Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2021. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2021. Pokaż wszystkie posty

15 stycznia 2022

Archspire – Bleed The Future [2021]

Archspire - Bleed The Future recenzja okładka review coverPo wysłuchaniu „Relentless Mutation” doszedłem do wniosku, że Kanadyjczycy dotarli do ściany, jeśli chodzi o techniczny i w dodatku dość brutalny death metal, że to koniec drogi, że już bardziej podkręcić się tego nie da. Wydany po czterech latach przerwy Bleed The Future utwierdził mnie w tym przekonaniu. Oczywiście to nie tak, że Archspire zaserwowali fanom powtórkę z rozrywki, zmieniając tylko okładkę, tytuły i kolejność kawałków, ale faktem jest, że album nie robi już tak wielkiego wrażenia jak poprzedni. I to jest całkowicie zrozumiałe. Raz, że mamy do czynienia ze stylem, z którym zdążyliśmy się już oswoić. Dwa, że na tak zajebiście wysokim poziomie niemożliwe jest regularne dokonywanie przełomów. I trzy, że zespół nie próbuje za wszelką cenę zaszokować słuchacza.

Archspire na Bleed The Future nie wymyślili technicznego death metalu na nowo, co jednak nie oznacza, że nie nagrali świetnej płyty. Nagrali. Co więcej, pod pewnymi względami ten materiał jest jeszcze lepszy od poprzedniego, a już na pewno bardziej… przystępny (choć to również może wynikać z osłuchania). Zespół zadbał o większą różnorodność poszczególnych utworów oraz rozwinął w nich te elementy, które przesądziły o wyrazistości i sukcesie „Relentless Mutation”, a których brakowało pierwszym płytom: melodie, czyste partie i groove. Ponadto chłopaki zaczerpnęli małe co nieco z muzyki klasycznej — co najlepiej słychać w „Reverie On The Onyx” (Mozart) i „Golden Mouth Of Ruin” (Beethoven) — i bardzo dobrze na tym wyszli, bo takie fragmenty wplecione w originowo-cryptopsowy wyziew zaskakują i miażdżą.

Niewykluczone, że Bleed The Future jest najbardziej skomplikowanym materiałem w historii Archspire — a przy okazji pewnie najszybszym i najbrutalniejszym — jednak został skomponowany tak zgrabnie (a w zasadzie dojrzale), że słucha się go z ogromną przyjemnością i bez najmniejszego wysiłku. Jasne, że momentami trudno nadążyć za zespołem, a intensywność niektórych fragmentów powoduje opad kopary i niedowierzanie, ale jednocześnie jest tu dość miejsca na złapania oddechu czy rytmiczne trząchanie dynią, więc całość wchodzi zdecydowanie łatwiej, niż by to wynikało z ogólnego poziomu ekstremy. Jakby tego było mało, wgryzienie się w Bleed The Future ułatwia porządna czytelna produkcja z łaskawie potraktowanym basem – dzięki niej nic wam nie umknie nawet w tak popieprzonych numerach jak „Drone Corpse Aviator”, „Abandon The Linear”, „Acrid Canon” czy „A.U.M. (Apeiron Universal Migration)”.

Czy wobec powyższego Bleed The Future jest albumem lepszym od „Relentless Mutation”? Chyba nie, a jeśli tak – to odrobinę. Główna przewaga poprzednika wynika z efektu nowości/przełomowości, którego z oczywistych względów Archspire nie byli w stanie teraz powtórzyć. Pod każdym innym względem te płyty prezentują niemal identyczny poziom i gdyby ukazały się w odwrotnej kolejności, pewnie również skłaniałbym się ku tej starszej.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Archspireband/



Udostępnij:

6 stycznia 2022

Obscura – A Valediction [2021]

Obscura - A Valediction recenzja okładka review coverProszę, proszę… okazuje się, że Obscura jest na fali wznoszącej, mimo iż tak na dobrą sprawę nic tego nie zapowiadało. Poprzednia płyta zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie, ale skład, który się pod nią podpisał, poszedł w rozsypkę zaraz po zakończeniu cyklu promocyjnego, więc całkiem zasadne były obawy, że Kummerer ponownie rzuci się w wir progresywnego pitolenia i wszystko popsuje. Na szczęście w porę pojawił się ratunek w osobach doskonale znanych Münznera i Thesselinga oraz Davida Diepolda, który, choć znacznie młodszy i nie tak doświadczony, również zdążył wyrobić sobie niezłą markę na scenie (technicznego) death metalu. I właśnie taka ekipa zmajstrowała najmocniejszy album Obscury przynajmniej od dekady.

Debiut zespołu w barwach Nuclear Blast wypada naprawdę okazale, bo nie zespół nie ograniczył się tylko do utrzymania poziomu „Diluvium”, ale i w parku kwestiach wyraźnie się poprawił. Muzyka na A Valediction jest bardziej zwarta, mniej w niej przypadkowych dźwięków i nie odpływa w niepożądanych (przeze mnie) kierunkach, a przede wszystkim ma ostrzejsze krawędzie i nie brak jej death’owego pierdolnięcia. Sebastian Lanser był i jest świetnym technikiem, ale miał duże problemy, żeby zagrać i zabrzmieć brutalnie; dla Diepolda gęste blastowanie przy skomplikowanych aranżacjach to podstawa – jak przystało na perkmana wychowanego na Nile i Cryptopsy. Kolejne usprawnienie dotyczy vocodera, który został zredukowany do minimum i dodatkowo zakamuflowany w miksie (Fredrik Nordström nareszcie do czegoś się przydał) – już nie kaleczy uszu i nie wkurwia, a jedyny kawałek, w którym się przebija, jest czymś na kształt hołdu dla Seana Reinerta i Cynic – i to jest do zaakceptowania. Żeby jednak nie było zbyt różowo, w refrenie „When Stars Collide” pojawiają się są czyste wokale Björna Strida – bardzo ładne, bardzo ckliwe i bardzo komercyjne.

Na pewno dużym zaskoczeniem w związku z A Valediction jest ogromny, zdecydowanie większy niż kiedykolwiek wcześniej udział Münznera w komponowaniu materiału, bo chłop maczał palce w niemal wszystkich utworach, a spora ich część jest wyłącznie jego autorstwa. To zapewne dzięki niemu całość jest cięższa i w większym stopniu urozmaicona od „Diluvium”, a przy okazji również mocniej wypakowana solówkami. Wirtuozeria – a owszem; udziwnianie – a skąd! Fani „Cosmogenesis” z pewnością będą zadowoleni. Trochę inaczej sprawa ma się z Thesselingiem, bo — wbrew obecnym tendencjom — jego bas, choć siedmiostrunowy, jest dość dyskretny – nie przepcha się na pierwszy plan i służy raczej za uzupełnienie dla gitarowych riffów. Słychać umiejętności, ale nie słychać szpanowania.

Największą zaletą A Valediction jest bez wątpienia mnogość zgrabnie poskładanych, dynamicznych i chwytliwych utworów, które wymiatają z krążka i powinny się znakomicie sprawdzać na żywo. „The Beyond”, „Solaris” i „A Valediction” to petardy i stuprocentowe szlagiery, ale równie dobrze sprawdzają się te dłuższe i bardziej zróżnicowane numery jak „Forsaken”, „Devoured Usurper” (porządne głębokie wokale!) i „In Unity”. Ba, nawet „When Stars Collide” mimo popowego sznytu w refrenie daje radę i może się podobać! O taką Obscurę walczyłem!


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.realmofobscura.com

inne płyty tego wykonawcy:








Udostępnij:

29 grudnia 2021

Abythic – Dominion Of The Wicked [2021]

Abythic - Dominion Of The Wicked recenzja okładka review coverPo dwóch udanych płytach utrzymanych w „okołoszwedzkim” stylu Abythic postanowili sprawdzić się w muzyce o wiele bardziej ambitnej, wymagającej i rozbudowanej, a przy okazji też tajemniczej i przesiąkniętej obskurną grobową atmosferą. W tym miejscu należałoby pogratulować zespołowi odwagi i chęci rozwoju, gdyby nie to, że — zupeeełnie przypadkiem — takie granie ma akurat spore wzięcie i daje +10 do kultu i poważania… Na Dominion Of The Wicked Niemcy popłynęli z nurtem, co do tego nie mam wątpliwości, ale wcale źle na tym nie wyszli, choć na zachwyty jest stanowczo za wcześnie.

Obstawiam w ciemno, że muzycy Abythic mocno zainspirowali się sukcesami (popularnością) Spectral Voice, Void Rot, Burial Invocation czy Krypts i dlatego uparli się, żeby w jakiś sposób nawiązać do stylu tych kapel – zwolnili obroty, wydłużyli utwory, urozmaicili struktury, zagęścili klimat i zadbali o odpowiednio ponury wokal. No i cóż, z boku to wszystko wygląda nawet cacy, jednak cała operacja najwyraźniej ich przerosła, bo na Dominion Of The Wicked nie tyle grają muzykę ambitną i wymagającą, co raczej sprawiającą wrażenie ambitnej i wymagającej. Materiał składa się z czterech nieskomplikowanych kawałków (dają w sumie 35 minut) utrzymanych w wolnych i średnich tempach (plus 20 sekund blastów w „At The Threshold Of Obscurity”), które rozwijają się baaardzo powoli i na dodatek w dość przewidywalnych kierunkach. Praktycznie każdy motyw na Dominion Of The Wicked — z wyjątkiem tych szybszych — musi zostać przemielony przez dobre kilka minut, żeby zespół wreszcie coś do niego dorzucił, ewentualnie przeszedł do następnego – i jego też przemielił. Z tego powodu o jakiejś wyjątkowej dramaturgii i zaskakujących czy finezyjnych rozwiązaniach należy zapomnieć. Plus tak oszczędnego podejścia do komponowania widzę w tym, że można bez wysiłku nadążyć za kolejnymi pomysłami Abythic.

Album jest naprawdę spoko, to trzeba Niemcom oddać, ale przez mnogość pomniejszych niedoróbek trudno się w nim bez pamięci zasłuchiwać. Największym problemem jest chyba zbytnia toporność niektórych fragmentów, co jest o tyle dziwne i niezrozumiałe, że na poprzednich płytach zespół wydawał się grać z większą swobodą. Czyżby przytłoczyły ich (wyimaginowane) wymogi nowego stylu? Ponadto zdarza się, że gitara solowa, zwłaszcza w „The Call”, szczypie w uszy jakimiś przypadkowymi dźwiękami, przez co część melodii brzmi nieco kulawo. I tu pojawia się pytanie – czy zespół zechce poprawić te detale na następnej płycie, czy też przerzuci się na granie czegoś innego?


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Abythic
Udostępnij:

15 grudnia 2021

Piotr Dorosiński – Rzeźpospolita [2021]

Piotr Dorosiński - Rzeźpospolita recenzja okładka review coverTytuł, objętość i forma wydania tej książki jednoznacznie sugerują coś na kształt monografii dotyczącej rzeźniczych odmian muzyki, jakie w ciągu kilkudziesięciu lat zakorzeniły się na polskiej ziemi, tej ziemi. Jak się jednak okazuje, autor, Piotr Dorosiński, miał trochę inną wizję całości: Rzeźpospolita to podszyty (nieukrywanym) sentymentem, a mimo to rzetelny opis (i przypomnienie), jak kształtowała się polska scena na przestrzeni lat 90. XX wieku. Piotr nie ogranicza się do muzyki, zgrabnie zarysowując równie interesujące tło społeczne – zmiany ustrojowe, gospodarcze bagno czy przenikanie się środowisk metalowców z kibolami. Ani autor ani jego rozmówcy nie próbują nikomu wciskać kitu, że było lekko, łatwo i przyjemnie — zwłaszcza kiedy przychodziło do zderzenia planów i ambicji z realiami wolnego rynku (czy raczej wolnej amerykanki) — a osiągnięcie czegokolwiek wymagało zaangażowania, wytrwałości oraz dużej dozy szczęścia. Ale, ale - bywało też fajnie.

Książka została podzielona na dwie główne części: „rozmowy” oraz „przejdźmy do historii”. Część pierwsza, bardziej rozbudowana (około 560 stron), to zbiór wywiadów z osobami, które współtworzyły scenę tamtych lat i miały na nią realny wpływ: muzykami, wydawcami, edytorami zinów/magazynów, właścicielami sklepów muzycznych czy organizatorami koncertów. Wśród rozmówców znalazły się takie osobistości jak Tomasz Krajewski, Adam Śliwakowski, Piotr Popiel, Mittloff, Piotr Wawrzeniuk, Sławomir Cywaniuk, Mariusz Kmiołek, Piotr Wiwczarek, Jarosław Szubrycht, Piotr Wącisz czy — z zupełnie innej beczki — Robert Fudali. Materiału jest zatem od groma, w większości jest też bardzo ciekawy, choć nie wszyscy przepytywani wykazali się oczekiwaną wylewnością. Albo pamięcią do szczegółów. Pal licho tych, których działalność nie obchodziła mnie kiedyś i nie obchodzi dzisiaj, ale po muzykach Armagedon, Violent Dirge czy Damnation spodziewałem się nieco więcej. W każdym razie największą zaletą tej części jest dla mnie mnogość punktów widzenia – każdy mówi z grubsza o tym samym, ale ze swojej perspektywy, subiektywnie i bez wchodzenia w buty innych. Doskonale to widać na przykładzie kwestii typu „robienie kariery”, życie koncertowe czy moda na norweski black metal. Jednomyślność występuje chyba tylko w jednym temacie – wszyscy gratulują Nergalowi wyczucia koniunktury…

W drugiej części Rzeźpospolitej Piotr Dorosiński wziął na warsztat kilkanaście istotnych dla siebie (sentyment do kwadratu) płyt i demówek – mniej lub bardziej znanych, dostępnych (przynajmniej kiedyś) w sklepach na CD jak i takich, które nie doczekały się oficjalnego wydania nawet na kasecie. Mamy wśród nich debiuty Devilyn, Damnable czy Holy Death, demówki Manslaughter, Condemnation i Convent, słynny ongiś split Lost Soul/Reinless/Dissenter/Night Gallery, a także… „Demonication (The Manifest)” szwedzkiego (choć z polskim mózgiem) Luciferion. Opisy tych wydawnictw oraz wspomnienia autora w paru przypadkach są uzupełnione krótkimi wywiadami, więc w ramach bonusu dowiadujemy się również czegoś o okolicznościach ich powstania, nagrania i ewentualnej promocji. Ostatnie kilka stron Piotr Dorosiński udostępnił gościom (m.in. Rafał Pasoń, Jarosław Giers), którzy w podobny sposób przedstawili swoje typy z tamtych lat – na szczęście nie ma tego dużo, więc spójność książki nie została zaburzona.

Urozmaicona i naprawdę wciągająca treść Rzeźpospolitej — oraz to, w jakiej formie została podana — sprawia, że kolejne rozdziały tego 700-stronicowego tomiszcza chłonie się w ekspresowym tempie, wmawiając sobie, że „to już ostatni na dziś”. Wiedza, warsztat i zaangażowanie autora w temat ułatwia przedarcie się przez wywiady z mniej interesującymi osobnikami – bywa, że więcej informacji wyciągamy z pytań niż z odpowiedzi na nie. Całość jest okazale wydana i bogato ilustrowana archiwalnymi zdjęciami (zarówno oficjalnymi jak i z prywatnych zbiorów) oraz całym mnóstwem reprodukcji okładek, ulotek, plakatów, ofert handlowych i tym podobnego tałałajstwa, którym swego czasu chyba każdy wyklejał zeszyty. Uwag nie mam wiele, w dodatku są małego kalibru. Ot choćby „geograficzny” podział pierwszej części książki – rzecz zbędna i w praktyce nic nie wnosząca. Dobór rozmówców – rzecz subiektywna, choć brakuje mi tu kilku naprawdę duuużych nazwisk. Na tyle dużych i na tyle dużo, że spokojnie można nimi zapełnić drugi tom – czego niniejszym autorowi życzę.


demo
oficjalna strona wydawcy: inrock.pl
Udostępnij:

11 grudnia 2021

Unleashed – No Sign Of Life [2021]

Unleashed - No Sign Of Life recenzja okładka review coverBrak oznak życia – to podejrzany i trochę kiepsko rokujący tytuł jak na płytę kapeli z ponadtrzydziestoletnim stażem. A jeśli jeszcze weźmiemy pod uwagę, że stworzenie nowego materiału zabiera zespołowi coraz więcej czasu… Czyżby Szwedzi wymiękali? Odpowiedź na to pytanie dostajemy już w pierwszym kawałku, w którym Unleashed szybko przechodzi do rzeczy – jest żwawo, dynamicznie i nad wyraz obiecująco. Niestety „The King Lost His Crown” to coś w rodzaju zmyłki czy appetizera, bo następne utwory są utrzymane w stylu dwóch poprzednich krążków i blastów z prawdziwego zdarzenia w nich nie przewidziano.

Może i Unleashed nie mają dość wytrzymałości, żeby przez pół godziny napieprzać na wysokich obrotach, ale w średnich tempach wciąż radzą sobie bez zarzutu, więc po prostu korzystają z tego, co im zostało – klepią chwytliwe i raczej nieskomplikowane kawałki o dużym potencjale koncertowym. Na No Sign Of Life zespół udanie łączy to, co sprawdzone i jako tako u nich aktualne z okazjonalnymi nawiązaniami w riffach i rytmice do czasów „Across The Open Sea” / „Victory” oraz… paroma zaskakująco nietypowymi riffami czy bujaniem spod znaku death 'n' rolla. Innymi słowy: Szwedzi, o dziwo, jeszcze nie powiedzieli ostatniego słowa. A jako że przyszłość Firespawn jest niepewna, Fredrik Folkare powinien pakować wszystkie swoje pomysły (przede wszystkim te najbardziej agresywne) właśnie w Unleashed. Dobrze by im to zrobiło. Zwłaszcza kiedy po dwudziestu pięciu latach (!) wspólnego grania doczekał się kompozytorskiego wsparcia ze strony Tomasa Olssona.

Chociaż zgodnie z wieeeloletnią tradycją album nagrywano w Chrome Studios, No Sign Of Life jako całość nie może się pochwalić ciężarem „The Hunt For White Christ” (szczególnie jeśli chodzi o gitary), nadrabia to zestawem naprawdę udanych i zróżnicowanych numerów oraz solidną dawką porządnej trzepanki spod palców Fredrika. Oprócz wspomnianego już „The King Lost His Crown” najlepsze wrażenie robią „Did You Struggle With God?” (zabawna aluzja do „Władcy pierścieni” w refrenie), „No Sign Of Life” (jeden z szybszych na płycie), „It Is Finished” (fajny hipnotyzujący podkład pod refren), „Here At The End Of The World” (mocno wybijające się riffy; szkoda, że niepotrzebnie przeciągnięto go o 2 minuty) i „Where Can You Flee?” (najbardziej zalatuje oldskulem). Ogólnie jest z czego wybierać (dlatego nie rozumiem, czemu promują płytę najnudniejszym kawałkiem) i wydaje się, że prawie każdy fan Unleashed znajdzie tu coś dla siebie. Prawie, bo zatwardziali wielbiciele ostrzejszego oblicza zespołu mogą kręcić nosami na niespieszne tempa i umiarkowany poziom intensywności.

Trudno w to uwierzyć, ale Szwedzi trzymają się naprawdę dzielnie. Nie eksperymentują, nie wygłupiają się, nawet nie walczą w sądach o prawa do nazwy. Robią swoje, robią to dobrze, więc trzeba im przyklasnąć. Klask! Klask!


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.unleashed.se

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

3 grudnia 2021

Rivers Of Nihil – The Work [2021]

Rivers Of Nihil - The Work recenzja okładka review coverRivers Of Nihil na „Where Owls Know My Name” poszli ostro do przodu względem pierwszych wydawnictw: rozwinęli swój styl i wzbogacili go o wiele nieoczywistych rozwiązań, dzięki czemu zaprezentowali się jako zespół zaskakujący i dość oryginalny – taki, którego nagrań wypatruje się z niecierpliwością. Minęły trzy lata i… Po kilkudziesięciu przesłuchaniach The Work zastanawiam się, czy tamten materiał aby nie był dziełem przypadku i splotu sprzyjających okoliczności. Niestety, dla mnie czwarta płyta Amerykanów to duże rozczarowanie – jawi się jako zlepek w większości niedorobionych utworów poskładanych bez jakiejkolwiek myśli przewodniej i dbałości o detale.

The Work nie sposób traktować jako rozwinięcia czy kontynuacji „Where Owls Know My Name” (ani tym bardziej powrotu do grania a’la „Monarchy”), bo chociaż zespół korzysta z wachlarza podobnych patentów, to całości brakuje finezji, płynności, klimatu, wyróżniających się motywów (kompletnie zaniedbano melodie), przemyślanych struktur i nade wszystko wewnętrznej spójności. Utwory, a nawet ich poszczególne części, istnieją niezależnie od siebie, nic ich w logiczny sposób nie spaja, przez co materiał rozchodzi się w szwach. Rivers Of Nihil na siłę zlepiają odmienne stylistycznie fragmenty, więc często mamy do czynienia z topornym schematem na zasadzie: ciężko i agresywnie – ciach! – progresywnie i lajtowo – ciach! – ciężko i agresywnie – ciach! – progresywnie i lajtowo… i tak do wyrzygu. Czy to irytuje? A owszem, jednak to wcale nie jest najgorsze. Mnie szczególnie wkurwiają ogromne ilości „nica” wewnątrz kawałków jak i pomiędzy nimi. Przez dłuuugie minuty zupełnie nic się nie dzieje – i nie jest to żadne budowanie nastroju, po prostu, kurwa, cisza albo jakieś ledwo słyszalne ambienty bez wartości muzycznej.

Początek The Work — czyli lekko licząc trzy numery — jest na tyle drętwy, nieciekawy i rozwodniony, że gdy wreszcie pojawiają się jakieś atrakcje (a tych, jak na 65 minut, jest ich niewiele), trudno się na nich skoncentrować; tym bardziej, że po chwili znów dostajemy dawkę przynudzania. Niestety, duża część utworów bardzo wolno się rozkręca, inne nie rozkręcają się w ogóle – nabijają licznik i usypiają. Rivers Of Nihil z niewiadomych dla mnie względów zabałaganili kompozycje i cofnęli się w rozwoju; ponownie mocno dają o sobie znać fascynacje Fallujah (m.in. w solówkach), choć myślałem, że już z tego wyrośli i będą dłubać nad własnym stylem. A tu dupa. Do tego stopnia, że na The Work jako „w porządku” mogę określić zaledwie trzy utwory: „Focus” (daje nadzieje, że jednak nie będzie dramatu), „The Void from Which No Sound Escapes” (nieprzypadkowo wybrano go na singla) i „Maybe One Day” (spokojny, ale za to bez dziwactw i urozmaicania na siłę) oraz brutalniejsze fragmenty „More?” i „Clean”.

Największe zaskoczenie z „Where Owls Know My Name”, saksofon, na The Work również się pojawił, ale chyba wyłącznie dlatego, że fani go oczekiwali. Według książeczki Zach Strouse (z Burial In The Sky) udziela się aż w pięciu kawałkach, jednak jego partie można wychwycić (nie bez kłopotu) w czterech, zaś jakiekolwiek znaczenie ma tylko w jednym, wspomnianym już „The Void from Which No Sound Escapes”. Pozostałe wystąpienia nie robią żadnego wrażenia, o ile w ogóle się ich nie przegapi. Zespołowi ewidentnie zabrakło pomysłów, jak wykorzystać potencjał tego instrumentu. Swoją drogą bas również stracił na znaczeniu i na pierwszym planie pojawia się niezmiernie rzadko.

Nie ukrywam, że po wysłuchaniu The Work czuję się przez Rivers Of Nihil oszukany, bo po cichu liczyłem na materiał pretendujący do miana płyty roku. Zespół jednakowoż odbębnił minimum tego, co musiał, nie zważając, czy ma to jakiś sens i trzyma się kupy. Czyżby w ten sposób chcieli wymiksować się z kontraktu? A może na tyle ich naprawdę stać?


ocena: 6/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/riversofnihil

podobne płyty:




Udostępnij:

26 listopada 2021

Suffocation – Live In North America [2021]

Suffocation - Live In North America recenzja okładka review coverFrank Mullen definitywnie kończy współpracę z Suffocation. Wydaje się, że kiedyś musiało to nastąpić, bo na potrzeby tras zespół już od dawna korzystał z tańszych zamienników, jednak nic przecież nie stało na przeszkodzie, żeby Frank wciąż udzielał się studyjnie. Dawał radę przez tyle lat, to jeszcze te kilka do prawilnej emerytury jakoś by wytrzymał. Sentyment do legendarnego wokalisty to jedno, drugie to jego niezwykła (a w każdym razie nieczęsta) umiejętność łączenia głębokich bulgotów z dość dużą czytelnością i fajną dynamiką. No i na Live In North America Mullen po raz kolejny udowodnił, że w tym stylu nie ma sobie równych. W ramach pożegnania Franka z publicznością Suffocation odbyli w 2018 roku trasę po Ameryce Północnej w towarzystwie Cattle Decapitation, Krisiun i Visceral Disgorge. Objazdówka obejmowała aż 25 koncertów, spośród których jeden, z Cambridge, trafił na opisywaną płytę.

Do formy dnia czy brzmienia nie sposób się przyczepić – Suffocation to doskonale naoliwiona maszyna, która miażdży w każdych warunkach (może z wyjątkiem dużych festiwali, gdzie nagłośnienie to kwestia przypadku) i po prostu nie zawodzi ludzi pod sceną. Warsztat, opanowanie materiału, precyzja – to wszystko, w dodatku wsparte ogromnym doświadczeniem, jest na najwyższym poziomie. Także wypakowana hitami setlista na pierwszy rzut oka wygląda bardzo atrakcyjnie. Trzynaście utworów (w godzinę), a wśród nich takie wspaniałości jak „Catatonia”, „Liege Of Inveracity”, „Infecting The Crypts”, „Thrones of Blood”, „Funeral Inception” czy „Breeding The Spawn”. Jak widać, zespół położył szczególny nacisk na najbardziej klasyczny materiał, ten sprzed rozpadu, więc siłą rzeczy zostało mniej miejsca i czasu na nowsze kawałki. Do tego stopnia, że ani wspaniały „Suffocation” ani relatywnie świeży „…Of The Dark Light” nie mają tu swojego reprezentanta.

I to jest dla mnie największy problem Live In North America. Problem, który można było w łatwy sposób rozwiązać. Dwie płyty, dwa występy z dwiema różnymi przekrojowymi setlistami, 25-30 utworów – i wszyscy, czyli ja, byliby zadowoleni… Oczywiście rozumiem, że w ramach trasy, kiedy w pośpiechu pokonuje się tysiące mil, ciężko coś takiego zorganizować od strony logistycznej, aaale od czego są pieniądze i wpływy wielkiej wytwórni. Drugi problem, już mniejszy (choć też związany z wytwórnią), dotyczy formy wydania Live In North America, bo ta jest strasznie skromna – ot rozkładówka ze zdjęciami. Zespół zamykał pewien rozdział w swojej historii — a to okazja nie byle jaka — więc można było się postarać o książeczkę ze wspominkami muzyków, anegdotami z tras i studia czy mnóstwem archiwalnych fotosów. A tak – pozostają nam tylko dzięksy i ajlowy Mullena pomiędzy utworami. A propos tych „pomiędzów” – wydają mi się zbyt radykalnie przycięte, przez co konferansjerka wokalisty jest jakaś taka skompresowana, brakuje czasu na reakcje publiki, a kolejne kawałki startują ciut za szybko. Takie odczucie jest wyjątkowo subiektywne i wynika z mojego pierdolca, bo ktoś inny może w ogóle nie zwrócić na to uwagi.

Jedyne kwestie, do których można się przyczepić w związku z Live In North America dotyczą ilości i objętości, pod względem jakości jest bowiem znakomicie. Mimo iż na „The Close Of A Chapter” klimat koncertu był bardziej wyczuwalny, nowej płyty słucha się bardzo dobrze, choć w pewnym momencie robi się trochę smutno. Brutalny death metal bez Mullena nie będzie już taki sam.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.suffocationofficial.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

6 listopada 2021

Aborted – Maniacult [2021]

Aborted - Maniacult recenzja okładka review coverBrawo, brawo, brawo! Aborted po przekroczeniu bariery dziesięciu płyt studyjnych (i 25 lat grania – sam nie wiem, kiedy to upłynęło) wciąż nie tracą impetu i konsekwentnie napierdalają dalej, czego znakomitym potwierdzeniem jest spójność i wysoki poziom Maniacult. Jak należało się spodziewać, zespół nie wprowadził do swej twórczości żadnych istotnych zmian, które miałby w jakiś szczególny sposób odróżnić nowy krążek od poprzednich – to raczej kolejny kroczek do przodu, a zarazem logiczna kontynuacja i rozwinięcie „Terrorvision”. Jedyną godną odnotowania nowością jest liryczny koncept (odwołujący się do prozy H.P. Lovecrafta), który delikatnie wpłynął na kształt muzyki.

Ekipa Svena zaczerpnęła główny temat swego dzieła z historii Francisa Waylanda Thurstona (to ten, który odkrył tajemnice Kultu Cthulhu), po czym dopasowała go do własnej estetyki – nie szczędząc przy tym krwi, flaków i ingerencji sił nie z tego świata. Stąd też na Maniacult obok czystej sieczki w uszy rzucają się również próby stworzenia odpowiednio sugestywnego klimatu grozy – czy to w rozbudowanym ponad normę intro, niektórych riffach, samplach i plamach klawiszy (ledwie zauważalnych) czy instrumentalnym „Verbolgen”, który jednoznacznie nawiązuje do muzyki z budżetowych horrorów. Coś podobnego, choć bardziej rozbudowanego (a może i ambitnego), stworzyli Exhumed na „Death Revenge”, ale to propozycja Aborted jest brutalniejsza. Zresztą, krwawy koncept to niejedyne, co łączy Belgów (umownie – ostał się tylko Sven) z Amerykanami – wszak wśród utworów mają „Dementophobia”, który dosłownie ocieka Carcass z okresu „Heartwork”, a który równie dobrze mógłby trafić do katalogu Exhumed.

Oko puszczone do Brytoli to wszelako tylko wyjątek od reguły, bo cała reszta Maniacult to już granie nowoczesne (czy dokładniej – współczesne), wybuchowe, techniczne, superprecyzyjne, brutalne i przy okazji rozsądnie urozmaicone – zwłaszcza jeśli chodzi o tempa. I tu muszę się zatrzymać, by podkreślić wartość Kena Bedene dla zespołu. Zawsze uważałem go za bardzo sprawnego perkmana – ot, tak po prostu, jednak ewidentnie nie doceniłem jego umiejętności, bo te ma co najmniej imponujące. Nie dość, że w kilku utworach rozpędził się do absurdalnych szybkości (i to mogą być najbardziej ekstremalne fragmenty w historii Aborted), to jeszcze odpowiada za klawisze, w tym już wspomnianą miniaturę.

Wokalny performance Svena de Caluwé jest jak zwykle bez zarzutu – wydziera się na kilka sposobów, dynamicznie i z dużą swobodą. Tego samego nie mogę napisać o zaproszonych krzykaczach – jest ich cała chmara, w dodatku są to same anonimy z kapel w najlepszym przypadku nieistotnych, a już na pewno niegodnych bliższego kontaktu z Aborted. Ten zabieg mogę wytłumaczyć jedynie chęcią zapunktowania u środowisk związanych z deathcore’m — oni pewnie jako jedyni skojarzą te persony — bo niczego wartościowego swoją obecnością nie wnieśli. Znacznie większe wrażenie robią na mnie choćby solówki, szczególnie te w stylu Loomis w „Impetus Odi” i „Ceremonial Ineptitude”. Niektórzy wspominają ponadto coś o wielkich wpływach black metalu na Maniacult, ale dla mnie to zbyt pochopnie wyciągnięte wnioski – przy tak morderczych tempach każdy riff zabrzmi w końcu blackowo, choćby nawet pochodził od Disembowelment.

Jak na ćwierć wieku robienia hałasu na najwyższych możliwych obrotach, to po Aborted nie widać oznak znużenia – czy to konwencją czy graniem w ogólności. Jeśli jeszcze w tym stylu nie doszli do ściany, to są tego naprawdę blisko. Na Maniacult wysmażyli optymalne 41 minut agresywnego grzańska w fajnej horrorowej otoczce – album spójny w każdym elemencie i wyprodukowany tak, że zielonkawa mucha nie siada. Mnie wchodzi chyba najlepiej od czasu „The Archaic Abattoir”.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.goremageddon.be

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

16 października 2021

Ian Christe – Ryk bestii. Dekady metalu [2021]

Ian Christe - Ryk bestii. Dekady metalu recenzja okładka review coverNa początku byli Black Sabbath, a Black Sabbath byli z Birmingham, i heavy metalem byli Black Sabbath. A 35 lat później Ian Christe postanowił kompleksowo opisać zjawisko, które Brytyjczycy zapoczątkowali. Książka Ryk bestii. Dekady metalu w oryginale ukazała się w 2003 roku, jednak na polskie tłumaczenie trzeba było naprawdę dłuuugo poczekać, bo aż do 2020. Na rocznicę pierwszego wydania wydawnictwo In Rock przygotowało wydanie upiększone, uzupełnione i rozszerzone o bagatela ponad 250 stron. Wizualnie tomisko robi znakomite wrażenie, więc nawet jeśli ktoś będzie zawiedziony zawartą w nim treścią, zawsze może użyć go do szpanowania przed znajomymi tudzież do ubicia upierdliwego sąsiada – w końcu co cegła, to cegła.

Zgodnie z logiką autor opis Dekad metalu rozpoczyna od Wielkiej Brytanii i historii Black Sabbath, by później przejść do Judas Priest, Iron Maiden i Saxon – i ogólnie ruchu NWOBHM. Następnie przenosimy się do USA, gdzie zaczynają się pierwsze zgrzyty, bo w opowieściach dotyczących lat 80. przewija się cała masa zespołów, o których nawet bym nie pomyślał w kontekście metalu – jakieś pudle, glam, itp. wynalazki z różowymi gitarami. Oczywiście Ameryka to ogromny rynek, gdzie można było opchnąć mnóstwo płyt, jednak Christe chyba za bardzo skupił się na wynikach sprzedaży i tym samym przecenił znaczenie wielu nic nie wnoszących do gatunku epigonów, niemal pomijając najważniejsze kapele z Europy (Venom, Bathory, Sodom, Kreator…), które na tym etapie o wielotysięcznych nakładach nie mogły nawet marzyć.

I nastał czas Metallicy… Nie da się ukryć, że większość późniejszych rozdziałów kręci się wokół tego, co aktualnie porabiali Hetfield i Ulrich, plus ewentualnie jakichś tam zjawiskach pobocznych przewijających się w tle – czy to death metal, grind, hard core czy grunge. Nie sposób przecenić znaczenia Metallicy dla metalu, jednak w pewnym momencie jest jej tutaj po prostu za dużo w stosunku do tego, co działo się obok, a działo się przecież sporo. Tylko czy można było z tego wybrnąć inaczej? Na całe szczęście historie dwóch najważniejszych zespołów gatunku (i jeszcze paru, które obsiadły podium) są przedstawione rzetelnie i w taki sposób, że raczej nie nudzą, chociaż przecież czytało się o nich setki razy. Wiadomo, ktoś będzie jojczył, że „ja już to, kurwa, wszystko wiem”, ale ten sam ktoś w przypadku zbyt pobieżnego potraktowania czołowych kapel pewnikiem wytykałby autorowi totalną ignorancję. Tak źle i tak niedobrze.

W każdym razie początki metalu są opisane dość dokładnie, a autor w ramach danego rozdziału zawsze stara się trzymać tytułowego tematu. Wszelkie dygresje, jeśli już się pojawiają, są utrzymane w ryzach na tyle, żeby nie stracić z oczu głównego wątku. Nie ma tu także zbyt dalekiego wybiegania w przyszłość, bo jak się zdaje – na wszystko przyjdzie czas. No i rzeczywiście, czas przychodzi, ale z dostępnym miejscem jest już gorzej. Lata 90. ze względu na mnogość podgatunków i globalny zasięg muzyki wymagały zastosowania szerszej perspektywy, a to niestety oznacza, że pewne szczegóły uległy zamazaniu. Od tego momentu wygląda to, jakby autor musiał się streszczać, więc tylko prześlizguje się po paru zjawiskach, które miały istotny wpływ na rozwój metalu. Pal licho grunge, groove czy nu metal, ale jakieś 60 stron poświęconych na death i black to naprawdę mało.

Podoba mi się za to, że Ian Christe poruszył kilka kwestii związanych z odbiorem metalu przez społeczeństwo, w tym głośne swego czasu przepychanki ze świętoszkowatym PMRC w amerykańskim senacie czy sądowe cyrki z oskarżaniem muzyków o zachęcanie do samobójstw. Równie ciekawy jest opis zmiennego stosunku mediów (zwłaszcza MTV) do muzyki, z całym ich przekonaniem, że wiedzą lepiej, czego oczekują widzowie. No i jeszcze ten nieszczęsny Napster, który kiedyś podzielił fanów, a o którym dzisiaj już mało kto pamięta.

Podstawowy problem z Rykiem bestii polega na tym, że jest to książka… przestarzała. Przynajmniej w podstawowej formie. W swoim czasie miała zapewne — a przynajmniej tak to interpretuję — przybliżyć historię metalu tym, którzy zaczynali od nu metalu czy czegoś w rodzaju „St. Anger”; stanowić zachętę, żeby sięgnąć głębiej, do źródeł tej muzyki. Współczesnego czytelnika zostawia z prawie dwiema dekadami „nica”. Dopisane w 2020 roku — specjalnie dla polskiego wydania — przemyślenia o zmianach, jakie zaszły w metalu w XXI wieku tego „nica” na pewno nie wypełniają, bo to raptem 20 stron. Ja traktuję to jako luźny zbiór truizmów: ktoś umarł, ktoś inny powrócił po latach, powstała Encyclopaedia Metallum, każdy możliwy klip jest na YouTube i ogólnie jest łatwiejszy dostęp do wszystkiego choćby dzięki streamingowi.

Polska część dodatku, swoją drogą nieuwzględniona w spisie treści, robi… objętość i chyba ma skusić posiadaczy pierwszego wydania do ponownego sięgnięcia do portfela. W moim odczuciu wygląda to jak rozwlekła zapchajdziura (z nieco dziurawą korektą), bo i co komu z refleksji Piotra Wiwczarka na temat trzydziestu (pierwszych) latach heavy metalu, które w zasadzie sprowadzają się do wyliczanki płyt i kapel, które były obszernie opisane kilkaset stron wcześniej? Tylko ostatnie trzy strony, poświęcone polskiej scenie, cokolwiek wnoszą — w imię zasady, że jeśli sami o sobie nie powiemy, to nikt nie powie — choć to znowu tylko wyliczanka. Podobnie wrzucone później rankingi najważniejszych płyt – czy to ostatnich dwóch dekad, czy wszech czasów, czy czegokolwiek – bo każdy z autorów zrobił po swojemu. Mnożenie (oraz powtarzanie) bytów tej książce nie służy, jeeednak jeśli jeszcze nie mieliście Ryku bestii w rękach, to zdecydowanie warto to nadrobić.


demo
oficjalna strona wydawcy: inrock.pl
Udostępnij:

8 października 2021

Carcass – Torn Arteries [2021]

Carcass - Torn Arteries recenzja okładka review coverPowrót Carcass, zgodnie z moimi oczekiwaniami, okazał się porażką. „Surgical Steel” to materiał odpychający, pokraczny, posklejany bez ładu i składu z niepasujących do siebie elementów i w dodatku żerujący na sentymentach. Co gorsza, również zgodnie z moimi oczekiwaniami, zdobył spore uznanie i niektórzy do dziś do niego wzdychają niczym do jakiegoś objawienia. Dzięki temu Anglicy poczuli, że mogą bez wysiłku doić legendę i robić sobie jaj ze starych fanów, jednocześnie tracąc ich szacunek – o czym dobitnie świadczy kloaczny poziom obu wydanych później epek. Przykro się na to patrzy, bo rzecz dotyczy zespołu, który przez długie lata zaliczałem do tych naj-naj-najbardziej ulubionych.

OK, skoro już dałem upust mojej niechęci do tego, co Carcass robią od kilku lat, to teraz czas na nagły zwrot akcji. Po dwóch tygodniach intensywnego słuchania Torn Arteries doszedłem do zaskakującego (dla siebie) wniosku, że ta płyta… daje radę! Oczywiście oczekiwania miałem niskie, naprawdę bardzo niskie, co jednak nie znaczy, że byłbym skłonny łyknąć cokolwiek. Czyżby zatem Anglicy dla odmiany przyłożyli się do komponowania i stworzyli akceptowalny materiał? Na to wychodzi. Opisywany album to wypadkowa pomysłów a’la „Heartwork” i „Swansong” doprawiona co lepszymi (czyli tymi nowoczesnymi) zagrywkami z poprzednika i sporą dawką agresywnego thrash’owego riffowania (kojarzy się z Kreatorem z paru ostatnich płyt) – nic specjalnie zaskakującego, ale na pewno całość została znacznie lepiej — albo w ogóle — przemyślana niż ostatni longplej. Choć nie idealny, materiał jest całkiem sensownie poskładany, dość spójny wewnętrznie, przyzwoicie zbalansowany i zawiera mniej stylistycznych kontrastów (zwłaszcza tych absurdalnych). Ponadto na Torn Arteries ciekawiej wypadają również wokale, bo oprócz jak zwykle świetnego wrzasku Walkera, pojawia się trochę wzruszających bulgotów Steera.

Gdy dobrze się wsłuchać w Torn Arteries, okazuje się, że — o dziwo! — wśród utworów nie ma ewidentnych słabizn i gówna nie do przejścia. Nawet te mniej udane kawałki („Dance Of Ixtab (Psychopomp & Circumstance March No.1 in B)”, „Eleanor Rigor Mortis”, „Wake Up And Smell The Carcass / Caveat Emptor”, „The Scythe’s Remorseless Swing”) mogą liczyć na wyrozumiałość, bo ogólnie nie jest aż tak źle, jak się zapowiadało – głównie dzięki wspomnianej już spójności. Mnie najlepiej weszły za to „The Devil Rides Out”, „Kelly’s Meat Emporium” i „Torn Arteries”, czyli numery relatywnie brutalne, a przy tym chwytliwe prawie jak za starych dobrych czasów. Co istotne, to właśnie w nich najmocniej daje się wyczuć powiew świeżości i bardziej przyszłościowe podejście do deathmetalowej materii. Ciekawym przypadkiem jest „Flesh Ripping Sonic Torment Limited”, bo to aktualnie najdłuższy numer w historii Carcass – zespół pozwolił sobie na kilka rozbudowanych ponad normę, może nawet ambitnych partii instrumentalnych, ale aranżacyjne szwy widać w nim aż nazbyt wyraźnie. Przynajmniej nie nudzi.

Duży plus należy się Carcass za to jak wyprodukowali Torn Arteries. W porównaniu z poprzednim krążkiem brzmienie jest pełniejsze, bardziej nasycone, cięższe i na szczęście już nie tak sterylne. Ponadto fajna jest okładka (autorstwa Zbigniewa Bielaka) i cały koncept stojący za oprawą graficzną (choć negatywnie wpływa na czytelność tekstów), ale dla właściwego efektu przydałby się lepszy papier, bo akurat na nim Nuclear Blast przyoszczędzili.

Pisanie pochwał pod adresem Carcass przychodzi mi z pewnym trudem, ciągle też liczę na ostateczne rozwiązanie zespołu, ale muszę uczciwie i trochę wbrew sobie przyznać, że Torn Arteries wchodzi mi nadspodziewanie dobrze. Jednocześnie mam świadomość, że po „miesiącu miodowym” płyta trafi na półkę, a ja wrócę do odgrzewania staroci. W każdym razie jeśli chcecie dać Anglikom ostatnią szansę – może już nie być lepszej okazji.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/OfficialCarcass

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

26 września 2021

Rude – Outer Reaches [2021]

Rude – Outer Reaches recenzja okładka review coverOpisywana właśnie epka była ponoć zapowiadana zaraz po premierze „Remnants…”. Mnie ta informacja chyba umknęła albo po prostu bardziej skupiłem się na jojeczniu założyciela Rude, który nie zdobył zakładanego rozgłosu i nosił się z rozwiązaniem kapeli. Co by się jednak w międzyczasie nie działo, Yusef Wallace przezwyciężył kryzys twórczo-egzystencjalny i 2020 roku wraz z kolegami nagrał sześć kawałków, które właśnie ukazały się pod tytułem Outer Reaches. Czy to te same utwory, o których była mowa w 2017, czy może nowe – tego się nie doczytałem.

Okładka w stylu komiksowego sci-fi poniekąd sugeruje kosmosy również w muzyce, co nawet ma jakiś sens – wszak już w „Children Of Atom” z „Remnants…” pojawiły się ciekawe „okołosphere’owskie” odloty, więc nic nie stało na przeszkodzie, żeby je teraz kontynuować. Prawda? Nieprawda! Pierwotne brzmienie materiału szybko sprowadza słuchacza na ziemię, a nawet pod – bo taki dźwięk kojarzy mi się z nagraniami z próby poczynionymi w piwnicy jakiejś spółdzielni mieszkaniowej w Dąbrowie Górniczej. To pierwsze zaskoczenie. Drugie dotyczy stylu Rude – zespół zrobił wyraźny krok wstecz i w rezultacie nowe utwory są prostsze i wolniejsze (blasty zredukowano do minimum), a przy tym bardziej bezpośrednie i surowe od tych, jakie znamy z dwóch pierwszych krążków. To taki grubo ciosany oldskulowy death metal bez znaczących urozmaiceń i dbałości o detale – coś, co niejako stoi w opozycji do podejścia Skeletal Remains, Morfin czy nawet Gruesome. Oczywiście od razu pojawia się pytanie, czy ta ogólna niechlujność Outer Reaches to w pełni świadomy i zamierzony efekt czy raczej wynik pośpiechu i braku funduszy – obojętnie jaka jest prawda, zespół pewnie bez trudu dorobi sobie do tego jakąś ideologię.

Skoro z grubsza wiadomo, co się zmieniło u Rude, pozostaje jeszcze kwestia, jak Amerykanie odnajdują się w takim graniu, które, nie oszukujmy się, nie wymaga nawet połowy ich technicznego potencjału. Ano odnajdują się bardzo dobrze – na luzie i bez wysiłku, dzięki czemu całość brzmi całkiem naturalnie. W tym przekonaniu utwierdza mnie odbiór tych sześciu kawałków (w tym dwóch sensownych instrumentali), bo słucha się ich… na luzie i bez wysiłku. Tylko czy taka muzyka przysporzy kapeli upragnionego rozgłosu – to akurat mało prawdopodobne.


ocena: -
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Rude/391039200987363

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

3 września 2021

Burial In The Sky – The Consumed Self [2021]

Burial In The Sky - The Consumed Self recenzja okładka review coverLudzka pamięć bywa zawodna, zwłaszcza moja, ale akurat w przypadku Burial In The Sky dość szybko skojarzyłem, że już kiedyś miałem styczność z tym zespołem i że zupełnie nie trafił w mój gust. W związku z tym przezornie odkładałem przesłuchanie The Consumed Self ile się tylko dało, bo — proszę o zrozumienie — nie ciągnie mnie do nieskładnego pitolenia. Pierwszy kawałek, rozbudowane intro z pseudoklimatycznym brandzlowaniem i mizernym czystym wokalem, potwierdził moją opinię o muzyce kapeli – to jest odpychające. Drugi numer już nieco mi zamieszał, a trzeci sprawił, że zacząłem się temu wnikliwie przysłuchiwać… Czyżby nagle wyszli na ludzi?

Nawet jeśli na The Consumed Self nie do końca wszystko im wyszło, to trzeba przyznać, że w ciągu trzech lat Amerykanie zrobili naprawdę duże postępy i poprawili się właściwie na każdej płaszczyźnie, a przy okazji dość wyraźnie określili kierunek rozwoju. Mamy zatem do czynienia z nowoczesnym progresywnym death metalem z rozbudowanymi (niekiedy aż za bardzo – o czym później) aranżacjami, mnóstwem zmian tempa i nastroju, wieloma technicznymi urozmaiceniami i zróżnicowanymi wokalami. Całość jest znacznie bardziej spójna i dopracowana niż poprzedni materiał, który również był ambitny (przynajmniej w założeniach), ale kompletnie niedorobiony od strony kompozytorskiej i do tego topornie wykonany. Poza tym poprawę można odnotować w kwestii brzmienia i produkcji, które tym razem znacząco lepiej dopasowano do stylu zespołu.

Wszystkie wspomniane zmiany oraz, co ważne, zagęszczenie i uwypuklenie partii saksofonu jednoznacznie świadczą o ogromnym wpływie „Where Owls Know My Name” na podejście Burial In The Sky do pisania własnej muzyki. Amerykanie to i owo mogli podpatrzeć bezpośrednio u źródeł — wszak to Zach Strouse nagrywał saksofon dla Rivers Of Nihil — więc starali się zaadaptować niektóre patenty na potrzeby The Consumed Self; z różnym skutkiem. Czyste wokale? A owszem, są, tylko strasznie nierówne, niestety z przewagą tych słabych. Aranżacyjny rozmach? No tak, tylko nie zawsze użyte elementy pasują do siebie tak, jak powinny; niektóre służą chyba tylko temu, żeby nabijać licznik minut. I właśnie, długości The Consumed Self – album trwa niemal godzinę i to już jest lekka przesada. Dobrym rozwiązaniem byłoby wycięcie około kwadransa progresywnych smętów i przesadnego kombinowania (czyli przede wszystkim „Anatomy Of Us”) – całość stałaby się bardziej zwarta i komunikatywna.

Wraz z kolejnymi przesłuchaniami The Consumed Self utwierdza w przekonaniu, że Burial In The Sky bardzo by chcieli być jak Rivers Of Nihil i trochę jak Fallujah. I robią sporo, żeby ich w ten sposób postrzegano, jednak na razie brzmią jak uboższa wersja swoich znanych kolegów. Amerykanie wygrzebali się z poziomu bagna poprzednich płyt i awansowali do kategorii zespołów słuchalnych, ale czy wybiją się wyżej – to zależy, czy starczy im talentu i pieniędzy.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/burialinthesky

podobne płyty:


Udostępnij:

25 sierpnia 2021

Ominous Ruin – Amidst Voices That Echo In Stone [2021]

Ominous Ruin - Amidst Voices That Echo In Stone recenzja okładka review coverOminous Ruin to jedni z wieeelu przedstawicieli technicznego death metalu z Kalifornii, a ich debiutancki Amidst Voices That Echo In Stone przynosi trzy kwadranse dokładnie takiej muzyki, jakiej można (należy!) się spodziewać po zespołach z zachodniego wybrzeża USA. Nie da się ukryć, że tamtejsze kapele wypracowały sobie bardzo charakterystyczne patenty na granie i trzymają się ich na tyle kurczowo, że swoje pochodzenie zdradzają po kilku sekundach odsłuchu. Z Ominous Ruin jest podobnie, chociaż akurat sam zespół ma na ten temat nieco inne zdanie. Stąd też zanim przejdę do opisu moich wrażeń, pierwej odniosę się do tego, co chłopaki sami mają o sobie do powiedzenia.

Po pierwsze i chyba najważniejsze, Amidst Voices That Echo In Stone rzekomo ma być powiewem świeżego powietrza na scenie technicznego death metalu. [miejsce, żeby się pobrechtać] Tego… Gają tak, jak się gra w Kalifornii, a wpływy Deeds Of Flesh, Odious Mortem, Severed Savior, Arkaik, Continuum, Inanimate Existence, Decrepit Birth czy bardziej egzotycznego Spawn Of Possession są w ich muzyce wszechobecne. Niezależnie od górnolotnych deklaracji, Ominous Ruin w żaden sposób nie próbują rewolucjonizować tego stylu ani też wprowadzać do niego czegoś od siebie. Przynajmniej ja nie usłyszałem na krążku niczego, czego bym nie znał z twórczości wieeelu innych kapel. Po drugie, Amerykanom uroiło się, że wokale Adama Rosado są wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju. [miejsce, żeby się pobrechtać, znowu] Cóż, wokale jak wokale. Wiochy nie ma, ale żeby od razu miały zwracać uwagę czymś szczególnym? No nie, nieee… Poza tym trochę dziwne wydaje mi się częste podkreślanie przez zespół, że korzystają z 8-stunowych gitar i 6-strunowego basu – jakby nie byli przekonani, że to wszystko słychać na płycie. I prawdę mówiąc – tych dodatkowych strun właśnie nie słychać, bo ogólnie Ominous Ruin nie zapędzają się zbytnio w niższe rejestry i raczej stronią od djentu. Co do basu – ten po prostu bywa obecny; to absolutnie nie ta intensywność co u Beyond Creation czy Obscura.

Jak łatwo wywnioskować z powyższego akapitu, Amidst Voices That Echo In Stone nie ma w zasadzie nic wspólnego z oryginalnością czy nowatorstwem. Ale to akurat nie stanowi dla mnie problemu, bo to naprawdę bardzo dobry i znakomicie zagrany materiał. Ominous Ruin w niczym nie ustępują bardziej znanym kolegom – tak jeśli chodzi o umiejętności techniczno-kompozytorskie (sesyjnie za garami zasiadł znany z Fallujah Andrew Baird), poziom brutalności, jak i produkcję albumu. Dziesięć lat zbierania doświadczeń zaowocowało w pełni przekonującymi utworami, spośród których każdy wyróżnia się jakimiś ciekawymi zagrywkami i naprawdę dużą dynamiką – jest szybko, efektownie i bez popadania w progresję. Napisałbym, że nie ma tu miejsca na przestoje, ale niestety do paru kawałków doklejono nawet po kilkadziesiąt sekund „nica” (zwłaszcza w numerze tytułowym), więc całość nieco straciła na płynności.

Amidst Voices That Echo In Stone mogę śmiało polecić wielbicielom wszystkich wymienionych na początku kapel – znajdą tu dokładnie to, co lubią. Krążek nie zawiedzie także fanów szeroko pojętego nowoczesnego death metalu z Ameryki (szczególnie tego z Willowtip i złotego okresu Unique Leader) – Ominous Ruin grzeją, że mucha nie siada. A jak siada, to zaraz zdycha.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/OminousRuin
Udostępnij:

20 sierpnia 2021

Cannibal Corpse – Violence Unimagined [2021]

Cannibal Corpse - Violence Unimagined recenzja okładka review coverGdyby złośliwie uznać, że na „Red Before Black” Kanibalom noga się powinęła, że zaliczyli spadek formy i ogólnie cusik im nie wyszło, to wtedy Violence Unimagined można traktować jako rehabilitację zespołu. Gdyby. Bo nie ma potrzeby, by sztucznie podnosić wartość nowej płyty – broni się sama. Na poprzednim krążku zabrakło jedynie powiewu świeżości, natomiast na Violence Unimagined jest jej pod dostatkiem, co w głównej mierze ma związek z wymuszoną przez amerykański wymiar (nie)sprawiedliwości zmianą w składzie. Wieloletniego gitarzystę Pata O'Briena zastąpił Erik Rutan, z którym panowie znają się jak łyse konie, więc przypuszczalnie do nagrań mogli przystąpić z marszu.

Nie chciałbym, żeby ta recka zamieniła się w hymn pochwalny ku czci Rutana, ale nie da się ukryć, że jego wkład w piętnasty (dżizasie!) album Cannibal Corpse jest dość znaczący. Z roli producenta wywiązał się jak zwykle znakomicie, mimo iż w studiu nie wykręcił niczego spektakularnego czy wykraczającego ponad kanibalistyczne standardy. Trzeba mieć jednak na uwadze, że tym razem miał dużo trudniej, bo musiał zachować chłodne podejście do procesu nagrań i pilnować się, by w jakiejś kwestii nie przedobrzyć. To raz. Dwa jest takie, że Rutan nie przyszedł do zespołu tylko po to, żeby pozować do zdjęć; dorzucił od siebie aż trzy utwory wraz z tekstami – z jednej strony gładko wpasował je w styl kapeli (spójność ponad wszystko), a z drugiej przemycił w nich kilka zupełnie nietypowych dla kolegów riffów i technicznych zagrywek. Jest jeszcze trzy – solówki. Okazuje się, że popisy Rutana (w skali płyty większość wyszła spod jego palców!) doskonale pasują do stylu Cannibal Corpse i przy okazji wzbogacają go o charakterystyczne melodie. Stwierdziłbym nawet, że wydają się tym czymś, czego w muzyce Amerykanów zawsze brakowało.

Na jednym gitarzyście zajebistość Violence Unimagined jednakże się nie kończy, bo cały skład pokazał się z naprawdę bardzo dobrej strony i na pewno nie można nikomu zarzucić opierdalania się tudzież problemów z kreatywnością. Weźmy taki „Surround, Kill, Devour” — jeden z najlepszych na krążku — który ma idealny do młynka groove i jest tak skoczny, że powinien się świetnie sprawdzać na żywo. Innym hajlajtem jest „Inhumane Harvest” z masakrycznym zwolnieniem w połowie i fajną zmyłką, kiedy po pierwszej solówce powinno być przyspieszenie, a oni dalej uskuteczniają mielonkę. Warto również zwrócić uwagę na wypakowany solówkami „Bound And Burned”, bo o ile kojarzę wcześniej Cannibal Corpse na aż takie szaleństwa sobie nie pozwalali – spróbowali i było warto. Poza tym na płycie mamy więcej niż ostatnio (a może i kiedykolwiek) bezpośrednio chwytliwych riffów oraz wolniejszych, „nastrojowych” fragmentów, kiedy bas wychodzi na powierzchnię (jak w „Follow The Blood” czy „Overtorture”). Stanowią one niezły kontrast dla paru dłuższych partii z gęstą nawalanką (w „Inhumane Harvest” i „Ritual Annihilation”) – chyba właśnie to miał na myśli Mazurkiewicz, kiedy przekonywał, że Violence Unimagined to dla niego najbardziej jak dotąd wymagający materiał.

Album mogę podsumować tylko w jeden sposób. Cannibal Corpse potwierdzili, że w lidze oldbojów/długodystansowców (jak zwał, tak zwał) nie mają sobie równych i ciągle nie brakuje im pomysłów ani motywacji do grania na najwyższym poziomie. A z młodymi nie muszą się liczyć. Rispekt!


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.cannibalcorpse.net

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

8 sierpnia 2021

Ghastly – Mercurial Passages [2021]

Ghastly - Mercurial Passages recenzja okładka review coverNie znam debiutu tego zespołu, ale już wydana trzy lata temu „dwójka” zwróciła moją uwagę specyficzną okładką i takim nie do końca oczywistym podejściem do death metalowej materii. Z jednej strony było to granie brudne i pierwotne, z drugiej zaś Finowie wzbogacili je paroma dość ambitnymi rozwiązaniami, które na pierwszy rzut ucha niekoniecznie pasowały do całości, a sprawdziły się całkiem nieźle. Po kilkudziesięciu sesjach z „Mercurial Passages” mogę śmiało stwierdzić, że wraz z upływem czasu muzyka Ghastly nabiera kolorów, wyrazistości i rozwija się w naprawdę ciekawym kierunku.

Fundament brzmienia Finów stanowi mieszanka wpływów najwcześniejszych surowych nagrań Autopsy czy Death z tym, z czego zasłynęli ongiś rodacy Ghastly z Purtenance i Demigod oraz gitarowego piłowania typowego dla Sztokholmu i okolic. Innymi słowy jest w tym pierwotna moc, brzydota i ciężar, ale również charakterystyczne melodie i sporo intrygującego klimatu, który niekiedy przebija się na pierwszy plan. Tę klasycznie death metalową jazdę muzycy Ghastly coraz chętniej uzupełniają rozbudowanymi strukturami (jak w „Dawnless Dreams” i „Mirror Horizon”) oraz spokojniejszymi partiami o bardziej progresywnym zabarwieniu, które nie tylko dają chwilę oddechu od mielonki, ale przede wszystkim wprowadzają do utworów niepokojący nastrój. Podobne pomysły na wyjście poza schemat można znaleźć na „przełomowych” płytach Tribulation, Morbus Chron i Horrendous, przy czym z tymi ostatnimi Finowie mają chyba najwięcej wspólnego.

Na „Mercurial Passages” Ghastly proponują sporo dość wysublimowanego grania i chociaż nie ma ono nic wspólnego z techniczną ekwilibrystyką ani wybitnie skomplikowanymi aranżacjami, wymaga skupienia i paru wnikliwych przesłuchań. Nadrzędny, jednoznacznie death metalowy styl zespołu oraz daleka od krystalicznej produkcja (jakkolwiek krążek i tak brzmi mniej piwnicznie od poprzedniego) sprawiają, że można łatwo przeoczyć niektóre niuanse, które sprytnie poupychano między najbardziej typowymi dla gatunku patentami. W każdym razie album jest znacznie bardziej urozmaicony, niż to się początkowo wydaje.

Biorąc pod uwagę fakt, że za całość muzyki (kompozytorsko i wykonawczo) odpowiada w Ghastly tylko jeden człowiek, bardzo interesujące będą dalsze losy tego zespołu. Na Mercurial Passages daje się odczuć, że Ian J. D'Waters nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, ale trudno zgadywać, w jakim kierunku podąży – czy wytrwa przy mocnym graniu, czy też, wzorem wspomnianych wyżej młodych kapel, niedługo ucieknie w lajtowe i progresywne dźwięki. Obie opcje wydają się prawdopodobne i obu z ciekawością posłucham.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ghastlydeathmetal
Udostępnij:

31 lipca 2021

Grave Miasma – Abyss Of Wrathful Deities [2021]

Grave Miasma - Abyss Of Wrathful Deities recenzja okładka review coverObstrukcja bardzo! Aż ośmiu lat potrzebowali muzycy Grave Miasma, żeby wreszcie wydusić z siebie następcę gorąco przyjętego debiutu. I chociaż w międzyczasie „jakieś coś” się u nich działo — epka i zmiany w składzie — to można było mieć pewne obawy, co do kreatywności i przyszłości zespołu. Jednocześnie, niezależnie od wszystkiego, niebezpiecznie rosły wymagania w stosunku do ewentualnego następcy „Odori Sepulcrorum”, bo na tamtym albumie Anglicy zawiesili sobie poprzeczkę naprawdę wysoko, więc każdy fan obleśnego death metalu chciałby więcej takiego grania. Tylko może podanego trochę inaczej…

Czy wobec powyższego „Abyss Of Wrathful Deities” miał szansę przebić debiut i zaspokoić rozbuchane oczekiwania słuchaczy? Nie sądzę. I raczej nie ma to nic wspólnego z poziomem samej muzyki, a z wcześniejszymi wyobrażeniami na jej temat. Z jednej strony chciano czegoś nowego i zaskakującego, z drugiej zaś, żeby zbytnio nie odbiegała od „Odori Sepulcrorum” – pogodzić się tego nie da(ło), mimo to krążek brzmi, jakby Grave Miasma próbowali. No i cóż, zważywszy na to, w jak hermetycznej stylistyce się obracają, Anglicy stworzyli materiał nieco inny, z inaczej rozłożonymi akcentami, choć wciąż mający dość punktów wspólnych z pierwszą płytą, żeby można było mówić o ciągłości. W mojej opinii rezultat jest co najmniej bardzo dobry, ale nie zdziwię się, gdy znajdą się i tacy, dla których zespół w pewnych kwestiach zwyczajnie dał dupy.

Pierwsze, co się rzuca w uszy, to fakt, że Abyss Of Wrathful Deities nie jest albumem tak surowym i ponurym jak debiut, jest natomiast bardziej zniuansowany i wyraźnie szybszy, jednak o ekstremalnych tempach nie ma tutaj mowy. Zespół uwypuklił groove (w tym taki w stylu klasycznego death metalu), wprowadził rozbudowane i ściśle zespojone ze strukturami partie solowe (fajnie podkreślają klimat i dynamikę utworów) oraz mocniej niż kiedykolwiek zarysował linie melodyczne. Ponadto Grave Miasma nagrali całość zadziwiająco czysto i przejrzyście, choć mogli znacznie, znacznie głośniej. Dzięki tym zabiegom płyta, która ma źródła w z założenia dość odpychającej stylistyce, jest bardzo przystępna i wchodzi bez najmniejszego problemu od pierwszego przesłuchania. Czy to dowód na dojrzałość kompozytorską czy raczej wymiękanie – oceńcie sobie sami. Jedno jest pewne – zespół już tak chętnie nie będzie wymieniany w jednym rzędzie z Dead Congregation i Cruciamentum.

Jak dla mnie, Grave Miasma za sprawą Abyss Of Wrathful Deities udowodnili, że nie stoją w miejscu, że mają jakiś pomysł na siebie i wcale nie muszą się ograniczać do wałkowania riffów pod Incantation. Nie szukałem na tej płycie nowej jakości ani eksperymentów, toteż nie mam tutaj specjalnych powodów do narzekań.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.gravemiasma.co.uk

Udostępnij:

14 lipca 2021

Gojira – Fortitude [2021]

Gojira - Fortitude recenzja okładka review coverPięć lat oczekiwania na nowy album Gojira wypełniały mi rozmaite zapowiedzi, spośród których szczególny nacisk położono na te — a przynajmniej ja to właśnie na nich najbardziej się skupiłem — o powrocie do stylistyki znanej z „The Way Of All Flesh”, więc jako wielbiciel tamtego krążka byłem podjarany, że znowu będzie ciężko, technicznie i stosunkowo brutalnie. Tymczasem pierwsze upublicznione single, abstrahując od ich poziomu, nie miały z takim graniem nic wspólnego. A zatem kłamali, oszusty jedne? Nooo nie. Nie do końca, bo w paru (dosłownie) ostatnich utworach takie nawiązania istotnie się pojawiają, ale wydaje mi się, że ich głównym zadaniem jest zainteresowanie/utrzymanie zainteresowania fanów tego bardziej ekstremalnego oblicza kapeli.

Czy się to komuś podoba czy nie, Fortitude to w ogromnej części bezpośrednia i dość bezpieczna kontynuacja poprzedniej płyty wraz z niemal wszystkimi jej zaletami i niektórymi wadami, lecz pozbawiona eksperymentów, zauważalnych nowinek i świeżości tamtego materiału. Trochę to mało jak na pięcioletnią przerwę, czyż nie? Tym bardziej, że „Magma” była dla Gojira pewnym przełomem – zespół pokazał się światu z zaskakująco przystępnej/łagodnej strony i to chwyciło, bo trafił do wielu odbiorców spoza metalowych kręgów. Teraz Francuzi przede wszystkim starają się wykorzystać komercyjny potencjał i często-gęsto powielają znane i sprawdzone patenty, ale na szczęście dla siebie czynią to na tyle rozsądnie i z umiarem, że Fortitude jako całość broni się całkiem nieźle i — jak to piszą w anonsach — zyskuje przy bliższym poznaniu.

Album charakteryzuje się bardziej wyrównanym poziomem utworów niż „Magma” i słucha się go nieco łatwiej (czyli bez totalnych zgrzytów), co jednak nie oznacza, że wszystkie kawałki są równie udane. Jak na moje ucho niektóre fragmenty są zbyt rozwlekłe (w „Hold On”, „New Found”, „The Trails”), inne niepotrzebne (jak tytułowy, będący „mruczankowym” wstępem do mruczanki w „The Chant”) i w rezultacie w muzykę wkrada się za dużo monotonii. Ponadto odnoszę wrażenie, że w paru miejscach ideologia staje się dla Gojira ważniejsza niż same dźwięki, na czym traci wyrazistość utworów. Przeciwwagą dla pojawiających się zmiękczeń i przynudzania jest zestaw numerów zajebiście chwytliwych („Born For One Thing” i „Another World”) oraz mocnych i dynamicznych (jak „Into The Storm”, „Grind” czy „Sphinx”) – to właśnie dzięki nim przez 52 minuty Fortitude brnie się z dużą przyjemnością i naprawdę szkoda, że takich kompozycji nie znalazło się tu więcej. Po stronie plusów warto również wymienić zróżnicowane wokale. Mimo iż Joe coraz częściej stosuje czyste zaśpiewy, to są one na tyle urozmaicone i pewnie wykonane, że zupełnie nie przeszkadzają.

Chociaż pod pewnymi względami Fortitude jest płytą lepszą i bardziej spójną od poprzedniej, wydaje mi się, że to jednak „Magma” będzie częściej wspominana po latach jako materiał, który wniósł do dorobku Gojira coś nowego i niespodziewanego. Opisywany album to po prostu kolejna pozycja w ich dyskografii. Solidna, to fakt, ale bez szału.


ocena: 8/10
demoe
oficjalna strona: www.gojira-music.com

inne płyty tego wykonawcy:










Udostępnij:

4 lipca 2021

Pestilence – Exitivm [2021]

Pestilence - Exitivm recenzja okładka review cover„Ale to już było i nie wróci więcej”… Nic z tych rzeczy – to powraca wciąż i wciąż, a ja powoli mam już tego dość. Na Exitivm — obowiązkowo nagranym w całkowicie nowym składzie — Patrick Mameli po raz kolejny próbuje w muzyce nawiązać do wielkości „Testimony Of The Ancients” i „Spheres” i ożenić ten wiekowy już styl z nowoczesnym (czy po prostu – współczesnym) brzmieniem, w którym zasmakował zaraz po pierwszej reaktywacji zespołu. Czy ta synteza się udała czy nie – ta kwestia w zasadzie schodzi na dalszy plan, bo na pierwszy wysuwa się niestety wtórność takich zabiegów oraz to, że sprawiają wrażenie przeprowadzanych na siłę. Uprzedzając pytania – to nie jest najgorszy album Pestilence, choć do najlepszych bardzo dużo mu brakuje.

Exitivm rozpoczyna rozwlekłe i niepotrzebne intro, które przechodzi w… intro do „Morbvs Propagationem” – utworu, który wraz z następującym po nim „Deificvs” (również z intrem) wskazałbym jako najbardziej udane na płycie. W tych dwóch kawałkach Pestilence pokazują wszystkie swoje atuty, absolutnie wszystko, co mają do zaoferowania i to właśnie nimi wyczerpują temat. Dzięki licznym urozmaiceniom zespołowi udaje się całkiem nieźle utrzymywać uwagę słuchacza, zainteresować go i to jest jakiś sukces, bo już kolejne utwory nie wprowadzają niczego nowego, nie zaskakują, jadą za to na ogranych schematach i skutecznie się rozmywają. Słuchając piątego numeru, nie pamiętam już, co było w czwartym. Słuchając szóstego, nie pamiętam, co było w piątym… I tak dalej. Exitivm brakuje wyrazistych riffów czy zapamiętywalnych melodii, a konstrukcja sporej części kawałków jednoznacznie wskazuje, na jakich utworach z przeszłości Mameli się wzorował. Oczywiście w drugiej części płyty (czyli od 10 minuty w gorę) również trafiają się jakieś lepsze momenty — w „Pericvlvm Externvm”, „Exitivm” czy „Dominatvi Svbmissa” — ale żeby je wyłapać trzeba trochę wysiłku i skupienia.

Aby pogłębić i tak już oczywiste nawiązania „Testimony Of The Ancients”, Mameli zdecydował się na użycie klawiszy, których plamy w zamyśle miały „robić klimat” oraz podkreślać niektóre partie. Piszę „w zamyśle”, bo w rzeczywistości są dość przypadkowo porozpieprzane po całym materiale, bez wielkiego związku z death metalowym trzonem, więc spokojnie mogłoby się bez nich obejść. Równanie do „Testimony Of The Ancients” dotyczy również ogólnego tempa materiału – jest średnio-średnie. Na Exitivm blasty zredukowano do minimum (pojawiają się jedynie w „Morbvs Propagationem”) i tego w ogóle nie rozumiem, bo Michiel van der Plicht specjalizuje się w szybkim i intensywnym graniu, a tymczasem w większości utworów nie ma nawet szansy solidnie rozruszać kończyn. Mimo wszystko i tak jego wkład w muzykę jest bardziej odczuwalny niż Joosta van der Graafa, którego bas przebija się na powierzchnię może przez kilka sekund.

O wykonaniu nie ma sensu się wiele rozpisywać, bo z jednej strony wysoki poziom jest „oczywistą oczywistością”, z drugiej zaś Patrick nie postawił kolegów przed wyjątkowo wymagającym technicznie materiałem, który mógłby im sprawić jakiekolwiek problemy. Więcej uwagi warto poświęcić brzmieniu, bo w tym aspekcie nowy krążek Pestilence mocno różni się od poprzedniego. Exitivm bliżej do przytłaczającego i mechanicznego soundu „Doctrine” i „Obsideo”, więc ogólnie jest cieżko, brutalnie i tak dalej, jednak kosztem spójności z muzyką. „Hadeon” miał dużo lepiej dopasowane brzmienie do stylu i w związku z tym całość wypadała po prostu naturalnie, a przy okazji również była bardziej dynamiczna.

Jak już wspomniałem na początku, Exitivm nie jest najgorszym albumem Pestilence, choć dla mnie na pewno słabszym i mniej przekonującym od poprzedniego. Podobnie jednak jak na „Hadeon”, nie ma tu ani jednego kawałka, który mógłby zostać ze mną na dłużej, i o który mógłbym drzeć mordę na ewentualnym koncercie. Pewien problem widzę także i w tym, że jeśli mnie nachodzi na muzykę w stylu „Testimony Of The Ancients”, to biorę się za „Testimony Of The Ancients”, tanie substytuty zaś pomijam.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalna strona: www.pestilence.nl

inne płyty tego wykonawcy:






Udostępnij:

27 czerwca 2021

3rd War Collapse – Damnatus [2021]

3rd War Collapse - Damnatus recenzja okładka review coverNazwa tego brazylijsko-fińskiego projektu budzi nieprzyjemne skojarzenia z jakimś tęczowym deathcore’owym syfem, jednak zdjęcia chłopaków i pierwsze sekundy „Eyes Of Deception" rozwiewają wszelkie wątpliwości. 3rd War Collapse całkiem sprawnie nawalają bezpośredni i dość brutalny death metal w amerykańskim stylu, ale — i to jest bardzo ciekawe i poniekąd odświeżające — w takiej no… niderlandzkiej odmianie. Tak podany materiał wchodzi gładko, więc należy się cieszyć, że zespół zdecydował się go ujawnić już po… 5 latach od nagrania.

Na Damnatus roi się od wpływów Prostiture Disfigurement, Severe Torture, Sinister czy Caedere; pojawiają się dosłownie na każdym kroku, czy to jeśli chodzi o dynamikę, riffy, czy struktury, ale nie robię z tego żadnego problemu, bo wszystko jest zgrabnie poskładane i doprawione grindowymi zapędami a’la wczesny Dying Fetus. W muzyce nie ma ani grama innowacji, słychać za to kupę zaangażowania i naprawdę niezły zmysł kompozytorski. Kawałki są krótkie, brutalne i treściwe, a przy tym zaskakująco chwytliwe, choć bazują niemal wyłącznie na blastach. Odstępstwa od ogólnej formuły pojawiają się w zasadzie tylko w „Forced To Suffer" (trochę egzotycznie brzmiących riffów) i „Headshot" (jest najwolniejszy w stawce) i to jedyne wyraźniejsze urozmaicenia, z jakimi mamy do czynienia na Damnatus. Czy to mało? Może i tak, ale przy takiej objętości albumu (niespełna 27 minut) wydają się wystarczające – pojawiają się akurat wtedy, gdy trzeba wprowadzić trochę miejsca na oddech, ale bez rozpraszania uwagi słuchacza.

Najmniejszych urozmaiceń nie ma za to w wokalach, które są brutalne od początku do końca płyty. W ich aranżacjach można się doszukać pewnych fascynacji Fleshgrind czy Lividity, więc wiadomo na co należy się przygotować – niski i niezrozumiały bulgot. Miejscami odgłosy wydawane paszczą wydają się nawet brutalniejsze niż sama muzyka, ale to po części wynika z brzmienia, bo chłopaki postawili na dużą czytelność instrumentów przy ograniczeniu niższych rejestrów.

Jeśli szukacie niewymuszonego death’owego napierdalania na dobrym poziomie i w nie do końca oklepanej formie, to śmiało możecie sięgnąć po debiut 3rd War Collapse – raczej się nie zawiedziecie. Ja na pewno będę wypatrywał następcy Damnatus. Kto wie – może już został nagrany kilka lat temu?


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/3rdwarcollapse

podobne płyty:

Udostępnij:

14 czerwca 2021

Ad Nauseam – Imperative Imperceptible Impulse [2021]

Ad Nauseam - Imperative Imperceptible Impulse recenzja okładka review coverWłosi wyjątkowo wysoko zawiesili sobie poprzeczkę na „Nihil Quam Vacuitas Ordinatum Est”, toteż nikogo nie powinno dziwić, że na opracowanie następcy tamtego świetnego materiału potrzebowali sporo czasu. Minęło sześć lat, świat pognał do przodu, a wraz z nim Ad Nauseam. Czyżby zespół unowocześnił się na siłę? A skąd, po prostu nie poszedł na łatwiznę i nie nagrał kopii debiutu. Miast tego rozszerzył formułę swojego grania o nowe elementy, udowadniając wszem i wobec, że nie chce ograniczać się do powielania pomysłów innych kapel, bo zależy mu stworzeniu czegoś charakterystycznego tylko dla siebie.

Oczywiście Imperative Imperceptible Impulse nie jest albumem totalnie oryginalnym i niepozbawionym obcych wpływów, bo wiele z nich można bez trudu wskazać: Gorguts, Ulcerate, Gigan, które już były obecne na debiucie oraz Deathspell Omega, Pyrrhon czy Imperial Triumphant, które mocniej uwidoczniły się dopiero teraz. Chodzi bardziej o to, że Ad Nauseam potrafili na bazie tych inspiracji wykreować coś świeżego. Tym razem zespół skupił się wyłącznie na długich (choć niekiedy tylko pozornie – o czym za moment) utworach, w których zgrabnie połączył techniczną maestrię z ryjącym beret klimatem, a gwałtowne wybuchy brutalności z wysublimowanymi pasażami. Na Imperative Imperceptible Impulse nie ma mowy o kurczowym trzymaniu się jednego tempa czy nastroju dłużej niż przez kilkanaście sekund; dosłownie co chwilę musi pojawić się jakiś nowy skupiający uwagę motyw, który nagle zostaje zastąpiony innym, niekoniecznie nawet wynikającym z poprzedniego. Jak mieszać, to na całego!

Włosi odpowiedzialni za Ad Nauseam znakomicie utrzymują napięcie wewnątrz utworów i pilnują, żeby były atrakcyjne, nieszablonowe i wymagające, a przy tym częściej niż na „Nihil Quam Vacuitas Ordinatum Est” drażnią się ze słuchaczem, robiąc nagłe zwroty o 180 stopni i zarzucając go popieprzonymi rozwiązaniami aranżacyjnymi. Co istotne – dopiero ze słuchawkami na głowie można się przekonać, jak bardzo złożona i bogata w niuanse to muzyka; w zasadzie do każdego ucha dobiega coś innego. Imperative Imperceptible Impulse zapewnia fascynujące doznania i w piękny sposób nadpala zwoje mózgowe, a mimo to — podobnie jak debiut — ma zaskakująco niski próg wejścia, więc radochę z płyty można czerpać od pierwszego przesłuchania.

Długi proces powstawania Imperative Imperceptible Impulse miał związek nie tylko ze stopniem skomplikowania muzyki, ale również ze specyficznym podejściem do jej produkcji. Ad Nauseam ponownie postawili na zbudowany przez siebie sprzęt oraz tradycyjne techniki nagrywania – bez równania śladów, komputerowych poprawek czy korzystania z sampli. W dodatku całość nagrano i zmasterowano w HDR, więc krążek oferuje naprawdę bogate brzmienie, choć trzeba pamiętać, żeby dla odpowiedniego efektu solidnie podkręcić potencjometr.

Na Imperative Imperceptible Impulse przeszkadza mi tylko jedna rzecz – przydługie, sięgające nawet kilkudziesięciu sekund ambientowe wypełnienia między kolejnymi utworami. Owszem, niektóre z nich odpowiadają za klimat i początkowo budują napięcie, aaale po przekroczeniu pewnej granicy zaczynają zwyczajnie mierzić. To raz. Dwa jest takie, że przez nie całość wytraca jakże potrzebny impet, zwalnia – zamiast płynnie lecieć od uderzenia do uderzenia. Ten minus nie przesłania na szczęście plusów, bo tych jest na krążku bez liku. Ad Nauseam nagrali kapitalny, wyróżniający się materiał i byłoby zbrodnią, gdyby nie został należycie doceniony.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.adnauseam.it

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij: