facebook
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jazz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jazz. Pokaż wszystkie posty

11 lutego 2013

Pestilence – Spheres [1993]

Pestilence - Spheres recenzja okładka review cover
Oj, odlecieli na tej płycie panowie z Pestilence! Dalej i wyżej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Stąd też jeśli dla kogoś niemożliwie genialny "Testimony Of The Ancients" był albumem przesadnie pokręconym, to tutaj najpewniej się zgubi, bo "Spheres" to coś znacznie więcej niż ciężki death metal. W zapomnienie poszły budujące klimat na poprzedniku klawisze, zaś w ich miejsce pojawiły się instrumenty budzące większe kontrowersje – syntezatory gitarowe, które nie raz dają o sobie znać w regularnych utworach (nawet w formie solówek) i rządzą w interludiach. Naturalnie normalne instrumenty nie zostały przez to zepchnięte w tło. Ba! Ich partie są jeszcze bardziej kompleksowe i trudniejsze do ogarnięcia, a pojawiające się nieraz zagrywki z pogranicza prog-jazz-fusion dodają całości interesujących smaczków i robią w strukturach jeszcze większe zamieszanie.

11 maja 2011

Farmakon – A Warm Glimpse [2003]

Farmakon - A Warm Glimpse recenzja okładka review cover
Lubicie miksy gatunkowe? Jeśli tak — a nie mam w tym momencie na myśli alkoholu — to niewykluczone, iż debiut Finów was zainteresuje. No bo co my tu mamy – europejską odmianę death metylu... eee... metalu charakterystycznego dla szwedzkiej sceny (ale nie tej 'ponadmelodyjnej'), obficie polaną progresywnym sosem wpływów jazzu i funky. Całkiem dużo tu technicznego grania, mieszania akcentów, wybiegów w klimatyczne rejony, ponadto często i gęsto pojawiają się czyste wokale. Upraszczając (bardzo, naprawdę baaardzo, i na siłę) sprawę, można by porównać chłopaków do panienek z Opeth. Tylko w przypadku Farmakon ten eklektyzm (o przecież znacznie szerszych podstawach) wypada spójnie i bardzo naturalnie, podczas gdy Szwedzi — w moim mniemaniu (i na szczęście nie tylko moim) — katują nużącym schematem pitoląco-groźnego przekładańca, w sam raz dla smutnych/mrocznych dziewczynek i chłopców, którzy postanowili poszukać łomotu poza bluźnierczym Linkin Park

23 kwietnia 2011

Aghora – Formless [2006]

Aghora - Formless recenzja okładka review cover
Długo kazała na siebie czekać ekipa pod wezwaniem Santiago Dobelsa, ekipa zupełnie odmieniona, zbudowana całkowicie od podstaw. Do wymiany poszli wszyscy poza samym Dobelsem, który — parafrazując Ludwika XIV — powiedział "Aghora to ja". Tym sposobem z zespołem pożegnała wokalistka Danishta, Cyniczna sekcja rytmiczna z oraz drugi wiosłowy Charlie. Biorąc pod uwagę zajebistość debiutu, takie roszady mogły budzić pewne zdziwienie (w końcu nie zmienia się zwycięskich składów) oraz obawy o poziom nowego albumu. Ubiegając jednak fakty powiem, że po dobrych dziesiątkach przesłuchań i mimo początkowego rozczarowania, udało się zespołowi wyjść z personalnych zawieruch obronną ręką i nagrać album, który, może nie tak wybitny, wciąż jednak dla miłośników progowo-jazzowych nut w orientalnych klimatach powinien być nie lada kąskiem. Ale po kolei.

2 grudnia 2010

Atheist – Jupiter [2010]

Atheist - Jupiter recenzja okładka review cover
Drogi czytelniku Anonimowy – specjalnie dla ciebie;].
Jeśli chcesz posłuchać czegoś szczerego i autentycznego – zapodaj sobie "Piece of Time", jeśli szukasz czegoś żywiołowego, czegoś z ikrą – kopiącego po jajach – włącz "Unquestionable Presence", jeśli interesuje cię muzyka do bólu pokręcona, technicznie doskonała – strzel sobie "Elements", jeśli natomiast chcesz Atheista na miarę XXI wieku – kup sobie Gnostic. "Jupiter" nadaje się głównie na półkę, w celach kolekcjonerskich, ponieważ wartości muzycznych nie ma wiele. Wcale – prawdę mówiąc. "Jupiter" bowiem jest albumem równie dobrym jak "Traced In Air". Amen.

29 września 2010

The Dillinger Escape Plan – Ire Works [2007]

The Dillinger Escape Plan - Ire Works recenzja okładka review cover
Bardzo ciekawie miksowały się moje odczucia względem "Ire Works" podczas pierwszego odsłuchu zaraz po premierze płytki – na zmianę pojawiały się refleksje, że "to już było", które po chwili ustępowały miejsca "a to coś nowego". Czyżby więc The Dillinger Escape Plan zaczęli zjadać swój ogon? Nic podobnego! To po prostu wypracowany i szybko rozpoznawalny styl Amerykanów. Powtarzają się tylko w jednym – ich krążki za każdym razem powalają. Nie inaczej jest z tym albumem – utwory skrzą się od połączenia skrajnie różnych pomysłów, są wyładowane sprzecznymi emocjami i dalekie od banału. Podobnie jak na "Miss Machine", tak i tym razem obok fragmentów ziejących brutalnością zafundowano trochę odjazdów w kierunku muzyki stosunkowo łagodnej. Wszystkie te elementy są jednak tak wymieszane, że nie jestem w stanie nawet w przybliżeniu powiedzieć jakie są proporcje. Cokolwiek by muzycy nie wyczyniali, brzmi to świeżo i cholernie atrakcyjnie.

24 marca 2010

The Dillinger Escape Plan – Miss Machine [2004]

The Dillinger Escape Plan - Miss Machine recenzja okładka review cover
Amerykańscy popaprańcy przy pierwszym — dodam, że szybkim — kontakcie z "Miss Machine" niczym specjalnym mnie nie zaskoczyli. Dopiero spokojne przebrnięcie przez całość uświadomiło mi fakt, że oto obcuję z wyjątkową płytą. Muzykę na tym albumie określiłbym nieco dziwnym mianem 'free-grind'. Wprawdzie bazą wyjściową jest (choć w sumie cholera wie, co im w tych krótkowłosych łbach siedzi) właśnie grindowy łomot, to fragmentów, gdzie mamy do czynienia z sieką stricte grindowej proweniencji nie ma aż tylu, ilu można by się spodziewać. Upraszczając: nie napierdalają non stop, choć z boku tak to może wyglądać. Dostajemy za to elementy niemal żywcem wyjęte z produkcji hard core, przebojowego rocka, jazzu, czy też... hmm... lajtowej alternatywy (?!), które sprawnie wpleciono w konkretnie popieprzoną, połamaną całość. The Dillinger Escape Plan to zespół świetnych instrumentalistów, którzy w żaden sposób nie mają zamiaru się ograniczać i znakomicie odnajdują się w każdym granym przez siebie gatunku.

23 marca 2010

Atheist – Elements [1993]

Atheist - Elements recenzja okładka review cover
Ostatnie dzieło Atheist jest bez wątpienia jednym z nielicznych ewenementów jakie ukazały się w całej historii metalu. O tym albumie można pisać rozmaite referaty, rozprawki naukowe oraz analizy, tak mocno jest nietypowy. Nie chodzi tu tylko o samą muzykę, ale także o samo powstanie tego albumu. Już samym ewenementem jest to, że zespół w chwili nagrywania "Elements" formalnie nie istniał, a krążek został nagrany tylko po to, aby wywiązać się z kontraktu!!! Nie było chyba jeszcze zespołu, oprócz Atheist, który aby wywiązać się z umowy nagrałby genialny album. Mało tego, ostatni genialny zapis Amerykanów został skomponowany i zarejestrowany w 40 dni!!! Aż się nie chce wierzyć, że tak unikalna muzyka powstała tak szybko i z takiego powodu. Żadna kapela nie nagrała jak dotąd takiej muzyki jak Atheist 16 lat temu.

Virulence – A Conflict Scenario [2001]

Virulence - A Conflict Scenario recenzja okładka review cover
Kto słyszał muzykę Virulence, ten wie, że jest to wielki zespół z niesamowitymi pomysłami na granie brutalnej muzyki. Virulence pochodzi z USA, a muzyką którą wykonuje jest techniczny grind/jazz/death. Niezła fuzja, co? Niezła to chyba za mało powiedziane. "A Conflict Scenario" to fenomenalny album, gdzie zawartych jest od chuja i ciut, ciut paraliżujących rozwiązań. Już pierwszy utworów w postaci instrumentalnego intra sugeruje słuchaczowi, że ma do czynienia z bardzo pojebaną muzyką, ale to dopiero malutki zaczątek tego, co dziać się będzie później! W każdym tracku znajdziemy prawdziwe jazzowe wstawki pierwszej klasy. Partie gitar na tym albumie to wyższa szkoła jazdy, piekielnie pojebane, połamane i skomplikowane riffy, które to coraz się zmieniają; to po prostu bombardowanie układu nerwowego. Mnóstwo zmian tempa, za które odpowiada pałker – trzeba powiedzieć, że ma niesamowite wyczucie.

