Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2003. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2003. Pokaż wszystkie posty

4 marca 2017

Wormed – Planisphærium [2003]

Wormed - Planisphærium recenzja okładka review coverWormed to w tej chwili niekwestionowani liderzy hiszpańskiego death metalu, a przy okazji jeden z nielicznych (jeśli nie jedyny) tamtejszych zespołów, który jest wzorem do naśladowania dla wielu młodych brutalistów okupujących piwnice całego świata. Ten status nie wziął się naturalnie znikąd. O ile jeszcze ich demówki nie były czymś wyjątkowo powalającym, to już wybuchowy debiut "Planisphærium" — jak na największy wyziew z tej części Europy przystało — ostro namieszał w łepetynie niejednego maniaka czystej ekstremy. Wprawdzie mnie ta płyta nie sprowadziła do parteru ani za pierwszym ani za setnym przesłuchaniem, ale nie potrafię przejść obok niej obojętnie, bo zawiera naprawdę porządną dawkę chaotycznego nakurwiania na najwyższych obrotach. Przy okazji tego całego zgiełku warto zwrócić szczególną uwagę na duże umiejętności techniczne Hiszpanów, a już zwłaszcza perkusisty. To właśnie dzięki nim już na dość wczesnym etapie zespół mógł wymiatać baaardzo brutalny stuff będący w głównej mierze wypadkową wczesnego Cryptopsy (czyli do "None So Vile") i Disgorge. Do tej podstawy dorzućcie jeszcze fascynacje Devourment (w wolnych partiach) i Cannibal Corpse z okresu "The Bleeding", a mniej więcej będziecie mieli pojęcie o tym, jak wygląda uprawiany przez Wormed styl – bulgotliwy, nisko strojony i mocno pokombinowany death metal. Natomiast pojęcie o jego intensywności zyskacie, gdy zbierzecie do kupy wszystkie wspomniane kapele i przyspieszycie je przynajmniej dwukrotnie... "Planisphærium" to prawdziwy huragan, który przez 25 minut — bo tyle trwa ten krążek — miota słuchaczem jak Szatan, pozostawiając delikwentowi jedynie 14 sekund (tyle ma przerywnik 'Fragments') na złapanie oddechu tudzież równowagi. To jeden z tych albumów, na których naprawdę słychać młodzieńcze ambicje zespołu, by być tym najszybszym, najbrutalniejszym i najbardziej technicznym, z jakim odbiorca kiedykolwiek miał styczność. Nie mam przy tym wątpliwości, że za sprawą "Planisphærium" dla wielu Wormed właśnie takim się okazał. Wszak siła uderzeniowa 'Geodesic Dome', 'Planisphærium' czy 'Pulses In Rhombus Forms' jest niezaprzeczalna. Fani Opeth powinni koniecznie sprawdzić te utwory – od nich może się im tylko polepszyć!


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.wormed.net
Udostępnij:

5 grudnia 2014

Gorguts – ...And Then Comes Lividity / Demo Anthology [2003]

Gorguts - ...And Then Comes Lividity / Demo Anthology recenzja okładka review coverNie mam zielonego pojęcia, jakie jest zainteresowanie przeszłością Gorguts w naszym pięknym kraju, ale może trafią się ze trzy osoby, które sięgną po opisywaną kompilację. Już na początku warto zaznaczyć, że składak ten nie jest debestofem, zawiera bowiem wyłącznie materiały nie wydane wcześniej na CD, lub też w ogóle nie ujawniane publicznie przez zespół. Całość otwiera pierwsze — i jedyne w pełni profesjonalne — demo "...And Then Comes Lividity" (1990). Muzyka to oczywiście death metal, nie odbiegający zbytnio od ówczesnych standardów – jest solidny i na pewno obciachu jej autorom nie przynosi. Jeśli ktoś jej jeszcze nie słyszał, to warto się zainteresować bo większości tych numerów nie znajdziecie na debiucie. Jak mawiają – im dalej w las, tym więcej niedopałków. Czy jakoś tak... W każdym razie chodzi mi o to, że dalej mamy aż cztery demówki z przedprodukcji kolejnych albumów. Kawałki z pierwszych dwóch (odpowiednio z 1991 i 1992) właściwie tylko brzmieniem (bo to czasem daje po uszach) i aranżacyjnymi niuansami różnią się od swoich albumowych odpowiedników. Ale ogólnie jest cacy. Pewne zdziwienie może budzić tylko 'Dissecting The Adopted' (uroczy tytuł), ale to po prostu pierwotna wersja 'Orphans Of Sickness'. Największe cudeńka to naturalnie demówki z 1993 i 1995, które zawierają pierwsze numery na "Obscurę". To niesamowite jak ci ludzie potrafili szybko pisać tak zaawansowaną muzykę. Co więcej – to nie jest aż tak odległe jakby mogło się wydawać od tego, co znalazło się później na albumie z 1998. Brzmieniowych cudów jednak też się w tym przypadku nie spodziewajcie. Na zakończenie dostajemy jeden numer live z 1993 roku (z nieżyjącym już Steve’m MacDonaldem za garami) – 'Inoculated Life', który daje nam pewne pojęcie, jak Gorguts dawno temu wypadali na deskach. Opisywane wydawnictwo co prawda nie poraża wyszukaną oprawą, ale te kilkanaście fotek we wkładce powinno zadowolić maniaków. Podsumowanie... powiem tyle: płytka interesująca i wartościowa, jednak wyłącznie dla zagorzałych fanów.


ocena: -
demo
oficjalna strona: www.gorguts.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

29 maja 2014

Fleshgrind – Murder Without End [2003]

Fleshgrind - Murder Without End recenzja okładka review coverBrutale z Fleshgrind w swojej, że tak zażartuję, karierze wiele nie osiągnęli. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że ich największym sukcesem było podłapanie kontraktu z Century Media – pal już licho, że w ramach krótkotrwałej mody na mocny death metal. Najważniejsze, że krążek — który okazał się ich ostatnim — zmajstrowali po swojemu, bez puszczania oka do typowej klienteli tej niemieckiej stajni. Bo co my tu mamy? Mocny, ciężarny, podparty solidną techniką i porządnym brzmieniem death metal z dopiskiem 'brutal'. "Murder Without End" to muzyka utrzymana w klimacie bogów gatunku i oczywiście poprzednich płyt Fleshgrind, z tym że jeszcze bardziej wpadająca w ucho i sprawiająca dużo perwersyjnej radości. Dziewięć premierowych kawałków oraz nagrany na nowo numer z pierwszej demówki o absolutnie niewinnym tytule 'Holy Pedophile' może służyć za przykład świetnie zrealizowanego, a zarazem najbardziej typowego łomotu w amerykańskim stylu – jest tu blastowanie (choć nie z tych imponujących), obowiązkowy groove, trochę technicznych gitar i ogólna miazga. Ponadto wspomniany rimejk wprowadza powiew oldskula z Cannibal Coprse, Broken Hope i Suffocation w tle. Owa typowość może dla niektórych stanowić poważny minus – kolejne wałki na "Murder Without End", pomimo fajnych riffów i naprawdę dobrego ich przepływu przez 35 minut, stosunkowo niewiele się od siebie różnią, brakuje w nich większego urozmaicenia (na wzór 'Displayed Decay'), toteż wszystko może się zlać w jedną, krwawą napierdalankę. Mnie to zbytnio nie przeszkadza, ale faktem jest, że o garść solówek Fleshgrind mogli się postarać, choćby zapraszając w gości jakiegoś miotacza. Kilka fragmentów aż się prosi o moment szybszego przebierania paluchami po gryfie, a tam nic, jeno łomot. Z jednej strony taka to specyfika stylu, a z drugiej również młócący w jego ramach Gorgasm potrafił te białe plamy skutecznie zagospodarować. Tyle narzekań, teraz czas na najjaśniejszy — jak dla mnie — punkt tego albumu/zespołu – przejmujące wokale i odpowiadający za nie Rich Lipscomb. Na death’owym poletku naprawdę nie ma zbyt wielu wokalistów o równie szerokiej skali bulgotu, którzy przy okazji potrafiliby swoimi partiami tak pięknie zdynamizować muzykę. Ba! Chłop w ten sposób wpływa nawet na chwytliwość "Murder Without End". To jest kurwa talent! Nie ukrywam, że końcowa ocena albumu to w znacznej mierze zasługa Lipscomba; bez niego musiałbym urwać nawet ze dwa oczka.


ocena: 8/10
demo
Udostępnij:

29 stycznia 2014

Transcending Bizarre? – The Four Scissors [2003]

Transcending Bizarre? – The Four Scissors recenzja okładka review cover"The Four Scissors" to, jak każdy inny album Transcending Bizarre?, cholerny hipokryta i przewrotnik. Głaszcze cię po główce z jednej strony, a z drugiej – kradnie cukiery z kieszeni. Odwraca uwagę damskimi wokalami, orkiestracjami i całym tym melodyjnym badziewiem po to tylko, by zafundować siarczystego kopa agresywnej sieczki miedzy poślady. Taki już styl Greków i ich wizytówka, aby wprowadzić możliwie największe zamieszanie i skonfundowanie wśród słuchaczy. "The Four Scissors" to album pełen sprzeczności: łagodne, delikatne jak tembr głosu Krystyny Czubówny pasaże i równie aksamitne wokalizy Marii Preka, a po drugiej stronie barykady – nagłe eksplozje czysto metalowych temp i blackowych wrzasków, poparte kanonadą nad wyraz sprawnie zaprogramowanej perkusji. Skoro już jestem przy garach, to wypada wspomnieć, że album może się poszczycić jednymi z najbardziej naturalnie i prawdziwie brzmiących sekcji perkusyjnych puszczonych z kompa. Mocno trzeba się wsłuchiwać, mocno i długo, bo nie ma tego zbyt wiele, by wychwycić zbyt idealną powtarzalność dźwięków, źródłem której może być tylko program, bo same riffy i ogólnie cała strona kompozycyjna może uchodzić za wzór. Dalej. Interpretacja blacku w wydaniu Transcending Bizarre? aż kipi od elektroniki i sampli, więc nie jest to album dla każdego – co trzeba sobie jasno powiedzieć. Porównując zaawansowanie i rozległość tychże struktur, śmiało mogą Grecy iść w konkury z Arjenem Anthonym Lucassenem, który wprawdzie plumka w powerowych klimatach, ale geniuszu klawiszowo-programistycznego nie można mu odmówić, daleko w tyle pozostawiając zaś co bardziej elektroniczne, a przecież wyborne niejednokrotnie, Samaele i inne Haggardy. Nie zbywa także na gitarach, ani na basie. Mnogość i pełnia stylów wydobywająca się spod palców Liratzakisa oraz Makrantonatisa budują obraz dzieła totalnego, miksującego i wplatającego dosłownie dowolne elementy, które zdaniem muzyków uczynią album lepszym i bardziej nietuzinkowym. Co mnie urzekło, a co może być pewną niespodzianką, to czytelny i selektywnie brzmiący bas, element, który nie jest codziennością w tak przesyconej elektroniką muzyce. Tak jak nie mają Grecy najmniejszych nawet powodów do wstydu za stronę techniczną, gdzie postarali się, by każda dźwięk był odpowiednio nagłośniony i wyeksponowany, a każda sekwencja, riff i motyw dopieszczony do doskonałości, tak nie mają problemów z pomysłami na muzykę. Chłodna, nieco surrealistyczna baśniowość krążka urzeka i trzyma w objęciach przez długie godziny. Do tego te damskie wokale – syreni śpiew wabiący i nęcący na zgubę słuchania tylko tego, jednego albumu, aż do zerzygu. Poezja, dosłownie i w przenośni. Mimo iż stwierdziłem, że album jest raczej dość hermetyczny i budzący mieszane uczucia, uważam jednocześnie, że każdy powinien dać mu szansę. Po to chociażby, by wyrobić własną opinię, bo jestem niemal pewien, że tak jak gusta bywają różne, tak nie sposób nie docenić geniuszu muzyki Transcending Bizarre?. Dla mnie jest bowiem debiut Greków albumem doskonałym.


ocena: 10/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/transcendingbizarre

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

20 lutego 2013

Pavor – Furioso [2003]

Pavor - Furioso recenzja okładka review coverCiekawe, ilu z was kiedykolwiek słyszało kiedykolwiek nazwę Pavor. Bo ilu miało okazję zapoznać się, chociaż pobieżnie, z ich twórczością, to chyba nawet wiem. Szkoda tylko, że liczba ta pędem zbliża się do zera. Ale do rzeczy, to może uda mi się nawet kilku z was przekonać do sięgnięcia po któreś z wydawnictw niemieckiego kwartetu. Do zrecenzowania "Furioso" przymierzałem się dobrych kilka lat, bo z płytą jest jeden problem – nie jest to muzyka, która wchodzi łatwo jak soczek po wódziuni. Trzeba mieć naprawdę odpowiedni nastrój, żeby płyta nie odrzucała. Podobnego problemu nie będą mieli zapewne fani takich przedsięwzięć jak Gorguts lub Demilich, choć pewnie i oni kilka głębszych przed lekturą krążka będą musieli wziąć lub walnąć, co kto lubi. Bo jak wziąć z biegu, na klatę techniczne (ale nie przekombinowanie skomplikowane), brutalne (ale jeszcze bez juchy i flaków), jazzujące (na szczęście głównie tylko za sprawą szalonego basisty), przytłaczające jak Agata Wróbel podczas wymijania w kolejowym wagonie i brudne jak kible tamże death metolowe granie? Muzycy nie odpuszczają na żadnej płaszczyźnie, nie ma na krążku rzeczy prostych i łatwo przyswajalnych, zupełnie jakby muzycy za cel postawili sobie maksymalne obciążenie, a w rezultacie przeciążenie, obwodów nerwowych słuchacza. Taka konstrukcja albumu sprawia, że staje się on, w pewnym sensie, albumem totalnym, co należy rozumieć tak, że angażuje słuchacza w całości i stawia go w sytuacji "albo się podporządkujesz (i w końcu docenisz geniusz muzyki) albo spierdalaj". Moim skromnym zdaniem, warto na te kilkadziesiąt minut sprzedać się i powiedzieć muzykom "I’m your bitch". W zamian za to będzie się miało okazję zapoznać się z jednym z najbardziej przemyślanych i wyrafinowanych death metalowych albumów ever. Słyszycie, kurwa?! EVER! Czterech muzyków, cztery niesamowite talenty, a największy spośród nich to, przywołany już, basista - Rainer Landfermann. Do tego pana nie żywię nic poza czołobitnością, prawdziwy geniusz i wirtuoz największej miary. Dość powiedzieć, że połowa solówek na "Furioso" wyszła właśnie spod jego palców. Coś dla fanów DiGiorgio, Lapoint’a, Malone’a. Dalej, choć już przypadkowej kolejności, bo równie uzdolnione są chłopaki, gitarzysta Armin Rave, którego styl najbardziej przypomina mi ten z krążków Gorguts i Negativy. Mocno przesterowany, przybrudzony i trzeszczący, ale bardzo deathowy w klasycznej postaci, a jednocześnie mocno zaawansowany technicznie. Pałker to wypadkowa z Christy’ego i Reinerta, coś na kształt reinertującego Christy’ego bądź christującego Reinerta, a bardziej po polsku: raczej szybko i na pewno technicznie. Wokale poczynione przez sz. p. Claudiusa Schwartza należą raczej do tych cięższych, głębszych, takich z okolic kiszki stolcowej (coś może Sanders, może Suiçmez), tym niemniej są one raczej deathowe niż grindowe. Jest to dość ciekawe, że mimo swojej techniczności i ekstremy, krążek ma sporo elementów klasycznych i mimo iż wchodzi niekiedy do innych szuflad, przez cały czas utrzymuje ducha gatunku. Co do kilku moich typów, to "Inflictor Of Grimness" – opening, który nie pozostawia złudzeń i daje przedsmak tego, co krążek ma najlepszego, tytułowy "Furioso" z bardzo ciekawą solówką gitarowo-basową oraz "Crucified Hopes" za zajebistą rytmikę i radość napierdalania cabanem do jednej z najbardziej wymagających kapel świata. Podsumowując, gwarantuję, że krążek mimo swojego ciężaru daje się lubić, potrafi zrobić dobrze, zwłaszcza na zakończeniu lektury ;], a mimo to zachęca do następnego razu. Szczerze polecam i z głębi serca pozdrawiam*.

* środkowym palcem


ocena: 9,5/10
deaf
oficjalna strona: www.pavor.com

podobne płyty:

Udostępnij:

20 listopada 2012

Sinister – Savage Or Grace [2003]

Sinister - Savage Or Grace recenzja okładka review coverOwocem krótkotrwałego powrotu Sinister do Nuclear Blast jest omawiany właśnie, szósty krążek zespołu. W muzyce wiele względem poprzednich się nie zmieniło, choć pod względem gitarowym na pewno jest ciekawsza niż na "Creative Killings" – bardziej urozmaicona, klasyczna i chwytliwa. Co zabawne – napisał ją gościnnie (!) Ron Van der Polder, który już ongiś w kapeli terminował. Dostajemy także więcej solówek – te zagrał Pascal Grevinga. Fajne są też intra... Hmm... No i na tym właściwie plusy się kończą. Mieszane odczucia mam co do wokalu Rachel, bo czasami wchodzi w rejestry a’la Mullen, co mi zalatuje przesadnym majstrowaniem nad nim (wokalem, nie Mullenem ;) ) w studiu. Teraz sprawa, która najbardziej w moim odczuciu wpływa na negatywny odbiór płyty – gówniane brzmienie. Niewiele bowiem pomaga lepsza muzyka, gdy brzmi ona po prostu do dupy. Szczególnie syfnie wypadają w tej sytuacji gary, których sound jest tak sztuczny, że aż boli. Nie wiem czy Holendrzy z premedytacją chcieli uzyskać nieczytelny i prymitywny dźwięk (jeśli tak, to się nie udało), czy to wytwórnia poskąpiła kasy na studio, mając w perspektywie szybkie rozstanie z zespołem. Faktem jest, że przez takie zabiegi zjebali sobie całkiem wartościowy materiał. Na zakończenie słówko o edycji dwupłytowej. Na drugi krążek wrzucono aż siedem kawałków w wersjach demo, z których żaden nie powtarza się na właściwym albumie. Brzmią one kiepawo (może słowo undergroundowo jest bardziej odpowiednie) ale mimo to pomysł uważam za udany. Niemniej jednak w tym przypadku wygląda na to, że miały posłużyć za kontrast, dzięki któremu dźwięk na "Savage Or Grace" wyda się lepszy niż jest w rzeczywistości. I znowu się nie udało...


ocena: 5/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/sinisterwingsofdeath

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

8 października 2012

Despondency – God On Acid [2003]

Despondency - God On Acid recenzja okładka review coverOto prawdziwie brutalny wymiot na najwyższym poziomie, który w niczym nie odstaje od najbardziej znanych przedstawicieli czołówki gatunku. Ba! Taki materiał jest godzien ekstraklasy i może służyć za wzór do naśladowania! Despondency na swoim potężnym debiucie nawet przez sekundę nie proponują niczego nowego, ale to, co zagrali, zagrali wprost wybornie, czerpiąc całymi garściami z dorobku największych i najpopularniejszych brutalistów grasujących w amerykańskim podziemiu – od Disgorge, przez Gorgasm i Devourment, po Broken Hope. Niemcy najwięcej wspólnego mają z tymi pierwszymi, choć młócą od nich trochę szybciej (a to przecież żaden powód do rozpaczy). Tak czy inaczej "God On Acid" już na starcie lokuje się w europejskim topie obok, równie debiutanckich, opusów Pyaemia i Disavowed. Dalsze opisy wydają się zatem zbędne, bo każdy, nawet średnio zorientowany, rzeźnik potrafi sobie poskładać te nazwy do kupy i wyciągnąć odpowiednie wnioski. Techniczna młócka, nieludzki bulgot, ciągły blast – to tak w skrócie. O przewadze nad innymi kapelami, korzystającymi z tych samych składników, przesądza duża, a momentami nawet zaskakująca przystępność materiału. Kawałki są do siebie bardzo podobne (jakkolwiek trafiają się w nich pewne wyróżniki), przestojów praktycznie w nich brak, a całość jest potwornie długa (aż 33 minuty, hehe), ale mimo to Despondency na tyle umiejętnie żonglują rytmami (późne Broken Hope się kłania) i kombinują z wokalami, że o płytce tak szybko się nie zapomina, a sięga się po nią dużo chętniej niż po wytwory konkurencji. Ponadto "God On Acid" brzmi niemal wzorcowo – ciężko i czytelnie, bez przesadnego zbasowania. Na zakończenie dodam jako ciekawostkę, że zamiast tekstów, całą wkładkę chłopaki zapchali wylewnymi dzięksami.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/godonacid

podobne płyty:

Udostępnij:

29 kwietnia 2012

Neuropathia – Graveyard Cowboys [2003]

Neuropathia - Graveyard Cowboys recenzja okładka review coverZanim Dead Infection na dobre powrócili do grona żywych za sprawą opisywanego już "Brain Corrosion", inni białostoccy (dość)długodystansowcy dorobili się pierwszego upragnionego — tak przez siebie, jak i fanów — długograja. I to nie byle jakiego, bo "Graveyard Cowboys" już na starcie deklasuje wiele znacznie bardziej znanych i lubianych światowych załóg. Panowie z Neuropathii, jako muzykanty otrzaskane, doskonale wiedzą, jak efektywnie obsługiwać swoje instrumenty (hmmm...), co przy klasycznym podejściu do wykonywanego gatunku zaowocowało bardzo przyjemną płytką, której — choć jej soniczna treść polega niemal wyłącznie na maksymalnym dokurwianiu — słucha się wyjątkowo lekko i bez jakichkolwiek oporów. Pełen profesjonalizm – tak jeśli chodzi o granie, jak i jego oprawę (Hertz). Tempa większości numerów są więcej niż zadowalające (czyli szybkie), na ładunek brutalności narzekać nie można, aranżacje urozmaicone, feeling raczej lajtowy, a do tego pogięte poczucie humoru i odrobina melodii w soczystych riffach. Wszystko to przekłada się na pokaźny zestaw wpadających w ucho piosenek, pośród których szczególnie jasno świeci wybijający się innością kawałek tytułowy – w nim to sobowtóry Kabaretu OTTO zamieniają się w grindowych rockersów i bujają na amerykańską modłę. Na dokładkę mamy jeszcze garść coverów, wśród których są numery Agathocles, Carcass czy wywołanych na początku Dead Infection. Brakuje tylko 'Zasmażki'. Czołówka grindu w tym kraju!


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/neuropathia

podobne płyty:

Udostępnij:

29 lutego 2012

Hate – Awakening Of The Liar [2003]

Hate - Awakening Of The Liar recenzja okładka review cover"Przebudzenie Kłamcy", czwartą dużą płytę Hate, można uznać za jakiś przełom w karierze zespołu i pierwszą prawdziwą okazję do wypłynięcia na szerokie wody za sprawą kontraktu z Listenable. Fakt, było z tym krążkiem trochę problemów, ale mniejsza o to, bo robi mi dobrze jak mało która polska produkcja deathmetalowa. W porównaniu do — niekiepskiego przecież — "Cain’s Way" zaskakuje ciężarem, intensywnością, masywnym brzmieniem (Hertz) i samymi kompozycjami. Ekipa Pierwszego Grzesznika atakuje swoją muzyką w sposób dosadny, wulgarny i bluźnierczy. Co więcej, atakuje wręcz błyskawicznie, przekraczając nieosiągalne dotąd dla siebie bariery szybkości. A to wszystko za sprawą młodego gniewnego w osobie Hellrizera, który — jak to ongiś celnie określił Kaos — gra jak ludzkie tornado. Pod żadnym pozorem nie jest to stwierdzenie przesadzone, bo chłop ze swojego zestawu robi naprawdę niezły użytek, siejąc przy tym nieliche spustoszenie. Jego robota wypada o tyle ciekawie, że i brzmienie bębnów jest niczego sobie - mocne, selektywne, ale nie sterylne. Reszta robi równie dobre wrażenie. Począwszy od wyśmienitych, czystych gatunkowo riffów, a na wyziewach Adama (powrót do dwóch wokali) kończąc. Większość numerów emanuje potężną dawką brutalności i opętania, a pojawiające się tu i ówdzie melodyjne — jak na ich dotychczasowe standardy — i dość wolne solówki ('Immolate The Pope', 'The Shround', 'Close To The Nephilim') tylko potęgują doskonałe wrażenie. Moc "Awakening Of The Liar" znacznie wykracza poza to, co zespół prezentował na poprzednich albumach – utwory są świeższe (jedyne wyjątki to zbędna miniatura 'Grail In The Flesh' oraz 'Serve God, Rely On Me', który raczej niepotrzebnie nawiązuje do pierwszych, mało oryginalnych wydawnictw), bardziej zwarte i intensywne, jednak nadal czuć, że to Hate. Oczywiście warto znaleźć kilka chwil na zapoznanie się z tekstami, bo koncept w nich zawarty zdecydowanie wykracza ponad typowe pierdolenie o dupie Szatana. W ogóle ta płyta jest niczego sobie i stanowi bardzo jasny punkt na polskiej scenie.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/HATEOFFICIAL

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

23 października 2011

Nasum – Helvete [2003]

Nasum - Helvete recenzja okładka review coverKażdy, nawet średnio zorientowany fan wie, że "Human 2.0" to generalnie kupa skomasowanego napierdalania na najwyższym poziomie, no nie? W przypadku "Helvete" również nie zabrakło porywających (rozrywających) blastów, ale w porównaniu do poprzedniczki, płyta jest w moim odczuciu zdecydowanie bardziej urozmaicona, choć nie aż tak dzika, jak wcześniejsze dokonania Szwedów. Panowie zapodali znacznie więcej fragmentów z potężnym walcowaniem oraz sporo uwydatnionych melodii (choć samych numerów jest tylko 22 – dali dupy, hehe). 'Scoop', 'Stormshield', 'Relics', 'The Final Sleep', 'Breach Of Integrity', 'Worst Case Scenario' – czy to nie znakomite przykłady na to, jak wymiatać nowoczesny grind, inteligentny i brutalny zarazem?! Pojawiają się naprawdę ciekawie skonstruowane riffy, które jednak są wykorzystywane w bardzo oszczędnych ilościach, przez co u słuchacza pozostaje pewien niedosyt, a to oznacza konieczność następnych przesłuchań. Warto wspomnieć, że na swym trzecim krążku Nasum uzyskali nieco inne brzmienie – świetnie i pełne mięcha, ale też chyba mniej kaleczące. Jasne, można odnieść wrażenie, że pewne patenty czy riffy już kiedyś wykorzystali, ale równie dobrze można powiedzieć, iż to po prostu wypracowany w pocie czoła styl – kwestia humoru interpretującego. W każdym razie "Helvete" 'robi' i to dość konkretnie, o czym powinni się jak najszybciej przekonać miłośnicy ciekawej grindowej napierduchy i wszelkiego death metalu w najbrutalniejszej odmianie.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.nasum.com

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

5 czerwca 2011

Krisiun – Works Of Carnage [2003]

Krisiun - Works Of Carnage recenzja okładka review coverSwego czasu wielu fanów miało w stosunku do tej płyty spore obawy, a wynikały one z bardzo niejednoznacznego poprzedniego krążka, jak i wywołanego przezeń braku wiary w twórczy potencjał i dalszy rozwój Krisiun. Brazylijczycy jednak z pełną mocą udowodnili, że te strachy z wielkimi ślepiami były irracjonalne i spadek formy to urojenie. Przede wszystkim panowie z pomocą Pierre’a Rémillarda poprawili brzmienie, które na "Ageless Venomous" pozostawiało wiele do życzenia i niejednokrotnie wywoływało zgrzyt zębów. Na "Works Of Carnage" dźwięk jest soczysty, ostry, wyraźny, bardziej intensywny i co chyba najważniejsze – naturalny. Od strony muzycznej jakichś kolosalnych zmian względem 2-3 poprzednich płyt nie ma, bo rzeź dokonuje się w ramach stylu wypracowanego przez Brazylijczyków kilka lat wcześniej, choć oczywiście udoskonalonego i nie pozbawionego pewnych nowości. Postęp oznacza tu poprawę podstawowych elementów składowych muzyki tej kapeli: jeszcze szybsze tempa (i to chyba największe w historii Krisiun), większą brutalność i podniesione umiejętności techniczne. A nowinki – głównie coś, co na własny użytek nazwałem riffo-solówkami. Moyses czasami rozwija riffy w tak pojebany i nie do przewidzenia sposób, że rozciągają się do popieprzonych rozmiarów i dość konkretnie wkręcają w mózg. 'Normalne' solówki również zyskały na posraniu (zwłaszcza przez dużo sweepów i niekonwencjonalnie wstrzelonego tappingu), więc i za nimi ciężko czasem nadążyć. Nie dość, że są techniczne, to jeszcze dziwne i niezaprzeczalnie dzikie. Z kolei bębnienie Maxa powinno być wzorem dla wszystkich death metalowych wypierdalaków, bo chłop potrafi połączyć samobójcze tempa z dużą dynamiką i zaawansowanym kombinatorstwem. W ośmiu numerach "Works Of Carnage" mamy do czynienia z syntezą pełni możliwości poszczególnych muzyków – napieprzają bez litości na najwyższych obrotach, a jak już zdecydują się zwolnić, to dbają, żeby nikt przypadkiem od prostych patentów nie ziewnął. Czyli jest klasycznie dla nich, ale też bardzo odświeżająco. Do tego mamy dwa zaskakująco klimatyczne popisowe instrumentale, dające miejsce na oddech po ostrym grzańsku. Zastrzeżenia mam wyłącznie do końcówki albumu. Chodzi mi o totalnie zbrutalizowany cover Venom 'In League With Satan', który brzmi dość dziwnie/groteskowo, szczególnie gdy przyłożyć ten prosty jak konstrukcja cepa kawałek do nielicho pokręconych utworów autorskich. Ale to jeszcze można przełknąć. Moje wątpliwości dotyczą także bzycząco-szumiącego outra, które trwa ponad dwie minuty, a niczego ze sobą nie niesie. No przecież żaden zdrowy psychicznie fan Krisiun nie będzie przy tym tańczył! Jak na mój prosty rozum, te dwie przylepy (plus jeszcze minuta bzyczenia w introsie) dodano wyłącznie w celu rozciągnięcia płyty do — pewnie zadowalających wytwórnię — 32 minut. Zabieg kompletnie niepotrzebny, bo rozbija spójność materiału, a pozbawiony tych 'cudów' krążek — zamknięty w uczciwych 27 minutach — byłby jeszcze bardziej intensywny. No, ale nikt wam nie każe słuchać płyt do końca – zawsze w odpowiednim momencie można wcisnąć stop. I zacząć tortury od początku.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.krisiun.com.br

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

11 maja 2011

Farmakon – A Warm Glimpse [2003]

Farmakon - A Warm Glimpse recenzja okładka review coverLubicie miksy gatunkowe? Jeśli tak — a nie mam w tym momencie na myśli alkoholu — to niewykluczone, iż debiut Finów was zainteresuje. No bo co my tu mamy – europejską odmianę death metylu... eee... metalu charakterystycznego dla szwedzkiej sceny (ale nie tej 'ponadmelodyjnej'), obficie polaną progresywnym sosem wpływów jazzu i funky. Całkiem dużo tu technicznego grania, mieszania akcentów, wybiegów w klimatyczne rejony, ponadto często i gęsto pojawiają się czyste wokale. Upraszczając (bardzo, naprawdę baaardzo, i na siłę) sprawę, można by porównać chłopaków do panienek z Opeth. Tylko w przypadku Farmakon ten eklektyzm (o przecież znacznie szerszych podstawach) wypada spójnie i bardzo naturalnie, podczas gdy Szwedzi — w moim mniemaniu (i na szczęście nie tylko moim) — katują nużącym schematem pitoląco-groźnego przekładańca, w sam raz dla smutnych/mrocznych dziewczynek i chłopców, którzy postanowili poszukać łomotu poza bluźnierczym Linkin Park (i tym samym zwiększyć swoje szanse u smutnych/mrocznych dziewczynek). Żeby nie zamotać – Farmakon prezentują niekiedy zbliżone rejony, tylko znacznie lepiej im to wychodzi. Udowadniają przy tym, że można stworzyć zróżnicowaną pod względem nastroju, tempa i użytych środków muzykę, która będzie daleka od kiczu i sztucznego/rozdmuchanego patosu. Jedyna większa wada albumu i główny element do poprawienia to barwa czystego głosu wykorzystywana w tych najbardziej 'męskich' zaśpiewach – bywa, że może krew w żyłach zmrozić, i to w ten niefajny sposób. Przy okazji wokali warto wspomnieć jeszcze jedną rzecz – ich zróżnicowanie przywodzi na myśl martwy już Edge Of Sanity (czyli znowu Szwecja...). Niektóre spokojne fragmenty (chociażby z 'Stretching Into Me', 'Flowgrasp') — oprócz tego, że miejscami podchodzą pod Atheist — potrafią swą delikatnością (tak!) powalić na kolana już na przestrzeni dwóch taktów. Żeby nie było za cienko, chłopaki potrafią też mocniej uderzyć, o czym najlepiej może świadczyć 'Same'. Jak więc sami widzicie – na nudę narzekać nie można. Płyta oryginalna, niebanalna, bardzo ciekawa i zdecydowanie mająca to 'coś'.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/farmakon
Udostępnij:

26 kwietnia 2011

Vital Remains – Dechristianize [2003]

Vital Remains - Dechristianize recenzja okładka review coverJak łatwo wywnioskować po ocenie, piąty album Vital Remains uważam za mocarną i absolutnie wyjątkową pozycję. Założę się, że macie podobnie. Nie ma w tym wszakże nic dziwnego, bowiem "Dechristianize" to wybitny death’owy akt, a zarazem kolejny przykład doskonałych możliwości tego zespołu, czy raczej jego filarów w osobach Tonyego Lazaro i Dave’a Suzuki. Płyta powstała w zmienionym już któryś raz składzie: poprzedniego wokalistę zastąpił sam Diabeł pod nieświętą postacią Glena "śmierć chrześcijanom" Bentona. Przyznaję, że byłem pełen obaw właśnie w związku z wokalnym obliczem Vital Remains, bo to, co lider Deicide odstawił na kiepskich — delikatnie rzecz ujmując — "Insineratehymn" i "In Torment In Hell", w ogóle do mnie nie przemawia. I tu następuje niezłe zaskoczenie, bo odwalił kawał naprawdę wyśmienitej roboty, wyśpiewując liryki Dave’a (świetne swoją drogą) maksymalnie nienawistnie i z pełnym oddaniem sprawie. Co więcej, są to jedne z lepszych partii w jego bezbożnej karierze! O samej muzyce bardzo ciężko pisać, bowiem nie jest to coś, co puszcza się w tle i słucha jednym uchem podczas przepychania kibla. Muzyka na "Dechristianize" stanowi dowód prawdziwego rozwoju kapeli, kunsztu technicznego i rozpasania aranżacyjnego. Pod tymi względami przebili nawet sławetny "Forever Underground". Płytę wchłania się z na oścież otwartą gębą i przy pełnym skupieniu: jest wymagająca (kawałki dochodzą nawet do 10 minut), kurewsko brutalna, zaskakująco melodyjna, niezwykle urozmaicona – arcyciekawa. Pomimo, iż to amerykański, ostro i bez litości napierdalający death metal, słychać tym razem także chociażby wpływy szwedzkiej szkoły, czy nawet — co może być dla wielu nie do przyjęcia/przełknięcia — klasycznego heavy metalu ('Savior To None... Failure For All...')! Pięknie! – Inspiracji należy szukać wszędzie, nie tylko pod kamieniami w norweskich lasach i w czechosłowackich strumykach. Zreeesztą, posłuchajcie fenomenalnych solówek w utworze tytułowym, a zrozumiecie, że był to słuszny zabieg. Już dla nich warto kupić "Dechristianize" za każde pieniądze. Przy całym bogactwie środków w ogóle nie zatraca się spójność materiału, a o to też chodzi. Świetnie wypadają momenty, w których Glen ryczy/skrzeczy na podkładzie cholernie melodyjnych harmonii i równych, utrzymanych w średnich tempach centrali – efekt jest iście diabelski. W co szybszych blastach ('Infidel', 'Rush Of Deliverance' – jak się komuś nudzi, to może spróbować policzyć uderzenia w werbel...) człowiek zaczyna doszukiwać się jakiegoś "podkręconego" automatu, bo to już niemożliwa sieczka. I faktycznie, jest to maszyna marki Suzuki, hehe. Partie solowe jak zwykle masakrują swą różnorodnością, jak i 'zawirowaniami' stylistycznymi; po prostu urywają łeb równo z dupą. Akustyczne 'trademarkowskie' popisy występują jedynie w ostatnim, a zarazem najdłuższym kawałku, genialnym 'Entwined By Vengeance', ale ich wyjebność w pełni wynagradza oczekiwanie. Fajnie wygląda również prezentacja zespołu wewnątrz wkładki – takie "Once Upon The Cross", hehe... Słabuje tylko brzmienie, ale jak na tak duży materiał i krótki pobyt w studiu, i tak jest dobrze. I podziemnie. "Dechristianize" to dla mnie największe dzieło Vital Remains – głębokie, bogate, porywające... Powinno, ba!, musi znaleźć się w kolekcji każdego fana brutalnego death metalu - jest nie do podrobienia i nie do podjebania.


ocena: 10/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/vitalremains

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

26 września 2010

Disgorge – Necrholocaust [2003]

Disgorge - Necrholocaus recenzja okładka review coverNa swoim drugim płodzie, znaczy płycie, schorowane Mexy z Disgorge zawiesiły poprzeczkę dla wszelkiej maści gore-grindowych wypierdalaków bardzo, ale to bardzo wysoko. Cały świat słusznie zadawał sobie pytanie, czy mogą jeszcze bardziej nagiąć granice muzyczno-estetyczne i sprokurować coś w większym stopniu posranego i odrażającego. Wszak innych kapel na gore’owym poletku jakoś nie było stać na zbliżenie się do poziomu bezwzględnej i zwierzęcej (choć może jednak ludzkiej?) brutalności zaprezentowanej na "Forensick". "Necrholocaust" może nie jest krążkiem bardziej odpychającym, ale na pewno pod wieloma względami przewyższa poprzednika, no i wypada najlepiej spośród ich wszystkich dokonań. Rzut okiem na okładkę (w przypadku Disgorge może być nawet dosłowny) pozwala stwierdzić, że daleko jej do ekstremalności dwóch wcześniejszych, ale ten 'defekt' nadrabia zajebistą wymownością, przez co — razem z tytułem — stanowi paskudną zapowiedź zagłady. Sama muzyka nie robi tak piorunującego wrażenia (znaczy, nie szokuje już tak bardzo), jak to było w przypadku "Forensick", ale na pewno jest wynaturzonym rozwinięciem stylu i formuły brzmieniowej zapoczątkowanej na "Chronic Corpora Infest". Postęp wyraża się tu szczególnie w sferze produkcji (profesjonalny syf i ciężar, ale w granicach czytelności) oraz... przystępności muzyki. Momentami pojawiają się — choć to niewiarygodne — strzępy jakichś melodii (głównie pod starszy Carcass – 'Raise The Pestilence' i 'Macabre Realms Of Inhuman Bestiality' – ten drugi to doskonałe określenie tej płyty), momentami Meksykanie potrafią przywalić totalnie miażdżącym zwolnieniem (np. w 'Necrholocaust' – te skrobiące w niskich rejestrach gitary!), niemniej jednak prawie przez cały czas mamy do czynienia z nadludzkim (nieludzkim) blastem pana Guillermo. Do tego w wokalu Antimo słychać jeszcze więcej bulgotu, częściej wrzeszczy i wydaje z siebie jakieś bliżej niezidentyfikowane dźwięki. Zabrzmi to nieco trywialnie, ale oni naprawdę przekraczają tu granice zdrowego nakurwiania. A teraz najzabawniejsze - tego ociekającego posoką wykurwu niezwykle przyjemnie się słucha! Kawałki mają prostsze struktury, są mniej techniczne, zbudowane z bardziej tradycyjnych riffów (niech nikomu do łba nie wpadnie przypadkiem Iron Maiden!) i błyskawicznie wpadają w ucho, bo bez problemu można jeden od drugiego odróżnić. Muzycy Disgorge nie gubią się już w chaosie i świadomie operują wszystkimi dostępnymi im środkami sonicznego gwałtu. Coś pięknego!


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/thetruedisgorge

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

29 lipca 2010

Spinal Cord – Remedy [2003]

Spinal Cord - Remedy recenzja okładka review cover"Debiutancki album grupy założonej przez muzyków DEVILYN!" – w ten oto niewybredny sposób wydawca zachęcał ludziskuf do zapoznania się z "Remedy", mając zapewne nadzieję, że umiejętność liczenia na palcach jednej ręki bezpowrotnie w narodzie zaginęła. Już taka durna zagrywka mogła negatywnie nastawiać do zespołu potencjalnych odbiorców, a co dopiero tych, których — tak jak mnie — nie ruszyło ani ich promo, ani nie przekonała ówczesna kondycja koncertowa. Czasem jednak warto przełamać wewnętrzne opory, bo inaczej niezły kąsek może przejść nam koło nosa. No i na "Remedy" mamy do czynienia z przyjemną niespodzianką. U mózgów tej ekipy wyraźnie zaprocentowały doświadczenia zdobyte w Devilyn, bo materiał jest dokładnie przemyślany, odpowiednio złożony, profesjonalnie obrobiony, słucha się go bardzo dobrze, a w porywach nawet zajebiście. Płyta zawiera ciekawy, piekielnie przebojowy (co nie znaczy wcale, że hiper-melodyjny) i szczęśliwie nie mający nic wspólnego ze szwedzką szkołą death-thrash, jakiego w Polsce nikt chyba przed nimi nie grał. Słychać tu cha Morbid Angel, Death, Fear Factory czy późniejszego Testament oraz sporo patentów wypracowanych przez Dina i Basiego w tarnowskiej kapeli, a umieszczonych na "Artefact" – przeważają średnie tempa (niejednokrotnie podkręcone konkretnymi galopadami), zakręcone riffy, wyborne solówki (bo Krystian Wojdas do technicznych ułomków nie należy, a i Smoq dał radę), krzyczano-growlowane wokale (xwa śpiewaka nie jest przypadkowa) i dynamiczne wygibasy czynione przez sekcję rytmiczną. Wszystko cacy się ze sobą zgrywa i sprawia niemało radochy, bo mimo generowanych szybkości i stopnia brutalności, feeling płytki jest zdecydowanie thrash’owy. Polecam waszej uwadze 'Fake', 'Art', 'Tears' i utwór tytułowy – wchodzą od pierwszego przesłuchania, a głowie i — już razem z pozostałymi — odtwarzaczu pozostają na długo. Ocena może i jest nieco (nieco!) zawyżona, ale jak na debiut, poziom zaprezentowany na "Remedy" jest naprawdę wysoki, więc po album spokojnie mogą sięgnąć miłośnicy zgrabnego dopieprzania.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/spinalcordofficial

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

23 lipca 2010

Yattering – Genocide [2003]

Yattering - Genocide recenzja okładka review coverChyba każdy miłośnik death metalu w polskiej odmianie mniej więcej kojarzy, że okres, w którym powstawał materiał na "Genocide" nie był dla Yattering wyjątkowo udany. Płynące z każdej strony szambo mogło pogrzebać zespół — który nota bene sam w tym zamieszaniu nie był bez winy — jeszcze przed wejściem do studia. Te wszystkie zawirowania miały oczywiście wpływ na ostateczny kształt albumu, i tak się ciekawie składa, że wpływ bardzo pozytywny. Płyta pod każdym względem przebija poprzednią, a przy tym jest od niej wyraźnie inna, choć nadal zanurzona w konwencji pojebanego technicznego death metalu, który można stawiać w jednym rzędzie z Gorguts i Cryptopsy. Tak mili państwo, "Genocide" to nie tylko świetny krążek jak na polskie warunki, to jest klasa światowa! Już samo brzmienie przytłacza i pokazuje, że do takiej muzy trzeba fachowca z odpowiednim podejściem, bo inaczej rezultat będzie przypominał "Murder’s Concept" (producenta którego zespół pozwolił sobie gorąco pozdrowić...). Kapitalny jest wyjątkowo wyraźny i gęsty sound gitar – można się delektować każdym szczególikiem bez utraty morderczego ciężaru. Na zmianach zyskała także sekcja, więc robota odwalana przez Ząbka (gromkie brawa za inwencję i nieprzeciętny warsztat!) wreszcie dostała porządną oprawę. A muzyka? O jej wartość chyba nikt się nie obawiał – jest złożona (i na pewno nie przekombinowana!), inteligentna, lekko zabarwiona schizolską melodią i cały czas cholernie brutalna. W sam raz dla miłośników wymagającego gr(z)ania. Co prawda takiej łatwo dostrzegalnej chwytliwości nie ma za dużo, ale ogólnej wyrazistości tym kawałkom nie brakuje. Irytować na "Genocide" mogą tylko dwie rzeczy. Pierwsza: 'audialne' rozliczenia z byłym menago — za pierwszym przesłuchaniem nawet to zabawne, ale zupełnie niepotrzebne — chcąc nie chcąc chłopaki uczynili go w ten sposób nieśmiertelnym. W zupełności wystarczyłyby 'faki' we wkładce. Druga sprawa, która mi zbytnio nie robi, to teksty. Do tematyki nie mam zamiaru się przypieprzać, bo ta mi odpowiada, ale już ze zrozumieniem takiego angielskiego miewam problemy. Przydałby się ktoś z zewnątrz do korekty, bo byczur jest już w deklaracji zespołu – a wątpię, że chcieli przekazać to, co im wyszło. Poza tymi wyjątkami jest naprawdę super i szkoda wielka, że Yattering leży głęboko w piachu.


ocena: 9/10
demo

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

10 maja 2010

Gordian Knot – Emergent [2003]

Gordian Knot - Emergent recenzja okładka review coverNiby projektu nie zawieszono, szlag Ameryki nie trafił (choć mógłby), nikomu rąk nie pourywało, a jednak ostatnie wydawnictwo spod znaku Węzła liczy sobie już 7 lat. Kawał czasu, jakby na to nie spojrzeć. Niemniej jednak ta muzyka ma w sobie coś, co sprawia, że się nie przejada, nie powszednieje, a jeśli w ogóle starzeje się, to czyni to z godnością i klasą. Z muzyką generalnie, a tego rodzaju w szczególności, bywa różnie – niektóre albumy wybitnie źle znoszą upływ czasu, po iluś tam przesłuchaniach okazuje się, że nie ma już żadnych tajemnic do odkrycia, żadnych zaskoczeń, żadnych 'łał' – krążek zna się na wylot i okazuje się pusty i wyjedzony. A jak wiadomo – z pustego to i Olek ze Sławojem nie wychylą. Na szczęście przypadek Gordianowej płyty nie wpisuje się w ten smutny temat i nawet po wielu latach potrafi zaskoczyć nową nutą, dźwiękiem, który przez tyle lat umykał uwadze. Choćby pod tym właśnie kątem "Emergent" jest dziełem wyraźnie dojrzalszym, lepiej przemyślanym i dopracowanym w porównaniu z debiutem, który nie jest tak obfity w detale. Mniej tu dźwięku jako takiego, mniej tłoku, lecz to, co pozostało, jest dokładnie tam, gdzie być powinno (czego czasami dowiadujemy się po latach). Mniej też metalu, chociaż i na debiucie nie było go za wiele, mniej pośpiechu. Za to nietuzinkowych koncepcji, progresywnych, nowatorskich aranżacji jest w bród, w ilościach niekiedy przytłaczających. Przypomniałem sobie jeszcze jeden element, którego jest znacznie mniej, a mianowicie instrumentalnych popisów. Tylko teraz słuchajcie, bo powiem tylko raz – solówek jest ogrom, w sumie każdy kawałek składa się z kilku solówek, jedna po drugiej, granych na zmianę przez muzyków. Cały myk polega na tym, że nie są one już tak nachalne, bajeranckie w odpustowym znaczeniu. Są subtelniejsze i — o ile można tak powiedzieć — szlachetniejsze. W sumie można tak powiedzieć o całym albumie – że jest szlachetniejszy, bardziej wyborny. Mimo tych wszystkich ochów i achów dychy nie postawię, '9' też nie, dam tyle, ile debiutowi. A to dlatego, że w całej swojej wytrawności, bywa niekiedy zbyt odległy, zbyt wydumany i ciut mdły. Jak dżentelmen koło 70-tki.


ocena: 8,5/10
deaf
oficjalna strona: www.seanmalone.net

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

12 kwietnia 2010

Aborted – Goremageddon: The Saw And The Carnage Done [2003]

Aborted - Goremageddon: The Saw And The Carnage Done recenzja okładka review coverJuż przy okazji płyty "Engineering The Dead" — nota bene w prasie każdorazowo objeżdżanej — wszędzie zamiast "Belgowie z Aborted" czytałem: "Bogowie z Abotred"... No i miałem, kurwa mać!, rację, bo to był pieprzony OMEN! A jeśli jeszcze ktoś będzie śmiał wątpić w wartość tej płyty to... mam go głęboko w dupie, bo z takimi typami w ogóle nie ma sensu się zadawać! Oczekiwałem po tym albumie porządnej napierduchy, a spotkał mnie maksymalny, soczysty i nader krwawy napierdol. "Goremageddon" to odegrany z chirurgiczną precyzją (to akurat nie powinno specjalnie zaskakiwać – wystarczy rzut okiem na teledysk) kurewsko szybki i brutalny gore death/grind z wpływami perełek w postaci "Necroticism: Descanting The Insalubrious" (czyżby jakaś analogia w tytułach?) oraz "Heartwork" wiadomego zespołu (jak to fajnie jest sobie poudawać, że wie się więcej niż inni he, he...). Wspomniane inklinacje słychać przede wszystkim w konstrukcji niektórych riffów, a już szczególnie w solówkach, które oprócz tego, że są niesamowicie odpierdolone, to do tego zaskakująco melodyjne (vide popisy Barta w pierwszym z brzegu 'Meticulous Invagination'). O charakterystycznych introdukcjach chyba nie muszę wspominać? Prawdę mówiąc, to nawet nie spodziewałem się po Aborted takiej ilości chwytliwych melodii wplecionych w masywny fundament szaleńczych blastów. Obok ogólnej nawałnicy, kilka razy przejedzie po słuchaczu konkretnych rozmiarów walec, bowiem od trzeciego kawałka chłopaki zaczynają bawić się w urozmaicanie zawrotnego tempa ostrymi zwolnieniami. Wychodzi im to całkiem sprawnie, muzyka zyskuje sporo na atrakcyjności, przez co można katować się tym albumem non stop, bez najmniejszych objawów znudzenia. Wokale — już standardowo — podzielone na niski growl i patologiczny wrzask, przy czym tylko ten drugi niesie w miarę zrozumiałe przesłanie płynące z tekstów. Nic innowacyjnego, ale i tak musi się podobać. Do tego brzmienie — prawdziwy wzór dla wszystkich death/grind’ów — zdołowane i ciężarne; dźwięk jest odpowiednio dla gatunku zanieczyszczony, a mimo to nadal wyjątkowo przejrzysty i 'nasycony'. Na zakończenie — oprócz coveru owego 'wiadomego zespołu' — urocza prezentacja kapeli w środku książeczki – no i jak tu ich, kurna, nie kochać? Jedna z najlepszych płyt 2003, co do tego nie mam wątpliwości!


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.goremageddon.be

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

23 marca 2010

Morbid Angel – Heretic [2003]

Morbid Angel - Heretic recenzja okładka review coverPowtórka z "Formulas..."? Poniekąd tak. To właśnie z piątym krążkiem "Heretic" ma najwięcej cech wspólnych: jest podobnie zbudowany, skład się powtórzył, trzon materiału stworzył Trey i wokół jego pomysłów wszystko się kręci. "Heretic" niestety powiela także niektóre błędy tamtego albumu. Ale po kolei. Początek to konkretna death metalowa jazda, do jakiej Morbidzi wszystkich przyzwyczaili – szybka, brutalna, z wieloma technicznymi zagrywkami i do pewnego stopnia chwytliwa. Odetchnąć z ulgą powinni wszyscy zawiedzeni tempami dominującymi na poprzedniej płycie, tu grzańsko występuje w zdecydowanie większych ilościach. Słucha się tego dość dobrze, choć powodów do zachwytów raczej nie ma. Zupełnie inaczej niż na "Gateways...", ale wciąż solidnie wypadają wokale – są ciekawie przybrudzone, Tucker śpiewa na kilka sposobów i wychodzi mu to naprawdę fajnie. Po pierwszych sześciu kawałkach przelatują dwa wyjątkowo marnej jakości przerywniki, a następnie zespół wraca w dwóch soczystych deathowych trackach... Można spokojnie powiedzieć, że wraz z końcem 'Within Thy Enemy' następuje koniec krążka. Cała reszta, którą upchnięto dalej, to także 'przerywniki' (nazwanie tego kawałkami instrumentalnymi było by nadużyciem), wśród których jest m.in. solówka Pete’a – fenomenalne rzeczy tam wyprawia, ale straszliwie się to kupy nie trzyma. Wbrew temu, co pokazuje wyświetlacz, sensownych utworów jest tylko osiem, a trwają niewiele ponad 35 minut (nie zaś 70!). Trochę to mało jak na trzy lata przerwy, zwłaszcza że oczekiwania były spore. Nie powala brzmienie, które wysmażono z Juanem Gonzalezem – jest w nim coś dziwnego, sztucznego i denerwującego. Zastanawiać może fakt, dlaczego zespół o takim statusie nagrywa w jakimś domowym studiu z byle kim, no ale cóż – ich wybór, na własne życzenie spaprali sprawę. Gdyby panowie Aniołkowie bardziej przemyśleli ten materiał (przede wszystkim pozbawiając go pseudomuzycznych 'dodatków') i obrobili go w porządnych warunkach (Morrisound to pies?), to album mógłby miejscami nieźle sponiewierać. Niestety, jak na nich wyszło bardzo średnio.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.morbidangel.com

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

Patologicum – Hecatomb Of Aberration [2003]

Patologicum - Hecatomb Of Aberration recenzja okładka review coverKrakowski Patologicum jest reprezentantem 'popularnego' sportu brutal gore-grind. Oczywiste jest to, że jeżeli coś jest popularne, to jest uprawiane przez dość liczne grono ludzi. Ale oczywistym jest także i to, że w każdym, nawet najpopularniejszym sporcie tylko mała grupa osób jest naprawdę dobra w tym co robi, i właśnie do tej grupy zalicza się Patologicum. Ich debiutancki album zawiera 14 chorych, dzikich i brutalnych bełtów. Większość kawałków jest poprzedzona krótkimi intrami, chyba z jakiś filmów, a jeden nawet z jakiejś kroniki kryminalnej (!). Muszę przyznać, że przyjemnie się relaksuję przy tej muzyce. Panowie grają na mniej więcej takim samym poziomie jak Dead Infection oraz Reinfection, można nawet byłoby powiedzieć, że idealnie łączą właściwości obu tych zespołów. Oprócz tego dość często grają, że tak powiem, bardzo chwytliwie. Nie skupiają się tylko na jak najszybszym napierdalaniu, ale także obracają się w wolniejszych, walcowatych klimatach oraz w średnich "motroheadowych" tempach. No i ten wokal... chyba to, co najbardziej mnie rozwala na tym albumie, to właśnie wokal. Kapitalna robota! Growlingi, krzyki, kwiki, bulgoty, bełkoty i inne wymioty! Gardłowy idealnie wyczuwa czego, i w którym momencie ma użyć ze swej bogatej baterii. Miłośnikom solidnego brutal grindu polecam bliższy kontakt z zespołem. Cóż mi więcej pozostaje, jak nie zapytać "czy ten spokojny, cieszący się dobrą opinią elektryk był również zabójcą innych?".


ocena: 8/10
corpse

podobne płyty:

Udostępnij: