facebook

29 grudnia 2011

Dementor – God Defamer [2004]

Dementor - God Defamer recenzja okładka review cover
Różnie można rozpatrywać nowszą — czyli zawierającą się w ostatniej dekadzie — twórczość Dementor, choć na pewno nie można odmówić Słowakom wysokiego poziomu uprawianej przez nich muzy. Wiadomo, doświadczenie procentuje, a oni przecież są jedną z najstarszych ekstremalnych kapel u naszych południowych sąsiadów. Głównym problemem jest znikoma oryginalność tworzonych przez nich dźwięków, ich wtórność i, nie da się ukryć, przewidywalność. Dementor jest radykalnie death metalowy i jednoznacznie antychrześcijański – nie ma tu podtekstów, niedomówień, błądzenia w poszukiwaniu nowości, silenia się na wyjątkowość – wszystko wali prosto w ryj z należytą florydzką mocą. Muzyka dla gatunkowych purystów, ot co. Akurat na "God Defamer" do wcześniejszych fascynacji Morbidami dołączyła okazywana niemal na każdym kroku sympatia dla największego dzieła Krisiun,

26 grudnia 2011

Charred Walls Of The Damned – Cold Winds On Timeless Days [2011]

Charred Walls Of The Damned - Cold Winds On Timeless Days recenzja okładka review cover
Suecof, "Ripper" Owens, DiGiorgio oraz — stojący za wszystkim — Christy – taki skład mógłby zagrać dosłownie wszystko; dobrze, że nie mierzyli się z hip-hopem, bo jest spora szansa, że wielu zatwardziałych metali szlajałoby się dziś po ulicach poobwieszanych złotymi łańcuchami i w spodniach z krokiem w kolanach, ja w pierwszym szeregu. Nawet nie muszę tej półboskości jakoś specjalnie dowodzić, wystarczy, że wymienię kilka kapel, w których owi panowie raczyli kiedykolwiek brzdąkać i hałasować (kilka, bo wymienienie wszystkich zajęłoby mi drugie tyle miejsca, co tekst właściwy): Capharnaum, Iced Earth, Judas Priest, Autopsy, Sadus, Testament, Burning Inside, Control Denied i — last but not least — Death. I uwierzcie, a jeśli nie wierzycie, Tomasze, to sobie sprawdźcie, że to zaledwie ćwierć, a może nawet nie, całego dorobku chłopaków.Piszę o tym nie bez powodu, wydaje mi się bowiem, że jest to najprostszy sposób na przedstawienie ekipy, która stoi za nazwą Charred Walls of the Damned; coś na zasadzie "powiedz mi, jakich masz przyjaciół, a ja ci powiem, kim jesteś".

23 grudnia 2011

I'll Eat Your Face – Irritant [2010]

I'll Eat Your Face - Irritant recenzja okładka review cover
Zjem twoją twarz... – konotacje z Hannibalem Lecterem i podobnymi wesołkami nasuwają się same, jednak irlandzki duet nie osiągnął jeszcze tego poziomu ekstremy. I raczej nie zanosi się na to, żeby kiedyś tego dokonali, bo raz, że trudno cokolwiek zjeść z rajstopami na głowie (taki sobie kolesie wymyślili image – gang Olsena i Benny Hill się kłaniają), a dwa, że "Irritant" to raczej stonowany miks patentów charakterystycznych dla death metalu, sludge, ambitniejszego rocka, a nawet jazzu. Należy szybko dodać, że miks nawet udany, bo mimo nietypowo dobranych elementów składowych, materiał udało im się nagrać dość spójny, ciekawy, dobrze brzmiący, przyciągający uwagę oraz — wbrew tytułowi — absolutnie nie drażniący.

20 grudnia 2011

Belphegor – Blood Magick Necromance [2011]

Belphegor - Blood Magick Necromance recenzja okładka review cover
Austryjaccy piewcy wszelkiej desekracji, po przejściu do Nuclear Blast, narzucili sobie (albo im narzucono – o to przecież łatwiej) ostre tempo, bo "Blood Magick Necromance" jest ich czwartym albumem w ciągu zaledwie pięciu lat. Ma to swoje plusy – gdy ktoś jest bezkrytycznym fanem Belphegor, to nie musi długo czekać na kolejne porcje necro-satanicznych manifestów. Są i minusy, bo przy tak napiętym wydawniczym terminarzu i zatrzęsieniu koncertów ciężko o złapanie oddechu, istnieje duże ryzyko pojawienia się rutyny, a przez to łatwiej coś przeoczyć, no i o prawdziwej świeżości można zapomnieć. Jak dla mnie, właśnie przez ten zapierdol kilka rzeczy im tym razem nie wyszło, a ilość minusów niemile zaskakuje. Przede wszystkim na "Blood Magick Necromance" austryjackie komando położyło nacisk na blackowy pierwiastek, co uczyniło materiał dość płaskim i jednolitym,

17 grudnia 2011

Therion – Lemuria [2004]

Therion - Lemuria recenzja okładka review cover
Chyba nie stwierdzę nic szczególnie odkrywczego konstatacją, że Therion to klasa sama dla siebie, kapela, której styl jest nie tyle niepodrabialny (tu następuje wymowna pauza, w czasie której kieruję wzrok w stronę ChRL), co bezbłędnie rozpoznawalny już od pierwszych dźwięków. Jest to stwierdzenie nieco mgliste i nieprecyzyjne, ale dobrze oddaje wrażenia jakie towarzyszą lekturze Szwedów – bo nie rozpoznać Theriona to jak dać z liścia kobiecie (będąc facetem), jak powiedzieć "gówno" w wytwornym towarzystwie, tudzież zalać frytki majonezem. Po prostu się nie godzi, nie godzi kurwa i basta! Tą kapelę trzeba znać, lubić też – ci, którzy się ze mną nie zgadzają, to wiedzą co im słoń na ucho nadepnął i gdzie im kij w dupę. Oczywiście zastrzec trzeba, że sympatia do kapeli nie jest ślepa i bezwarunkowa, obejmująca swoim zasięgiem wszystkie krążki – "Lemuria" nie jest jednak ową czarną owcą, choć zaczyna się nijako.

14 grudnia 2011

Fleshkraft – First Harvest [2008]

Fleshkraft - First Harvest recenzja okładka review cover
Jeśli wśród naszych czytaczy są i tacy, którzy wciąż tęsknią za Cannibal Corpse z Barnesem na wokalu, to mam dla nich dobrą wiadomość – powiew starych, dobrych czasów znajdziecie na debiucie Fleshkraft. Fińska załoga proponuje death metal czerpiący pełnymi garściami z klasycznego dorobku Amerykanów, szczególnie z okresu "Tomb Of The Mutilated" i "The Bleeding" – rytmiczny, brutalny, klawo brzmiący, perfekcyjnie odegrany i ozdobiony niskimi charczącymi wokalami. Przewidywalny także, ale w tym punkcie problemu akurat nie widzę. Kapel grających pod Cannibali była już cała masa, ale nie spotkałem się jeszcze z taką, której by to wychodziło tak przekonująco jak Fleshkraft. Pozytywny odbiór "First Harvest" wynika jak dla mnie z dwóch rzeczy.

11 grudnia 2011

Make Me A Donut – Make Me A Donut [2011]

Make Me A Donut - Make Me A Donut recenzja okładka review cover
Deaf jakiś czas temu chwalił się rozmiarem swoich cojones, to i ja błysnę heroizmem w trosce o dobro ludzkości. Otóż przesłuchałem "Make Me A Donut" pełne dwa razy, bezpowrotnie marnując w ten przykry sposób nieco ponad pół godziny życia. Ja zmarnowałem, ale wy już nie musicie, albowiem spieszę z ważną informacją: Make Me A Donut to syf. Wydawca określa coś takiego mianem 'party-core'. Jedno jest pewne – na imprezę z takim czymś w roli muzyki nigdy bym nie poszedł. Rzeczone 'takie coś', to po mojemu niestrawny miks techno (a w każdym razie gównianej elektroniki) z odrobinkę 'podcore’owanym' nowoczesnym, melodyjnym szwedzkim death metalem i hip-hopem. Skoczne rytmy, plumkające klawisze, toporne (a przy tym niezbyt czytelne) riffy i irytujące gimnazjalną pretensjonalnością wokale – oto obraz niespójnej i nieatrakcyjnej muzyki Szwajcarów.

8 grudnia 2011

Realm – Endless War [1988]

Realm - Endless War recenzja okładka review cover
Pozostańmy jeszcze na kilka chwil w lepszych czasach, kiedy muzykowanie wymagało czegoś więcej niż grajków o urodzie Kena/Barbie, znacznych nakładów na aktoreczki świecące do kamery cyckiem, tudzież kompozycji tak prostych w odbiorze, że co bardziej szanująca się krewetka mogłaby się poczuć urażona. Mówię tak nie dlatego, że uważam, że wszystko, co wartościowe już zdążono nagrać – tak uważa demo, ale dlatego, że obawiam się, iż może mieć on jednak rację. Bo, jakby na to nie spojrzeć, znakomita większość nowych wydawnictw jest w mniejszy lub większym (większym oczywiście) stopniu inspirowana dokonaniami poprzednich dekad, a wszelakie rzekome nowości i inne numetale tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że półświatek metalowy jak jasna cholera potrzebuje nowego Schuldinera, lub choć Masvidala w formie z czasów "Focus". Ale Schuldiner już po tamtej stronie, a Masvidal woli udawać, że umie śpiewać czyste wokale, więc pozostaje przeczesywać archiwa w poszukiwaniu zakurzonych perełek i wierzyć, że jest dzisiaj ktoś, kto jeszcze traktuje muzykę na poważnie.

5 grudnia 2011

Exhorder – Slaughter In The Vatican [1990]

Exhorder - Slaughter In The Vatican recenzja okładka review cover
Jeden rzut oka na okładkę i od razu chce się zanucić "heng de połp, heng de połp, heng de połp!", ale to nie ten zespół... Momencik... przecież Kyle też wydziera się "Hang the pope, spill his blood" w 'Homicide'... No nieważne. W każdym razie, w przeciwieństwie do ekipy Nuclear Assault, kwartet z Luizjany, choć niewiele młodszy, prezentował znacznie nowocześniejsze i przede wszystkim brutalniejsze podejście do gatunku. Doskonale to słychać na opisywanym krążku. Szorstko, wulgarnie, prowokacyjnie, dość szybko, bez kompromisów, ozdobników i litości – oto recepta Exhorder na wgniatające granie z pogranicza thrash i death metalu. Muzyki w podobnym stylu na przełomie lat 80-tych i 90-tych ubiegłego wieku było sporo, ale mało który zespół pocinał tak ostro i na takim poziomie. W niczym nie zmienia to faktu, że Exhorder skończyły tak samo, jak i te mniej utalentowane kapele – czyli w głębokiej dupie.

2 grudnia 2011

Calm Hatchery – Sacrilege Of Humanity [2010]

Calm Hatchery - Sacrilege Of Humanity recenzja okładka review cover
Debiut Calm Hatchery kojarzę jedynie z okładki, co powodem do szpanu raczej nie jest, więc nie mam pojęcia, jaki postęp dokonał się od tamtego albumu w muzyce zespołu. Przeczuwam, że musiał być pieroński, bo to mało prawdopodobne, żeby grzali na takim poziomie od samego początku. A chodzi o poziom czołówki gatunku w naszym przepięknym kraju! Daje to pewne nadzieje na to, że na tych ziemiach brutalny wygrzew w klasycznej formie jeszcze przez jakiś czas nie zaginie. Mnie najbardziej cieszy, że chłopaki trzymają się w granicach normalnie pojmowanego death metalu – bez udziwnień, naciąganego eklektyzmu, dyskotekowych eksperymentów i tego całego nowomodnego szajsu, w tym także pędu ku absurdalnie technicznej ekstremie (czytać: sweep i gravity blast przez całą płytę). Wiadomo więc, że niczego nowego czy zaskakującego na "Sacrilege Of Humanity" nie znajdziemy

29 listopada 2011

Mekong Delta – Wanderer On The Edge Of Time [2010]

Mekong Delta - Wanderer On The Edge Of Time recenzja okładka review cover
Kurcze, jakoś nie mogę przekonać się do ostatniego albumu Mekongów. Nie wiem jak nazwać to, co mi nie pasuje, czymkolwiek to jednak (nie) jest, sprawia, że nie mam do albumu serca, no chyba, że gołębie. Niby słucham i nie mam odruchu wymiotnego, powiem więcej – mogę "Wanderera" słuchać kilka razy pod rząd, niemniej jednak za każdym razem czuję pewien niedosyt. No dobra, przyznaję – wiem jak to nazwać, a zwrot z pierwszej linijki to prostacki chwyt reklamowy, ale skoro dotarliście aż tu, to znaczy, że mimo iż prosty, jest skuteczny. Problem polega na tym, że album jest dość nużący. Sad but true, panie i panowie miłośnicy Mekongów. Jedyne szybkie i wciągające kawałki są instrumentalne, więc — choćby z zasad logiki — wynika, że to co pozostaje jest mdławe i wokalne.

26 listopada 2011

Krisiun – The Great Execution [2011]

Krisiun - The Great Execution recenzja okładka review cover
Nie lada kolosa przygotowali dla fanów Brazylijczycy po trzech latach przerwy. Ponad godzina death metalu w wykonaniu Krisiun to nie przelewki, a prawdziwe wyzwanie dla twardzieli. Najwięksi maniacy, jeśli tylko czują się na siłach, mogą sięgnąć po digi-wersję rozszerzoną o ponownie nagrany numer tytułowy z debiutu – powiewa ona hardkorem (67 minut!), ale zawsze to lepsze niż kolejny cover. W tej sytuacji należy się cieszyć, że "The Great Execution" nie jest ich największym wyziewem, bo inaczej ciężko byłoby przez tę płytę przebrnąć. Cieszy też, przynajmniej mnie, że album nie jest w prostej linii kontynuacją dwóch poprzednich. Składniki charakterystyczne dla Krisiun (wokale, sposób riffowania, perkusyjna dewastacja, brzmienie Stage One) naturalnie wciąż występują w zadowalających ilościach — w końcu to one przesądzają o rozpoznawalności zespołu

23 listopada 2011

Malevolent Creation – Stillborn [1993]

Malevolent Creation - Stillborn recenzja okładka review cover
Wiele osób zadaje sobie pytanie, dlaczego Malevolent Creation, pomimo tylu płyt na koncie i potężnego stażu, nie mają nawet połowy tej sławy co Deicide czy Suffocation – wszak debiutowali w odpowiednim miejscu (Floryda + Roadrunner) i czasie (początek death metalowego boomu). Moim zdaniem odpowiedź znajdujemy na "Stillborn" – krążku przełomowym, który miast potwierdzić ich klasę i umocnić pozycję na scenie, okazał się bolesnym potknięciem w drodze na szczyt. Niestety nie jest to wyłącznie wina Roadrunner (któremu ten album 'zawdzięcza' słabiutkie, niemal demówkowe brzmienie – kłania się przykład "Breeding The Spawn"), bo i sami muzycy się nie popisali. Konflikt wewnątrz kapeli zapewne sprzyjał nagromadzeniu gniewu i agresji, jednak nic z tego nie przełożyło się na muzykę, bo tej zwyczajnie brakuje kopa.

20 listopada 2011

Agent Steel – Skeptics Apocalypse [1985]

Agent Steel - Skeptics Apocalypse recenzja okładka review cover
Klasyka thrashu – inaczej się tego nazwać nie da. Oczywiście, thrash thrashowi nie jest równy, ale nawet najbardziej czarnopodniebienni miłośnicy gatunku nie odmówią "Skeptics Apocalypse" przebojowości, solidnego warsztatu oraz siły przebicia, czyli — mówiąc prościej — zajebistości. Pewnie fanom ostrzejszego, mniej melodyjnego grania Agent Steel zacznie wchodzić dopiero po kilku głębszych, wszystkim pozostałym jednak wejdzie już od pierwszych dźwięków. Nawet jednak ci bardziej hardkorowi po owych kilku, znajdą na "Skeptics Apocalypse" mnóstwo fajnych, stosunkowo lekkich, aranżacji, które sprawią im niesamowitą frajdę. Bo, co by nie mówić, słucha się tego krążka z niedającą się ukryć satysfakcją: nogi same zaczynają przytupywać w rytm utworów, głowy kiwać się w coraz większym zakresie, a z gardeł  wydobywają się pierwsze zapamiętane melodie i słowa. Mówiąc prościej – album zachęca do współuczestnictwa.

17 listopada 2011

Suffocation – Pierced From Within [1995]

Suffocation - Pierced From Within recenzja okładka review cover
Najlepsza płyta Suffocation przed rozpadem! Czyżbym się omylił? Raczej nie, bo z 'trójką' może konkurować tylko epka "Despise The Sun". Amerykanie skoncentrowali się jak trzeba i nagrali kurewsko brutalny, niezwykle masywny, bardzo zaawansowany technicznie, a przy tym tylko odrobinę melodyjny materiał. Od pierwszych sekund daje się odczuć, że nie będzie lekko, łatwo i przyjemnie. No dobra, odrobinę się zagalopowałem – bowiem przyjemność, którą "Pierced From Within" pompuje w żyły słuchacza, sprawia, że momentalnie kultowe kurwiki w oczach stają, a wszystko co nie Suffocation przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Każda sekunda tej muzyki wgniata w fotel, zaciska się wokół mózgu i masakruje narządy słuchu – nieważne, czy to chorobliwie technicznymi zawijasami w 'Depths Of Depravity', czy seriami blastów i przyspieszeń w 'Torn Into Enthrallment'. Żadne tempa dla 'hamburgerojadów' nie stanowią problemu – panowie doskonale radzą sobie z miażdżącym kości, mozolnym walcowaniem, pokazują też klasę w przypadku gęstego wygrzewu na najwyższych obrotach

14 listopada 2011

Christ Agony – Nocturn [2011]

Christ Agony - Nocturn recenzja okładka review cover
Naczytałem się dużo na temat wspaniałości tego albumu zanim w ogóle dorwałem go w swoje łapy, nic więc dziwnego, że apetyt miałem ogromny, a ciekawość zżerała mnie od środka. No i co? Ano to, że po kilkudziesięciu przesłuchaniach większość przeczytanych komentarzy na temat ósmego opusu Christ Agony mogę o kant dupy potłuc. Płytę zarejestrowano w naprawdę zabójczym składzie, jednak — nad czym niezmiernie ubolewam — opisywany materiał zabójczym się nie okazał. Może to moja wina, że od tego zespołu oczekuję wyłącznie rzeczy wielkich, ale spójrzmy prawdzie w oczy – ich, kurwa, na to stać. Wszak przemawiają za nimi nie tylko umiejętności, ale przede wszystkim olbrzymie doświadczenie. Swoją drogą to już trzecia — po Behemoth i Azarath — płyta z udziałem Inferno, która nie poniewiera, choć poniewierać powinna.

11 listopada 2011

Ayreon – 01011001 [2008]

Ayreon - 01011001 recenzja okładka review cover
Jeśli nie przepadacie za powerem, macie torsje na samą myśl o operze metalowej, a ciąg skojarzeń dla 'metalu' i 'baby' kończy wam się na prasowaniu, tudzież innych pracach domowych, to odpuśćcie sobie tą reckę – dla własnego i mojego spokoju. Recenzowany "01011001" jest bowiem albumem na wskroś powerowym, symfonicznym i zaśpiewanym przez baby i czy to się komuś podoba czy nie, to jest to kawał zajebistego grania. Wszystko, począwszy od występujących gościnnie muzyków, poprzez całą warstwę kompozycyjną, a skończywszy na realizacji i produkcji, stoi tu na najwyższym poziomie. Można nie lubić powerowego grania, co zresztą jest niekiedy całkowicie zrozumiałe, ale nie można nie uznawać nazwisk, które pojawiły się na wydawnictwie: Kürsch, Lande, van Giersbergen, Warby, Romeo, Sherinian – to tylko część z liczącej grubo ponad dwadzieścia osób rzeszy grajków i śpiewaków. I to dzięki nim właśnie, nim i fantastycznym kompozycjom ma się rozumieć, album ten jest tak dobry i słucha się go tak wyśmienicie.

8 listopada 2011

Eskeype – Legacy Of Truth [2010]

Eskeype - Legacy Of Truth recenzja okładka review cover
Kolejny to już raz okazuje się, że mam większe niż demo cojones, albo — jak pewnie powie sam wywołany — mam więcej czasu. Jak by nie było, kolejną perełkę orientalnego grania recenzuję ja. Z tym wszakże, że — podobnie jak w tym starym dowcipie radzieckim — nie perełkę a 'piątaka', nie orientalnego a do bólu szwajcarskiego (powoli zaczyna być to synonim bezpłciowości) i nie grania, tylko w miarę strawnego hałasowania. Czy nie można wziąć przykładu z Coronera, Samaela (choć może Uciekający muzycy mogą być na nich za młodzi) bądź Punisha? Nie da się nagrać czegoś naprawdę dobrego, czegoś co pozostanie w głowie dłużej niż do wybrzmienia ostatniego dźwięku? Odnoszę bowiem wrażenie, że takiego Eskeype’a to teraz jest wszędzie pod dostatkiem, wystarczy na dwie Afryki i cztery Haiti. Nie orientuję się przesadnie w tym nowoczesnym bagienku, ale coś mi się zdaje, że nagrywa się teraz takiego "nowoczesnego" metalu w chuj i jeszcze odrobinę,

5 listopada 2011

Lou Reed & Metallica – Lulu [2011]

Lou Reed & Metallica - Lulu recenzja okładka review cover
To nie jest Metallica, to nie jest Metallica – powtarzałem sobie dla nabrania odwagi przez pierwsze minuty "Lulu"... A potem mi przeszło i rozważania, czym jest, a czym nie jest ten album odłożyłem na bliżej nieokreślone nigdy. Mogłem sobie na to pozwolić, bo — w czym zapewne będę odosobniony — rezultat współpracy Reeda i Metallicy uważam za naprawdę dobry. Dziwny, odważny, denerwujący, ale ciągle dobry. Niewykluczone, że ma to jakiś związek z tym, iż przemawia przeze mnie kompletna ignorancja, bo nie wiem za bardzo, kto to taki ten Lou Reed i czego wielkiego w życiu dokonał – koleś wygląda jak średnio zaawansowany Keith Richards, coś tam potrafi brzdąknąć na gitarze, a wokalista jest z niego dość tragiczny, żeby nie powiedzieć – żaden. Pal licho tę klasyczną rockową aparycję i raczej nieznaczące partie instrumentalne w jego wykonaniu – tu o głos się rozchodzi.

2 listopada 2011

Obscura – Omnivium [2011]

Obscura - Omnivium recenzja okładka review cover
Zdaję sobie sprawę z tego, że wielu miłośników instrumentalnie dopieszczonego death metalu z wypiekami na twarzy wyczekiwało tej płyty — sam chyba też trochę czekałem, jednak nie na tyle, żeby nie spać po nocach — zastanawiając się, co też niezwykłego niemiecko-holenderska machina wymyśli tym razem. I tu mamy zonka. Jakkolwiek absurdalnie by to nie brzmiało przy takim zaawansowaniu technicznym, kompozytorsko muzycy Obscura właściwie stanęli w miejscu. Zauważalny postęp dotyczy jedynie brzmienia (szczególnie gitar – zyskały na ciężarze), bo same utwory nawet w szczegółach praktycznie nie odbiegają od tych z "Cosmogenesis", a zarazem pokazują, że niczego lepszego od 'Anticosmic Overload' już raczej nie wymyślą. Jak dla mnie za dużo tu niezaprzeczalnie ambitnych i wymagających, ale jednak schematów.

29 października 2011

Death – Individual Thought Patterns [1993]

Death - Individual Thought Patterns recenzja okładka review cover
Wyziew doskonałości – tylko tak mogę opisać "Individual Thought Patterns", piąty album w dziejach Śmierci. Ten uwielbiany przez rzesze zagorzałych miłośników natchnionej death metalowej muzyki krążek to dzieło kompletne, przemyślane od A do Z i dopracowane do najmniejszego szczegółu. Z ekipy nagrywającej doskonały "Human", oprócz Chucka, pozostał tylko wirtuoz basu Steve DiGiorgio, który poczyna sobie jeszcze śmielej niż na poprzedniej płycie, zachwycając coraz bardziej porąbanymi pomysłami. Posłuchajcie chociażby 'Destiny', 'Jealousy', 'The Philosopher' lub numeru tytułowego – czyż to nie prawdziwe cudeńka? Reszta składu to również kolesie doskonale znani w metalowym półświatku. Mr. Hoglan po raz kolejny w swej karierze udowadnia, że jest szalonym wypierdalaką, który za nic ma swój wiek i tuszę.

26 października 2011

Metallica – Kill 'Em All [1983]

Metallica - Kill 'Em All recenzja okładka review cover
Pisanie o klasyku tej wielkości przypomina próbę przedstawienia problemów fizyki kwantowej przez prowincjonalnego nauczyciela fizyki. Nie dość, że kaliber za wielki, nie dość, że wiedza ździebko w defensywie, to nawet po prostu brakuje języka w gębie. Czuję się nieco podobnie, choćby dlatego, że gdy album trafił na półki, ja miałem kilka miesięcy i srałem jeszcze pod siebie, a nawet się z tego ciepełka cieszyłem. Co tu dużo mówić – to pierwszy thrashowy album w dziejach ludzkości, a to znaczy "klękajcie narody". Przez ostatnich kilka miesięcy dość intensywnie pochylałem się nad początkami thrashu i doszedłem do smutnawego wniosku, że próbę czasu przetrwało zaledwie kilka kapel, a z tych, co przetrwały zaledwie kilka trzyma się, mniej więcej, ram gatunku (w przypadku Metalliki należy oczywiście, przez kulturę swoją osobistą, nie wspominać o kilku najnowszych albumach, z wyłączeniem oczywiście "Death Magnetic", który jest albumem bardzo dobrym, sążnistym nawet).

23 października 2011

Nasum – Helvete [2003]

Nasum - Helvete recenzja okładka review cover
Każdy, nawet średnio zorientowany fan wie, że "Human 2.0" to generalnie kupa skomasowanego napierdalania na najwyższym poziomie, no nie? W przypadku "Helvete" również nie zabrakło porywających (rozrywających) blastów, ale w porównaniu do poprzedniczki, płyta jest w moim odczuciu zdecydowanie bardziej urozmaicona, choć nie aż tak dzika, jak wcześniejsze dokonania Szwedów. Panowie zapodali znacznie więcej fragmentów z potężnym walcowaniem oraz sporo uwydatnionych melodii (choć samych numerów jest tylko 22 – dali dupy, hehe). 'Scoop', 'Stormshield', 'Relics', 'The Final Sleep', 'Breach Of Integrity', 'Worst Case Scenario' – czy to nie znakomite przykłady na to, jak wymiatać nowoczesny grind, inteligentny i brutalny zarazem?! Pojawiają się naprawdę ciekawie skonstruowane riffy, które jednak są wykorzystywane w bardzo oszczędnych ilościach, przez co u słuchacza pozostaje pewien niedosyt, a to oznacza konieczność następnych przesłuchań.

20 października 2011

Mastodon – The Hunter [2011]

Mastodon - The Hunter recenzja okładka review cover
Uh, Amerykanie już na dobre poszli w komerchę. Na "The Hunter" zagrali jeszcze łagodniej i prościej niż to miało miejsce na "Crack The Skye", a całość doprawili wpływami bujanego southern rocka, żeby żaden redneck nie mógł się tej płycie oprzeć. Do tego natrzaskali aż trzynaście stosunkowo krótkich piosenek, bo to daje większe szanse na zmajstrowanie góry teledysków, niż gdyby kawałków znowu było siedem. Komercha pełną gębą, jak w mordę jeża! No, ale niech je kręcą, nawet hurtowo – na zdrowie, ja i tak jestem kupiony bez takich wspomagaczy, bo jakby Mastodon nie pitolił, to klasy i olbrzymich umiejętności odmówić im nie mogę, nie potrafię, nie chcę. Tym bardziej, że nowy materiał jest więcej niż zajebisty – jajcarski, mega przebojowy, odrobinkę zadziorny (ukłon, ale nie taki japoński, w kierunku "Leviathan"), idealnie brzmiący, doskonale zagrany (perkusja!) i w końcu kapitalnie zaśpiewany (perkusista!).

17 października 2011

Immortal – Blizzard Beasts [1997]

Immortal - Blizzard Beasts recenzja okładka review cover
Znany wszystkim syndrom trzeciej płyty to niezwykle poważna sprawa – wszak 'trójka' to miernik rzeczywistego potencjału kapeli, dowód na okrzepnięcie prezentowanego stylu i — często — pokaz najwyższej formy. W przypadku Immortal taka gadanina jest gówno warta, bo chociaż "Battles In The North" to krążek dość udany i wstrzelony w odpowiedni czas (mać!), to właśnie czwarty w kolejności "Blizzard Beasts" jest największym osiągnięciem Norwegów. Produkcyjnie może i kuleje na obie nogi (szczególnie z perspektywy czasu), ale za to od strony muzycznej jest niespełna półgodzinnym (w tym intro!) pokazem brutalnej, chaotycznej siły. Zespół popełniał już wcześniej szybkie płyty, ale dopiero na opisywanym krążku szybkości towarzyszą znacznie większa dynamika i bardziej przemyślane aranżacje, a to przekłada się na większą moc oddziaływania na układ nerwowy. Chłopaki (w tym nowy perkman – Horgh) poprawili umiejętności (co nie oznacza, że nagle jest równiutko...),

14 października 2011

Hellwitch – Syzygial Miscreancy [1990]

Hellwitch - Syzygial Miscreancy recenzja okładka review cover
Ciekawe jakich muzycznych szaleństw mogliby się dopuścić muzycy Hellwitch, gdyby w pierwszym etapie działalności trafili na sensowną (a przynajmniej o mniej złodziejskim profilu) wytwórnię, a przy okazji wytrzymali ze sobą trochę dłużej. "Syzygial Miscreancy" dowiedli, że stać ich było naprawdę na wiele, bo mimo upływu lat krążek wciąż trzyma się znakomicie i zamiata jak mało który. Już w zamierzchłych czasach Amerykanie z dużym powodzeniem robili, co się tylko dało, żeby firmowane przez nich granie (choć nie tylko – wystarczy rzut oka na tytuły i teksty) można było uznać za oryginalne. Panowie z thrash’u wzięli technikę i szybkość, a z death metalu intensywność i brutalność, co dało prawdziwie wybuchową mieszankę.

11 października 2011

Immolation – Providence [2011]

Immolation - Providence recenzja okładka review cover
Mam mieszane uczucia w stosunku do tego wydawnictwa. Z jednej strony cholernie cieszy mnie świeży zestaw wspaniałych dźwięków wyjątkowego zespołu, z drugiej wolałbym całą płytę z muzyką na takim poziomie, w końcu zaś z trzeciej mam pewne obawy, czy przypadkiem za jakiś czas Immolation nie wpadnie (albo zostanie wepchnięty) w epkowe szambo kosztem pełnych płyt. Póki co chyba mogę spać spokojnie. W przeciwieństwie do takiego Nuclear Blast, którzy pewnie z rozpaczy załamują ręce, bo w tym przypadku kasa przechodzi im koło nosa. Ale do rzeczy. "Providence" zawiera pięć stosunkowo krótkich kompozycji, co daje prawie dwadzieścia minut wybornego schizolskiego i intensywnego zarazem death metalu w najlepszym stylu Immolation. Materiał ten można traktować jako krok do przodu względem "Majesty And Decay", bo powiela wszystkie zalety tamtej płyty, a przy tym trochę lepiej brzmi, jest łatwiejszy w odbiorze (!) i jeszcze bardziej bezpośredni

8 października 2011

Hiram – Hiram [2008]

Hiram - Hiram recenzja okładka review cover
No niestety, wejście nie powala. Nie twierdzę, że jest złe – po prostu jest takie se, jak kombajn zbożowy w garażu na przedmieściach. A potem jest nawet nieco bardziej se. Wydawać by się więc mogło, że takim startem ustawiają temat do końca, ale nie, potem zaczyna się w końcu coś dziać. Potem zaczyna się gdzieś około minuty czterdzieści sekund i od tego momentu, z górkami i dolinkami, jest całkiem sensownie, a niekiedy nawet bardzo sensownie. Polane czystymi zaśpiewkami death/thrashowe kawałki wpadają w ucho z niemałym impetem i potrafią pozostać tam przez długie godziny. Album nie jest przesadnie długi, ale całość potrafi nasycić spragnionego nowocześnie potraktowanej syntezy ww. gatunków. Zaś fakt zalegania w głowie sprawia, że nawet człek nie zauważa, że mu właśnie trzecie okrążenie leci.

5 października 2011

Mourn Code – Paradise Of The Walking Waste [2011]

Mourn Code - Paradise Of The Walking Waste recenzja okładka review cover
Pierwsze dupnięcia (po ominięciu intra) przywodzą na myśl początki Angelcorpse, ale to nie jedyna kapela, z której twórczości czerpie meksykański kwintet. Koniecznie trzeba też wymienić Morbid Angel, Immolation oraz Krisiun. I te nazwy w zasadzie wystarczą, żeby mieć jaki taki obraz muzyki Mourn Code. Ciężki death metal z tendencją do technicznych zagrywek, w którym nie doszukacie się niczego nowoczesnego, ani tym bardziej oryginalnego. Wzorce chłopaki mają zacne, umiejętności techniczne zdradzają dłuższe obycie z instrumentami, no i panowie wiedzą, o co chodzi w tej muzyce... Jednak to nie wystarcza, by móc mówić o nich inaczej niż jako o zespole przeciętnym. W związku z powyższym "Paradise Of The Walking Waste" nie powoduje erekcji życia, choć słucha się tej płytki naprawdę spoko.

2 października 2011

Circle Of Defeat – Victims And Vengeance [2011]

Circle Of Defeat - Victims And Vengeance recenzja okładka review cover
Kapela pochodząca z Denver (czyli siedziby Cephalic Carnage) o nazwie zaczerpniętej z kawałka Nasum... No to już wiecie, czego się po nich spodziewać. Co najlepsze i godne pochwały – grają zgodnie z oczekiwaniami. Dla mniej czujnych – chodzi o pokopany, przyzwoicie techniczny grind-death. Nie jest to jeszcze ten poziom, co wyżej wymienione zespoły, ale pewne zadatki na dobrych pojebów Circle Of Defeat zdecydowanie posiadają. Póki co ze swoim graniem lokują się gdzieś pomiędzy tradycyjnym wściekłym dopieprzaniem, a kombinatorstwem w ramach ekstremy – bez odjazdów w stronę jazzu, sludge czy rocka. Obecność w paru miejscach patentów bardzo bliskich jedynce Nyia pozwala przypuszczać, że chłopaki podążą ścieżką mniej lub bardziej posranych, ale raczej brutalnych eksperymentów. Tak więc ten materiał może zrobić dobrze szczególnie tym, którzy w grindzie szukają czegoś ciekawego, a zarazem w pewnym stopniu ortodoksyjnego.

29 września 2011

Toxik – World Circus [1987]

Toxik - World Circus recenzja okładka review cover
Jeden z pionierów technicznego thrashu, prawdziwa ikona sążnistego młócenia, klasyka gatunku, najpiękniejsi na wyborach mistera roku stanu Nowy Jork i chuj wi, co jeszcze. Słowem – Toxik. Kapela równie dobra, co nieznana, a może nawet lepsza. Szlag trafia, gdy próbuje człek wejść w posiadanie takiej perełki, a tu albo brak (bo nagrano wieki temu), albo, jeśli już jest, to tylko dla zwycięzców ostatniego Lotto (bo absurdalnie drogie). Więc miota się człowiek między kurwami na eBayu, gdzie czasami ktoś robi porządki w kolekcji i sprzedając krążek chce stać się magnatem finansowym oraz chujami na Allegro, gdzie nikt nic nie widział, nikt nic nie wie. Aż w końcu przychodzi chwila, gdy — zupełnym fartem — wpada, zmęczony i solidnie wpieniony, człeczyna na reedycję, reedycję za śmieszną kwotę – by jeszcze na koniec dobić.

26 września 2011

Testament – Low [1994]

Testament - Low recenzja okładka review cover
Przed nagraniem "Low" Testament, jak to się ładnie mówi, zaliczył doła, doszły do tego istotne zmiany składu (odejście Skolnicka) i kłopoty z wytwórnią – w takiej sytuacji nie można było oczekiwać po zespole cudów, tym bardziej, że tenże zespół wydał już pięć płyt, którymi raczej wyczerpał temat. A tu coś takiego! Testament wbrew przeciwnościom losu podniósł się w glorii i chwale. Z wielkiego syfu powstał krążek, który z miejsca dołączył do ich największych osiągnięć – zaskakujący, mocniejszy niż którykolwiek wcześniej, bardzo zróżnicowany, świeży i przede wszystkim utrzymany na zajebiście wysokim poziomie. Panowie skomponowali wielowymiarowy choć bardzo składny materiał, w którym do odkrytego na nowo thrash’u dodali zwiększające siłę wyrazu elementy death metalu i zaaranżowali wszystko tak, żeby każdy mógł nagrać się do syta. Artystycznie Amerykanie ulżyli sobie najdosadniej w 'Urotsukidoji' – popieprzonej instrumentalnej plątaninie robiących wrażenie różnorakich popisów każdego z muzyków.

23 września 2011

Wormrot – Dirge [2011]

Wormrot - Dirge recenzja okładka review cover
Ja tam jestem uprzedzony i ciągle z rezerwą podchodzę do grindowych kapel z Singapuru i okolic, bo przytłaczającą większość tego, z czym miałem dotąd styczność, można określić jedynie kalekimi generatorami szumu i dudnienia. Tych tutaj wydaje Earache, czyli teoretycznie mamy gwarant jakiejś tam jakości, ale niepewność mimo to pozostaje. Okazuje się jednak, że nie taki diabeł straszny, bo podopieczni Anglików (swoją drogą, co ich tak nagle wzięło na brutalizmy, szykuje się nowa moda?) grają zupełnie nieźle, choć wtórnie do n-tej potęgi. "Dirge" to szybka, gwałtowna i dzika, a przy tym dobrze brzmiąca napierducha, która bez problemu trafi do wielbicieli najbardziej klasycznych przedstawicieli gatunku. Nie spodziewajcie się zatem wyszukanych cudów na poziomie Nasum czy współczesnego Napalm Death, bo Wormrot ładuje prosto i raczej jednowymiarowo.

20 września 2011

Dark Tranquillity – The Gallery [1995]

Dark Tranquillity - The Gallery recenzja okładka review cover
A więc melodyjnie... – tak właśnie zareagował demo, kiedy dowiedział się, co mam zamiar wrzucić. Melodyjnie – odparłem. W końcu inaczej się tego nazwać nie da, chociaż to wcale nie jest obelgą, gdyby ktoś pytał. Drugi album goteborczyków to już w pełni rozwinięty styl, który na debiucie mógł, co najwyżej, kiełkować. To, co na debiucie trzeszczało i szumiało, tu brzmi klarownie i melodyjnie. Tam, gdzie debiut oferował prosty przekaz, tutaj ów przekaz staje się bardziej niedosłowny. W końcu tam, gdzie na debiucie było chłodno i sztywno, na "The Gallery" jest ciepło i na luzie. Słychać, że w ciągu trzech lat chłopaki trochę dopieścili brzmienie, klimat i — ogólnie — koncepcję muzyki. Poszli w kierunku mniejszej agresji, a większego nacisku na melodie i przez to – większej przystępności.

17 września 2011

Immolation – Harnessing Ruin [2005]

Immolation - Harnessing Ruin recenzja okładka review cover
Szóste uderzenie bogów technicznej brutalności nastąpiło jak zwykle w glorii i chwale, ale też i w nieco odmienionym składzie, bowiem podupadającego na zdrowiu, a coraz bardziej zainteresowanego rodzinką Alexa Hernandeza zastąpił nieznany w metalowym światku Steve Shalaty z nieznanego w metalowym światku Odious Sanction. Nieznany, ale nie znaczy to od razu, że dużo gorszy, bo z rytmiką Immolation radzi sobie wyśmienicie i najwyraźniej dobrze wpasował się obecne oblicze zespołu. Ujmy im z pewnością nie przynosi, choć na pewno nie miesza tak ostro jak Alex. Sama muzyka także odrobinę się zmieniła w porównaniu z "Unholy Cult" – jest jeszcze bardziej przystępna (naturalnie jak na 'immolationowskie' standardy), chwytliwa (kilka riffów doskonale nadaje się do późniejszego nucenia pod nosem!), więcej w niej przestrzeni, gitary zdają się 'ryczeć' jak nigdy dotąd, a melodiom blisko do tych z "Close To A World Below".

14 września 2011

Obituary – Xecutioner’s Return [2007]

Obituary - Xecutioner’s Return recenzja okładka review cover
Po Obitkach nie należy się spodziewać romansu z klawiszami, babskiego zawodzenia, wesołych melodyjek, pedalskich chórków czy ogniskowych ballad. To fakt. Zawsze stawiali na nieskomplikowany walec i właśnie takim rozjeżdżali słuchacza. To także oczywista oczywistość, że zacytuję wyjątkowo nielubianego polityka. Jednak gdy w tytuł płyty wskakuje prehistoryczna nazwa, to sytuacja, przyznacie, robi się nad wyraz intrygująca. Ponad wszelką wątpliwość szyld nie jest tu przypadkowy, bo nad krążkiem aż unosi się zielony odorek zamierzchłej przeszłości. W związku z przymusową absencją Allena, całą muzykę napisali Trevor i Donald, czyli... duet odpowiedzialny za lwią część materiału z genialnego "Cause Of Death". I to właśnie z tą płytą "Xecutioner’s Return" ma najwięcej wspólnego. Jest odpowiedni ciężar, charakterystyczne szorstkie riffy, niezmiennie świetne wokale, średnie tempa (choć trzeba przyznać, że 'dwójka' jest całościowo szybsza) i zbliżony poziom brutalności.

11 września 2011

Tess – St Charles [2011]

Tess - St Charles recenzja okładka review cover
Jakoś tak się złożyło, że metalcore niezbyt często gości na naszych łamach. Są po temu oczywiście dobre powody – można to sprawdzić samemu, nawet w ramach Przysposobienia Obronnego: wystarczy zapodać wybrany w ciemno core'owy album do plejera i voila, to się przecież samo dyskwalifikuje. Kilka chlubnych wyjątków można znaleźć u nas. Z czymś na kształt wyjątku mamy do czynienia dziś. "St Charles" to kompilacja przygotowana przez francuskich muzyków z formacji nieżywych scha... pardon, Tess i obejmująca dwa longpleje z 2008 i 2010 roku i dwa luźne kawałki tegoroczne. Jest więc tego od zasrania, ale — co jest zaskoczeniem nawet dla mnie samego — da się przez to przebrnąć bez regulaminowej drzemki. To znaczy lepiej przedziera się przez materiał nowszy z 2010 roku, lecz i przy starszym można się kilka razy wzruszyć.

8 września 2011

Cannibal Corpse – Kill [2006]

Cannibal Corpse - Kill recenzja okładka review cover
Wymownie i dość buńczucznie — zważywszy na poziom wtórnego "The Wretched Spawn" — ochrzcili swój dziesiąty album Kanibale. Jednak nie było w tym żadnej przesady, bo "Kill" rzeczywiście zabija! Począwszy od 'The Time To Kill Is Now', z każdym następnym mocarnym ciosem zespół potwierdza powrót do najwyższej formy. W ich przypadku to już trzecia młodość. "Kill" łączy w sobie cechy ich najlepszych, najbardziej krwawych płyt — czyli "The Bleeding" i "Bloodthirst" — ze świeżym podejściem do kwestii brzmienia i wielką przyswajalnością. Erik Rutan w swoim Mana Recordings zrobił im najlepszy sound od chwalebnych czasów współpracy ekipy z Buffalo z Colinem Richardsonem; najgęstszy i najbardziej masywny, z doskonale potraktowanymi, super precyzyjnymi gitarami rytmicznymi. Tym samym Cannibal Corpse dorobili się krążka, którego można słuchać już dla samego delektowania się dźwiękiem.

5 września 2011

Exhumed – All Guts, No Glory [2011]

Exhumed - All Guts, No Glory recenzja okładka review cover
Napiszę petycję do muzyków Carcass (i tej perkmańskiej przybłędy z Arch Enemy), żeby dali se siana z tą lipną reaktywacją, a wszelkie pomysły związane z nagrywaniem czegokolwiek pod tą nazwą pogrzebali póki jeszcze mogą, i zanim dosięgnie ich moja ręka prawa i sprawiedliwości. Jako koronny argument dorzucę przegrywkę nowego krążka Exhumed. Posłuchają i może wreszcie zrozumieją, że nie mają w tej muzyce już nic do powiedzenia, a świat ich już nie potrzebuje. Naturalnie, o ile przeżyją kontakt z tym dziełem. Kurwa! To jest jeden z moich czołowych i jakże nielicznych kandydatów do płyty roku! Naprawdę nie spodziewałem się aż tak dosadnego uderzenia po odrodzonych Amerykanach. Chociaż wieści o ich reaktywacji mnie ucieszyły — wszak zawsze byli fajni — to byłem pewien, że nie wzniosą się na poziom znakomitego "Anatomy Is Destiny".

2 września 2011

Fleshgod Apocalypse – Agony [2011]

Fleshgod Apocalypse - Agony recenzja okładka review cover
Septic Flesh niespodziewanie wyrosła (groźna?) konkurencja na polu 'symfonicznego death metalu', i to również z 'ciałem' w nazwie. Piszę niespodziewanie, bo choć Włosi już na poprzednich wydawnictwach przejawiali pewne neoklasyczne skłonności, to dopiero po przejściu do Nuclear Blast (to ich nagłe zamiłowanie do rzeźni jest dla mnie wielce zastanawiające) w pełni rozwinęli tę stronę swojej działalności, nie odpuszczając nic z wcześniejszej ekstremy. Już na początku warto nadmienić, że Fleshgod Apocalypse, pomimo obranej stylistyki, jest zespołem zupełnie innym niż wspomniany grecki potwór. O ile w dźwiękach generowanych przez Septic Flesh jest dużo napięcia, dostojeństwa i klimatu, to już autorzy "Agony" poszli w nieco innym kierunku i po prostu ostro młócą na tle żwawo zapieprzającej orkiestry (w znaczeniu: klawiszy).

31 sierpnia 2011

HR Giger – ARH+ [2005]

HR Giger - ARH+ recenzja
Wprawdzie ta książka nie ma nic wspólnego z muzyką, ale już widzę te niezdrowo zainteresowane gęby zwabione nazwiskiem i bezeceństwami na okładce. Przed wami bogato ilustrowana (nie mogło być inaczej!) autobiografia mistrza pogiętych piekielnych wizji, zdobywcy Oscara i miłośnika szelek – Hansa Rudolfa Gigera. Z tej dość krótkiej publikacji zadowoleni będą zarówno ci, którzy chcą się dowiedzieć czegoś ciekawego o tym wybitnym artyście, bo Giger (albo po polskiemu: Gajger – jak ten od licznika promieniowania, hehe) nie szczędzi wspomnień i anegdot, jak i ci, którym zależy tylko na 'obrazkach', bo reprodukcji jego dzieł — obrazów (także w różnych stadiach powstawania), rzeźb, szkiców, itd. — jest tu od groma. Rozczarowanie natomiast spotka każdego, kto nastawia na jakieś sensacyjne studium przypadku, odkrywające przed światem dramatyczne początki zwichrowanej wyobraźni autora.

29 sierpnia 2011

Blind Guardian – Tales From The Twilight World [1990]

Blind Guardian - Tales From The Twilight World recenzja okładka review cover
Trzeci longplej Strażników należy potraktować jako zwieńczenie pewnego rozdziału w ich karierze, rozdziału poszukiwań, tworzenia własnej tożsamości i wychodzenia z wieku młodzieńczego. Dwa lata od wydania pierwszego "Battalions of Fear" wystarczyły, by — doszedłszy do granic stylu — zacząć się zastanawiać nad wyjściem z dość gęsto obsianego poletka niemieckich kapel speed metalowych. Można więc "Tales..." potraktować w dwójnasób, z jednej strony jako koniec pewnej epoki, ale też jako łącznik między własnym dziedzictwem muzycznym, rozpoczętym jeszcze w erze Lucifer's Heritage, a rosnącą samoświadomością. A co to znaczy przetłumaczone na polski? Znaczy to tyle, że tak, jak nie można powiedzieć, że "Tales..." rozpoczynają nowy okres w dziejach kapeli (przyjdzie na to jeszcze poczekać), nie można też powiedzieć, że są 'tylko' albumem speedowym. Pierwsze, na co kieruje się uwaga, to większa ilość wszelkiej maści poza-speedowych elementów, w tym zmian tempa, niebanalnej melodyjności i złożonych struktur.

26 sierpnia 2011

Slayer – Christ Illusion [2006]

Slayer - Christ Illusion recenzja okładka review cover
Nie powiem, żebym miał jakieś ogromne oczekiwania względem "Christ Illusion", bo poprzednim krążkiem Zabójcy mnie nie zabili, a sama obecność Lombardo w składzie przecież "Reign In Blood" jeszcze nie czyni. Spodziewałem się natomiast, że szum wokół tej płyty skupi się na osobie oryginalnego pałkera, nie zaś na muzyce. Toteż z radością przyjąłem fakt, że album wyszedł Slejerkom dużo lepiej niż "Bozia nas nie lubi", choć o powrocie do starych czasów nie mogło być mowy i chyba tylko szaleńcy czekali na powtórkę z rozrywki sprzed 15-20 lat. Jako się rzekło, styl został zachowany. Tak na dobrą sprawę, "Christ Illusion" zaskakuje tylko mnogością wyjątkowo chwytliwych riffów, bo reszta w zasadzie pozostała bez większych zmian.

23 sierpnia 2011

Azarath – Blasphemers' Maledictions [2011]

Azarath - Blasphemers' Maledictions recenzja okładka review cover
Co tu ukrywać, w ogóle mi się nie spieszyło do poznania zawartości "Blasphemers' Maledictions". Raz, że "Praise The Beast" zupełnie mnie nie ruszył, a dwa, że gdzieś na poziomie szóstego zmysłu ustaliłem sobie, iż niczego lepszego od "Diabolic Impious Evil" Azarath już nie nagra. No i nie nagrał, co wcale nie oznacza, że nie ma tu na czym ucha zawiesić. Porządnej death’owej młócki dostajemy pod dostatkiem, bo aż 45 minut. Oczywiście - porządnej, o ile zechce się zaakceptować nowy kierunek zespołu, bo płyta znacząco różni się od poprzednich. "Blasphemers' Maledictions" jest przede wszystkim bardzo oldskulowy, powiedziałbym nawet, że rebeliancki, bluźnierczym duchem bliski pierwszym profesjonalnym nagraniom Possessed i Morbid Angel, tylko o lata świetlne od nich brutalniejszy.

20 sierpnia 2011

Esqarial – Burned Ground Strategy [2008]

Esqarial - Burned Ground Strategy recenzja okładka review cover
Esqarial jest przykładem kapeli, która raz wszedłszy na równię pochyłą, trzyma się jej z uporem maniaka. Bo jak inaczej wytłumaczyć poziom "Burned Ground Strategy" z perspektywy, po pierwsze, "Discoveries", a następnie "Inheritance". Lecą chłopaki na łeb, nie mam co do tego żadnych wątpliwości; pomijam "Klassikę" bo to zupełnie inna para kaloszy – ten i tylko ten album można potraktować inną miarą. "Burned Ground Strategy" trzeba jednak potraktować jako pełnoprawny album tech deathowy. I już w tym miejscu pojawiają się pierwsze lampki ostrzegawcze. Tak coś mi się słyszy, że death Esqariali podpada bardziej pod miękko-rozmokły styl francuski, aniżeli np. amerykański, niemiecki czy kanadyjski. Mam tu na myśli przede wszystkim ogromny nacisk położony na gitary, ich względną prostotę, mocno dmuchane wokale, które bardzo, ale to bardzo chcą być growlem oraz sporą melodyjność.

17 sierpnia 2011

Decapitated – Carnival Is Forever [2011]

Decapitated - Carnival Is Forever recenzja okładka review cover
Przychodzi mi to z wielkim trudem, jak wychodzenie do kibla podczas karnych, ale nic nie poradzę – jestem zmuszony napisać kilka ciepłych słów pod adresem powrotnej płyty Decapitated. Nowy skład i nowe pomysły na muzykę sprawiły, że wreszcie tego zespołu da się słuchać i, co więcej, można czerpać z tego nielichą przyjemność. O bezgranicznym zachwycie z mojej strony nie ma wprawdzie mowy, ale i tak za pomocą "Carnival Is Forever" chłopaki dokonali czegoś, co nie udało się choćby Morbidnym Andżelom – pozytywnie zaskoczyli. Progresja w ramach prezentowanego dotąd stylu oznacza tu przede wszystkim dopuszczenie do głosu wpływów ambitniejszego hard core’a, co przejawia się głównie w wokalach (krzyczano-wrzeszczane, nie każdemu muszą pasować – mnie nie robili poprzedni wokaliści, więc równowaga w przyrodzie została zachowana),

14 sierpnia 2011

Dead Infection – Brain Corrosion [2004]

Dead Infection - Brain Corrosion recenzja okładka review cover
Powrót Dead Infection do czynnego uprawiania krwistej sztuki wielu przyjęło z nieskrywaną radością – wszak to bogowie gore grind, a rozmaici teologowie przekonują, że obecność istot wyższych jest człowiekowi w życiu bardzo potrzebna. Nie pamiętam tylko, czy wspominali cokolwiek o napierdalaniu. Pewnie chcieli, tylko im odwagi brakowało. OK, sprawy wiary odłóżmy na kiedy indziej. Na "Brain Corrosion" białostockie trio rusza z miejsca, w którym skończyli wieki temu na "A Chapter Of Accidents" (oczywiście pomijam milion splitów i składanek!), czyli nadal mamy do czynienia z pozbawionym eksperymentów grzmoceniem po staremu: mocno, brutalnie, prosto i z jajami. Sposób grania nie zmienił się nawet na jotę (radocha przy słuchaniu także), za to brzmienie bardzo. Trochę się bałem łączenia Dead Infection z nowoczesnym soundem (nagrywano w Hertzu),

11 sierpnia 2011

Coroner – R.I.P. [1987]

Coroner - R.I.P. recenzja okładka review cover
Jeszcze do niedawna Szwajcarzy mogli się pochwalić, poza potwornie drogimi zegarkami dla snobów (Patek... fap, fap, fap), serem z dziurami od krów wypasających się na alpejskich stokach oraz turystyką eutanazyjną, zaledwie czterema poważnymi — tak pod względem muzyki, jak i rozpoznawalności — kapelami, a Coroner był oczywiście jedną z nich. Od niedawna kapel jest pięć, mam na myśli Punish, ale nie o nim dzisiaj będzie. A będzie o wspomnianych już Koronerach. Trochę przyszło wam na nich poczekać, ale kapela jest tego warta. Ujmę to tak: przekonanych przekonywać nie trzeba, bo muzykę Szwajcarów zdążyli już poznać i wiedzą, że z byle Vaderem nie mają do czynienia; tych zaś, którym po prawie ćwierćwieczu od pierwszego wydawnictwa nie dzwoni w żadnym kościele, serdecznie zapraszam, by się — dla dobra swojego i innych — publicznie wychłostali.

8 sierpnia 2011

Behemoth – Zos Kia Cultus [2002]

Behemoth - Zos Kia Cultus recenzja okładka review cover
Po tym, jak "Thelema.6" niespecjalnie mnie skopała, po "Zos Kia Cultus" wybierałem się z pewnym ociąganiem (to może też mieć jakiś związek z lenistwem, ale co tam) i bez wielkich nadziei. Szybko się okazało, że niepotrzebnie, a płyta do dziś jest jedną z najlepszych w bogatym dorobku Behemoth. Album ten to kawał solidnego, wymagającego (od słuchacza) i brutalnego death metalu w konwencji nieco odmiennej od średniej gatunkowej, acz baaardzo mocno osadzonego w twórczości takich jednych sławnych z Ameryki. Oczywiście chodzi o Morbid Angel (i głównie krążek "Domination"), którymi fascynacja sięgnęła zenitu właśnie na "Zośce". Ma to swoje plusy, minusy także, ale tych pierwszych jest zdecydowanie więcej – naturalnie jak ktoś lubi ekipę z Florydy.

5 sierpnia 2011

Anorexia Nervosa – Redemption Process [2004]

Anorexia Nervosa - Redemption Process recenzja okładka review cover
Z "Redemption Process" sprawa miała wyglądać wyjątkowo prosto – nazwa, tytuł, a przy ocenie wklepane dziesięć. Jednak pierwsze przesłuchania czwartej płyty umalowanych i wystrojonych Anorektyków (brawa za oryginalny image!) dały mi wyraźnie do zrozumienia, że trzeba będzie się nieco postarać. Po następcy niesamowitego "New Obscurantis Order" oczekiwałem bowiem wulkanu energii i notorycznego, maniakalnego wręcz blastowania, a tu – pewne zaskoczenie. Nie żeby Francuzi nagle przerzucili się na doom (czego im nie życzę), ale nie jest to materiał tak ponaddźwiękowy, jak można było się tego spodziewać i na jaki ich stać. Dostajemy za to krążek na pewno najbardziej podniosły, poważny, w niektórych fragmentach nawet patetyczny (aczkolwiek bez popadania w skrajności – żadnej sztuczności), zaaranżowany z barokowym rozmachem i wielką wyobraźnią,