Po paru latach błądzenia w stylistycznej mgle Fleshgod Apocalypse wreszcie wyszli na prostą i chyba znaleźli optymalną dla siebie niszę, bo Opera to zdecydowanie ich najlepszy, najbardziej przekonujący i dopracowany album od czasu „Labyrinth”, a zatem od ponad dekady. Włosi naturalnie nie dokonali tu żadnych rewolucyjnych zmian w stosunku do poprzednich krążków, ale po prostu przestali kombinować tam, gdzie to w ogóle nie było konieczne i udawać, że robią coś ambitniejszego, niż to było w rzeczywistości, natomiast mocniej skupili się na wyrazistości i chwytliwości kompozycji. Tym samym stworzyli krążek, który można sobie z przyjemnością zapętlić.
Pomimo z lekka wyrobionej formuły cały materiał brzmi zaskakująco świeżo, jest dość zwarty (43 minuty), mniej schematyczny i nieco nowocześniej zaaranżowany (to może być zasługą gitarniaka z Deceptionist), a jednocześnie sporo w nim klasycznych naleciałości, zwłaszcza barokowych (choćby w „Matricide 8.21”). Współpraca na linii death metal-symfonika (wspomagana chórami) działa bez zarzutu (a to u Fleshgod Apocalypse nie jest regułą); elementy tych odmiennych stylistyk dobrze się uzupełniają i zazębiają, więc nie ma wrażenia przeginania w którąś ze stron czy łączenia ich za wszelką cenę. Warto przy okazji zaznaczyć, że Opera nie jest aż tak, no… operowa, jak to sugeruje tytuł płyty, a w większym stopniu ma vibe… popowy, co wbrew pozorom wcale nie jest jej wadą.
Między „Veleno” a „Opera” doszło do paru zmian w składzie, spośród których najistotniejszą było porzucenie zespołu przez wokalistę/basistę Paolo Rossiego, a więc jednego z założycieli, który miał duży acz kontrowersyjny wpływ na brzmienie Fleshgod Apocalypse. W zaistniałej sytuacji za bas chwycił wszechstronny Francesco Paoli (jak się zdaje, po wypadku jeszcze nie wrócił do pełnej formy), zaś wszystkimi czystymi wokalami zajęła się, już jako pełnoprawna członkini, Veronica Bordacchini. I to właśnie ona była strzałem w dziesiątkę! Jak się okazało, wachlarz możliwości Veroniki obejmuje nie tylko wysokie operowe rejestry, bo potrafi także świetnie śpiewać normalnym głosem („I Can Never Die”, „Till Death Do Us Part”), a nawet ordynarnie drzeć („Morphine Waltz”). Wpływ wokalistki na ostateczny kształt Opera jest niebagatelny i na pewno przesądza o zróżnicowaniu i przystępności tego materiału. Dla kontry – Eugene Ryabchenko zadbał, żeby było odpowiednio gęsto i ekstremalnie.
Opera nie jest albumem, jakiego mógłbym się spodziewać po dość niestabilnym w ostatnich latach Fleshgod Apocalypse, stąd też pozytywnie mnie zaskoczył. To trzy kwadranse dobrze zbalansowanej, bardzo urozmaiconej i pozbawionej dłużyzn/zapychaczy muzyki, która wchodzi z dużą łatwością i pozostawia po sobie ślad w pamięci. Oby tylko tak dalej!
ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/fleshgodapocalypse
inne płyty tego wykonawcy:
Pierwsze wzmianki o pomyśle na trylogię Lewiatanów zwyczajnie zignorowałem – uznałem, że to plotki, że przywidzenia, że coś mi się w głowie popierdoliło, bo tego by już było zbyt wiele, nawet dla zdeklarowanych fanów zespołu. No i tyle z tych moich urojeń, że właśnie piszę o części drugiej, której zawartość tak się ma do zapowiedzi, że to zasługuje na typowy polski stand-up z gęstym chujowaniem. Leviathan II w zamyśle miał być materiałem mrocznym, ciężkim i melancholijnym, a jest… landrynką z paskudną okładką.
Byłem przekonany, że tak spektakularne wydawnictwo jak „Infernus Sinfonica MMXIX” musi mieć jakieś głębsze znaczenie, a najbardziej do tej hipotezy pasowało mi podsumowanie i zamknięcie pewnego rozdziału w historii Septicflesh. Wiecie, moment przełomowy, po którym nastąpią wielkie zmiany i zespół zaproponuje coś nowego, świeżego i zaskakującego. Błąd, na Modern Primitive mamy do czynienia jedynie z rozwinięciem dotychczasowego stylu, w dodatku na tyle subtelnym, że mógłbym w tym miejscu wkleić połowę recki
No, no, no… zanim się człowiek obejrzał, od ostatniej normalnej płyty Therion upłynęło ponad dziesięć lat! Ech, trzeba było przeszło dekady mniej lub bardziej nieudanych eksperymentów i mnożenia zapchajdziur, żeby Christofer wreszcie przypomniał sobie, że gdzieś tam istnieją także normalni fani, którzy niekoniecznie są wielbicielami francuskiego vintage popu tudzież są skłonni przez trzy godziny siedzieć z nosem w libretcie. To właśnie dla takich ludzi przedsiębiorczy Szwed przygotował 45 minut materiału jednoznacznie nawiązującego do tego, co kiedyś podobało się wszystkim, a jemu przyniosło bodaj najwięcej kasiorki – bliźniaków
Rok 1999: o kurwa, Metallica z orkiestrą! Rok 2020: meh, Metallica z orkiestrą. Ponoć nie da się dwa razy wejść do tej samej rzeki, Amerykanie jednakowoż spróbowali, ponownie spiknęli się z San Francisco Symphony, a my, cóż, dostaliśmy powtórkę z rozrywki. Ładnie i z rozmachem zrealizowaną, ale jednak powtórkę. Przez 20 lat świat metalu — niekoniecznie nawet mainstreamowego — poszedł do przodu, z orkiestrami nagrywa każdy, kto tylko ma ochotę, element nowości dawno uleciał, a o jakąkolwiek ekscytację coraz trudniej. Nic więc dziwnego, że i S&M 2 nie ekscytuje, to po prostu solidna koncertówka i w sumie niewiele ponadto.
Na pierwszy rzut oka Immanifest wygląda naprawdę zachęcająco – kapela z Tampy na Florydzie, za którą stoją ludzie z wieloletnim doświadczeniem, a ich target to fani m.in. Hypocrisy i Septicflesh, w dodatku Macrobial wśród krytyków spotyka się niemal z samymi zachwytami. Pal licho, że swoją muzykę określają dawno zapomnianą etykietką „symphonic black-death”. Muszą być fajni, czyż nie? Ano, nie! Już pierwsze minuty z płytą uświadamiają nam, czemu wydanie debiutu zajęło im ponad dekadę.
Do Veleno zabierałem się jak członek PiSu do osławionych ośmiorniczek: zerkałem tylko z ukosa i kręciłem z dezaprobatą nosem, bo nie mogło z tego wyjść nic dobrego. Na
Życie niekiedy zaskakująco szybko przynosi odpowiedzi na nurtujące nas pytania. I tak na przykład jeśli kogoś zastanawiało, kto aktualnie rządzi w symfonicznym death metalu, to po premierze Codex Omega powinien doznać objawienia – Septicflesh! Nowy materiał greckiej ekipy nie tylko jest kolejnym potwierdzeniem klasy zespołu, ale nawet sugeruje pewną zwyżkę formy — co najpewniej ma związek ze zmianą na stanowisku perkusisty — bo mamy tu do czynienia z albumem niemal na miarę „The Great Mass”. Wszystkie charakterystyczne składniki muzyki Septicflesh, których fan zespołu (w tym i ja) oczekuje od swoich ulubieńców, występują na Codex Omega często, gęsto i w znanych już konfiguracjach. To oczywiście jest bardzo satysfakcjonujące, bo człowiek nie ma prawa poczuć się zawiedziony, jednak w dużym stopniu również przewidywalne. Normalnie bym się czepiał, że to pewnie koniunkturalizm i proste zagrania pod publiczkę, ale, kurwa!, stoi za tym tak wysoki poziom kompozytorsko-wykonawczy, że traktuję to jako świadectwo ciągłego doskonalenia stylu; stylu, który już wcześniej wydawał się być doprowadzony do perfekcji. Zresztą, jak tu narzekać, kiedy przynajmniej 70% (no, może 80%, albo 85%…) materiału to potencjalne hiciory i koncertowe szlagiery – piękne, podniosłe, ciężkie i brutalne, a przy tym nadzwyczaj chwytliwe i — przy całej swojej złożoności — łatwe w odbiorze. Takich utworów nie pisze się na odpierdol. Wystarczy rzucić uchem na powalający klimatem „Portrait Of A Headless Man” (gdyby nie wierzyli w jego potęgę, nie zainwestowaliby w teledysk), zabójczo intensywne „The Gospels Of Fear” i „3rd Testament (Codex Omega)” (można je chyba rozpatrywać w kategoriach najbrutalniejszych kawałków Septicflesh ever) czy zajebiaszczo epicki i miażdżący wszystko chórami w końcówce „Enemy Of Truth”. A to tylko część atrakcji, które zespół przygotował na swoim dziesiątym wydawnictwie. Szczególnie słowa pochwały należą się Kerimowi, który tchnął w Septicflesh sporo świeżości i… pałera. Dzięki jego wysiłkom wolniejsze partie są bardziej urozmaicone, zaś te szybkie – odpowiednio dojebane. Jedyne poważniejsze zastrzeżenia mam do niekiedy zbyt irytujących wokali Sotirisa (choć mam świadomość, że bez nich z muzyki uleciałaby cząstka oryginalności) oraz paru koszmarnych fragmentów „Trinity”, które brzmią jak najbardziej wstydliwe momenty Paradise Lost. Poza tymi szczegółami Codex Omega jest naprawdę świetnie skomponowanym krążkiem. Fleshgod Apocalypse mogą się schować!
Kilka, może kilkanaście miesięcy temu Włosi przekonywali w wywiadach, że przystępując do pracy nad King, obrali sobie za cel stworzenie albumu rozbudowanego, bombastycznego, doskonale łączącego symfoniczny rozmach i death metalowe wyziewy – takiego, który wyrywa słuchacza z butów i pozostawia go z rozdziawioną paszczą. Niestety, muzycy przecenili własne umiejętności i dość boleśnie wyjebali się na ambitnych planach. Wzięli dużo czego popadnie, wrzucili do jednego worka, wstrząsnęli, zamieszali i po prostu przedobrzyli. W rezultacie powstała płyta, która fanów poprzednich wydawnictw zupełnie nie ruszy, może ich co najwyżej wymęczyć tym, czego słuchać nie chcieli. Jednakowoż, mimo wszystko, ta sama płyta powinna zapewnić zespołowi całkiem przyzwoitą pozycję na najbliższym Wacken… Jak na moje ucho — i zdaje się, że nie jestem w tej opinii odosobniony — jeśli chodzi o orkiestracje i rozmaite dodatki, Fleshgod Apocalypse optimum osiągnęli na
Zespoły z długoletnim stażem coraz częściej rozczarowują próbami dostosowania swojej twórczości do nowych realiów, tudzież wysilonym klepaniem w kółko tego samego ku uciesze mniej wymagających fanów. W takiej sytuacji naprawdę dużo przyjemności daje posłuchanie płyty pokroju niejednoznacznie zatytułowanego Titan. Co ciekawe, to obiektywnie nawet nie musi być — i pewnie dla wielu nie będzie — największe, a nade wszystko najbardziej innowacyjne osiągnięcie Septicflesh; bardziej istotne jest to, że krążek imponuje bogactwem znakomitych aranżacji, które zgrabnie łączą w sobie wysublimowane formy orkiestralne i efektowne brutalne grzańsko. Od wydanego trzy lata temu znakomitego „The Great Mass” styl Greków nie zmienił się ani odrobinę, ale i tak w jego ramach muzycy zaproponowali kilka niezłych patentów, które przełożyły się na pokaźny zestaw ekscytujących utworów. Nietrudno zauważyć, że poziom wszystkich kawałków na Titan jest zaskakująco równy, a przy tym co najmniej wysoki, toteż 45 minut płyty mija jak z bicza strzelił. Godne odnotowania jest to, że chłodny profesjonalizm i dążenie do perfekcji nie wyparły u Septicflesh umiejętności tworzenia bardzo chwytliwych pasaży, które przyswaja się już od pierwszego przesłuchania. Nie przeszkadzają w tym nawet rozbudowane struktury i podniosły nastrój muzyki, który utrzymuje się przez całą płytę – na pierwszym miejscu zawsze są przykuwające uwagę spójne kompozycje, do których bardzo chętnie się wraca, bo każda zawiera coś charakterystycznego. Dzięki temu spośród kilku świetnych — i równych, jak już wspomniałem — kawałków można bez trudu wyłonić swoich faworytów. Ja stawiam na „Prototype”, „Order Of Dracul”, „Confessions Of A Serial Killer” (wbrew pozorom nie jest to cover Gorefest), „Prometheus” i kończący album zajebisty „The First Immortal”. Problem mam tylko z utworem tytułowym, a dokładnie z jego częścią symfoniczno-chóralną, bo wkradł się w nią banał bardzo zalatujący disney’owskimi Dimmu Burgerami. Ale to szczegół, bo pozostałe numery imponują ciężarem gatunkowym i specyficznym dostojeństwem. Na pochwałę zasługuje również świetnie zbalansowana produkcja Titan – coś, czego konkurencji z Fleshgod Apocalypse jeszcze brakuje. U Greków orkiestralny rozmach nie przesłania pracujących w niskich rejestrach gitar, a głębokie growle nie gryzą się z czystymi wokalami i damskimi chórami. Owszem, Septicflesh aż tak ekstremalni nie są, ale ich album mogę bez mrugnięcia okiem polecić miłośnikom metalu z solidnym klasycznym pierdolnięciem.
Podołali! Sensacja paru ostatnich lat — a przynajmniej od wydania epki — jaką bez wątpienia jest Fleshgod Apocalypse, uderzyła wreszcie ze swoim trzecim i — uwaga spoiler — zarazem najlepszym krążkiem. Labyrinth został najprawdopodobniej zbudowany w oparciu o skądinąd słuszną w przypadku symfonicznego death metalu ideę „większy rozmach i więcej wszystkiego”, co się tyczy zwłaszcza najbardziej charakterystycznych cech zespołu. Nie da się ukryć, że na
Finowie są dziwni - niby, jak to gdzieś słyszałem, metal leci u nich w każdym pubie, szkole, kościele i na przystanku, na okrągło, ale jeśli się temu całemu metalowaniu lepiej przyjrzeć, to okazuje się, że nie ma na co patrzyć. W dodatku są Finowie tak śmiertelnie poważni w tym, co robią, popadają w taka egzaltację, że człowiek zaczyna się zastanawiać „czy z nimi wszystko w porządku?”. No bo spójrzcie na książeczkę najnowszego longpleja Wintersun i powiedzcie, że to normalne, że dorośli na całym świecie tak robią, że wiatr we włosy jest spoczko, no spróbujcie się nie roześmiać. Wydawało mi się, że tego typu kreacje wyszły z mody w poprzednim milenium, ale okazuje się, że nie do końca (temat blacku pozostawiam, tym razem, poza nawiasem dyskusji). Najgorsze jest jednak to, że nie tylko kreacje trącą myszką. Najnowsze dzieło Mr Jari Mäenpää’y to niespełna trzy kwadranse bardzo melodyjnego, niekiedy orientalnego, niekiedy folkowego metalu symfonicznego, bo o death czy progu raczej nie ma mowy, zagranego na pół gwizdka. W zasadzie można pokusić się o stwierdzenie, że Time I to symfoniczny power z dodatkami i pies z kulawą nogą nie powie, że nie. Płyta broni się częściowo tylko tym, że nie jest przesadnie długa, wchodzi lekko i słucha się jej całkiem przyjemnie, tyle tylko, że ze świadomością obcowania z pop metalem. Przyznam się, że spodziewałem się czegoś więcej, czegoś, co może i będzie melodyjne, patetyczne i nieco przerysowane, ale będzie urywało jaja razem z wątrobą. A tak, do moich rąk trafił krążek przyjemny, ale w gruncie rzeczy nijaki, i fakt, że miło plumka wcale wiele nie poprawia. Wisienką rozczarowania jest zaś fakt, że skład, mimo ciotowatego imidżu, do najgorszych nie należy i przy różnych okazjach poszczególni muzycy mieli okazje wykazać się talentem i umiejętnościami, a na Time I momentów chwały muzycy mają niewiele, na palcach jednej ręki można wymienić ciekawe aranżacje, solówki (a w zasadzie solówkę, jedną, w tytułowym Time I, która też z tych raczej lekkich), bądź riffy. Większość Time I jest przeplumkana na klawiszach, co trochę boli i wkurza, bo po czasie okazuje się, że krążek to marnotrawstwo ludzi, pomysłów i trochę słuchaczy. Wystarczy trzy-cztery okrążenia by nabrać podejrzeń, a kolejne dwa – pewności, że krążek jest zapchajdziurą, bez myśli przewodniej i koncepcji. Osiem lat, by nagrać pół instrumentala to lekka przesada. Bida kompozytorska panie Jari, bida aż piszczy. I tak nadszedł czas na podsumowanie, które nie może być inne niż: rozczarowanie polane lukrem. Miło, kolorowo, słodko i całkowicie bez jaj. Wychodzi jeszcze łatwiej niż wchodzi. Wolę debiut.
Chyba nie stwierdzę nic szczególnie odkrywczego konstatacją, że Therion to klasa sama dla siebie, kapela, której styl jest nie tyle niepodrabialny (tu następuje wymowna pauza, w czasie której kieruję wzrok w stronę ChRL), co bezbłędnie rozpoznawalny już od pierwszych dźwięków. Jest to stwierdzenie nieco mgliste i nieprecyzyjne, ale dobrze oddaje wrażenia jakie towarzyszą lekturze Szwedów – bo nie rozpoznać Theriona to jak dać z liścia kobiecie (będąc facetem), jak powiedzieć „gówno” w wytwornym towarzystwie, tudzież zalać frytki majonezem. Po prostu się nie godzi, nie godzi kurwa i basta! Tą kapelę trzeba znać, lubić też – ci, którzy się ze mną nie zgadzają, to wiedzą co im słoń na ucho nadepnął i gdzie im kij w dupę. Oczywiście zastrzec trzeba, że sympatia do kapeli nie jest ślepa i bezwarunkowa, obejmująca swoim zasięgiem wszystkie krążki – Lemuria nie jest jednak ową czarną owcą, choć zaczyna się nijako. Jak na openera „Typhon” zwyczajnie zawodzi – brakuje mu cech porządnego kawałka, a co dopiero pierwszego. Potem jednak jest lepiej i to znacznie lepiej, a co więcej – ten wysoki poziom utrzymuje się do końca, z jednym dosłownie potknięciem. O ile
Septic Flesh niespodziewanie wyrosła (groźna?) konkurencja na polu „symfonicznego death metalu”, i to również z „ciałem” w nazwie. Piszę niespodziewanie, bo choć Włosi już na poprzednich wydawnictwach przejawiali pewne neoklasyczne skłonności, to dopiero po przejściu do Nuclear Blast (to ich nagłe zamiłowanie do rzeźni jest dla mnie wielce zastanawiające) w pełni rozwinęli tę stronę swojej działalności, nie odpuszczając nic z wcześniejszej ekstremy. Już na początku warto nadmienić, że Fleshgod Apocalypse, pomimo obranej stylistyki, jest zespołem zupełnie innym niż wspomniany grecki potwór. O ile w dźwiękach generowanych przez Septic Flesh jest dużo napięcia, dostojeństwa i klimatu, to już autorzy Agony poszli w nieco innym kierunku i po prostu ostro młócą na tle żwawo zapieprzającej orkiestry (w znaczeniu: klawiszy). Grzańsko jest naprawdę konkretne i może robić wrażenie, bo perkman braki w swojej technice, a być może i wyobraźni (wolne partie zdają się to potwierdzać – chłop nie wie, co z sobą począć), maskuje napierdalanymi w okrutnych tempach blastami. Toteż przez jakieś 80% trwania płyty (po odliczeniu intra i outra) słyszymy gęsty, nieurozmaicony, a zapewne też wycieńczający blast. Ścianę blastów. Nie powiem, są momenty, w których brzmi to dość absurdalnie — zwłaszcza, gdy taka miazga leci pod czystymi wokalami i pięknymi melodiami — ale mimo to albumu słucha się bardzo przyjemnie. Również mimo dużej schematyczności, bo jakby na to spojrzeć, to większość kawałków polega na tym, że: orkiestra zapodaje swoje motywy, oni nakurwiają, potem wchodzą czyste wokale, ładna efektowna solówka, znowu czyste wokale i dalej już sieczka. Wyjątki są w zasadzie dwa: „The Forsaking”, w którym sieczki nie ma w ogóle, jest za to dużo melodii i trochę klimatu, oraz „The Egoism”, gdzie główny motyw zbudowano na stosunkowo wolnym motorycznym riffie, czyste wokale występują w wersji damskiej (oczywiście na tle gęstego pochodu), a napierducha wpada dopiero w ostatnim fragmencie. I to by było tyle w kwestii urozmaicenia struktur. A teraz ciekawostka w kontekście tego, co przed chwilą napisałem – kawałki są na tyle charakterystyczne, że bez trudu przychodzi odróżnić jeden od drugiego. To już zasługa aranżacji i subtelnych detali. Jako bonus mamy cover Carcass, który podobnie jak „Blinded By Fear” z epki został zagrany bardzo sprawnie, ale ze 30 razy szybciej od oryginału (oraz z drobną acz niepotrzebną orkiestracją). Elementy wykonawczej perfekcji mieszają się tu z groteską, ale numer daje radę. Zdecydowałem się ocenić Agony bardzo wysoko (mając pełną świadomość wad tego materiału), a to głównie dlatego, że konfrontacja z płytą sprawia sporą frajdę – ma kopa, jest w tym jakiś powiew świeżości, jest doskonała realizacja (w ramach tego, co chcieli osiągnąć), no i w końcu kilka udanych piosenek. Prawdziwym sprawdzianem dla Fleshgod Apocalypse będzie dopiero następny album.
Z Redemption Process sprawa miała wyglądać wyjątkowo prosto – nazwa, tytuł, a przy ocenie wklepane dziesięć. Jednak pierwsze przesłuchania czwartej płyty umalowanych i wystrojonych Anorektyków (brawa za oryginalny image!) dały mi wyraźnie do zrozumienia, że trzeba będzie się nieco postarać. Po następcy niesamowitego
Nieczęsto się zdarza, by zespół już na pierwszym longpleju zaserwował muzykę, którą można porównywać tylko do niej samej, czy wręcz potraktować jako punkt odniesienia dla innych nagrań – nowo powstały kanon. A z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia na debiutanckim krążku niemieckiej formacji Haggard, krążku, który stał się podwaliną dla nowego subgatunku w metalu – a mianowicie symfonicznego dm bazującego na melodiach średniowiecza. Krócej chyba się tego nie da ująć nie ujmując jednocześnie zespołowi jego osiągnięcia. A jest się czym chwalić – bez zażenowania, niezasłużonego chodzenia z podniesionym czołem czy fałszywej dumy z własnego dzieła. Debiut marzeń – można powiedzieć. And Thou Shalt Trust… The Seer to nieco ponad czterdzieści minut średniowiecznych melodii zmiksowanych z ciężarem jak najbardziej współczesnych gitar, garów i potężnych growli. Miks dobrze wyważony, bez zbędnych wycieczek w orkiestrowy patos ani bezkształtnych gitarowych popierdywań. Z jednej strony rasowy death pełną gębą, a jednocześnie bardzo zwiewny i ulotny. I jest to niewątpliwie jedna z większych zalet debiutu Niemców – fakt, że umieli pogodzić te dwa światy w sposób tak inteligentny, że muzyka wydaje się jednocześnie krucha i cicha oraz ciężka i destrukcyjna. Owe dwie emocje wzajemnie się przeplatają i uzupełniają i dają słuchaczowi możliwość zagłębienia się w świat niesamowitych doznań akustycznych. Na szczególne wyróżnienie zasługuje brzmienie oraz wyczucie gitar, które ostro wżynając się w strukturę utworów zapewniają jednocześnie porządną dawkę energii i wspomnianego ciężaru. Kwestia wokali to temat na osobny rozdział, gdyż ich różnorodność oraz sposób zaprezentowania są zdumiewająco obfite, a jednocześnie stanowią oś, wokół której tworzona jest tkanka numeru, a w większej skali – albumu. To w głównej mierze właśnie one odpowiadają za emocjonalną stronę nagrań. Bo Haggard to przede wszystkim emocje i wyobraźnia. Jest to rodzaj muzyki zdecydowanie wymagający skupienia, zainteresowania się nią w stopniu większym niż mp3-kowym. Wchodząc na coraz subtelniejsze poziomy muzyki, rzeczy takie jak nie najlepsza jakość nagrania bądź amatorskie brzmienie przestają interesować. Ba, nawet przeszkadzać. Nie zmienia to jednak faktu, że lepsza realizacja jeszcze nikomu na złe nie wyszła. Ale nie to się liczy – ważne jest to, że And Thou Shalt Trust… The Seer jest albumem, który dobrze się słucha, sprawia słuchaczowi mnóstwo frajdy i — co bardzo ważne — nie wkurza bezmyślnym odtwórstwem.
O ile „Drudenhaus” — poprzednia duża produkcja Żabojadów — była płytą nietuzinkową i bardzo ciekawą, to New Obscurantis Order jest już niemalże pieprzonym monumentem! I to kolejny już przykład na naciąganą „magię trzeciej płyty”. Kilkunastosekundowe napieprzanie instrumentów smyczkowych, błyskawiczne przejścia i cholernie szybkie blasty – tak wygląda początek tego albumu. Umalowani Anorektycy udowadniają, że absolutnie nie należą do bandy pitoleńców i — niczym tornado tekturowe amerykańskie domki — rozrywają słuchacza na strzępy swą niezwykle ekspresyjną, nasyconą emocjami muzą. Bardzo dobry i przede wszystkim szybki gitarzysta oraz grający zaskakująco wymagające partie perkusista (kapitalne przejścia i przepięknie nabijany ride podczas blastów) generują muzę agresywną i zarazem dosyć techniczną – po prostu zajebiście wspaniałą i szybko trafiającą do łba. Przemyślane podkłady klawiszowe umiejętnie tworzą tajemniczy, podniosły klimat. Nawet mnie zachwyciły – zero sztampowych rozwiązań, za to pełna — i nie taka znowu oczywista w tym gatunku — pompa. Świetne, różnorodne wokale: emanujący wściekłością czytelny black’owy wrzask (przechodzący momentami w nieludzki pisk) w połączeniu z czystym hmm… „śpiewem”, rozmaitymi przepełnionymi rozpaczą jękami oraz chórkami (zapodającymi zazwyczaj po francusku lub łacinie). Mnie takie rozwiązanie bierze, bo udanie wpływa na złożoność płyty. Znakomite, przepełnione erotyką i odśpiewane z pełnym zaangażowaniem teksty (wszystkie są godne wyróżnienia, przynajmniej fragmenty po angielsku), wraz muzyką i oprawą wydawnictwa stanowią spójną całość. Zawartość krążka to — w przeważającej części — niezwykle ekstremalna, pierońsko rozpędzona rzeź („Black Death, Nonetheless” i „The Altar Of Holocausts” – oto najbardziej mordercze fragmenty płyty), lecz samo zakończenie albumu (w wersji rozszerzonej) — cover „Solitude” — jest już dużo spokojniejsze, bardziej wyciszone, choć ciągle w klimacie. Ale nawet bez numeru Candlemass New Obscurantis Order może zaskoczyć wyjątkowo rozbudowanymi strukrurami, z czym mamy do czynienia szczególnie w utworze tytułowym i „Ordo Ab Chao: The Scarlet Communion”. Ciekawie wypada również inna przeróbka — „Hail Tyranny” Rachmaninowa — która, moim zdaniem, stanowi niezły kontrast i podkreśla moc oraz brutalność wałków własnych. Brzmienie zostało dokładnie wyważone, dzięki czemu każdy instrument jest odpowiednio czytelny, co przy takim natłoku dźwięków (także z różnych parafii) musi budzić podziw. Zresztą, podobno kosztowało to zespół sporo pracy w studio – sami ten album wyprodukowali. Zdaję sobie sprawę z mojej nieukrywanej egzaltacji, ale przy takiej płycie naprawdę trudno się nie podniecać! Francuzi pozamiatali, konkurencji brak.
W ubiegłym roku świętowaliśmy małą rocznicę, rocznicę narodzin pewnych bliźniaków… braci
Po upływie 4 lat od nagrania rewelacyjnego
Bozie, jak ja uwielbiam Prokofiewa! Dla samego „Lords of Bedlam” warto zakupić ten album. Mówię wam – dla takiej interpretacji klasycznego motywu jakim jest „Taniec Rycerzy” warto byłoby czekać wieki, wciąż oglądać Jarka w tiwi, patrzyć jak nasi piłkarze grając jak nigdy, przegrywają jak zawsze, czy choćby słuchać jak Nergal opowiada o walorach artystycznych Doroty R. Tak bardzo jak na nic innego. Dlatego powiem to raz jeszcze – dla tego kawałka warto mieć ten album, choć jestem pewien, że wartość albumu nie kończy się na tym tracku. Ja miałem to szczęście, że znam album od kilku lat, wy natomiast możecie się z nim zapoznać zaraz po przeczytaniu recki (o ile nie mieliście podobnego szczęścia jak ja). Austriacy bardzo świeżo podeszli do nie-tak-znowu-otrzaskanego tematu, jakim jest symfoniczny death (choć ostatnie moje recki mogą temu przeczyć) i zapodali go w ciekawym stylu, unikając jednocześnie wtórności względem wzorcowego Theriona. Już nawet ilość załogantów musi zaskakiwać, bowiem w porównaniu ze sporą, choć nie na muzułmańskie standardy, rodziną jaką tworzy Therion, austriacka gromadka wypada bledziutko i trzyma model europejski – klasyczne 2 + 1. Jak się jednak mówi: nie ilość, a jakość (i wcale nie piję do jakości Szwedów). Jest jednak pewien wspólny mianownik, gdyż tak w jednym, jak i w drugim przypadku, za ideą stoi tylko jedna persona – tutaj Martin Schirenc. Trzeba oddać chłopakowi szacunek – wykombinował materiał, który majestatem i wzniosłością mógłby obdzielić masę metalowych sierot (muzycznych) szukających wyjścia klepiąc na parapecie niesłychane kombinacje. Tutaj wielkość symfonii jest wyraźnie odczuwalna, a całość rzeczywiście brzmi jak death metal zagrany w towarzystwie orkiestry. W końcu ktoś zrozumiał do czego służy sekcja smyczkowa i wykorzystał ją jako bazę dla tworzonej melodii. A wraz ze smyczkami skomponował ciekawe partie gitar, które dodają klasyce agresywności i wigoru. Ciekawie prezentuje się również główny motyw z pierwszego „Y Draig Goch” oraz „To Kingdom Come”, gdzie przez gitary przebija się metaliczny dźwięk trąbek i sekcji dętej. Bardzo przyjemne wrażenie akustyczne. Takie wspólne wykorzystanie ciężkiego riffowania i zimnych trąbek ubarwia muzykę, „metalizuje” ją i zwiększa siłę jej oddziaływania. Wydaje się, że każdy element został podporządkowany takiemu zadaniu; każdy użyty instrument, każda melodia ma na celu zwiększyć spektrum i różnorodność doznań słuchowych. Muzyka totalna, kompletna i wielka. Bardzo fajnie wygląda także sprawa wokali, których jest tu kilka – począwszy od wiodącego growlu, niezbyt niskiego, czytelnego i grubego, poprzez czyste linie kobiece (takie normalne) i męskie (podobnie), dwugłosy, a na chórach skończywszy. Te naprawdę dają popalić, mają odpowiednią moc i współczynnik mocarności. Ogólna aranżacja wokali jest dobrze przemyślana i sprawnie wykorzystuje niemały potencjał kapeli. Jeszcze kilka słów o, wspomnianych już, gitarach. Urzekło mnie bardzo solidne i rzeczowe ich potraktowanie, nie są one zepchnięte do jakiejś podrzędnej roli – ich miejsce jest w pierwszym szeregu. Jest więc sporo tremolo, kilka fajnych solówek też się znajdzie, ot choćby w „Woe to the Defeated” oraz „The Calm Before the Storm”. Od tej strony albumowi niczego nie brakuje. Słowa uznania należą się także perkusiście, który to odpowiada za całkiem żwawe i solidne rytmy. Motoryka i siła są lepiej niż poprawne – bez jakiegoś specjalnego szału, ale generalnie daje radę. Zbliżając się do końca, chciałem jeszcze zwrócić waszą uwagę na ostatni kawałek albumu pt. „Conspirator”. Chyba jeden z ciekawszych na płycie, z ciekawie brzmiącymi klawiszami, trochę „nawiedzoną” melodią, innym od pozostałych klimatem i — zawsze kapitalnym — klawesynem, który wieńczy album kapitalnym akcentem. Mi to pasi!


