siekących blastów, wrzasku bluźnierczych manifestów i nieustannej akceleracji. Czas zatrzymać się na moment i dać ponieść wyobraźni. Czas na Die Verbannten Kinder Evas. Więc zaparzcie sobie herbatkę, zamknijcie siostrę/żonę/dziewczynę w piwnicy (Trzymamy się austryiackich standardów, co? – przyp. demo), wyłączcie komórkę i wygodnie rozsiądźcie się w fotelu. Play... W ciągu najbliższej godziny wasza wrażliwość i poczucie piękna zostaną naładowane potężnymi ładunkami wykwintności i dość ponurawej melancholii. Godzina ta wystarczy na rozluźnienie się i mentalne odpoczęcie. Po niej nawet (całkiem uzasadnione) ujadania wkurzonej siostry/żony/dziewczyny nie będą miały większego znaczenia. W pamięci bowiem wciąż będą się tliły resztki dźwięków i melodii wcześniej usłyszanych.

23 marca 2010

Summoning – Minas Morgul [1995]

Summoning - Minas Morgul recenzja okładka review cover
Tym albumem Summoning narodził się po raz drugi. Sporo się zmieniło: ze składu wykopano bębniarza Trifixiona, którego zastąpił automat, poprawiono też brzmienie, które w końcu przestało przypominać bzyczenie komara w studni nagrane na Kasprzaku. Największą jednak zmianą było odejście od stylu prezentowanego na poprzednim "Lugburz" – surowego, trzeszczącego i trochę komicznego blacku (posłuchajcie sobie "Where Winters Forever Cry" i spróbujcie się nie roześmiać). Wraz z "Minas Morgul" narodził się Summoning jakim go znamy do dziś – epicki, bombastyczny black, podpadający niekiedy pod dark ambient. Trzeba jednak pamiętać, że od wydania "Lugburz" minęło ledwie kilka miesięcy i w muzyce nadal słychać wiele pozostałości po tym pierwotnym okresie. Albumem wciąż rządzą blackowe tremolo, nieludzkie skrzeki i chłodna atmosfera, jednak zmiany, które się dokonały w okresie między oboma wydawnictwami, wpłynęły na zupełnie inny charakter muzyki.

Hollenthon – With Vilest Of Worms To Dwell [2001]

Hollenthon - With Vilest Of Worms To Dwell recenzja okładka review cover
Bozie, jak ja uwielbiam Prokofiewa! Dla samego "Lords of Bedlam" warto zakupić ten album. Mówię wam – dla takiej interpretacji klasycznego motywu jakim jest "Taniec Rycerzy" warto byłoby czekać wieki, wciąż oglądać Jarka w tiwi, patrzyć jak nasi piłkarze grając jak nigdy, przegrywają jak zawsze, czy choćby słuchać jak Nergal opowiada o walorach artystycznych Doroty R. Tak bardzo jak na nic innego. Dlatego powiem to raz jeszcze – dla tego kawałka warto mieć ten album, choć jestem pewien, że wartość albumu nie kończy się na tym tracku. Ja miałem to szczęście, że znam album od kilku lat, wy natomiast możecie się z nim zapoznać zaraz po przeczytaniu recki (o ile nie mieliście podobnego szczęścia jak ja). Austriacy bardzo świeżo podeszli do nie-tak-znowu-otrzaskanego tematu, jakim jest symfoniczny death

Belphegor – Bondage Goat Zombie [2008]

Belphegor - Bondage Goat Zombie recenzja okładka review cover
Z roku na rok Belphegor robi na mnie coraz większe wrażenie. Grają coraz lepiej i bardziej deathowo, systematycznie poprawiają brzmienie, poniekąd zyskują na popularności, a w dalszym ciągu wali od nich Diabłem na kilometr. Cholernie mi ta ewolucja spasowała, a "Bondage Goat Zombie" jest już którymś z kolei ich krążkiem, którego słucha się niesłychanie przyjemnie. Zwyczajowo przeważają (bardzo) szybkie tempa, brutalna gitarowa nawałnica i rzygające nienawiścią wokale. Najbardziej jednak rozpieprzają mnie te fenomenalnie chwytliwe, siarczane melodie, do których Helmuth ma jakiś wyjątkowy talent. Swoje robią także mocne 'chórki' (występują w wolniejszych fragmentach) i wyjątkowo czepliwe refreny. Tematykę utworów zdradza tytuł płyty, więc nie ma sensu, żebym się nad nią rozwodził, zwłaszcza, że sporą część tekstów napisano w języku, którego szczerze nie znoszę.