23 marca 2010

Kataklysm – Serenity In Fire [2004]

Kataklysm - Serenity In Fire recenzja okładka review coverCzęsto miałem różne przeboje z płytami, ale z tą chyba miałem największy. Otóż pamiętam jak dziś, jak czekałem na "Serenity In Fire", ba zrobiłem nawet przedpłatę u sprzedawcy, aby dostać ją jak najszybciej! Premiera była zaplanowana w jakże miły dzień 08.03.04, który miał być nie tylko miły dla płci pięknej, ale także dla fanów Kataklysm. Kobiety czekały na kwiaty, a fani na album. Kobiety jak zawsze dostały kwiaty, a fani jak to często u nas bywa zostali z pustymi rękoma. Płyta nie dotarła także tydzień czy dwa później, dotarła z dwumiesięcznym opóźnieniem! Wyczerpany oczekiwaniem, gdy już trzymałem w ręku "Serenity In Fire" i włożyłem do odtwarzacza, przeszedł po mym ciele dreszcz. Wiedziałem czego oczekiwać po kwartecie z Kanady, wiedziałem, że album będzie kapitalny, ale jak się okazało byłem niedostatecznie przygotowany, ponieważ zespół nagrał jeszcze lepszy materiał, niż ten, który miałem w wyobraźni. Pierwszą rzeczą, najbardziej rzucającą się w uszy są partie bębnów. Bez cienia wątpliwości Maurais nagrał fenomenalne bębny, jest dwa razy szybciej i chyba jest jeszcze więcej zmian tempa niż było do tej pory. Hiperblast w jego wykonaniu pustoszy wszystko w promieniu kilku kilometrów, to jest dopiero człowiek-maszyna! Drugą istotną rzeczą jest chyba większa ilość growli, jak zawsze głębokich i brutalnych. Trzecią zaś jest brutalność i melodyjność tegoż krążka. Ta produkcja jest brutalniejsza i w wielu miejscach trochę bardziej melodyjna od poprzednika. Te melodie tworzą znaną już z muzyki zespołu jakby rockową przebojowość, która wypełnia słuchacza szaleństwem. Tym razem tego feelingu jest o wiele więcej niż dotychczas, rzadko się zdarza, abym nie miał zdartego gardła po przesłuchaniu tego albumu. Jednym z utworów łączących wszystkie te cechy, czyli melodyjność, feeling i brutalność jest "For All Our Sins". Kawałek ten przypomina miejscami melodyjność black metalu, aby było nam jeszcze przyjemniej wokalnie udzielił się w nim Peter Tagtgren, który razem z Maurizio tworzy fenomenalny duet. "Serenity..." nie ma słabych punktów, ale za to wyczuwa wszystkie słabe i czułe miejsca u słuchacza, aby je zaatakować i zniszczyć. Utwory pokroju "The Ambassador Of Pain", "The Resurrected" czy "As I Slither" nie zostawiają nawet trupów, pochłaniają co się tylko da, a to jeszcze nie koniec, prawdziwa wojna dopiero się zaczyna. Kulminacyjnym uderzeniem jest chyba "Blood On The Swans" – najbrutalniejszy utwór na krążku oraz najszybszy i to najszybszy w całej dyskografii Kataklysm. Intensywne riffy i ultraszybkie bębny tworzą prawdziwe bombardowanie, są jak tysiące bomb zrzucanych przez setki samolotów, wydrążając olbrzymie kratery w ziemi. Takiego ataku nie da się przeżyć, lecz przezorny zawsze ubezpieczony i dlatego Kataklysm na sam koniec zostawił jeszcze trzy totalne utwory, aby zmielić resztki zwłok i wpakować powstałą mielonkę w puszki. Jest to prawie równie brutalny jak poprzedni utwór "10 Seconds From The End", wolniejszy, walcowaty "The Tradegy I Preach" oraz najbardziej melodyjny kawałek płyty "Under The Bleeding Sun" (także kojarzący się momentami mocno z black metalem). "Serenity In Fire" stawiam na pozycji numer dwa w dyskografii Kanadyjczyków, zaraz po "The Prophecy", chociaż często jest tak, że te dwa albumy znajdują się na piedestale.


ocena: 9,5/10
corpse
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/kataklysm

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

0 komentarze:

Prześlij komentarz