Sadist – Tribe [1996]

Sadist - Tribe recenzja okładka review cover
Włoska scena death metalowa jest tak skąpa, jak skąpo chodzą ubrane piękności na południu tego kraju. Ciężko myśleć o muzyce, gdy widzi się mnóstwo pięknych dziewcząt hojnie obdarzonych przez naturę. Lecz znaleźli się panowie, którzy potrafili pogodzić ziemskie rozkosze z zamiarem stworzenia boskiej muzyki. "Tribe" to drugie dziecko włoskiego cesarza. Kto nie znałby Sadist, a usłyszał muzykę z tego albumu, zapewne mógłby pomyśleć, że ma do czynienia z królami piekieł z Florydy. "Tribe" to nietypowa, inteligenta i techniczna muzyka, no i rzecz jasna bardzo oryginalna. Każdy z 8 utworów oprócz genialnych partii tradycyjnych instrumentów posiada także klawisze. Keyboard zyskał tu nawet większe znaczenie niż u Nocturnus. Bardzo często spotkać możemy miejsca, gdzie występują same klawisze i perkusja. Robi to naprawdę niespotykane wrażenie. Tym bardziej, że motywy wygrywane na tym instrumencie nie mogą nie imponować.

Atheist – Unquestionable Presence [1991]

Atheist - Unquestionable Presence recenzja okładka review cover
Pamiętam, jak pierwszy raz usłyszałem fragmenty "Unquestionable Presence" i pozostałych dwóch dzieł Atheist, to było zupełnie nowe doznanie muzyczno-emocjonalne. Długo musiałem czekać, aby mieć pełny album amerykańskich mistrzów. Gdy już go miałem, Atheist — podobnie jak DEATH — przeniósł mnie w kompletnie inny wymiar, a tym samym w inną rzeczywistość, w świat, gdzie nie ma rzeczy niemożliwych. Może brzmi to trochę dziwnie, ale muzyka zawarta na "Unquestionable Presence" jest prawdziwym mistrzostwem świata i, tak samo jak muzyka DEATH, jest poza zasięgiem dla innych zespołów. Aby stworzyć taki materiał, trzeba mieć nieograniczoną wyobraźnię, umysł i talent, a właśnie te cechy mają wszyscy członkowie Atheist. Połączenie death metlu z jazzem, które miało już miejsce na jedynce tu po prostu eksplodowało, niesamowicie podnosząc i tak już bardzo wysoki poziom muzyczny zespołu.

Cynic – Traced In Air [2008]

Cynic - Traced In Air recenzja okładka review cover
Że tak sparafrazuję Kazia, chłopaka Isabel, znanego ex-premiera z Gorzowa: no, no, no! 15 lat czekania i taka kupa, tak się nie godzi. 15 lat na zrobienie czegoś równie zajebistego i przełomowego jak "Focus", 15 lat na dopieszczenie każdego szczegółu, dopasowanie każdej nuty, 15 lat na skomponowanie arcydzieła. Ale po chuj, jak można zrobić coś takiego. To już lepiej nic nie robić i pozostać kapelą jednego albumu, ale albumu przez wielkie "a". Pytam się raz jeszcze: po co w ogóle nagrywać cokolwiek, gdy pomysłów starcza na mniej niż połowę krążka? Niestety brak idei słychać doskonale w większości przypadków, z wyjątkiem może — znanych już z demka 2008 — "Integral Birth" i "Adam’s Murmur". Zupełnie niezrozumiałe jest nagrywanie materiału, który jest bardziej cipowaty niż Aeon Spoke.

22 marca 2010

Pillory – No Lifeguard At The Genepool [2005]

Pillory - No Lifeguard At The Genepool recenzja okładka review cover
Jeśli komuś zrobiło się przykro po rozpadzie Virulence, to pocieszenia może szukać w owrzodzonych ramionach Pillory, w którego szeregach udziela(ło) się dwóch członków tamtego wybitnie niedocenionego zespołu: perkusista Darren Cesca i wokalista/basman Chris Danecek. Skoro tacy zwichrowani zawodnicy pogrywają z nowymi, równie zachwianymi — i pewnie spalonymi — kolegami, to o efekt końcowy można być spokojnym. Mylące natomiast może być logo Unique Leader Records na okładce, bo Pillory niezbyt pasuje do jednowymiarowego katalogu tej firmy. Dużo lepiej wtopiliby się w Relapse (może — po ewentualnej reaktywacji — się doczekają, przynajmniej zyskaliby sensowną dystrybucję), bo muzyka Amerykańców jest programowo pojebana, posiekana jak szczury w chińskiej restauracji, rytmicznie rozdygotana, szalenie techniczna i maksymalnie ekstremalna.

Atheist – Piece Of Time [1990]

Atheist - Piece Of Time recenzja okładka review cover
Atheist był przez długie lata zespołem zapomnianym i niezbyt popularnym, nawet obecnie — po reaktywacji — nie otrzymuje takiej uwagi, na jaką zasługuje. Wielka szkoda, bo muzyka prezentowana przez tą grupę należy do wyjątkowo ciekawych, poruszających, nieszablonowych i... pojebanych. "Piece Of Time" to debiut Amerykańców i ośmielę się stwierdzić, że debiut wprost wyśmienity! Oryginalny i bardzo techniczny death-jazz metal z wyraźnymi wpływami thrashu (sporo tu Slayera) to mało powiedziane. Atheist rozpoznaje się od pierwszych sekund. Utwory, choć w większości bardzo krótkie (płyta trwa ledwie 32 minuty), zawierają w sobie tyle rozmaitych genialnych patentów, że bez problemu można by nimi obdzielić kilka (-naście? -dziesiąt?) mniej utalentowanych kapel.

The Dillinger Escape Plan – Calculating Infinity [1999]

The Dillinger Escape Plan - Calculating Infinity recenzja okładka review cover
Ukrywająca się pod nietypową nazwą zgraja niepozornych osobników w typie amerykańskim, swym pierwszym krążkiem w radykalny sposób wypięła gołe poślady na utarte schematy święcące triumfy w otaczającej ich muzyce, lejąc z góry (przyznacie, że z wypiętym dupskiem to niełatwe) na słodkie melodie i przejrzyste struktury. Ba!, posrańce wzięli się za obliczanie nieskończoności! Zadanie karkołomne, więc i muzyczny podkład stworzony przez The Dillinger Escape Plan do najprostszych nie należy. Mało powiedziane, oni w każdej sekundzie albumu udowadniają, że mają najebane jak stąd do potamtąd i jeszcze o rzut beretem hen hen. Chłopaki mają doskonałe umiejętności techniczne i szalenie szerokie horyzonty, więc korzystają z tego, co najdziwniejsze i najbardziej ekstremalne w hard core, jazzie i grindzie, dodając tu i ówdzie jakieś ni to noisowe, ni to ambientowe wtrącenia.

Aghora – Aghora [2000]

Aghora - Aghora recenzja okładka review cover
Jeśli Twoim zdaniem zespół Feel komponuje fajną muzykę, techniczny to inaczej szkolny cieć, Malone to koszykarz, a Aghora to nazwa proszku, co wybiela wszystko poza różem, to spierdalaj, to nie jest to tekst przeznaczony dla Ciebie. Pozostali mogą zostać. Ba!, wręcz muszą. Bowiem to, co stworzyła Aghora na swoim pierwszym albumie jest, po prostu, powalające. Prawie godzina doskonałej, fantastycznie zagranej i zaśpiewanej, energetycznej i nietuzinkowej mieszanki fusion i orientalnych klimatów. Ale kiedy się usłyszy kto stoi za takim cudem, nie powinno się być zaskoczonym ochami i achami. Elita jazz-metalowego światka, w dodatku w najlepszej formie. Zaczniemy, inaczej niż zwykle, od garów. Panie i Panowie, przed Państwem Sean Reinert. I wszystko jasne – Cynic, Death, Gordian Knot. Sekcję rytmiczną uzupełnia jedyny i niesamowity Sean Malone.

Cynic – Focus [1993]

Cynic - Focus recenzja okładka review cover
O ile dobrze pamiętam, to na pierwsze takty "Focus" — 36 minut wyśmienitego death-jazzu — zareagowałem osłupieniem, a w konsekwencji konkretnym ślinotokiem... Ten śmierć metal jest tu trochę na wyrost, bo mamy do czynienia bardziej z metalowym jazzem, zaś z death’owo-thrash’owej nawalanki wiele w muzyce Cyników nie pozostało. Z ówczesnego składu aż połowa uczestniczyła w nagrywaniu wielkiego "Human", zatem można było się spodziewać całkiem niezłej płyty, ale to cudeńko znacznie wykracza poza tak trywialne określenie. "Focus" to kosmos – płyta nietuzinkowa, pomysłowa, szalenie oryginalna, jednym słowem: wybitna! Skład uzupełnia jeszcze dwóch nieprzeciętnych techników: Jason Gobel (gitara) oraz Shawn Malone (bas). Naprawdę, bardzo trudno bez choćby odrobiny podniety podejść do tak niewiarygodnie zajobnej produkcji. Ten, komu wspomniany "Human" nie jest obcy, pokocha zarówno ten krążek, jak i tych, którzy go nagrali.