18 maja 2010

Immolation – Majesty And Decay [2010]

Immolation - Majesty And Decay recenzja okładka review coverPo przejściu Immolation do Nuclear Blast można było oczekiwać różnych cudów, a już na pewno ogromnej kampanii reklamowej i podpasek z wizerunkami członków zespołu. A tu nic, chyba, że znowu coś przespałem. Spokojnie, bez nadęcia i wielkich zapowiedzi Amerykanie sprokurowali najbrutalniejszy, najgwałtowniejszy, najbardziej popieprzony, najlepiej wyprodukowany (nagrywali standardowo w Millbrook, więc to pewnie Niemcy szczodrze sypnęli kaską na wypasioną sesję) i najgęściej zagrany krążek od czasu prześwietnego "Unholy Cult". Gęstość nie oznacza oczywiście pocinania na samych blastach przez całą płytę, bo tak nisko Immolation nie upadli. Za to ponownie udowodnili, że i przy wolnych tempach można zdrowo zamieszać, nie popadając w pseudoartystyczny nieład, tudzież banalne pitolenie. W tym miejscu słowa uznania dla Steve’a, który dokonał dużego postępu i wreszcie pozamiatał na poziomie swojego znakomitego poprzednika – z głową, rozmachem i bez litości dla swoich kończyn. Jeśli perkusja sprawuje się bez zarzutu, to o resztę można być spokojnym – wokal Rossa dołuje, bas niekiedy mocniej się wybija, a gitary... Gitary przygniatają swoim bogactwem. Robertowi nie brakuje pomysłów ani na schizolsko poplątane riffy, ani na pacyfikujące zmysły solówki – i to wszystko wyciska ze zwykłej 'szóstki'. Nic, tylko pogratulować wyobraźni. Album zrywa ze schematem podziału kawałków na szybkie i brutalne oraz wolne i ciężarne. Na "Majesty And Decay" właściwie każdy numer zawiera, w ten czy inny sposób, poskręcane z sobą skrajności. Nic w tej muzyce nie jest jednoznaczne i łatwe do przewidzenia, co oznacza jeszcze większy mętlik w głowie słuchacza i jeszcze więcej niuansów do odkrywania. Wyjątkowy talent zespołu wychodzi także w czymś, co u nich wprost uwielbiam – nawet w największych wyziewach potrafią utrzymać charakterystyczny ponury, przygnębiający klimat (zbliżony do tego z "Harnessing Ruin"). Zresztą trudno o wesołe melodyjki, gdy już w pierwszym utworze panowie mocno dają wyraz swemu obrzydzeniu ludzkością słowami "Purge the world, remove them all" – a takich jasnych deklaracji jest tutaj niemało. Mimo to rewolucji w samej muzyce nie ma, a jedyną większą nowością są aż dwa autonomiczne introsy. Zdaję sobie sprawę, że niektórym nieco (nieco!) nowocześniej potraktowane brzmienie może nie spasować, ale to właśnie ono, wraz z wyczynami Steve’a, ma niebagatelny wpływ na intensywność materiału. Najważniejsze, że jest masywne, klarowne i w żaden sposób nie zrywa ze stylem zespołu. No i nie trzeba się do niego przyzwyczajać, jak w przypadku dwóch wcześniejszych płyt. Do "Majesty And Decay", branego ogółem, nie trzeba się wcale przyzwyczajać, ten krążek się chłonie.


ocena: 9,5/10
demo
oficjalna strona: www.everlastingfire.com

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

1 komentarz: