Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1989. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1989. Pokaż wszystkie posty

2 października 2023

Hydra Vein – After The Dream [1989]

Hydra Vein - After The Dream recenzja reviewMłody człowiek bywa czasem bardzo powierzchowny – jako gówniak, będąc wielkim fanem malarstwa niejakiego Dana Seagrave’a, obczajałem każdą płytę, której okładkę Pan Dan ozdabiał swoim niezwykłym talentem. I tak natrafiłem na Hydra Vein, której After the Dream jest notabene jedną z jego najwcześniejszych prac. Nie należy oczywiście oceniać książki po okładce, ale nie oszukujmy się, dobra oprawa potrafi nieraz wpłynąć na nasz wybór zabójcy czasu.

Roczek po wydaniu (wg mnie) świetnego „Rather Death than False of Faith”, ta brytyjska formacja wróciła z dwoma nowymi gitarzystami, aby nagrać swój drugi longplej. Podobnie jak za pierwszym razem, wszystko powstawało w pośpiechu i przy niskim budżecie. Ale tym razem dostajemy muzykę o niebo techniczniejszą i co za tym idzie, bardziej wymagającą.

Samo słowo „techniczny” może nie do końca jest też na miejscu, ale „rozbudowany” to już jak najbardziej. I oczywiście, jak to bywa w takich przypadkach, trzeba poświęcić trochę czasu na ogarnięcie tematu, aby móc w pełni poznać i docenić walory kompozytorskie. Tyle że debiut, mimo wysokiej przebojowości, wcale nie był banalny ani płytki, a wręcz cechował się wysokim zróżnicowaniem ciosów.

Tutaj niestety troszeczkę wszystko się zlewa na jedno kopyto przy pierwszych odsłuchach, zarówno jeśli chodzi o tempa, jak i pomysły. Sama ilość tracków nieco rozczarowuje, gdyż jest ich zaledwie sześć, a całość trwa marne pół godziny. Ale może to nawet lepiej, bo gdzieś w tym wszystkim brakuje mi trochę energii. Dosyć już tego narzekania, czas na pozytywy, bo takowe również są (a jak).

Hydra Vein jak mało kto, dbają o refreny w swoich utworach. Nie inaczej jest i tutaj – „7-U-S-C” i „After the Dream” są tego dobrymi przykładami. Trudno też odmówić „Passed Present / No Future” czy zwłaszcza „Turning Point” niezwykle precyzyjnej i wyśmienicie upichconej konstrukcji. Panowie jak chcą, to potrafią zapodać coś charakterystycznego, co zostanie w głowie albo zauroczyć jakimś fajnym motywem. Jest większa dojrzałość, nie ma również zgapiania od innych, co było bolączką jedynki.

Cóż więcej dodać? Summa summarum, wciąż mamy do czynienia z wartościowym Thrash’em, tylko tym razem trzeba nieco zmienić oczekiwania, gdyż gdzieniegdzie wkrada się nuda. Przemoc została poprawiona o metodykę i konsekwentność. Polecam, ale umiarkowanie, bo mimo jakościowej solidności, głowy wam to raczej nie urwie.


ocena: 7/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/hydravein

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

10 czerwca 2023

Dragon – Horda Goga [1989]

Dragon - Horda Goga recenzja reviewDawno temu, gdy internet był w powijakach, były (a czasem wciąż są) niektóre stronki internetowe, co to wrzucały nieraz pełne albumy w kiepskiej jakości. Czy ktoś pamięta taki format pliku „.rm”? Było to coś wręcz okropnego, ale właśnie w takiej wersji usłyszałem po raz pierwszy ten klasyk. I była to niestety angielska wersja z Kupczykiem na wokalu, o której szkoda słów, bo efekt końcowy wyszedł tragicznie.

Bo oryginalna wersja zaśpiewana przez Marka po polsku miała dokładnie to, co sprawia, że dobre instrumentarium jest podnoszone na wyższy poziom – charyzmę, siłę, moc, pomysł na siebie oraz pewną dozę diabelstwa, co może nieco stać w sprzeczności z przesłaniem Dragona, ale pomińmy może tą kwestię.

Wydani przez badziewną wytwórnię, której nie warto wymieniać z nazwy, a której szefu robił wszystko, aby zniszczyć scenę Metalową w Polsce, zespół nagrał stylistycznie wczesny Death/Thrash (bardziej to drugie), charakterystyczny dla roku 1987. I jest to dla mnie zdecydowanie jedna z najważniejszych płyt, jakie kiedykolwiek w życiu słyszałem. Nie ocalał nikt.

Techniczne, precyzyjne, ostre jak brzytwa gitary. Genialne, unikatowe motywy, które wg mnie przeszły do historii (a jeśli nie, to zdecydowanie powinny). Zwłaszcza pierwsza połowa płyty to jest potężny cios za ciosem niebanalnych i konkretnie rozbudowanych kompozycji, co zdarza się tylko najlepszym zespołom. Zapewniam was, że jak je raz usłyszycie, to będziecie je pamiętać aż do końca życia, nawet jeśli dostaniecie Alzheimera. I tak w sumie, to nie ma co się rozpisywać bardziej – po prostu pełna klasa kompozycyjna, mało komu dostępna.

Wielka tylko szkoda, że nie nagrano na ten album ponownie „Demonów Wojny”, bo wg mnie był to chyba najlepszy utwór Dragona wszechczasów, ale nie można mieć wszystkiego. Generalnie pierwsze 4 płyty tej formacji należy jak najbardziej znać na pamięć, z naciskiem na pierwsze dwie.


ocena: 10/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/DragonPolska
Udostępnij:

14 sierpnia 2014

Equinox – Auf Wiedersehen [1989]

Equinox - Auf Wiedersehen recenzja okładka review coverDebiutancki krążek norweskich thrashersów niemal na dobre przepadł w mrokach dziejów. O kapeli wie niewielu, jeszcze mniej cokolwiek, kiedykolwiek słyszało, a fakt, że krążek wydano w nienajoczywistszym dla gatunku kraju, w czasach, kiedy na metalowej scenie działo się naprawdę wiele, choć niekoniecznie w thrashu, raczej nie ułatwił mu zadania. A szkoda, bo Auf Wiedersehen to naprawdę zabójczo dobry album, nie ustępujący na krok bardziej znanym wydawnictwom. Nieprzesadnie długi, bo trwający niecałe 40 minut, ale za to niesamowicie żywiołowo i agresywnie nagrany krążek kopie z mocą swoich starszych, amerykańskich kolegów z Bay Area, będąc przy tym nieco bardziej technicznym. Nie jest tak łatwo przekonać się o tym biorąc pod uwagę poziom realizacji przedsięwzięcia (płytka brzmi, jakby była nagrywana przez szkolny radiowęzeł), ale po kilku dobrych przesłuchaniach wszystkie smaczki wychodzą z ukrycia i sprawa staje się jasna. Nie pożałowali muzycy talentu i od początku czeszą rasowy, gitarowy thrash według najlepszych recept. Są wiec urywające jaja riffy, sporo kapitalnych rytmów, jeszcze więcej solówek, agresywnie-wkurwiony wokal oraz szczypta ironii, a wszystko wymieszane w idealnych proporcjach i podane na tacy, co by nawet najwięksi ignoranci nie mieli wątpliwości, że gra kapela z klasą. Żaden tam swag, żadna moda, żadne yolo, wyłącznie czysta napierdalanka w średnich tempach przystająca tylko prawdziwym dżentelmenom. Klasycznie, ale świeżo i z takim rozjebem, że nawet Gandhi, Dalaj Lama i święty turecki razem wzięci poczuliby się zmotywowani do zrobienia czegoś nieodpowiedniego, czegoś niekoniecznie moralnego. Praktycznie każdy utwór to hicior, dobry zarówno w pojedynkę, jak i jako cześć większej całości. „Auf Wiedersehen”, „The Floating Man”, „Realm of Darkness” oraz „Dead by Down” to tylko niektóre z wyróżniających się pozycji. Każda z nich wkręca się w pamięć jak kleszcz w dupę i trzyma przez długie godziny. Pozostałe trudno nazwać gorszymi, więc jest to raczej kwestia indywidualnych gustów i preferencji, niż jakichś oczywistych niedociągnięć. Tym niemniej, jeśli miałbym wskazać tylko jeden tytuł, utwór, który jest esencją całego krążka, ma w sobie wszystkie wymienione powyżej cechy, wskazałbym „Auf Wiedersehen”. Zresztą od tego numeru rozpoczęła się moja przygoda z Equinox, przygoda, która trwa do dziś, która ani na moment mnie nie znudziła i która pozwala przeboleć się przez te wszystkie nowości i objawienia na metalowej scenie drugiej dekady dwudziestego pierwszego wieku. A więc Auf Wiedersehen.


ocena: 9/10
deaf
Udostępnij:

29 kwietnia 2014

Defecation – Purity Dilution [1989]

Defecation - Purity Dilution recenzja okładka review coverKtoś złośliwy albo zupełnie nieobeznany w temacie mógłby powiedzieć, że historia Defecation jest dużo ciekawsza niż muzyka tej kapeli. Moooże i jest w tym odrobina racji, bo początki zespołu to zlepek kilku dziwnych i niekiedy zabawnych przypadków, ale wartości Purity Dilution i wpływu tego albumu — choć obiektywnie daleko mu do jakichkolwiek wodotrysków — na rozwój grind core’a nie można przecenić. Panowie Mick (hurtowo niszczący naciągi w Napalm Death) i Mitch (gitara i wrzaski w Righteous Pigs) Harris w niecałe pół godziny wyrzucili z siebie mnóstwo — jak się okazuje nie do końca uwolnionej w macierzystych kapelach — agresji i wkurwienia, co przełożyło się na ostro dojebany materiał: szorstki, wulgarny i nader bezpośredni, a przy tym surowo brzmiący. Purity Dilution to po prostu pozbawiony ozdobników i nieco chaotyczny grindowy żywioł, który zmiata wszystko na swojej drodze. Naturalnie wpływy Napalmów słychać na każdym kroku, ale muzyka Defecation ma jednak nieco bardziej wyziewny i hermetyczny charakter od tego, do czego wówczas zmierzali Brytyjczycy. Przy okazji jest także bardziej rozbudowana rytmicznie i gitarowo, jeśli przyjmiemy za punkt odniesienia choćby „From Enslavement To Obliteration”. No, ale przecież nie o wymyślne aranżacje tu chodzi. Po niezbyt optymistycznie nastrajającym (pod względem jakości) intrze następuje brutalny atak na narządy słuchu, który trwa już do samego końca płytki – bez litości i oglądania się za siebie. Grind, death metal i punk wymieszane tak, by powstało jak najwięcej odpychającego hałasu. Albo komuś takie podejście spasuje i postawi sobie Purity Dilution obok płyt Repulsion i Terrorizer, albo po kilku minutach na zawsze da sobie siana z Defecation.


ocena: 7/10
demo

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

14 grudnia 2013

Watchtower – Control And Resistance [1989]

Watchtower - Control And Resistance recenzja okładka review coverGdyby miał powstać ranking najbardziej wpływowych a jednocześnie najbardziej niedocenionych zespołów w historii muzyki metalowej, Watchtower z pewnością trafiłby na podium owego rankingu, może nawet zajął pierwsze miejsce. Ten rok rozpocząłem (może nie dosłownie) recenzją debiutu Amerykanów, zakończę zaś (znów figura stylistyczna) ich drugim, i póki co – ostatnim, długograjem pt. Control and Resistance. Nie skłamię wcale, jeśli napiszę, że Watchtower był bodaj najczęściej słuchaną przeze mnie kapelą w 2013 roku. Wydaje mi się również, że był najczęściej odkrywaną na nowo. Mimo iż oba albumy są mi znane lepiej niż dobrze, wielokrotnie łapałem się na uświadomieniu sobie prostego faktu, jak wiele zespołów zawdzięcza im swoją muzykę i swoje „popisowe numery”. Chyba nie ma żadnej poważnej i szanującej się kapeli thrash’owej i death’owej, która nie odwoływałaby się do dorobku kwartetu z Austin. Sprawa nie rozbija się jedynie o podejście do komponowanej muzyki, stosowane środki stylistyczne bądź techniki, ale sięga znacznie głębiej, bo do samych pryncypiów – poszczególnych riffów, pasaży, rytmów i melodii. Tak właśnie wygląda rzeczywistość – to, co jest dziś sprzedawane jako nowość, reklamowane jako powiew świeżości i zupełnie nowe spojrzenie na temat, Amerykanie wymyślili, nagrali, wynieśli na niebotyczny poziom 30 lat temu, tak dawno, że już kurz zdążył wszystko przykryć grubą warstwą i nikt o tym nie pamięta. Cóż – my pamiętamy. Na złość wszystkim Kolumbom metalu. Sam album to logiczne i naturalne rozwinięcie stylu zaprezentowanego na starszym o cztery lata debiucie. Wszystko co było, ale podane jeszcze lepiej, jeszcze celniej i jeszcze bardziej bezkompromisowo. Nowy wokalista Alan Tecchio bez problemu przejął pałeczkę po McMasterze i doskonale wpisał się w stylistykę zespołu, oferując przy okazji kilka ciekawych patentów własnego autorstwa, równie wysokie jak McMaster rejestry i nieco głębsze brzmienie przy zwolnieniach. Roszada dokonała się także na stanowisku gitarzysty i w miejsce Billy White’a pojawił się Ron Jarzombek. Ten gość powinien być wszystkim doskonale znany, więc dość, że napiszę, że reputacja jaką się dziś cieszy, zresztą zajebiście zasłużona, zbudowana została między innymi właśnie na Control and Resistance. Jarzombek wycisnął z gitary wszystko, co jest możliwe do wyciśnięcia, co doskonale słychać od samego początku. Wrzucił też kilka swoich sci-fi solówek i nieco pojebanego spojrzenia na melodie i aranżacje. Trzon zespołu, czyli pozostała z debiutu sekcja w osobach Keysera i Colaluca, nie został zepchnięty do roli ozdoby, co w przypadku wymiataczy pokroju Jarzombka nie byłoby wielkim zaskoczeniem, ale nabrał wiatru w żagle i w towarzystwie nowych kolegów wspiął się na absolutne szczyty muzycznego rzemiosła. Album utrzymał średnie tempa, odważniej jednak podszedł do interludiów, spowolnień i rozmaitych ornamentów. Jak już wspomniałem – lepszy, bardziej złożony i wielowarstwowy, trudniejszy, ale dający jeszcze więcej frajdy niż „Energetic Disassembly” – prawdziwe arcydzieło. Nie dałem w tym roku za wielu 10, nie mam jednak żadnych wątpliwości, że Control and Resistance zasługuje na nią wyjątkowo i bez najmniejszego zawahania.


ocena: 10/10
deaf
oficjalna strona: www.watchtowerband.net

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

23 listopada 2013

Blind Guardian – Follow The Blind [1989]

Blind Guardian - Follow The Blind recenzja okładka review coverWydany rok po debiutanckim „Battalions of Fear” tylko umocnił pozycję Niemców na metalowej scenie i udowodnił, że można grać speed/power bez żenującej otoczki i pedalskich melodyjek. I tak Follow the Blind podążył obraną wcześniej ścieżką zatrzymując to, co najlepsze i poprawiając niedociągnięcia. Stylistycznie albumy są bardzo do siebie podobne, utrzymane w nieco thrashującym klimacie, z tym wszakże, że Follow the Blind wydaje się bardziej bezpośredni niż debiut, który chyba, mimo całej swojej speedowej aparycji, aspirował do czegoś więcej, głównie za sprawą rozmaitych wtrętów i interludiów. Follow the Blind mknie do przodu bez pardonu przeplatając ze sobą motywy szybkie i nakurwy (oczywiście w ramach gatunku i w odniesieniu do swojej epoki). I w tym właśnie upatruję główną wadę krążka, a mianowicie: brak point. Takie „Damned for All Time”, bądź „Hall of the King” rozpoczynają się, trwają i kończą na tym samym poziomie, bez żadnych akcentów bądź suspensów. Są szybkie, dobrze zagrane, ale bez podsumowania. Warto jednak zaznaczyć, że oba utwory mają potencjał, są w nich momenty, które aż proszą się o jakieś jebnięcie. Niestety nic takiego się nie dzieje i przez to tracą one na wymowności, a album na oryginalności. Nieco podobnie jest z „Fast to Madness”, bo i jemu zbywa na liniowości. Niestety owocuje to tym, że 3 z 9 utworów brzmią bardzo do siebie podobnie, są dość monotonne i generalnie nie podnoszą ciśnienia, chyba, że maniaków siermiężnego speed metalu. Jeżeli dodamy do tego chóralne intro rodem z Monty Pythona oraz cover The Regents pt. „Barbara Ann” wyjdzie z tego, że niemal pół płyty stoi poniżej oczekiwań. Z tym ostatnim jest trochę inna sprawa, bo mimo proweniencji z czasów Elvisa, interpretacja Blindów wlewa weń nowe życie i jakąś tam, niemałą w sumie, frajdę sprawia. Na szczęście pozostałe, wliczając instrumentalny „Beyond the Ice”, lepiej niż dają radę, mają dobrze przemyślaną konstrukcję i dzielnie opierają się próbie czasu. „Banish from Sanctuary” i „Valhalla” zaś to koncertowe klasyki, które niejednokrotnie udowodniły swoją klasę i nie powinno nikogo dziwić, że grane są po dziś dzień mimo, iż zespół — ostatecznie — powędrował w progresywne i koncepcyjne klimaty. Follow the Blind — jak już się rzekło — potwierdził, że muzycy są nie tylko dobrymi rzemieślnikami, ale także, iż mają pomysł na siebie i swoją muzykę. Album nie ustrzegł się oczywiście błędów – poza wspomnianą już liniowością, są to nieco nieprzystające, czy raczej wystające, do reszty wokale Hansiego, co jednak jest raczej winą producentów i realizatorów. W moim rankingu albumów zespołu, Follow the Blind znajduje się pod koniec stawki, jest chyba najrzadziej słuchanym przeze mnie krążkiem, albumem po który wracam raczej od wielkiego święta. Tym wszakże, którzy nad postęp cenią sobie szybkość i jasność przekazu, drugi longlplej Niemców na pewno przypadnie do gustu.


ocena: 7,5/10
deaf
oficjalna strona: www.blind-guardian.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

26 czerwca 2013

Toxik – Think This [1989]

Toxik - Think This recenzja reviewToxik się reaktywował i od jakiegoś czasu dochodzą mnie pogłoski o nowym albumie. Nie wiem, czy powinienem się z tego cieszyć — 24 lata poza biznesem to jednak sporo — bo doświadczenie pokazuje, że mało który zespół wychodzi z konfrontacji z czasem obronną ręką. W pełnym napięcia oczekiwaniu na rozwój wydarzeń można jednak śmiało sięgnąć po jedno z dzieł wcześniejszych, a mianowicie Think This. Zmian w muzyce za wiele nie ma, co akurat nie przeszkadza, i całość w dalszym ciągu na kilometr jedzie szybkim, melodyjnym, a zarazem technicznym thrashem. Me gusta! Coś niecoś się jednak pozmieniało, bo dodano klawisze (których akurat specjalnie nie słychać) i skorzystano z usług innego gardłowego, a mianowicie Charlesa Sabina, który okazał się znajomkiem muzyków, a poza tym wirtualnie nie istnieje. Mimo tego radzi se chłopina wybornie i wyśpiewuje swoje partie z niesamowita mocą, pasją i zadziornością. Klasą samą w sobie jest utwór pt. „Spontaneous”, w którym wspina się na wyżyny swoich talentów i umiejętności. Nie zawodzi oczywiście Josh Christian, który robi z gitarą rzeczy tak niesamowite, że najbardziej hard-core’owi jogini mogliby się poczuć zawstydzeni. Tak po prawdzie, to w każdym z utworów zapodaje, na spółkę z Johnem Donnellym (nowym nabytkiem dla zagęszczenia materiału), mniej lub bardziej rozwalające zagrywki, wśród których mi najbardziej podchodzą te z „WIr NJn8/In God” oraz „Machine Dream”. Ponownie – klasa sama w sobie. Mam jednak nieodparte wrażenie, ze krążek wchodzi nieco trudniej niż debiut, nie jest tak klarowny, więcej w nim udziwnień i połamanych struktur, mniej natomiast spójności. Globalnie patrząc „World Circus” podchodzi mi bardziej, aczkolwiek Think This potrafi nie schodzić z tapety przez długie dni, pod warunkiem oczywiście, że się na owej tapecie pojawi. I w tym upatruje właśnie główną bolączkę wydawnictwa – łatwiej mi sięgnąć po inne. Niemniej jednak Think This jest albumem bardzo dobrym, oferującym mnóstwo najwyższej próby gitarowych zagrywek i potrafiącym przytrzymać przy playerze przez długie godziny – a wszak o to w muzyce chodzi. Można więc śmiało rozbić skarbonkę i zakupić rzeczony album.


ocena: 8,5/10
deaf
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/toxikmetalofficial
class="inne-podobne"

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

2 marca 2012

Xentrix – Shattered Existence [1989]

Xentrix - Shattered Existence recenzja okładka review coverEnergetycznego thrash’u nigdy za wiele, szczególnie podanego w najbardziej klasycznym wydaniu. Jeśli ktoś akurat cierpi głód takiej muzyki, to proponuję sięgnąć po któryś z (dwóch!) pierwszych albumów brytyjskiego Xentrix. Na debiutanckim Shattered Existence Angole wprawdzie nie proponują niczego wielce odkrywczego, jednak wymiatają na tyle sprawnie, inteligentnie i bez zmiękczaczy, że żaden fan Testament (pierwszy riff jest niemal żywcem przeniesiony z „The New Order”), Forbidden (zwarta praca sekcji, porywająca motoryka), Exodus (ogólna chwytliwość) i Metallicy (brzmienie) nie powinien przejść obok tej płyty obojętnie. Na korzyść Xentrix przemawia przede wszystkim hmm… W zasadzie trudno postawić na jeden konkretny element ich muzyki, więc napiszę, że gatunkowa spójność wszystkich pomniejszych składników. Mamy tu bowiem świetną dynamikę, duże zróżnicowanie nawet w obrębie jednego utworu, sprytnie zbalansowane agresję i melodyjność (innymi słowy jest ostro, ale z głową), ożywcze solówki oraz odpowiednie umiejętności, żeby wszystkie pomysły uskuteczniać bez wiochy (jakkolwiek technicznie raczej im daleko do wyżej wymienionych Amerykanów). Dla mnie o przystępności i atrakcyjności tego materiału przesądza szorstki wokal Chrisa Astley’a. Chłop produkuje się absolutnie bez zarzutu, a jego głos doskonale wpasował się w obraną przez zespół konwencję – jest to lekko melodyjny krzyk poprzetykany wrzaskami, bez nieprzyjemnych pisków, wycia i zawodzenia. Nie spodziewajcie się pedalskich powerowych wpływów, to czysty thrash! Brzmieniowo album wypada może i bez cudów (ponownie kłania się Testament od drugiej płyty wzwyż plus czwarty opus Metallicy), ale szczęśliwie żaden instrument nie został potraktowany po macoszemu i nawet obecność basu jest niekiedy mocniej odczuwalna. Wracając do chwytliwości – na Shattered Existence praktycznie każdy kawałek można uznać za highlight i tylko wahania widzimisiów sprawiają, że ulubionym zostaje ten, a nie inny. Ja najbardziej stawiam na „No Compromise”, „Balance Of Power”, „Crimes” i „Heaven Cent”, choć i pozostałym niczego nie brakuje. Nie raz już spotkałem się ze stwierdzeniem, że Xentrix to najlepszy brytyjski zespół thrash’owy — bijący na głowę Onslaught czy Sabbat — i jeśli nawet jest w tym trochę przesady, to zajebistości choćby tego albumu nie sposób zakwestionować.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.xentrix.co.uk

podobne płyty:

Udostępnij:

17 czerwca 2011

Carcass – Symphonies Of Sickness [1989]

Carcass - Symphonies Of Sickness recenzja okładka review coverGrindowej biblii część druga. To dzieło Carcass wchodzi mi znacznie lepiej, bowiem band pod każdym względem (może oprócz okładki) wyraźnie poszedł do przodu. Brzmienie nadal wpisuje się w podziemną konwencję: jest niskie, brudne, chropowate, ale tym razem bez problemu można wyodrębnić wszystkie instrumenty. Taki dość przejrzysty dźwięk uzyskano dzięki współpracy z Colinem Richardsonem, który umiejętnie ociosał muzyczną materię, choć mógłby nagrać wszystko ciut głośniej. Taki produkcyjny awans bardzo się przydał, bo i kompozycje (sama ich liczba spadła z 22 do 10) stały się dużo ciekawsze, bardziej przemyślane, inteligentne; więcej zmian tempa, więcej różnorodnych, czytelnych riffów (niektóre są naprawdę zajebiste – „Embryonic Necropsy And Devourment”, „Slash Dementia”, „Exhume To Consume”…), więcej solówek, które nareszcie przypominają prawdziwe solówki, a nie zlepek przypadkowych sprzęgnięć. W każdym kawałku słychać, że ekipa Ścierwa podciągnęła się technicznie i starała się to sensownie zaprezentować. Szczególnie fajnie jest sobie posłuchać tego, co gra Ken Owen, gdyż perkusję nagrano dość dokładnie, więc w spokoju można podziwiać niemały, a wciąż będący w rozkwicie talent chłopaka. Lepsze są także wokale – właściwie bez problemu można wychwycić o czym chłopcy z Liverpoolu „śpiewają” (naturalnie z tekstami przed nosem!). Teksty… tu rozwój jest szczególnie dobrze widoczny – liryki stały się znacznie dłuższe, poważniejsze i jeszcze solidniej wyładowane skomplikowanymi sformułowaniami. Konkludując, w moim mniemaniu Symphonies Of Sickness jest znacznie lepszy od poprzednika, może i znacznie bardziej melodyjny — bo temu trudno zaprzeczyć — ale na pewno grindowy! Mnie to rajcuje. Dla wielbicieli necro-gore-czego-tam-tylko-kurwa-chcecie pozycja obowiązkowa!


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/OfficialCarcass

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

8 listopada 2010

Pestilence – Consuming Impulse [1989]

Pestilence - Consuming Impulse recenzja reviewConsuming Impulse to pierwsza prawdziwie death’owa, odarta z bezpośrednich wpływów thrash’u produkcja wielkiego Pestilence. Radykalizacja w muzyce jest wyraźna: mniej tu melodii, a poziom brutalności zwiększył się znacząco, choć nie poszło za tym zwiększenie obrotów. To nie wszystko, bowiem w paru miejscach z agresywnego pnia wyrastają również gitarowe patenty niekoniecznie kojarzone z metalem (choć podane na ostro), za to solidnie udziwniające muzykę Holendrów. Album posiada dziwny, duszny, przesycony stęchlizną i nieco schizofreniczny klimat. Wpływ na to ma kilka czynników: wspaniale wykorzystane klawisze (najlepsze są w „Suspended Animation” i „Echoes Of Death”), wolne, zamulające tempa, brudne brzmienie, przytłaczająca produkcja (uzyskano efekt niewietrzonej latami piwnicy, tudzież bunkra), wspomniane gitarowe zagrywki oraz ekstremalne wokale. Skład, w porównaniu z jedynką, uległ zmianom, doszło bowiem do małych przetasowań na stanowisku gitarzysty. Oczywiście Pestilence to nie jakaś blackowa kapelka osiedlowych łamagów, więc nie było mowy o łapance! Wydaje mi się, że to właśnie zmiany personalne miały wpływ na brutalność płyty. Randy, mimo iż wirtuoz, był chyba dla zespołu zbytnio „okiełznany” i nastawiony (neo)klasycznie. Patrick Uterwijk, jego następca, takich skłonności nie zdradza. Sprawna i cholernie techniczna gra całego zespołu każdego wprawi w zachwyt. Swoją drogą nie przypominam sobie żadnej innej death’owej kapeli, która w tamtym czasie grała równie brutalnie i technicznie zarazem. Tu nie ma miejsca na przypadek i nawet „oderwane od rzeczywistości” popisy solowe doskonale wpasowują się w potężny fundament sekcji rytmicznej – inteligentnie nawalający Foddis i nie mniejszy basowy wypierdalaka Mameli (tak, także basowy!). Linie wokalne (Martin Van Drunen – po amerykańskiej trasie dostał kopa i wylądował w Asphyx) również zasługują na uwagę; nie jest to może typowy growl, ale niesamowicie wyziewny ryk. Naprawdę baaardzo wyziewny! Chcąc uchodzić za autentycznego miłośnika europejskiego death’u, po prostu trzeba znać takie klasyki jak „Dehydrated”, „Out Of The Body” (największy hicior z tej płyty), „Reduce To Ashes”, czy te wcześniej wymienione! I nie ma, że nie wiedziałem, że trudno zdobyć, że to stare i że zupa była za słona! Consuming Impulse to materiał do słuchania często i z niekłamaną przyjemnością!


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.pestilence.nl

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

5 sierpnia 2010

Annihilator – Alice In Hell [1989]

Annihilator - Alice In Hell recenzja okładka review coverAnnihilator debiutował dość późno, bo w momencie, gdy popularność takiej muzyki wyraźnie malała, a na salony po chamsku wpychał się death metal. Nie przeszkodziło to jednak Kanadyjczykom w stworzeniu materiału wybitnego. Alice In Hell powala mnie za każdym razem, zawiera bowiem wszystko, co doskonały thrash’owy album mieć powinien, a co każdy wymagający słuchacz uwielbia. Kawałki zawarte na tym krążku są bardzo dynamiczne, przeważnie szybkie, zróżnicowane, oryginalne, agresywne, pełne technicznych zagrywek, porąbanych solówek i niebanalnych melodii. Jakby tego było mało, dawka energii, jaką pompuje do organizmu te niespełna 40 minut, podniesie ciśnienie nawet stetryczałemu leniwcowi z anemią. Dowodów kompozytorskiego geniuszu Watersa (szybko wypracował sobie charakterystyczne brzmienie gitary, tu obsługuje także bas) posłuchać można chociażby w „Alison Hell”, „W.T.Y.D.”, „Schizos (Are Never Alone)” czy „Human Insecticide”, ale prawdę mówiąc każdy kawałek zasługuje na uwagę, bo ilość chwytliwych riffów i błyskotliwe aranżacje robią potężne wrażenie. Alice In Hell to jest po prostu zajebiście wysoki poziom, osiągalny tylko dla nielicznych. Świetne rzeczy wyprawia Randy Rampage, który nie ogranicza się do agresywnego wrzeszczenia/śpiewania i wprowadza różne odjechane zaśpiewy, co szczególnie dobrze słychać w genialnym „Alison Hell”. Ponadto jego głos niesie ze sobą pierwiastek szaleństwa i czegoś nieprzewidywalnego, co kapitalnie wypada w połączeniu z zaawansowaną, diabelnie precyzyjną, przemyślaną w najdrobniejszym szczególe muzyką. Dzięki temu równowaga zostaje zachowana, a do płyty wraca się z radością. Nienaganna technika, bezbłędne kompozycje, znakomity wokal, porządna produkcja – to wszystko daje jeden z najlepszych thrash’owych albumów wszech czasów. Dzieło to ma tylko jedną wadę, która — o zgrozo! — wynika właśnie z jego ponadprzeciętnej zajebistości. Chodzi mi o to, że przy Alice In Hell pozostałe płyty Annihilator wypadają co najwyżej dobrze i nawet w połowie nie dostarczają takiej podniety, jak ta opisywana. Cóż, chyba chłopaki sami nie zdawali sobie sprawy z tego, jak genialny krążek popełnili.


ocena: 10/10
demo
oficjalna strona: www.annihilatormetal.com

podobne płyty:


Udostępnij:

23 marca 2010

Morbid Angel – Altars Of Madness [1989]

Morbid Angel - Altars Of Madness recenzja okładka review coverW historii death metalu jest kilka płyt, które w sposób znaczący wpłynęły na rozwój gatunku, inspirując tysiące kapel do zabrania się za właśnie taką formę muzycznej ekspresji. Można tu wymienić „Leprosy”, „Slowly We Rot”, „Deicide” czy „Left Hand Path”. Do tego zaszczytnego grona zaliczyć trzeba także Altars Of Madness – krążek wypełniony wyjątkowo sprawnie zagranym i nieźle, jak na ówczesne standardy, zrealizowanym ekstremalnym łomotem głównie w tempach szybkich i bardzo szybkich. Rzeźnia uskuteczniana przez czterech młodzieńców z Piekła rodem (czyli z Florydy) przykuwa uwagę od pierwszych sekund, a ten stan wzmożonego zainteresowania utrzymuje się u słuchacza już do końca albumu – przez całe 10 regularnych kawałków i 3 remixy na CD. Nie ma się zresztą czemu dziwić, bo to muzyka zagrana z pełnym zaangażowaniem, kipiąca od diabelskiej (także młodzieńczej) energii, na swój sposób chwytliwa, a przy tym cały czas brutalna, agresywna i „do przodu”. Cholernie podoba mi się tutaj fajna praca garów z częstymi/gęstymi blastami oraz owocująca prawdziwym zatrzęsieniem solówek gitarowa współpraca Azagthotha i Brunelle. Dobrze spisuje się także Vincent, który wyszczekuje słowa liryków (w tematykę nie trzeba nawet się zagłębiać, wszystko jest na wierzchu – wystarczy rzucić okiem na tytuły) niemal tak szybko jak Tom Araya, a to już spory wyczyn. Pakiet hitów, jaki niesie z sobą Altars Of Madness imponuje objętością, ja do największych „hajlajtów” zaliczyłbym „Chapel Of Ghouls” (Deeed, jor gad is ded… – kapitalnie się to podśpiewuje we wszelakich kolejkach…), „Maze Of Torment”, „Visions From The Dark Side”, „Immortal Rites” i „Evil Spells”. Wymieniłem połowę rozpiski, a to już o czymś świadczy… Zakończę w sposób banalny: jeśli ktoś mieni się fanem death metalu w czystej postaci, debiut Morbid Angel znać musi. I to nie tylko z okładki!


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.morbidangel.com

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

Obituary - Slowly We Rot [1989]

Obituary - Slowly We Rot recenzja reviewNie wiem jak wam, ale mnie Obituary już do śmierci — nieważne ich, czy mojej — kojarzyć się będzie z kolorem zielonym. Zgniło zielonym, gwoli ścisłości. A wszystkiemu winien jest rewelacyjny wprost debiut Amerykanów, który klimatem i otoczką sprowadza na słuchacza tak jednoznaczne konotacje. Wszystko obraca się wokół śmierci, rozkładu, agonii, pustki i niebytu… Nie oczekujcie jednak po tekstach jakichś głębszych przemyśleń. Nie ma także sensu doszukiwać się w nich drugiego dna, bo nawet to pierwsze właściwie nie istnieje. Tak czy inaczej tematyka poruszana w tytułach jest dla gatunku typowa. Co ważniejsze, daje to jakieś podstawy do tego, aby John mógł zaprezentować swoje niesamowite możliwości wokalne. A zaprawdę jest się czym pochwalić! Rzekłbym, że wymioty starszego z braci Tardy można porównać do ostatniego rozpaczliwego wrzasku pogrzebanego żywcem nieszczęśnika. I mniejsza już z tym, iż nie mam pojęcia, jak coś takiego w ogóle miałoby zabrzmieć. Mniemam jednak, że zestawienie jest wystarczająco obrazowe i przemawiające do wyobraźni? Schodząc na ziemię (czy raczej pod nią), już normalnie wam komunikuję, iż Jonhn w wyjątkowo młodym wieku doprowadził swój głos do ostateczności. Dość powiedzieć, że do dziś nikt nie osiągnął takiego efektu, choć garstka wytrwałych nieco się do niego zbliżyła. Napierducha na Slowly We Rot jest stosunkowo szybka (mając na uwadze ówczesne standardy), a przy tym prosta, dzika (czy nawet momentami chaotyczna), niezaprzeczalnie brutalna i przede wszystkim odarta z wszelkich upiększeń. Obok bezkompromisowej sieczki mamy jeszcze mocarne, okrutnie ciężarne zwolnienia, do grania których inni w tamtym czasie niezbyt się palili. W wykonaniu Obituary takie zabiegi zabijają, wystarczy wspomnieć o potwornie zdołowanym utworze tytułowym. Syf i brud zawarty w muzyce przełożył się również na brzmienie, które jest cholernie szorstkie i surowe, choć z czytelności wiele nie straciło. Wszystkie te składniki zebrane do kupy dają 35 minut pierwszorzędnego death’owego wyziewu prosto z otchłani Florydy. Musicie to mieć, choćby na przyszłość - tak się akurat składa, że debiut Nekrologu to idealny podkład do gnicia. Bo chyba nie wierzycie w życie wieczne?


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.obituary.cc

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

22 marca 2010

Terrorizer – World Downfall [1989]

Terrorizer - World Downfall recenzja okładka review coverMa ktoś ochotę na klasyczny grindowy wygrzew? Taaaak? W takim razie ja proponuję imponujący debiut Terrorizer. Na trzydzieści sześć minut tej bezsprzecznie zajebistej płytki składa się 16 mocnych kawałków, z których każdy następny jest osobnym tworem, a nie wariacją na temat poprzedniego. Stosunkowo różnorodne riffy ułatwiają wychwycenie swoich (przyszłych) ulubionych numerów. Ja wskazałbym szczególnie na kilka: „Human Prey”, „Resurrection”, „Need To Live”, „Injustice”, „Infestation”, „Dead Shall Rise”, „World Downfall”… Sporo? Tak, bo i jest z czego wybierać, zwłaszcza, że nikt tu amatorki nie odpierdala. No właśnie – skład. W momencie premiery było to kilku kumpli, teraz to już super-gwiazdy o kultowym statusie. Fakt jednak faktem, że wspólnie nagrali kawał soczystego łomotu. Muzyka jest szybka, ze sporą ilością punkowej furii i takiegoż feelingu, przy tym zagrana bardzo precyzyjnie. Jest tu wszystko: częste wybuchy blastowania Sandovala (które później stało się kanonem w gatunku), czytelne i agresywne wokale oraz gęste riffowanie – po prostu mieszanka wybuchowa, którą rozpoznaje się po kilku sekundach, i do której wraca się nie raz. Brzmienie jest żywe i zadziwiająco czytelne (zgadnijcie, gdzie nagrywali…), choć dziś pewnie na nikim nie zrobi wrażenia. Wrażenie natomiast robi produkowany przez chłopaków hałas, bo pomimo upływu lat ciągle prezentuje się znakomicie. Na koniec zabawna ciekawostka – norwescy wojownicy o czystość muzyczną (część z nich także o czystość „pozamuzyczną”) wykorzystali na swym wydawnictwie skradzione z wkładki zdjęcie Scotta Burnsa (takie małe i niewinne) jako ikony trendu i pozerstwa… Jeśli się dobrze orientuję, to Scott Burns trzyma się nieźle… inni, prawdziwsi i oświeceni, nie mieli tyle szczęścia.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/terrorizerofficial

podobne płyty:

Udostępnij: