20 listopada 2020

Death - Live In L.A. (Death & Raw) [2001]

Death - Live In L.A. (Death & Raw) recenzja okładka review coverNa pierwsze wydawnictwo koncertowe Death przyszło nam czekać długo, bardzo długo... zbyt długo. Już nawet mniejsza o to, że inni herosi death metalu dużo wcześniej zaliczyli ten etap kariery, a w przypadku ekipy Chucka sprawa przeciągała się w nieskończoność. Chodzi mi raczej o to, że gdyby "Live In L.A. (Death & Raw)" ukazała się przynajmniej zgodnie z planem, to może udałoby się zdobyć więcej forsy na leczenie Chucka i sytuacja wyglądałaby inaczej. To tylko domysły, ale kto wie...

Koncert, który wtłoczono w srebrne rowki, zespół zagrał 5 grudnia 1998 roku w ramach trasy promującej "The Sound Of Perseverance", kiedy Death występowali razem z Hammerfall (kto kogo wtedy promował - polityka Nuclear Blast do dziś daje do myślenia), a wybrano go, ponieważ... był pod ręką i nadawał się do wydania. Tamtego dnia nikt nie miał żadnych specjalnych planów w związku z akurat tym występem, nie poczyniono też żadnych dodatkowych przygotowań. Zwykły koncert w typowych dla trasy warunkach. Tak się jednak zabawnie złożyło, że w klubie Whisky A Go-Go siedział koleś bez oporów nagrywający kogo popadnie, o ile dostał 75 dolców. Stąd też cały występ brzmi niezwykle autentycznie, a już bez owijania w bawełnę - po prostu surowo, co zresztą jednoznacznie sugeruje tytuł. Co i jak zagrali, w takiej formie trafiło na "Live In L.A. (Death & Raw)" - bez poprawek i dopieszczania.

Ze zrozumiałych względów zespół postawił na nowszy materiał (z nadreprezentacją "Symbolic"), redukując starocie do minimum (niestety nie znajdziemy tu ani jednego numeru ze "Spiritual Healing"), więc setlista nie jest przesadnie przekrojowa ani tym bardziej wyczerpująca, co nie każdego zadowoli, ale cóż - ciągle mówimy o koncertówce z przypadku. Wykonanie to oczywiście pierwsza klasa, nikomu nie można zarzucić fuszerki, chociaż solówkom Andy’ego w wykonaniu Hamma brakuje trochę lepszego feelingu. Ponadto uwagę zwracają dwie kwestie - wyższe niż na płytach wokale Chucka oraz wyraźnie podkręcone tempo większości utworów. Tej nocy Death zagrali szybciej (dobrze to słychać chociażby w 'Spirit Crusher', 'Zombie Ritual', 'Crystal Mountain'), bo... Richard Christy miał grypę (ponoć rzygał między numerami) i chciał czym prędzej przespać się w autokarze. Jako ciekawostkę mogę dorzucić, że przed 'Pull The Plug' zespół zagrał czołówkę z "Aniołków Charliego" - zgaduję, że to oko puszczone do miejscowej publiki.

Czy Death zasługiwał na lepszą, bardziej spektakularną i wypasioną koncertówkę? Wiadomo. Musimy się jednak cieszyć z tego, co mamy, a tak się składa, że "Live In L.A. (Death & Raw)" wcale nie jest słabym materiałem. Osobną kwestią jest to, że słucha się go ze ściśniętym gardłem.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/DeathOfficial

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

9 listopada 2020

Gorephilia - In The Eye Of Nothing [2020]

Gorephilia - In The Eye Of Nothing recenzja okładka review coverJak to miło, że wraz z upływem lat Finowie z Gorephilia nie ulegli panującym w ich kraju tendencjom do grania pod Incantation – choć i takie wpływy u nich występują – i zamiast tego dzielnie trzymają się grania... pod Morbid Angel. Wiadomo, że takie podejście do death metalu nie czyni ich najbardziej oryginalną kapelą na świecie, ale mimo to w ich muzyce jest coś odświeżającego, naturalnego i przykuwającego uwagę. "In The Eye Of Nothing" to dowód na to, że namacalna wtórność wcale nie musi być przeszkodą, jeśli tylko zaangażowanie ze strony zespołu jest odpowiednio duże.

Gorephilia na swoim trzeci krążku serwują niemalże czysty w formie klasyczny death metal w typie amerykańskim, który po prostu musi spasować fanom Morbid Angel z okresu "Covenant", bo inspiracje Amerykanami słychać na "In The Eye Of Nothing" praktycznie w każdym elemencie (motoryka, riffy, solówki, klimat, formuła brzmieniowa...), czego najbardziej jaskrawym przykładem jest 'Devotion Upon The Worm', który zbudowano na fundamencie 'God Of Emptiness'. Oczywiście w tym miejscu mogą się pojawić pytania, na ile to fascynacja, a na ile bezczelna zrzynka, ale wydaje mi się, że zawartość krążka jest na tyle spójna, dynamiczna i dobrze przemyślana, iż powinna rozwiewać wszelkie wątpliwości. To raczej rezultat konsekwentnie (i w konkretnym kierunku) rozwijanego stylu i wzrostu umiejętności technicznych, aniżeli ślepego zapatrzenia w idoli.

Jako że nie samymi Morbidami death metal stoi, muzycy Gorephilia dorzucili też coś charakterystycznego dla rodzimego podwórka (niektóre melodie oraz wokalne pomruki, które nie mają nic wspólnego z Vincentem), a ponadto zadbali, żeby bas był czytelny i cokolwiek wnosił do utworów, a nie tylko plątał się bez sensu w tle. Niby to detale, ale pozytywnie wpływają na odbiór całości. Niestety na "In The Eye Of Nothing" trafiły również rzeczy, które w ogóle nie są tej płycie potrzebne. Mam na myśli dwa przerywniki instrumentalne, których obecności nie można niczym uzasadnić - to 3 minuty wyrzucone w błoto.

Nawet pobieżne przesłuchanie "In The Eye Of Nothing" pozwala stwierdzić, że to porządny death metalowy ochłap w jednoznacznie zdefiniowanym stylu - nieoryginalnym, ale za to rajcownym. Czy przy wszystkich swoich zaletach nowy materiał Gorephilia przebija poprzedni album? Odnoszę wrażenie, że jednak nie, co najwyżej się z nim zrównuje - a i to przy odrobinie wyrozumiałości. Z jednej strony takich Morbidów nigdy za wiele, z drugiej zaś na "Severed Monolith" inspiracje nimi były przemycone nieco subtelniej.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/gorephilia

podobne płyty:

Udostępnij: