Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2022. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2022. Pokaż wszystkie posty

23 sierpnia 2022

Sadist – Firescorched [2022]

Sadist - Firescorched recenzja reviewAgonia zebrała pod swoimi skrzydłami grupę klasyków spod znaku technicznego/progresywnego death metalu, która na papierze wygląda całkiem klawo. Trzeba mieć jednak na uwadze, że chodzi o kapele po przejściach, które lata świetności mają dawno za sobą i które obecnie stać jedynie na mniej lub bardziej udane nawiązania do chlubnej przeszłości. Do tego grona zaliczam niestety Sadist, bo choć ten włoski zespół przez lata dostarczał mi sporo radości, kilka razy również mocno mnie rozczarował, w tym nudnym krążkiem sprzed czterech lat.

Sadist za sprawą Firescorched poprawił u mnie nieco swoje notowania, jednak nie na tyle, bym mógł znowu do nich wzdychać. Album całościowo jest trochę żwawszy i bardziej urozmaicony od „Spellbound”, a w stylu, podejściu do grania jednoznacznie odwołuje się do świetnego „Sadist”. Włosko-niderlandzko-francuskiej ekipie nawet nieźle wyszło przywołanie podobnego klimatu, ale z poziomem kompozycji nie poszło już tak dobrze. Raz, że muzyka nie jest aż tak absorbująca, a dwa, że prawie każdy jej element znamy już na wylot. Firescorched to płyta dość bezpieczna, może nawet esencjonalna, a to dlatego, że bazuje na sprawdzonych schematach i sentymencie do starych nagrań (w tym do debiutu Cynic).

Album powstał w odmienionym składzie, z nową, niemal gwiazdorską, sekcją rytmiczną (Jeroen Paul Thesseling i Romain Goulon), po której spodziewałem się przede wszystkim nieziemskiej finezji i ogromnego rozmachu oraz, trochę naiwnie, zaostrzenia stylistyki. Ku mojemu zaskoczeniu skończyło się tylko na tym drugim, bo w paru utworach wprowadzono ekstremalne (jak na Sadist) partie z blastami na pierwszym planie i niższymi niż zwykle wokalami Trevora. Pod każdym innym względem nowi muzycy nie grają na Firescorched nic ponad to, do czego przyzwyczaili nas przez lata Andy Marchini i Alessio Spallarossa. Niby wciąż oznacza to wysoki poziom, ale o wykorzystaniu olbrzymiego potencjału tkwiącego w składzie nie może być mowy.

Poziom muzyki, wykonanie – to w większym lub mniejszym stopniu się broni i powinno przekonać do siebie fanów Sadist. Ale produkcja?! Firescorched brakuje ciężaru poprzednich płyt – tego tłustego, nasyconego dźwięku. Z niewiadomych dla mnie względów Tommy postawił na może i czytelne, ale przeraźliwie suche, płaskie i po prostu mocno przeciętne brzmienie, które odziera muzykę z mocy, a do zwiększonych obrotów i blastowania pasuje jak rodzina Sasina do spółek skarbu państwa. Jak człowiek zarabiający na życie pracą w studiu nagraniowym mógł do czegoś takiego dopuścić?! Zamiast marnować kasę na teledysk i promocyjne barachło, rozsądniej było przeznaczyć ją na produkcję dorównującą choćby „Spellbound”.

I tak właśnie w moich oczach i uszach wygląda Firescorched – udaje album lepszy niż jest w rzeczywistości. Nie przeczę, że jest tu kilka kawałków, którym warto poświęcić czas (choćby „Burial Of A Clown”, „Accabadora”, „Trauma (Impaired Mind Functionality)”, „Fleshbound”), ale jako całość to materiał, który bardziej imponuje składem niż kompozycjami.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.sadist.it

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

31 lipca 2022

Suppression – The Sorrow Of Soul Through Flesh [2022]

Suppression - The Sorrow Of Soul Through Flesh recenzja reviewSuppression nie jest nową nazwą na mapie południowoamerykańskiego death metalu, ale ze względu na skromne dokonania (dwa demosy i epka) i niewielki ich zasięg dla większości słuchaczy zapewne będzie czymś świeżym i nieznanym. Pierwszą, skromną dekadę działalności zespół zamyka z przytupem, bo pełnoprawnym debiutem w barwach Unspeakable Axe; niezwykle udanym materiałem, który z miejsca stawia ich w czołówce nowej fali klasycznego death metalu – pośród Skeletal Remains, Rude czy Morfin.

The Sorrow Of Soul Through Flesh to muzyka, która równie dobrze mogłaby powstać w latach 1991-1993 – kiedy większość kultowych kapel miała już odpowiednio rozwinięte umiejętności techniczne, żeby doprowadzić swój styl do perfekcji, a nawet trochę z nim poeksperymentować. Suppression pięknie wstrzelili się w ten okres, jednak wbrew pozorom nie mielą najbardziej oczywistych wpływów na najbardziej oczywisty sposób. Chilijska ekipa bardzo dużo zawdzięcza zespołom, które, mimo iż klasowe, pod względem popularności były co najwyżej w drugiej lidze, i dopiero te inspiracje uzupełnia naleciałościami topowych grup. Dzięki takiej postawie The Sorrow Of Soul Through Flesh nie jest typową kalką muzyki z przeszłości i ma w sobie nieco oryginalności, której kompletnie brakuje choćby Gruesome.

Death metal w wykonaniu Suppression swą intensywnością i technicznym zaawansowaniem przywodzi mi na myśl „dwójkę” Gorguts oraz debiuty Disincarnate i Monstrosity. Ponadto muzyka ma w sobie coś z feelingu Death, dzikości Sadus czy brutalnego bujnięcia Cannibal Corpse, a w spokojniejszych i bardziej przestrzennych fragmentach nawet finezji Cynic i Pestilence z okresu „Spheres”. Zaprawdę mieszanka to wybuchowa, i chociaż na papierze może wyglądać nie do końca spójnie, to w praniu sprawdza się znakomicie – kipi latynoską energią i jest ozdobiona zacnym vandrunenowskim rzygnięciem. Pozytywne wrażenie dopełnia brzmienie The Sorrow Of Soul Through Flesh – z jednej strony surowe (ale bez toporności), a z drugiej należycie selektywne.

Większa część materiału przelatuje w żwawych, acz nieekstremalnych tempach, co nie oznacza, że muzyka jest jednowymiarowa albo nudna. W razie potrzeby Suppression potrafią nieco zwolnić, przyjemnie zamieszać, ubarwić całość solówką czy ciekawie pomykającym basem. Ten ostatni element najmocniej odróżnia ten zespół od podobnych im stylistycznie. Chilijczycy zastosowali ciepło brzmiący bezprogowy bas, który swobodnie faluje między pozostałymi instrumentami i nie daje o sobie zapomnieć, bo jest naprawdę dobrze wyeksponowany.

Nie mam zbyt wielu uwag w stosunku do The Sorrow Of Soul Through Fles, w dodatku są one raczej małego kalibru. Pierwsza dotyczy utworów instrumentalnych. Ten krótszy („Arrowheads”) mógłby zupełnie wylecieć bez szkody dla nikogo – ot akustyczna miniatura jakich wiele. Natomiast dłuższy („Unwinding Harmonies”) chyba powstał na zasadzie „wybierzemy kawałek na chybił trafił i wytnijmy z niego wokal” – basista szaleje, riffy są spoko, ale czegoś tu brakuje, no i próba zbudowania nastroju niezbyt się zespołowi udała. Druga, równie błaha kwestia to rozpoznawalność utworów – wszystkie są niezaprzeczalnie solidne i trzymają wysoki poziom, ale nie ma wśród nich numeru, o któremu można by prorokować, że zostanie hitem – tylko, że to samo mogę napisać o 99,9% młodych kapel.

Jeśli zatem cenicie starannie wyprodukowany (Colin Marston…) i bezbłędnie zagrany death metal starej (amerykańskiej) szkoły, to debiut Suppression jest dla was. Mnie chłopaki bardzo pozytywnie zaskoczyli swoim podejściem do takiego grania i na pewno będę miał na nich oko.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Suppression.Death.MetalY

podobne płyty:

Udostępnij:

16 lipca 2022

Kreator – Hate Über Alles [2022]

Kreator - Hate Über Alles recenzja reviewW kulturze zachodu, przynajmniej tego bardziej cywilizowanego, znęcanie się nad starszymi, wyśmiewanie ich nie jest najlepiej widziane, ale zrozumcie – czasem trzeba to zrobić. Weźmy taki Kreator, który przynajmniej od dekady zjeżdża gołą dupą po równi pochyłej i jakoś nie chce wyhamować. Bohaterowie tej recenzji, w porównaniu z Destruction i Sodom, z płyty na płytę dziadzieją i miękną na potęgę, choć w przeciwieństwie do tamtych kapel nie zaliczyli ostatnio żadnych poważnych zawirowań. Zaliczyli za to występ w telewizji śniadaniowej…

Hate Über Alles to już kolejny ładny i wymuskany album Niemców z serii dla mało wymagających niedzielnych fanów; jest nawet lżejszy, wolniejszy i bardziej rozmemłany od „Gods Of Violence”, przy zachowaniu jego wtórności, przewidywalności i schematyczności. Zaczyna się jednakowoż całkiem obiecująco — oczywiście po pominięciu kiepskiego „westernowskiego” intra — bo od żwawego utworu tytułowego, który robi tu za petardę i najlepszy w zestawie (analogia z „Repentless” jest aż nazbyt wyraźna), choć jako singiel wcale tak dobrze się nie zapowiadał. Następnie mamy mniej efektowny, ale wciąż przyzwoity „Killer Of Jesus”, który przelatuje bez zamulania (także dzięki sile rozpędu poprzednika). Później tempo muzyki Kreator wyraźnie siada, energia wyparowuje, wkrada się monotonia, a numery zlewają się w pozbawioną wyrazistości papkę z melodyjek i radosnych przytupów. Ostatnie przebłyski czegoś naprawdę ciekawego pojawiają się dopiero w „Midnight Sun”, numerze, który zaskakuje szybkim, agresywnym riffowaniem i, niestety, wciśniętym od czapy damskim wokalem. Ostatnie trzy kawałki to powrót do melodyjek i monotonii, z rozlazłym i nieruchawym „Dying Planet” na zakończenie.

Na Hate Über Alles nuda pojawia jeszcze szybciej niż na „Gods Of Violence”, co jest o tyle ciekawe, że materiał jest wypakowany całą masą typowo koncertowych, chwytliwych (w zamyśle) refrenów. Trudno oprzeć się wrażeniu, że dla Mille refreny są wszystkim – bez znaczenia, jak bardzo są proste, durne czy infantylne. Ma ich być dużo, bardzo dużo, od zajebania! I najlepiej, żeby się rymowały – wtedy ekstaza na koncertach gwarantowana, a kto wie, może i Komisja Noblowska spojrzy na twórczość Petrozzy przychylnym okiem. To jest, kurwa, dramat i rzecz, która — obok wtórności — chyba najbardziej zniechęca do tego krążka. Poza tym banalność refreników strasznie mi się gryzie z niby poważną tematyką tekstów i ogólnym politycznym zaangażowaniem lidera Kreator.

Z oczywistych względów nie można nazwać Hate Über Alles najgorszym albumem w historii Kreator, ale świadomość tego nie jest zbytnią pociechą, gdy brnie się przez zawarte na nim „przeboje”. Niemcy, jeśli chcą, potrafią zagrać konkretnie i z pazurem (tu szczególnie słowa uznania dla Ventora), wolą się jednak oszczędzać – ku uciesze bywalców oktoberfestów.


ocena: 5/10
demo
oficjalna strona: kreator-terrorzone.de

inne płyty tego wykonawcy:








Udostępnij:

4 lipca 2022

Origin – Chaosmos [2022]

Origin - Chaosmos recenzja okładka review coverPięcioletnia przerwa wydawnicza — nie liczę w tym miejscu zapchajdziury „Abiogenesis – A Coming Into Existence” — to dla Origin coś nowego, a zarazem niezaprzeczalnie rozsądnego. Jakby nie patrzeć, ostatnie albumy Amerykanów jakoś szczególnie nie różnią się od siebie, więc przy zachowaniu dotychczasowego, trzyletniego cyklu, istniało ryzyko doprowadzenia słuchaczy do wyrzygu, gdyby po raz kolejny dostali to samo. A tak proszę – wystarczyło dziadów wziąć na przeczekanie i wzbudzić w nich głód muzyki Origin, dzięki czemu Chaosmos, który w żaaaaaden sposób nie rewolucjonizuje stylu zespołu, powinien każdemu z fanów wejść bez popitki.

Na Chaosmos Amerykanie nie wprowadzili na tyle wyraźnych i głęboko sięgających zmian, żeby można było grubą kreską oddzielić ten krążek od poprzedniego; w każdym razie dla laików oba materiały będą identyczne. Ogólne schematy kompozytorskie praktycznie nie zostały naruszone, a muzycy Origin skupili się wyłącznie na aranżacyjnych niuansach i uwypukleniu chwytliwości. Właściwie w każdym utworze zawarto jakiś motyw przewodni albo wybijający się patent, do którego łatwo później wrócić pamięcią, więc pomimo sprinterskiego (zazwyczaj) tempa i technicznych szaleństw (zazwyczaj) kolejne kawałki nie zlewają się ze sobą w jednostajną sieczkę. Poza tym na Chaosmos znalazło się więcej miejsca na zwolnienia podbijające ciężar całości („Ecophagy”, „Chaosmos”), gdzieniegdzie mocniej zaakcentowano groove („Cogito Tamen Non Sum”), melodie („Panoptical”) oraz wpływy klasycznego brutalnego death metalu („Decolonizer”). Na sam koniec Origin rzucili ponad jedenastominutowego kolosa „Heat Death” – wyszedł spoko, bo dzieje się w nim naprawdę dużo, choć wszystko po ósmej minucie należy traktować jako outro. Coverów tym razem nam oszczędzono, gloria!

Pod względem produkcji Chaosmos wypada nieco okazalej niż „Unparalleled Universe”, co daje się szczególnie odczuć w wolnych partiach, choć i przy największych napierdolach muzyka Origin zyskała trochę więcej przestrzeni i czytelności. Przypuszczalnie to kwestia zmiany studia, bo za nagrania po raz czwarty (!) odpowiada duet Robert Rebeck i Colin Marston.

Chaosmos to trzy kwadranse muzyki dokładnie takiej, jakiej można było się po Origin spodziewać – może i już niezbyt oryginalnej, ale wciąż robiącej wrażenie swoją intensywnością. O jakimś przełomie nie ma mowy — wszak zarówno artystyczny jak i komercyjny mają już za sobą — ale to na pewno ich najlepszy album od czasu „Entity”.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Origin

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

25 czerwca 2022

Deathspell Omega – The Long Defeat [2022]

Deathspell Omega - The Long Defeat recenzja okładka review coverI oto stała się rzecz, której wielu ortodoksów nie przyjmie do wiadomości – Deathspell Omega po prawie dwudziestu latach czarowania swoimi nieraz rewolucyjnymi pomysłami radykalnie odmienili styl i stali się… mniej radykalni muzycznie. Na The Long Defeat zespół śmiało i bez oglądania się za siebie (i na innych) rozwija to, co na „The Furnaces Of Palingenesia” zostało zaledwie zasugerowane, niemal całkowicie zrywając przy tym z ekstremalnością poprzednich dokonań. Ktoś powie, że to szokujące, ktoś inny, że oburzające, natomiast ja wiem jedno – pomimo pewnych drobnych zgrzytów materiał wchodzi jak złoto, i to od pierwszego przesłuchania.

Przyczyna tego stanu rzeczy jest prosta – The Long Defeat to pod wieloma względami najprzystępniejszy album, jaki Deathspell Omega kiedykolwiek nagrali. Szybko daje się odczuć, że zespół skupił się tym razem na melancholijnym nastroju kosztem szaleństwa w muzyce – klimat rezygnacji, smutku i przygnębienia wypływa niemal z każdego taktu, a całość jest dość oszczędna, stonowana i zadziwiająco melodyjna. I mimo iż w trzech utworach (na pięć) pojawiają się przyspieszenia i blasty, to służą raczej wzbogaceniu ogólnej dynamiki aniżeli sponiewieraniu odbiorcy. Nawet w najbrutalniejszym w zestawie „Sie Sind Gerichtet!” ważniejsze wydają się subtelne melodie niż poziom pierdolnięcia – jest ostro, ale z wybuchowym „The Synarchy Of Molten Bones” ma to już niewiele wspólnego. Osobnym przypadkiem jest „Our Life Is Your Death”, w którym Francuzi zaserwowali granie z pogranicza lekkiego klimatycznego metalu i zadziornego rocka alternatywnego – coś takiego równie dobrze mogłoby się znaleźć na którejś z nowszych płyt Tribulation i nikt by się nie połapał.

Na wyjątkową łatwość w odbiorze The Long Defeat wpływa również uproszczenie muzyki – przynajmniej w stosunku do tego, co Deathspell Omega robili przez kilkanaście ostatnich lat. Z utworów praktycznie zniknęły dysonanse, rytmiczne odjazdy czy gwałtowne zwroty; ich struktury nie powinny stanowić wielkiego wyzwania – są przejrzyste, a kolejne części dość logicznie z siebie wynikają, można by rzec – są przewidywalne. Czy to źle? Niekoniecznie, bo choć nie robią mętliku w głowie, mają bardzo dużo do zaoferowania i są równie wciągające, co te z poprzednich płyt. Wspomniane już zgrzyty dotyczą jedynie końcówek „Enantiodromia” i „The Long Defeat”, które są trochę od czapy i wyglądają mi na doklejone na siłę.

Przy okazji prostowania muzyki Deathspell Omega wyczyścili sobie również brzmienie, dzięki czemu żaden riff ani perkusyjna zagrywka nie ma prawa umknąć słuchaczowi. Najbardziej zyskał na tym bas, który cały czas jest obecny na powierzchni i robi dobrą robotę szczególnie w wolnych fragmentach (a tych nie brakuje), a w takim „Our Life Is Your Death” chyba nawet przewodzi pozostałym instrumentom.

Kolejna duża i mocno rzucająca się w uszy zmiana dotyczy wokali. Na The Long Defeat Mikko Aspa nie jest jedynym, który odpowiada za odgłosy wydawane paszczą, bo towarzyszą mu Mortuus (Marduk i Funeral Mist), M. (Kriegsmaschine i Mgła) oraz niejaki Spica, który w tym towarzystwie ma najmniejsze osiągnięcia. Kto spisał się najlepiej – kwestia dyskusyjna, ja pewnie ze względu na przyzwyczajenie postawiłbym na Mikko. Ogólnie różnorodność głosów wyszła płycie na dobre, zwłaszcza w momentach, gdy barwa wokalu dobrze zgrywa się z muzyką (a taka spójność nie jest regułą) i podkreśla nastrój danej frazy. Ponadto ciekawie wypadają pojawiające się tu i ówdzie podniosłe chórki, mimo iż niekiedy brzmią jak Sulphur Aeon, innym razem jak Behemoth…

Po dziesiątkach przesłuchań The Long Defeat nie mam wątpliwości, że to dla Deathspell Omega początek nowej drogi i płyta przełomowa (zresztą nie pierwsza w ich karierze), po której już nic nie będzie takie samo. Po Francuzach spodziewano się awangardy i coraz większych szaleństw, tymczasem oni odważnie poszli pod prąd i stworzyli zupełnie nieoczywisty, normalniejszy materiał, który nikogo nie pozostawi obojętnym. No, teraz możecie wypatrywać Kardashianek w koszulkach Deathspell Omega


ocena: 8,5/10
demo
Udostępnij:

19 czerwca 2022

Decapitated – Cancer Culture [2022]

Decapitated - Cancer Culture recenzja okładka review coverOd czasu powrotu na scenę, Decapitated zmienił styl i gra sobie na luzie coś z pogranicza Groove/Death Metalu, czasami przechodząc w Deathcore. Nie inaczej jest i tym razem. Co do zasady, nie staram się mieć jakiś oczekiwań wobec zespołów i preferuję otwarte podejście do czegoś nowego, przyjmując rzeczy takimi, jakie są. Dlatego też nie goniłem z widłami i pochodniami za Morbid Angel, kiedy wydali „Illud Divinum Insanus”. To i też nie mam jakiś większych zastrzeżeń czy krytyki wobec Cancer Culture, choć nie jest to twór nawet tak w połowie szalony, jak tamten.

Gwoli dziennikarskiego obowiązku napiszę tylko, że zarówno tytuł płyty jak i zawartość tekstowa (autorstwa znanego wieszcza polskiego Metalu, Jarosława Szubrychta) nawiązuje do wszelakiej terminologii tzw. internetowej „kultury” (przez małe k). Z tego też względu, dla higieny umysłu i ciała, pominę kompletnie tą część i skupię się na samej muzyce.

Album zaczyna się standardowo z przytupem, choć bez większego polotu. Zaczyna się robić ciekawiej dopiero na singlowym „Just a Cigarette” i trzyma wysoki poziom tak do „Hello Death”. Owe tracki mogą być o tyle zaskakujące dla Metalowych purystów, że co do zasady są mainstreamowo-normalne w stosunku do tego, co można zazwyczaj usłyszeć w Death Metalu. Wątpię, aby jakiś eremef to puścił w radiu, ale potencjał hitowy jest. Po nudnym kolabo z Robbem Flynnem, idolem młodzieży słuchającej onegdaj Groove Metal, dostajemy ostatni fajny numer na płycie „Suicidal Space Programme” o dość melancholijnym motywie. Reszta płyty ani niespecjalnie ziębi, ani też nie grzeje.

I tak słuchając sobie tego wszystkiego, zacząłem się zastanawiać – na ile bym poświęcił tyle czasu i energii na ogarnięciu nowego Decapitated, gdyby zespół nazywał się inaczej? I czy wtedy by mi się chciało tak bardzo rozkładać wszystko na czynniki? Zapewne nie. Tak więc nawet jeśli jest to kolekcja kilku zgrabnych piosenek, to gdyby nie wypracowana marka, tego albumu mogłoby w sumie nie być i nic specjalnie złego by się nie stało.

Tak jak wspomniałem na początku, nie oczekuję powrotu do siermiężnego, przesadnie-technicznego, brutalnego Death Metalu, ani też nie uważam, żeby album był jakoś specjalnie kiepski. Muzyka po prostu sobie jest i istnieje, bez większego kopania dupy, co może nawet i lepiej.


ocena: 6,5/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/decapitated/

inne płyty tego wykonawcy:






Udostępnij:

10 czerwca 2022

Dark Millennium – Acid River [2022]

Dark Millennium - Acid River recenzja okładka review coverDawno, dawno temu poznałem tą ekipę przy rekomendacjach z rateyourmusic.com, przez co ich nazwa dobrze się mi kojarzyła i gdy ku mojemu zaskoczeniu pojawiły się re-edycje ich starych płyt, co się również zbiegło z reaktywacją grupy, to mogłem sobie przypomnieć o nich na nowo i tym razem porządnie, słuchając ich twórczości od deski do deski.

Zarówno „Midnight in the Void” z 2016 r. (wydany własnym nakładem i nie wiedzieć czemu nie wznowiony oficjalnie), jak i „Where Oceans Collide” z 2018 r. przeszły bez większego echa. Ja sam nie byłem jakoś specjalnie zauroczony tamtymi dokonaniami – wszak kontynuowały raz obraną ścieżkę, ale też nie miały większego polotu.

To i gdy w 2022 r. wyszło najnowsze dziecko formacji, zdziwiłem się lawiną pozytywnych recenzji w internecie. Początkowo myślałem, że może zwiększono budżet na marketing i promocję, ale kiedy tylko doszło do pierwszego odsłuchu, to od razu poczułem, że będę musiał o tym coś skrobnąć.

Gwoli ścisłości, Dark Millennium gra szeroko rozumiany Progresywny Metal, ale bardzo silnie osadzony w charakterystycznym, europejskim Doom/Death i to do tego stopnia, że błędnie myślę o nich jako o Holendrach, zamiast Niemcach. Nie jest to jednak Prog oparty o Jazz i technikalia, a bardziej o europejską muzykę klasyczną typu Beethoven, Mozart.

Acid River z miejsca intryguje formatem – 7 utworów po 7 minut każdy. Okładka ma tytuł płyty napisany do góry nogami, jakby autorzy chcieli, aby słuchacz odwrócił obrazek i odkrywał ukryty symbolizm. I przyznam, że nie wiem o co im chodziło, ale sama muzyka należy do kategorii z tych, które przyjemnie się rozkłada na czynniki pierwsze.

Jako, że recenzja jest już wystarczająco za długa, nie będę się specjalnie rozpisywał nad samymi trackami (mam nadzieję, że to docenicie). Zadowolcie się zamiast tego informacją, że poza szeroką gamą, różnorodnością i głębią utworów, tym co wywyższa ten album nad poprzednikami, jest jego kompaktowość – z płyty na płytę zespół skraca czas trwania swoich krążków, chętniej wyciągając potencjał ze swoich kompozycji, zamiast na siłę upychać jak najwięcej pomysłów. W połączeniu z autentycznym klimatem retro lat ’90 całość bardzo zgrabnie sobie płynie w odtwarzaczu.

Każdemu więc polecam podróż w samodzielne odkrywanie zawartości na własną rękę i jak najbardziej warto poświęcić trochę czasu nad studiowaniem tej muzyki. Inteligentne granie nie tylko dla koneserów.


ocena: 8/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.darkmillennium.de

Udostępnij:

7 czerwca 2022

Ectoplasma – Inferna Kabbalah [2022]

Ectoplasma - Inferna Kabbalah recenzja okładka review coverRecenzję „White-Eyed Trance” kończyłem następująco: Ectoplasma nie zawodzi i nic nie wskazuje, żeby to się miało zmienić w przyszłości. Ten tego… Grecy w krótkim czasie dorobili się renomy bardzo solidnego zespołu, którego kolejne płyty można kupować w ciemno. Tak też zrobiłem w przypadku Inferna Kabbalah. No i cóż… Koniec końców nie żałuję, jednak na pewno nie jest to materiał, który sprostał moim oczekiwaniom. Przyczyn tego stanu rzeczy należy zapewne szukać w 2021 roku, kiedy zaszło COŚ, co doprowadziło do całkowitego rozsypania się składu. O co poszło – nie wiadomo, bo wywiadów z muzykami brak, a żale wylewane przez nich w książeczce są mało precyzyjne.

W wyniku wspomnianego rozłamu w zespole ostał się jedynie oryginalny wokalista/basista Giannis Panagiotidis, który — jak mniemam — wcześniej zbyt dużego wpływu na kształt utworów nie miał. W sukurs przyszedł mu kolega z Humanity Zero, pełniący obowiązki gitarzysty i perkusisty Dimitris Sakkas. Właśnie ta dwójka odpowiada za 35 minut materiału podpisanego jako Inferna Kabbalah. Zmienił się skład Ectoplasma, znacząco zmieniła się i muzyka, choć to wciąż death metal w znajomej otoczce, może nawet bardziej oldskulowy, niż wcześniej – bo prostszy i mniej ekstremalny. To, że w kawałkach jest mniej charakterystycznych motywów albo że są poskładane w niezbyt wyszukany sposób, można duetowi wybaczyć, ba!, to nawet nie musi być problemem. Gorzej, że wszystkie co do jednego sprawiają wrażenie niedopracowanych, przygotowanych w pośpiechu i zagranych bez wcześniejszego polotu.

Sama muzyka nie jest zła, ale przez lata Grecy zdążyli już nas przyzwyczaić do wyraźnie wyższego poziomu – czy to jeśli chodzi o stronę kompozytorską, wykonawczą czy brzmienie. Inferna Kabbalah w każdym z tych punktów niedomaga. Utworów Ectoplasma nie mogę pochwalić ani za porządne pierdolnięcie, ani za jakąś szczególną wyrazistość (chlubnym wyjątkiem jest „Infestation Of Atrocious Hunger” – bardzo chwytliwy i z czymś na kształt solówki) – w swojej stylistyce są jak najbardziej poprawne, ale raczej nic ponadto. Wykonanie również nie rzuciło mnie na kolana. Nowy perkman daje radę, ale to zdecydowanie nie ta klasa, co Maelstrom. O dziwo lepiej radzi sobie jako gitarzysta. Rozczarowują wokale Giannis — dużo słabsze niż w przeszłości i w dodatku podane bez przekonania — co jest o tyle dziwne, bo miał doskonałą okazję, aby wykrzyczeć tu całe swoje wkurwienie. No i brzmienie – pierwotne, budżetowe i baaardzo przeciętne.

Jak na moje ucho muzycy Ectoplasma pospieszyli się z nagraniami. Od „White-Eyed Trance” upłynęły wprawdzie trzy lata, ale żaden fan nie miałby im za złe, gdyby jeszcze trochę się wstrzymali – uzupełnili skład, dopracowali utwory i nagrali je w przyzwoitych warunkach. Przy całej mojej sympatii dla zespołu za Inferna Kabbalah więcej niż i tak naciągane 6 i pół dać nie mogę.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Ectoplasma-1579524392276613/

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

29 maja 2022

Immolation – Acts Of God [2022]

Immolation - Acts Of God recenzja okładka review coverJako Polak z krwi i kości, recenzję Acts Of God zacznę od gmerania w przeszłości (jako Polak z krwi i kości, przejawiam również talenty poetyckie), bo z perspektywy czasu dość znacząco zaingerowałbym w oceny dwóch poprzednich płyt zespołu, choć bez zmieniania tego, co o nich napisałem. Oba krążki niedługo po wstępnym osłuchaniu trafiły na półkę, gdzie całkiem sprawnie idzie im zbieranie kurzu, bo nawet przy „wędrówkach” przez dyskografię omijam je szerokim łukiem. Nowy, mimo iż podtrzymuje delikatną tendencję zwyżkową, zapewne wkrótce podzieli ich los.

Zanim w ogóle przysiadłem do Acts Of God, nasłuchałem/naczytałem się przeróżnych zapewnień Rossa i Roberta o odświeżeniu stylu, wprowadzeniu wielu nowych i zaskakujących elementów oraz zupełnie odmiennym podejściu do produkcji. Ze słów głównodowodzących Immolation wynikało, że materiał będzie niemalże przełomem, a nie tylko pretekstem do jeżdżenia w trasy. No i cóż, skończyło się na tym, że zespół poszedł w ilość. Na Acts Of God to składa się aż 15 utworów (w tym dwa zbędne instrumentale) o łącznym czasie trwania 52 minuty, które siłą rzeczy szybko zaczynają się ze sobą zlewać, a pod koniec mogą zwyczajnie wywoływać znużenie. Pojawiające się tu i ówdzie nawiązania do kapitalnego „Shadows In The Light” pomagają tylko w niewielkim stopniu, bo trzon materiału stanowi mielonka oparta na patentach, którymi stały „Kingdom Of Conspiracy” i „Atonement”. Obiektywnie ogólny poziom kawałków jest bardzo wysoki, problem polega jednak na tym, że jest ich za dużo, są przy tym wtórne, a przez to umiarkowanie atrakcyjne. Nie do końca zgodziłbym się z opiniami, że Immolation od piętnastu lat nagrywają ten sam album, ale faktem jest, że formuła ich muzyki uleg(ł)a wyczerpaniu.

Z takiej obfitości utworów najbardziej — a w zasadzie jako jedyny — przekonuje mnie „Noose Of Thorns”. Może dlatego, że jest porządnie rozbudowany, bardzo gęsty i ciekawie poprowadzony, a może dlatego, że ma duuużo wspólnego z tym, co w „Shadows In The Light” najlepsze („World Agony”!). To jest właśnie miazga, jakiej oczekuję od Immolation, niekoniecznie oryginalna, ale z podana jajami – bynajmniej nie na miękko. Jednocześnie mam wrażenie, że ten numer robiłby jeszcze większe wrażenie, gdyby zespół ograniczył się do średnio-wolnego tempa. Poza jednym ewidentnym highlightem, w mojej pamięci krótkotrwałej osiadły tylko „Overtures Of The Wicked” i „Immoral Stain” – oba nieco śmielsze i mniej typowe rytmicznie. Cała reszta, mimo iż niezła, ma za mało wyróżników i nie wywołuje większych emocji.

We wspomnianym wcześniej „odmiennym podejściu do produkcji” jest sporo przesady, choć trzeba oddać Amerykanom, że na Acts Of God osiągnęli najmocniejsze brzmienie przynajmniej od dekady – masywne, a przy tym zadziwiająco selektywne. I w stu procentach rozpoznawalne. Tym razem team Orofino-Ohren zdecydowanie bardziej przyłożył się do roboty (za którą im płacą), a najwięcej zyskała na tym sekcja rytmiczna. Jest to o tyle istotne, że na Acts Of God trafiły najlepsze partie perkusji, jakie Steve kiedykolwiek nagrał – intensywne, urozmaicone i niemal finezyjne. Jeszcze coś – tak czytelnego basu Immolation nie mieli nigdy!

Jeśli chodzi o mój stosunek do Acts Of God, to jestem „raczej na tak”. Fani zespołu i tak kupią ten album, choćby z kolekcjonerskiego obowiązku, natomiast nie-fanów nie będę do tego specjalnie zachęcał. Obiektywnie są lepsze opcje. Daję 7,5 punktu, może nawet naciągane, ale trudno – będzie się z czego tłumaczyć następnym razem.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/immolation

inne płyty tego wykonawcy:






Udostępnij:

20 maja 2022

Aeviterne – The Ailing Facade [2022]

Aeviterne - The Ailing Facade recenzja okładka review coverDebiut Amerykanów mógłby być dużą sensacją na scenie nowoczesnego death metalu, gdyby na wczesnym etapie zainwestowano w marketing i wytworzono wokół zespołu odpowiednio tajemniczą otoczkę albo przynajmniej oficjalnie nie ujawniono składu. Mówię wam, byłby kult! Kiedy natomiast już wiemy, skąd się wzięli członkowie Aeviterne, jakie są ich wcześniejsze dokonania i podejście do grania, to ani styl muzyki, ani jej poziom nie są wielkim zaskoczeniem, to coś wręcz oczywistego. Na The Ailing Facade po prostu słychać ogromne umiejętności oraz doświadczenie, które zdobywa się latami.

W Aeviterne są zaangażowani ludzie, którzy maczali/maczają palce m.in. w Flourishing, Artificial Brain czy Pillory, więc można bez cienia ironii stwierdzić, że na graniu wymagającym i nieprzystępnym zjedli zęby. Każdy z nich ma na koncie pewne sukcesy (raczej artystyczne, nie komercyjne), a mimo to ciągle im mało, ciągle też mają pomysły na wzbogacenie tego stylu o nowe elementy – w tym przypadku o wpływy industrialu. Z tego co zauważyłem, zespół często jest traktowany jako bezpośrednia kontynuacja Flourishing (Bussanick i Rizk odpowiadają za „The Sum Of All Fossils”), co wydaje mi się pewną przesadą, bo chociaż patenty charakterystyczne dla tamtej kapeli pojawiają się także na The Ailing Facade, to o wiele więcej jest między nimi różnic, w dodatku radykalnych. Kolejnym nadużyciem w stosunku do Aeviterne jest etykieta „eksperymentalny death metal”. Zapewniam, że wystarczy sam death metal, choć z tych nowoczesnych i ponurych zarazem – gęsty i przytłaczający, w którym na pierwszym miejscu jest przygnębiający nastrój, nie zaś indywidualne popisy. Innymi słowy, to prawdziwa gratka dla fanów Gorguts, Ulcerate czy Ad Nauseam, choć i miłośnicy Portal i Altarage powinni znaleźć tu coś dla siebie.

Wspomniane już doświadczenie muzyków objawia się m.in. w układzie utworów – Amerykanie z pełną premedytacją na początek rzucili „Denature”, który wydaje się najbardziej przystępnym i bezpośrednim kawałkiem na płycie. Ponadto jest też najkrótszy i… zupełnie niereprezentatywny dla całości, bo sprowadza się do intensywnego i technicznego napieprzania z odrobiną melodii, fajną solówką i rzygającym po vandrunenowsku wokalem. Jako haczyk na słuchaczy sprawdza się doskonale; po takim otwarciu aż chce się więcej. Tego „więcej” przynosi „Stilled The Hollows' Sway”, ale tylko do czasu, bo po upływie trzech minut następuje gwałtowna zmiana klimatu, a Aeviterne zaczynają się bawić przestrzennymi i mniej oczywistymi formami. Od tego momentu stopniowo na powierzchnię przebijają się elementy industrialu, a materiał staje się chłodny i mechaniczny.

Warto zauważyć, że na The Ailing Facade zespół całkiem udanie zachował balans między graniem klimatycznym a brutalnym i uporządkowanym a chaotycznym, bez przeginania w którąkolwiek stronę. Poszczególne kompozycje są zbudowane z wielu uzupełniających się (w różnym stopniu) warstw, dzięki czemu album jest szalenie złożony i urozmaicony, nawet jeśli nie wszystkie elementy od razu rzucają się w uszy. Wsłuchajcie się chociażby, jak w obrębie utworów elektronika (współ)pracuje z perkusją – industrial wprowadza monotonię i przewidywalność, w tym samym czasie perkman kombinuje nie szczędząc kończyn, a oba te elementy zgrywają się rytmicznie. Z kolei drenującym czaszkę ciężkim riffom często towarzyszy wysokiej klasy basowa ekwilibrystyka.

Tak bogata i złożona muzyka bez odpowiedniej produkcji najpewniej zmieniłaby się w pozbawioną wyrazu papkę, więc duże słowa pochwały należą się tandemowi Jacyszyn-Marston, bo wykonali wzorową robotę. Dla każdego z instrumentów (i nie-instrumentów) w mixie przewidziano dużo przestrzeni, każdy jest też należycie czytelny, a całość — mimo mechanicznego charakteru — nie brzmi sztucznie.

Debiut Aeviterne to 51 minut wymagającego grania w stylu, który może zarówno męczyć, jak i hipnotyzować. Podobnie jak to było w przypadku „The Sum Of All Fossils”, wysłuchanie The Ailing Facade w całości pompuje w człowieka poczucie dumy, że zmierzył się z czymś wielkim, czego do końca nie ogarnia. Natomiast po pewnym czasie trudno już sobie odmówić kolejnych przesłuchań.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/aeviterne/

podobne płyty:

Udostępnij:

26 kwietnia 2022

Sarcasm – Stellar Stream Obscured [2022]

Sarcasm - Stellar Stream Obscured recenzja okładka review coverKto by pomyślał, że ekipa która w latach ’90 pozostawiła po sobie niewydany album i kompilację, nagle wróci i zacznie ciskać płytę za płytą, jak grom z jasnego nieba. Nie mogło to umknąć mojej uwadze, ale pierwszym materiałem, jaki byłem sobie w stanie sprawić, jest świeży, czwarty już album, Stellar Stream Obscured, wydany przez Hammerheart Records (oby zrobili re-edycję reszty ich dyskografii, wytwórnia ta ostatnimi czasy bardzo mi imponuje).

Gdy popłynęły dźwięki pierwszego utworu, to troszeczkę się skrzywiłem, bo bałem się, że będzie to kolejny Melodyjny Death/Black w szwedzkim wydaniu. Na szczęście dla mnie, była to tylko zmyła, gdyż reszta płyty jest w zupełnie innym, lepszym tonie.

Już następna kompozycja zbija z tropu, bo mimo iż wpływy Melo-Death’u dalej pozostają, to wchodzi melodyjność, jaką można spotkać w Doom/Death. Płyta w ogóle jest jakaś dziwna, bo poza wymienionymi czynnikami, przeplata się jeszcze niejednokrotnie masywne uderzenie gitar rodem ze starego Hypocrisy. Epicki, posępny, 8-minutowy „Ancient Visitors” najbardziej skupia sobie te wszystkie wyżej wymienione elementy.

Dalej robi się już nieco lżej i bardziej skocznie, choć melodie dalej trzymają się formuły i uderzają w refleksyjny ton. Co ciekawe, im dalej las, tym bardziej Black Metalowe tendencje zanikają i stopniowo ustępują typowo Death Metalowym. „The Spinning Tomb” brzmi jak jakiś odrzut ze starych czasów, bo nie tylko ma zupełnie odmienny wokal od reszty płyty, ale sama kompozycja przyjemnie pachnie starą old-schoolową stęchlizną. Przez to też odnosiłem nieraz wrażenie, jakbym słuchał holenderskiej produkcji zamiast szwedzkiej.

Tekstowo mamy do czynienia z koncept-albumem. Rok 2095, post-apokaliptyczna przyszłość. Ludzie zostają nawiedzeni przez starożytnych kosmitów, którzy tłumaczą genezę homo sapiens. Ziemia okazuje się być więzieniem dla ludzi (a to ci nowina), a nadchodzące kataklizmy będą niemalże sądem ostatecznym dla świata. Dalej fabuła się gmatwa i nie będę spoilerował, kim się okazali kosmici, bo sam nie jestem pewien, czy dobrze zrozumiałem sens, ale paradoksy czasowe i odniesienia do obecnej sytuacji na świecie jak najbardziej się przewijają.

Zapomniałbym wspomnieć o pojawiających się fortepianowych intrach w kilku utworach, oraz innych motywach quasi-symfonicznych. Od razu jednak uspokajam, że pojawienie się takowych ozdobników nie razi i dobrze wkomponowuje w całokształt. Zespół używa sobie swobodnie poszczególne elementy i żongluje ekstremalnością w zależności od potrzeby, co nadaje dużej wielowymiarowości muzyce.

Kończący płytę „Let Us Descend” wraca do klimatów z początku płyty, robiąc należytą klamrę spinającą materiał i aż robi się żal, że zaledwie po 40 minutach jest to już koniec płyty. Na szczęście można puścić cały album od początku.

Jest takie stare słowiańskie przysłowie – „ jeśli spodziewasz się Melo-Death/Black, to dostaniesz ultra-retro Doom/Death z nutką Gothic Metalu, w skandynawsko-holenderskim sosem”. Co poniektórzy fani szwedzkiej ekstremy będą pewnie zawiedzeni, ale wszelkie braki w intensywności są nadrabiane atmosferyczną głębią i wyjątkowym klimatem.


ocena: 9/10
mutant
oficjalna strona: sarcasmsweden.se
Udostępnij:

23 kwietnia 2022

Abbath – Dread Reaver [2022]

Abbath - Dread Reaver recenzja okładka review coverOkres poprzedzający proces przygotowania Dread Reaver to dla Abbatha głównie pasmo problemów, porażek i kompromitacji, czego najbardziej żenującym przykładem był ekspresowy „koncert” w Argentynie w ramach promocji „Outstrider” i późniejsze przepychanki w składzie na tle nie-wiadomo-jakim-ale-można-się-domyślać. Koniec końców Olve wylądował na odwyku, odstawił wódę i prochy i ponoć wyprostował swoje życie, jednak nie było pewności, czy pozbawiony procentowego wspomagania będzie w stanie stworzyć choćby przyzwoity materiał.

A tu proszę – nie jest tragicznie. Mnie w każdym razie Dread Reaver wszedł znacznie lepiej od poprzednika, choć do debiutu nie ma startu – to nie ten poziom kompozycji, a i wykonaniu brakuje trochę błysku. No i styl się zmienił, żeby nie napisać – ewoluował. Z góry uprzedzam wszystkich napalonych na blackmetalowy holokaust, że Dread Reaver to zdecydowanie zły adres i stuprocentowo pewna przyczyna srogiego rozczarowania. Materiał w głównej mierze sprowadza się do nieprzesadnie ekstremalnego black-thrash’u, w dodatku podanego z oldskulowym, a momentami nawet rockowym — bo lajtowe solówki łagodzą i tak już przystępna muzykę — feelingiem. Owszem, są tu dwie solidne petardy w postaci „Acid Haze” i „The Deep Unbound” — i to właśnie je bym wskazał jako najlepsze — ale reszta to już granie w równym stopniu czerpiące ze starego thrash’u, co ze środkowego/przejściowego okresu Bathory. Raz jest wolniej, raz szybciej, innym razem niby epicko i jakby nieporadnie (to o kawałku tytułowym, który jawi się jako najsłabszy w zestawie) – ogólnie nic przesadnie wymagającego.

Różnorodność na pewno jest jakimś atutem Dread Reaver, podobnie zresztą jak jego bezpośrednia przebojowość. Fajna dynamika, dość wyraziste riffy, ciekawe melodie – pod tymi względami album przewyższa „Outstrider”, brakuje mu natomiast szorstkości i choć odrobiny dzikiego charakteru. Doskonale słychać, że Abbath chciał tym razem stworzyć materiał czepliwy i bardzo nośny, wypakowany podniosłym refrenami (ewidentnie pod koncerty) i chwytliwymi riffami, a zadziorny tylko na tyle, żeby zanadto nie gryzł się ze skrzekliwym wokalem. Swoją drogą Abbath w paru miejscach (zwłaszcza w „Myrmidon” i „Dread Reaver”) brzmi nieco rozpaczliwie i nierówno, jak gdyby głos odmawiał mu już posłuszeństwa – czyli jak schyłkowy Quorthon.

Jak wynika z powyższych akapitów, Dread Reaver to najmniej „immortalowa” płyta w solowym dorobku Abbatha (nie licząc oczywiście I). Wprawdzie elementy typowe dla jego poprzedniego zespołu wciąż pojawiają się tu i ówdzie (najmocniej w „The Book Of Breath”), jednak tłumaczyłbym je raczej nawykami kompozytorskimi (i chęcią zatrzymania przy sobie starszych fanów), bo znacznie więcej tu patentów, które grubą krechą oddzielają obie kapele. Nawet wciśnięty w drugiej części krążka (nie zaś na końcu, jako bonus) cover „Trapped Under Ice” można traktować jako komunikat: zapraszamy matki z dziećmi, tu nie ma ani ekstremy, ani Szatana. Na ile ma to związek z potrzebą poszerzenia horyzontów, a na ile z deklaracjami Abbatha o jego dużej otwartości na reunion Immortal – ot zagadka?

Radykalne oblicze Abbatha, a przynajmniej to, z jakim mieliśmy do czynienia jeszcze na „Abbath”, to już przeszłość, z którą trzeba się pogodzić. Jeśli Norwegowi jeszcze starczy sił na kolejne albumy, to przypuszczalnie będą podobne do Dread Reaver – skoczne, przyjemne i z aspiracjami „stadionowymi”, ale nie rzucające na kolana.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.abbath.net

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij: