facebook

30 marca 2010

Exmortem – Pestilence Empire [2002]

Exmortem - Pestilence Empire recenzja okładka review cover
Będzie krótko, bo i ten lekko przekraczający pół godziny krążek elaboratów nie wymaga. To jest po prostu ściana dźwięku – sieczka, z którą mogą się zmierzyć tylko zagorzali miłośnicy rzeźników pokroju Krisiun, Angelcorpse, Rebaelliun, Azarath czy Hate Eternal. Pozostali wiele ciekawego tu dla siebie nie znajdą, bo i poza łomotem wiele tu nie ma. "Pestilence Empire" to bezkompromisowy, wypełniony czystym napierdolem i kipiący od agresji album stworzony przez niezłych muzyków, którzy stawiają przede wszystkim na pokaz siły, a nie szpanowanie umiejętnościami – stąd też brak tu jakichkolwiek ozdobników. Właściwie jedyne, na co sobie z umiarem pozwalają, to zmiany tempa, ale akurat one nie rzucają się zbytnio w uszy, bo przez większość czasu słychać tylko blaaast i ryyyk, co czyni album dość jednowymiarowym.

28 marca 2010

Edge Of Sanity – Infernal [1997]

Edge Of Sanity - Infernal recenzja okładka review cover
Myślę, że "Infernal" można nazwać ostatnim pełnym albumem Edge Of Sanity. Wydany później "Cryptic" został nagrany bez Dana Swano, z kolei wydany 7 lat temu "Crimson II" został skomponowany i zarejestrowany tylko przez Swano. No więc, co zawiera ten ostatni longplay szwedzkiej legendy? Ano chyba nic ciekawego... Jest na pewno zróżnicowanym materiałem, lecz zróżnicowanie nie zawsze jest dobre, czego przykładem jest właśnie "Infernal". Albumik został praktycznie napisany tylko przez dwóch panów, pana Swano i pana Axelssona, co ciekawe — z reguły — każdy z nich w swoich kawałkach objął wokale. Pan S. skupił się głownie na melodyjności, progresji, wprowadzaniu rockowych zagrywek, zaś Pan A. nagrał tradycyjne, surowe szwedzkie death metalowe granie.

26 marca 2010

Banisher – Slaughterhouse [2010]

Banisher - Slaughterhouse recenzja okładka review cover
Niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój tech death mają. Tak, tak moi milusińscy – rzeszowski team Banisher swoim debiutem udowadnia, że są jeszcze w Polsce ludzie, którzy wiedzą jaki użytek zrobić ze sprzętu. Nie pierdoląc się w żadne podchody, wyciskają z hardware’u i siebie siódme poty, by zaspokoić gusta wszystkich maniaków brutalnego nakurwiania. I muszę przyznać, że robią to bardzo solidnie. W dodatku — jak na Polską kapelę przystało — okraszają całą tą młóckę sporą dawką chorego, świńskiego humoru. Jak się tak zastanowić, to dawno nie było kapeli, która podchodziłaby do tematu z takim dystansem. Nie zdziwcie się więc zatem, kiedy waszych uszu dobiegną różne pierdy, beknięcia, wymioty, tudzież inne 'odgłosy paszczą'.

24 marca 2010

Altar – In The Name Of The Father [1999]

Altar - In The Name Of The Father recenzja okładka review cover
Altar nigdy nie należał do czołówki europejskiego death metalu i nawet w swoim kraju pozostawał w cieniu gwiazd pokroju Pestilence, Asphyx, Gorefest czy Sinister. Owszem, zawsze prezentował niezły poziom, ale też nigdy nie było to nic na tyle wielkiego, żeby pomogło chłopakom wybić się z drugiej ligi. Jednak... po kilku latach działalności dorobili się w swej dyskografii krążka, który poniewiera od początku do samego końca. "In The Name Of The Father" to kapitalny album, będący syntezą tego, co w europejskim i amerykańskim death metalu najlepsze z domieszką drobnych pozostałości po "Provoke" (chodzi o hard core’owe naleciałości). Mamy zatem świetną motorykę, solidny poziom brutalności, dużą rozpiętość prezentowanego tempa (doskonałym tego przykładem jest 'I Spit Black Bile On You' – zaczyna się hiperciężko by w końcówce rozpędzić się do konkretnego galopu),

Die Verbannten Kinder Evas – Die Verbannten Kinder Evas [1995]

Die Verbannten Kinder Evas - Die Verbannten Kinder Evas recenzja okładka review cover
Czas odetchnąć od łomotu siekących blastów, wrzasku bluźnierczych manifestów i nieustannej akceleracji. Czas zatrzymać się na moment i dać ponieść wyobraźni. Czas na Die Verbannten Kinder Evas. Więc zaparzcie sobie herbatkę, zamknijcie siostrę/żonę/dziewczynę w piwnicy (Trzymamy się austryiackich standardów, co? – przyp. demo), wyłączcie komórkę i wygodnie rozsiądźcie się w fotelu. Play... W ciągu najbliższej godziny wasza wrażliwość i poczucie piękna zostaną naładowane potężnymi ładunkami wykwintności i dość ponurawej melancholii. Godzina ta wystarczy na rozluźnienie się i mentalne odpoczęcie. Po niej nawet (całkiem uzasadnione) ujadania wkurzonej siostry/żony/dziewczyny nie będą miały większego znaczenia. W pamięci bowiem wciąż będą się tliły resztki dźwięków i melodii wcześniej usłyszanych.

Hypocrisy – The Final Chapter [1997]

Hypocrisy - The Final Chapter recenzja okładka review cover
Piąty album szwedzkiego trio pokazał, że zespół ma bardzo dużo pomysłów na granie death metalu. Po tak świetnych albumach jak "The 4th Dimension" i "Abducted", Hypo nagrywa następny, tak samo wspaniały jak dwa wyżej wymienione, chociaż duża część fanów uważa, że jest to najlepszy album Petera i spółki. Nic dziwnego: ciężkość, brutalność, zabójcze riffy, świetne melodie i solówki, różnorodne wokale oraz struktury kompozycji muszą zachwycać, a raczej zabijać. Utwory podzielone są na szybkie i wolne, po szybkim jest na ogół wolny, po wolnym szybki. Ale to tylko uproszczona klasyfikacja, ponieważ "The Final Chaper" zawiera prawdziwe bogactwo kompozycji. Można tu znaleźć brutalne wyziewy jak "Last Vanguard", "Inseminated Adoption"; szybkie pełne czadu i agresji kawałki np. "Dominion", bardziej melodyjne kompozycje jak "Adjusting The Sun", "Through The Window Of Time",

Angelcorpse – The Inexorable [1999]

Angelcorpse - The Inexorable recenzja okładka review cover
"The Inexorable", jeden z moich ulubionych death metalowych krążków w ogóle, mógłby być pięknym zwieńczeniem kariery Amerykanów, gdyby nie to, że spieprzyli sprawę reaktywacją i wydaniem "Of Lucifer And Lightning". Zaniżona w ten paskudny sposób opinia o muzykach w żaden sposób nie zmienia jednak postrzegania przeze mnie ich poprzednich dokonań, z których album numer trzy jest tym najbardziej wypierdolistym. W końcu przecież nie trafił do kategorii moich największych faworytów przez przypadek. Ludziska, mnie tu pasuje absolutnie wszystko! "The Inexorable" to oczywiście techniczny death metal, ale taki z epoki zanim jeszcze wszystkich pojebało w pogoni za najbardziej złożonymi strukturami, kiedy technika szła w parze z odpowiednim feelingiem i podziemnym nastawieniem.

