Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2015. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2015. Pokaż wszystkie posty

13 lutego 2018

Anus Magulo – Assophilia [2015]

Anus Magulo - Assophilia recenzja okładka review coverDo dupy z czymś takim! Ledwie się człowiek wkręci, a tu sruuu i koniec płyty. Gdyby chodziło o jakichś hipsterskich blekofców w kapturkach ponaciąganych na puste łby, to nawet bym temu przyklasnął, ale akurat Anus Magulo pocinają całkiem sensowny i urozmaicony grind, więc niedosyt jest spory i trochę wkurwia. Tak się bowiem składa, że zespół z Warszawy dzielnie kultywuje tradycje wielkich polskich załóg — z naciskiem na Parricide czy Dead Infection — co w skrócie oznacza, że hałasu robią dużo (mimo iż preferują co najwyżej średnie tempa), instrumenty opanowali na dobrym poziomie, a muzyce towarzyszy popierdolone, ocierające się o wsiurność (choćby w 'Januszku, napij się') poczucie humoru. Zabawa jest zatem naprawdę niezła, realizacja płyty spełnia wszelkie standardy (Malta kręcił gałkami), tylko czemu, ach czeeemu trwa to wszystko tak krótko?! Moi mili, "Assophilia" (podejrzany ten tytuł, biorąc pod uwagę, że pod albumem podpisały się trzy samce i jedna kobieta...) to tylko 10 utworów, które dają ledwie 20 minut plus kilka chwil ciszy przed 'ukrytym' kawałkiem z próby. Nie uwierzę, że zespół nie był w stanie wykrzesać z siebie więcej materiału! Tym bardziej, że to, co słychać na krążku, wcale nie sprawia wrażenia wymuszonego, a niektóre pomysły — vide saksofon i jazzowa wstawka w 'Rzucili kurwy na PGR' — świadczą o dużej odwadze zespołu i nieszablonowym podejściu do tematu. Anus Magulo równie dobrze radzą sobie z takimi ambitnymi zagrywkami co z prostym acz miażdżącym bujaniem w typie 'Kill Life', więc przynajmniej w teorii mogą sobie pozwolić na wiele. I właśnie tego "wiele" oczekuję od następnej płyty, bo "Assophilia" przelatuje zdecydowanie zbyt szybko.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/AnusMagulo

podobne płyty:

Udostępnij:

24 września 2017

Antropofago – Æra Dementiæ [2015]

Antropofago – Æra Dementiæ recenzja okładka review coverPochodzące z Francji komando Antropofago od paru lat tworzy death metal na przecięciu klasycznych wyziewów z Florydy i technicznej ekstremy spod znaku Origin czy Nile, wzbogacając swój przekaz dalekimi wpływami rodaków z Gorod. Trudno ich zatem uznać za twór wyjątkowo oryginalny, ale i tak pod tym względem wypadają znacznie lepiej niż wielu ich kolegów z podwórka. Ostatnie zdanie dotyczy naturalnie opisywanego "Æra Dementiæ", bo na debiucie aż tak różowo nie było i dlatego praktycznie nikt już o tamtej płycie nie pamięta. Teraz Francuzi mają znacznie większe szanse na zaistnienie w świadomości maniaków — tylko teoretycznie, krążek jest limitowany do zaledwie 500 sztuk — bo dokonali sporego kroku naprzód, rozwijając przy tym wyraźnie siłę swojej muzyki. Sprawność wykonawcza Antropofago nie ulega wątpliwości, bo każdy z instrumentalistów dostał na "Aera Dementiae" dość miejsca, żeby się wykazać pomysłowością i doświadczeniem. Najskwapliwiej korzysta z tego perkman, który ochoczo nawala głównie w tempach szybkich i bardzo szybkich, pamiętając przy tym o zachowaniu przyzwoitej dynamiki swoich partii. To właśnie jego gra plus przewijające się tu i ówdzie bardzo chwytliwe albo popieprzone riffy stanowią najjaśniejsze punkty wydawnictwa. Najlepiej słychać to w utworze tytułowym, a zwłaszcza w jego środkowej części, która na koncertach powinna rozruszać każdego sztywniaka. Jak więc widać, muzyków Antropofago stać na wprowadzenie do ekstremalnej sieczki paru haczyków, które — przynajmniej na czas odsłuchu — potrafią zwrócić uwagę i skłonić do ponownego odpalenia "Æra Dementiæ". To już sporo jak na zespół, który nie ma najmniejszych szans na awans do ekstraklasy. Piszę to z dużym przekonaniem, bo Francuzi wciąż miewają problemy ze spójnym łączeniem inspiracji, więc w numerach zdarzają się niepotrzebne zgrzyty czy patenty niekoniecznie pasujące do siebie. Do czołówki nie przebiją się także ze względu na produkcję, bo uparli się (choć to pewnie kwestia budżetu) na dość płaskie, wypośrodkowane brzmienie swoich płyt, przez które muzyka sprawia wrażenie dziwnie skompresowanej. Niemniej jednak Antropofago dostarczają brutalny death metal (z jednym odchyłem w stronę grindu) na całkiem niezłym poziomie, więc chyba warto dać im szansę.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Antropofago/259668169507.
Udostępnij:

12 września 2017

Prion – Uncertain Process [2015]

Prion - Uncertain Process recenzja okładka review coverBył taki czas na przełomie wieków, kiedy świat zachłysnął się death metalem z Brazylii. Wtedy to ogromne zainteresowanie budziły kapele pokroju Krisiun, Rebaelliun czy Abhorrence. Właśnie do tego okresu nawiązuje na swojej trzeciej płycie pogrywający dotąd bez sukcesów argentyński Prion. I choć wymienione zespoły słychać u nich na każdym kroku (z ogromnym, naprawdę bardzo dużym naciskiem na Krisiun), przedstawiciele sceny zza miedzy nie są dla tego trio jedynym źródłem inspiracji. Aby mieć pełniejszy obraz "Uncertain Process", wyliczankę wpływów trzeba koniecznie uzupełnić o pierwsze dwie płyty Hate Eternal i Angelcorpse. Szybki i agresywny death metal z niezłym zapleczem technicznym – oto z czym mamy tu do czynienia. Muzyka pozbawiona oryginalności w szerszym rozumieniu, ale za to zagrana z pasją i dość dużym zaangażowaniem. "Uncertain Process" może się zatem stać fajną sentymentalną wycieczką dla fanów do dziś ocierających łzy wzruszenia przy sieczce z "Apocalyptic Revelation" czy "Burn The Promised Land". Może, ale wcale nie musi, bo death metal w wykonaniu Argentyńczyków — choć bardzo ładnie nawiązuje do tamtej epoki — jest pozbawiony furii, która cechowała wczesne nagrania przywołanych zespołów. Brakuje mi tutaj dzikości, nieokiełznania i bardziej fanatycznego podejścia do napieprzania, czyli innymi słowy południowoamerykańskiego temperamentu. Niewykluczone, że te pierwotne instynkty charakteryzowały kiedyś także muzyków Prion, ale upływ czasu najzwyczajniej w świecie je przytępił i rozmył – wszak pod tym szyldem grają ponad dwadzieścia lat, więc zapewne mieli dość okazji, żeby się wyszumieć. To dlatego "Uncertain Process" jawi mi się tylko jako solidny krążek z umiarkowanym death metalem. Umiarkowanym, bo nie czuję tutaj chęci przełamywana barier, a raczej wypracowane schematy. Owszem – jest szybko, jest brutalnie, jest sprawnie wykonawczo, ale nic ponadto – panowie nie próbują być ani najszybsi, ani najbrutalniejsi, ani najbardziej techniczni. W uznaniu "Uncertain Process" za ponadprzeciętny materiał przeszkadzają też same utwory i ich rozbudowane struktury. Prion często lubi ponieść ambicja, więc naciągają kawałki ponad miarę, przez co tracą one część impetu i nie zostawiają tak dobrego wrażenia, jak powinny, a cała płyta w pewnym momencie robi się przydługa. "Uncertain Process" zakończono akcentem humorystycznym (przynajmniej tej wersji się trzymam) – coverem nudziarzy z Depeche Mode, który chyba tylko tytuł ma zgodny z oryginałem. Jeśli komuś mimo wszystko będzie mało, może jeszcze sięgnąć po uzupełniającą zestaw płytę dvd z trwającym nieco ponad czterdzieści minut koncertem z 2013 roku.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.priondeath.com.ar

podobne płyty:

Udostępnij:

28 marca 2017

Abyssus – Into The Abyss [2015]

Abyssus - Into The Abyss recenzja okładka review coverZaskakująca to rzecz, ale wychodzi na to, że w Grecji jest całkiem niezły klimat dla smrodliwego death metalu starej daty. Może to przez rozkładające się na plażach ciała uchodźców? Hmm... Abyssus to kolejny już przedstawiciel takiego grania z Półwyspu Apenińskiego; kolejny, który daje radę, choć nie proponuje nawet sekundy czegokolwiek oryginalnego. Ale tak naprawdę nie musi, bo i bez innowacyjnych rozwiązań "Into The Abyss" bardzo przyjemnie kręci się w odtwarzaczu, sprawiając sporo frajdy fanom zalatującego kultem death metalu, głównie tego z Ameryki. Podstawowe fascynacje Abyssus nie są trudne do wyłapania, bo walą po uszach od rozpoczynającego całość 'Into The Abyss' – Obituary i Autopsy. To pierwsze skojarzenie muzycy zawdzięczają przyjemnie wymiotnemu wokalowi (choć ekspresja jeszcze nie ta, co u Johna Tardy), drugie zaś bierze się ze struktur i mocno wyeksponowanego basu, jaki umiłowała sobie kiedyś ekipa Chrisa Reiferta. Kolejne nazwy — a są wśród nich choćby Massacre, Morgoth i Asphyx — stopniowo pojawiają się później. Pod koniec "Into The Abyss" człowiek ma już wrażenie obcowania z całym kanonem metalu śmierci, a przynajmniej z jego bardzo liczną reprezentacją. Mamy zatem do czynienia z graniem do bólu tradycyjnym, niezbyt szybkim (mimo iż delikatne wyjścia ponad średnie tempo w 'Revenge' i 'Visions Of Eternal Pain' w wykonaniu Greków robią bardzo dobre wrażenie), niespecjalnie złożonym, ale za to dostatecznie zróżnicowanym i przede wszystkim klimatycznym. Dużym atutem płyty jest ponadto jej spora chwytliwość osiągnięta za pomocą wpadających w ucho refrenów (ocierających się nieraz o grafomaństwo – luuuzik), nie zaś tandetnych melodyjek, jakich ostatnio mamy do wyrzygania. Ukłonem w stronę oldskulu miały być zapewne także i intra/outra do paru kawałków, ale akurat w tym przypadku chłopaki się zagalopowali. Raz że są one po prostu przestarzałe w nieatrakcyjny sposób, a dwa że nic z nich nie wynika oprócz nabijania długości płyty. Na koniec zostawiłem kwestię dysonansu, który mimowolnie pojawia się przy lekturze "Into The Abyss". Dzieje się tak ponieważ zespół gra sprawniej i brzmi lepiej niż tego od nich wymaga muzyka. Brakuje mi tutaj trochę brudu, szaleństwa i niechlujności, którymi może się pochwalić np. Obliteration. Klasyczne kapele techniczne braki nadrabiały dzikim entuzjazmem; muzycy Abyssus nie mają czego nadrabiać. Mimo to debiut Greków w swojej kategorii jest co najmniej udanym krążkiem.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Abyssus/144338552349700
Udostępnij:

18 sierpnia 2016

Nomad – Tetramorph [2015]

Nomad - Tetramorph recenzja okładka review coverOdpalając "Tetramorph" doskonale wiedziałem, czego się spodziewać, jednak już pierwsze pół minuty 'Tetrawind' sprawiło, że całą moją pewność mogłem o kant dupy rozbić. Okazało się bowiem, że Nomad postanowił nielicho (a przynajmniej całkiem przyzwoicie) zaskoczyć, a opisywana epka w żadnym wypadku nie jest kontynuacją znakomitego "Transmigration Of Consciousness". Co ciekawe, zespół ponownie skorzystał z charakterystycznych dla siebie motywów i zagrywek, ale znowu poskładał je inaczej, a przy tym tak umiejętnie, że uniknął jednoznacznych powtórek i samobójczego chapnięcia się za ogon. Już samo wskazanie, czym tak naprawdę "Tetramorph" różni się od poprzedzającego ją albumu, nie jest wcale zadaniem łatwym, bo z każdej strony atakują kontrasty (co w sumie jest normą w przypadku żywiołów), które raz przybliżają, a raz oddalają stylistykę "Transmigration Of Consciousness". Bilans wychodzi na... nie wiem, ale mi akurat to nie przeszkadza, bo tak interesująco skomponowanej płytki, z tyloma tajemnicami upchanymi pomiędzy dźwiękami chce się słuchać. Ta nieoczywistość (i fakt, że nie uzyskano jej technicznymi sztuczkami) jest chyba największym osiągnięciem Nomad i atutem "Tetramorph". Niby mamy tu sporo brutalnej młócki, ale jest ona równoważona bardzo stonowanymi fragmentami. Muzyka z początku sprawia wrażenie obskurnej, by z kolejnymi minutami wciągnąć tajemniczym klimatem. Kop energetyczny, który zapewnia spora dynamika, jest z czasem studzony partiami transowo monotonnymi. I tak dalej, i tak dalej – praktycznie dla każdego elementu znajdziemy inny, będący do niego w opozycji. Niezachwiany pozostaje tylko poziom utworów, który w przypadku "Tetramorph", możecie mi wierzyć, jest cholernie wysoki. Tym krótkim materiałem — jeśli nie jest on tylko eksperymentem — Nomad pootwierał sobie tyle dróg, że po przyszłym longpleju można oczekiwać dosłownie wszystkiego.


ocena: -
demo
oficjalna strona: www.nomad-band.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

30 lipca 2016

The Ritual Aura – Laniakea [2015]

The Ritual Aura - Laniakea recenzja okładka review coverAudi reklamuje się hasłem "przewaga dzięki technice". The Ritual Aura też tak powinni, oczywiście jakby było ich stać na prawa autorskie. A tak serio, to umiejętności Australijczycy mają niesamowite, kopara opada, jak sobie człowiek dokładniej posłucha, co też oni wyczyniają w ramach (i trochę poza) tak zwanego technicznego death metalu. Żeby jednak nie było nieporozumień – nieprzeciętny mają tylko warsztat, bo w podejściu do kompozycji awangardy ani specjalnych nowości nikt się tu nie doszuka. Jedynym większym odstępstwem od normy jest u nich zastąpienie basu ustrojstwem o nazwie NS stick – wielbiciele tappingu będą zachwyceni. Nie da się ukryć, że The Ritual Aura po prostu wybrali sobie taką dziedzinę, w której mogli się najbardziej wykazać, poszaleć, może nawet i poszpanować, ale na pewno nie chodziło im o przecieranie szlaków i szerzenie wydumanych idei – nieliczne teksty na "Laniakea" to kwestia co najwyżej drugorzędna. No i grają te swoje kosmosy, od których włosy w uszach dęba stają, a mózg się przegrzewa. "Laniakea" trwa tylko 26 minut, ale — w co nietrudno uwierzyć — jest bardziej nasycona nutami (i ogólnie pomysłami) niż przewidywana dyskografia Six Feet Under do 2025 roku. Brutalność – a i owszem, szybkość – jak najbardziej, agresywne wokale – ich także nie brakuje, jednak intensywność tej muzyki wynika przede wszystkim z jej złożoności, ciągłych zmian, dziesiątek nachodzących na siebie warstw i dość dużego eklektyzmu. Wśród tego zgiełku można wyłapać patenty charakterystyczne choćby dla Animals As Leaders, Fallujah, Son Of Aurelius, Arkaik czy Decrepit Birth – Australijczycy wymieszali wszystko na swój sposób i doprawili stricte neoklasycznymi wpływami, nadającymi utworom nieco lekkości. "Laniakea" ma kopa, odpowiednio nośną dynamikę oraz spore pokłady melodyjności, dzięki której płyty chce się słuchać, w przeciwieństwie do wielu innych super technicznych tworów nastawionych wyłącznie na jałową trzepankę. Nie bez znaczenia dla pozytywnego odbioru jest również wspomniana już długość płyty, optymalna dla takich szaleństw – w sam raz, żeby zaciekawić, zaimponować i wywołać niedosyt. Gdyby ta muzyczna gimnastyka trwała, powiedzmy, godzinę, to przypuszczalnie tylko najwięksi śmiałkowie byliby w stanie dotrwać do końca albumu. Na szczęście ten materiał przygotowano z zachowaniem zdrowego rozsądku, więc warto się The Ritual Aura zainteresować i wypatrywać, co też wymyślą w przyszłości.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/theritualaura

podobne płyty:

Udostępnij:

25 czerwca 2016

Sickening – The Beyond [2015]

Sickening - The Beyond recenzja okładka review coverJeśli komuś jeszcze mało brutalnego amerykańskiego death metalu we włoskim wydaniu, to polecam poświęcić trochę uwagi trzeciej płycie pochodzącego z Florencji Sickening. Jak szybko się zorientujecie, kolesie w żadnym wypadku nie odkrywają gatunku na nowo, a skupiają się bardziej na poprawnym interpretowaniu schematów, które 20-25 lat wcześniej dali światu mistrzowie z Suffocation. Skojarzenia z autorami "Pierced From Within" pojawiają się tu praktycznie na każdym kroku, jednak nie są jedynym, co Sickening mają do zaoferowania, choć nie ukrywam, że stanowią poważny procent zawartości "The Beyond". W każdym razie mamy raczej do czynienia ze zdolnym uczniem aniżeli pospolitym zapatrzonym w idoli klonem. Na korzyść zespołu na pewno przemawia dobry warsztat techniczny, niezłe brzmienie i umiejętność komponowania stosunkowo urozmaiconych utworów, które nie ulatują z głowy po kilku chwilach. O dziwo kawałki podopiecznych Amputated Vein nie sprowadzają do gradu blastów, a sam krążek pod względem szybkości jest raczej umiarkowany. Żebyśmy się dobrze zrozumieli – jeśli już Włosi napieprzają, a napieprzają często, to naprawdę idą w konkret. Na "The Beyond" chodzi jednak bardziej o intensywną pracę gitar, ciężar riffów i kombinacje w strukturach, a może i o odrobinę klimatu, który mają zapewnić sample z horroru Fulciego. Podobne podejście do tematu (ale bez uciekania w klimat) prezentuje Visceral Bleeding, choć akurat u nich jest więcej techniki i chwytliwości. Wracając do Sickening, panowie robią wysokiej jakości hałas, który powinien spasować przede wszystkim miłośnikom nieco starszej odmiany brutal death – tej, w której było więcej grania niż zamulania.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: sickeningofficial.com

podobne płyty:

Udostępnij:

18 czerwca 2016

Putridity – Ignominious Atonement [2015]

Putridity - Ignominious Atonement recenzja okładka review coverKiedyś już zdarzyło mi się polecać album trzeci Septycal Gorge fanom zawiedzionym nowym obliczem Hour Of Penance, natomiast teraz gorąco zachęcam do zapoznania się z "Ignominious Atonement" wszystkich tych, dla których "Scourge Of The Formless Breed" to niegodna uszu lajtowizna, a dokonania Wormed czy Defeated Sanity są zbyt wypolerowane. Putridity proponują wyłącznie totalnie brutalny death’owy nakurw w typowo podziemnej oprawie – gęsty, surowy, odpychający i bez najmniejszych urozmaiceń czy ozdobników. Zawartość tej jakże krótkiej (26 minut) płyty sprowadza się do raczej jednowymiarowej i morderczo intensywnej jazdy na najwyższych obrotach, u podstaw której leżą nabijane maniakalnie blasty, ciągłe pochody centralek (nawet w stosunkowo wolnym 'Mortifying Carnality' Davide Billia nie oszczędza dolnych kończyn), drenujące czachę riffy (w typie Disgorge na ostrym speedzie) i kompletnie nieczytelne wokale. Nikt o zdrowych zmysłach nie doszuka się na "Ignominious Atonement" znamion muzycznej rewolucji, ale już ewolucja Putridity, progres w granicach uprawianego stylu, a przede wszystkim w stosunku do poprzednich albumów jest wyraźnie odczuwalny. Nie żeby chodziło o nowoczesne podejście do grania, lub coś głębszego – po prostu napierdalają jeszcze bardziej (w czym duża zasługa wspomnianego perkmana), sprawniej pod względem technicznym (jakkolwiek popisy zdecydowanie nie są domeną Włochów) i z lepszą masywną produkcją (kolejny ukłon w stronę BrutalDave’a, bo to on kręcił gałkami w swoim domowym studiu). I to w zasadzie tyle ode mnie, bo nie ma sensu lać wody. Jeśli czyjemuś sercu są miłe takie wyziewy, to powinien się skusić – wszak trójka Putridity to jedna z najbrutalniejszych death’owch płyt 2015.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Putridity/107102589315040

podobne płyty:

Udostępnij:

24 maja 2016

Spirit Of Rebellion – The Enslavement Process [2015]

Spirit Of Rebellion - The Enslavement Process recenzja okładka review coverKiedy człowiek latami zasłuchuje się w muzyce takich mistrzów jak Gorguts, Cryptopsy, Martyr czy Neuraxis, to jest skłonny uwierzyć, że w Kanadzie gra się tylko wysokiej próby techniczny death metal. A potem trafia się na taki Spirit Of Rebellion, który brutalnie sprowadza delikwenta na ziemię. Nie chodzi jednak o to, że kolesie grają jakiś syf, bo nie grają, ale — patrząc na ich staż, niemłode już facjaty i koszulki zdradzające dobry gust — można by się spodziewać po nich czegoś więcej, choćby własnej tożsamości. Tymczasem panowie proponują niecałe pół godziny bardzo nieoryginalnego, bardzo zwyczajnego i totalnie przewidywalnego death metalu w typie amerykańskim, w którym czuć sporo bezpośrednich odniesień do Cannibal Corpse z przełomu wieków. Nie powiem, jak ktoś nie ma zbyt wygórowanych wymagań i nie przeszkadza mu coś niezobowiązująco hałasującego w tle, to "The Enslavement Process" może mu się nawet spodobać, ale nie potrafię sobie wyobrazić, że u kogokolwiek ten średnio szybki i średnio brutalny krążek trafi do czołówki w rankingu ulubionych. Spirit Of Rebellion robią wszystko całkowicie poprawnie, według sprawdzonych (przez innych) schematów i pewnie z jakimś zaangażowaniem, tylko jest to straszliwie oklepane i przemielone na wszystkie sposoby. Kolesie mają niezły warsztat, brzmią spoko, a ich muzyka trzyma się kupy, jednak nie potrafią utrzymać uwagi słuchacza odpowiednio długo – już w połowie płyty można o nich zapomnieć. Trochę to przykre, ale co robić, skoro kontakt z "The Enslavement Process" wywołuje tyle emocji co poranna wizyta w spożywczaku. Dlatego też, z korzyścią dla portfela, raczej daruję sobie poszukiwania ich poprzednich krążków.


ocena: 6/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Spirit-of-Rebellion/43847391483
Udostępnij:

14 maja 2016

Christ Agony – Black Blood [2015]

Christ Agony - Black Blood recenzja okładka review coverPo cichu liczę, że Cezar, jako Christ Agony, ma zamiar kontynuować świecką tradycję zapoczątkowaną przy okazji "Demonology"/"Condemnation" i na kolejnym longpleju nie powtórzy żadnego utworu z opisywanej epki, która tenże longplej właśnie zapowiada. Natomiast już trochę głośniej oświadczam, że czekam na materiał nagrany w pełnym składzie (na epce brakuje Reyash’a), w lepszym studiu, trochę bardziej twórczo potraktowany i przede wszystkim wprowadzający jakieś zauważalne nowości do wizerunku kapeli. Ale po kolei. Zasadnicza część "Black Blood" to materiał będący w prostej linii wypadkową kultowego "Moonlight" i średniawego "Nocturn" – tak pod względem brzmienia, jak i muzyki. Mamy zatem do czynienia z kawałkiem dość rozbudowanego i dynamicznego black metalu (aczkolwiek z death’owymi zapędami Młodego), który oparto na znanych i lubianych rozwiązaniach z przeszłości oraz paru nowszych – mniej udanych i niestety nudnawych. Wobec powyższego mam pewne zastrzeżenia do nieco nierównego poziomu 'Black Blood Ov The Universe' i 'Coronation', bo nie koszą one aż tak mocno jak powinny, choć na pewno rozbudzają apetyt na więcej. W obu przypadkach — i nie wiem, czy to dobrze czy źle — słuchaczowi nie raz będzie towarzyszyło wrażenie deja vu... Sam kilkukrotnie łapałem się na tym, że w paru co bardziej charakterystycznych partiach czekałem aż Młody zagra to samo, co mam zakodowane w głowie z "Moonlight" – do tego stopnia są podobne. Teraz zostawiam to bez komentarza, w przypadku longpleja będę jednak rzucał kurwami. To nie koniec reminiscencji, bo pod numerem trzy dostajemy jeszcze odgrzewanego kotleta, czyli doskonale wszystkim znany 'Kingdom Of Abyss'. Oryginał jest fajny i kopie, a że nowa wersja zbytnio od niego nie odbiega, to też sprawia trochę radości – tym bardziej, że zawiera żywą perkusję. Jednakże to wszystko mało, żebym przed "Black Blood" padł na kolana — jak to innym się zdarzyło — wszakże tak po prawdzie płytka zapowiada to, co już było...


ocena: -
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ChristAgony

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

24 kwietnia 2016

Dehuman – Graveyard Of Eden [2015]

Dehuman - Graveyard Of Eden recenzja okładka review coverTo lubię. Młodzieńcy z belgijskiego Dehuman nie dość, że dokonali dużego postępu względem debiutanckiego "Black Throne Of All Creation", to jeszcze rozwinęli się w kierunku, który mnie osobiście bardzo rajcuje. Chłopaki zaliczyli przy tym podobny przeskok jakościowy co zbliżony stażem szwajcarski Defaced – z zespołu niby solidnego, acz nieskładnego i raczej przeciętnego na pierwszej płycie awansowali na porządnego dopierdalatora na krążku numer dwa. Przepis na sukces, artystyczny, w obu przypadkach wyglądał tak samo: skonkretyzować styl, pozbyć się zapchajdziur i uwypuklić główne atuty. Dehuman postawili na konkretne riffy, bardzo zwartą perkusję i wspaniały klasyczny wokal. Nie bez znaczenia jest czystość gatunkowa "Graveyard Of Eden" – tradycyjny death metal w amerykańsko-europejskim stylu, bez zbędnych dupereli i ciśnienia na awangardę. O ile na debiucie było dużo przeróżnych wpływów i zapożyczeń (nie zawsze spójnych), tak na "Graveyard Of Eden" mamy już do czynienia z udaną syntezą Pestilence ("Consuming Impulse"), Asphyx ("Last One On Earth"), Gorguts ("The Erosion Of Sanity") i Malevolent Creation (obojętnie z jakiej płyty, byle tylko z Culrossem za garami), której słucha się po prostu wybornie. Proporcje szybkiego dopierdalania (Laye Louhenapessy lubi i potrafi poblastować), zwolnień, chwytliwych melodii i technicznych zagrywek są niemal idealnie wyliczone, dzięki czemu album może pochwalić się rzadko dziś spotykaną dynamiką. Dorzućcie do tego pięknie wymiotny wokal w typie van Drunen/Lemay, wpadające w ucho refreny (najlepsze są w 'Sepulcher Of Malevolence' i 'Obedience To Pestilence') oraz niby surową, choć bardzo czytelną produkcję, a w rezultacie otrzymacie krążek, który po prostu musi się spodobać wielbicielom klasycznego death metalu. Jeśli mi nie wierzycie, sprawdźcie tylko 'Invocation Of Sublime Death', 'Temple Of Lust And Fire', wspomniany już 'Sepulcher Of Malevolence' czy klimatyczny 'Goddess Of Sins', którym Dehuman kończą płytę. Taaak, to jest zespół z niezłym potencjałem; tylko co z tego, skoro Kaotoxin ma kretyńską politykę wydawniczą i bawi się w jakieś śmiesznie limitowane nakłady. Gdyby nie ta kłoda pod nogami muzyków, o Dehuman pisano by równie często, co o Skeletal Remains, niczego oczywiście nie ujmując Amerykanom.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/dehumanDM
Udostępnij:

1 kwietnia 2016

Norylsk – Catholic Dictatorship [2015]

Norylsk - Catholic Dictatorship recenzja okładka review coverNigdy nie miałem bezpośredniej styczności z muzyką Trockiego, choć i do mnie dotarła ich sława po tym, jak władowali na front "Permanent Revolution" okładkę Emerson Lake & Palmer autorstwa najwyraźniej nikomu nieznanego Gigera. Ta żenująca akcja w zupełności mi wystarczyła, żebym sobie na przyszłość nimi (ani pogrobowcem Norylsk) dupy nie zawracał. Tę moją słodką ignorancję przerwała dopiero zakrojona na szeroką skalę promocja ze strony Selfmadegod przy okazji "Catholic Dictatorship". Skusiłem się i, o dziwo, było warto. Opisywany album dostarcza pół godziny dość szybkiego, pełnego agresji grindu z bardzo zaangażowanymi (nie mylić z zaawansowanymi) tekstami w języku polskim. Od strony muzycznej płycie nie można wiele zarzucić, bo tempa są zadowalające, brutalności jest w sam raz, podwójny wokalny wyrzyg też jest cacy, a duża chwytliwość riffów świadczy o pewnym obyciu twórców i ich niechęci do popadania w najprostsze schematy. Wprawdzie nie ma tu aż tak mocnego pierdolnięcia, jak chociażby u Ass To Mouth czy Feto In Fetus, ale obstawiam, że jest to raczej kwestia zbyt czystego, a wręcz sterylnego dźwięku; zwłaszcza garów, które momentami brzmią jak cholerny automat. Niemniej jednak ogólne wrażenie jest pozytywne, zaś do kolejnych przesłuchań nie trzeba się zmuszać. Komu spasował ostatni krążek Lock Up (moje pierwsze skojarzenie), ten najprawdopodobniej łyknie i "Catholic Dictatorship", bo to stosunkowo podobny wygar, a dzięki wokalom nawet ostrzejszy. Jeszcze słówko o pełnej gniewu i wyrzutu stronie lirycznej. Panowie, w krótkich niewyszukanych formach, dają jasno do zrozumienia, co sądzą o polityczno-religijnym grajdole, w którym przyszło nam żyć; nie szczędzą przy tym kurew, bo tematy są poważne i nie ma sensu pudrować ich eufemizmami. Znając życie przez takie poglądy zespół w pewnych kręgach trafi (o ile już nie trafił) na czarną listę lewaków, sprzedawczyków i sługusów Unii Europejskiej. Cóż, taka jest cena za trzeźwy osąd rzeczywistości.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalna strona: norylsk.q4.pl
Udostępnij:

19 marca 2016

Alkaloid – The Malkuth Grimoire [2015]

Alkaloid - The Malkuth Grimoire recenzja okładka review coverDobrej Obscura’y nigdy za wiele. Nawet jeśli nie jest to Obscura. Alkaloid to kapela powołana do życia przez byłego perkusistę tej pierwszej – Hanessa Grossmanna, do której dokooptował całkiem zacny skład technicznie zorientowanych muzyków znanych z równie pokręconych kapel, takich jak Noneuclid, Necrophagist bądź Spawn of Possession. Przy takim składzie nie ma muzyki niemożliwej do zagrania, i tak rzeczywiście jest. Mimo wielu podobieństw do oryginału, muzyka Alkaloid ma swoje indywidualne sznyty. Jednak nie ma się co oszukiwać, że będzie to muzyka całkowicie oryginalna. Sporo z tego, co oferuje Alkaloid można, w mniejszym lub większym stopniu, znaleźć w każdej z wymienionych powyżej kapel. A także kilku innych, niewymienionych. Ważne jest natomiast to, że nie jest "The Malkuth Grimoire" pustą wydmuszką bezmyślnie serwującą wszystkie triki gatunku (bo chyba możemy już zacząć mówić i pisać o pewnym podgatunku technicznego i progresywnego death metalu). Co więcej, ekipie pod batutą Grossmanna udało się nagrać album ciekawy i wciągający, mimo iż wymagający pewnego poziomu zaangażowania oraz ogólnego osłuchania. Jak na swoją długość, niemal 75 minut, płyta w ogóle nie nuży, wręcz przeciwnie – zdaje się tworzyć coś na kształt dark space opery. Album ma swój własny rytm, widoczny dopiero z pewnej perspektywy, który — co jest dzisiaj coraz większą rzadkością — skłania do traktowania albumu jako jednej całości. Rozumieć to należy dwojako: płyta traci słuchana wyrywkowo, zyskuje natomiast odtwarzana zgodnie z kolejnością, którą przewidział dla niej kompozytor. Trzeba więc przygotować się na owe 75 minut, żeby móc się w pełni cieszyć twórczym kunsztem. Technicznie i wykonawczo "The Malkuth Grimoire" broni się niezależnie od sposobu dawkowania sobie muzyki. Jak na styl przystało jest klinicznie precyzyjny, selektywny, kiedy trzeba ostry, innymi razy głęboki i mięsisty. Klasę instrumentalistów demonstrują moim zdaniem najlepiej dwa utwory: "Alter Magnitudes" oraz "C-Value Enigma", zaś w warstwie twórczej tetralogia "Dyson Sphere". Jak już jednak wspomniałem, z korzyścią dla nas samych, najlepiej wygospodarować czas potrzebny na przesłucha nie całego dzieła. Wtedy i tylko wtedy każdy z fajerwerków będzie miał głębszy sens i idealnie wkomponuje się w całokształt przedsięwzięcia. Na zakończenie mała refleksja. Przy takim składzie i pewnego rodzaju modzie na tego typu muzykę Alkaloid mógł pójść w jednym z dwóch kierunków: wtórnego powielania schematów w nadziei, że ciemny lud i tak kupi, albo twórczego wykorzystania najlepszych wzorców i przekształcenia ich podług własnych upodobań i talentów. Cieszę się, że wybrał to ostatnie.


ocena: 9/10
deaf
oficjalna strona: www.alkaloid-band.com
Udostępnij:

6 marca 2016

Sadist – Hyaena [2015]

Sadist - Hyaena recenzja okładka review coverPodobno człowiek jest w stanie przyzwyczaić się niemal do wszystkiego. Ba, nie tylko przyzwyczaić, ale nawet polubić. Potrzeba jedynie czasu i wytrwałości. A czasami karabinu – vide syndrom Sztokholmski. Wspominam o tym dlatego, że nie do końca wiem jak ocenić (wysoko, kurwa! – przyp. demo) najnowsze dziecko legendy włoskiego grania, czyli oczywiście Sadista, zatytułowanego "Hyaena". Po dłuższym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że w grę wchodzą dwie opcje: (1) bardzo trudna miłość, bądź właśnie (2) przyzwyczajenie. Pozwólcie, że rozwinę. Pierwsze podejście do "Hieny" zakończyło się w połowie albumu, ponieważ nie dałem rady zdzierżyć już kolejnych dźwięków. Ale czegóż to nie robi się dla sławy i pieniędzy, więc po kilkudniowym odpoczynku przyszedł czas na kolejne podejście. Tym razem udało mi się przebrnąć przez cały materiał, a nawet doszukać kilku bardziej chwytliwych fragmentów. I tak, w ciągu kolejnych dni, z każdym kolejnym przesłuchaniem (z wielokrotną przerwą na papieroska jednakowoż) materiał zaczął sprawiać wrażenie ciekawszego, przyjemniejszego, może nawet ocierającego się o geniusz wcześniejszych longplejów. I może nie powinienem niepotrzebnie dzielić włosa na czworo, a po prostu uznać, że materiał swoją wielowarstwową strukturą i finezyjnym kompozytorstwem potrzebował czasu by przebić się przez głębokie pokłady mojej ignorancji, ale... Ale coś mi w tym wszystkim nie pasowało. W końcu przecież nie takie wydawnictwa brałem na warsztat, więc nie powinien mieć aż tylu wątpliwości. Bo prawda jest taka, że "Hyaena" nie jest tak dobra jak poprzednie dwa krążki. Brakuje albumowi motywu przewodniego, jakiegoś wystającego ponad bardzo zwartą konstrukcję akcentu, czegoś, co pozwalałoby w chociaż minimalnym stopniu odróżnić utwory. Jest po prostu nudny i wydaje się trwać w nieskończoność. Niemal wszystko, co dzieje się na płycie, jest takie samo, utrzymane w podobnych tonach, z podobną motoryką, podobnie gęste i zawiesiste. Nie ma w muzyce za grosz przestrzeni, w której całe to wielowymiarowe granie mogłoby się rozwinąć. W zamian dostajemy raczej trudny do polubienia amalgamat dźwięków, które nie zachęcają by się dalej z nimi mierzyć. Niespecjalnie pomagają wstawione tu i ówdzie orientalne melodie, które i tak ostatecznie giną w gąszczu lepkiego basu i aż nadto core’owych wokali. Ogólnie rzecz ujmując, za dużo tego samego. I chyba właśnie ta nużąca monotonia odpowiada za mój sceptycyzm. Nie zrozumcie mnie źle – "Hyaena" to nie tylko żal, bieda i ubóstwo. To wszystko, do czego Sadist zdążył nas przyzwyczaić wciąż tam jest: instrumentalna wirtuozeria, krystalicznie czyste brzmienie, mimo wszystko oryginalne kompozytorstwo – na tym polu Włosi nie oddali nawet piędzi. Problem z tym, że nie to jest kwintesencją albumu. Jedno z większych rozczarowań 2015 roku.


ocena: 6/10
deaf
oficjalna strona: www.sadist.it

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

28 lutego 2016

Grave – Out Of Respect For The Dead [2015]

Grave - Out Of Respect For The Dead recenzja okładka review coverZanim dorwałem "Out Of Respect For The Dead", zastanawiałem się, czy świat potrzebuje jeszcze jednej płyty Grave, wszak nagrali ich już całą masę, czyli równe dziesięć. Pierwsze takty 'Mass Grave Mass', oczywiście po wybrzmieniu intra, rozwiały wszelkie moje wątpliwości. Szwedzi wciąż są w wysokiej formie, a biorąc pod uwagę tempo niektórych kawałków, to napieprzają nawet bardziej niż ostatnio. Takie zróżnicowanie rytmów dobrze wpłynęło na końcowy rezultat, bo dzięki niemu album przy swojej długości w ogóle nie zamula, a okazji do żwawego młyna dostarcza co nie miara. Tym najszybszym utworom może i daleko do ekstremalnego (jak na nich) blastowania znanego z "As Rapture Comes", ale i tak są miłym urozmaiceniem firmowej mielonki w średnim i wolnym tempie, czego najlepsze przykłady (oprócz 'Mass Grave Mass') mamy w 'Redeemed Through Hate' czy 'Deified'. Mimo iż "Out Of Respect For The Dead" nawet przez sekundę nie proponuje nic zauważalnie nowego — czego fani Grave raczej od nich nie oczekują — to i tak jest materiałem odczuwalnie świeższym i bardziej wciągającym niż "Endless Procession Of Souls", a już na pewno mocniej kopiącym po dupie. Brak nowości nie oznacza jednak braku niespodzianek, bowiem na sam koniec Szwedzi zapodają prawie dziesięciominutowego kolosa, który z jednej strony powinien zmiażdżyć wiele głów, z drugiej zaś jego potężna objętość może zwyczajnie umknąć uwadze – tak płynnie jest zaaranżowany. Kolejną ciekawostkę mamy w kawałku tytułowym (też jeden z szybszych), bo muzycy Grave zrobili sobie w nim wstęp jak z 'Angel Of Death' – do pełni szczęścia brakuje tylko przenikliwego pisku Oli Lindgrena, hehe. Możecie mi wierzyć, że 50 minut z "Out Of Respect For The Dead" daje kupę satysfakcji związanej z obcowaniem z czymś stworzonym bez wielkiego ciśnienia, na luzie i z entuzjazmem niespotykanym u tak wiekowych zespołów. Zresztą spójrzmy prawdzie w oczy – dziś, kiedy Dismember i Edge Of Sanity już nie ma, Entombed rozpadł się od środka, a Unleashed zaczyna wymiękać, to właśnie Grave przewodzi coraz mniejszemu stadu weteranów szwedzkiego death metalu.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/GraveOfficial

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

9 lutego 2016

Lost Soul – Atlantis: The New Beginning [2015]

Lost Soul - Atlantis: The New Beginning recenzja okładka review coverOczekiwanie na piąty album Lost Soul przeciągało się już do tego stopnia, że można było zwątpić, czy "Atlantis: The New Beginning" w ogóle kiedykolwiek ukaże się w oficjalnym obiegu. Dla przypomnienia – nagrania rozpoczęto w 2013 roku... Ja wiem, że studyjna gehenna i paruletnie opóźnienia wydawnicze u polskich kapel to smutna reguła, z którą zmagają się nawet ci najlepsi, ale w przypadku Lost Soul to już, kurwa, woła o pomstę do czegoś Wielkiego, z Mackami i ukrytego pod dnem oceanów. Chwała zatem Przedwiecznym, że z pomocą Apostasy Records wyciągnęli zespół z witchinghourowskiego bagienka i zajęli się promocją nowej płyty. Najważniejsze w tym biznesowym szajsie jest to, że każdy zainteresowany za kilka eurasów może dostać "Atlantis: The New Beginning" w swoje łapska i zachwycać się nim do woli, bo to bezsprzecznie znakomity materiał. Pal licho liryczny koncept — wszak o dziejach Atlantydy pisał już niejeden zespół, w tym kilka gównianych — zawartość muzyczna "Atlantis: The New Beginning" urywa dupę i dostarcza mnóstwa powodów do estetycznej podniety. Od początku do końca mamy tu do czynienia z albumem w rozpoznawalnym (momentami aż za bardzo – o czym za chwilę) stylu Lost Soul, choć wzbogaconym o nowe wpływy, doświadczenia i, za przeproszeniem, członków. Wśród tych nowości znajdziemy m.in. riffy i rytmy mocno zalatujące thrash’em (np. w 'Ravines Of Rapture') czy blackiem (najmocniej dają o sobie znać w 'Vastitas Borealis' i 'Unicornis'), które w takiej ilości przyjemnie urozmaicają całość i czynią krążek mniej jednolitym. O ile na "Immerse In Infinity" dominowała sieczka w okrutnych tempach, tak na "Atlantis: The New Beginning" częściej do głosu dochodzą zwolnienia i patenty wprowadzające więcej przestrzeni i podniosłego klimatu: skromne orkiestracje (które niesłusznie będą porównywane do Fleshgod Apocalypse) i partie chóralne (te z kolei, już słusznie, można odnieść do starego Nile). W każdym razie na brak atrakcji nie można narzekać, bo samych zagrywek powodujących opad kopary — i nie mam na myśli wyłącznie solówek — jest tu od groma. Nowi ludzie w składzie spisują się bez zarzutów; nie tylko dobrze wywiązali się z powierzonych im przez wizjonera Lost Soul zadań, ale również dodali coś od siebie. Tu słowa uznania zwłaszcza dla Marka Gołasia, co do którego miałem najwięcej wątpliwości i znaków zapytania. Okazało się jednak, że chłop wymiata i ma zadatki na niezłego gitarowego przechuja. Rispekt! O Jacku Greckim mogę co najwyżej powtórzyć znane wszystkim truizmy – technicznie i kompozytorsko pozamiatał całą konkurencję, tworząc zestaw absolutnie przemyślanych i charakterystycznych utworów. No i przy okazji nagrał znacznie lepsze wokale niż ostatnio. Realizacja studyjna, zważywszy na ograniczone środki, trzyma dobry poziom (gary nie brzmią już tak sterylnie jak na "Immerse In Infinity"), choć na pewno nie można tu mówić o produkcyjnym topie. Owszem, jest w tym podziemny urok ("Dechristianize" się kłania), ale niestety brakuje prawdziwej, popartej ojrasami potęgi, która do Lost Soul akurat bardzo pasuje. Minusy... mnie najbardziej rzuciły się w uszy pojawiające się tu i ówdzie perkusyjne wzory, które żywcem przeniesiono z 'Revival', 'Simulation' i przede wszystkim z '216'. Rozumiem, że to fajne bicie, ale można było zaproponować w jego miejsce coś świeżego. Na koniec wspomnę jeszcze o czymś, co zwykle wyklinam, a tym razem dla odmiany szczerze polecam – bonusowe kawałki na wersji digipak. Dostajemy kwadrans pełnowartościowej jazdy, która od podstawowego programu płyty różni się tylko brakiem nawiązań do Atlantydy w tekstach, bo poziomem muzyki już nie. Spośród tej dodatkowej trójki wybija się zwłaszcza 'Sonidos del Apocalipsis', będący po prostu pokazem mistrzowskiej trzepanki – solo goni solo, a człowiek przestaje nadążać za pomysłami zespołu. Podsumowanie "Atlantis: The New Beginning" może być zatem tylko jedno, wszak rozpisuję się o najlepszym death metalowym krążku, jaki ukazał się w 2015 roku – kupować bez wahania!


ocena: 9,5/10
demo
oficjalna strona: www.lostsoul.pl

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

21 stycznia 2016

My Dying Bride – Feel The Misery [2015]

My Dying Bride - Feel The Misery recenzja okładka review cover"Poczuj nędzę" – nie wiem jak was, ale mnie ten tytuł nie nastrajał zbyt optymistycznie do dwunastego longa My Dying Bride. Tym bardziej, że niedawno przeżyłem coś na kształt kryzysu wiary w potencjał kapeli, na który nałożyło się kompletne znudzenie krążkami z paru ostatnich lat. Mimo wielu moich — uzasadnionych! — obaw okazało się jednak, że "Feel The Misery" jest albumem trochę lepszym i bardziej wyrazistym od "A Map Of All Our Failures", choć nadal nie tak dobrym, jakiego od tego zespołu oczekuję. Początek płyty to trzy naprawdę solidne ponad dziewięciominutowe (!) walce – ciężkie, ponure i rozbudowane, ale na tyle dynamiczne i sprawnie zaaranżowane, że nikomu nie powinno się przy nich zbierać na ziewanie. Najlepiej spośród tej trójki prezentuje się 'A Cold New Curse', bo to My Dying Bride jakiego mi brakowało najbardziej – świetnie przemyślane zmiany tempa, zaczepne riffy, zróżnicowane wokale, dodające głębi klawisze i przede wszystkim sączący się zewsząd klimat. W tym kawałku Brytole najbardziej zbliżyli się do tego, co robili — i to już dość dawno temu — na monumentalnym "The Dreadful Hours". W związku z powyższym pierwsze pół godziny "Feel The Misery" upływa pod znakiem klasycznego doom-death’owego grania z wieloma wybijającymi się fragmentami. Apetyt zostaje nielicho rozbudzony, a tu... napięcie opada dość drastycznie wraz z utworem tytułowym – o ile muzycznie jeszcze daje on radę, to płaczliwie wyjękiwana w kółko fraza "fiiiiiiiil de mizeri" niemiłosiernie irytuje i zmusza do przeklikania dalej. A tam wcale nie jest lepiej, bo dostajemy serię kawałków rozwlekłych (choć paradoksalnie krótszych) i nudnawych, w których My Dying Bride rozpaczliwie i na siłę próbują nawiązać do "Turn Loose The Swans". Nie wiem, czy jest to spowodowane powrotem do składu Calvina Robertshaw’a, tęsknotą za starymi czasami i mniejszymi brzuchami czy też może ingerencją sił pozaziemskich, ale momentami Anglicy ocierają się tutaj o budzącą niesmak autoparodię. Strasznie nieswojo się czuję, gdy tego słucham, jest w tych numerach jakiś fałsz. Tego wrażenia nie wymazuje nawet kolejny bardzo udany kolos — prawie jedenastominutowy 'Within A Sleeping Forest' — którym zespół kończy ten nieco nierówny album. Wrodzona zrzędliwość nie pozwala mi pominąć jeszcze paru kwestii, które budzą moje wątpliwości. Po pierwsze dobrze by było, żeby My Dying Bride postarali się o cięższe i bardziej mięsiste brzmienie, bo obecne jest zbyt stonowane i nie oddaje w pełni mocy muzyki. Po drugie przydałby się perkusista z lepszą techniką i wyczuciem stylu niż Dan Mullins. Ja po cichu liczyłem, że na stałe zostanie David Gray — człowiek z wielką wyobraźnią i świetnym warsztatem — który przez kilka lat wspomagał zespół na koncertach, a tu kiszka – gary znów nagrywał Mullins. Trzecia sprawa to skrzypce, których partie od "For Lies I Sire" brzmią tak samo (jakby odgrywały ciągle ten sam motyw), choć w międzyczasie zmieniła się osoba za nie odpowiedzialna. Skoro nie wnoszą już niczego ciekawego do twórczości kapeli, to warto by się zastanowić, czy ich jeszcze potrzebują. Mimo tylu uwag jednak oceniam "Feel The Misery" dość wysoko – ma sporo plusów i potrafi uradować wieloletniego fana, natomiast większość minusów można po prostu przewinąć.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.mydyingbride.net

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

27 grudnia 2015

Rotting Christ – Lucifer Over Athens [2015]

Rotting Christ - Lucifer Over Athens recenzja okładka review coverDwaaadzieścia lat miiinęło od wydania debiutanckiego "Thy Mighty Contract", toteż z tej albo innej okazji (albo zgoła bez okazji, a ja się męczę z dorabianiem ideologii) na początku grudnia 2013 Rotting Christ zagrał w Atenach dwa koncerty, których zapis pod tytułem "Lucifer Over Athens" dostajemy z przynajmniej półtorarocznym opóźnieniem. Jak wyglądają występy Greków, chyba wszyscy zainteresowani wiedzą, bo okazji do przekonania się o tym w ostatnich latach nie brakowało. Rotting Christ na scenie nie jest jakoś wyjątkowo zabójczą machiną (co piszę z pełną odpowiedzialnością), bo panowie stawiają bardziej na klimat niż brzmienie i precyzję wykonania. Ten klimat plus cały wór hiciorów to jednak ich główne atuty, które sprawiają, że fanom ciarki chodzą po plecach jeszcze tydzień po takim misterium. Grecy, będąc u siebie i mając do dyspozycji aż dwa wieczory, przelecieli po swoich dokonaniach w sposób niemal wybitnie przekrojowy, nie faworyzując żadnej płyty, ale niestety jedną zupełnie pomijając. Nie wiem, z czego to wynika, ale na "Lucifer Over Athens" nie usłyszymy ani jednego kawałka z genialnego "Kronos"! Jest to o tyle dziwne, że sam tytuł koncertówki jednoznacznie nawiązuje do covera znajdującego się właśnie na "Kronos". Poza tym strasznym niedopatrzeniem (?) jest tu chyba wszystko (no, ja dorzuciłbym jeszcze 'The Old Coffin Spirit' i 'The World Made End'), czego mógłby oczekiwać fan Rotting Christ – od największych staroci (w tym kilku zaskakujących – choćby 'Forest Of N'Gai' czy 'Exiled Archangels'), przez reprezentację wstydliwego "A Dead Poem", po kawałki z ostatniego longa i cover Thou Art Lord 'Societas Satanas' – w sumie 31 utworów, które dają ponad dwie godziny porządniej muzyki. Brzmienie całości jest bliskie "Sleep Of The Angels", więc o wodotryskach nie ma mowy, choć do czytelności przyczepić się nie mogę – wszak słychać każdy riff w 'The Sign Of Evil Existence'. Konferansjerka nie poraża, ale nie mogło być inaczej, bo małomówny Sakis nawijał do publiki po grecku. Mimo pewnych niedostatków "Lucifer Over Athens" należy uznać za bardzo wartościowe wydawnictwo, lepiej podsumowujące dokonania zespołu niż jakiś naciągany debestof. Fani Greków powinni się pospieszyć z zakupem, bo limit (w który Season Of Mist nie wierzę) digipaka to zaledwie 3000 sztuk.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.rotting-christ.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

10 grudnia 2015

Krisiun – Forged In Fury [2015]

Krisiun - Forged In Fury recenzja okładka review coverTo trochę brutalne zaczynać w ten sposób recenzję, ale trudno – Krisiun swoje najlepsze czasy mają już dawno za sobą i nic nie wskazuje, żeby jeszcze kiedyś mieli do nich nawiązać. Paradoksalnie mimo tego, że z płyty na płytę grają coraz lepiej. Chodzi mi naturalnie o stronę techniczną (wystarczy posłuchać coraz bardziej wypasionych solówek), bo pod względem poziomu kompozycji bywa już różnie... Na poprzednim albumie Brazylijczycy odrobinę poeksperymentowali, dorzucili kilka nowych elementów i w rezultacie pokazali się z nieco innej niż zwykle strony. "Forged In Fury" tych, ani żadnych innych dodatków już nie zawiera, toteż do dorobku kapeli wnosi tyle, co "Southern Storm" – czyli prawie nic. Mało tego, krążek z 2008 roku ma tę przewagę, że jest cięższy, szybszy, brutalniejszy i... krótszy. Nie chcę przez to powiedzieć, że Krisiun nagrali gniota, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że ich nowe piosenki są przystępniejsze, bardziej poukładane i melodyjne. Owszem, są stuprocentowo krisiunkowe, jednak to oznacza, że również bardzo przewidywalne (przynajmniej dla fanów) i schematyczne. Wszystko, co w tej muzyce ekstremalne — a wbrew mojemu ględzeniu jest tego sporo — wydaje się być tylko dodatkiem, jakąś zasłoną dymną, mającą ukryć fakt, że nasi milusińscy nieco się już zestarzeli i powoli wymiękają albo że takie granie już im się po prostu znudziło. Na klawiaturę ciśnie się porównanie do Kataklysm — wszak swego czasu oba zespoły grały na podobnym poziomie wyziewności — ale w przypadku Brazylijczyków nie wygląda to jeszcze aż tak dramatycznie. Spory wpływ na złagodzenie oblicza Krisiun miała ponadto zmiana studia oraz producenta – w wyniku zabiegów Rutana "Forged In Fury" brzmi ładnie (bas jest wyraźny jak nigdy), nawet bardzo ładnie, ale niespecjalnie brutalnie. Kolejny minus należy dopisać za dopychanie płyty bonusami, w tym coverem – padło na Black Sabbath i ich klasyczny 'Electric Funeral'. Wersja Brazylejros brzmi tylko odrobinę mniej absurdalnie od 'In League With Satan' z "Works Of Carnage" i zupełnie nie ma startu do interpretacji Brutality. OK, mam świadomość, że jak dotąd tylko jojczyłem, zniechęcając do "Forged In Fury" kogo popadnie, ale musicie mi wybaczyć. Ja po prostu piętnaście lat temu zrobiłem sobie ołtarzyk z "Conquerors Of Armageddon" i wszystko (w wykonaniu Krisiun), co jebnięciem znacząco odbiega od tamtej płyty, automatycznie przestaje mi się podobać. Mniej ortodoksyjni fani i ludzie, którzy z tym zespołem nie mieli nigdy styczności, nie powinni się jednak moimi utyskiwaniami w ogóle przejmować, bo album jako taki — choć nie wymieniłem żadnych jego zalet — jest wystarczająco atrakcyjny, żeby zapewnić słuchaczowi godzinę naprawdę przyzwoitej rozrywki. Jak zresztą widać po ocenie – tragedii nie ma; ja jednak wolałbym nadal kojarzyć Krisiun z bezkompromisowym antychrześcijańskim napieprzaniem, nie zaś ze zwykłą rozrywką.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.krisiun.com.br

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

3 grudnia 2015

Pestilence – The Dysentery Penance [2015]

Pestilence - The Dysentery Penance recenzja okładka review coverVic Records od paru lat oddają się misji krzewienia nieco zapomnianego dziedzictwa kulturowego krajów Beneluxu i okolic (w tym bardzo dalekich okolic – vide USA) i chwała im za to, bo jest co przypominać, a namacalne rezultaty ich starań są jak dotąd co najmniej pozytywne. Tym razem sięgnęli do absolutnych początków ekstremalnej muzy na holenderskiej ziemi – demówek wielkiego Pestilence. Przyznaję, że dawno nie odpalałem tych materiałów, ale skoro trafiła się niezła okazja — oficjalna i zgrabnie wydana kompilacja "The Dysentery Penance" z dźwiękiem poprawionym przez Dana Swano — to wykorzystałem ją do przypomnienia sobie tego i owego. No i cóż, w mojej ocenie zarówno "Dysentry" jak i "The Penance" nadal trzymają się całkiem dobrze, a już na pewno lepiej niż większość odgrzewanych ostatnio niby legendarnych staroci. Przyczyny tego stanu rzeczy są co najmniej dwie. Po pierwsze obie taśmy w swoim czasie mogły się pochwalić naprawdę dobrą, dość profesjonalną realizacją, a po drugie poziom techniczny/kompozytorski u Pestilence od zawsze był bardzo wysoki, co zresztą w niedługim czasie zaowocowało kontraktem z Roadrunner. Zanim jednak Holendrzy trafili do dużego wydawcy, swoimi brutalnymi thrash’owymi wyziewami mogli śmiało konkurować z ówczesną Sepulturą, Possessed, czy Death – niektórych z nich nawet deklasowali umiejętnościami. "The Penance" ma ponadto tę wartość, że jest pierwszym nagraniem z kultowymi wrzaskami Martina van Drunena – i tylko wrzaskami, bo w studiu jegomość był zbyt napruty, żeby w ogóle utrzymać w rękach bas. Dodatkową atrakcją na "The Dysentery Penance" — a zarazem haczykiem na starych fanów, którzy starocie znają na pamięć — są dwa nagrania lajf ('Before The Penance' i 'Fight The Plague') zarejestrowane na festiwalu w Eibergen w... 1988 roku – o dziwo dość przyzwoitej, a przynajmniej nadającej się do słuchania, jakości. Podsumowując, płytka stanowi miłe uzupełnienie kolekcji, toteż żaden szanujący się miłośnik Pestilence nie powinien się "The Dysentery Penance" oprzeć.


ocena: -
demo
oficjalna strona: www.pestilence.nl

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij: