17 listopada 2010

Mayhem – Grand Declaration Of War [2000]

Mayhem - Grand Declaration Of War recenzja okładka review coverBlack metal to zło, nienawiść i bluźnierstwo... Toteż na początek trochę pobluźnię w temacie. Jak dla mnie "De Mysteriis Dom Sathanas" i cała wczesna true bzycząco-mamrotana działalność Mayhem oraz to, co wyczyniają po "Chimerze" (czyli również bzyczenie i bzdurne mamrotanie) to jeden wielki, nieciekawy, nudny, lepiony na siłę co i raz dorabianą ideologią syf. Akceptuję tylko ich środkowe, untrue, skurwione i sprzedajne oblicze — tak od "Wolf’s Lair Abyss" do trzeciej płyty — którego szczytowym, lśniącym punktem jest właśnie znienawidzony przez wielu "Grand Declaration Of War". Ten krążek, rozwinięcie i dokończenie tematu ze wspomnianej epki, to jebana potęga! Norwegowie poszli w awangardę, ale w przeciwieństwie do wielu swoich rodaków nie wskoczyli w bagno pedalskich przyśpiewów, klawiszowego lukru, wsiowej folkowizny czy anielsko zawodzących panienek, tylko z premedytacją stworzyli pojebany materiał godny przełomu wieków: rozbudowany, szalenie odważny, różnorodny, drwiący ze sztucznych barier, agresywny, wizjonerski, niepowtarzalny i w sumie niemożliwy do zagrania – a już na pewno nie do odtworzenia przez nich za żywo. Pomysłowość, zdolność zbudowania skomplikowanego konceptu i indywidualne umiejętności to jedno, ale bez zdobyczy nowoczesnej techniki studyjnej "Wielkie Wypowiedzenie Wojny" wypadłoby — i to jest więcej niż pewne — nieprzekonywająco. Raz, że muzyka sama w sobie jest bardzo złożona i wymaga od grających więcej niż potrafią (szczególnie od Hellhammera – aż tak dobry nigdy nie był, jak tu pokazał), a dwa, że przy takiej ilości ścieżek i mnogości rozmaitych efektów łatwo zatracić sens i czytelność całości. Ekipa studyjno-grająca stanęła jednak na wysokości zadania, bo płyta brzmi po prostu zajebiście: krystalicznie czysto, brutalnie i wyjątkowo chłodno, tym samym świetnie oddając klimat tekstów, zwłaszcza tego, co "po" – do tej części sterylność dźwięku pasuje idealnie. Soundtrack do wojny wypada znakomicie (acz dość klasycznie), bo wypełniony jest utrzymaną w (głównie) przejebanych tempach ekstremą, z częstymi zwrotami 'akcji', wściekłymi wokalami (Maniac nie musiał się ograniczać, toteż jego partie zaskakują rozmachem – są naprawdę maniakalne) i ciekawymi zagrywkami Blasphemera. Marszowe rytmy wygrywane przez Hellhammera również dają pojęcie, że to nie podkład pod majowy piknik – no, kurwa, rozpierducha na całego, którą każdy powinien wchłonąć jak tabletkę rutinoscorbinu albo viagry. Prawdziwe cuda/ekstrawagancje/powody do oburzenia pojawiają się wraz z końcem wojny, czyli po wielkim wybuchu. Ortodoksi wkrótce schodzą na zawał za sprawą drugiej części 'A Bloodsword And A Colder Sun', a przy odtwarzaczach pozostają jedynie nienadgryzieni zębem zmutowanego szczura osobnicy żądni ambitnego postapokaliptycznego szaleństwa. Do gry wkracza bowiem elektronika, klimat ochładza się i zagęszcza, a muzyka staje się naprawdę pogięta i wielowymiarowa. Syntetyczne dźwięki, doomowe tempa, mordercze blasty, cisza... – na wszystko jest miejsce, wszystko w tym spektaklu ma uzasadnienie. O ile prawie każdym utworem można się sycić w oderwaniu od pozostałych, to dopiero przejście przez cały "Grand Declaration Of War" pozwala dostrzec wszystkie atuty tego nieprzeciętnego materiału. A jak ktoś nie ogarnia tej kuwety – zawsze może odnaleźć się w bzyczeniu i mamrotaniu.


ocena: 10/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/officialmayhem
Udostępnij:

12 komentarzy:

  1. Tak przy okazji tej recenzji naszło mnie na myśl czy będziecie recenzować jakąś płytę Celtic Frost, np. Monotheist?;) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Szanse są jak 1:3*nieróbstwo. A fanów CF u nas raczej nie ma... Pozdrawism!

    OdpowiedzUsuń
  3. Szkoda, liczyłem na deafa ;) Pozdro

    OdpowiedzUsuń
  4. ja i CF? to jakies kosmiczne nieporozumienie;] demo, powiedz im:P
    deaf

    OdpowiedzUsuń
  5. Potwierdzam. Równie dobrze mógłbyś go poprosić o Mortician, Carpathian Forest czy Destroyer 666. demo

    OdpowiedzUsuń
  6. Ok, "Grand Declaration..." jest w pytę, ale to "Ordo Ad Chao" rozpierdala ramy gatunku i ciasne umysły leśnych blackowców. Tyle w temacie.

    OdpowiedzUsuń
  7. tak, dokładnie tak jest. Grand Declaration... jest jebiście przegienialne i miażdży suty, ale do Ordo Ad Chao nie ma podejścia. To jest dopiero pojebany materiał.

    OdpowiedzUsuń
  8. Grand Declaration to esencja. Wydestylowana z black metalowej mandragory nalewka tego co w black metalu najlepsze. To zimne zlo ktore porywa na cyber mizantropijne polacie piekielnych łąk...Hail Mayhem!

    OdpowiedzUsuń
  9. jednego nie rozumiem... ta płyta jest ok, ale Illud już nie? i nie pieprzcie mi sloganów, że za dużo techno, industrialu itp, bo jest to śmieszne. może za 10 lat stosunek do Illud się zmieni... może...

    OdpowiedzUsuń
  10. stosunek do illud jest taki że morbid angel mógłby i może już nic nie nagrywać tym bardziej że płyta na K jest równie chujowa co illud

    OdpowiedzUsuń
  11. Hellalujah:::
    Bardzo mocna teza z tym, że płyta na "K" jest równie chujowa co ta na "i".

    OdpowiedzUsuń
  12. a co do tej płyty MAYHEM, to 10.

    OdpowiedzUsuń