Hieronymus Bosch – The Human Abstract [1995]

Hieronymus Bosch - The Human Abstract recenzja okładka review cover
Jak się okazuje, dobrą muzykę tworzą też na wschodzie. I to niekoniecznie dalekim, lecz taki po sąsiedzku – powiedzmy lot rakiety balistycznej średniego zasięgu. Znaczy się Rosjanie. Jakiś czas temu pisałem o innych ruskich grajkach, ale powiedzmy sobie szczerze – była to jeno przystawka. Wydaje się bowiem, że dziś w Rosji niepodzielnie panuje pewien Niderlandczyk – Hieronymus Bosch. Debiutancki album tej formacji ujrzał światło dzienne w 1995, czyli dokładnie w 479. rocznicę śmierci malarza. Ujrzał i pozamiatał, co było do pozamiatania. A dziadostwa było sporo, o czym sami przekonacie się próbując przypomnieć sobie jakąś godną uwagi ruską kapelę. No po prostu nic, zero, null (jak macie coś fajnego, to zarzućcie w komentach).

Gorefest – Mindloss [1991]

Gorefest - Mindloss recenzja okładka review cover
Od premiery "Mindloss" minęło już przeszło 19 długich lat. Wówczas albumik zrobił nawet niemałe zamieszanie i dał Holendrom możliwość wypłynięcia na głębsze wody, którą nota bene umiejętnie wykorzystali. Różni się on znacznie od późniejszych dokonań Gorefest. Jest zimny, surowy, prosty, mało tu melodii, ale jednak przyjemnie się go słucha. Ot taki brutalny old schoolowy death metal, inspirowany dokonaniami sceny amerykańskiej i brytyjskiej z późnych lat 80-tych. Inspirowany, ale jednocześnie ze swoimi pięcioma groszami. Wszystko zaczyna się krzykami maltretowanych ludzisk, a po nich już tylko 9 stricte death metalowych brutalnych numerów. Jako pierwszy rusza rozpędzony walec "Mental Misery", w którym Panowie pokusili się o użycie klawiszy. Kolejny po nim to  szybki "Putrid Stench Of Human Remains".

Dead Infection – Surgical Disembowelment [1993]

Dead Infection - Surgical Disembowlment recenzja okładka review cover
Debiut Flanelowych Koszul z Białegostoku wydaje się być dzisiaj nieco zapomniany, co może dziwić w kontekście tego, jak w ojczyźnie rzekomo uwielbiany jest ten wspaniały band. Niezależnie jednak od tego, ile ton kurzu zebrało się na "Surgical Disembowelment", krążek i tak wymiata, niszcząc bez litości wiele spośród dzisiejszych 'odkryć' brutalnej sceny. Przez te 35 minut Dead Infection nie stroją niewinnych min, nie chowają się za dziewczynami z piaskownicy, nie udają też, że mają zamiar pierdolić się ze słuchaczem jak matka z łobuzem. Dziki wygar i mielenie od początku do końca – tylko tyle i aż tyle mają do zaoferowania. Mnie to bierze, szczególnie że album świetnie zrealizowano. Solidnie nasycony brudem i zgnilizną dźwięk, piaszczyste gitary i dość wyraźne, naturalnie tłukące gary. Nie ma lepszej oprawy dla zwierzęcego gore death-grindu w typie starego Carcass!

Savage Circus – Dreamland Manor [2005]

Savage Circus - Dreamland Manor recenzja okładka review cover
W 2005 roku, po ponad dwudziestu latach obecności w Blind Guardian, Thomen Stauch zdecydował się zakończyć współpracę z zespołem (co było dużą i niemiłą niespodzianką, bowiem Thomen zawsze był jedną z podpór zespołu i od kiedy Blinda słucham, czyli jakieś naście lat, zawsze lubiłem jego styl). Powodem odejścia miało być niezadowolenie z nowej linii zespołu. A że założyć dzisiaj band jest łatwiej niż kupić bułkę, więc i Thomen postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i będąc jeszcze w BG, w 2004 roku, wraz z wokalistą Jensem Carlssonem wpadli na pomysł założenia formacji, której dali nazwę Savage Circus. Nietrudno się domyślić, że muzyka zaserwowana na debiutanckim longpleju Cyrkowców to ówczesny Blind Guardian minus 10 lat. Wszystko — począwszy od kroju czcionki w nazwie, a skończywszy na muzyce — wyglądem i brzmieniem przypomina BG z czasów około "SFB" i "IftOS".

Tenebris – Catafalque – Comet [2007]

Tenebris - Catafalque - Comet recenzja okładka review cover
Chyba 3 lata temu ktoś wpadł na świetny pomysł przypomnienia wszystkim fenomenalnego polskiego zespołu Tenebris, poprzez wydanie krążka pt. "Catafalque – Comet". Składa się on z trzech różnych nagrań: kultowego MCD "Catafalque", trzyczęściowego utworu "Comet" oraz dwuutworowego dema "Leaving of Distortion Soul". Album reklamowano czterema słowami: progresja, technika, eksperyment, przestrzeń. To chyba najlepszy esencjonalny opis tego wydawnictwa, choć trochę enigmatyczny, niemniej jednak mocno przyciągający i zachęcający, aby po nie sięgnąć. Można byłoby dodać jeszcze jeden rzeczownik: unikalność. Krew mnie zalewa, że żadna wielka wytwórnia nie zwróciła uwagi na Tenebris. W końcu ich death metal oscyluje w rejonach tak pogmatwanego grania jak Nocturnus, Sadist czy nawet Cynic. "Catafalque – Comet" to prawdziwy róg muzycznej obfitości!

The Dillinger Escape Plan – Miss Machine [2004]

The Dillinger Escape Plan - Miss Machine recenzja okładka review cover
Amerykańscy popaprańcy przy pierwszym — dodam, że szybkim — kontakcie z "Miss Machine" niczym specjalnym mnie nie zaskoczyli. Dopiero spokojne przebrnięcie przez całość uświadomiło mi fakt, że oto obcuję z wyjątkową płytą. Muzykę na tym albumie określiłbym nieco dziwnym mianem 'free-grind'. Wprawdzie bazą wyjściową jest (choć w sumie cholera wie, co im w tych krótkowłosych łbach siedzi) właśnie grindowy łomot, to fragmentów, gdzie mamy do czynienia z sieką stricte grindowej proweniencji nie ma aż tylu, ilu można by się spodziewać. Upraszczając: nie napierdalają non stop, choć z boku tak to może wyglądać. Dostajemy za to elementy niemal żywcem wyjęte z produkcji hard core, przebojowego rocka, jazzu, czy też... hmm... lajtowej alternatywy (?!), które sprawnie wpleciono w konkretnie popieprzoną, połamaną całość. The Dillinger Escape Plan to zespół świetnych instrumentalistów, którzy w żaden sposób nie mają zamiaru się ograniczać i znakomicie odnajdują się w każdym granym przez siebie gatunku.

Gnostic – Engineering The Rule [2009]

Gnostic - Engineering The Rule recenzja okładka review cover
Chyba każdy szanujący się metalowiec zastanawiał się kiedyś, jak mógłby brzmieć kolejny krążek Ateistów. I niestety wygląda na to, że na domysłach się całe to dumanie nie skończy, bo chłopaki — jak donosił demo — postanowili spróbować. Nie zmienia to jednak faktu, że schedę po nich chciało przejąć mnóstwo kapel (a teraz sami chcą przejąć pałeczkę po sobie ;]). A jedną z nich jest niewątpliwie Gnostic, ale nie ten szatanujący z Texasu, tylko ten z Georgii. Ten z — jak to informuje naklejka na płycie — udziałem trzech członków Atheist. Nie łudźcie się jednak, że będą to ci prawdziwi Ateiści z początku lat 90-tych. To, poza Flynnem, dokooptowani w ostatnich latach, bliżej nieznani jegomoście, których, na co wygląda, temat zwyczajnie przerósł.

Carnal – Undefinable [2007]

Carnal - Undefinable recenzja okładka review cover
"Undefinable" jest drugim pełnym albumem i już czwartym materiałem w dorobku warszawskiej grupy Carnal. Zespół zadebiutował 9 lat temu bardzo fajnym MCD zatytułowanym "A Time Has Come". Przez ten czas ich talenty oraz podejście do pisania muzyki niewątpliwie uległy małej ewolucji, co wyraźnie słychać na "Undefinable". A co słychać? Odpowiedź w cale nie jest taka prosta. W wielu różnych portalach pojawia się mniej lub więcej informacji na temat muzyki Carnal i co ciekawe informacje te są często skrajnie różne. Jedne przedstawiają Carnal jako doom metal, inne jako melodyjny death metal a spotkałem nawet takie, które mówiły o technicznych death metalowcach z Warszawy! Jak widać naprawdę duża rozbieżność opinii, jednak żadna z nich nie jest do końca prawdziwa. I to chyba dobre dla zespołu, ponieważ nie jest łatwo wrzucić ich muzykę do szuflady z naklejką death metal, doom metal czy "inny metal".

23 marca 2010

Lux Occulta – My Guardian Anger [1999]

Lux Occulta - My Guardian Anger recenzja okładka review cover
"My Guardian Anger" uważam za najlepszy krążek nieistniejącego już Lux Occulta i podejrzewam, że w tej opinii nie jestem odosobniony. Co więcej, to chyba jedno z lepszych nagrań w ramach całego symfonicznego death-black, choć dla mnie największe wady albumu wynikają właśnie z owej 'symfoniczności'. Ale po kolei. Poprzednie płyty Luksusowych Okultystów — mimo paru lepszych momentów — nie mogły zwiastować takiej zwyżki formy, z jaką mamy tutaj do czynienia. Przede wszystkim muzyka zyskała na charakterze, wyrazistości przez pójście w bardziej death’owe uderzenie: gęstsze partie perkusji oraz silniej zaakcentowane, technicznie zaawansowane faktury gitar. Ta zmiana wyszła zespołowi na dobre, bo wreszcie to, co powinno stanowić rdzeń muzyki jest należycie uwypuklone, a nie zepchnięte do roli tła, jak to poprzednio bywało.

Disembarkation – Rancorous Observision [2000]

Disembarkation - Rancorous Observision recenzja okładka review cover
Szopen Fryderyk wielkim kompozytorem był, za co (bo przecież nie za dziwkarstwo) został właśnie uhonorowany tygodniowymi obchodami dwusetnej rocznicy urodzin oraz dosyć częstymi imprezami z cyklu 'Rok Szopenowski'. Zaś Gallo Étienne wielkim perkusistą jest i jeżeli ktokolwiek, kiedykolwiek miał co do tego jakiekolwiek wątpliwości, to przesłuchawszy to nie najnowsze i w równym stopniu (nie)znane wydawnictwo, powinien wyzbyć się najmniejszych wątpliwości. Nawet patrząc z perspektywy jego późniejszych występów, poziom grania zaprezentowany na "Rancorous..." jest niesamowity. Nie dziwi więc wcale jego obecność w takich kapelach jak Augury, Neuraxis czy Negativa. Ale Disembarkation to nie tylko Étienne, to w sumie pięciu muzycznych megamózgów – ludzi, którzy rozjechali utarte szlaki jak motor kurę.

Catastrophic – The Cleansing [2001]

Catastrophic - The Cleansing recenzja okładka review cover
Czy ktoś jeszcze pamięta Catastrophic? Zespół został powołany do życia przez Trevora Peresa w okresie niebytu Obituary. Obituary powróciło i zepchnęło w niebyt Catastrophic. W sumie nic dziwnego, bo pomimo, że "The Cleasing" to dobry album, to jednak na tle dokonań Obitków jest zwykłym średniakiem. Zespół co prawda wydał drugi album w 2008, ale czy ktoś w ogóle go zauważył? Nie sądzę. Wracając do debiutu, niewątpliwie to co w nim od razu da się zauważyć, to muzyczne podobieństwo do macierzystej formacji Trevora, chociaż jest tu zdecydowanie więcej naleciałości z rejonów hard core’a i grindu. Hardcore chyba najbardziej da się wyczuć na 'Balacing The Furies' i 'Pain Factor'. Ale jednak i tak w tym wszystkim słychać, że twórcą musi być ktoś z Obituary.

Meathook Seed – Embedded [1993]

Meathook Seed - Embedded recenzja okładka review cover
Rodzinka kapel związanych w jakiś sposób z Napalmami zawiera sporo konkretnych aktów, zaś Meathook Seed jest w tym gronie jednym z dziwniejszych. Sam skład sugeruje jakiś masywny death-grind’owy wypierd, a tu niespodzianka – "Embedded" jest raczej rozwinięciem eksperymentów z "Utopia Banished" – w jeszcze bardziej posranym wydaniu i z większym udziałem elektroniki. Tym samym płycie bliżej do brzmień Godflesh niż do macierzystych zespołów członków tego projektu. Nie jest to zatem death metal, ale wciąż mamy do czynienia z muzyką dość ekstremalną - szorstką, solidnie przybrudzoną, ciężką, z przytłaczającym klimatem... Miejscami także nieprzystępną, bo industrialne elementy (m.in. sample) ostro ścierają się z mocnymi, podszytymi (grind)core’m riffami, co daje różne efekty

Canvas Solaris – Sublimation [2004]

Canvas Solaris - Sublimation recenzja okładka review cover
Nagrany w 2004 debiutancki krążek formacji Canvas Solaris zagościł w moim odtwarzaczu jakieś dwa, trzy lata temu. Zagościł, zakręcił się kilka razy i powędrował na półkę w oczekiwaniu na lepsze (dla siebie) czasy. Już bowiem po pierwszym przesłuchaniu stało się jasnym, że album świata nie zawojuje, nawet o Burkina Faso nie powalczy. Ot – zagmatwany, instrumentalny metal zagrany przez trzech kolesi z USA. Można więc teraz zadać pytanie: czy jeżeli płytka trafiła do recenzji, znaczy to, że lepsze czasy wróciły? Otóż nie do końca. Prawda jest taka, że płytki słuchać się da i to nawet bez specjalnego zmuszania się, z drugiej jednak strony – oczywistym jest, że jest to produkt skierowany do wąskiej grupy ludzi, którzy poruszają się w takich właśnie klimatach, więc do specjalnie zjadliwych nie należy.

Napalm Death – Smear Campaign [2006]

Napalm Death - Smear Campaign recenzja okładka review cover
"Smear Campaing" jest albumem, który naprawdę mocno mnie zaskoczył. Oczywiście wiedziałem, że będzie świetny, ale nie spodziewałem się, że zdetronizuje moje 2 ulubione albumy Napalm Death. Rzadko mi się zdarza, żeby jakaś nowsza płyta jednego z moich ulubionych zespołów awansowała na pierwsze miejsce i strąciła z niego starych wyjadaczy. W przypadku "Smear Campaign" tak właśnie się stało. Angole od premiery EOTMB ustawiają poprzeczkę coraz wyżej, ale tym razem poprzeczka jest tak wysoko, że nawet caryca tyczki Jelena Isinbajewa nie odważyłaby się na próbę jej przeskoczenia. "Smear Campaign" zaczyna się tam, gdzie kończy "The Code..." i dociera tam, gdzie jego poprzednik oraz pozostałe krążki ND nie dotarły. 16-tka składająca się na album jest jeszcze bardziej agresywna, brutalna i histeryczna od 16-tki z "The Code...".

Bal-Sagoth – Atlantis Ascendant [2001]

Bal-Sagoth - Atlantis Ascendant recenzja okładka review cover
Nie wiem, co trzeba ćpać, żeby się u Bal-Sagoth doszukać zajebistości, napierdalania i wpływów Nocturnus, ale to musi być coś mocnego. Pewnie po takim stafie to i trzy miliony mieszkań można zobaczyć, a przynajmniej pajęczynę autostrad... Naprawdę nie wiem, co to może być, bo i deaf nie dzieli się swoimi odkryciami, toteż niestety będę musiał opisać rzeczywistość, która boleśnie sprowadza Bal-Sagoth na ziemię niczym grawitacja grube baby. Ich twórczość to bida. Jakaś kulawa wypadkowa Rhapsody i syfu pokroju Cradle Of Filth/Dimmu Borgir, tylko bez umiejętności tych pierwszych i nawet procenta budżetu któregokolwiek z wymienionych. Wychodzi z tego zaplumkany pseudo black-power-heavy z cieniutkim brzmieniem i odpowiadającymi mu pomysłami. Zacznę od klawiszowca, bo jego słychać najczęściej – baaardzo by chciał być jak Basil Poledouris, ale poza jednoznaczną zrzynką w intrze nie wyrabia, więc przez resztę czasu męczy symfonikami na poziomie 'wlazł kotek na płotek', które po paru chwilach doprowadzają do rozstroju nerwowego.

Death – The Sound Of Perseverance [1998]

Death - The Sound Of Perseverance recenzja okładka review cover
Gdybym mógł zabrać na bezludną wyspę — na której jakimś cudownym trafem jest niezniszczalny sprzęt grający i niewyczerpalne źródło prądu — tylko trzy płyty, bez mrugnięcia okiem wybrałbym do tego elitarnego grona genialny "The Sound Of Perseverance". Zresztą, nawet jeśli to miałby być jedyny towarzyszący mi krążek, to i tak bym zacierał ręce, mając w perspektywie niezłą sielankę i nieskończoną muzyczną ucztę. I nie ma w tym nic dziwnego, wszakoż rzecz dotyczy jednej z najlepszych metalowych płyt, jakie świat miał okazję słyszeć. Odosobnienie i duża ilość wolnego czasu bardzo się przydają w przypadku konfrontacji z "The Sound Of Perseverance", a to dlatego, że — tu zaszpanuję mądrym cytatem — "muzykę wyższego rzędu najgłębiej przeżywamy i pojmujemy, gdy jesteśmy zupełnie sami". Dokładnie – wyższego rzędu.

Kataklysm – Temple Of Knowledge [1996]

Kataklysm - Temple Of Knowledge recenzja okładka review cover
"Temple Of Knowledge" jest przez wielu fanów Kataklysm — zwłaszcza tych starszych — uważany za ich najlepsze dokonanie. Może i również byłby moim ulubieńcem, gdybym zaczął ich słuchać wcześniej. Mimo wszystko trudno jest odmówić mu statusu zajebistego krążka. Na pewno wyróżnia się on najmocniej na tle pozostałych dokonań Kanadyjczyków. Czemu wyróżnia się najmocniej? A no temu, że jest to niewątpliwie najbardziej złożone i technicznie dzieło Kataklysm. Po bardzo dobrym, dość grindowym debiucie na "Temple..." nastąpił całkowity zwrot akcji. Przede wszystkim kawałki stały się bardziej klarowne, melodyjne i naprawdę techniczne, poza tym Panowie dołożyli sporo kapitalnych solówek. Czasem trudno jest delektować się soczystą solówą, ponieważ Mr. Hound i Lacono skutecznie potrafią je zagłuszyć swoimi niebywałymi charchotami i bełkotami, za co duże brawa dla nich!

Immortal – Sons Of Northern Darkness [2002]

Immortal - Sons Of Northern Darkness recenzja okładka review cover
Liiitooościii! Co za łokładka... banda umalowanych popieprzeńców z toporami i czymś, co przypomina sprzęt RTV (anteny pokojowe, dachowe). Ja rozumiem, że black metal coś ze sobą niesie (oprócz mroźnych wiatrów i imidżu a’la zapuszczony czarodziej albo Święty Mikołaj spod mostu), ale to już jest chyba lekka przesada i — kolejny, mać! — krok ku śmieszności. Niech jednak ta cała kretyńska otoczka nie odstraszy potencjalnych nabywców, bowiem muzyka zawarta na "Sons Of Northern Darkness" jest znacznie ambitniejsza niż wizerunek wykonawców. Płytę rozpoczyna mój ulubieniec — 'One By One' — są w nim szybkie, melodyjne riffy, brutalne blasty, częste zmiany tempa i pewne zapędy w stronę kombinatorstwa, co czyni go najbardziej technicznym kawałkiem w historii Immortal. Wychodzi im to niegłupio (w wersji studyjnej!), więc tym większa szkoda, że nie zdecydowali się na większą ilość takich urozmaiconych patentów.

Empyrium – Where At Night The Wood Grouse Plays [1999]

Empyrium - Where At Night The Wood Grouse Plays recenzja okładka review cover
No to dojebali Niemcy tym albumem jak Marek Jurek dziarską deklaracją wyjścia z PiS oraz chęcią odnowienia prawej strony polskiej sceny politycznej (w związku z czym — jak wszyscy wiemy — zamienił M.J. wygodny fotel marszałka na kanapę zwaną Prawica RP). Porównanie, choć zgrabne i eleganckie, jest prawdziwe tylko do momentu 'dziarską deklaracją', bo — w przeciwieństwie do Marka 'zgadnij, które to moje imię' Jurka — nie wylądowali, końcem końców, wraz z "Where..." na śmietniku historii. Poczyniony przez nich krok można wręcz przyrównać do oświadczenia brata Jarosława o samo wypędzeniu się z Polski i przeniesieniu na Alaskę (nawet jeśli, niestety, nie miało ono miejsca). Takie oto stwierdzenie można znaleźć na The Metal Archives: "This album is an Acoustic Folk album. No metal on this one".

Hypocrisy – The Arrival [2004]

Hypocrisy - The Arrival recenzja okładka review cover
"The Arrival", po bardzo eksperymentalnym "Catch 22", był powrotem Hypocrisy do swoich korzeni zapoczątkowanych na "Abducted". Dziewiąty w dyskografii Szwedów album przynosi nam dziewięć powalających utworów, obarczonych niesamowitym, mrocznym klimatem związanym z UFO, które muzycznie nawiązują właśnie do stylu czwartego albumu Hypo, jak również do "The Final Chapter". "The Arrival" jest albumem przede wszystkim bardziej melodyjnym, niż dwa wyżej wymienione, a nieraz da się usłyszeć mały wpływ industiralu jak np. w utworze "Stillborn". Bardzo mało jest tu czystych wokali, występują w znikomych ilościach, ale za to mamy więcej jadowitego skrzeku i głębokiego growlu Petera. Niektóre utwory posiadają wspaniałe refreny, nadające im tym samym pewną "przebojowość", pomimo ich brutalnej formy.

Comecon – Megatrends In Brutality [1992]

Comecon - Megatrends In Brutality recenzja okładka review cover
Tytuł debiutu Comecon chyba dość dobrze oddaje sytuację panującą naonczas na szwedzkiej ziemi (a właściwie w podziemiu), wszak początek lat 90. ubiegłego wieku to największe sukcesy głównych jej przedstawicieli. Właśnie wtedy, gdzieś pośród tuzów pokroju Entombed, Dismember, Unleashed czy Grave egzystował sobie twór dość osobliwy, bo składający się jedynie z dwóch napakowanych pomysłami wioślarzy. To oni sklecili ten czterdziestominutowy materiał, zawołali po wokalistę i ruszyli do Sunlight, żeby wszystko zarejestrować tak, jak na prawdziwych Szwedów przystało. Rezultatem jest opisywany "Megatrends In Brutality", który — choć średnio znany — na tle innych, popularniejszych wyziewów z tego kraju prezentuje się całkiem nieźle i nie odstaje zbytnio od najlepszych.

Beneath The Massacre - Mechanics Of Dysfunction [2007]

Beneath The Massacre - Mechanics Of Dysfunction recenzja okładka review cover
Czy "Mechanics of Dysfunction" to kawał brutalnego, pokręconego jak tłumaczenia fioletowego Pieronka, matematyczno-technicznego mięcha?
Tak.
Czy kapela pochodzi z Kanady?
Tak.
Czy napierdalają jak mali Chińczycy w fabrykach Adidasa, Della bądź Apple'a?
Tak.
Czy umieją tak napierdalać?
Tak.
Czy urywają jaja? Nie.

Burnt By The Sun – Burnt By The Sun [2001]

Burnt By The Sun - Burnt By The Sun recenzja okładka review cover
Burnt By The Sun zawsze w jakiś nieokreślony sposób przyciągało mnie swoją dość specyficzną nazwą oraz muzykami, którzy tworzą ową grupę. Otóż w jej skład wchodzą założyciele legendy pojechanego grzańska Human Remains. Na tym materiale jest ich dwójka, pałker Dave Witte oraz basman Tedy Patterson. Właśnie ta dwójka tworzy mózg Burnt By The Sun, co bardzo, bardzo wyraźnie słychać w tych — zaledwie — 4 utworach, które zawiera opisywany MCD. W sumie to nawet ilość kawałków jest typowa dla Human Remains :-). Lecz nie o ilość, lecz o jakość tutaj chodzi! A ta jest nieziemska. Osobiście słyszę tu zbliżone granie do pokręconych szlagierów z repertuaru Humanów tj. 'Symptoms Of The New Society', 'Chewed Up & Spit Out' oraz 'Mechanical'. Ci, którzy liznęli te trzy perełki, powinni mieć obraz potrawki przygotowanej przez Burnt By The Sun.

Miscreant – Oppressive [2002]

Miscreant - Oppressive recenzja okładka review cover
Czy może być coś lepszego niż death metalowa kapela z Rosji, która ma na swoim koncie takie kawałki jak "Brotherhood Of The Morning Star", "Occult Philosophy", czy — znajdujący się na opisywanym dziś albumie — "Lust of the Devil’s Night"?... Tak właściwie, to wiele rzeczy może być lepszych – np. Death (którego nigdy za wiele), Carcass oraz — znana być może nawet Panu Terlikowskiemu — ikona amerykańskiej sceny thrashowej – Slayer, który ma ochotę w tym roku zawitać na nadwiślańskie ziemie, a który ma zapewne z Nim na pieńku (nawet jeśli jednak nie jest przez Niego kojarzony). A wszystko przez cuchnące siarką teksty. Lepsze są także kanadyjskie blondaski, spanie do południa oraz chipsy, ale one są z innej bajki, więc liczą się tylko połowicznie. Jak więc już wiadomo, wiele rzeczy może być lepszych od Miscreant.

Rotting Christ – Theogonia [2007]

Rotting Christ - Theogonia recenzja okładka review cover
Dziewiąte uderzenie znanych ze sprzedawania idei black metalu Greków robi wrażenie! I od razu trzeba jasno powiedzieć, że jeśli kogoś od eksperymentów zaprezentowanych na "Sanctus Diavolos" bolała głowa, to tutaj może się nie na żarty porzygać. Tak, Rotting Christ nagrał krążek jeszcze bardziej popieprzony, odważny, wyraźnie odstający muzycznie od poprzednich dokonań, jednak zdecydowanie 'swój' – 'rottingchristowy'. Fakt, że przy pierwszym przesłuchaniu "Theogonia" może wydawać się z lekka dziwna i nie poukładana, ale za każdym następnym razem do świadomości dociera coraz więcej intrygujących detali, spinających materiał w spójną, choć różnorodną, całość. To zróżnicowanie jest cholernie dużą zaletą płyty, bo mamy tu np. pokręcony i odjechany wokalnie 'Enuma Elish' (miejscami wpada nawet w industrialne klimaty!), ozdobiony niemal deathowym wejściem-wyjściem 'Gaia Tellus',

Cephalic Carnage – Conforming To Abnormality [1998]

Cephalic Carnage - Conforming To Abnormality recenzja okładka review cover
Co mogło powstać z mikstury zielska i naprawdę chorych pomysłów czterech utalentowanych miłośników ekstremów z Denver? Odpowiedź jest prosta jak przysłowiowy drut, tudzież fiut: absolutnie chory materiał! Ów chory materiał wyłonił się z gęstych jak smoła oparów trawy w roku 1998, a na imię dano mu hydro-grind. Oj czego ci szaleńcy z Denver nie najebali na swoim debiutanckim krążku!!! Stworzyli totalnie chorą hybrydę ekstremalnie pokręconego grindu! Może jeszcze ta hybryda nie była tak super techniczna jak późniejsze dokonania, ale jakże innowacyjna i popieprzona! Odnoszę czasem wrażenie, że autorzy po prostu nie zapanowali nad tym co nagrali. Wszystko, totalnie wszystko jest pokurwione. Już samo wprowadzenie, nasuwa pytanie: co to jest do chuja?

Broken Hope – Loathing [1997]

Broken Hope - Loathing recenzja okładka review cover
"Loathing" to początek nowej ery w dziejach Broken Hope, ery może i krótkiej, ale z pewnością owocnej. Zmiana stylu na bardziej kompleksowy wyszła zespołowi na dobre i muszę przyznać, że do mnie wyziew tego typu trafia szczególnie łatwo. Wciąż mamy do czynienia z brutalnym, nie biorącym jeńców death metalem; to 'tylko' środki przeprowadzania eksterminacji uległy wyraźnej ewolucji, podobnie świeższe jest podejście do produkcji. Choć pewne zaczątki zmian pojawiły się już na "Repulsive Conception", to tutaj ostatecznie skończyły się jazdy pod stary Carcass i Cannibali. Nowe oblicze muzy Amerykańców to napierducha cholernie techniczna, z wyjątkowo popierdolonymi patentami na gitary, posranymi solówkami,

Draco Hypnalis – Imagination [2007]

Draco Hypnalis - Imagination recenzja okładka review cover
Niech mi nikt nie mówi, że Pepiczki nie są pogrzani w dekiel. Nie ma się jednak czemu dziwić, jeśli można tam legalnie posiadać Podręczny Zestaw Poprawiający Rozluźnienie — w skrócie PZPR — czyli dragi. Choć w sumie ja nie o tym, mimo iż temat wart rozważenia, tylko o muzyce, więc koniec dygresji. Wspomniane pogrzanie skutkuje niemałą ilością niecodziennych brzmień, które w kraju knedliczkami i piwem płynącym, powstają niczym partie przed wyborami – wystarczy wspomnieć opisywane już Lykathea Aflame, Parasophisma, bohatera dzisiejszego materiału, czy choćby czekający na swoją kolej !T.O.O.H.!. W tak doborowym towarzystwie wyczyny Draco Hypnalis wydają się jednak jakby lekko oklepane. Bez specjalnego problemu można bowiem odnaleźć odniesienia do Mozarta, Nocturnusa czy Dimmu Borgir.

Brutal Truth – Sounds Of The Animal Kingdom [1997]

Brutal Truth - Sounds Of The Animal Kingdom recenzja okładka review cover
"Sounds Of The Animal Kingdom" w mojej opinii jest dziełem równie wyjątkowym i genialnym jak legendarny debiut nowojorczyków. Jest unikalny nie tylko pod względem muzycznym, ale również pod względem długości trwania. Tak, naprawdę pod tym względem jest rekordzistą świata. Album tworzą 22 utwory o łącznej długości (!!!) 1 godzina, 14 minut i 14 sekund!!! I nie ma tu żadnego przerywnika, który wprowadza kilkunastominutową pustkę przed jakimś ukrytym kawałkiem. No ale po kolei. Wszystkie tracki mają kilka wspólnych cech: brud, zwierzęcość, dzikość i nieziemska gęstość. Można o nich napisać, że są głosem rozpaczy świata zabijanego przez ludzi. Ten krzyk rozpaczy i złości najlepiej oddaje utwór otwierający płytę, notabene jeden z najlepszych w twórczości Brutal Truth, "Dementia", czy następny po nim "K.A.P".

Deicide – Till Death Do Us Part [2008]

Deicide - Till Death Do Us Part recenzja okładka review cover
Brak szumu medialnego przed premierą "Till Death Do Us Part" nieco mnie zaniepokoił, a stan ten pogłębiły rzucone do sieci kiepskiej jakości zajawki. Czyżby zmyłka i cisza przed burzą? Niestety nic z tych rzeczy. Po prostu, zespół/wytwórnia nie mieli za bardzo czym się chwalić. Niespełna trzy kwadranse (czyli rekordowo dużo) nowej muzyki w żaden sposób nie podniosły mi ciśnienia (czy czegokolwiek innego), płyta pohałasowała, przekręciła się i już. Podniety brak, a nawet — co gorsza! — monotonią momentami zaleciało. Tu wychodzi pierwsza i bodaj największa wada tej produkcji – brak numerów, które wrzynają się w pamięć od pierwszego przesłuchania. Dziewiąty krążek Deicide sprawia wrażenie bardzo jednolitego, brzmieniowo skondensowanego. Ponadto miejsce melodii zajęły dodatkowe pokłady brutalności.

Red Tide – Type II [2002]

Red Tide - Type II recenzja okładka review cover
Kapela w sumie znikąd – znana zapewne na pobliskich podwórkach i dzielniach – która materiał nagrała w piwnicy i wydana została przez wydawnictwo, którego nawet google nie potrafi znaleźć. Niemniej jednak jakoś trafiła na allegro, a stamtąd w moje ręce. Wiele by opowiadać jak do tego doszło, ograniczę się jednak do kilku zdań – otóż napadło mnie kiedyś na poszukiwanie nowości, wynalazków i innych dziwadeł i tym sposobem udało mi się wpaść na tę płytkę. Zapowiadała się ciekawie, tym bardziej, że opis był nader intrygujący, bo — o ile mnie pamięć nie myli — obijał się o klasyków z Florydy. No, mi więcej nie trzeba i długo się przekonywać nie musiałem. Po kilku pierwszych (niewielu) przesłuchaniach okazało się jednak, że szału nie ma i płytka powędrowała na półkę.

Edge Of Sanity – The Spectral Sorrows [1993]

Edge Of Sanity - The Spectral Sorrows recenzja okładka review cover
"The Spectral Sorrow", będący trzecim albumem nieistniejącego już Edge Of Sanity, jest tworem powstałym w najlepszym okresie dla szwedzkiego death metalu. Właśnie takie płyty przynosiły chwałę naszym sąsiadom zza Bałtyku. Ten album jest w moim przekonaniu najlepszym osiągnięciem Edge Of Sanity. To, co mnie w nim najbardziej kręci to zimno i surowość tej muzyki, w które tak swobodnie wkomponowano melodyjność. Album otwiera instrumentalne intro, będące jak zimny morski wiatr, po którym uderza tęgi bałwan lodowatych morskich fal, czyli 'Dark Day' oraz 'Livin’ In Hell'. Potem morze uspokaja się, przechodząc w 'Lost', gdzie można nawet zanucić refren – na marginesie bardzo chwytliwy. Po 'Lost', w 'The Masque' wiatr znów się wzmaga i niesie nas przez chłodne, skalne wybrzeża.

Pestilence – Malleus Maleficarum [1988]

Pestilence - Malleus Maleficarum recenzja okładka review cover
W debiucie Holendrów z Pestilence nie byłoby właściwie nic niezwykłego — wszak porządnych, ostro thrashujących albumów wychodziło w tamtym czasie sporo — gdyby nie małe "coś", co wyróżnia "Malleus Maleficarum" spośród nich: znakomita synteza intensywności i absolutnie zajebistych popisów wychodzących spod palców gitarzystów. Randy Meinhard i Patrick Mameli nie żałowali sobie, w efekcie czego mamy do czynienia z bardzo technicznym, brutalnym i efektownym thrashem z elementami death metalu. Deathowa strona medalu ukazuje się przede wszystkim w wokalu, niektórych solówkach oraz w większości napierdów. Szalone, zmyślnie skonstruowane i melodyjne riffy to już zdecydowanie bardziej thrashowa stylistyka. To samo produkcja. Można ten album w sumie porównać do pierwszego LP Death "Scream Bloody Gore" – właściwie podobna muza, podobne brzmienie, podobne wokalizy... tyle, że ówczesna ekipa Chucka mogła tylko pomarzyć o takim technicznym rozpasaniu.

Demons & Wizards – Demons & Wizards [1999]

Demons & Wizards - Demons & Wizards recenzja okładka review cover
No, dość już z tym ponuractwem i smęceniem! Czas na coś naprawdę kopiącego i przebojowego, czas na Demons & Wizards, czyli side project Jona Schaffera, gitarzysty Iced Earth oraz Hansiego Kurscha – gardłowego Blind Guardian. Projekt dotychczas dwupłytowy, aczkolwiek nie jest wykluczone, że panowie połaszą się jeszcze na jakieś hołdy i wyrazy uznania, które niewątpliwie będą towarzyszyły ich kolejnemu albumowi i wpadną do studia na małe posiedzenie. Dziś jednak zajmę się ich debiutem, przewrotnie zatytułowanym "Demons & Wizards". Mimo iż nazwa podobno zahacza gdzieś o Uriah Heep (co nie jest niczym zaskakującym biorąc pod uwagę zamiłowanie Hansiego do klasyków hard rocka), sama muzyka jest raczej wypadkową dokonań prezentowanych przez macierzyste kapele. Jest więc trochę icedowych riffów, nawet bardzo trochę i tyleż samo blindowych wokaliz, aczkolwiek śpiew często ma także tę charakterystyczną, rockową manierę. Spokojna jednak wasza głowa, bowiem wtórności nie ma żadnej, jest świeżo i pachnąco.

Kataklysm – Serenity In Fire [2004]

Kataklysm - Serenity In Fire recenzja okładka review cover
Często miałem różne przeboje z płytami, ale z tą chyba miałem największy. Otóż pamiętam jak dziś, jak czekałem na "Serenity In Fire", ba zrobiłem nawet przedpłatę u sprzedawcy, aby dostać ją jak najszybciej! Premiera była zaplanowana w jakże miły dzień 08.03.04, który miał być nie tylko miły dla płci pięknej, ale także dla fanów Kataklysm. Kobiety czekały na kwiaty, a fani na album. Kobiety jak zawsze dostały kwiaty, a fani jak to często u nas bywa zostali z pustymi rękoma. Płyta nie dotarła także tydzień czy dwa później, dotarła z dwumiesięcznym opóźnieniem! Wyczerpany oczekiwaniem, gdy już trzymałem w ręku "Serenity In Fire" i włożyłem do odtwarzacza, przeszedł po mym ciele dreszcz. Wiedziałem czego oczekiwać po kwartecie z Kanady, wiedziałem, że album będzie kapitalny, ale jak się okazało byłem niedostatecznie przygotowany, ponieważ zespół nagrał jeszcze lepszy materiał, niż ten, który miałem w wyobraźni.

Testament – The Formation Of Damnation [2008]

Testament - The Formation Of Damnation recenzja okładka review cover
Nie pamiętam już, kiedy ostatnio metalowy świat czekał na jakąś płytę z takim napięciem, jak na zapowiadany od wieków, wieków "The Formation Of Damnation". Czy ostatni krążek Testament spełnił pokładane w nim oczekiwania? Zapewne nie, ale — było nie było — to kawał bardzo porządnej muzyki, który bez większych dywagacji można zaliczyć do topowych osiągnięć tego zasłużonego zespołu. Najlepszym określeniem recenzowanego materiału będzie chyba mix mocarnych "Low" i "The Gathering" z "Souls Of Black" i "The Ritual", czyli starego z nowym, co może być rozczarowaniem dla osób spodziewających się zupełnie nowej jakości. Anyłej, wspomniany powiew klasycznych dokonań (namacalny szczególnie w 'Dangers Of The Faithless', 'Afterlife', 'F.E.A.R.' i 'Leave Me Forever') zawdzięczamy przede wszystkim obecności Skolnicka, który swą grą i pomysłami wyraźnie złagodził wizerunek grupy. Mamy przez to więcej tradycyjnych i melodyjnych partii, a znacznie mniej brutalności, o ekstremalnych wyziewach nie wspominając.

Summoning – Minas Morgul [1995]

Summoning - Minas Morgul recenzja okładka review cover
Tym albumem Summoning narodził się po raz drugi. Sporo się zmieniło: ze składu wykopano bębniarza Trifixiona, którego zastąpił automat, poprawiono też brzmienie, które w końcu przestało przypominać bzyczenie komara w studni nagrane na Kasprzaku. Największą jednak zmianą było odejście od stylu prezentowanego na poprzednim "Lugburz" – surowego, trzeszczącego i trochę komicznego blacku (posłuchajcie sobie "Where Winters Forever Cry" i spróbujcie się nie roześmiać). Wraz z "Minas Morgul" narodził się Summoning jakim go znamy do dziś – epicki, bombastyczny black, podpadający niekiedy pod dark ambient. Trzeba jednak pamiętać, że od wydania "Lugburz" minęło ledwie kilka miesięcy i w muzyce nadal słychać wiele pozostałości po tym pierwotnym okresie. Albumem wciąż rządzą blackowe tremolo, nieludzkie skrzeki i chłodna atmosfera, jednak zmiany, które się dokonały w okresie między oboma wydawnictwami, wpłynęły na zupełnie inny charakter muzyki.

Napalm Death – Order Of The Leech [2002]

Naplam Death - Order Of The Leech recenzja okładka review cover
Knockdown! Leżę na deskach z gębą mocniej obitą niż Michalczewski po walce z Tiozzo. Wydaje mi się, że podczas nagrywania "Order Of The Leech" Napalm Death przyjął tylko jedno założenie: NAPIERDALAĆ!!! Angole nakurwiają jak szaleni przez całe 12 tracków. Kontynuują druzgocące pomysły z "Enemy Of The Music Business", tyle że tu skupili się na pisaniu bardzo szybkich kawałków. Tym samym powstał najszybszy album Napalm Death. Zero wolnych utworów, jedynie krótkie zwolnienia do średniego tempa, a poza tym sieka! Sieka, rzeź, masakra! Wściekły growl Barneya, agresywne, gęste riffowanie, intensywny napieprz w perkusję, sprawiają, że czuję się jak w okopie podczas jakiejś wojny. Wokół napierdalają bomby, granaty, wszędzie pył i dym, a powietrze wypełnia krzyk rozpaczy!

Immolation – Shadows In The Light [2007]

Immolation - Shadows In The Light recenzja okładka review cover
Zacznę od tego, że od kilku lat nie mam żadnych konkretnych oczekiwań w stosunku do 'nowych' płyt Immolation. Po prostu – cokolwiek by się u nich (czy z nimi) nie działo, to postąpią z słuchaczem jak przykładny mąż z żoną w niedzielę po mszy – przyjebią tak, żeby już nie trzeba było poprawiać. I znów im się udało! Amerykanie po kilku zajebistych krążkach nagrali dla odmiany krążek... zajebisty. Niewiele to wyjaśnia, więc powiem tak: nadal mordują w stylu, który imponuje — przynajmniej mnie — od lat, z tym że na "Shadows In The Light" można doszukać się m.in. redukcji zwolnień oraz odważniejszego potraktowania melodii. Przy okazji kawałki są też odrobinę inaczej — z większą dozą świeżości — zaaranżowane, a przez to bardziej zwarte. Cieszy także fakt rezygnacji z niepotrzebnych dłużyzn (wyciszeń) obecnych na poprzednich wydawnictwach.

Hollenthon – With Vilest Of Worms To Dwell [2001]

Hollenthon - With Vilest Of Worms To Dwell recenzja okładka review cover
Bozie, jak ja uwielbiam Prokofiewa! Dla samego "Lords of Bedlam" warto zakupić ten album. Mówię wam – dla takiej interpretacji klasycznego motywu jakim jest "Taniec Rycerzy" warto byłoby czekać wieki, wciąż oglądać Jarka w tiwi, patrzyć jak nasi piłkarze grając jak nigdy, przegrywają jak zawsze, czy choćby słuchać jak Nergal opowiada o walorach artystycznych Doroty R. Tak bardzo jak na nic innego. Dlatego powiem to raz jeszcze – dla tego kawałka warto mieć ten album, choć jestem pewien, że wartość albumu nie kończy się na tym tracku. Ja miałem to szczęście, że znam album od kilku lat, wy natomiast możecie się z nim zapoznać zaraz po przeczytaniu recki (o ile nie mieliście podobnego szczęścia jak ja). Austriacy bardzo świeżo podeszli do nie-tak-znowu-otrzaskanego tematu, jakim jest symfoniczny death

Lock Up – Pleasures Pave Sewers [1999]

Lock Up - Pleasures Pave Sewers recenzja okładka review cover
Materiał znajdujący się na debiucie Lock Up to grind/death, bardzo podobny do młócki uprawianej przez Napalm Death. Ale nic dziwnego, ponieważ autorem utworów jest nie kto inny jak basman Napalmów – Embury, a do tego grał z nim gitarzysta Jesse Pintado (R.I.P.). W nagrywaniu jedynki Lock Up ponadto wzięli udział: pierwsza osobistość skandynawskiej sceny metalowej – Peter Tagtgren, który wziął na siebie obowiązki vokalisty oraz gruby prosiak Nick Barker siedzący za bębnami. Pałker ten znany jest bardzo dobrze co poniektórym z gry w Cradle Of Filth i Dimmu Borgir – fuj. W każdym bądź razie, wieprz ów nagrał dobre, szybkie i intensywne partie perkusji. Utwory są krótkie, szybkie i agresywne. Jak już wcześniej wspomniałem "Pleasures Pave Sewers" zbliżony jest do Napalm Death, szczególnie do "Utopia Banished" (oczywiście nie aż tak dobry),

Nasum – Inhale / Exhale [1998]

Nasum - Inhale / Exhale recenzja okładka review cover
Tak się zastanawiam, czy to czasem nie debiut (czy ogólniej – działalność) Nasum zasugerował drugiej fali grind core’owców, że to całkiem spoko wychodzi, gdy coś z tego ich napierdalania słychać. Tak moi państwo, "Inhale / Exhale" to solidna i bardzo ekstremalna napierdólka podana z porządnym, tłustym brzmieniem. Nic tylko się na nich wzorować. Ale do rzeczy – Szwedzki (choć nie rdzennie) duet nie daje słuchaczowi chwili wytchnienia, grzejąc na całego przez 38 kawałków. Doprawdy imponująca to liczba! Daje to sporo, bo ponad 45 minut brutalnej muzyki na wysokim poziomie. Nie zmienia to oczywiście faktu, że jednak dosyć jednorodnej, bowiem na jakieś większe urozmaicenie nawet nie ma czasu. Tak więc, jeśli ktoś na co dzień nie siedzi w podobnych, czy zbliżonych klimatach, to może mieć duży problem z rozróżnieniem kolejnych uderzeń.

Elend – Leçons de Ténebres [1994]

Elend - Leçons de Ténebres recenzja okładka review cover
Upadek Lucyfera może stać się kanwą także dla dzieł lirycznych — klasycznych — zarówno w swej formie, jak i treści. Przedstawiając historię Gwiazdy Porannej francuskie trio Elend, postanowiło odwołać się do takich właśnie klasycznych wzorców: do miltonowskiego "Raju Utraconego", do "Małej Pasji" Dürera czy "Le Burg a la croix" Victora Hugo. Zaowocowało to powstaniem albumu na wskroś poetyckiego, mocno zakorzenionego w europejskiej sztuce, a jednocześnie bardzo współczesnego – mrocznego, przytłaczającego i 'zakazanego'. I choć próżno tu szukać całej blackowej stylistyki, złowrogich (;]) makijaży i poodwracanych krzyży, nie można przejść obok tego albumu z uśmiechem na twarzy. Muzyka odwołuje się do najciemniejszych zakamarków, najbardziej mrocznych emocji i bluźnierczych myśli.