Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2021. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2021. Pokaż wszystkie posty

29 stycznia 2023

Malignant Altar – Realms Of Exquisite Morbidity [2021]

Malignant Altar – Realms Of Exquisite Morbidity recenzja reviewDo czego to ludzie są zdolni, kiedy im się nudzi i mają za dużo pieniędzy. Jedni zakładają sobie jakieś lewe fundacje i zasrywają kraj prostacką kato-propagandą, inni kupują serwisy społecznościowe, żeby przywracać konta zbanowanym kolegom-kretynom, a jeszcze inni powołują do życia 68415 kapelę nawalającą staroszkolny death metal. Żeby za dużo nie rzucać kurwami, zajmę się tylko tą trzecią grupą.

Malignant Altar został powołany do życia w 2018 roku przez paru dosyć doświadczonych muzyków, którzy w trakcie swojej „kariery” przewinęli się przez kilka mniej lub bardziej znanych grup. Pograli chwilę, dorobili się dwóch demówek i debiutu, po czym już w 2022, przyciśnięci przez prozę życia, zakończyli działalność. W sumie norma, biografia jakich wiele. Chociaż… Ciekawostką może być fakt, że w zespół było zaangażowanych aż trzech kolesi, którzy byli/są związani z Oceans Of Slumber — a więc kapelą stylistycznie oddaloną od Malignant Altar o lata świetlne — a których wkład w Realms Of Exquisite Morbidity jest zdaje się największy.

Debiut MMalignant Altar to nieco ponad pół godziny pierwotnego death metalu jednoznacznie nawiązującego do początków lat .90 XX wieku i wczesnych nagrań Morbid Angel, Incantation, Bolt Thrower czy Autopsy. Amerykanie mają do zaoferowania dobrze przemyślane riffy, które raz miażdżą, raz śmigają, perkusję, która nawala bardzo gęsto, choć głównie w umiarkowanych tempach oraz wokalistę, który wydaje z siebie ledwo zrozumiałe pomruki. Całość podano na miarę obecnych czasów, dbając o odpowiednie proporcje między syfem a czytelnością. W sumie norma, płyta jakich wiele.

Oryginalność nie jest najmocniejszą stroną Realms Of Exquisite Morbidity i nie da się ukryć, że materiał Malignant Altar jakoś znacząco (w tym także poziomem) nie odbiega od tego, co z niezłym rezultatem produkują Tomb Mold czy Ossuarium. Album świetnie brzmi, wykonaniu nie można absolutnie niczego zarzucić (szczególne brawa dla perkmana, bo produkuje się w naprawdę wyszukany sposób), klimat starego death metalu jest mocno wyczuwalny, a kolejne utwory (z wyjątkiem niepotrzebnego ambientowego przerywnika) całkiem sprawnie wbijają się w czaszkę, mimo iż melodii w nich tyle, co kot napłakał.

Amerykanie na Realms Of Exquisite Morbidity zaserwowali kawał porządnego death metalu w dobrze znanym, ale i ostro przemielonym stylu. Album wchodzi gładko i słucha się go z dużym zainteresowaniem, ale… Główny i w zasadzie jedyny problem polega na tym, że zespół właściwie nie dorzucił do tej wyświechtanej formuły niczego od siebie (chyba, że gęsto mieszającego perkmana?). Sam wysoki poziom muzyki może nie wystarczyć, żeby o tym krążku pamiętano za kilka lat.


ocena: 8/10
demo
Udostępnij:

20 stycznia 2023

Sulphurous – The Black Mouth Of Sepulchre [2021]

Sulphurous - The Black Mouth Of Sepulchre recenzja reviewBrawo, brawo, brawo! Po ciepło przyjętym debiucie Friborg i Tunkiewicz nie mieli wyjścia i musieli uznać, że Sulphurous jest projektem na tyle wartościowym, żeby go kontynuować, a Dark Descent, żeby dalej inwestować w nich pieniądze. Dobra to decyzja, bo muzyka tego duetu staje się coraz ciekawsza i bardziej wciągająca, a przy tym mocniej odróżnia się od pozostałych kapel, w których maczają paluchy.

Między „Dolorous Death Knell” a The Black Mouth Of Sepulchre nie ma oczywiście przepaści, ale ogólny progres jest jak najbardziej odczuwalny. Sulphurous całkiem sprawnie rozwijają tu swój pomysł na obskurne granie i chociaż nie pozbyli się wszelkich obcych naleciałości (głównie Incantation i Autopsy – korzystają z nich z umiarem), to udało im się stworzyć coś w dużym stopniu rozpoznawalnego. Muzycy wzięli to, co było najlepsze na debiucie, rozbudowali, zagęścili, podkręcili tempo i podali w soczystej oprawie brzmieniowej. A wszystko to bez utraty wcześniejszego zgniłego klimatu.

Utwory są dość długie i rozwijają się raczej powoli, jednak nie są pozbawione gwałtownych zrywów i specyficznej dramaturgii, dzięki którym ewidentnie zyskały na wyrazistości i łatwiej się w nich zatopić. Mimo dużej spójności i podobnej konstrukcji, każdy kawałek ma w sobie coś charakterystycznego, czego później wyczekuje się przy kolejnych przesłuchaniach, więc o nudzie czy monotonii nie może być mowy. Podobnie jak na debiucie, mocnym punktem The Black Mouth Of Sepulchre są pozbawione lukru melodie oraz nawarstwiające się solówki, które nieraz ciągną się i przez pół numeru. No właśnie, solówki… W tej kwestii Sulphurous również się rozwinęli, bo gitarowym popisom towarzyszą także perkusyjne (co najlepiej słychać w końcówkach „Emanated Trepidation” czy „Shadows Writhing Like Black Wings”), przez co muzyka brzmi intensywniej i bardziej technicznie.

Sulphurous na The Black Mouth Of Sepulchre udowodnili, że z tej, było nie było, oklepanej formuły można jeszcze sporo wycisnąć, wystarczy tylko mieć do niej odpowiednie (nieortodoksyjne) podejście i odrobinę odwagi, żeby zrobić coś inaczej. Ja w każdym razie jestem bardzo ciekaw, w jakim kierunku rozwiną się na następnym krążku.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Sulphurous-1830777203674450/

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

14 stycznia 2023

Hyperdontia – Hideous Entity [2021]

Hyperdontia - Hideous Entity recenzja reviewByłem niezwykle ciekaw, co też muzycy Hyperdontia wysmażą na następcy wyjątkowo udanego debiutu, o ile oczywiście wcześniej nie rozejdą się w cholerę do innych zajęć, na brak których raczej nie narzekają. Pierwsza dobra wiadomość – nie rozeszli się. Druga dobra wiadomość – nie zawiedli oczekiwań, a już na pewno nie rozczarowali. Hideous Entity jest kolejnym świetnym albumem w ich dorobku, choć, co zaskakujące, nieco innym od „Nexus Of Teeth”. I od Incantation.

Na swojej drugiej płycie ta międzynarodowa ekipa wyraźnie oddaliła się od surowej stylistyki debiutu oraz ich głównej inspiracji, co moim zdaniem tylko wyszło im na dobre. Choć bez wprowadzania rewolucyjnych zmian, zespół poszedł w zindywidualizowanym kierunku, więc nie mam obaw, że Hideous Entity przepadnie w zalewie podobnych wydawnictw. Wciąż mamy do czynienia z ponurym i klasycznym w formie death metalem, ale podanym za pomocą mocniej zróżnicowanych i ciekawszych środków wyrazu. Hyperdontia bardzo słusznie zachowali znaną z „Nexus Of Teeth” czytelność muzyki oraz podejście do riffów, rozwinęli natomiast struktury oraz zmysł melodyczny.

Hideous Entity to osiem rozbudowanych i zgrabnie zaaranżowanych utworów, które oprócz typowej death’owej sieczki zawierają sporo czepliwych momentów („Grinding Teeth” i „Impervious Veil” są wręcz zadziwiająco chwytliwe) i przyjemnych urozmaiceń, dzięki którym płyta Hyperdontia, choć wewnętrznie spójna, nie zamienia się w jednolitego kloca. Duża w tym zasługa klasycznie potraktowanych solówek, dobrze obliczonych zmian tempa (Tunkiewicz cacanie reguluje dynamikę numerów) oraz… efektownych partii basu. Już samo wspomnienie o obecności basu w kontekście tak grającego zespołu może dziwić, tymczasem Malik Çamlica dostał na tyle dużo swobody i przestrzeni, że tu i ówdzie (choćby w „Beast Within” i „Snakes Of Innards”) pozwolił sobie na solówkę. Może to i nie ten poziom, co Beyond Creation i Obscura, ale wyszło fajnie i do pewnego stopnia oryginalnie.

Teksty na Hideous Entity są napisane trochę lepiej niż te na debiucie, jednak dalej w żaden sposób nie odbiegają od deathmetalowych standardów. Ot jakiś pretekst, żeby wokalista nie musiał się ograniczać do monosylab. Co innego brzmienie materiału, bo tu różnice szybko rzucają się w uszy. Na drugiej płycie muzyka Hyperdontia zyskała na głębi i ciężarze, przez co z większą mocą trafia do słuchacza. Poszczególne instrumenty brzmią pełniej i czyściej (tu ponownie trzeba zwrócić uwagę na bas), a mimo to całość nie straciła podziemnego charakteru.

Muzycy Hyperdontia doskonale wiedzą, jak powinien przebiegać rozwój zespołu: stopniowo, bez ciśnienia i w niewymuszony sposób. Zmian nie musi być dużo, ważne, żeby były odczuwalne i miały realny wpływ na końcowy rezultat. To dlatego na Hideous Entity wszystko się zgadza.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/hyperdontia

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

24 grudnia 2022

Aeon – God Ends Here [2021]

Aeon - God Ends Here recenzja reviewZacznę z grubej rury i powiem, że jest to najlepszy album w dorobku Aeon.

Od ostatniej płyty minęło prawie 10 lat i można śmiało rzec, że się zmieniło dosłownie wszystko, łącznie z resztkami normalności na świecie. Próbując się dowiedzieć przyczyn tak długiej absencji, okazało się, że poza ciągłymi zmianami składu z przyczyn czy to rodzinnych, czy też zdrowotnych, ekipa tak naprawdę wróciła do pełnej formy dopiero w 2019 r. Przy okazji też doczytałem ciekawostkę, że powody, dla których teksty są antychrześcijańskie wynikają z prozaicznej przyczyny – otóż wokalista bywał za młodu regularnie nachodzony przez sąsiadów, którzy byli świadkami Jechowy… i dalej chyba nie muszę tłumaczyć.

Z powodu globalnej pandemii, płyta była nagrywana w domowych studiach, co też jest mocnym znakiem czasów, gdyż efekt końcowy jest perfekcyjny brzmieniowo – posiada odpowiednią proporcję brudu i klarowności. Tradycji stało się zadość i po raz kolejny mamy instrumentale na płycie, w rekordowej ilości pięciu sztuk. Byłbym jednak szczerze rozczarowany, gdyby ich nie było wcale. Są one tym razem operowe, jak w filharmonii.

Pierwsze intro, otwierające płytę, jest wręcz triumfalne, jakby chciało zapytać słuchaczy „czy tęskniliście za nami?” I trudno jest nie odpowiedzieć pozytywnie, jak szybko dostajemy kilka wstępnych petard na rozgrzewkę. Wokal brzmi bardziej nieludzko niż wcześniej. Nie zrezygnowano z duo-wokalu, ale skrzek jest w zdecydowanym odwrocie i nawet jak się pojawia, to jest przyćmiewany przez główny, groźny, prowadzący wokal. Pojawiają się ponadto różne rodzaje zarówno growlów, jak i skrzeków, więc jest w czym wybierać.

Po drugiej wstawce instrumentalnej, kolejna szybka partia, ale zdecydowanie bardziej opierająca się na motoryce Thrash Metalu, podobnie zresztą jak współczesny Cannibal Corpse, choć nie aż tak brutalnie i zdecydowanie bardziej przystępnie. I tutaj dochodzę do luźnej refleksji, że zespół poszerzył wachlarz sztuczek, albowiem inspiracje nie są już tak jednoznaczne i bezczelne, jak to bywało wcześniej.

Aż prawie się chce powiedzieć, że pojawiają się riffy czysto aeonowe i że można mówić o doborze melodii charakterystycznych dla tej grupy, zwłaszcza po trzecim instrumentalu, na czele z bardzo wzniosłym i dumnym „God Ends Here”. Elementy orkiestralne bynajmniej nie ujmują ciężarowi utworu. Zresztą, reszta trzeciej części podąża tym samym, umiarkowanym śladem, z tendencjami do przyśpieszania.

Ostatnia, czwarta część płyty preferuje spokojniejsze tempa, choć wciąż nie mniej agresywne, przy dominującym morbidangelowym Groove w utworach. Nie zabrakło też typowego aeonowego refrenu, tym razem przy „Just One Kill”. Kończący płytę track ma własne intro i jest typowym epickim walcem, jakie się zwykło dawać na koniec.

Jest pewien szok, że album trwający 50 minut tak szybko schodzi, zanim się ktokolwiek połapie. Nie nudziłem się przez ani jedną sekundę trwania muzyki. Jest energia, jest siła, jest moc. Jeśli ktoś nie zna grupy, to może zacząć swoją przygodę od tego materiału.


ocena: 8,5/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/aeon666

inne płyty tego wykonawcy:

>
Udostępnij:

9 listopada 2022

Vomit The Soul – Cold [2021]

Vomit The Soul - Cold recenzja reviewPrzyznaję, że początkowo uznałem powrót Vomit The Soul po dziesięcioletniej przerwie za kompletne nieporozumienie – po jakiego wała im to potrzebne, nikt po nich nie płakał, swoje już zrobili, niech się teraz młodzi wykazują, itp., itd. Szanowałem ich za dokonania z przeszłości, więc nie uśmiechało mi się patrzenie na to, jak się błaźnią na stare lata. Okazało się, że nie doceniłem potencjału Włochów, bo Cold to nie tylko ich najlepszy album, ale i jeden z największych wyziewów w ramach brutalnego death metalu, z jakimi miałem styczność w ostatnim czasie.

Na Cold wszystko jest podporządkowane czystej, niczym nie pudrowanej brutalności. Szybkie tempa, gęste struktury i jeden wielki bulgot. Jakby tego było mało, Włosi podciągnęli się warsztatowo, więc od strony technicznej również niekiepsko wywijają. Ogólny poziom intensywności muzyki jest zatem zajebiście wyśrubowany i momentami aż trudno sobie wyobrazić, w jaki sposób można by to jeszcze podkręcić nie zatracając resztek czytelności. Vomit The Soul nie przewidzieli żadnej taryfy ulgowej dla mniej wyrobionych słuchaczy, którzy potrzebują czasu, żeby się oswoić z takim hałasem. Cold to jedna z tych płyt, których brutalność w pewnym momencie przytłacza i fizycznie męczy.

To, że Vomit The Soul po przerwie zaproponowali trochę bardziej zaawansowaną muzykę, nie oznacza, że nagle naszło ich na unowocześnienie stylu i wciskanie sweepów w co drugi riff. Nic z tych rzeczy, Włosi trzymają się dotychczasowej, sprawdzonej formuły i korzystają z tego, czego nauczyli się przez lata, a skoro potrafią więcej, to i grają więcej, w dodatku z pewną dbałością o różnorodność materiału. Szczególnie miłym urozmaiceniem są nawiązania do klasyki brutalnego death metalu w typie pierwszych płyt Cryptopsy, które zespół sprawnie powplatał w ten nowojorsko-kalifornijski łomot.

Do realizacji Cold w zasadzie nie mogę się przyczepić – krążek brzmi tak, jak tego oczekuję od rozsądnie wyprodukowanego brutalnego death metalu. Wprawdzie wydaje mi się, że brzmienie „Apostles Of Inexpression” było nieco tłustsze, ale też nie jestem przekonany, czy tamten sound również sprawdziłby się przy muzyce mocniej naszpikowanej zmianami tempa. Jedno przesłuchanie Cold w zupełności wystarczyło, żeby mój brak wiary w Vomit The Soul całkowicie wyparował. Teraz zżera mnie ciekawość, co też wysmażą z drugim gitarniakiem i Davide Billia, który ostatnio zastąpił oryginalnego perkusistę.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/vomitthesoulbrutal

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

28 października 2022

Pyrexia – Gravitas Maximus [2021]

Pyrexia - Gravitas Maximus recenzja reviewLubię Pyrexia, a przynajmniej staram się lubić, choć sam zespół wcale mi tego nie ułatwia. Wiele można o Amerykanach napisać, ale na pewno nie to, że potrafią utrzymać równą formę i każdy ich album wgniata w podłoże. Sympatia sympatią, ale są pewne granice i dlatego do przesłuchania Gravitas Maximus zabierałem się z ociąganiem, umiarkowaną ciekawością i bez wielkich oczekiwań. Dobrze na tym wyszedłem, bo to ich najbardziej przekonujący materiał od czasu „Age Of The Wicked”.

Płyta jest krótka, bardzo krótka, jednak w przypadku Pyrexia zakładanie z góry, że dzięki temu będzie ostro jebać czachę, jest z nadużyciem i przejawem naiwności. Wszak bardzo podobne objętościowo „Unholy Requiem” i „System Of The Animal” nawet nie tyle nie szarpały jelit, co potrafiły usypiać (zwłaszcza ta pierwsza). Z Gravitas Maximus sprawa wygląda na szczęście zdecydowanie inaczej – album ma w sobie więcej życia, bardziej nośnych aranżacji, jest urozmaicony pod względem dynamiki (czyżby zasługa nowego perkmana?), a przede wszystkim – nie nudzi i nie zamula.

Muzycy Pyrexia prawie nie dają słuchaczowi chwili na wytchnienie, a jeśli już trochę zwalniają obroty, to tylko po to, żeby po chwili uderzyć z jeszcze większą mocą albo rozkręcić jakiś konkretny groove. Tu jakiś blaścik, tam rytmy charakterystyczne dla późnego Broken Hope, a gdzie indziej mielonka w najniższych rejestrach. Nie ma w tych zabiegach wielkiej filozofii, ale już tyle wystarcza, żeby płyta nie stała się płaska i jednowymiarowa. Ponadto Gravitas Maximus może się pochwalić całkiem niezłym poziomem chwytliwości (szczególnie wybija się „The Day the Earth Shook (Survival Of The Fittest)” – trafiła się w nim nawet szczątkowa melodia), co w brutalnym death metalu nie jest znowu takie oczywiste. Innymi słowy mamy do czynienia z materiałem pod każdym względem ciekawszym od poprzedniego.

Pozytywne wrażenie dopełnia dobra produkcja albumu, która w naturalny sposób podkreśla brutalność muzyki. Każdy instrument jest doskonale słyszalny (w tym także bas), a całość brzmi ciężko i zajebiście gęsto, choć nie smoliście.

Gravitas Maximus to osiem utworów, za które udanie skupiają uwagę, i za którymi chętnie się podąża. Płyta mile zaskakuje, ale i rodzi pytania, czy następnym razem Pyrexia poradzi sobie równie dobrze. Ja trzymam za nich kciuki!


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/PYREXIADEATHMETAL



Udostępnij:

10 października 2022

Occulsed – Crepitation Of Phlegethon [2021]

Occulsed - Crepitation Of Phlegethon recenzja reviewTak sobie patrzę na skład Occulsed i zastanawiam się, komu ten zespół jest tak naprawdę potrzebny do szczęścia – i mam tu na myśli ludzi za niego odpowiedzialnych. No serio, jeśli zebrać do kupy wszystkie składy, w które ci trzej Amerykanie są/byli zaangażowani, to wychodzi grubo ponad sto (!) nazw, przy czym absolutnym rekordzistą jest perkusista Jared Moran aktywnie „umoczony”, w momencie pisania, w ponad 40 bardzo lub jeszcze bardziej podziemnych aktów. Z kolei głównodowodzącym i największą gwiazdą (a nawet sellingpointem) kapeli jest Justin Stubbs, grający na co dzień w Father Befouled i Encoffination, które można potraktować jako wskazówkę tego, jak wygląda styl Occulsed.

Amerykanie mają do zaoferowania niewiele ponad pół godziny syfiastego, pierwotnego i brutalnego death metalu z wyraźnym dodatkiem doom, którego korzenie tkwią na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego wieku. Crepitation Of Phlegethon to muzyka chaotyczna, brudna, gęsta oraz, przynajmniej w założeniach, nieprzystępna i odpychająca. Zero upiększeń, subtelności czy puszczania oka do mniej wyrobionych słuchaczy. Occulsed całkiem sprawnie łączą w utworach wpływy Immolation, Incantation, Infester, Rottrevore, Baphomet czy Morpheus Descends, które wzbogacają własnymi doświadczeniami, ponurym klimatem i bulgotliwym, kompletnie niezrozumiałym wokalem. Nie jest to aż tak proste granie, jakby to mogło wynikać z ogólnej obleśności stylu, bo z każdym kolejnym przesłuchaniem łatwiej przychodzi wyłapywanie rozmaitych niuansów, ale faktem jest, że mamy tu do czynienia z pewną nadwyżką umiejętności.

Crepitation Of Phlegethon brzmi surowo i mętnie, wręcz demówkowo – a chodzi mi o demówki sprzed 30 lat. I to jest akurat zaletą, bo niechlujny i zamulony sound pasuje do takiej muzyki wprost idealnie, podkreśla jej brutalność i undergroundowy charakter. Że to zwykły hałas? Może i tak, ale intencjonalny.

Jedyny problem, jaki widzę w Crepitation Of Phlegethon dotyczy kawałków instrumentalnych. Pal licho intro, bo jest krótkie, ale już pozostałe dwa budzą niesmak i służą nabijaniu licznika. Jest to o tyle przykre, że początek „The Glory Of Woe” to konkretny posępny doom, a po minucie przechodzi w niestrawne brandzlowanie na akustyku. Nudne to i niepotrzebne.

Debiut Occulsed mogę polecić wszystkim, którzy jeszcze nie rzygają kolejnymi podobnymi kapelami kultywującymi idee pierwotnego death metalu. Zespół zrobił co się dało, żeby materiał brzmiał i wyglądał jak sprokurowany 30 lat temu. Wprawdzie pod względem chwytliwości trochę mu brakuje do klasyków, ale i tak wchodzi nawet lepiej, niż to sobie twórcy wymyślili.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/occulsed
Udostępnij:

28 września 2022

Deviant Process – Nurture [2021]

Deviant Process - Nurture recenzja reviewSeason of Mist przynajmniej od dekady mają niezłego nosa do kapel grających techniczny/progresywny death metal i regularnie dają szansę zaistnienia nowym/nieznanym przedstawicielom tego stylu, dzięki czemu zgromadzili w swoim katalogu kilka naprawdę mocnych nazw, z którymi należy się liczyć. Niedawno do tego grona dołączyli Kanadyjczycy z Deviant Process, który zaliczyli już bardzo udany — i kompletnie zignorowany — debiut w barwach PRC Music. Nie wiem, na ile jest to przypadek, a na ile pomysł na siebie, ale podobnie jak w przypadku „Paroxysm” za niezbyt zachęcającą okładką płyty kryje się imponująca rozmachem muzyka.

Obie płyty dzieli aż pięć lat, w międzyczasie zespół wymienił sekcję rytmiczną, ale ani czas, ani nowi ludzi nie odmienili oblicza Deviant Process tak bardzo, jakby się mogło wydawać. Nie żeby stanęli w miejscu; oni po prostu zaczynali z cholernie wysokiego poziomu i z jasno określoną koncepcją, więc jakakolwiek zauważalna ewolucja mogła dotyczyć wyłącznie detali i umiejętności technicznych. Ja bym to streścił do stwierdzenia, że stali się bardziej pojebani i kanadyjscy – bo elementy charakterystyczne dla Augury i Martyr pojawiają się jakby częściej i uzupełniają wcześniejsze wpływy Obscura, Beyond Creation czy Hieronymus Bosch. I tu pojawia się pierwszy hmm… problem to może za dużo powiedziane, ale… Na Nurture nastąpiło przesunięcie akcentów w kierunku progresji i iście jazzowego szaleństwa kosztem brutalności i ogólnego ciężaru. W żadnym wypadku to nie jest pitolenie (tempa bywają zabójcze, a czystych wokali brak), ale nie da się ukryć, że „Paroxysm” miał więcej dołu i pierdolnięcia, choć był odrobinę wolniejszy. Zgaduję, że te progresywne wtręty i akustyczne pasaże — oprócz tego, że są kolejnym juz urozmaiceniem — służą złapaniu oddechu (osobną kwestią jest komu – słuchaczom czy muzykom), jednak chłopaki mogli je nieco ograniczyć.

Deviant Process stawiają na długie, rozbudowane i wielowątkowe utwory, w których dzieje się dużo, bardzo dużo. Nie da się ukryć, że Nurture może przytłoczyć ilością bodźców, bo nie dość, że same kawałki mają skomplikowane struktury i są konkretnie popieprzone, to jeszcze w ich ramach poszczególni muzycy wyczyniają nieliche fikołki. Wydaje się, że granie unisono jest poniżej ich ambicji i godności. Warsztatowo jest to poziom najwyższy z możliwych, techniczne ograniczenia zdają się dla Deviant Process zwyczajnie nie istnieć. Jak nietrudno się domyśleć, intensywność i rozmach, z jakimi mamy do czynienia na Nurture, sprawiają, że przy pierwszych przesłuchaniach części patentów nawet nie zarejestrujemy, a inne jeszcze długo pozostaną zagadką. Tej płycie naprawdę trzeba poświęcić trochę czasu, żeby ją w miarę dokładnie poznać. I z tym niektórzy mają problem, bo poza technicznym mętlikiem nie są w stanie niczego zapamiętać. Z całą pewnością nie jest to muzyka, którą łapie się w lot, by później bezwiednie tupać przy niej nóżką, ale czy właśnie tego należy oczekiwać/wymagać od technicznego death metalu? Przebojów radzę szukać gdzie indziej.

Przez 43 minuty pięknie brzmiącego Nurture Kanadyjczycy jednoznacznie udowadniają, że potrafią zaszaleć i skrajnie skomplikowane granie nie ma przed nimi żadnych tajemnic. Wydawałoby się, że siedem utworów takiej jazdy bez trzymanki to dosyć wrażeń, a mimo to Deviant Process postanowili zamknąć album coverem ziomków z Obliveon – wykonanym bez zarzutu, ale raczej niepotrzebnym, bo na tym poziomie nie muszą szpanować, że potrafią gładko rozpracować Obliveon.

Gorąco polecić Nurture mogę tylko tym nielicznym, którym ciągle mało zadziwiającego techniką ambitnego wymiatania – tu jest się na czym skupić i co odkrywać. Pozostali lepiej niech zaczną od debiutu, będzie odrobinę lżej.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/deviantprocess

podobne płyty:


Udostępnij:

15 sierpnia 2022

Cathexis – Untethered Abyss [2021]

Cathexis - Untethered Abyss recenzja reviewAmerykański Cathexis po dekadzie działalności, głównie w oparciu o zasady DIY, doczekał się punktu zwrotnego w swojej karierze, bo właśnie tym jest ich debiut w barwach Willowtip. Zespół miał już w dorobku dwa materiały wydane własnym sumptem — z drugim, „Pillar Of Waste”, miałem nawet dłuższą styczność — ale żaden z nich nie był na tyle udany czy choćby intrygujący, żeby mogli się z nim przebić do świadomości fanów death metalu. Co innego wydany po ośmiu latach przerwy Untethered Abyss – ten można śmiało traktować jako przełom pod względem jakości i wyrazistości muzyki.

O tym, że zespół nie przebimbał ostatnich lat można się przekonać już w trakcie pierwszego utworu, bo progres techniczno-kompozytorski jest więcej niż oczywisty, ponadto wyczuwalna jest również chęć pokazania się z ambitniejszej i mniej oczywistej strony. Na Untethered Abyss szybko na powierzchnię przebijają się mocne fascynacje Gorguts — zwłaszcza z „Obscura”, „From Wisdom To Hate” i „Colored Sands” — które, już w mniejszym stopniu, są uzupełnione wpływami m.in. Immolation czy późnego Hate Eternal. W sensie ogólnym nie jest to wprawdzie nic nowego, ale jak na Teksas, skąd chłopaki pochodzą, to takie połączenie wypada całkiem oryginalnie. Zresztą, inspirowanie się Gorguts to jedno, a umiejętność zagrania jak Kanadyjczycy, to coś zupełnie innego. Cathexis wychodzi to bardzo sprawnie; materiał jest przepełniony dysonansami, urozmaicony rytmicznie i dość wymagający.

Podoba mi się, że w muzyce zachowano balans między czystą brutalnością a technicznymi męczarniami, dzięki czemu uniknięto monotonii wynikającej z przegięcia w jedną stronę. Na plus trzeba również zaliczyć zwartość kompozycji — Untethered Abyss zamknięto w 32 minutach — bo nawet najdłuższy na płycie walcowaty „Library Of Babel” nie jest przeciągnięty, mimo iż może męczyć w typowo „gorgutsowy” sposób. Szkoda tylko, że większości utworów brakuje trochę charakterystycznych motywów i ociupinki jakiejś pojebanej przebojowości. Wyjątkiem jest (prawie) chwytliwy „Harrowing Manifestation” z paroma prostszymi i fajnie bujającymi fragmentami. No, ale nie po to gra się takie wygibasy, żeby dać się rozgryźć po pierwszym przesłuchaniu.

Produkcję Untethered Abyss na pewno docenią fani pewnego kanadyjskiego zespołu na G — swoją drogą odpowiada za nią członek owego zespołu — bo jest naturalna i zajebiście czytelna, choć dla niektórych może być zbyt sucha. Cathexis mają w składzie dwóch gitarzystów grających różne rzeczy, a Colin Marston dopilnował, żeby było to słychać, niezależnie od tego, w jakim tempie wywijają paluchami po gryfach. Podobnie sekcja rytmiczna – każdy instrument ma dość przestrzeni i pracuje wyraźnie.

Untethered Abyss to dla zespołu dobry punkt wyjścia do dalszego rozwoju, bo z takim zapleczem technicznym i wsparciem niezłej wytwórni mogą sobie pozwolić na wiele. Na początek wystarczy, żeby popracowali nad wyróżnikami poszczególnych utworów, później powinno już pójść z górki.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/CathexisTexas

podobne płyty:

Udostępnij:

9 sierpnia 2022

Diabolizer – Khalkedonian Death [2021]

Diabolizer - Khalkedonian Death recenzja reviewDiabolizer to grupa, która już od pewnego czasu działa na scenie tureckiego death metalu, jednak dla wielu może okazać czymś kompletnie nowym, bo Khalkedonian Death jest dopiero ich pełnoczasowym debiutem. Mimo iż zespół funkcjonuje nieprzerwalnie od dekady, jego dorobek jest dość skromny i ogranicza się do demówki/singla, epki i opisywanej płyty. Ten stan rzeczy można łatwo wytłumaczyć zaangażowaniem poszczególnych muzyków w kilka innych, o wiele aktywniejszych i lepiej znanych kapel, że wymienię tylko Decaying Purity, Burial Invocation, Engulfed i Hyperdontia.

To właśnie skład Diabolizer sprawia, że początkowo nie do końca wiadomo, czego można się po chłopakach spodziewać, bo na logikę w grę wchodzi albo typowo amerykański brutal death, albo klimatyczna grobowa mielonka z nutką Incantation. Tymczasem zespół proponuje szybki i agresywny death metal w duchu Malevolent Creation, Sinister czy Vomitory – dynamiczny, zróżnicowany i bezpośredni. Turecka ekipa nawet na sekundę nie próbuje odchodzić od klasycznych wzorców, co z jednej strony sprawia, że Khalkedonian Death chłonie się jak materiał znany od lat, a z drugiej, że niczym specjalnym nie zaskakuje i jest przewidywalny. Na tą „drugą stronę” jestem skłonny przymknąć oko, bo i takie granie jest czasem bardzo potrzebne, zwłaszcza kiedy trzyma wysoki poziom i potrafi dostarczyć sporo radochy.

Umiejętności muzyków, co oczywiste, są bez zarzutu, co jednak nie oznacza, że chłopaki mają ciągoty do komplikowania utworów tudzież popisywania się. Wprawdzie Diabolizer mają do zaoferowania stosunkowo długie kawałki (średnia długość wynosi prawie 6 minut), ale są one zbudowane z prostych elementów i z dużą dbałością o dynamikę, natomiast bez technicznego szaleństwa i pozagatunkowych dziwactw – jak klasyka, to klasyka. Do tradycji (choć nowszej – początek lat dwutysięcznych) odwołuje się również brzmienie Khalkedonian Death: mocne, czytelne i przybrudzone tyle, ile trzeba – do takiego grania wprost idealne.

Jedyny poważny minus, jaki przychodzi mi do głowy w związku z Khalkedonian Death, to długość tego materiału – aż 46 minut. W tym stylu optymalne wydaje się 35 minut, Turków natomiast trochę poniosła wena i natrzaskali o wiele więcej. W przypadku Diabolizer nie chodzi nawet o wywalenie któregoś kawałka, co raczej o przycięcie wszystkich, zwyczajne ograniczenie liczby powtórzeń niektórych partii – wtedy płyta zyskałaby na pierdolnięciu, a po wszystkim wywoływałaby niedosyt zamiast pewnej ulgi. Cóż, może następnym razem przygotują bardziej zwarty materiał.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/diabolizer
Udostępnij:

19 lipca 2022

Blood Red Throne – Imperial Congregation [2021]

Blood Red Throne - Imperial Congregation recenzja reviewDziesiąta, jubileuszowa płyta tzw. Norweskiego True Death Metalu. Z oryginalnych założycieli formacji pozostał już tylko Daniel Olaisen, którego idea pokazania, że Norwegia nie tylko Black Metalem stoi, jest ciągle żywa i aktualna.

Przyznam szczerze, że nigdy nie pałałem specjalną miłością do tej marki, zwłaszcza że mój pierwszy kontakt z ich twórczością dotyczył okresu, kiedy byli w Earache, który uważam za najsłabszy w historii grupy. To i też, gdy zdobyłem sobie ich najnowsze dzieło kompletnie w ciemno, miałem lekką obawę, zwłaszcza że ich poprzedni album („Fit to Kill”) wydawał mi się nudny i siermiężny w swej brutalności.

Dlatego bardzo mile zaskoczyło mnie to, co usłyszałem. Imperial Congregation postawił na klimat z czasów pierwszych płyt, bez sieki ze środkowego okresu działalności czy plagiatowania m.in. Slayera. Kompozycje zostały ubrane w precyzyjniejszą formę, dodane zostały chwytliwe riffy (posypane Groove), połączone z refrenowym solówkami, tworząc śmiertelną i jakże przystępną kombinację. Już przy pierwszym przesłuchaniu rzuciły mi się w ucho takie diamenty jak „Itika”, „Inferior Elegance”, a w następnych „We All Bleed” oraz (wg mnie najlepszy) „6:7”, przywodzący na myśl Deicide, ale z dominującymi wpływami Thrash. Nie byłby to też prawdziwy norweski zespół, gdyby nie miał od czasu do czasu charakterystycznie zagranej skandynawskiej melodii, jak w otwierającym, tytułowym tracku czy wieńczącym płytę, 7-minutowym opus magnum „Zarathustra”.

Jak na prawie-Brutalny Death Metal, to nie da się zaprzeczyć, że całościowo brzmi to bardzo… przebojowo. Nie wiem na ile wpływ na to miało przejście do stajni Nuclear Blast (mam wrażenie jakby każdy zespół, który lubię, należał obecnie do tej wytwórni), a na ile jest to po prostu efekt większej pracy włożonej w skomponowanie materiału. Można oczywiście trochę ponarzekać, że większość piosenek jest opartych na podobnym schemacie albo ma podobny do siebie początek, ale też nie każdy potrafi być równie zróżnicowany jak np. Edge of Sanity.

Bardzo cenię sobie również wokal – niby zwyczajny growl, ale wykonany w perfekcyjny sposób i idealnie dopasowujący się do reszty. I choć przyznaję bez bicia, że prawdopodobnie nie rozpoznałbym zespołu, gdyby mi ktoś ich puścił losowo z innymi tego typu grupami (jak np. Sinister), to i tak nie nazwałbym tego muzyką wtórną. Co do zasady wolę rezerwować to określenie na płyty, które mnie męczą przy słuchaniu i których nie chce się słuchać więcej, niż kilka razy na rok, albo rzadziej.

Po raz kolejny więc mam do czynienia z czymś, co nie jestem w stanie określić inaczej niż słowem „sympatyczny” (tak, mnie też to razi). Jest to bardzo przyjemna muzyka, której nie mam nic do zarzucenia, mimo iż nie jest to coś, co wyróżniałoby się w sposób wyraźny na tle innych, podobnych produkcji. Jest to też zdecydowanie jedna z lepszych płyt Blood Red Throne. Można powiedzieć, że przesadzam, dlatego lepiej by było, abyście sami sprawdzili i się przekonali.


ocena: 8/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/BloodRedThroneOfficial

Udostępnij:

16 czerwca 2022

Cenotaph – Precognition To Eradicate [2021]

Cenotaph - Precognition To Eradicate recenzja okładka review coverJeśli mnie pamięć nie myli, to Cenotaph nigdy nie nagrał dwóch płyt w takim samym składzie i Precognition To Eradicate nie jest tu żadnym wyjątkiem. Jedynym ludzkim łącznikiem z poprzednią jest osoba wokalisty Batu Çetina, który odpowiada za nazwę, teksty i ogólny kierunek artystyczny. Nie da się ukryć, że ten brak stabilności wpływa hamująco na karierę kapeli – wiąże się z długimi przerwami wydawniczymi oraz niepewnością u fanów, bo raz po raz muszą zadawać sobie pytanie, czy zespół rozleciał się na dobre, czy może jednak to tylko chwilowe zamieszanie i wkrótce powróci z odpowiednią mocą i na odpowiednim poziomie. Cóż… Jak dla mnie, to moc się nawet zgadza, ale co do poziomu…

Na „Perverse Dehumanized Dysfunctions” Cenotaph zawiesili poprzeczkę bardzo, ale to bardzo wysoko; nagrali album, który można (należy!) stawiać jako wzór brutalnego death metalu, i do którego nijak nie można się przyczepić. Na Precognition To Eradicate o tę poprzeczkę zespół jedynie się otarł, w dodatku od dołu. Oczywiście wciąż mamy do czynienia z wysokiej klasy bezkompromisowym wygrzewem, za który większość kapel z nurtu dałaby się pochlastać, jednak na pewno nie robi on aż tak dużego wrażenia, jak jego poprzednik – ani pod względem muzyki, ani produkcji. Na pierwszy rzut ucha wszystko się zgadza, bo tempa są zabójcze, wokale wręcz zwierzęce, a ciężar riffów i ogólna intensywność wgniatają w ziemię. Brakuje natomiast finezji i lepszego feelingu.

W moim odczuciu większość niedostatków Precognition To Eradicate to wina gitarzysty, który — sądząc po kapelach, w których się udziela(ł) — doświadczenie ma niewielkie, osiągnięcia mizerne, a talent umiarkowany. Innymi słowy Cenotaph to dla niego za wysokie progi, choć technicznie jest wyrobiony. Nie mam pojęcia, na jakiej podstawie został skaptowany do zespołu, bo na pewno nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Materiał, który napisał Florent Duployer, tylko momentami wyrasta ponad średnią gatunkową, i gdyby nie istotny wkład kolegów (zwłaszcza perkusisty ze szwajcarskiego Anachronism – ten robi prawdziwe cuda), byłby średnio absorbujący. Riffom brakuje tego brutalnego artyzmu obecnego na „Perverse Dehumanized Dysfunctions”, a stanowczo za dużo w nich flażoletów i powtórzeń, stąd też gdzieniegdzie wkrada się monotonia i po pewnym czasie całość robi się (zbyt) przewidywalna.

Podsumowanie wygląda następująco: Cenotaph ma w dyskografii bardziej udane krążki. Precognition To Eradicate jest tylko solidny, więc postawiłbym go nawet odrobinę niżej od ostatniego albumu Molested Divinity, w którym Batu Çetin również maczał palce. Słucha się tego nieźle i bez oporów, jednak większa różnorodność byłaby wskazana.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/cenotaphtur

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

2 maja 2022

Ophidian I – Desolate [2021]

Ophidian I - Desolate recenzja okładka review coverTNiewiele osób miało okazję przekonać się o talencie Ophidian I i należycie doceniło ich debiut z 2012 roku, ale na szczęście był wśród nich ktoś decyzyjny z Season Of Mist, dzięki czemu ten najlepszy islandzki zespół deathmetalowy wreszcie dostał szansę trafienia do szerokiego grona odbiorców. Oczywiście to nie jest jednoznaczne z tym, że kapela jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zdobędzie rozgłos i uznanie, na jakie zasługuje, ale jestem przekonany, że wśród wymagających fanów technicznego death metalu Desolate będzie miała duże branie, nawet jeśli niektórym przepali trochę zwojów nerwowych.

„Solvet Saeclum” i Desolate dzieli aż dziewięć lat; w tym czasie doszło do kilku poważnych zmian w składzie, a może i do przewartościowania stylu i inspiracji, bo krążki znacząco się od siebie różnią, choć nie brakuje im także punktów wspólnych, które — gdybyśmy nie wiedzieli, że chodzi o ten sam zespół — można by uznać za czysty przypadek. Podstawowa i najwyraźniejsza różnica to poziom intensywności, bo nowy album Ophidian I jest o wiele bardziej ekstremalny od debiutu – szybszy, brutalniejszy i niesamowicie techniczny. Przy okazji też brzmi nowocześniej (i trochę za sucho) — kłania się produkcja charakterystyczna dla kapel z Kalifornii, np. Fallujah — co nie każdemu będzie odpowiadało, bo to oznacza maksymalną selektywność głównych instrumentów kosztem mięska w gitarach i obecności basu. Rozumiem, że chłopakom zależało, żeby nic nie stracić z mnogości gitarowych ornamentów nawet w najbardziej skomplikowanych momentach, ale chyba mocniej przemawiał do mnie soczysty i ciepły dźwięk „Solvet Saeclum”. I to właściwie mój jedyny zarzut w stosunku do Desolate, bo sama muzyka urywa dupę.

To, że materiał jest zajebiście złożony i urozmaicony, wcale mnie nie dziwi, wszak Islandczycy mieli masę czasu na maksymalne dopracowanie najmniejszych detali i zdecydowanie z tego skorzystali. Zaskakujące jest za to, że Desolate słucha się nie tylko z opadem kopary, ale i z prawdziwą przyjemnością, bo mimo wszystko więcej tu feelingu niż mechanicznego przebierania palcami. Nie brakuje tu trzepanki doprowadzonej do granic absurdu (wystarczy posłuchać szalenie rozbudowanych solówek – mistrzostwo!), która stawia muzyków w pierwszej lidze technicznych wymiataczy, jednak to wszystko jest zgrabnie zrównoważone/uzupełnione mnóstwem melodii i chwytliwych riffów. Na pewno jest w tym jakaś zasługa inspiracji Ophidian I – zespół chętniej czerpie z dorobku Gorod (choć ich wpływy są teraz mniej oczywiste i lepiej zakamuflowane), Obscura, Spawn Of Possession czy Theory In Practice aniżeli Deeds of Flesh, Decrepit Birth i Origin.

Desolate to prawdziwa uczta dla miłośników grania efektownego i efektywnego zarazem – z jednej strony jest to muzyka niezwykle wymagająca, a z drugiej dość szybko wpadająca w ucho. Ophidian I nie opieprzają się nawet na chwilę i sypią pomysłami jak z rękawa, dzięki czemu ostatnie utwory są równie atrakcyjne i zajmujące co pierwsze. Takie podejście sprawia, że żadna sekunda spędzona z tym materiałem nie będzie stracona.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/OphidianI

podobne płyty:






Udostępnij:

5 kwietnia 2022

Rapture – Malevolent Demise Incarnation [2021]

Rapture - Malevolent Demise Incarnation recenzja okładka review coverMalevolent Demise Incarnation to kolejna zacna płyta w dorobku Rapture, ponownie jeszcze lepsza od poprzedniej. Z materiału na materiał Grecy poprawiają, co w ich mocy i rozwijają się w naturalny sposób, choć niektórzy powiedzieliby, że nie rozwijają się wcale – bo jedynie odgrzewają znane od wieeelu lat patenty. Prawda leży gdzieś pośrodku? Chyba tak, bo to, że w muzyce Rapture nie ma nic rewolucyjnego, wiadomo już od dawna. Wszystkie — albo prawie wszystkie — pomysły zawarte na tym krążku zostały przewałkowane przez Demolition Hammer, Devastation, Hellwitch, Sadus czy Dark Angel, a tu są jedynie podane we współczesnej oprawie. Prawdą również jest, że za każdym razem zespół podnosi sobie poprzeczkę, staje się coraz bardziej ekstremalny, a nagrywane utwory – mocniej rozbudowane.

Każdy element, który przemawiał do mnie na „Paroxysm Of Hatred”, znalazł się także na Malevolent Demise Incarnation, ale w jeszcze lepiej dopracowanej i brutalniejszej formie. Chłopaki z Rapture postawili na wściekły i bezkompromisowy napieprz jednoznacznie ukierunkowany na klasyczny death metal – więcej blastów, głębokie growle (jako urozmaicenie „mameliowskich” wrzasków), dzikie solówki (szczególnie fajnie wypadają te z pogłosem), bardziej techniczne riffy. To niemal lunatyczne dążenie do sonicznej agresji mogło skutkować spłaszczeniem muzyki, uczynieniem z niej jednorodnej i koniec końców monotonnej papki, ale Grecy sprytnie się wybronili, bo zachowali dużo thrash’owej motoryki i takiż feeling.

W strukturach utworów, w sposobie ich prowadzenia nie wprowadzono zbyt wielu zmian, może poza tym, że odrobinę mocniej zaakcentowano w nich kontrasty i skoki dynamiki. Trzon Malevolent Demise Incarnation to intensywne napieprzanie, więc jeśli coś takiego was męczy, spokojnie możecie sobie odpuścić ten krążek, tym bardziej, że na chwilę wytchnienia trzeba czekać do ostatniego kawałka. Podobnie jak na poprzedniej płycie, tak i tutaj utwór wieńczący całość jest stosunkowo urozmaicony, pokombinowany i ponadprzeciętnie rozbudowany. W „Requiem For A Woeful Dynasty (Memento Mori)” (swoją drogą tytuł i tekst wydają mi się jakieś takie dwuznaczne w kontekście zmiany wytwórni) muzycy Rapture zaszaleli, mieszając spokojnie partie z maniakalnym blastowaniem, dziwnymi solówkami i mniej standardowymi riffami – mamy tu przekrój wpływów od Slayera po Morbid Angel. Wypada to całkiem ciekawie, ale mimo wszystko zespół lepiej sprawdza się w krótszych formach.

Brzmienie, jakim może się pochwalić Malevolent Demise Incarnation, to miód na moje serce, zwłaszcza, że kojarzy mi się z wczesnymi produkcjami Scotta Burnsa z „Tortured Existence” na czele. Jedyne, czego mi brakuje, to wyraźniejsza praca basu, bo na dobrą sprawę przebija się tylko we wspomnianym „Requiem For A Woeful Dynasty (Memento Mori)”. Poza tym szczegółem jest super. Czekam na więcej.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: https://www.facebook.com/ThrashRapture

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

18 marca 2022

Eximperitus – Šahrartu [2021]

Eximperitus - Šahrartu recenzja okładka review coverSwoim pierwszym albumem Eximperitus udowodnili wszem i wobec, że są ociupinkę pierdolnięci — czym zresztą zaskarbili sobie uznanie fanów — choć niestety większość odbiorców mocniej skupiła się na otoczce towarzyszącej temu projektowi aniżeli na samej muzyce. Poniekąd się temu nie dziwię – zarówno pomysł na nazwę, jak i tytuły utworów nie miały precedensu, więc skutecznie zwracały uwagę i przy okazji ostro ryły baniak. Muzyka na „Prajecyrujučy sinhuliarnaje wypramieńwańnie Daktryny Absaliutnaha j Usiopahłynaĺnaha Zła skroź šaścihrannuju pryzmu Sîn-Ahhi-Eriba na hipierpawierchniu zadyjakaĺnaha kaučęha zasnawaĺnikau kosmatęchničnaha ordęna palieakantakta, najstaražytnyja ipastasi dawosiewych cywilizacyj prywodziać u ruch ręzanansny transfarmatar časowapadobnaj biaskoncaści budučyni u ćwiardyniach absierwatoryi Nwn-Hu-Kek-Amo” nie była już aż tak oryginalna i rewolucyjna, ale mimo wszystko przynosiła z sobą dostatecznie dużą dawkę brutalności i popieprzonych zagrywek, żeby zostać zapamiętaną.

A Šahrartu? No cóż… drugi krążek Eximperitus tak na dobrą sprawę jest wszystkim, czym nie był debiut, a różnic między tymi płytami jest tak dużo, że nie wiadomo, od czego zacząć wyliczankę. Więc może od punktów wspólnych i tego, co od razu rzuca się w oczy? No to proszę – okładka ponownie jest świetna i ponownie podpisał się pod nią Pär Olofsson. Na tym podobieństwa się kończą. Tytuły – wciąż niezrozumiałe, ale tym razem zespołowi udało się je pozamykać w jednym słowie. Teksty/opisy treści – napisano w powszechnie zrozumiałym angielskim. Nie wiem, czy te dwa punkty to próba wyjścia ze swoją twórczością do ludzi, czy rezultat nacisków wytwórni – w każdym razie ktoś postawił na przystępność, choćby i pozorną. No i poprzednia formuła została chyba wyczerpana. Utwory – jest ich mniej, są za to znacznie dłuższe i wewnętrznie zróżnicowane, przy czym największy kolos, „Inqirad”, trwa 10 minut. No i w końcu produkcja – bogata, głęboka i na o wiele wyższym poziomie.

Materiał, jaki Eximperitus przygotowali na Šahrartu, robi ogromne wrażenie i jest świadectwem dużej odwagi zespołu. Panowie nie poszli na łatwiznę i nie powtórzyli się. Przy okazji debiutu zrobiono z Białorusinów, nieco na wyrost, techniczny death metal, teraz wypadałoby skorygować tę etykietę na death-doom, bo styl Eximperitus uległ całkowitemu przewartościowaniu. Muzyka jest zdecydowanie mniej techniczna, brutalna i wybuchowa, i choć takich fragmentów również nie brakuje, to są one w mniejszości. Na Šahrartu postawiono na ciężar, rozbudowane aranżacje z kapitalnie zaaranżowanymi wolnymi partiami, egzotycznie brzmiącymi melodiami, swobodnie falującym basem i spowijającą wszystko gęstą atmosferę. W miejsce chaosu i szaleństwa dostajemy uporządkowane, dostojne riffy i umiejętnie budowane napięcie, dzięki czemu każdy moment pierdolnięcia jest mocniej odczuwalny.

Šahrartu to wyjątkowo intrygujący, niejednoznaczny i wciągający materiał, któremu z przyjemnością poświęca się kolejne przesłuchania. Wchodzi łatwiej, niż by się to mogło wydawać — mimo iż dla niektórych będzie zbyt wymagający — i zostawia w pamięci wyraźny ślad. Najlepsze jest jednak to, że zupełnie nie wiadomo, czego można się spodziewać po Eximperitus w przyszłości.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Eximperituserqethhzebib%C5%A1iptugakkath%C5%A1ulweliarzaxu%C5%82um-224058597757626/
Udostępnij:

9 marca 2022

Massacre – Resurgence [2021]

Massacre - Resurgence recenzja okładka review coverPo wieeelu latach prób, podstępów i przedziwnych kombinacji Kam Lee dopiął swego – zaśpiewał na płycie z logo Massacre. Chwila to wiekopomna, ale trudno stwierdzić, czy komukolwiek, poza samym Kamem, naprawdę potrzebna. Poprzednią płytę, nagraną lata temu i w całkowicie innym składzie, wciągnąłem bez problemu i ani razu nie przyłapałem się na domysłach „jakby to brzmiało z Lee za mikrofonem”. Teraz natomiast mogę słuchać Resurgence i zastanawiać się, jakby to brzmiało z muzyką Massacre

„Resurgence”, poza dość rozpoznawalnymi wokalami wspomnianego Kama Lee, może się pochwalić dobrą produkcją (co Swanö, to Swanö), bardzo ładną oprawą graficzną (co Benscoter, to Benscoter), interesującą tematyką większości tekstów (co Lovecraft, to Lovecraft) i klasowymi wokalistami występującymi tu w gościach (co Grewe i Ingram, to Grewe i Ingram). No i trzeba przyznać, że Nuclear Blast zrobili całkiem solidną promocję, bo o tej płycie dowiedział się chyba każdy. A co z muzyką? Jeśli „Back From Beyond” miała mało wspólnego z klasycznym debiutem, to Resurgence ma jeszcze mniej, co zresztą jest logiczne i zrozumiałe, biorąc pod uwagę, w jakim składzie powstał.

Na potrzeby Resurgence spod ziemi wyciągnięto — przypuszczalnie z pomocą speców z FBI — basistę Mike’a Bordersa, który zaliczył w Massacre demówki w 1986 roku, a teraz, jak niesprawiedliwie zakładam, służy za słupa, który ma w dodatkowo usprawiedliwiać granie pod tą nazwą. Sekcję zamyka pochodzący z Norwegii Brynjar Helgetun, który od dłuższego czasu pogrywa sobie w różnych projektach z Kamem Lee i przede wszystkim Roggą Johanssonem, który robi tu za autora połowy materiału. Drugim gitarniakiem-piosenkopisarzem jest inny Szwed – Jonny Pettersson najbardziej znany z Wombbath i Syn:drom. Trzecim (!) gitarzystą, tym razem odpowiedzialnym już tylko za solówki, jest Anglik, Scott Fairfax, który na co dzień uprawia mielonkę w Memoriam. Taki, dość absurdalny, skład odpowiada za muzykę, która z rzadka nawiązuje do dziedzictwa Massacre, a to i tylko wtedy, kiedy któremuś z kompozytorów przypomni się, że „o kurwa, miało być po amerykańsku!”.

Johansson i Pettersson potrafią pisać kawałki, które są rzetelne i w swej stylistyce nieźle trzymają się kupy, ale doskonale słychać, że mogą je pisać — i piszą! — hurtowo: na autopilocie, bez głębszego zastanowienia, bazując jedynie na swoim doświadczeniu i przyzwyczajeniach. Stąd też Resurgence wypełnia dobrze zagrany i totalnie oklepany szwedzki death metal w wersji nieekstremalnej, którym część odbiorców może już zwyczajnie rzygać, zwłaszcza kiedy dobrze znają nazwisko „Johansson”. Nie czepiałbym się tej wtórności i przewidywalności, gdyby materiał zawierał jakieś haczyki i na dłużej osiadał w pamięci – tak jednak nie jest. W niczym nie pomagają ładne, melodyjne solówki, bo po prostu nie pasują do całości.

Szczerze przyznam, że po Resurgence spodziewałem się niewiele więcej, niż niewyszukanej jazdy na sentymentach. Te oczywiście występują — choćby dwa ostanie kawałki jawnie nawiązują w tekstach do czasów „From Beyond” — ale o dziwo wcale nie dominują. Kompozytorzy albumu nie tyle stworzyli swoją wizję muzyki Massacre, co stworzyli to, do czego przywykli. Mnie to nie rusza i nie wróżę temu projektowi szczególnie długiej żywotności – a nie mam nawet przekonania, czy oni się kiedykolwiek spotkali w tym składzie (wszak na zdjęciu grupowym ich posklejano). Cóż, najlepsze w Resurgence jest to, że dzięki niemu jeszcze mocniej doceniam debiut.


ocena: 5,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/MassacreFlorida

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

3 lutego 2022

Cynic – Ascension Codes [2021]

Cynic - Ascension Codes recenzja okładka review coverMogło by się wydawać, że wyjątkowo chłodne przyjęcie „Kindly Bent To Free Us”, personalne przepychanki oraz śmierć Reinerta i Malone’a powinny dać do myślenia Masvidalowi, czy aby na pewno jest sens kontynuować działalność pod szyldem Cynic. Wszak chyba można założyć nowy projekt i w nim sobie pitolić do kotleta sojowego? Albo rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady? Jak się okazało, takie rozwiązania nie wchodziły w grę. Paul znalazł sobie nowego perkusistę, skrzyknął kilku znajomych i w takim dość dziwnym sesyjnym (i sugerującym pośpiech) składzie nagrał Ascension Codes – płytę, która być może części fanów przywróci wiarę w ten zespół. Mnie nie przywróciła, jednak potrafię uczciwie stwierdzić, że jest znacznie lepsza od poprzedniej.

Naturalnie duża w tym zasługa moich oczekiwań, bo miałem jeszcze niższe niż w stosunku do „Torn Arteries” Carcass – byłem wręcz gotów na elektropopowe plumkanie a’la Kombii. Miałem już w głowie najczarniejsze scenariusze, a tu zawartość albumu zaskoczyła mnie do tego stopnia pozytywnie, że do kilku fragmentów wracałem z przyjemnością.

Zamiast brnąć w grząskie klimaty „Kindly Bent To Free Us”, Masvidal stylistycznie cofnął się gdzieś do „Traced In Air”, dzięki czemu w muzyce pojawiło się więcej życia, dynamiki, sensownych pomysłów, a także… elementów metalu. Całość składa się z ośmiu pełnowymiarowych utworów oraz dziewięciu krótkich ambientowych interludiów, których jedyną rolą jest przypuszczalnie nawiązywanie do tytułu płyty, bo zamiast spajać, rozbijają spójność materiału i zaburzają jego odbiór. Poza nimi jest jeszcze jeden dłuuugi kawałek-przerywnik, „DNA Activation Template”, który — celowo czy nie — dzieli krążek na połowę lepszą i gorszą.

Najwięcej ciekawych rzeczy dzieje się w pierwszych czterech kawałkach – jest wśród nich bardzo udany instrumental „The Winged Ones” (na początku budują klimat kojarzący się z onirycznym obliczem Fallujah), intrygujący „Elements and Their Inhabitants” oraz zdecydowanie najlepszy w zestawie „Mythical Serpents”, który wraz z „In A Multiverse Where Atoms Sing” z części drugiej gitarowo najmocniej nawiązuje do „Traced In Air” (oba momentami są praaawie agresywne). Czegoś takiego słucha się naprawdę dobrze i z zaskakująco dużym zainteresowaniem, choć dla Cynic to nic rewolucyjnego. Druga połowa Ascension Codes, mimo iż niezła, nie obfituje już w takie atrakcje; wydaje się bardziej stonowana, jednowymiarowa i nudnawa, ale wciąż prezentuje wyższy pozom niż nieszczęsny „Kindly Bent To Free Us”.

Teraz słów kilka o ludziach, którzy maczali palce w Ascension Codes. O dziwno pierwszy na pochwałę zasłużył Paul Masvidal, który wreszcie przypomniał sobie, jakie cuda można robić z gitarą, jak to fajnie, kiedy riffy trzymają się kupy, a przester wykracza poza oazowe standardy. To cieszy. Podobnie jak fakt, że jego wokali — a co za tym idzie także vocodera — jest relatywnie mniej, są przy tym mniej wyeksponowane i nie drażnią nachalnością. Przed Mattem Lynch’em chylę czoła, bo jego imponujące partie są zdecydowanie najjaśniejszym punktem płyty – gęste, urozmaicone i pełne jazzowego rozmachu. Gdzie gitary niedomagają albo są zbyt delikatne, a wokal usypia, tam on nie oszczędza kończyn, pilnując, żeby było na czym ucho zawiesić. Lynch nie próbuje za wszelką cenę naśladować Reinerta, jednak pod względem finezji bardzo się do niego zbliżył. Zamiast prawdziwego basu mamy tu przyzwoicie brzmiący basowy syntezator, za który odpowiada pianista Dave Mackay. Czemu? Według oficjalnej wersji Seana Malone’a nie da się zastąpić i basta. Ostatnim muzykiem mającym realny wpływ na kształt albumu jest gitarzysta Plini Roessler-Holgate, który dorzucił tu swoje solówki. Chłopak wygląda jak młodsza wersja Masvidala, zaś gra, jakby połknął Satrianiego, przegryzając Vaiem. Zastanawiający jest udział Maxa Phelpsa, bo jego skrzeczące wokale zostały wciśnięte głęboko w tło i trzeba naprawdę dobrze się skupić, żeby je wyłapać. Czyżby miał być wabikiem na tych, którzy (naiwnie) oczekują, że jeszcze kiedyś Cynic zagra brutalnie?

Tym 49-minutowym albumem Masvidal pokazał, że przy odrobinie chęci można się odbić od dna i stworzyć trochę wartościowej muzyki. Wartościowej, choć niepotrzebnie utytłanej w ezoteryczno-niuejdżowej estetyce. W tym przypadku lepiej by się obronił czysty progresywny rock-metal. Oczywiście nie bez znaczenia była pomoc paru zdolnych kolegów, którzy wzięli na siebie część odpowiedzialności i wnieśli coś od siebie - Ascension Codes żadnemu z nich wstydu nie przynosi. No, to teraz najwyższy czas zakończyć działalność.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.cyniconline.com

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

15 stycznia 2022

Archspire – Bleed The Future [2021]

Archspire - Bleed The Future recenzja okładka review coverPo wysłuchaniu „Relentless Mutation” doszedłem do wniosku, że Kanadyjczycy dotarli do ściany, jeśli chodzi o techniczny i w dodatku dość brutalny death metal, że to koniec drogi, że już bardziej podkręcić się tego nie da. Wydany po czterech latach przerwy Bleed The Future utwierdził mnie w tym przekonaniu. Oczywiście to nie tak, że Archspire zaserwowali fanom powtórkę z rozrywki, zmieniając tylko okładkę, tytuły i kolejność kawałków, ale faktem jest, że album nie robi już tak wielkiego wrażenia jak poprzedni. I to jest całkowicie zrozumiałe. Raz, że mamy do czynienia ze stylem, z którym zdążyliśmy się już oswoić. Dwa, że na tak zajebiście wysokim poziomie niemożliwe jest regularne dokonywanie przełomów. I trzy, że zespół nie próbuje za wszelką cenę zaszokować słuchacza.

Archspire na Bleed The Future nie wymyślili technicznego death metalu na nowo, co jednak nie oznacza, że nie nagrali świetnej płyty. Nagrali. Co więcej, pod pewnymi względami ten materiał jest jeszcze lepszy od poprzedniego, a już na pewno bardziej… przystępny (choć to również może wynikać z osłuchania). Zespół zadbał o większą różnorodność poszczególnych utworów oraz rozwinął w nich te elementy, które przesądziły o wyrazistości i sukcesie „Relentless Mutation”, a których brakowało pierwszym płytom: melodie, czyste partie i groove. Ponadto chłopaki zaczerpnęli małe co nieco z muzyki klasycznej — co najlepiej słychać w „Reverie On The Onyx” (Mozart) i „Golden Mouth Of Ruin” (Beethoven) — i bardzo dobrze na tym wyszli, bo takie fragmenty wplecione w originowo-cryptopsowy wyziew zaskakują i miażdżą.

Niewykluczone, że Bleed The Future jest najbardziej skomplikowanym materiałem w historii Archspire — a przy okazji pewnie najszybszym i najbrutalniejszym — jednak został skomponowany tak zgrabnie (a w zasadzie dojrzale), że słucha się go z ogromną przyjemnością i bez najmniejszego wysiłku. Jasne, że momentami trudno nadążyć za zespołem, a intensywność niektórych fragmentów powoduje opad kopary i niedowierzanie, ale jednocześnie jest tu dość miejsca na złapania oddechu czy rytmiczne trząchanie dynią, więc całość wchodzi zdecydowanie łatwiej, niż by to wynikało z ogólnego poziomu ekstremy. Jakby tego było mało, wgryzienie się w Bleed The Future ułatwia porządna czytelna produkcja z łaskawie potraktowanym basem – dzięki niej nic wam nie umknie nawet w tak popieprzonych numerach jak „Drone Corpse Aviator”, „Abandon The Linear”, „Acrid Canon” czy „A.U.M. (Apeiron Universal Migration)”.

Czy wobec powyższego Bleed The Future jest albumem lepszym od „Relentless Mutation”? Chyba nie, a jeśli tak – to odrobinę. Główna przewaga poprzednika wynika z efektu nowości/przełomowości, którego z oczywistych względów Archspire nie byli w stanie teraz powtórzyć. Pod każdym innym względem te płyty prezentują niemal identyczny poziom i gdyby ukazały się w odwrotnej kolejności, pewnie również skłaniałbym się ku tej starszej.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Archspireband/



Udostępnij:

6 stycznia 2022

Obscura – A Valediction [2021]

Obscura - A Valediction recenzja reviewProszę, proszę… okazuje się, że Obscura jest na fali wznoszącej, mimo iż tak na dobrą sprawę nic tego nie zapowiadało. Poprzednia płyta zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie, ale skład, który się pod nią podpisał, poszedł w rozsypkę zaraz po zakończeniu cyklu promocyjnego, więc całkiem zasadne były obawy, że Kummerer ponownie rzuci się w wir progresywnego pitolenia i wszystko popsuje. Na szczęście w porę pojawił się ratunek w osobach doskonale znanych Münznera i Thesselinga oraz Davida Diepolda, który, choć znacznie młodszy i nie tak doświadczony, również zdążył wyrobić sobie niezłą markę na scenie (technicznego) death metalu. I właśnie taka ekipa zmajstrowała najmocniejszy album Obscury przynajmniej od dekady.

Debiut zespołu w barwach Nuclear Blast wypada naprawdę okazale, bo nie zespół nie ograniczył się tylko do utrzymania poziomu „Diluvium”, ale i w parku kwestiach wyraźnie się poprawił. Muzyka na A Valediction jest bardziej zwarta, mniej w niej przypadkowych dźwięków i nie odpływa w niepożądanych (przeze mnie) kierunkach, a przede wszystkim ma ostrzejsze krawędzie i nie brak jej death’owego pierdolnięcia. Sebastian Lanser był i jest świetnym technikiem, ale miał duże problemy, żeby zagrać i zabrzmieć brutalnie; dla Diepolda gęste blastowanie przy skomplikowanych aranżacjach to podstawa – jak przystało na perkmana wychowanego na Nile i Cryptopsy. Kolejne usprawnienie dotyczy vocodera, który został zredukowany do minimum i dodatkowo zakamuflowany w miksie (Fredrik Nordström nareszcie do czegoś się przydał) – już nie kaleczy uszu i nie wkurwia, a jedyny kawałek, w którym się przebija, jest czymś na kształt hołdu dla Seana Reinerta i Cynic – i to jest do zaakceptowania. Żeby jednak nie było zbyt różowo, w refrenie „When Stars Collide” pojawiają się są czyste wokale Björna Strida – bardzo ładne, bardzo ckliwe i bardzo komercyjne.

Na pewno dużym zaskoczeniem w związku z A Valediction jest ogromny, zdecydowanie większy niż kiedykolwiek wcześniej udział Münznera w komponowaniu materiału, bo chłop maczał palce w niemal wszystkich utworach, a spora ich część jest wyłącznie jego autorstwa. To zapewne dzięki niemu całość jest cięższa i w większym stopniu urozmaicona od „Diluvium”, a przy okazji również mocniej wypakowana solówkami. Wirtuozeria – a owszem; udziwnianie – a skąd! Fani „Cosmogenesis” z pewnością będą zadowoleni. Trochę inaczej sprawa ma się z Thesselingiem, bo — wbrew obecnym tendencjom — jego bas, choć siedmiostrunowy, jest dość dyskretny – nie przepcha się na pierwszy plan i służy raczej za uzupełnienie dla gitarowych riffów. Słychać umiejętności, ale nie słychać szpanowania.

Największą zaletą A Valediction jest bez wątpienia mnogość zgrabnie poskładanych, dynamicznych i chwytliwych utworów, które wymiatają z krążka i powinny się znakomicie sprawdzać na żywo. „The Beyond”, „Solaris” i „A Valediction” to petardy i stuprocentowe szlagiery, ale równie dobrze sprawdzają się te dłuższe i bardziej zróżnicowane numery jak „Forsaken”, „Devoured Usurper” (porządne głębokie wokale!) i „In Unity”. Ba, nawet „When Stars Collide” mimo popowego sznytu w refrenie daje radę i może się podobać! O taką Obscurę walczyłem!


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.realmofobscura.com

inne płyty tego wykonawcy:












Udostępnij:

29 grudnia 2021

Abythic – Dominion Of The Wicked [2021]

Abythic - Dominion Of The Wicked recenzja okładka review coverPo dwóch udanych płytach utrzymanych w „okołoszwedzkim” stylu Abythic postanowili sprawdzić się w muzyce o wiele bardziej ambitnej, wymagającej i rozbudowanej, a przy okazji też tajemniczej i przesiąkniętej obskurną grobową atmosferą. W tym miejscu należałoby pogratulować zespołowi odwagi i chęci rozwoju, gdyby nie to, że — zupeeełnie przypadkiem — takie granie ma akurat spore wzięcie i daje +10 do kultu i poważania… Na Dominion Of The Wicked Niemcy popłynęli z nurtem, co do tego nie mam wątpliwości, ale wcale źle na tym nie wyszli, choć na zachwyty jest stanowczo za wcześnie.

Obstawiam w ciemno, że muzycy Abythic mocno zainspirowali się sukcesami (popularnością) Spectral Voice, Void Rot, Burial Invocation czy Krypts i dlatego uparli się, żeby w jakiś sposób nawiązać do stylu tych kapel – zwolnili obroty, wydłużyli utwory, urozmaicili struktury, zagęścili klimat i zadbali o odpowiednio ponury wokal. No i cóż, z boku to wszystko wygląda nawet cacy, jednak cała operacja najwyraźniej ich przerosła, bo na Dominion Of The Wicked nie tyle grają muzykę ambitną i wymagającą, co raczej sprawiającą wrażenie ambitnej i wymagającej. Materiał składa się z czterech nieskomplikowanych kawałków (dają w sumie 35 minut) utrzymanych w wolnych i średnich tempach (plus 20 sekund blastów w „At The Threshold Of Obscurity”), które rozwijają się baaardzo powoli i na dodatek w dość przewidywalnych kierunkach. Praktycznie każdy motyw na Dominion Of The Wicked — z wyjątkiem tych szybszych — musi zostać przemielony przez dobre kilka minut, żeby zespół wreszcie coś do niego dorzucił, ewentualnie przeszedł do następnego – i jego też przemielił. Z tego powodu o jakiejś wyjątkowej dramaturgii i zaskakujących czy finezyjnych rozwiązaniach należy zapomnieć. Plus tak oszczędnego podejścia do komponowania widzę w tym, że można bez wysiłku nadążyć za kolejnymi pomysłami Abythic.

Album jest naprawdę spoko, to trzeba Niemcom oddać, ale przez mnogość pomniejszych niedoróbek trudno się w nim bez pamięci zasłuchiwać. Największym problemem jest chyba zbytnia toporność niektórych fragmentów, co jest o tyle dziwne i niezrozumiałe, że na poprzednich płytach zespół wydawał się grać z większą swobodą. Czyżby przytłoczyły ich (wyimaginowane) wymogi nowego stylu? Ponadto zdarza się, że gitara solowa, zwłaszcza w „The Call”, szczypie w uszy jakimiś przypadkowymi dźwiękami, przez co część melodii brzmi nieco kulawo. I tu pojawia się pytanie – czy zespół zechce poprawić te detale na następnej płycie, czy też przerzuci się na granie czegoś innego?


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Abythic
Udostępnij: