19 października 2018

Irreversible Mechanism – Immersion [2018]

Irreversible Mechanism - Immersion recenzja okładka review coverPierwszy album tego białoruskiego projektu pozostawił po sobie bardzo dobre wrażenie, choć odnoszę wrażenie, że nie dotarł wszędzie, gdzie powinien. Techniczny death metal o wysokim współczynniku wytrzepania — nie tak znowu daleki od tego, co proponuje choćby Sophicide — ma swoich oddanych fanów, ale dla reszty społeczeństwa tak zagęszczona jazda w pewnym momencie może stać się niestrawna tudzież nieczytelna. Niewykluczone, że właśnie tym była podyktowana zmiana stylu przy okazji "Immersion" – na klimatyczny i progresywny death metal. Tym albo poważnymi roszadami w składzie. Aaalbo doprowadzającą mnie już do szału modą na granie jak Fallujah, bo wpływy ostatnich płyt Amerykanów słychać w muzyce Irreversible Mechanism dosłownie na każdym kroku, a już na pewno częściej, niżbym chciał. Ja rozumiem, że to fajne i w sensie globalnym nawet dość oryginalne, aaale tylko w sensie globalnym, bo gdy porównać te wszystkie Fallujah-podobne kapele, to wychodzi, że brzmią niemal identycznie, a na domiar złego nie próbują odróżnić się od oryginału. I dupa. Większość patentów użytych na potrzeby "Immersion" można bez problemu wskazać na "The Flesh Prevails" i "Dreamless". Ba!, niektóre fragmenty wyrwane z kontekstu byłbym skłonny uznać za zajawki nowego materiału Amerykanów! Z jednej strony świadczy to o dużych umiejętnościach muzyków Irreversible Mechanism, z drugiej zaś o tym, że nieco zatracili swoją tożsamość. Czy było warto? Nie jestem przekonany. Na "Immersion" uchowało się wprawdzie jeszcze sporo brutalności znanej z debiutu — dotyczy to głównie pracy perkusji i większości wokali (nie wszystkich, bo w czyste też się bawią) — jednak całość jest zatopiona w takim nieco rozmarzonym senno-kosmicznym klimacie, który sprawia, że płyta po paru chwilach staje się "ładna", wchodzi gładko i stosunkowo łatwo się w niej zatopić, na co zresztą wskazuje tytuł. Niestety odbywa się to kosztem wyrazistości utworów, bo te może nawet zbyt płynnie przechodzą jeden w drugi, więc po wybrzmieniu ostatniego trudno przywołać z pamięci coś szczególnie wyrastającego ponad ogólny — dla sprawiedliwości dodam, że wysoki — poziom albumu. Posłuchać można, ale bardziej bym zachęcał sięgnąć po "Infinite Fields".


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/IrreversibleMechanism

podobne płyty:


Udostępnij:

12 października 2018

Samael – Ceremony Of Opposites [1994]

Samael - Ceremony Of Opposites recenzja okładka review coverSamael skończył się na "Blood Ritual". To prawda, ale na "Ceremony Of Opposites" narodził się na nowo – bardziej zadziorny i charakterystyczny, a tak po prawdzie to lepszy pod każdym względem. Samael dojrzał i rozwinął się, a tym samym dał pretekst co bardziej krewkim fanom, by oskarżyć go o skomercjalizowanie się. Owszem, "Ceremony Of Opposites" był jednym z bestsellerów swoich czasów, ale cała otoczka płyty — prowokacyjna okładka i bezpośrednie teksty (najjaskrawszy przykład mamy w genialnym 'To Our Martyrs': "I spit at your god's face / I piss on the cross / I vomit on the holy bible / I shit on the blessed whore and her bastard son") — są bardziej diabelskie aniżeli kiedykolwiek wcześniej i zdecydowanie mocniej walą w twarz. Zaś co do muzyki – już od pierwszych taktów 'Black Trip' słychać postęp kompozytorsko-wykonawczo-brzmieniowy. Szwajcarzy zrobili pewny i logiczny krok naprzód, za punkt wyjścia biorąc chyba 'With The Gleam Of The Torches' z "Blood Ritual", bo właśnie tamten kawałek odznaczał się sporą dynamiką i zdradzał pewne progresywne zapędy zespołu. Na "Ceremony Of Opposites" Samael rozwija twórczo (i w dodatku w szybszych tempach) najlepsze pomysły z poprzednika oraz wprowadza mnóstwo innowacji – jak choćby bardzo rozbudowane partie klawiszy czy donioślejszy udział basu. W przeciwieństwie do wcześniejszych materiałów tu każdy numer ma swoje indywidualne wyróżniki i nie sposób pomylić go z innymi, a przy okazji odznacza się nieprzeciętną chwytliwością. Oczywiście największa w tym zasługa riffów, które (wreszcie) nabrały należytej wyrazistości dzięki bardzo zgrabnemu połączeniu prymitywnej agresji z zapadającą w pamięć linią melodyczną. Nie bez znaczenia jest także zajebista motoryka nowych kompozycji (zwłaszcza 'Flagellation'), która sprawia, że trząchanie banią w rytm muzyki włącza się u słuchacza automatycznie, bez udziału świadomości. W rezultacie powstał zestaw murowanych koncertowych hitów, spośród których prawie każdy (a nie tylko 'Baphomet’s Throne') można wskazać jako ten najlepszy. Prawie, bo numer tytułowy nieco odstaje pod względem chwytliwości, ale nadrabia to gęstszym klimatem. Pozostała dziewiątka zamiata aż miło, nie dając najmniejszych powodów do narzekań. Kolejny wielki plus "Ceremony Of Opposites" wpływający na przystępność płyty to wokale – bardziej jadowite, a jednocześnie czytelne i pełne majestatu. Właśnie od tego momentu można mówić o Vorphalacku jako wokaliście prawdziwie rozpoznawalnym. Jak wynika z powyższego tekstu, "Ceremony Of Opposites" to dla mnie album praktycznie bez wad. Nawet brzmienie by Waldemar Sorychta mile zaskakuje ostrością i ciężarem. Przy okazji "Passage" deaf jebnął krótki konkret "Samael at its best", o "Ceremony Of Opposites" mogę napisać to samo.


ocena: 9,5/10
demo
oficjalna strona: www.samael.info

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

5 października 2018

Afgrund – The Dystopian [2018]

Afgrund - The Dystopian recenzja okładka review coverNa początku roku wydawało się, że nagrany po sześciu latach przerwy "The Dystopian" pozostanie bez wydawcy i przepadnie bez śladu, ale na szczęście z pomocną przyszedł Karol z Selfmadegod Records, dzięki któremu bez problemu (i tanio!) kupicie tę płytę. Chwała mu za to, bo takiego materiału absolutnie nie można zignorować. Muzycy Afgrund przygotowali tu porcję kapitalnego grzańska – "The Dystopian" to wybuchowy grind core zagrany w skandynawskim stylu (Nasum, Gadget, Rotten Sound) z domieszką takich dopierdalaczy jak Phobia, Antigama czy Pig Destroyer, więc każdy miłośnik szybkiego, urozmaiconego i precyzyjnie zagranego hałasu znajdzie tu sporo dla siebie. Intensywność muzyki nie budzi najmniejszych zastrzeżeń – riffy śmigają, wokaliści zdzierają gardła, a perkman nabija blasty niczym karabin maszynowy. Na "The Dystopian" wyraźnie dominują wściekle agresywne partie, jednak wśród tego natłoku dźwięków znajdziemy również kilka niestandardowych zwrotów i zwolnień, kiedy na pierwszy plan wysuwa się gęsty klimat wkurwienia, sprzeciwu i zniechęcenia. Nie dość, że w takich fragmentach muzyka Afgrund zachowuje swój ciężar gatunkowy, to jeszcze mocniej uderza w słuchacza na poziomie emocjonalnym – w sam raz, żeby móc naładować baterie przed kolejnym dniem zmagania się z systemem tudzież przed zamachem na biuro zarządu w jakimś korpo. Zespół, nie wychodząc zbytnio poza grindowy kanon potrafił uczynić swój materiał świeżym i ożywczym. Spora w tym zasługa brzmienia, które w fachowej terminologii trudno określić inaczej niż jako zajebiste i doskonale dopasowane do charakteru muzyki. Dźwięk jest super przejrzysty i ostry jak żyleta, a przy tym ma dość głębi, żeby wgniatał również przy blastach. Wszystko fajnie, ale "The Dystopian" ma niestety jedną wadę, swoją drogą często spotykaną u grindowych płyt z wyższej półki – mija zbyt szybko. Wprawdzie 23 minuty to jeszcze nie tragedia, jednak człowiek byłby znacznie szczęśliwszy, gdyby krążek trwał przynajmniej pół godziny. Drugi minusik dotyczy wydania – we wkładce nie zobaczymy tekstów, a szkoda, bo Afgrund ewidentnie mają coś ważnego do przekazania. Zresztą nawet bez poezji przed nosem z klimatu i ładunku energetycznego "The Dystopian" łatwo wywnioskować, że nie jest to nic pozytywnego. Gorąco polecam!


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/afgrundgrindcoreofficial/

podobne płyty:

Udostępnij:

28 września 2018

General Surgery – Necrology [1991]

General Surgery - Necrology recenzja okładka review coverW 1991 roku Carcass wydał przełomowy "Necroticism – Descanting The Insalubrious", który mocno podzielił fanów zespołu: dla jednych był totalnym objawieniem, dla drugich zaś zdradą wcześniejszych, choć umownych i dość naciąganych, ideałów. Kilka dni później tego samego roku w Szwecji pojawiło się panaceum dla wszystkich rozczarowanych nowym obliczem Anglików – mała płytka o tytule "Necrology" zmajstrowana przez kilku początkujących alkoholików z takich kapel jak Dismember, Afflicted czy Crematory. Ekipa znana dalej jako General Surgery miała bardzo prosty przepis na muzykę: bierzemy bez żenady co popadnie z dwóch pierwszych krążków Carcass (z naciskiem na debiut), nieznacznie to przerabiamy, nagrywamy w Sunlight i podpisujemy jako swoje. W ten sposób stworzyli kwadrans (w wersji CD) pierwszorzędnego gore-grindu, który można stawiać za wzór Carcass-worshippingu. Wszystko się tu zajebiście zgadza z pierwowzorem: rytmy, melodie, wokale, brzmienie (choć na pewno jest czystsze niż na "Reek Of Putrefaction"), tematyka... Jeśli ktoś ma wątpliwości co do intencji General Surgery, proponuję mu zapoznać się z 'Ominous Lamentation', który jest niemalże kopią 'Genital Grinder'. To ślepe i niczym nie maskowane naśladownictwo jest chyba największym atutem "Necrology". Szwedzi napierdalają z jajem, na luzie i nawet przez sekundę nie próbują udawać oryginalnych. To dlatego materiał brzmi w sposób naturalny i niewymuszony - po prostu fajnie, a słucha się go z dużą przyjemnością. Wiadomo, kultowy status General Surgery nie wziął się z niczego.


ocena: -
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/GeneralSurgeryOfficial

podobne płyty:

Udostępnij:

21 września 2018

Aborted Fetus – The Ancient Spirits Of Decay [2018]

Aborted Fetus - The Ancient Spirits Of Decay recenzja okładka review coverOśmieliłem się zażartować z epickości "The Art Of Violent Torture", to mam za swoje... Na "The Ancient Spirits Of Decay" ekipa Aborted Fetus zaszalała jak nigdy wcześniej (i oby nigdy później!), a rezultatem jest album, który trwa prawie 50 minut. Nie ukrywam, że dla mnie to już lekkie przegięcie, bo nawet najwybitniejsi przedstawiciele brutalnego death metalu mają duże problemy z utrzymaniem zainteresowania słuchacza przez ponad 30 minut, a że Rosjanie do czołówki gatunku jeszcze nie należą, to wniosek nasuwa się sam – już w połowie krążka mogą trochę męczyć. Zespół kontynuuje w tekstach tematykę mniej lub bardziej skutecznych tortur i — świadomie czy nie — pewną ich namiastkę zawarł także w muzyce. Oczywiście to nie tak, że grają tak miernie, że uszy więdną — bo w ciągu roku przecież się nie uwstecznili — chodzi wyłącznie o objętość płyty. I choć Aborted Fetus trzymają się swojego stylu, w nowych utworach pojawia się sporo urozmaiceń, jak choćby stosunkowo częste solówki (czyżby jakaś inspiracja "Throne Of Reign" Pathology?) czy rozbudowane ponad średnią partie instrumentalne. Tempa większość kawałków są dość zróżnicowane (wbrew pozorom wcale nie dominują te najszybsze), wokal nie odbiega od normy, a brzmieniu w zasadzie niczego nie brakuje. Mimo to materiał nie mieli tak mocno, jakby mógł, gdyby podano go w mniejszych porcjach. I to jest mój jedyny zarzut pod adresem "The Ancient Spirits Of Decay", bo każdy brutalista zaznajomiony z Aborted Fetus znajdzie tu wszystko, co tak u nich lubi.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Abortedfetusbrutality/

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

14 września 2018

Brutal Truth – Need To Control [1994]

Brutal Truth - Need To Control recenzja okładka review coverBrutal Truth na pamiętnym debiucie zawiesili sobie poprzeczkę cholernie wysoko, ale tak na dobrą sprawę wcale nie musieli jej później przeskakiwać. Wystarczyło im tylko nagrywać kopie tamtej płyty, żeby za każdym razem świat padał im do stóp. Amerykanie postanowili jednak zaryzykować już przy pierwszej okazji i na 'dwójkę' stworzyli materiał w dużym stopniu odmienny. Miejsce czystego, krystalicznie brzmiącego i diabelnie szybkiego grind core’a zajęło granie znacznie bardziej szorstkie, nieokiełznane, momentami nawet drażniące, choć ekstremalnością wcale nie ustępujące temu z "Extreme Conditions Demand Extreme Responses". To dlatego "Need To Control" może być z początku ciężkostrawny i odpychający. Po kilku wnikliwszych przesłuchaniach człowiek zaczyna jednak dostrzegać w tym metodę, a przede wszystkim nieliche pokłady szaleństwa, jakie Amerykanie zamknęli w tych dźwiękach. Brutalności tutaj z pewnością nie brakuje, ale jebać ją, bo ważniejszy wydaje się klimat, jaki Brutal Truth osiągnęli na albumie, a ten jest z lekka schizolski i niszczy. Największy wpływ mają na niego oczywiście wokale Kevina Sharpa, który ani przez sekundę się nie oszczędza, płynnie przechodząc od niskich growli do paranoicznych wrzasków. Zwłaszcza ta druga forma ekspresji, na granicy utraty głosu, zostawia trwały ślad w psychice słuchacza. Druga duża cegiełka do klimatu "Need To Control" to surowe i przenikliwe brzmienie. Zespół pożegnał się z Colinem Richardsonem i produkcję albumu powierzył mniej utytułowanemu i niezbyt obeznanemu w ekstremie Steve’owi McAllisterowi. Także to ryzyko się opłaciło, bo ekipa znad jeziora Ontario zyskała sound bardziej pasujący do ich pojebanej natury – gęsty, przybrudzony i... zadymiony. O wypolerowanej produkcji nie ma tutaj mowy. Zestaw utworów spiętych klamrą "Need To Control" sam w sobie też może nieźle skołować, bo mamy tu do czynienia z szalenie zróżnicowaną (jak na grind) muzyką. Począwszy od ociężałych i dziwnie hipnotyzujących 'Collapse' i 'Ordinary Madness', przez najlepsze w zestawie, zdrowo pogrzane 'Godplayer' i 'I See Red', po krótkie bezpośrednie strzały w typie 'Choice Of A New Generation'. Cover The Germs wolałbym przemilczeć, natomiast obecność dwóch szumiących zapchajdziur — które oprócz dłużyzn nic wartościowego nie wnoszą — mogę podsumować tylko soczystą kurwą. To taki bezwartościowy odpowiednik kilku minut ciszy przed końcówką 'Unjust Compromise' z "Extreme Conditions Demand Extreme Responses". Bez tych bzdur byłoby super, a tak – tylko bardzo dobrze. Z plusem.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/brutaltruth

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

7 września 2018

Alterbeast – Feast [2018]

Alterbeast - Feast recenzja okładka review coverDebiut Alterbeast uznałem ongiś za nie lada zaskoczenie, więc oczekiwania w stosunku do jego następcy miałem dość wygórowane, choć na dobrą sprawę wystarczyłoby mi, gdyby podłubali tylko przy paru detalach. W sumie niewiele roboty, żeby było git. Andrew Lamb miał nieco inny pomysł na zmiany w zespole... Ze składu, który podpisał się pod "Immortal", został bowiem tylko on, więc na potrzeby "Feast" samodzielnie zajął się gitarą i basem, a dla przyzwoitości dokooptował wokalistę oraz skorzystał z usług sesyjnego perkmana. Odnoszę wrażenie, że nie była to najlepsza decyzja, bo z bardziej zgranymi (czy nie tak przypadkowymi) ludźmi mógłby wycisnąć z tego materiału zdecydowanie więcej. Nie mam absolutnie nic do zarzucenia perkmanowi (napieprzał choćby w Arkaik), wszak wymiata naprawdę zacnie i nie szczędzi gęstych blastów, ale już osobnika dającego odgłosy paszczą traktuję jako pomyłkę, bo to właśnie on odpowiada za zdecydowaną większość negatywnych odczuć związanych z "Feast". Na debiucie wokale były utrzymane raczej w normalnych dla gatunku (tzn. jego nowocześniejszego oblicza) ramach, gdzie podstawą jest brutalny growl, a uzupełnieniem skrzeczenie. Michael Alvarez odwrócił proporcje i drze ryja w typowo deathcore'wej manierze, ograniczając się niemal wyłącznie do wrzasków, co — oprócz tego, że jest irytujące — niespecjalnie pasuje mi do tak urozmaiconej muzyki. Problem pogłębiają także teksty, bo są cholernie długie jak na 3- 4-minutowe utwory, więc chcąc nie chcąc jesteśmy zmuszeni słyszeć kolesia zdecydowanie za często. Na szczęście dla nas i dla Alterbeast nie ma go już w składzie. Skoro już pobiadoliłem, wypada wreszcie pochwalić zespół — a przynajmniej jego studyjną namiastkę — za stronę instrumentalną, bo materiał z "Feast" jest więcej niż zacny. Wprawdzie krążek nie ma tej świeżości i nie zaskakuje jak "Immortal" (a w zasadzie to w ogóle), ale jest bardziej "doprecyzowany" stylistycznie i zaaranżowany z większym rozmachem. Andrew Lamb nie miał wokół siebie nikogo, kto by mu się wpieprzał w muzykę, więc zgodnie ze swoimi zapatrywaniami mocniej pchnął Alterbeast w neoklasyczne rejony. Szybkość i brutalność – a owszem, występują, jednak tym, co dominuje na płycie, są ubrane w ostrą trzepankę melodie. Gitary wycinają tu nieliche cuda i momentami trudno za nimi nadążyć, a już zwłaszcza, gdy pojawiają się wypasione palcołomne solówki. Innymi słowy pirotechniki na "Feast" nie powinno nikomu brakować, szczególnie jeśli mieni się fanem Arsis czy The Black Dahlia Murder, bo wpływy akurat tych kapel słychać tu częściej niż na debiucie. Jednocześnie Alterbeast ciągle grają z większym pazurem niż wymienione zespoły, a przez to powinni być strawni dla wielbicieli brutalnych dźwięków. Jako ciekawostkę dodam, że Amerykanie uzupełnili autorski repertuar coverem Dissection. 'Where Dead Angels Lie' w ich wykonaniu brzmi co najmniej przyzwoicie, ale kompletnie rozwala spójność płyty — bo do pozostałych kawałków nie pasuje ani stylistyką ani klimatem — więc nie mogę tego pomysłu zaliczyć do udanych. I to kolejny powód, dla którego jestem bardziej skłonny polecić wam "Immortal".


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ALTERBEASTofficial

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

31 sierpnia 2018

My Dying Bride – The Angel And The Dark River [1995]

My Dying Bride - The Angel And The Dark River recenzja okładka review cover"The Angel And The Dark River" = 10. Dla mnie jest to kwestia całkowicie oczywista, nie wymagająca żadnego tłumaczenia, absolutna – jebany dogmat. A jak to z wyznawcami dogmatów bywa – nie toleruję innych opinii. Zupełnie nie pojmuję, jak można mieć tu odmienne zdanie, tudzież potrzebować jakichś klaryfikacji. Przecież Anglicy podali swój geniusz na złotej (bo srebrna jest dla plebsu) tacy! Po ki grzyb coś tu na siłę dodawać? Zresztą słowa i tak nie są w stanie oddać w pełni majestatu tej płyty. My Dying Bride zrobili tu odważny krok nie tylko do przodu, ale i odrobinę w bok, dzięki czemu "The Angel And The Dark River" zawiera w sobie niektóre cechy starszych materiałów (przesądzające o rozpoznawalności zespołu), a przy okazji proponuje wiele nowych rozwiązań. No i kładzie na łopatki oprawą i poziomem wykonania. Jeśli chodzi o zmiany, najbardziej w uszy rzuca się radykalne złagodzenie muzyki przy jednoczesnym wzmocnieniu jej depresyjnego klimatu – nastrój smutku i rezygnacji emanuje tu z każdego dźwięku. W odstawkę poszły wszystkie patenty charakterystyczne dla death metalu, których na "Turn Loose The Swans" było jeszcze sporo – od szybkich temp, przez brutalne riffy po wściekłe growle. Teraz, jeśli Anglicy w ogóle się rozpędzają — jak w doskonałych 'Your Shameful Heaven' i 'A Sea To Suffer In' (solówka na skrzypcach to mistrzostwo świata!) — to najwyżej do (praaawie) średniego tempa. Mimo to miazga jest okrutna, bo "The Angel And The Dark River" brzmi znacznie potężniej i bardziej przestrzennie niż poprzednie krążki. Dzięki wypasionej, w pełni profesjonalnej produkcji My Dying Bride mogli tu uwypuklić aranżacyjne smaczki i nawet najsubtelniejsze melodie, które w przypadku gorszego dźwięku po prostu by przepadły. Wystarczy wspomnieć tylko motyw grany tappingiem, który przewija się przez cały 'The Cry Of Mankind' – nie ma to nic wspólnego z technicznym graniem, a jednak wyraźnie wzbogaca utwór i czyni go niesłychanie wciągającym. Takich ornamentów jest na płycie więcej i co najlepsze – nie są ograniczone tylko do gitar i perkusji (swoją drogą – mają tu najlepsze przejścia w doom metalu), bo fantastycznie spisał się również Martin Powell. Szczególną uwagę należy zwrócić na partie skrzypiec w wykonaniu tego dżentelmena – są rozbudowane i świetnie współgrają, w dodatku na równych prawach, z resztą instrumentów. Chwała My Dying Bride, że nie sprowadzili ich udziału wyłącznie do 'robienia klimatu' gdzieś w tle, bo w przeciwnym razie "The Angel And The Dark River" wiele by stracił ze swojej wyjątkowości. W tej pozbawionej brutalności formule doskonale odnalazł się także Aaron, choć mogło się wydawać, że wpasowanie się w tak spokojną muzykę będzie dla niego nie lada wyzwaniem. Nic z tych rzeczy – jego przejmujący, nieco monotonny głos i dołujące teksty tylko potęgują klimat albumu, dając kolejny pretekst do tego, żeby stanąć na parapecie i śmiało ruszyć przed siebie... Coś wspaniałego! My Dying Bride stworzyli wielkie, poruszające dzieło, które od ponad 20 lat należy do mojego ścisłego topu.


ocena: 10/10
demo
oficjalna strona: www.mydyingbride.net

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

24 sierpnia 2018

Oblivion - The Path Towards... [2017]

Oblivion - The Path Towards... recenzja okładka review coverPierwszy album Amerykanów wzbudził tu i ówdzie spore poruszenie – że taki genialny, techniczny, nowatorski, nietuzinkowy... A prawda wyglądała tak, że był równie oryginalny co nazwa zespołu i nie wnosił kompletnie nic do reprezentowanego (pod)gatunku. "The Path Towards..." tego stanu rzeczy nie zmieni, bo chociaż Oblivion starali się zaprezentować z ciekawszej strony, w dalszym ciągu prezentują dość oklepany średnio brutalny i średnio techniczny death metal w typie kalifornijskim. Podobnych kapel jest w tamtym rejonie co najmniej kilkanaście, a ze wskazaniem tych lepszych, na nieszczęście Oblivion, nikt nie powinien mieć specjalnego problemu. Nie oznacza to jednak, że chłopaki odwalają jakiś syf, bo w paru fragmentach "The Path Towards..." potrafi naprawdę zaciekawić fajnym riffem czy sprytnie poprowadzoną linią melodyczną. Na klawiaturę w tym miejscu ciśnie się szczególnie przypadek 'Concrete Thrones', który bez zbędnego zastanowienia mogę nazwać najlepszym, najbardziej wyróżniającym się kawałkiem na płycie, także pod względem chwytliwości. Gdyby cały album był zbudowany z podobnych utworów, pewnie zachęcałbym do zakupu i częstego słuchania w celach rekreacyjnych. Gdyby... Większość materiału to granie raczej typowe, na którym trzeba się porządnie skupić, żeby nie zlało się z odgłosami w tle – pralką, odkurzaczem czy passatem sąsiada-złodzieja dogorywającym za oknem. Jak dla mnie "The Path Towards..." niewiele pomagają urozmaicenia ogólnej formuły, które zaproponował zespół, tym bardziej, że większość jest z importu. Oblivion zaprosili do nagrań wokalistów z kilku mniej lub bardziej znanych kapel, ale żaden z nich nie dysponuje na tyle rozpoznawalnym głosem, żeby wynieść utwory na wyższy poziom albo chociaż stanowić wabik na fanów. No, chyba że kogoś kręci syf pokroju Suicide Silence, bo koleżkę z tej niby-deathcore’owej żenady też ściągnęli. Czymś osobliwym jest ponadto wkład w "The Path Towards..." Karla Sandersa, który... napisał dla Oblivion 'Awaiting Autochthon', swoją drogą numer zupełnie nie w jego stylu. Trochę mi to pachnie robieniem 'sellingpointów' na siłę, jakby kapela zdawała sobie sprawę z tego, że bez pomocy kogoś sławnego wiele nie nawojuje. Od siebie dodam, że z takim wsparciem też cudów nie będzie.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/OBLlVlON

Udostępnij:

17 sierpnia 2018

Hypocrisy – Into The Abyss [2000]

Hypocrisy - Into The Abyss recenzja okładka review coverNa "Into The Abyss" Hypocrisy zrobili coś, czego nikt się po nich nie spodziewał, w każdym razie nikt o zdrowych zmysłach – wrócili do brutalnego grania, czym przynajmniej częściowo zatarli paskudne wrażenie pozostawione przez "Hypocrisy". Poprzedni krążek był straszliwie męczącym melodyjnym klocem, który trudno było dosłuchać do końca, zaś wszystkie dobre riffy można było tam policzyć na palcach jednej ręki. Co ciekawe, czego do dziś nie potrafię pojąć, w niektórych kręgach uchodził za genialny. Na "Into The Abyss" Szwedzi nawet nie próbują do niego nawiązać i od pierwszych sekund 'Legions Descend' napieprzają jak... jak w sumie nigdy. Mamy tu do czynienia z surowo brzmiącym szwedzkim death metalem, jakiego pełno było na początku lat 90. i jaki bohaterowie tej recenzji sami próbowali łoić na pierwszych płytach. W dodatku całość polano sosem amerykańskim, więc nie raz i nie dwa zalatuje tu wczesnym Deicide. Muzyka jest szybka, agresywna, a momentami nawet nieokrzesana – zaskakująca. Po kilku minutach tej terapii szokowej do uszu zaczynają docierać również patenty charakterystyczne dla późniejszych albumów zespołu, jednak wciąż podane na ostro, bez pitolenia. Prawdziwa chwila wytchnienia (albo podniety, zależy jak spojrzeć) pojawia się dopiero przy fantastycznym 'Fire In The Sky', który pięknie nawiązuje do epickich opusów z "Abducted" i "The Final Chapter". Melodie, wokale Petera, klimat, nawet tekst – wszystko najlepsze z najlepszych! Chwytliwość tego kawałka powala, a orkiestracja w połowie sprawia, że ciarki chodzą po plechach. Dla mnie to kwintesencja stylu Hypocrisy i największy hajlajt "Into The Abyss". Nic dziwnego, że numer na stałe trafił do setlisty zespołu. Później mamy jeszcze mały przekładaniec utworów szybkich i brutalnych ('Total Eclipse', 'Sodomized') z nieco bardziej stonowanymi. Do tych drugich należy zaliczyć kończący album 'Deathrow (No Regrets)', który choć niezaprzeczalnie ciężki, dołującym nastrojem jednoznacznie przypomina 'Slippin' Away'. Hypocrisy pokazali tym krążkiem, że jak chcą, to potrafią zagrać ostro i dość nieprzewidywalnie. Szwedzi zgrabnie wyważyli tu proporcje między surowym napieprzaniem a klimatem i melodią, więc 42 minuty "Into The Abyss" mijają niepostrzeżenie.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.hypocrisy.cc

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

10 sierpnia 2018

Obscura – Diluvium [2018]

Obscura - Diluvium recenzja okładka review coverPoprzednią płytą muzycy Obscura sprowadzili się niemal do poziomu boysbandu — i mam na myśli zarówno miętkość grania jak i wizerunek — i choć, o zgrozo!, trafili się jacyś entuzjaści "Akróasis", to dla mnie ten krążek był zwykłym niewypałem. Dosłownie – narobili szumu, ale nie narobili huku, a nawet jeśli próbowali, to wyszło z tego co najwyżej popierdywanie spod pachy – tak sztucznie to brzmiało. To właśnie dlatego do każdej przedpremierowej zajawki "Diluvium" podchodziłem jak pies do jeżozwierza (wiecie, takiego dużego jeża) i tylko czekałem, kiedy się Niemcy — wzorem swojej reprezentacji w kopanej — już całkiem wypierdolą na pysk. Tymczasem te niepozorne (image bez zmian) chłopaki wybroniły się, nagrywając album znacznie przewyższający lajtowego poprzednika. "Diluvium" brzmi wyraźnie ciężej, zawiera znacznie więcej szybkich i brutalnych partii (w tym kilka naprawdę zabójczych riffów), mocniejsze są też growle Kummerera, dzięki czemu całość nabrała charakteru kalorycznego death metalu, nie zaś progresywnego pitu-pitu dla znudzonych tetryków. Naturalnie Niemcy nie zrezygnowali z melodii, ale tym razem jest ich mniej i nie są aż tak wesolutkie i rozmemłane; przynajmniej nie większość z nich. Kolejna zmiana na plus to solówki. Wystarczyło małe przetasowanie na stanowisku "solówkarza" i efekty słychać od razu – po pierwsze dużo lepiej komponują się z utworami, a po drugie nie sprowadzają się już tylko do efekciarskiego (czemu się dziwić, poprzedni koleś był wielbicielem bezprogowych gitar) i w gruncie rzeczy jałowego przebierania paluchami. Owszem, Trujillo czasem też gdzieś się zapędzi, ale ciągle są to popisy w granicach rozsądku. Innymi słowy "Diluvium" daje podstawy sądzić, że Obscura odzyskała pazura i powoli zmierza we właściwym kierunku. Przynajmniej dla mnie stała się na powrót zespołem znośnym, więc przesłuchanie płyty kilka razy z rzędu nie wiąże się już z odruchami wymiotnymi, jak to miało miejsce przy okazji "Akróasis". Odnoszę wrażenie, że duża w tym zasługa Kummerera, którego udział w komponowaniu jest... coraz mniejszy. Jegomość ma kompleks Necrophagist i uparcie klepie w kółko tylko sprawdzone (i już nieco zużyte) patenty, więc oddanie pola bardziej otwartym kolegom wydaje się być pomysłem z kategorii "dobra zmiana". Żebyśmy się właściwie zrozumieli – oni też nie odkrywają technicznego/progresywnego death metalu na nowo, ale potrafią (zwłaszcza Linus Klausenitzer) wprowadzić do muzyki odrobinę niezbędnej na takim etapie świeżości, co fajnie słychać choćby w 'Clandestine Stars' czy 'Mortification Of The Vulgar Sun'. Słówko o wokalach. Tych agresywnych czepiać się nie zamierzam, bo trzymają niezły poziom. Co innego te czyste, czy raczej przepuszczone przez vocoder – tych jest stanowczo za dużo. Wpływy starego Cynic to nic złego (tak jak w 'Ekpyrosis', którego solówka jest mocno zainspirowana 'How Could I'), ale ten efekt wokalny po prostu się zestarzał i chyba nie ma sensu do niego wracać. Z drugiej strony już wolę, gdy Kummerer udaje kosmitę, niż kiedy próbuje normalnie śpiewać. Mimo wszystko nieszczęsny vocoder pozostaje dla mnie największym problemem "Diluvium". Cała reszta, choć nie idealna, trzyma fason i potrafi zaciekawić. Nie wierzyłem w ten zespół, w ogóle nie brałem pod uwagę, że Obscura może czymś zaskoczyć – a tu coś na kształt miłej niespodzianki.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.realmofobscura.com

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

3 sierpnia 2018

Gruesome – Twisted Prayers [2018]

Gruesome - Twisted Prayers recenzja okładka review coverKariera Gruesome rozwija się w pozazdroszczenia godnym tempie – zespół trzaska materiał za materiałem, a każdy z nich może poszczycić się przyzwoitym braniem. Ta płodność Amerykanów nie powinna akurat nikogo dziwić, wszak mają o tyle łatwo, że nie muszą miesiącami głowić się nad nową muzyką. Na "Twisted Prayers" projekt kontynuuje ideę "oddawania hołdu Death" i z całkiem niezłym rezultatem imituje (inspiruje się, podrabia, kopiuje...) "Spiritual Healing". Wiadomo, że krążek nie ma startu do oryginału, ale jest zagrany i wyprodukowany na tyle dobrze, że może, a nawet powinien się podobać fanom Death. Oczywiście pod warunkiem, że są na tyle wyrozumiali, żeby dostrzec w Gruesome coś więcej aniżeli bazującą na nostalgii próbę wyciągnięcia ludziom kasy. Ja tam lubię wszystko, co Matt Harvey robi w Exhumed, jednak szczerość intencji i pomysł strojący za tym projektem niespecjalnie mnie przekonują. Nie znaczy to, że nie doceniam wartości muzycznej tego zbioru przeróbek, bo zespół naprawdę się przyłożył, żeby cała kreacja trzymała się kupy. Krążek brzmi czyściej (łagodniej?) i mniej surowo niż "Savage Land", jest wzorowo zagrany, wokal i teksty też pasują do układanki, a solówki to już w ogóle wypas (tym razem James Murphy dorzucił od siebie aż trzy). Warto zwrócić uwagę, że "Twisted Prayers" jest trochę bardziej techniczny niż oryginał (zwłaszcza jeśli chodzi o perkusję), chociaż na tyle utrzymany w ryzach, żeby zrobiło się zbyt ambitnie. Nikogo nie powinno zdziwić, że materiał jest makabrycznie przewidywalny, bo i też Gruesome postarali się, żeby wszystkie najbardziej charakterystyczne elementy trzeciego dzieła Chucka pojawiały się w odpowiednich miejscach i w odpowiednim natężeniu. Mimo to gdzieniegdzie zespołowi zabrakło polotu (pomysłu?) przy przejściach między niektórymi motywami, więc w te miejsca upchnęli pomysły nawiązujące do "Leprosy". Słucha się tego naprawdę nieźle — nawet zważywszy na wszechobecne uczucie de volaille (albo rendez-vous, czy tam czegoś jeszcze innego po francusku) — ale nie da się ukryć, że kilku fragmentom brakuje odrobiny charakteru albo są po prostu zbyt monotonne, zaś całość nie ma tej totalnej chwytliwości oryginału. Ciekawostką, a może i ekstrawagancją jest uzupełnienie 'autorskiego' repertuaru coverem Possessed. Trochę tego nie kapuję, bo choć zagrany jest całkiem znośnie, to zespół równie dobrze mógł w jego miejsce zaproponować numer zmajstrowany na podobieństwo 'The Exorcist' – jak już zrzynać, to na całego. Na koniec warto się jeszcze zastanowić, jaki w ogóle sens mają płyty pokroju "Twisted Prayers", poza kwestią czysto zarobkową? Nie przeczę, że rozkładanie takiego klona na czynniki pierwsze może przez chwilę bawić, ale koniec końców człowiek i tak wróci do materiału źródłowego. Tylko jak długo potrwa ta radocha? Póki co Gruesome wydaje się budzić wśród gawiedzi większe zainteresowanie niż Death...


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/gruesomedeathmetal

podobne płyty:




Udostępnij:

28 lipca 2018

Pestilence – Hadeon [2018]

Pestilence - Hadeon recenzja okładka review coverKolejny powrót Pestilence, kolejny w kompletnie nowym składzie, kolejna próba unowocześnienia "Testimony Of The Ancients"... Czy my przypadkiem już tego wszystkiego nie przerabialiśmy? No właśnie. Mnie ten zestaw informacji w zupełności wystarczył, by z rezerwą podchodzić do zawartości "Hadeon", bo czy ta płyta tak naprawdę była komukolwiek potrzebna do szczęścia? Przed premierą materiału byłem zdania, że nie. Po zapoznaniu się z nim... opinię podtrzymuję, tym bardziej, że wolałbym rozwinięcie "Obsideo". Nic złego naturalnie się nie stało, wszak krążek jest utrzymany na stosunkowo wysokim poziomie, ale nowości to się nikt na nim nawet z miotaczem ognia nie doszuka. Dodatkowy problem tego albumu polega na tym, że trudno do niego zapałać uczuciem od pierwszych przesłuchań. Chwała Mameliemu, że z czasem jest tylko lepiej, choć do szczerych zachwytów ciągle trochę brakuje. Podwaliny "Hadeon", czyli podstawowy sposób riffowania i rozwiązania rytmiczne to pozostałości po "Testimony Of The Ancients", zaś cała reszta to esencja Pestilence wyciśnięta z trzech ostatnich płyt zespołu. Znaczących (jakichkolwiek?) innowacji tu nie odnotowałem, jednak pewne różnice między tymi materiałami występują, co więcej – jest ich dość dużo. Pierwsze, co szybko rzuca się w uszy, to bardziej klasyczne podejście Patricka do produkcji. Tym razem pozwolił sobie na więcej brudu i szorstkości, w osiągnięciu których pomocny okazał się mastering u Dana Swanö. Kolejna zmiana to skręcenie tempa większości utworów do średniego. Blasty występują jedynie w 'Non Physical Existent' i 'Electro Magnetic' i są tylko dodatkiem pod kilka najszybszych riffów, bo na pewno nie pełnią roli przewodniej w tych utworach. Skoro już przy perkusji jestem, ponarzekam na Septimiu Hărşana, po którym spodziewałem się znacznie więcej. Mimo iż chłop potrafi zacnie napierdalać, jego partie na "Hadeon" zostały przygotowane po linii najmniejszego oporu – są zadziwiająco proste i niezbyt urozmaicone. Rozumiem, że struktury (nie riffy!) nowych kawałków Pestilence nie należą do skomplikowanych, ale mógł się pokusić o trochę finezji i fristajla. Na plus materiału mogę natomiast odnotować jego ogromną dynamikę i 'koncertowość' – wszystkie numery oparto na jednym-dwóch konkretnych motywach, przez co są krótkie, bardzo spójne i łatwe do rozpoznania. Pikanterii "Hadeon" dodały gęsto upakowane partie solowe, bo obaj gitarzyści w tej dziedzinie ostro zaszaleli, co w rezultacie dało chyba najbardziej popieprzone i progresywne popisy od czasów "Spheres". Wokale Patricka także nie budzą najmniejszych zastrzeżeń – są równie mocne co czytelne, zaś częste powtórzenia tytułów/refrenów przydają płycie chwytliwości. Ogólnie rzecz biorąc, krążek sprawia bardzo dobre wrażenie, choć mógłby jeszcze lepsze, gdyby nie zgrzyty w jego środkowej części. Mam tu na myśli irytujący zniekształcony elektronicznie wokal w 'Astral Projection', solówkę Doblesa w 'Discarnate Entity', która istnieje sobie w całkowitym oderwaniu od reszty numeru oraz zupełnie niepotrzebne basowe solo pod tytułem 'Subvisions'. Te trzy elementy wydają mi się niezbyt przemyślane, ale na szczęście są otoczone na tyle porządnym graniem, że można na nie przymknąć oko.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.pestilence.nl

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

13 lipca 2018

Cynic – Re-Traced [2010]

Cynic - Re-Traced recenzja okładka review coverDobijanie fanów, poziom zaawansowany. "Traced In Air" był generalnie wielkim rozczarowaniem — przypuszczalnie największym w 2008 roku — ale zawierał kilka numerów (dokładnie trzy), z których przy odrobinie chęci i zaangażowania można było wycisnąć coś fajnego na miarę prawdziwego Cynic. Jak jednak udowodnił Masvidal na tym pięknie wydanym (bo tego odmówić mu nie sposób) kawałku plastiku, równie dobrze można było pójść w przeciwnym kierunki i je dokumentnie spartolić, pozbawiając wszystkich godnych uwagi elementów. Tak właśnie wygląda "Re-Traced". Ta cudna epka to cztery kawałki z "Traced In Air" sprowadzone do jakichś, kurwa, luźnych zarysów; do plumkającego nie wiadomo, kurwa, czego, co się ze wstydem przynosi na próbę celem obczajenia przez kolegów. W rezultacie mamy następujące arcydzieło: strachliwe muśnięcia gitar (ciężarem niekiedy dorównują produkcjom pop, ale tylko niekiedy), popierdująca bez wyrazu sekcja a’la new age, masa rozjechanych efektów (które przypuszczalnie mają przykryć brak pomysłów), a to wszystko stanowi jedynie podkład dla koszmarnych popisów wokalnych Masvidala – jeszcze gorszych niż na "Traced In Air". Tę paradę atrakcji — czyli w głównej mierze anemicznych zaśpiewów i smęcenia — uzupełniono jednym nowym numerem, który choć przeciętny i w ogóle nie chce się do niego wracać, to wprowadza niewielki powiew normalności. Masvidal nadal męczy kota, ale przynajmniej tym razem wyraźniej słychać jego kolegów. Także struktura 'Wheels Within Wheels' jest w miarę spójna, ale czy to w jakikolwiek sposób może poprawić ocenę "Re-Traced"? Według osobnika, który spisał biografię zespołu, coś takiego ma stanowić wzywanie rzucone fanom... Mnie to raczej wygląda na wzywanie rzucone zdrowemu rozsądkowi i wytrzymałości najwierniejszych miłośników kapeli, którzy z uwielbienia dla "Focus" są skłonni kupić każde gówno z logo Cynic.


ocena: -
demo
oficjalna strona: www.cyniconline.com

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

7 lipca 2018

Amorphis – The Karelian Isthmus [1992]

Amorphis - The Karelian Isthmus recenzja okładka review coverAmorphis to poniekąd zespół-fenomen. Według oficjalnych statystyk nagrali kilkanaście płyt – wynik to zaiste imponujący, ale cóż z tego, skoro spośród nich do słuchania nadaje się aż... jedna. No, w każdym razie przynajmniej mnie mdli i trzącha na samą myśl o kontakcie z czymś innym niż "The Karelian Isthmus". Przy tej całej niechęci do twórczości Finów muszę im uczciwie oddać, że zadebiutowali w naprawdę wielkim stylu; w stylu, który dawał nadzieje na jeszcze więcej klasowego death metalu. Niestety, panowie mieli inny pomysł na siebie — albo po prostu doszli do wniosku, że nic lepszego w takim graniu już nie wymyślą — więc pozostaje mi traktować ich w kategoriach zespołu jednej (znakomitej) płyty. Największy atut "The Karelian Isthmus", ogromna przystępność, to przede wszystkim zasługa kompozytorskiego wyczucia kwartetu z Helsinek. Finowie stworzyli materiał wręcz nieprzyzwoicie melodyjny jak na standardy panujące naonczas w ich kraju (Purtenance, Convulse, Funebre, Demigod, Disgrace...), jednak nie można im zarzucić, że w którymś miejscu przekroczyli granicę dobrego smaku i oddali się słodkiemu pitoleniu. Co to to nie! Krążek jest mocno zakorzeniony w szwedzkim death metalu i w zasadzie brzmi jak Entombed czy Dismember, tylko w takim bardziej cywilizowanym i wypieszczonym wydaniu. Żeby nie było wątpliwości, chodzi mi o dźwięk, jaki uzyskano w murach Sunlight – jest w nim charakterystyczny dla Skogsberga ciężar, ale bez równie charakterystycznej dla niego toporności. Dobra produkcja sprawiła, że wszelkie kontrasty, od których aż się roi w muzyce Amorphis, zostały na "The Karelian Isthmus" należycie uwypuklone, toteż są łatwiejsze do wychwycenia, a przez to mocniej skupiają uwagę słuchacza. Najlepszym tego przykładem jest chyba 'The Pilgrimage ', w którym zaraz po gęstych blastach wchodzą lajtowe klawisze, a kawałek mimo to zaskakująco mocno trzyma się kupy. Ta spójność jest mocną stroną krążka, bo żaden ze skrajnych elementów muzyki nie kaleczy uszu, a całość ani przez chwilę nie zalatuje wysilonym kompromisem między brutalnością a chwytliwością. Jedyne zgrzyty pojawiają się na linii dźwięk-treść, czego najjaskrawszy przykład mamy w 'Sign From The North Side' – Tomi śpiewa o celtyckiej potędze, a towarzyszą mu melodie zalatujące Egiptem... Nie zmienia to faktu, że numer należy do najlepszych na płycie i chętnie się do niego wraca. Możecie mi wierzyć, "The Karelian Isthmus" coś w sobie ma – i pisze to człowiek, który Amorphis nie trawi.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.amorphis.net
Udostępnij:

30 czerwca 2018

Feto In Fetus – From Blessing To Violence [2018]

Feto In Fetus - From Blessing To Violence recenzja okładka review coverNiedługo po wydaniu "Condemned To The Torture" po Feto In Fetus praktycznie ślad zaginął. Cisza wokół zespołu była przerywana jedynie epizodycznymi koncertami, gdzieś tam przemknął temat splitu, ale poważniejszych niusów nie odnotowałem, toteż powoli zacząłem wątpić w potencjał twórczy chłopaków. Aż tu nagle wyskoczyli jak diabeł z pudełka – nie dość, że z trzecim krążkiem, to w dodatku w barwach Selfmadegod. Na "From Blessing To Violence" zespół trzyma się i poniekąd rozwija swoją wizję zamerykanizowanego death-grindu, a czyni to w sposób dla siebie dość charakterystyczny, więc miłośnicy poprzednich materiałów raczej nie będą zawiedzeni 'trójką'. Feto In Fetus dorobili się już rozpoznawalnego brzmienia, oprawy graficznej, a także patentów na kompozycje, ale nie zatracili przy tym świeżości muzyki, która wciąż może imponować dużym ładunkiem energetycznym. Wprawdzie niektóre schematy na "From Blessing To Violence" trudno uznać za przypadkowe (jak choćby ostatni numer mocno różniący się od pozostałych), jednak widzę w tym bardziej próby ugruntowania stylu aniżeli przymiarki do wpieprzenia własnego ogona. Żeby nie było, na płycie pojawiają się również nowe rozwiązania, spośród których większość fajnie wtopiła się w utwory. Większość, ale nie wszystkie, bo wpływy niezbyt ambitnego slamu (w 'The Order To Destroy', 'Evil Will Seek You Out' czy w kawałku tytułowym) nieprzyjemnie drażnią co wrażliwsze uszy i negatywnie wpływają na ocenę całości. No naprawdę, potrzebne to chłopakom jak Warszawie kolejne pomniki smoleńskie. Zdecydowanie bardziej mi odpowiada, jak zespół, tak po ludzku, napierdala konkretnymi riffami z pełnym wsparciem sekcji rytmicznej i nie ogląda się na boki, bo tam ciekawych wzorców dla nich nie ma. Jestem przekonany, że Feto In Fetus stać na generowanie wartościowego hałasu bez przesadnego oglądania się na innych, co zresztą udowodnili w wielu punktach bardzo udanego "From Blessing To Violence". Nie ukrywam jednak, że poprzedni materiał sponiewierał mnie nieco mocniej. Po części dlatego, że wówczas wzięli mnie z zaskoczenia, natomiast tym razem byłem nastawiony dość ostro.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/FetoInFetus

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

22 czerwca 2018

Benediction – Subconscious Terror [1990]

Benediction - Subconscious Terror recenzja okładka review coverStare brytyjskie załogi z kręgu brutalnego grania dzielą się w zasadzie na dwie grupy – na te, które stały się wpływowe i odniosły stosunkowo duży sukces oraz te, które ledwie zaznaczyły swoją obecność w świadomości maniaków. Wśród wyjątków, znajdujących się gdzieś pośrodku, na szybko jestem w stanie wymienić tylko Cancer, Extreme Noise Terror i opisywany właśnie Benediction. Z wymienionej trójki bohaterowie tej recki mieli być może najwięcej szczęścia, bo po sformowaniu zespołu w 1989 dość szybko trafili pod skrzydła Nuclear Blast, stając się z miejsca jednym z ich najbardziej znaczących zespołów, a przy okazji nieźle wpisali się w ówczesny profil wytwórni – granie ciężkie, proste i ponure. Niemniej jednak już po trzech-czterech latach — czyli od momentu, kiedy pod death metalem grunt się zawalił — byli dla Niemców tylko kolejnym numerem w katalogu. Ale to temat na inną historię. Już przy pierwszym zetknięciu z "Subconscious Terror", a bez zaglądania w teksty, można bez pudła zgadywać, że Brytyjczycy postawili tu na klimat nagrań. I wcale nie dlatego, że płyta brzmi hmmm... pierwotnie, tempa nie zabijają, a z obsługą instrumentów było u nich tak sobie. No, może nie tylko dlatego. W tych prostych jak konstrukcja cepa utworach (niektóre rozwiązania ocierają się o poziom punk rocka...) nie brakuje prawdziwie grobowych riffów, które są lekko przytłumionym tłem dla znakomitych wokali Barney’a. Wokalista Benediction nie musiał spinać dupska, by nadążyć za muzyką — co wymusił na nim później napierdol w Napalm Death — więc mógł sobie pozwolić na drobne urozmaicenia, zaś jego głos ma tutaj odpowiednią głębię i czas, żeby należycie wybrzmieć. Partie wokalne to bez wątpienia najjaśniejszy punkt "Subconscious Terror", choć album ma jeszcze kilka plusów. Zespołowi należy się pochwała szczególnie za dobrze przemyślane zmiany tempa – niby to nic wielkiego, ale płynne przejście z wolnego w średnie albo krótka pauza tu i ówdzie fajnie zdynamizowały muzykę i — przy całej jej prostocie — uczyniły ją mniej przewidywalną. Najlepiej chyba to słychać w 'Artefacted Irreligion' i 'Experimental Stage', które wraz z numerem tytułowym wskazałbym jako wizytówki "Subconscious Terror". Wprawdzie żaden z nich nie dorównuje chwytliwością, rozmachem czy potęgą brzmienia hitom z "Realm Of Chaos" czy "War Master", ale wstydu Benediction na pewno nie przynoszą. To dzięki takim przebłyskom materiał całkiem przyzwoicie przetrwał próbę czasu i potrafi cieszyć także dzisiaj.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Benediction/463721850351250
Udostępnij:

15 czerwca 2018

Omophagia – In The Name Of Chaos [2016]

Omophagia - In The Name Of Chaos recenzja okładka review coverPierwsza dekada działalności Omophagia to okres pozbawiony znaczących sukcesów. Wystarczy tylko wspomnieć o wydanym własnym sumptem debiucie, z którym mało kto miał faktycznie do czynienia. Szwajcarzy mogli co najwyżej uzbroić się w cierpliwość i nucić za Kazikiem, że "los się musi odmienić"... No i w końcu się odmienił – za sprawą Unique Leader, którzy postanowili dać zespołowi szansę i wypchnąć go na szersze wody. Czy ta inwestycja się zwróci, czas pokaże. Moim zdaniem warto się "In The Name Of Chaos" zainteresować – choćby dlatego, że płyta jest cholernie niewymagająca i słucha się jej nad wyraz lajtowo. Mamy tu bowiem do czynienia z przeglądem tego, co się aktualnie wyrabia w death metalu, a więc materiałem typu "wszystko w jednym". Znajdziemy tu zatem zabarwione klasyczną Florydą riffy (Malevolent Creation, Cannibal Corpse, ect.), brutalne zawijasy (Dying Fetus, Hate Eternal), trochę mechanicznego napierdalania (Soreption, Arkaik), aktywnie pracujący bas (skoro już skorzystali z 'ósemki', to postarali się, żeby było go słychać) oraz całą masę wyjątkowo rozbudowanych solówek (Vital Remains się kłania, kuuurwaaa!). Płyta została nagrana w prywatnym studiu zespołu, natomiast do obróbki oddano ją braciom Wiesławskim, dzięki którym nabrała nowoczesnego szlifu – nowocześniejszego, aniżeli wynikałoby to z samej muzyki. Jak szybko można się przekonać, Omophagia nie ograniczają się do zrzynania z jednej konkretnej kapeli; raczej korzystają ze wszystkiego, co w jakikolwiek sposób pasuje im do utworów. Niekiedy na takim podejściu do komponowania muzyka traci na spójności i zdarza się, że coś zgrzytnie w jej strukturach, ale Szwajcarzy i tak wychodzą z tego obronną ręką, bo "In The Name Of Chaos" jako całość sprawia lepsze wrażenie niż poszczególne kawałki w oderwaniu od siebie. Pod tym względem Omophagia mają sporo wspólnego z Abysmal Dawn, którzy na podobnych wzorcach i z podobnym rezultatem uprawiają kolażowy death metal. Ponadto obie grupy łączy również to, że z tak odtwórczą muzyką nigdy nie przebiją się do pierwszej ligi; będą raczej rozpatrywani w kategorii solidnego supportu. Taka jest brutalna prawda, Omophagia wyżej dupy nie podskoczy — w czym im na pewno nie pomoże oklepany image i przeciętny wokalista — ale jest na tyle sprawna, że potrafi zapewnić słuchaczowi kilkadziesiąt minut rzetelnego łomotu.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.omophagia.ch

podobne płyty:


Udostępnij:

10 czerwca 2018

Mercyless – Abject Offerings [1992]

Mercyless - Abject Offerings recenzja okładka review coverIle już razy słyszeliście o Nieświętej Trójcy francuskiego death metalu? Ta fraza jest powtarzana do wyrzygania od wieeelu lat; wystarczająco często, żeby skutecznie zamglić dokonania innych tamtejszych kapel. A tak się składa, że wśród tych niedocenionych/pomijanych był zespół, który artystycznie osiągnął więcej od wspomnianej Trójcy, w dodatku w krótszym czasie. Mercyless, bo o nim mowa, wystartował tylko odrobinę później niż ci najstarsi, debiutował również później, jednak korzystając z ich doświadczeń, zabłysnął zdecydowanie mocniej. Choć niestety na krótko. Nie zmienia to faktu, że ich dwa pierwsze krążki to już klasyka europejskiego death metalu. Na "Abject Offerings" nie ma ani śladu technicznej nieporadności i realizacyjnej amatorki, jaką charakteryzowały się debiutanckie albumy Loudblast czy Massacra; jest za to dogłębnie przemyślany i znakomicie odegrany death metal z thrash’owym zacięciem nawiązujący do tego, co spłodzono bądź obrobiono w murach Morrisound, a co ja tak uwielbiam. Nie ulega wątpliwości, że muzycy już na starcie chcieli się pokazać z jak najlepszej strony, więc produkcję albumu powierzyli Colinowi Richardsonowi – efekt jest naprawdę zadowalający, choć trzeba uczciwie przyznać, że zbliżony sound gitar można znaleźć jeszcze na kilku płytach, pod którymi ten jegomość się podpisał. A to nie jedyny punkt, kiedy oryginalność "Abject Offerings" staje się nieco dyskusyjna... Wpływy Death, Pestilence, Morgoth, Cancer czy chociażby Sepultura z okresu "Arise" są w muzyce Francuzów wszechobecne, jednak w żadnym wypadku nie nazwałbym Mercyless zespołem kopiatorskim – wystarczy tylko dobrze się wsłuchać, żeby wyłapać indywidualny charakter zespołu. Francuski kwartet miał znakomity patent, jak wyciągnąć z death i thrash metalu to, co najlepsze i umiejętnie wymieszać to z własnymi — trzeba nadmienić, że świetnymi — pomysłami. Stąd też mimo bardzo podobnej stylistyki Mercyless na "Abject Offerings" zabrzmiał inaczej niż wymienione zespoły, a już na pewno brutalniej – ciężej, intensywniej, a dzięki mnogości zakręconych riffów także gęściej. Co ciekawe – pod względem chwytliwości niemal im dorównał. Zróżnicowanie utworów nie budzi najmniejszych zastrzeżeń, solówek nie brakuje, wokalny wymiot w manierze Grewe-van Drunen-Lemay po prostu musi się podobać, a długość krążka (34 minuty) jest wręcz optymalna dla takiego grzańska. Wobec powyższego inaczej tej płyty nie potrafię wycenić...


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/mercylesscult/

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

31 maja 2018

Rapture – Paroxysm Of Hatred [2018]

Rapture - Paroxysm Of Hatred recenzja okładka review coverJakie to fajne! Nie znałem wcześniej tego zespołu, natomiast po wysłuchaniu "Paroxysm Of Hatred" już wiem, że na przyszłość warto mieć ich na oku. Grecy napieprzają klasyczny death-thrash, którego źródeł należy szukać w końcówce lat 80. ubiegłego wieku. Trzeba przy tym jednak zaznaczyć, że poziom brutalności, jaki utrzymują przez te 41 minut, jest już jak najbardziej współczesny, bo mocno podparty gęstymi blastami. Muzyka, jaką serwuje nam Rapture, to świetnie brzmiąca wypadkowa rozkręcających się powoli Death, Morbid Angel i Massacra z będącymi w szczytowej formie Kreator, Morbid Saint czy Sadus. Zatem nikogo nie powinno dziwić, że cały materiał można spiąć i podsumować zaledwie dwoma słowami: szybkość i agresja. I chociaż Rapture mają do zaoferowania także niezłą technikę, dobrą produkcję i sporą dawkę chwytliwości (nie należy jej mylić z przesadną melodyjnością, bo chodzi raczej o czepliwe refreny), nie da się ukryć, że interesuje ich przede wszystkim zintensyfikowany i co ważne przemyślany atak na narządy słuchu niewinnych odbiorców – tak charakterystyczny dla kapel sprzed 30 lat. Na "Paroxysm Of Hatred" furiackie partie gitar i bębnów niemal rozsadzają każdy kawałek, jednak ten pozorny instrumentalny amok jest cały czas pod kontrolą zespołu – Grecy nie pozostawiają niczego przypadkowi; tu każda zmiana tempa czy solówka ma swoje miejsce i zgrabnie trzyma się kupy, dzięki czemu album tworzy monolit i przelatuje bez najmniejszych zgrzytów. Mimo iż cały zespół prezentuje tutaj naprawdę bardzo równy poziom, na szczególną pochwałę zasługują dwaj kolesie, których wysiłek nadał muzyce Rapture odrobiny oryginalności i indywidualnego charakteru. Pierwszym jest drący ryja z dużym zaangażowaniem wokalista (najlepiej wypadają te jego wściekle rozpaczliwe wrzaski w 'Vanishing Innocence' i 'Paroxysm of Hatred: Revelation'), drugim zaś wyjątkowo sprawy basman, którego grę wyraźnie słychać nawet w najszybszych momentach. Z takimi ludźmi Rapture ma szansę całkiem sensownie się rozwinąć i uczynić swój przekaz jeszcze mocniejszym. A Memento Mori zapewne ucieszy zarobiona na chłopakach kasiora.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ThrashRapture

podobne płyty:

Udostępnij:

25 maja 2018

Behemoth – Messe Noire [2018]

Behemoth - Messe Noire recenzja okładka review coverZa sprawą "Messe Noire" Behemoth zamyka rozdział pod tytułem "The Satanist", bo nie ulega wątpliwości, że opisywane wydawnictwo stanowi właśnie suplement do ostatniego krążka. Płytę audio można pominąć, ewentualnie odpalić raz dla przyzwoitości – zawiera bowiem wyłącznie numery z "The Satanist" zagrane w oryginalnej kolejności. To samo, plus wiele więcej, mamy na drugim krążku, w zależności od preferencji – diwidi albo blurej. Pierwsza, zasadnicza część programu to kameralny, około 80-minutowy szoł z 2016 z warszawskiej Progresji, który obejmuje cały materiał z "The Satanist" oraz zestaw kilku sprawdzonych hitów. Tu pierwsze spostrzeżenie – publika znacznie lepiej i żywiej reaguje na starsze, dobrze już znane numery. Trochę mnie to dziwi, bo jak Behemoth udowodnił – wszystkie nowe utwory znakomicie sprawdzają się na żywo. I to niezależnie od tego, czy to mamy do czynienia z brutalnym wygarem, oldskulowym popylaniem czy partią bardziej klimatyczną. A tak na dobrą sprawę, ludziska wykazali się zaangażowaniem dopiero przy okazji komunii (w połowie 'In The Absence Ov Light'), na którą rzucili się jak chytra baba z Radomia. Od strony wykonawczej zespołowi nie można niczego zarzucić, bo doświadczenie i kilkanaście lat docierania się ze sobą robią swoje. Behemoth to dobrze naoliwiona machina, w której nic nie ma prawa zgrzytać. Co do wizerunku, to tu też widać upływające lata, ale w innym sensie – panowie się wyraźnie oszczędzają i nie pozwalają już sobie na tyle machania bańkami, co kiedyś. Czas na spostrzeżenie numer dwa – niech Orion zainwestuje w bas w kształcie topora, bo z daleka zaczyna wyglądać jak Gene Simmons... Techniczna realizacja tego nagrania nie powoduje opadu kopary, choć powinna. Dźwięku się nie czepiam, ale obrazu już muszę, bo jego jakość stoi na dość przeciętnym poziomie. Sytuacji nie poprawiają pojawiające się w paru miejscach przebitki z teledysków – ani to ładne ani potrzebne. Chwała Cthulhu, że przynajmniej montaż jest na tyle sensowny, że całość można przetrwać bez epilepsji (teraz to się nazywa napadami fotogennymi), co nie było takie łatwe w przypadku "Evangelia Heretika". Druga część "Messe Noire" to koncert z Brutal Assault, który miał miejsce dwa miesiące wcześniej niż ten w Progresji. Setlista, zgodnie z wymogami festiwalu, została okrojona, jednak zespół miał dość czasu, żeby zaprezentować w całości "The Satanist", a na koniec dorzucić trzy obowiązkowe hity. W każdym razie dramaturgia występu została zachowana, więc wszyscy pod sceną powinni być zadowoleni. Wszyscy przed telewizorami także, bo mimo iż brzmienie jest trochę słabsze niż w Warszawie, strona wizualna wypada atrakcyjniej – oprawa świetlna jest bogatsza, a ujęcia ciekawsze i bardziej urozmaicone. A propos oprawy — i dotyczy to obu koncertów — mam spostrzeżenie numer trzy: konfetti wystrzelone przy 'O Father O Satan O Sun! ' wygląda jak spadająca na ludzi szarańcza, czyli zajebiście! Ostatnia sekcja płyty to zbiór wszystkich sześciu teledysków, jakie Behemoth nakręcił do "The Satanist", więc każdy leń będzie miał je już pod ręką. Wydawnictwo uzupełnia bogata książeczka z porządnymi zdjęciami i ledwie czytelnymi informacjami – to ostatnie, bo ktoś postanowił zaszaleć z kalką. Na koniec trzeba przyznać zespołowi, że całkiem nieźle się wstrzelił z "Messe Noire" w sezon komunijny...


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.behemoth.pl

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

19 maja 2018

Carnal Decay – You Owe You Pay [2017]

Carnal Decay - You Owe You Pay recenzja okładka review cover"You Owe You Pay" to mój pierwszy kontakt z muzyką Carnal Decay i coś czuję, że nie ostatni. Szwajcarzy nie należą do najbardziej finezyjnych kapel pod słońcem, ale z brutalnym death metalem radzą sobie na tyle dobrze, że od czasu do czasu warto zarzucić ich materiał na słuchawki. Oryginalności w tym graniu tyle co nic, jednak ogólny poziom wykonawczy, produkcja i w końcu całkiem przyzwoite pod względem chwytliwości numery sprawiają, że zespołu nie można od tak olać. Dotyczy to zwłaszcza miłośników wybuchowego death metalu uprawianego w krajach Beneluxu. Wpływy Severe Torture, Emeth, Prostitute Disfigurement i przede wszystkim Aborted przewijają się przez cały czas trwania "You Owe You Pay" i właściwie nie dają o sobie zapomnieć. Podobieństwa riffów, rozwiązań rytmicznych czy wokali są zbyt oczywiste, żeby dały się zignorować, choć to oczywiście jeszcze nie ten poziom techniczny, co wymienione kapele. Mimo tych skojarzeń coś mi się wydaje, że Carnal Decay baaardzo by chcieli, by stawiano ich w jednym rzędzie z Dying Fetus. No cóż, w sejmie mamy takich, którzy w podręcznikach historii widzą siebie obok Piłsudskiego... Uczciwie trzeba przyznać, że Szwajcarzy są w ciut lepszej sytuacji, bo przynajmniej mają minimalny cień minimalnej szansy na osiągnięcie swego celu. Wracając do "You Owe You Pay", płytki słucha się całkiem miło – jest brutalna, bezpośrednia i stosunkowo urozmaicona. Ponadto materiał sprawia wrażenie zmajstrowanego pod kątem koncertów – w paru miejscach pojawiają się chórki, riffy są bardzo czytelne (może to zasługa kobiecej ręki?), a zmiany tempa rozłożono tak, żeby każdy znalazł coś dla siebie. Najlepiej to słychać w 'Not Worth A Bullet', 'No Sequel', 'Decimating The Living' i 'Your Guts My Glory', przy czym ten ostatni wybija się najlepszymi wokalami, bo właśnie w nim Julien Truchan z Benighted dorzucił trochę swoich bulgotów. Jedynym poważniejszym zgrzytem na "You Owe You Pay" są dla mnie teksty, a dokładnie nagromadzenie w nich faków, co zalatuje mi rebelianctwem na siłę, wiochą i gangsta rapem. Jeśli przymknąć oko na tą nie najwyższych lotów poezję, to mamy do czynienia z naprawdę przyzwoitym łomotem.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/carnaldecayband/

podobne płyty:

Udostępnij:

13 maja 2018

Napalm Death – Fear, Emptiness, Despair [1994]

Napalm Death - Fear, Emptiness, Despair recenzja okładka review coverBirmingham, mamy problem... Po kilu latach naparzania grind core’a i czterech szalenie ważnych dla gatunku płytach, z których każda była lepsza od poprzedniej, Napalm Death wzięło na odświeżenie stylu. A konkretnie na zwrot w kierunku death metalu w lekko industrialnym (czyżby znak czasów?) sosie. Nigdy nie mogłem pojąć, po co im były tak drastyczne zmiany, bo ani wyczerpanie wcześniejszej formuły ani chęć poeksperymentowania z modniejszymi rozwiązaniami do mnie nie przemawiają. Muzyka na "Fear, Emptiness, Despair" brzmi czyściej i potężniej niż kiedykolwiek wcześniej, jest też precyzyjniej zagrana, a poza tym zawiera sporo nowoczesnych elementów (co słychać zarówno w podejściu do riffów jak i rytmów), ale bardzo, naprawdę bardzo brakuje jej ducha starych (czyli choćby sprzed dwóch lat, heh) Napalmów. Album rozpoczyna 'Twist The Knife (Slowly)', który jest bezbarwny, anemiczny i całkowicie pozbawiony kopa. Na wielbiciela "Utopia Banished" coś takiego działa jak zimny prysznic – aż strach słuchać dalej. A dalej — o dziwo! — jest już lepiej, choć szalenie nierówno, jakby Brytole sami nie mogli się zdecydować, co, jak i dla kogo grać. Stąd też utworom dobrym i bardzo dobrym (będącym niestety w mniejszości) towarzyszą zupełnie nijakie, nieprzemyślane, przekombinowane i ewidentnie wymuszone. Co ciekawe, trudno jednoznacznie zrzucić na kogoś odpowiedzialność za ten misz-masz, bo poszczególni kompozytorzy podpisali się zarówno pod lepszymi jak i gorszymi numerami. Nawet Barney raz wydziera się z charakterystyczną dla siebie furią, a już po chwili pokrzykuje bez przekonania. Wobec powyższego należy uznać, że w kwestii spójności ciała dał cały zespół. Nie zmienia to jednak faktu, że na "Fear, Emptiness, Despair" jest dość materiału na wypasioną epkę: 'More Than Meets The Eye' (najdłuższy i zdecydowanie najlepszy w zestawie), 'Plague Rages', 'Throwaway', 'Remain Nameless'. Te numery do perełki, które jakoś ratują ten album; są intensywne, brutalne, pojawiają się w nich zabójcze riffy i nieszablonowe zagrania. Takiego Napalm Death można słuchać z dużym zainteresowaniem i gdyby całość trzymała ten poziom, ani bym myślał narzekać. Tak dobrze nie ma, bo niemrawych i drażniących fragmentów uzbierało się tu stanowczo za dużo, więc "Fear, Emptiness, Despair" potrafi męczyć.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalna strona: www.napalmdeath.org

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

7 maja 2018

Skeletal Remains – Devouring Mortality [2018]

Skeletal Remains - Devouring Mortality recenzja okładka review coverWystarczyły dwie bardzo dobre i entuzjastycznie przyjęte w podziemiu płyty, żeby włodarze Century Media uznali Skeletal Remains za zespół godny ich zainteresowania. Czuć piniondz? A jak! Nie mam jednak wątpliwości, że na dłuższą metę chłopaki nie spełnią wymagań wytwórni i po dwóch krążkach (to wersja optymistyczna) zostaną wywaleni na bruk. Zatem póki mają okazję, niech promują się na wszystkich frontach i wyciskają z Niemców ile się tylko da. Już przy okazji "Devouring Mortality" dostali dość kasy, żeby starczyło na mix i mastering od Dana Swanö oraz okładkę od Dana Seagrave’a, co jeszcze bardziej przybliżyło zespół do oldskulowego ideału. Kto wie, może następnym razem wskrzeszą dla death metalu Scotta Burnsa i nagrają album w Morrisound? Marzenia... Tyle o oprawie. Co do muzyki, to dla mnie sprawa jest prosta, oczywista i nie podlegająca dyskusji – za sprawą "Devouring Mortality" Skeletal Remains potwierdzili, że w tej chwili są najbardziej przekonywającą kapelą łojącą klasyczny death metal z Florydy. Chłopaki z każdym kolejnym materiałem doskonalą i nieznacznie rozwijają ten styl, ale ani przez moment nie robią niczego nienaturalnego czy wymuszonego. Death metal w ich wykonaniu charakteryzuje wierność tradycji, a jednocześnie polot i duża świeżość. Może to tylko moje uwielbienie dla takiej muzyki, ale po analizie wszystkich elementów składowych tej płyty, wychodzi mi, że nie ma się tu absolutnie do czego przypieprzyć – wszystko trybi jak należy i "Devouring Mortality" brzmi po prostu przezajebiście. Sami zresztą popatrzcie: jest tu cudny wokal (van Drunen nie nagrał takiego wymiotu od czasów "Last One On Earth"), tnące ostrym tremolem gitary, większa niż ostatnio dawka brutalności (Johnny Valles na stanowisku perkmana nieco sobie poblastował), no i cała masa doskonałych technicznie solówek, w których pobrzmiewają echa geniuszu Jamesa Murphy. Ponadto materiał Skeletal Remains może się pochwalić czymś, czego trochę brakowało mi u Rude – dużą chwytliwością. Większej zachęty już mi nie potrzeba. Ocena wygenerowała się automatycznie.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/SkeletalRemainsDeathMetal

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

30 kwietnia 2018

Hate – Cain’s Way [2001]

Hate - Cain’s Way recenzja okładka review coverNa przestrzeni ponad 25 lat działalności Hate dorobili się pokaźnej dyskografii, w której wskazanie tej obiektywnie najlepszej/najważniejszej płyty może być pewnym problemem. Sam pewnie musiałbym się poważnie zastanowić, jakimi kryteriami się tu kierować, na co zwrócić szczególną uwagę, bla bla bla... Co innego płyta ulubiona – tu bez chwili namysłu wskazuję na "Cain’s Way". I chociaż czas, który upłyną od premiery, brutalnie obnażył i uwypuklił wszystkie realizatorskie braki krążka, to w ogóle nie naruszył naturalnej fajności tego materiału. Po prostu, ekipa Hate miała wówczas bardzo dobre pomysły na utwory, a przy okazji potrafiła je całkiem sprawnie wcielić w życie, więc materiał broni się do dziś. W porównaniu z wcześniejszymi albumami "Cain’s Way" jest na pewno nowocześniej zaaranżowany – żadna to awangarda, ale nawet taki powiew świeżości zrobił muzyce dobrze. W odstawkę poszła część starych i zbyt często wykorzystywanych schematów, a co za tym idzie także wpływów Deicide (co nie znaczy, że zredukowano je do zera), toteż całość zabrzmiała nieco ambitniej i nabrała większej dynamiki, a bardziej niż kiedykolwiek wcześniej zróżnicowane (i złożone) utwory zyskały sporo indywidualnych wyróżników, dzięki którym łatwo je zapamiętać. Ponadto — co też oceniam na plus — na "Cain’s Way" mocniej zaakcentowano te 'koncertowe' — motoryczne i zarazem chwytliwe — partie występujące chociażby w 'Sectarian Murder', 'Cain’s Way' czy 'Shame Of The Creator'. Poza tym styl Hate przeszedł normalną w death metalu ewolucję, która wyniosła zespół na wyższy poziom: ku większej szybkości, brutalności i lepszej technice. Wprawdzie te najszybsze tempa to ponoć bardziej zasługa studyjnych sztuczek niż kończyn Mittloffa, ale liczy się rezultat – a ten jest jak najbardziej zadowalający. A propos umiejętności, warto również zwrócić uwagę na riffy i solówki Ralph’a, który swoimi odjechanymi zagrywkami tchnął w muzykę Hate trochę progresywnych rozwiązań i uczynił ją mniej przewidywalną. Szkoda, że odszedł z kapeli jeszcze przed premierą płyty a co za tym idzie – jego niebagatelny wkład w muzykę nie został należycie doceniony. Adam ze swojej roli wywiązał się bez zarzutu, więc wokal jest mocny i wyraźny, choć jak dla mnie wrzasków jest odrobinę za mało, ale to szczegół. Prawdziwym problem "Cain’s Way" jest natomiast brzmienie: płaskie, suche i 'buczące'. Wydaje mi się, że chciano je podciągnąć pod produkcję Hate Eternal z debiutu, ale realizatorom zabrakło wiedzy, jak uzyskać mięso w gitarach i odpowiednią głębię sekcji rytmicznej. Jednak nawet mimo tych niedoróbek album ma w sobie coś, co potrafi przykuć mnie do głośników na wiele zapętlonych przesłuchań. I to nie żadne niezidentyfikowane 'coś', a porządny zestaw brutalnych szlagierów.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/HATEOFFICIAL

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

24 kwietnia 2018

Asphyx – Last One On Earth [1992]

Asphyx - Last One On Earth recenzja okładka review coverZdarzyło mi się już kiedyś wskazać paluchem najlepszy album w historii Asphyx, teraz słów kilka na temat płyty, którą wielu — jak zaraz udowodnię – niesłusznie — uważa za tą naj. Ale po kolei. Do nagrania "Last One On Earth" Holendrzy mieli przystąpić w skorygowanym składzie – nie udało się; później, już w trakcie sesji, kopa miał dostać van Drunen – nie dostał, bo spisał się na tyle dobrze, że postanowiono wykorzystać nagrane przez niego partie. To była słuszna decyzja, bo jego rozpaczliwe wokale są niewątpliwie ozdobą tego krążka. Wprawdzie wyziewnością ani dzikością nie dorównują tym z debiutu, jednak są na tyle mocne i patologiczne, że muszą się podobać. Równie dobrze prezentuje się brzmienie – stało potężniejsze, a także wyraźnie bliższe szwedzkiej szkole (choćby Grave), choć jak dla mnie brakuje mu wspaniałej syfiastości "The Rack", mimo iż zespół ponownie skorzystał ze studia Harrow. Co do muzyki – na pierwszy rzut ucha wydaje się, że doszło tu do wielu zmian, a tak naprawdę jej rdzeń pozostał nienaruszony. "Last One On Earth" jest z całą pewnością lepiej przemyślany od poprzednika, bardziej dopracowany w szczegółach (o czym świadczą chociażby dość ambitne niuanse w drugich riffach 'M.S. Bismarck' i 'The Incarnation Of Lust') i pewniej wykonany. Słychać, że zespół sprawniej opanował instrumenty, więc częściej pozwala sobie na szybkie partie, nie stroni także od komplikowania riffów ponad wcześniejsze standardy. Za chęć rozwoju należy Asphyx oczywiście gorąco pochwalić, problem w tym, że właściwie cały progres sprowadza się do kwestii technicznych, nie kompozycyjnych. Na "Last One On Earth" zespół nie proponuje niczego nowego i w głównej mierze skupia się na powielaniu wykorzystanych już wcześniej patentów i to w sposób ocierający się nieraz o autoplagiat. W konsekwencji tej zachowawczości Asphyx stworzyli materiał dość wtórny i niezaprzeczalnie schematyczny, choć całkiem przyjemny w odbiorze. Oprócz świeżości brakuje mi tu jeszcze przytłaczającego klimatu debiutu i jego nie do końca kontrolowanego szaleństwa w szybkich fragmentach, czyli rzeczy które już od 'Vermin' mocno chwytały za serce i jaja. "Last One On Earth", nie przeczę, może się podobać, ale ani przez moment nie zachwiał moim uwielbieniem dla "The Rack".


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: asphyx.nl

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

17 kwietnia 2018

Dismember – Like An Everflowing Stream [1991]

Dismember - Like An Everflowing Stream recenzja okładka review coverPłyt lepszych od "Left Hand Path" i zespołów bardziej konsekwentnych od Entombed w szwedzkim death metalu nie brakuje... Za najbardziej jaskrawy przykład uważam "Like An Everflowing Stream" autorstwa wiecznie drugiego Dismember. Niestety, nawet pomimo świetnej muzyki, nienagannej postawy i przyzwoitego kontraktu ekipa Mattiego Kärki nigdy nie zdobyła takiego uznania, co ich koledzy od kielicha. Ba – często byli określani ordynarną kopią rodaków! Wiadomo, punktów wspólnych między tymi zespołami nie brakuje i nie można ich w żaden sposób zanegować: te same wzorce, ten sam sprzęt, totalnie charakterystyczne brzmienie Sunlight, okładka autorstwa Dana Seagrave’a, nawet osoba Nicke Anderssona, który nagrał na "Like An Everflowing Stream" lwią część solówek... Jednak, kiedy przychodzi do konfrontacji z muzyką, to naprawdę znaczące różnice są dostrzegalne już od kapitalnego 'Override Of The Overture' (ten riff pod solówką!). Dismember postawili na granie wyraźnie prostsze, przyjemnie bezpośrednie i przede wszystkim bardziej chwytliwe. Ponadto wydaje mi się, że debiut Dismember ogólnie odznacza się większą świeżością niż "Left Hand Path", co chyba ma związek z ogromną ilością szybko zapadających w pamięć melodii. I chociaż na "Like An Everflowing Stream" trafiają się również utwory stosunkowo rozbudowane (jak wspaniałe 'Dismembered' i 'In Death’s Sleep' – jedne z najlepszych na płycie), to zespół nigdy nie zapuszcza się w nich w rejony obce dla agresywnego death metalu. Dzięki temu krążek jest bardzo zwarty i niczym nie rozprasza uwagi słuchacza; potrafi natomiast całkiem skutecznie ją skupić z pomocą ponadczasowych szlagierów, do których należy zaliczyć, poza już wymienionymi, 'Soon To Be Dead' czy kultowy wręcz 'Skin Her Alive'. Przy okazji tych wyliczanek warto zauważyć, że żaden z kawałków na "Like An Everflowing Stream" nie sprowadza się do wyjątkowo ekstremalnej i jednostajnej sieczki – wprawdzie nie brakuje w nich szybkich riffów, ale już blasty pojawiają się tylko sporadycznie. Mimo to debiut Dismember jest albumem cholernie mocnym, który nie traci nic z ciężaru nawet w super chwytliwych momentach. Jeśli melodyjny szwedzki death metal ma jakoś wyglądać, to właśnie tak! Pewnie już do końca życia się nie zdecyduję, którą z dwóch pierwszych płyt Sztokholmczyków lubię bardziej, ale wiem na pewno, że obie stawiam wyżej niż największe osiągnięcia Entombed.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.dismember.se

podobne płyty:

Udostępnij:

11 kwietnia 2018

Morgue – Eroded Thoughts [1993]

Morgue - Eroded Thoughts recenzja okładka review coverDeath metalowe kapele z Chicago i okolic nigdy nie miały wielkiego szczęścia do popularności i Morgue nie jest tu żadnym wyjątkiem. W ciągu pięciu lat jako takiej aktywności Amerykanie wydali tylko dwie (obiecujące) demówki oraz debiutanckiego longa, po czym praktycznie zapadli się pod ziemię. Nie bez winy jest oczywiście wytwórnia — Grind Core — która zasłynęła w świecie z utrudniania życia wielu zespołom. Morgue nie mieli nawet tyle farta (albo zwykłej determinacji) co Broken Hope czy Cianide, żeby przebić się do innej stajni, więc ich skromny dorobek zamyka "Eroded Thoughts" z 1993 roku. Krążek sam w sobie też jest dość skromny, bo to tylko siedem utworów zamkniętych w niespełna 32 minutach. Jak na brutalne granie, taki czas wydaje się być optymalny, jednak po wysłuchaniu "Eroded Thoughts" pozostaje duży niedosyt. Ten nie do końca doceniony — lub też po prostu niedostatecznie poznany — krążek zaskakująco gładko łączy w sobie ambitne zagrania spod znaku Gorguts czy Demilich z ociężałym prymitywnym syfem tak charakterystycznym dla Autopsy. W rezultacie Morgue stworzyli muzykę dość unikalną, nieprzesadnie schematyczną i daleką od prostoty, ale — co w teorii powinno zapewnić im branie — wciąż mocno osadzoną w brutalnym graniu. Wszelkich kombinacji (zwłaszcza gitarowych) jest dostatecznie dużo, żeby materiał był interesujący, ale nie na tyle, by ktoś mógł się poczuć nimi przytłoczony. Tym bardziej, że przejścia między tymi bardziej technicznymi fragmentami a obleśnymi zwolnieniami są naprawdę płynnie zaaranżowane (jak w świetnym 'Severe Psychopathology'), więc nie ma tu drastycznych/nienaturalnych przeskoków ze skrajności w skrajność. Nie oznacza to jednak, że te składniki występują na "Eroded Thoughts" w proporcji jeden do jednego. Jak na moje ucho Morgue chętniej i częściej sięgają po riffy z inspirowaną Autopsy chorobliwą wibracją, choć dla niepoznaki serwują je w urozmaiconych tempach. To się sprawdza, a cały krążek jest dzięki temu przyjemnie dynamiczny, a momentami — jak w 'Plagued Birth' — nawet odrobinę melodyjny. Na plus debiutu Morgue można także zaliczyć naturalnie ciężkie brzmienie z przebijającym się od czasu do czasu basem. Zbierając to wszystko do kupy, otrzymujemy znakomity kawałek klasycznego amerykańskiego death metalu. Cholernie jestem ciekaw, w jakim kierunku powędrowałaby ich muzyka na kolejnych wydawnictwach, ale reaktywacji im nie życzę.


ocena: 8,5/10
demo

podobne płyty:

Udostępnij:

5 kwietnia 2018

Martyr – Hopeless Hopes [1997]

Martyr - Hopeless Hopes recenzja okładka review coverW przyrodzie występują tysiące zespołów, którym dojście do jako takiego poziomu wykonawczego (co czasem sprowadza się do utrzymania gitar) zajmuje długie lata, zaś po jego osiągnięciu nie są w stanie zrobić choćby kroku naprzód. Ich przykłady można mnożyć w nieskończoność, ale nie zasługują na aż tyle uwagi. Są też i takie, niestety w mniejszości, które promienieją zajebistością już od chwili narodzin. Do tej drugiej grupy należy zaliczyć Martyr pod wodzą braci Mongrain. Oczywiście można się czepiać i wytykać palcami, że oni mieli w życiu łatwiej, bo to w końcu Kanadyjczycy, a u nich: inna woda, inna gleba, inne powietrze – taka sytuacja. No ale bez przesady, trochę pracy nad sobą wspomniana zajebistość jednak wymagała. W każdym razie już w trzy lata po sformowaniu zespołu panowie Męczennicy mieli dość materiału, żeby nagrać debiutancki "Hopeless Hopes" – powodujący ślinotok krążek, pod którym z radością podpisałoby się niezliczone rzesze bardziej doświadczonych i utytułowanych, a już na pewno mniej utalentowanych kapel. Na album składa się dziewięć utworów umiarkowanie brutalnego i nieumiarkowanie technicznego death metalu z progresywnym zacięciem i mnóstwem melodii. Muzycy Martyr umiejętnie wykorzystali wpływy Death ("Individual Thought Patterns") i Atheist ("Unquestionable Presence") do stworzenia czegoś świeżego, nowoczesnego (jak na swoje czasy), a przy tym jeszcze bardziej pokręconego. Urozmaicone rytmy, makabrycznie zawiłe riffy, szalejący bas, wielowarstwowe solówki – z tym wszystkim — i to w dużych ilościach — mamy do czynienia na "Hopeless Hopes". Czego jak czego, ale pomysłowości Kanadyjczykom nie można odmówić, a że technikę mają taką, która pozwala w praktyce na wszystko, to nie ograniczają się ani przez chwilę, mieszając patenty z kosmosu. Wbrew pozorom absurdalny stopień skomplikowania materiału nie odstrasza od płyty, w czym główna zasługa wspomnianych już melodii. To dzięki nim "Hopeless Hopes" jest albumem stosunkowo przystępnym, wpadającym w ucho i zmuszającym do kolejnych przesłuchań. Drugim czynnikiem przybliżającym muzykę Martyr słuchaczowi jest niezwykle przejrzyste (choć niezbyt ciężkie) brzmienie, które pozwala na wychwycenie wszystkich zawartych w niej niuansów. W ten sposób łatwiej docenić niebanalną konstrukcję utworów takich jak 'Prototype', 'Non Conformis' czy — żeby nie wymienić wszystkich — 'The Blind’s Reflection' oraz klasę ich kompozytorów. Niestety "Hopeless Hopes" to nie tylko zajebistość i trzeba też w końcu zwrócić uwagę na łyżkę dziegciu w tej beczce death metalowego miodu. Problemem, który w moich uszach drastycznie obniża ocenę krążka (do poniższej), są wokale. I nie mam wcale na myśli wyłącznie tych czystych! Wprawdzie bracia Mongrain podzielili się obowiązkami, ale żaden z nich nie dysponował na tamtym etapie choćby przyzwoitym głosem, stąd też agresywne partie w ich wykonaniu są pozbawione należytej mocy, zaś te czyste brzmią po prostu dziwnie i nie na miejscu. Wystarczyłoby zatrudnić kogoś z odpowiednim gardłem, a nie miałbym się w ogóle do czego przyczepić. Aaale – nawet mimo tak potężnego zonka, Martyr zaliczył imponujący start.


ocena: 8,5/10
demo

podobne płyty:

Udostępnij: