facebook
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1989. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1989. Pokaż wszystkie posty

14 sierpnia 2014

Equinox – Auf Wiedersehen [1989]

Equinox - Auf Wiedersehen recenzja okładka review cover
Debiutancki krążek norweskich thrashersów niemal na dobre przepadł w mrokach dziejów. O kapeli wie niewielu, jeszcze mniej cokolwiek, kiedykolwiek słyszało, a fakt, że krążek wydano w nienajoczywistszym dla gatunku kraju, w czasach, kiedy na metalowej scenie działo się naprawdę wiele, choć niekoniecznie w thrashu, raczej nie ułatwił mu zadania. A szkoda, bo "Auf Wiedersehen" to naprawdę zabójczo dobry album, nie ustępujący na krok bardziej znanym wydawnictwom. Nieprzesadnie długi, bo trwający niecałe 40 minut, ale za to niesamowicie żywiołowo i agresywnie nagrany krążek kopie z mocą swoich starszych, amerykańskich kolegów z Bay Area, będąc przy tym nieco bardziej technicznym.

29 kwietnia 2014

Defecation – Purity Dilution [1989]

Defecation - Purity Dilution recenzja okładka review cover
Ktoś złośliwy albo zupełnie nieobeznany w temacie mógłby powiedzieć, że historia Defecation jest dużo ciekawsza niż muzyka tej kapeli. Moooże i jest w tym odrobina racji, bo początki zespołu to zlepek kilku dziwnych i niekiedy zabawnych przypadków, ale wartości "Purity Dilution" i wpływu tego albumu — choć obiektywnie daleko mu do jakichkolwiek wodotrysków — na rozwój grind core’a nie można przecenić. Panowie Mick (hurtowo niszczący naciągi w Napalm Death) i Mitch (gitara i wrzaski w Righteous Pigs) Harris w niecałe pół godziny wyrzucili z siebie mnóstwo — jak się okazuje nie do końca uwolnionej w macierzystych kapelach — agresji i wkurwienia, co przełożyło się na ostro dojebany materiał: szorstki, wulgarny i nader bezpośredni, a przy tym surowo brzmiący.

14 grudnia 2013

Watchtower – Control And Resistance [1989]

Watchtower - Control And Resistance recenzja okładka review cover
Gdyby miał powstać ranking najbardziej wpływowych a jednocześnie najbardziej niedocenionych zespołów w historii muzyki metalowej, Watchtower z pewnością trafiłby na podium owego rankingu, może nawet zajął pierwsze miejsce. Ten rok rozpocząłem (może nie dosłownie) recenzją debiutu Amerykanów, zakończę zaś (znów figura stylistyczna) ich drugim, i póki co – ostatnim, długograjem pt. "Control and Resistance". Nie skłamię wcale, jeśli napiszę, że Watchtower był bodaj najczęściej słuchaną przeze mnie kapelą w 2013 roku. Wydaje mi się również, że był najczęściej odkrywaną na nowo. Mimo iż oba albumy są mi znane lepiej niż dobrze, wielokrotnie łapałem się na uświadomieniu sobie prostego faktu, jak wiele zespołów zawdzięcza im swoją muzykę i swoje "popisowe numery".

23 listopada 2013

Blind Guardian – Follow The Blind [1989]

Blind Guardian - Follow The Blind recenzja okładka review cover
Wydany rok po debiutanckim "Battalions of Fear" tylko umocnił pozycję Niemców na metalowej scenie i udowodnił, że można grać speed/power bez żenującej otoczki i pedalskich melodyjek. I tak "Follow the Blind" podążył obraną wcześniej ścieżką zatrzymując to, co najlepsze i poprawiając niedociągnięcia. Stylistycznie albumy są bardzo do siebie podobne, utrzymane w nieco thrashującym klimacie, z tym wszakże, że "FtB" wydaje się bardziej bezpośredni niż debiut, który chyba, mimo całej swojej speedowej aparycji, aspirował do czegoś więcej, głównie za sprawą rozmaitych wtrętów i interludiów. "FtB" mknie do przodu bez pardonu przeplatając ze sobą motywy szybkie i nakurwy (oczywiście w ramach gatunku i w odniesieniu do swojej epoki). I w tym właśnie upatruję główną wadę krążka, a mianowicie: brak point.

26 czerwca 2013

Toxik – Think This [1989]

Toxik - Think This recenzja okładka review cover
Toxik się reaktywował i od jakiegoś czasu dochodzą mnie pogłoski o nowym albumie. Nie wiem, czy powinienem się z tego cieszyć — 24 lata poza biznesem to jednak sporo — bo doświadczenie pokazuje, że mało który zespół wychodzi z konfrontacji z czasem obronną ręką. W pełnym napięcia oczekiwaniu na rozwój wydarzeń można jednak śmiało sięgnąć po jedno z dzieł wcześniejszych, a mianowicie "Think This". Zmian w muzyce za wiele nie ma, co akurat nie przeszkadza, i całość w dalszym ciągu na kilometr jedzie szybkim, melodyjnym, a zarazem technicznym thrashem. Me gusta! Coś niecoś się jednak pozmieniało, bo dodano klawisze (których akurat specjalnie nie słychać) i skorzystano z usług innego gardłowego, a mianowicie Charlesa Sabina, który okazał się znajomkiem muzyków, a poza tym wirtualnie nie istnieje.

2 marca 2012

Xentrix – Shattered Existence [1989]

Xentrix - Shattered Existence recenzja okładka review cover
Energetycznego thrash’u nigdy za wiele, szczególnie podanego w najbardziej klasycznym wydaniu. Jeśli ktoś akurat cierpi głód takiej muzyki, to proponuję sięgnąć po któryś z (dwóch!) pierwszych albumów brytyjskiego Xentrix. Na debiutanckim "Shattered Existence" Angole wprawdzie nie proponują niczego wielce odkrywczego, jednak wymiatają na tyle sprawnie, inteligentnie i bez zmiękczaczy, że żaden fan Testament (pierwszy riff jest niemal żywcem przeniesiony z "The New Order"), Forbidden (zwarta praca sekcji, porywająca motoryka), Exodus (ogólna chwytliwość) i Metallicy (brzmienie) nie powinien przejść obok tej płyty obojętnie. Na korzyść Xentrix przemawia przede wszystkim hmm... W zasadzie trudno postawić na jeden konkretny element ich muzyki, więc napiszę, że gatunkowa spójność wszystkich pomniejszych składników.

17 czerwca 2011

Carcass – Symphonies Of Sickness [1989]

Carcass - Symphonies Of Sickness recenzja okładka review cover
Grindowej biblii część druga. To dzieło Carcass wchodzi mi znacznie lepiej, bowiem band pod każdym względem (może oprócz okładki) wyraźnie poszedł do przodu. Brzmienie nadal wpisuje się w podziemną konwencję: jest niskie, brudne, chropowate, ale tym razem bez problemu można wyodrębnić wszystkie instrumenty. Taki dość przejrzysty dźwięk uzyskano dzięki współpracy z Colinem Richardsonem, który umiejętnie ociosał muzyczną materię, choć mógłby nagrać wszystko ciut głośniej. Taki produkcyjny awans bardzo się przydał, bo i kompozycje (sama ich liczba spadła z 22 do 10) stały się dużo ciekawsze, bardziej przemyślane, inteligentne; więcej zmian tempa, więcej różnorodnych, czytelnych riffów (niektóre są naprawdę zajebiste – 'Embryonic Necropsy And Devourment', 'Slash Dementia', 'Exhume To Consume'...), więcej solówek, które nareszcie przypominają prawdziwe solówki, a nie zlepek przypadkowych sprzęgnięć.

8 listopada 2010

Pestilence – Consuming Impulse [1989]

Pestilence - Consuming Impulse recenzja okładka review cover
"Consuming Impulse" to pierwsza prawdziwie death’owa, odarta z bezpośrednich wpływów thrash’u produkcja wielkiego Pestilence. Radykalizacja w muzyce jest wyraźna: mniej tu melodii, a poziom brutalności zwiększył się znacząco, choć nie poszło za tym zwiększenie obrotów. To nie wszystko, bowiem w paru miejscach z agresywnego pnia wyrastają również gitarowe patenty niekoniecznie kojarzone z metalem (choć podane na ostro), za to solidnie udziwniające muzykę Holendrów. Album posiada dziwny, duszny, przesycony stęchlizną i nieco schizofreniczny klimat. Wpływ na to ma kilka czynników: wspaniale wykorzystane klawisze (najlepsze są w 'Suspended Animation' i 'Echoes Of Death'), wolne, zamulające tempa, brudne brzmienie, przytłaczająca produkcja (uzyskano efekt niewietrzonej latami piwnicy, tudzież bunkra), wspomniane gitarowe zagrywki oraz ekstremalne wokale.

5 sierpnia 2010

Annihilator – Alice In Hell [1989]

Annihilator - Alice In Hell recenzja okładka review cover
Annihilator debiutował dość późno, bo w momencie, gdy popularność takiej muzyki wyraźnie malała, a na salony po chamsku wpychał się death metal. Nie przeszkodziło to jednak Kanadyjczykom w stworzeniu materiału wybitnego. "Alice In Hell" powala mnie za każdym razem, zawiera bowiem wszystko, co doskonały thrash’owy album mieć powinien, a co każdy wymagający słuchacz uwielbia. Kawałki zawarte na tym krążku są bardzo dynamiczne, przeważnie szybkie, zróżnicowane, oryginalne, agresywne, pełne technicznych zagrywek, porąbanych solówek i niebanalnych melodii. Jakby tego było mało, dawka energii, jaką pompuje do organizmu te niespełna 40 minut, podniesie ciśnienie nawet stetryczałemu leniwcowi z anemią. Dowodów kompozytorskiego geniuszu Watersa (szybko wypracował sobie charakterystyczne brzmienie gitary, tu obsługuje także bas)

23 marca 2010

Morbid Angel – Altars Of Madness [1989]

Morbid Angel - Altars Of Madness recenzja okładka review cover
W historii death metalu jest kilka płyt, które w sposób znaczący wpłynęły na rozwój gatunku, inspirując tysiące kapel do zabrania się za właśnie taką formę muzycznej ekspresji. Można tu wymienić "Leprosy", "Slowly We Rot", "Deicide" czy "Left Hand Path". Do tego zaszczytnego grona zaliczyć trzeba także "Altars Of Madness" – krążek wypełniony wyjątkowo sprawnie zagranym i nieźle, jak na ówczesne standardy, zrealizowanym ekstremalnym łomotem głównie w tempach szybkich i bardzo szybkich. Rzeźnia uskuteczniana przez czterech młodzieńców z Piekła rodem (czyli z Florydy) przykuwa uwagę od pierwszych sekund, a ten stan wzmożonego zainteresowania utrzymuje się u słuchacza już do końca albumu – przez całe 10 regularnych kawałków i 3 remixy.

Obituary - Slowly We Rot [1989]

Obituary - Slowly We Rot recenzja okładka review cover
Nie wiem jak wam, ale mnie Obituary już do śmierci — nieważne ich, czy mojej — kojarzyć się będzie z kolorem zielonym. Zgniło zielonym, gwoli ścisłości. A wszystkiemu winien jest rewelacyjny wprost debiut Amerykanów, który klimatem i otoczką sprowadza na słuchacza tak jednoznaczne konotacje. Wszystko obraca się wokół śmierci, rozkładu, agonii, pustki i niebytu... Nie oczekujcie jednak po tekstach jakichś głębszych przemyśleń. Nie ma także sensu doszukiwać się w nich drugiego dna, bo nawet to pierwsze właściwie nie istnieje. Tak czy inaczej tematyka poruszana w tytułach jest dla gatunku typowa. Co ważniejsze, daje to jakieś podstawy do tego, aby John mógł zaprezentować swoje niesamowite możliwości wokalne. A zaprawdę jest się czym pochwalić! Rzekłbym, że wymioty starszego z braci Tardy można porównać do ostatniego rozpaczliwego wrzasku pogrzebanego żywcem nieszczęśnika.

22 marca 2010

Terrorizer – World Downfall [1989]

Terrorizer - World Downfall recenzja okładka review cover
Ma ktoś ochotę na klasyczny grindowy wygrzew? Taaaak? W takim razie ja proponuję imponujący debiut Terrorizer. Na trzydzieści sześć minut tej bezsprzecznie zajebistej płytki składa się 16 mocnych kawałków, z których każdy następny jest osobnym tworem, a nie wariacją na temat poprzedniego. Stosunkowo różnorodne riffy ułatwiają wychwycenie swoich (przyszłych) ulubionych numerów. Ja wskazałbym szczególnie na kilka: 'Human Prey', 'Resurrection', 'Need To Live', 'Injustice', 'Infestation', 'Dead Shall Rise', 'World Downfall'... Sporo? Tak, bo i jest z czego wybierać, zwłaszcza, że nikt tu amatorki nie odpierdala. No właśnie – skład. W momencie premiery było to kilku kumpli, teraz to już super-gwiazdy o kultowym statusie. Fakt jednak faktem, że wspólnie nagrali kawał soczystego łomotu. Muzyka jest szybka, ze sporą ilością punkowej furii i takiegoż feelingu, przy tym zagrana bardzo precyzyjnie.