Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty

29 maja 2022

Immolation – Acts Of God [2022]

Immolation - Acts Of God recenzja okładka review coverJako Polak z krwi i kości, recenzję Acts Of God zacznę od gmerania w przeszłości (jako Polak z krwi i kości, przejawiam również talenty poetyckie), bo z perspektywy czasu dość znacząco zaingerowałbym w oceny dwóch poprzednich płyt zespołu, choć bez zmieniania tego, co o nich napisałem. Oba krążki niedługo po wstępnym osłuchaniu trafiły na półkę, gdzie całkiem sprawnie idzie im zbieranie kurzu, bo nawet przy „wędrówkach” przez dyskografię omijam je szerokim łukiem. Nowy, mimo iż podtrzymuje delikatną tendencję zwyżkową, zapewne wkrótce podzieli ich los.

Zanim w ogóle przysiadłem do Acts Of God, nasłuchałem/naczytałem się przeróżnych zapewnień Rossa i Roberta o odświeżeniu stylu, wprowadzeniu wielu nowych i zaskakujących elementów oraz zupełnie odmiennym podejściu do produkcji. Ze słów głównodowodzących Immolation wynikało, że materiał będzie niemalże przełomem, a nie tylko pretekstem do jeżdżenia w trasy. No i cóż, skończyło się na tym, że zespół poszedł w ilość. Na Acts Of God to składa się aż 15 utworów (w tym dwa zbędne instrumentale) o łącznym czasie trwania 52 minuty, które siłą rzeczy szybko zaczynają się ze sobą zlewać, a pod koniec mogą zwyczajnie wywoływać znużenie. Pojawiające się tu i ówdzie nawiązania do kapitalnego „Shadows In The Light” pomagają tylko w niewielkim stopniu, bo trzon materiału stanowi mielonka oparta na patentach, którymi stały „Kingdom Of Conspiracy” i „Atonement”. Obiektywnie ogólny poziom kawałków jest bardzo wysoki, problem polega jednak na tym, że jest ich za dużo, są przy tym wtórne, a przez to umiarkowanie atrakcyjne. Nie do końca zgodziłbym się z opiniami, że Immolation od piętnastu lat nagrywają ten sam album, ale faktem jest, że formuła ich muzyki uleg(ł)a wyczerpaniu.

Z takiej obfitości utworów najbardziej — a w zasadzie jako jedyny — przekonuje mnie „Noose Of Thorns”. Może dlatego, że jest porządnie rozbudowany, bardzo gęsty i ciekawie poprowadzony, a może dlatego, że ma duuużo wspólnego z tym, co w „Shadows In The Light” najlepsze („World Agony”!). To jest właśnie miazga, jakiej oczekuję od Immolation, niekoniecznie oryginalna, ale z podana jajami – bynajmniej nie na miękko. Jednocześnie mam wrażenie, że ten numer robiłby jeszcze większe wrażenie, gdyby zespół ograniczył się do średnio-wolnego tempa. Poza jednym ewidentnym highlightem, w mojej pamięci krótkotrwałej osiadły tylko „Overtures Of The Wicked” i „Immoral Stain” – oba nieco śmielsze i mniej typowe rytmicznie. Cała reszta, mimo iż niezła, ma za mało wyróżników i nie wywołuje większych emocji.

We wspomnianym wcześniej „odmiennym podejściu do produkcji” jest sporo przesady, choć trzeba oddać Amerykanom, że na Acts Of God osiągnęli najmocniejsze brzmienie przynajmniej od dekady – masywne, a przy tym zadziwiająco selektywne. I w stu procentach rozpoznawalne. Tym razem team Orofino-Ohren zdecydowanie bardziej przyłożył się do roboty (za którą im płacą), a najwięcej zyskała na tym sekcja rytmiczna. Jest to o tyle istotne, że na Acts Of God trafiły najlepsze partie perkusji, jakie Steve kiedykolwiek nagrał – intensywne, urozmaicone i niemal finezyjne. Jeszcze coś – tak czytelnego basu Immolation nie mieli nigdy!

Jeśli chodzi o mój stosunek do Acts Of God, to jestem „raczej na tak”. Fani zespołu i tak kupią ten album, choćby z kolekcjonerskiego obowiązku, natomiast nie-fanów nie będę do tego specjalnie zachęcał. Obiektywnie są lepsze opcje. Daję 7,5 punktu, może nawet naciągane, ale trudno – będzie się z czego tłumaczyć następnym razem.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/immolation

inne płyty tego wykonawcy:






Udostępnij:

23 maja 2022

Pessimist – Cult Of The Initiated [1997]

Pessimist - Cult Of The Initiated recenzja okładka review coverZwykło się patrzeć na Amerykanów jak na jeden kraj, gdzie w rzeczywistości każdy stan ma swoją specyfikę i styl. Jako Stany Zjednoczone da się znaleźć nawet i tysiąc zespołów Death Metalowych powstałych w latach ’90. Ale gdyby rozbić tą liczbę na indywidualne stany, to okazałoby się, że najliczniejsze sceny czy to z Kalifornii, Nowego Jorku czy Florydy są dwukrotnie mniejsze od tego, co się równolegle działo na całej polskiej scenie w ówczesnych czasach.

Pessimist robił pierwsze kroki w Maryland, gdzie poza znanym Dying Fetus, czy Misery Index, było może dosłownie kilkanaście trzecioligowych zespołów wartych uwagi (jak Exterminance, czy Horror of Horrors), które często nie wychodziły poza nagranie jednej płyty własnym sumptem i do tego stricte lokalnie.

Maryland co prawda ma swój własny, kultowy festiwal Death Metalowy, ale nie przekłada się to w żaden sposób na popularyzację tamtejszej sceny. To i też na przełomie wieków i po dwóch płytach, Pessimist w końcu zmusił się do przeniesienia do bogatszej Kalifornii, gdzie do dziś już funkcjonuje i działa, choć już nie tak płodnie. Tak wygląda proza życia.

No ale hola hola, ja tu się rozpisuję o USA, a jeszcze nic nie powiedziałem o samej muzyce! Nie będę oryginalny i przyłączę się do chóru ludzi określających materiał jako zderzenie kultur Florydy z Nowym Jorkiem. Do zobrazowania z czym mamy do czynienia, wyobraźcie sobie bardzo wczesny Cannibal Corpse, Amon/Deicide próbujący zagrać jak Suffocation. Zespół jednak nie utknął w roku 1989, gdyż poza wczesnym Death/Thrash, mamy recepturę przyprawioną o wciąż raczkujący w 1997 r. Brutalny Death i odrobinę Black Metalu (ale niewiele).

Pierwsze co się rzuca w uszy, to niesamowita maniakalność, wykurw i żywiołowość muzyki, która się wręcz wyrywa z głośników i ma ochotę odgryźć twarz słuchaczowi, co potęguje drugi po growlingu, naprawdę obłąkany wokal. Formacja brzmi piekielnie szybko i masywnie, a sama rzeź sprawia wrażenie wręcz opętańczej. Po pierwszym szoku dla organizmu okazuje się jednak, że w tym szaleństwie jest metoda. Mamy zaprezentowaną naprawdę szeroką gamę zagrywek, rodzajów solówek, również i basowych, zmian melodii, inspiracji, komplikowania struktur kompozycji, wszystko zapodane w bardzo soczystej oprawie dźwiękowej.

Gdybym miał wymieniać bardziej szczegółowo, to kazałbym wam zwrócić uwagę na takie utwory jak „Let the Demons Rest”, „Drunk with the Blood of the Saints”, „Dungeonlorde” (choć nie tylko) i spróbować je samemu rozebrać na czynniki pierwsze, zwłaszcza ten pierwszy wymieniony. I jedyny negatyw jaki może przyjść do głowy, byłby taki, że słychać że grupa nie czuje się jeszcze pewnie przy swoich niektórych pomysłach i że dopiero szukają idealnej formuły dla siebie. No I „The Stench of Decay” za bardzo zżyna od „Hammer Smashed Face”.

Ocena końcowa wyjątkowo nie będzie się nawet starała być obiektywna. Nie tym razem. Co za płyta! Co za potęga!! Zaczynam rozumieć dlaczego są ludzie, którzy uważają Pessimist za swój ulubiony zespół. Tego mi było trzeba.


ocena: 9/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pessimist.cult
Udostępnij:

20 maja 2022

Aeviterne – The Ailing Facade [2022]

Aeviterne - The Ailing Facade recenzja okładka review coverDebiut Amerykanów mógłby być dużą sensacją na scenie nowoczesnego death metalu, gdyby na wczesnym etapie zainwestowano w marketing i wytworzono wokół zespołu odpowiednio tajemniczą otoczkę albo przynajmniej oficjalnie nie ujawniono składu. Mówię wam, byłby kult! Kiedy natomiast już wiemy, skąd się wzięli członkowie Aeviterne, jakie są ich wcześniejsze dokonania i podejście do grania, to ani styl muzyki, ani jej poziom nie są wielkim zaskoczeniem, to coś wręcz oczywistego. Na The Ailing Facade po prostu słychać ogromne umiejętności oraz doświadczenie, które zdobywa się latami.

W Aeviterne są zaangażowani ludzie, którzy maczali/maczają palce m.in. w Flourishing, Artificial Brain czy Pillory, więc można bez cienia ironii stwierdzić, że na graniu wymagającym i nieprzystępnym zjedli zęby. Każdy z nich ma na koncie pewne sukcesy (raczej artystyczne, nie komercyjne), a mimo to ciągle im mało, ciągle też mają pomysły na wzbogacenie tego stylu o nowe elementy – w tym przypadku o wpływy industrialu. Z tego co zauważyłem, zespół często jest traktowany jako bezpośrednia kontynuacja Flourishing (Bussanick i Rizk odpowiadają za „The Sum Of All Fossils”), co wydaje mi się pewną przesadą, bo chociaż patenty charakterystyczne dla tamtej kapeli pojawiają się także na The Ailing Facade, to o wiele więcej jest między nimi różnic, w dodatku radykalnych. Kolejnym nadużyciem w stosunku do Aeviterne jest etykieta „eksperymentalny death metal”. Zapewniam, że wystarczy sam death metal, choć z tych nowoczesnych i ponurych zarazem – gęsty i przytłaczający, w którym na pierwszym miejscu jest przygnębiający nastrój, nie zaś indywidualne popisy. Innymi słowy, to prawdziwa gratka dla fanów Gorguts, Ulcerate czy Ad Nauseam, choć i miłośnicy Portal i Altarage powinni znaleźć tu coś dla siebie.

Wspomniane już doświadczenie muzyków objawia się m.in. w układzie utworów – Amerykanie z pełną premedytacją na początek rzucili „Denature”, który wydaje się najbardziej przystępnym i bezpośrednim kawałkiem na płycie. Ponadto jest też najkrótszy i… zupełnie niereprezentatywny dla całości, bo sprowadza się do intensywnego i technicznego napieprzania z odrobiną melodii, fajną solówką i rzygającym po vandrunenowsku wokalem. Jako haczyk na słuchaczy sprawdza się doskonale; po takim otwarciu aż chce się więcej. Tego „więcej” przynosi „Stilled The Hollows' Sway”, ale tylko do czasu, bo po upływie trzech minut następuje gwałtowna zmiana klimatu, a Aeviterne zaczynają się bawić przestrzennymi i mniej oczywistymi formami. Od tego momentu stopniowo na powierzchnię przebijają się elementy industrialu, a materiał staje się chłodny i mechaniczny.

Warto zauważyć, że na The Ailing Facade zespół całkiem udanie zachował balans między graniem klimatycznym a brutalnym i uporządkowanym a chaotycznym, bez przeginania w którąkolwiek stronę. Poszczególne kompozycje są zbudowane z wielu uzupełniających się (w różnym stopniu) warstw, dzięki czemu album jest szalenie złożony i urozmaicony, nawet jeśli nie wszystkie elementy od razu rzucają się w uszy. Wsłuchajcie się chociażby, jak w obrębie utworów elektronika (współ)pracuje z perkusją – industrial wprowadza monotonię i przewidywalność, w tym samym czasie perkman kombinuje nie szczędząc kończyn, a oba te elementy zgrywają się rytmicznie. Z kolei drenującym czaszkę ciężkim riffom często towarzyszy wysokiej klasy basowa ekwilibrystyka.

Tak bogata i złożona muzyka bez odpowiedniej produkcji najpewniej zmieniłaby się w pozbawioną wyrazu papkę, więc duże słowa pochwały należą się tandemowi Jacyszyn-Marston, bo wykonali wzorową robotę. Dla każdego z instrumentów (i nie-instrumentów) w mixie przewidziano dużo przestrzeni, każdy jest też należycie czytelny, a całość — mimo mechanicznego charakteru — nie brzmi sztucznie.

Debiut Aeviterne to 51 minut wymagającego grania w stylu, który może zarówno męczyć, jak i hipnotyzować. Podobnie jak to było w przypadku „The Sum Of All Fossils”, wysłuchanie The Ailing Facade w całości pompuje w człowieka poczucie dumy, że zmierzył się z czymś wielkim, czego do końca nie ogarnia. Natomiast po pewnym czasie trudno już sobie odmówić kolejnych przesłuchań.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/aeviterne/

podobne płyty:

Udostępnij:

17 maja 2022

Crimson Relic – Purgatory’s Reign [1996]

Crimson Relic - Purgatory's Reign recenzja okładka review coverHistoria Crimson Relic jest specyficzna – po rozpadzie Divine Eve gitarzysta Xan Hammack stwierdził, że szkoda, aby praktycznie gotowy materiał na debiut pierwotnej kapeli przepadł, więc postanowił uwiecznić go, ale pod nową nazwą. Sam Crimson Relic chyba się rozpadł niewiele później po wydaniu swojej jedynej płyty i też nie wydaje mi się, aby było inne zamierzenie dla tego projektu, jako że całość została nagrana tylko przez dwie osoby – Hammacka i sesyjnego muzyka, Rhetta Davisa (Morgion, Gravehill).

Przez pierwsze moje odsłuchy myślałem sobie, że to tylko takie fajne Old Schoolowe granie podchodzące pod Celtic Frost. Zwłaszcza „Descent of the Blackshroud” brzmiało jak posępni Szwajcarzy, aż nawet myślałem, że to cover. Ale jak każdy wysokojakościowy Doom/Death, potrzeba było troszeczkę więcej czasu, aby w pełni docenić piękno istoty rzeczy.

Największą zaletą muzyczną, poza retro-stylem (nawet jak na tamte czasy), są melodie mające w sobie pewien pokład tzw. „bólu” i „refleksji”, jakże typowych dla tego podgatunku. Już otwierający kawałek „Thane of Torchless Night” jest doskonałą wizytówką tego, co nas czeka, wraz z jedną z lepszych solówek jakie słyszałem, choć zdecydowanie bardziej inspirowanych Rockiem, a i pojawia się również Punkowy riff.

Poza wymieninym wcześniej trackiem, podszedł mi równie mocno „The Lust Primeval” oraz „Velvet of the Godless”, oba godnie reprezentujące klimat muzyki. Hammack nie stara się specjalnie urozmaicać materiału i co jakiś czas przypomina słuchaczowi główny patent riffowy, co sprawia, że monotonia potrafi zapukać do drzwi. Ale jak już wspominałem na początku, przy intymniejszym poznaniu, płyta stała się jednym z moich bardziej ulubionych okazów w kolekcji. Zresztą, dawno temu jak usłyszałem ją po raz pierwszy, zachęciła mnie do głębszego sprawdzenia klimatów Doom/Death (jak np. Beyond Belief).

Album przeszedł oczywiście bez echa, gdyż w 1996 r. grupa, której było bliżej do Autopsy, niż do Cryptopsy (celowo zarymowałem), nie miała szans już na starcie. Nawet dzisiaj zresztą mam wrażenie, że nie każdy będzie chciał wgryźć się na dłużej niż kilka odsłuchów. Ja oczywiście uważam, że warto i to bardzo.


ocena: 8/10
mutant
Udostępnij:

14 maja 2022

Mortal Decay – Cadaver Art [2005]

Mortal Decay - Cadaver Art recenzja okładka review coverMortal Decay, mimo bardzo dużego stażu, ma skromną dyskografię, a łatka brutalno-technicznej odmiany Death Metalu prawdopodobnie u wielu osób wywoła stereotypowe reakcje, dopóty człowiek się nie zanurzy w rozkoszne dźwięki rzezi.

Muzyka się podoba od pierwszego odsłuchu, niezależnie od tego, jaką formę Death Metalu ktoś preferuje bardziej, bo można odnaleźć tu bardzo wiele różnorakich wpływów, zarówno starych, nowoczesnych, jak i również niestandardowych. Obojętnie, czy będzie to pomysłowy motyw w „The Ravenous Addiction”, interesująco podzielone „Cadaverous Sculptures” na dwie osobne, logiczne uzupełniające się części, czy nieco od czapy wymyślony „Exit Mortality”, formacja zachwyca swoim polotem i zgrabnością przy doborze riffów i struktur. Zespół kombinuje aż miło, ale nie popada w ekscesy i ciężkostrawność.

Trudno jest mi dokładniej określić zawartość Cadaver Art bez pisania nadmiernych i niepotrzebnych elaboratów. Niech wam więc wystarczy, że każda kompozycja idzie sobie w różne rejony, tempa, długość oraz inspiracje. Bardzo wiele dobrodziejstwa inwentarza można znaleźć w tym zaledwie 36-minutowym krążku. Nie potrzeba też IQ na poziomie Mensy, żeby zrozumieć i ogarnąć zawartość.

Płyta ma mały fuck-up, mianowicie track nr 5 ma ostatnie 4 sekundy podzielone na osobny, następny track. Dlatego też, mimo iż album ma 9 utworów, jest 10 tracków. Błąd ten nie został nigdy naprawiony, w żadnym następnym tłoczeniu, więc może tak miało być?

Jedyne co mnie lekko irytowało, to co najwyżej głośność perkusji, solówek i wokalu w stosunku do reszty instrumentów. Produkcja jednakże jest bardzo ciepła i domowa, więc bynajmniej nie mam powodów do większych narzekań. Całościowo też muzyka ma charakter garażowo/imprezowy, gdzie muzycy robią to co im w duszy gra, jakby grali tylko dla kumpli.

Jak najbardziej więc zachęcam do poświęcenia Mortal Decay odrobinę waszego czasu, bo może się okazać, że będziecie się całkiem nieźle przy tym bawić, nawet jeśli nie lubicie Brutalnego Death Metalu.


ocena: 8/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/mortaldecayusa

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

11 maja 2022

Afterbirth – Four Dimensional Flesh [2020]

Afterbirth - Four Dimensional Flesh recenzja okładka review coverFani brutalnego death metalu na całym świecie bardzo ciepło przyjęli powrót i debiutancki album Afterbirth, choć niekoniecznie było to granie w stylu, do jakiego wszyscy przywykli. Niezależnie jednak od tego, czy „The Time Traveler’s Dilemma” weszła komuś po pierwszym czy po dziesiątym przesłuchaniu, był gotów na więcej, dużo więcej. Ku powszechnej radości Four Dimensional Flesh zaczyna się dokładnie tak, jak tego oczekiwano: mocno, gęsto i bezlitośnie. Tak podana jazda robi wrażenie i sprawia dużo radochy, ale nie trwa wiecznie – już w połowie drugiego kawałka zaczynają się dziać rzeczy dziwne, zaskakujące i nietypowe, których chyba nikt nie mógł przewidzieć.

Four Dimensional Flesh w żadnym razie nie jest kalką debiutu, nawiązuje do niego w niewielkim stopniu, w dodatku głównie ze względu na wokale (tu nic się nie zmieniło – dominują okrutne bulgoty) i ogólne założenia. Amerykanie poszli do przodu bez oglądania się na boki i zrobili w muzyce mnóstwo rzeczy, których nie przystoi robić kapeli z tego nutu. Afterbirth zdradzili brutalny death metal w wielu punktach Four Dimensional Flesh, postawili go na głowie i z rozmysłem pchnęli w stronę… progresji. Co ciekawe, mimo tych zbrodni na czystości gatunkowej, album to brutalny death metal pełną gębą – nieortodoksyjny, nieoczywisty, wypełniony sprzecznościami, momentami dziwaczny i odjechany, ale jednak. Zespół nie miał skrupułów przed łączeniem zupełnie nieprzystających do siebie elementów i gwałtownym przechodzeniem od zaawansowanej technicznie miazgi w typie Defeated Sanity do klimatycznych pasaży charakterystycznych dla późnego (!) Cynic. Z niepojętych dla mnie względów ta gmatwanina skrajnych pomysłów w wykonaniu Afterbirth ma sens, choć dla części słuchaczy, nastawionych na bezpośredni wykurw, tych majndfaków może być już zbyt wiele, a całość – zbyt wymagająca.

Materiał, podobnie jak poprzedni, składa się z jedenastu utworów (w tym czterech instrumentalnych), ale jest od niego prawie o dziesięć minut krótszy, chociaż w czasie odsłuchu wcale nie sprawia takiego wrażenia. Wydaje mi się, że to przede wszystkim zasługa jego różnorodności i imponującej wręcz intensywności – poszczególne kawałki może i są krótsze, ale upchnięto w nich znacznie więcej pomysłów, zmian tempa czy chociażby przeszkadzajek (klawisze). Ponadto na Four Dimensional Flesh nie ma dwóch przesadnie podobnych do siebie utworów (ja polecam szczególnie gorgutsowy „Black Hole Kaleidoscope”, „Rooms To Nowhere”, „Beheading The Buddha” czy „Never Ending Teeth”), a album, jako całość, wymyka się sztywnym kategoriom i jest stosunkowo oryginalny.

Brzmienie krążka trzyma poziom muzyki i — podobnie jak ona — nie jest typowe dla tego stylu. Na pewno Four Dimensional Flesh głośnością ani ogólnym ciężarem nie dorównuje „The Time Traveler’s Dilemma”, jest natomiast o wiele bardziej organiczne. Z jednej strony sound jest gęsty, głęboki i jakby przymulony, a z drugiej bardzo przestrzenny i oddychający – wystarczy posłuchać, jak czytelny jest bas albo jak pięknie wybrzmiewają te najdłuższe bulgoty. Colin Marston, który świetnie odnajduje się w popieprzonym graniu, także i tym razem spisał się doskonale.

Nie dość, że za sprawą Four Dimensional Flesh Afterbirth potwierdzili swój status wyjątkowo sprawnych brutalistów, to jeszcze zaproponowali sporo rozwiązań niespotykanych w gatunku; zasugerowali innym, w jakim można pójść kierunku, żeby ta muzyka była wciąż zaskakująca i atrakcyjna. Mnie ta kreacja w stu procentach przekonuje i nie mogę się doczekać, co też wysmażą na kolejnej płycie.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/AfterbirthNYDeathMetal

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

29 kwietnia 2022

Defecation – Killing With Kindness [2019]

Defecation - Killing With Kindness recenzja okładka review coverWyjątkowo złamię swoją zasadę i zrecenzuję coś, czego fizycznie nie posiadam i w żadnym wypadku nie zamierzam posiadać. Mianowicie, fejkowy album wydany pod szyldem Defecation, przez równie szemraną hiszpańską wytwórnię Metal Bastard records (czasem zwani Blue Line productions). Potraktujcie to więc trochę jako przestrogę. Zacznijmy więc od początku.

Historia bootlegów zapewne jest nieznana wśród młodzieży, ale tak w skrócie – są to tzw. nieoficjalne wydawnictwa, ubogo zrobione i wydane. Najczęściej były to słabej jakości koncertówki z lokalnych koncertów (robione przez fanów dla fanów), choć zdarzały się też i pirackie wydania oficjalnych płyt. Koncertówki jeszcze można by tłumaczyć tym, że były po prostu pamiątką dla kogoś, kto był na danym koncercie i chciał go sobie mieć w fizycznej formie, albo po prostu usłyszeć sobie danego idola na żywo.

Masa gównianych wytwórni (tzw. rip-off labels), początkowo też tak zaczynała, po czym stopniowo ewoluowała swoją politykę robienia w ciula artystów, okradając wprost swoje zespoły. Ciekawym przykładem była wytwórnia Metal Enterprises, która zasłynęła tym, że zrobiła sequele do grup ze swojej stajni, które się rozpadły, jak Thrash Queen, Killer Fox, czy Godzilla. Owe zespoły były i tak beznadziejne, ale nie w tym rzecz. Jakby tego było mało, wydała również takie cudeńko jak Extreme Napalm Terror – „zespół” o którym do dziś nie ma żadnych informacji, a który był żenującym plagiatem (nie zgadniecie) Extreme Noise Terror i Napalm Death. Idąc tym tropem, przechodzimy do głównego tematu tego wywodu.

Metal Bastard/Blue Line jest właśnie tego typu wytwórnią, która uderza we wszystkie wymienione wcześniej punkty. Ich katalog ma wątpliwej legalności kompilacje, „greatest hits”, podejrzane re-edycje, jak i trudne do zweryfikowania albumy (brak info w sieci). Udało im się też złapać w sidła kilka znanych nazw, jak np. Disastrous Murmur. W ich przypadku jest ciekawa sprawa, gdzie ich ostatni album „Subito Santo” został wydany bez książeczki, rzekomo w wyniku „błędu drukarni”, przez co sama grupa postanowiła na własny koszt ową książeczkę z tekstami wydrukować i przesłać każdemu, kto kupił ich płytę. Co wytwórnia natomiast zapomniała powiedzieć grupie, to bezsporny fakt, że wszystkie płyty jakie wydają nie mają książeczek, tylko tzw. leaflet cover (kartka z okładką i tracklistą po drugiej stronie).

Mając to wszystko na uwadze, przejdźmy do meritum. Oryginalny Defecation to był projekt dwóch Harrisów, niespokrewnionych ze sobą i miał on skromną, ale kultową dyskografię. Killing With Kindness, bo o tym mowa, miał być tym niby trzecim albumem. Zawartość natomiast to jakieś hałaśliwe popiskiwania w midi zrobione pod jakiś dziwny pseudo-growling krzyczany w języku hiszpańskim. Całość ma 8 ścieżek (bo nie można tego nazwać piosenkami) i trwa uwaga, ledwo 19 minut.

Sam „album” pojawił się znikąd, bez fanfar i materiałów promocyjnych. Jakimś cudem, dystrybutorem został Nuclear Blast, co też jest grube, a który musiał potem zwracać kasę ludziom za pre-ordery. Cała sprawa niestety przeszła bez większego echa. Mitch Harris wydał oświadczenie, a wytwórnia, która dopuściła się scamu, bezczelnie użyła tego oświadczenia w celu promocji swojego gniota, więc widocznie czują się bezkarni.

Nie jestem w stanie rozkminić co trzeba mieć w głowie, żeby coś takiego robić i to jeszcze w czasach, kiedy mało ludzi inwestuje w fizyczne nośniki, aczkolwiek jaskółki ćwierkają, że 2021 r. był najlepszym rokiem, jeśli chodzi o sprzedaż CD/winyli/kaset od prawie 20 lat, więc coś się może zmieniać w tym temacie.

A ponieważ jesteśmy w Polsce i nas można bez problemu okradać od wieków i nikt się nami nie przejmuje, to wiedzcie, że łatwo można to gówno znaleźć w każdym sklepie i to po stosunkowo wysokiej cenie (ja widziałem nawet w granicach 70 zł). I naprawdę wiele nie brakowało, abym dał się nabrać. Na szczęście, zawsze sprawdzam coś, zanim to kupię, co jest odruchem bezwarunkowym, który każdemu polecam. I tym miłym akcentem zakończę ten recenzjo-artykuł, żeby nie powiedzieć czegoś za dużo.


ocena: 0/10
mutant

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

8 kwietnia 2022

Internal Bleeding – Voracious Contempt [1995]

Internal Bleeding - Voracious Contempt recenzja okładka review coverNajwyższy czas nadrobić brak tej legendy na tym blogu. Nowojorski Internal Bleeding jest powszechnie uważany za pra-ojca Slam Death Metalu, a swoje korzenie i inspiracje muzyczne znajdował nie tylko u swych krajanów z Suffocation, ale również w scenie NYHC, oraz… East Coast Hip-Hop. Słychać to w postawie, agresji, rytmice, jak i podejściu do tworzeniu utworów.

Tajemnicą poliszynela jest, że debiut praktycznie wziął breakdown z „Throne of Blood” z „Pierced From Within” wymienionego wcześniej Suffocation i wykorzystał to jako fundament, na kanwie którego stworzył pełen album. Płyta nie zawiera solówek. Brzmi to jak przepis na nudę i faktycznie, choć nie brakuje tutaj klasyków w postaci „Languish in Despair” (wizytówka płyty, dużo osób może znać wersję midi zrobioną przez fanów), „Inhuman Suffering”, czy mojego ulubionego „Reflection of Ignorance” (zawierający klasyczny tekst „Freedom of expression. Freedom of thought. Freedom to hate”.), to całościowo potrafi się to zlać w całość i przy pierwszych odsłuchach nudzić monotonnością.

Winę za to ponosi brzmienie płyty. Otóż, sprawa się miała w taki sposób, że grupa po nagraniu materiału dała całość Scottowi Burnsowi do mixu i masteringu. I jak to zawsze w takich przypadkach bywa, efekt końcowy jest okropny. Zbyt głośny bas i zbyt obskurne gitary nie są dobrym połączeniem, przy słuchaniu muzyki na wieży. Dlatego też niestety rekomendowałbym bardziej lekturę płyty przy słuchawkach.

Choć sama grupa uważa, że produkcja zniszczyła im karierę, to legiony fanów (w tym i ja), oraz rzesze naśladowców twierdzą inaczej, gdyż przy wszystkich wadach, jak i całej swej prostocie i braku różnorodności, jest to najzwyczajniej w świecie muzyka, dająca zwykłą, ludzką radość ze słuchania i odkrywania raz za razem.

Pozycja obowiązkowa.


ocena: 7,5/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/InternalBleeding

podobne płyty:

Udostępnij:

9 marca 2022

Massacre – Resurgence [2021]

Massacre - Resurgence recenzja okładka review coverPo wieeelu latach prób, podstępów i przedziwnych kombinacji Kam Lee dopiął swego – zaśpiewał na płycie z logo Massacre. Chwila to wiekopomna, ale trudno stwierdzić, czy komukolwiek, poza samym Kamem, naprawdę potrzebna. Poprzednią płytę, nagraną lata temu i w całkowicie innym składzie, wciągnąłem bez problemu i ani razu nie przyłapałem się na domysłach „jakby to brzmiało z Lee za mikrofonem”. Teraz natomiast mogę słuchać Resurgence i zastanawiać się, jakby to brzmiało z muzyką Massacre

„Resurgence”, poza dość rozpoznawalnymi wokalami wspomnianego Kama Lee, może się pochwalić dobrą produkcją (co Swanö, to Swanö), bardzo ładną oprawą graficzną (co Benscoter, to Benscoter), interesującą tematyką większości tekstów (co Lovecraft, to Lovecraft) i klasowymi wokalistami występującymi tu w gościach (co Grewe i Ingram, to Grewe i Ingram). No i trzeba przyznać, że Nuclear Blast zrobili całkiem solidną promocję, bo o tej płycie dowiedział się chyba każdy. A co z muzyką? Jeśli „Back From Beyond” miała mało wspólnego z klasycznym debiutem, to Resurgence ma jeszcze mniej, co zresztą jest logiczne i zrozumiałe, biorąc pod uwagę, w jakim składzie powstał.

Na potrzeby Resurgence spod ziemi wyciągnięto — przypuszczalnie z pomocą speców z FBI — basistę Mike’a Bordersa, który zaliczył w Massacre demówki w 1986 roku, a teraz, jak niesprawiedliwie zakładam, służy za słupa, który ma w dodatkowo usprawiedliwiać granie pod tą nazwą. Sekcję zamyka pochodzący z Norwegii Brynjar Helgetun, który od dłuższego czasu pogrywa sobie w różnych projektach z Kamem Lee i przede wszystkim Roggą Johanssonem, który robi tu za autora połowy materiału. Drugim gitarniakiem-piosenkopisarzem jest inny Szwed – Jonny Pettersson najbardziej znany z Wombbath i Syn:drom. Trzecim (!) gitarzystą, tym razem odpowiedzialnym już tylko za solówki, jest Anglik, Scott Fairfax, który na co dzień uprawia mielonkę w Memoriam. Taki, dość absurdalny, skład odpowiada za muzykę, która z rzadka nawiązuje do dziedzictwa Massacre, a to i tylko wtedy, kiedy któremuś z kompozytorów przypomni się, że „o kurwa, miało być po amerykańsku!”.

Johansson i Pettersson potrafią pisać kawałki, które są rzetelne i w swej stylistyce nieźle trzymają się kupy, ale doskonale słychać, że mogą je pisać — i piszą! — hurtowo: na autopilocie, bez głębszego zastanowienia, bazując jedynie na swoim doświadczeniu i przyzwyczajeniach. Stąd też Resurgence wypełnia dobrze zagrany i totalnie oklepany szwedzki death metal w wersji nieekstremalnej, którym część odbiorców może już zwyczajnie rzygać, zwłaszcza kiedy dobrze znają nazwisko „Johansson”. Nie czepiałbym się tej wtórności i przewidywalności, gdyby materiał zawierał jakieś haczyki i na dłużej osiadał w pamięci – tak jednak nie jest. W niczym nie pomagają ładne, melodyjne solówki, bo po prostu nie pasują do całości.

Szczerze przyznam, że po Resurgence spodziewałem się niewiele więcej, niż niewyszukanej jazdy na sentymentach. Te oczywiście występują — choćby dwa ostanie kawałki jawnie nawiązują w tekstach do czasów „From Beyond” — ale o dziwo wcale nie dominują. Kompozytorzy albumu nie tyle stworzyli swoją wizję muzyki Massacre, co stworzyli to, do czego przywykli. Mnie to nie rusza i nie wróżę temu projektowi szczególnie długiej żywotności – a nie mam nawet przekonania, czy oni się kiedykolwiek spotkali w tym składzie (wszak na zdjęciu grupowym ich posklejano). Cóż, najlepsze w Resurgence jest to, że dzięki niemu jeszcze mocniej doceniam debiut.


ocena: 5,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/MassacreFlorida

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

6 marca 2022

HatePlow – Everybody Dies [1998]

HatePlow - Everybody Dies recenzja okładka review coverZwykło się określać ten zespół jako projekt poboczny Malevolent Creation. Gwoli ścisłości, w 1998 r. Kyle Symons nie był jeszcze wokalistą M.C., a Rob Barrett (który grał na „Retribution”), był świeżo po odejściu z Kanibali. Tim Scott był kojarzony z Revenant, a Larry Hawke był pałkerem M.C. tylko przez krótki czas. Nagrał z nimi tylko 2 piosenki, po czym zmarł tragicznie ratując swojego psa z pożaru w domu (w książeczce znajduje się również eulogia dla zmarłego). Standardowo przewodzi Fasciana, czyli mózg i głównodowodzący Malevolenta.

Kwestia wizerunku i treści grupy przywodzi na myśl hybrydę Brujeria/Drogheda. Zakładanie kominiarek, miałoby niby sugerować terrorystyczny, nielegalny charakter muzyki. Z pamięci, to poza HatePlow robił tak też Murder Corporation, Terrorist oraz Houwitser. Pozwoliłem sobie ochrzcić ten image 100 % Hate Terror Death Metal.

Po niepotrzebnym intro dostajemy bardzo dobry miks Death Metalu z naleciałościami Groove i Thrash – jakże charakterystycznymi dla stylu Barretta. Ba, pojawia się również kilka krótkich Grindcore’owych petard dla poprawy humoru. Zespół rozkręca na dobre w środku płyty (ale nie żeby wcześniej było źle), począwszy od „Crackdown” i do samego końca daje radę prezentując naprzemiennie szybsze i wolniejsze kawałki. Lubię też takie smaczki jak basowe intro do „In the Ditch”. Płytę kończy sympatyczny cover znanej piosenki „Sunshine of Your Love”.

Nie zwykłem się jarać lirykami w muzyce, ale trudno nie być pod wrażeniem kompletnego nihilizmu, ukazującego bardzo nieprzyjemny i w punkt przedstawiony obraz ludzkości, konceptualnie zresztą zgodnie z tytułem i okładką płyty. Niemniej jednak od razu powiem, że następna płyta ekipy ma deczko wyższy poziom tekstowy.

Co tu więcej mówić? Ostatnio wyszedł przyzwoity box-set z całą dyskografią, więc tym bardziej warto sobie sięgnąć po niewymagający, ale bardzo przyjemny Death Metal zagrany przez zasłużonych weteranów gatunku. Myślę, że będziecie mieć niemałą radość ze słuchania.


ocena: 9/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Hateplow/148381971849699
Udostępnij:

22 lutego 2022

Odious Mortem – Devouring The Prophecy [2005]

Odious Mortem - Devouring The Prophecy recenzja okładka review coverOdious Mortem mieli dużo szczęścia, że ze swoim debiutem trafili akurat do Unique Leader Records, bo Amerykanie naówczas bardzo chętnie wyciągali z podziemia i promowali ponadprzeciętnie utalentowane kapele z nurtu brutal death, zwłaszcza takie, których ambicją było przesuwanie granic ekstremy. Wytwórnia zyskiwała uznanie, rosła w siłę i stawała się gwarantem jakości, a ludzie w ciemno kupowali płyty z jej logo, więc siłą rzeczy sporo egzemplarzy Devouring The Prophecy trafiło pod strzechy. Dopiero po głębszej analizie materiału niektórzy dochodzili do wniosku, że to już może być za dużo, że chłopaki przeginają.

Odious Mortem wycinają brutalny, gęsty i chaotyczny w strukturach death metal, który w dużym stopniu czerpie z dokonań Dying Fetus, Deeds Of Flesh, Cryptopsy, Origin czy Suffocation, jednak żadnej z tych nazw nie można wskazać jako podstawy brzmienia zespołu. Słychać, że Amerykanie potrafią wyciągnąć pewne elementy z muzyki innych kapel, ale nie próbują ich usilnie kopiować, starają się za to stworzyć coś swojego. Moim zdaniem całkiem nieźle im się to udało, bo obok typowej dla gatunku intensywnej jazdy na wysokich obrotach, Devouring The Prophecy obfituje w szalone i pojebane motywy zagrane… również na wysokich obrotach. Czy fascynacje gitarniaka progresywnym rockiem miały jakiś wpływ na ten materiał – trudno powiedzieć, natomiast faktem jest, że dziwacznych riffów wykraczających daleko poza metal tu nie brakuje.

Intensywność tego krążka naprawdę robi wrażenie; wydaje się, że wszystko jest jej podporządkowane. Technika, tempa, wokale, brzmienie – to tylko środki, narzędzia, celem jest przytłoczenie słuchacza. Tu nie ma upiększeń – solówek, sztucznego przeciągania motywów czy czegokolwiek, co mogłoby osłabić siłę przekazu. Devouring The Prophecy to jedna z tych płyt, których odsłuch może fizycznie zmęczyć, szczególnie kiedy kogoś poniesie ambicja i będzie starał się nadążyć za zespołem. Mniej wytrwali/wyrobieni pewnie ucieszą się z długości albumu – debiut Odious Mortem trwa niecałe 24 minuty, od których i tak trzeba odliczyć po minucie na intro i outro.

A co z koneserami brutalnego death metalu? Czy w ogóle powinni zainteresować się tak krótkim materiałem? Przy tym, co Devouring The Prophecy ma do zaoferowania, nie mam wątpliwości, że tak. Tyle muzyki nie uzbierałoby się z piętnastu płyt Six Feet Under.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Odious-Mortem/134874569903774

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

11 lutego 2022

Hath – Of Rot And Ruin [2019]

Hath - Of Rot And Ruin recenzja okładka review coverHath zaistnieli w świadomości słuchaczy w 2015 roku za sprawą wydanej własnym sumptem epki „Hive”. Tamten materiał zwracał uwagę, bo był inny niż większość tego, co było na topie, miał też całkiem niezły potencjał, jednak żeby został on w pełni uwolniony, musiały upłynąć aż cztery lata. W międzyczasie zespół nabrał doświadczenia, rozwinął umiejętności techniczne, dorobił się własnego studia (!), a przede wszystkim utwierdził w słuszności obranego kierunku. Słabsze elementy – wyeliminowali, lepsze – uwypuklili, a ponad to dorzucili garść nowości, dzięki czemu udało im się stworzyć jeden z mocniejszych debiutów ostatnich lat.

Od pierwszych taktów będącego jednym z highlightów „Usurpation” doskonale słychać, że zespół nie pozostawił niczego przypadkowi, że każdy element Of Rot And Ruin jest dokładnie przemyślany i znajduje się na swoim miejscu. Cały materiał jest zaskakująco dojrzale skomponowany, a przy tym wyróżnia się ponadprzeciętną świeżością, tak już rzadko spotykaną u debiutantów. Muzyka Hath często jest określana mianem progresywnego blackującego death metalu, ale moim zdaniem to niepotrzebne mnożenie etykiet i w zupełności wystarczy urozmaicony death metal – może i czerpiący z różnych stylów, niebanalny, ale koniec końców bardzo spójny wewnętrznie, nawet jeśli momentami bywa wymagający.

To, co chyba najbardziej podoba mi się na Of Rot And Ruin, to fakt, że większość utworów — a już zwłaszcza te najdłuższe i najbardziej rozbudowane — ma jakiś charakterystyczny punkt kulminacyjny, który robi odpowiednio duże wrażenie i na długo zapada w pamięć. W pierwszych trzech kawałkach są to… krzyczane/śpiewane chórki górujące nad ścianą deathmetalowego dźwięku, które podbijają klimat i dają +10 do epickości. Ogólnie ten patent może i nie jest przesadnie nowy, ale został tak sprawnie wykonany i wpasowany w struktury, że trudno sobie wyobrazić te numery bez podniosłych zaśpiewów, są wręcz czymś wyczekiwanym. Muzycy Hath zdając sobie sprawę z efektu, jaki te chórki wywołują, nie przedobrzyli z nimi – mimo iż rozbudzili apetyt na więcej, to tego „więcej” — i niechybnie towarzyszącego mu schematu — nie ma. Brawo! Inne ciekawe patenty znajdziemy choćby w „Worlds Within”, kiedy po dwóch minutach następuje wyciszenie, a na pierwszy plan wysuwa się bas w typie Beyond Creation, później wchodzi klimatyczna solówka gitarniaka (swoją drogą gra z wyczuciem i umiarem), zaś końcówka utworu to przepiękna miazga przy użyciu nienachalnie melodyjnych riffów. Materiał jest długi i zróżnicowany, więc podobnych smaczków jest tu mnóstwo, choć trzeba trochę czasu, żeby się do niektórych dokopać.

Do instrumentalistów Hath nie tyle trudno się przyczepić, co wskazać, który z nich jest najlepszy, bo każdy w swojej dziedzinie czyni prawdziwe cuda. Oczywistym wyborem wydają się gitarniacy, ja jednak postawiłbym na perkusistę; oprócz świetnie zaaranżowanych i bardzo gęstych partii garów (posłuchajcie sobie „Rituals” – ponad 8 minut kombinowania), wysmażył jeszcze kapitalne potężne brzmienie całości. Ciekawym przypadkiem jest basista (odpowiedzialny także za chórki), którego wkład w Of Rot And Ruin wydaje się raczej dyskretny, ale już po kilku przesłuchaniach trzeba go pochwalić za kawał dobrej roboty (zwłaszcza w „Worlds Within”, „To Atone” i „Withered”) i płynność w poruszaniu się między gitarami.

Po tych peanach pod adresem Of Rot And Ruin trzeba w końcu zejść na ziemię. Album ma również minusy, w moim odczuciu niewielkie, ale dla pełniejszego obrazu warto o nich wspomnieć. Po pierwsze, jest to płyta naprawdę długa (55 minut) i wymagająca skupienia; jeśli nie poświęci się jej dostatecznie dużo uwagi, może stać się bardzo jednostajna i już w połowie zacząć się rozmywać. Wobec powyższego instrumentalny „Kindling” wydaje się zbędny, podobnie jak przydługie (choć ładne) intro do „Withered”. Po drugie, ostatnie dwa utwory poziomem nie dorównują wcześniejszym i są zaledwie dobre. Po trzecie, wydanie w digipaku jest skandalicznie biedne.

Muzycy Hath nagrali świetny, zajmujący i miejscami oryginalny debiut, do którego aż chce się wracać, żeby odkryć coś nowego. W każdym razie ja regularnie odpalam Of Rot And Ruin i nigdy nie kończę na jednym przesłuchaniu. Kompozycje, technika, produkcja, wokale – tu wszystko się zgadza.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/HathNJ

Udostępnij:

7 lutego 2022

The Kennedy Veil – Imperium [2017]

The Kennedy Veil - Imperium recenzja okładka review coverAmerykanom wystarczyły zaledwie trzy lata, żeby drastycznie zmienić logo, skład, brzmienie i podejście do komponowania, skutkiem czego Imperium właściwe w niczym nie przypomina poprzedniej płyty. Drugi album The Kennedy Veil zrobił na mnie naprawdę dobre wrażenie bezkompromisowym napieprzaniem przed siebie, gęstymi strukturami i wyborną techniką. To było fajne i dobrze wchodziło, bo chłopaki nie silili się na jakąkolwiek oryginalność. To dlatego po pierwszych przesłuchaniach Imperium okazał się dla mnie dużym rozczarowaniem, które z biegiem czasu ewoluowało w… zwykłe rozczarowanie.

W recenzji „Trinity Of Falsehood” zastanawiałem się, czy w przyszłości zespół utrzyma wysoki poziom i przy okazji zyska na wyrazistości. No i cóż, zawartość Imperium nie przynosi na te pytania jednoznacznych odpowiedzi. The Kennedy Veil zdecydowanie zwolnili obroty, rozbudowali aranżacje, mocniej zaakcentowali melodie oraz — i tego w ogóle nie pojmuję — uparli się, żeby całość uzupełnić o elementy symfoniczne. Nie wiem jak wy, ale ja trochę inaczej rozumiem rozwój w ramach brutalnego death metalu i tak poprowadzone zmiany niezbyt mi leżą. Podobnie jak mnogość wpływów black metalu sprzed dwóch dekad. Przypuszczam, że Amerykanie chcieli stworzyć coś potężnego, wymykającego się schematom i z epickim klimatem, a tymczasem wyszedł im blackujący death metal z przeciętnym wokalem i doklejonymi na ślinę klawiszami. Pozostaje się cieszyć, że przynajmniej ta brutalna strona muzyki The Kennedy Veil trzyma poziom. Co prawda intensywnością nie dorównuje „Trinity Of Falsehood”, ale pod względem czytelności, pomysłów na riffy i technicznych smaczków wszystko jest OK.

Nowy wokalista nie pokazał niczego nadzwyczajnego, chociaż chyba próbował, bo obok niskich growli (do zaakceptowania) dorzucił sporo blackowych wrzasków (takie se) oraz wyjątkowo kiepskiego czegoś, czemu chyba najbliżej do krzyku. Jego poprzednik na tym stanowisku spisał się znacznie lepiej. Spośród zaproszonych wokalistów na uwagę zasługuje tylko Sven de Caluwé, który — jak to ma w zwyczaju — czego się tknie, zamienia w Aborted. Pozostała dwójka — Trevor Strnad z The Black Dahlia Murder i Dickie Allen z Infant Annihilator — jest na tyle niecharakterystyczna, że ich udział można tłumaczyć wyłącznie względami komercyjnymi i chęcią poszerzenia grona potencjalnych odbiorców.

Zmiana stylu pociągnęła za sobą również zmiany w brzmieniu. I o ile jego dużą selektywność mogę zaliczyć na plus, to pozostałe kwestie już nie dają powodów do zachwytu. Imperium pracuje w stosukowo wąskim paśmie, brzmi strasznie sucho, a jego produkcja jest jakaś taka płaska, żeby nie napisać – tania. Zresztą już dźwięk klawiszy daje do myślenia…

Imperium nie zachwyca. Raz, że poważnie rozmija się z moimi oczekiwaniami, a dwa, że jest zrealizowany w nieprzekonujący sposób. Wprawdzie w końcu udało mi się do tego albumu przyzwyczaić (nie mylić z przekonać), ale o wiele chętniej sięgam po poprzedni. Nie tędy droga, The Kennedy Veil, nie tędy.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/thekennedyveil

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

3 lutego 2022

Cynic – Ascension Codes [2021]

Cynic - Ascension Codes recenzja okładka review coverMogło by się wydawać, że wyjątkowo chłodne przyjęcie „Kindly Bent To Free Us”, personalne przepychanki oraz śmierć Reinerta i Malone’a powinny dać do myślenia Masvidalowi, czy aby na pewno jest sens kontynuować działalność pod szyldem Cynic. Wszak chyba można założyć nowy projekt i w nim sobie pitolić do kotleta sojowego? Albo rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady? Jak się okazało, takie rozwiązania nie wchodziły w grę. Paul znalazł sobie nowego perkusistę, skrzyknął kilku znajomych i w takim dość dziwnym sesyjnym (i sugerującym pośpiech) składzie nagrał Ascension Codes – płytę, która być może części fanów przywróci wiarę w ten zespół. Mnie nie przywróciła, jednak potrafię uczciwie stwierdzić, że jest znacznie lepsza od poprzedniej.

Naturalnie duża w tym zasługa moich oczekiwań, bo miałem jeszcze niższe niż w stosunku do „Torn Arteries” Carcass – byłem wręcz gotów na elektropopowe plumkanie a’la Kombii. Miałem już w głowie najczarniejsze scenariusze, a tu zawartość albumu zaskoczyła mnie do tego stopnia pozytywnie, że do kilku fragmentów wracałem z przyjemnością.

Zamiast brnąć w grząskie klimaty „Kindly Bent To Free Us”, Masvidal stylistycznie cofnął się gdzieś do „Traced In Air”, dzięki czemu w muzyce pojawiło się więcej życia, dynamiki, sensownych pomysłów, a także… elementów metalu. Całość składa się z ośmiu pełnowymiarowych utworów oraz dziewięciu krótkich ambientowych interludiów, których jedyną rolą jest przypuszczalnie nawiązywanie do tytułu płyty, bo zamiast spajać, rozbijają spójność materiału i zaburzają jego odbiór. Poza nimi jest jeszcze jeden dłuuugi kawałek-przerywnik, „DNA Activation Template”, który — celowo czy nie — dzieli krążek na połowę lepszą i gorszą.

Najwięcej ciekawych rzeczy dzieje się w pierwszych czterech kawałkach – jest wśród nich bardzo udany instrumental „The Winged Ones” (na początku budują klimat kojarzący się z onirycznym obliczem Fallujah), intrygujący „Elements and Their Inhabitants” oraz zdecydowanie najlepszy w zestawie „Mythical Serpents”, który wraz z „In A Multiverse Where Atoms Sing” z części drugiej gitarowo najmocniej nawiązuje do „Traced In Air” (oba momentami są praaawie agresywne). Czegoś takiego słucha się naprawdę dobrze i z zaskakująco dużym zainteresowaniem, choć dla Cynic to nic rewolucyjnego. Druga połowa Ascension Codes, mimo iż niezła, nie obfituje już w takie atrakcje; wydaje się bardziej stonowana, jednowymiarowa i nudnawa, ale wciąż prezentuje wyższy pozom niż nieszczęsny „Kindly Bent To Free Us”.

Teraz słów kilka o ludziach, którzy maczali palce w Ascension Codes. O dziwno pierwszy na pochwałę zasłużył Paul Masvidal, który wreszcie przypomniał sobie, jakie cuda można robić z gitarą, jak to fajnie, kiedy riffy trzymają się kupy, a przester wykracza poza oazowe standardy. To cieszy. Podobnie jak fakt, że jego wokali — a co za tym idzie także vocodera — jest relatywnie mniej, są przy tym mniej wyeksponowane i nie drażnią nachalnością. Przed Mattem Lynch’em chylę czoła, bo jego imponujące partie są zdecydowanie najjaśniejszym punktem płyty – gęste, urozmaicone i pełne jazzowego rozmachu. Gdzie gitary niedomagają albo są zbyt delikatne, a wokal usypia, tam on nie oszczędza kończyn, pilnując, żeby było na czym ucho zawiesić. Lynch nie próbuje za wszelką cenę naśladować Reinerta, jednak pod względem finezji bardzo się do niego zbliżył. Zamiast prawdziwego basu mamy tu przyzwoicie brzmiący basowy syntezator, za który odpowiada pianista Dave Mackay. Czemu? Według oficjalnej wersji Seana Malone’a nie da się zastąpić i basta. Ostatnim muzykiem mającym realny wpływ na kształt albumu jest gitarzysta Plini Roessler-Holgate, który dorzucił tu swoje solówki. Chłopak wygląda jak młodsza wersja Masvidala, zaś gra, jakby połknął Satrianiego, przegryzając Vaiem. Zastanawiający jest udział Maxa Phelpsa, bo jego skrzeczące wokale zostały wciśnięte głęboko w tło i trzeba naprawdę dobrze się skupić, żeby je wyłapać. Czyżby miał być wabikiem na tych, którzy (naiwnie) oczekują, że jeszcze kiedyś Cynic zagra brutalnie?

Tym 49-minutowym albumem Masvidal pokazał, że przy odrobinie chęci można się odbić od dna i stworzyć trochę wartościowej muzyki. Wartościowej, choć niepotrzebnie utytłanej w ezoteryczno-niuejdżowej estetyce. W tym przypadku lepiej by się obronił czysty progresywny rock-metal. Oczywiście nie bez znaczenia była pomoc paru zdolnych kolegów, którzy wzięli na siebie część odpowiedzialności i wnieśli coś od siebie - Ascension Codes żadnemu z nich wstydu nie przynosi. No, to teraz najwyższy czas zakończyć działalność.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.cyniconline.com

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

27 stycznia 2022

Cannibal Corpse – Eaten Back To Life [1990]

Cannibal Corpse - Eaten Back To Life recenzja okładka review coverCannibal Corpse to doskonały przykład tego, co znaczy znaleźć się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Swoją przygodę z muzykowaniem zaczynali w — jak to sami określali: wsiowym — Buffalo przy samej granicy z Kanadą. Tam nagrali jedyne demo, które dzięki staraniom Barnesa trafiło do zielonego w temacie death metalu Metal Blade. Wytwórnia Briana Slagela zapewniła zespołowi sesję w rosnącym w siłę Morrisound ze Scottem Burnsem za konsoletą, a nagrania swoim udziałem wzbogacili znani już w podziemiu Glen Benton i Francis Howard. To wszystko — wsparte niezaprzeczalnym talentem i samozaparciem — sprawiło, że Kanibale bardzo szybko zdobyli mocną pozycję na amerykańskiej scenie.

Na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego wieku kapele grające szybko i brutalnie pojawiały się jak grzyby po deszczu, więc Cannibal Corpse nigdy by się nie wybili, gdyby nie mieli pomysłu na siebie. Chłopaki postawili na krew. Morze krwi. Ból. Bul, bul, bul… Był już Szatan, Cthulhu i jego trzódka, był armagedon we wszelkich postaciach, były żywe trupy i seryjni mordercy, ale jeszcze nikt do tego stopnia nie poszedł w gore i przemoc dla samej przemocy. W tekstach/historyjkach Barnesa posoka leje się strumieniami, flaków trudno się doliczyć, a kości pękają jak zapałki. O taaak, na Eaten Back To Life wokalista Kanibali wyniósł krwawą poezję na zupełnie nowy poziom obrzydliwości, a przy okazji również absurdu i czarnego humoru. Dopełnieniem uroczych rymowanek typu: „Veins exposed, torn from bodies, / the most interesting of hobbies. / To get paid for such a task is / more than any man could ask” jest odpowiednio głupawa okładka autorstwa Vincenta Locke’a. I pomyśleć, że już tyle wystarczyło, żeby zakazać tej płyty w Niemczech.

Na nasze szczęście Eaten Back To Life to nie tylko rzeźnicza otoczka, a przede wszystkim 36 minut całkiem zgrabnie poskładanej rzeźni w muzyce. Nie jest to najbardziej ekstremalna płyta swoich czasów, wyziewnością nie dorównuje Morbid Angel, Deicide czy Napalm Death, bo w utworach wciąż słychać wpływy thrash’u, ale to paradoksalnie zadziałało na jej korzyść – materiał jest dzięki nim dość chwytliwy i łatwo zapada w pamięć, choć melodii sensu stricto jest tu tyle, co perspektyw w Korei Północnej. Chłopaki pocinają na miarę swoich umiejętności, a te już na wczesnym etapie mieli niemałe – najlepiej to słychać w rytmice, bo zarówno gitary, jak i sekcja tworzą bardzo równą, zwartą całość. Za to popisy solowe można spokojnie przemilczeć, bo należą do kategorii „takie se” i wnoszą niewiele.

Co ciekawe, Cannibal Corpse nagrywają debiut, powtórzyli wszystkie kawałki z demówki. Z jednej strony to nawet spoko, bo dopracowano je do maksimum i raczej nie zaniżają średniej albumu, a z drugiej jednak różnią się od nowszego materiału – przede wszystkim są krótsze, prostsze, bardziej bezpośrednie i może trochę jednowymiarowe. Najważniejsze, że jest wśród nich nieśmiertelny hit „A Skull Full Of Maggots”, który wraz z „Mangled”, „Shredded Humans”, „Edible Autopsy” i „Scattered Remains, Splattered Brains” tworzy zajebiście mocną reprezentację albumu – idealnie obliczoną do kręcenia młynków. Całość została zacnie wyprodukowana, a dzięki dominującym średnim tempom brzmi naprawdę ciężko i broni się do dziś.

Eaten Back To Life nie sposób odmówić osobliwego uroku (subiektywnie) i ogromnego wpływu na rozwijający się death metal (obiektywnie), wszak to jedna z najważniejszych płyt gatunku. Dla mnie zdecydowanie nie jest najlepszym albumem, jaki Cannibal Corpse nagrali, ale i od najsłabszego dzieli go sporo – na tyle, że czasem lubię do niego wrócić. W końcu „A Skull Full Of Maggots” jest nie do podjebania!


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.cannibalcorpse.net

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

24 stycznia 2022

Cephalic Carnage – Misled By Certainty [2010]

Cephalic Carnage - Misled By Certainty recenzja okładka review coverW pierwszych latach XXI wieku Cephalic Carnage należeli do grona najczęściej słuchanych przeze mnie zespołów – byli brutalni, techniczni, popieprzeni i przede wszystkim oryginalni. Drugiej takiej kapeli nie było! A potem nadszedł „Xenosapien”, który nie dość, że nie naruszył mi jajec ani kręgosłupa, to wręcz trochę mnie do nich zniechęcił. Może to była kwestia przesytu taką muzyką, może zwyczajnie mi spowszedniała, ale faktem jest, że z Amerykanów ewidentnie coś uleciało; coś, czego nie można wytłumaczyć tylko zmianami składu. Nagle Cephalic Carnage zrobili się wtórni, nudni, przewidywalni i jacyś tacy… normalni.

Na Misled By Certainty zespół zaprezentował się z nieco ciekawszej strony niż na poprzedniej płycie, co jednak nie oznacza, że wprowadził do brzmienia jakiekolwiek nowości, czy że podszedł do tematu z innej, nieznanej dotąd strony. Cephalic Carnage zawsze korzystali z bardzo szerokiego wachlarza wpływów i to dotyczy również tego materiału, bo poza technicznym death metalem (który obecnie należy uznać za fundament ich brzmienia) mamy tu grind (w odwrocie), sludge, doom czy odrobinę jazzu. Problem w tym, że to wszystko, w dodatku w podobnych konfiguracjach, pojawiło się w ich twórczości już wcześniej, więc po paru latach i po paru powtórzeniach w ogóle nie zaskakuje, a cieszy tylko umiarkowanie. I nie zmienia tego lista kilkunastu (!) gości, głównie wokalistów, wśród których znalazły się takie osobistości jak Alex Camargo czy Ross Dolan. Oczywiście, w sensie ogólnym niektóre patenty — choćby saksofon w „Ohrwurm” i „Repangaea” — wciąż można uznać za nietypowe czy oryginalne, ale w przypadku tego zespołu nie są niczym specjalnym, od nich trzeba wymagać więcej.

Misled By Certainty chyba najbardziej brakuje dzikości, żywiołowości i nieokiełznanego szaleństwa, którym charakteryzowały się zwłaszcza „Exploiting Dysfunction” i „Lucid Interval”. Na tamtych pamiętnych płytach Cephalic Carnage potrafili porządnie zamieszać, wziąć pomysły z kosmosu i w oparciu o nie zrobić jeden wielki młyn. Tymczasem opisywany materiał sprawia wrażenie skomponowanego z kalkulatorem i suwmiarką – jest dokładnie przemyślany, poukładany, wręcz drętwy. Spontan? Nie tutaj. Poza tym wydaje mi się, że muzyce Amerykanów nie służy przesadnie wypolerowane brzmienie, a właśnie z takim mamy do czynienia na Misled By Certainty. Trochę to wygląda, jakby zespół na siłę próbował stać się listener-friendly, choć wcale tego nie potrzebował.

Jojczę i narzekam, a tak naprawdę Misled By Certainty to całkiem dobra, urozmaicona i interesująca płyta. Cephalic Carnage z rozmachem pocinają dość wymagającą muzykę, której daleko do death-grindowego banału – to budzi uznanie i może się podobać. Niestety całość, a ta jest przydłuuuga, nie rajcuje tak, jak powinna. Niewykluczone jednak, że nowi słuchacze będą propozycją zespołu oczarowani.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/CephalicCarnage

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

25 grudnia 2021

Noctambulist – Atmospheres Of Desolation [2019]

Noctambulist - Atmospheres Of Desolation recenzja okładka review coverNoctambulist to stosunkowo świeża nazwa na mapie amerykańskiego death metalu, w dodatku z typowym amerykańskim death metalem mająca niewiele wspólnego. Bohaterom tej recenzji muzycznie jest zdecydowanie bliżej do Nowej Zelandii i okolic – dość dalekich okolic. Zespół — zważywszy na jego niewielki staż — swoim graniem całkiem udanie wstrzelił się w niszę z technicznym, wyrafinowanym i nieprzewidywalnym death metalem w typie Ulcerate, dodając do tego coś z czarnego pierwiastka i aury tajemniczości charakterystycznych dla Portal, Altarage czy Mitochondrion. Atmospheres Of Desolation robi zatem bardzo dobre wrażenie, choć nie da się ukryć, że nad pewnymi kwestiami Noctambulist muszą jeszcze popracować. Niemniej jednak udowodnili, że potencjał mają spory.

Pod względem jakości Amerykanie naprawdę nie mają się czego wstydzić, bo utworom w zasadzie niczego nie brakuje – są gęste, brutalne, wielowątkowe, klimatyczne i dalekie od banału. Ponadto ozdobiono je urozmaiconymi wokalami (fajne są zwłaszcza te rozpaczliwe) oraz ubrano w klasowe, bardzo czytelne (co nie jest oczywiste) brzmienie. Na Atmospheres Of Desolation nie ma miejsc na nudę ani na monotonię – Noctambulist zadbali o rozubudowane i mocno poszatkowane struktury z wieloma gwałtownymi zmianami tempa i klimatu. Przy pierwszym przesłuchaniu wygląda to na chaos i strumień świadomości, ale już przy kolejnych do uszu dochodzi, jak zniuansowane są aranżacje i ile ciekawych patentów (a nawet melodii) zespół przemyca na drugim i dalszych planach.

Pod względem ilości jest gorzej, znacznie gorzej. Atmospheres Of Desolation to ledwie 6 utworów, które dają niewiele ponad 27 minut – wynik sugerujący co najwyżej epkę (i takie odczucie pogłębia forma wydania). Jeśli doprecyzuję, że przynajmniej trzy kawałki zostały przeciągnięte na siłę (od biedy można to nazwać łącznikami) i aż dwie minuty poświęcono na intro, to robi się wyjątkowo skromnie. Rozumiem intensywność, rozumiem chęć pokazania tego, co najlepsze, ale przy takiej oszczędności album jako całość nie ma szansy należycie się rozwinąć i pozostawia ogromny niedosyt.

Trzeba jednak oddać muzykom Noctambulist, że zaledwie po trzech latach działalności zdołali wysmażyć świetny debiut i zwrócić na siebie uwagę Willowtip oraz fanów takiego grania. Zespół niczego nie pozostawił przypadkowi i bez wątpienia cała jego kreacja jest w pełni świadoma, podobnie zresztą jak jasno określony target.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/noctambulist303/

podobne płyty:

Udostępnij:

3 grudnia 2021

Rivers Of Nihil – The Work [2021]

Rivers Of Nihil - The Work recenzja okładka review coverRivers Of Nihil na „Where Owls Know My Name” poszli ostro do przodu względem pierwszych wydawnictw: rozwinęli swój styl i wzbogacili go o wiele nieoczywistych rozwiązań, dzięki czemu zaprezentowali się jako zespół zaskakujący i dość oryginalny – taki, którego nagrań wypatruje się z niecierpliwością. Minęły trzy lata i… Po kilkudziesięciu przesłuchaniach The Work zastanawiam się, czy tamten materiał aby nie był dziełem przypadku i splotu sprzyjających okoliczności. Niestety, dla mnie czwarta płyta Amerykanów to duże rozczarowanie – jawi się jako zlepek w większości niedorobionych utworów poskładanych bez jakiejkolwiek myśli przewodniej i dbałości o detale.

The Work nie sposób traktować jako rozwinięcia czy kontynuacji „Where Owls Know My Name” (ani tym bardziej powrotu do grania a’la „Monarchy”), bo chociaż zespół korzysta z wachlarza podobnych patentów, to całości brakuje finezji, płynności, klimatu, wyróżniających się motywów (kompletnie zaniedbano melodie), przemyślanych struktur i nade wszystko wewnętrznej spójności. Utwory, a nawet ich poszczególne części, istnieją niezależnie od siebie, nic ich w logiczny sposób nie spaja, przez co materiał rozchodzi się w szwach. Rivers Of Nihil na siłę zlepiają odmienne stylistycznie fragmenty, więc często mamy do czynienia z topornym schematem na zasadzie: ciężko i agresywnie – ciach! – progresywnie i lajtowo – ciach! – ciężko i agresywnie – ciach! – progresywnie i lajtowo… i tak do wyrzygu. Czy to irytuje? A owszem, jednak to wcale nie jest najgorsze. Mnie szczególnie wkurwiają ogromne ilości „nica” wewnątrz kawałków jak i pomiędzy nimi. Przez dłuuugie minuty zupełnie nic się nie dzieje – i nie jest to żadne budowanie nastroju, po prostu, kurwa, cisza albo jakieś ledwo słyszalne ambienty bez wartości muzycznej.

Początek The Work — czyli lekko licząc trzy numery — jest na tyle drętwy, nieciekawy i rozwodniony, że gdy wreszcie pojawiają się jakieś atrakcje (a tych, jak na 65 minut, jest ich niewiele), trudno się na nich skoncentrować; tym bardziej, że po chwili znów dostajemy dawkę przynudzania. Niestety, duża część utworów bardzo wolno się rozkręca, inne nie rozkręcają się w ogóle – nabijają licznik i usypiają. Rivers Of Nihil z niewiadomych dla mnie względów zabałaganili kompozycje i cofnęli się w rozwoju; ponownie mocno dają o sobie znać fascynacje Fallujah (m.in. w solówkach), choć myślałem, że już z tego wyrośli i będą dłubać nad własnym stylem. A tu dupa. Do tego stopnia, że na The Work jako „w porządku” mogę określić zaledwie trzy utwory: „Focus” (daje nadzieje, że jednak nie będzie dramatu), „The Void from Which No Sound Escapes” (nieprzypadkowo wybrano go na singla) i „Maybe One Day” (spokojny, ale za to bez dziwactw i urozmaicania na siłę) oraz brutalniejsze fragmenty „More?” i „Clean”.

Największe zaskoczenie z „Where Owls Know My Name”, saksofon, na The Work również się pojawił, ale chyba wyłącznie dlatego, że fani go oczekiwali. Według książeczki Zach Strouse (z Burial In The Sky) udziela się aż w pięciu kawałkach, jednak jego partie można wychwycić (nie bez kłopotu) w czterech, zaś jakiekolwiek znaczenie ma tylko w jednym, wspomnianym już „The Void from Which No Sound Escapes”. Pozostałe wystąpienia nie robią żadnego wrażenia, o ile w ogóle się ich nie przegapi. Zespołowi ewidentnie zabrakło pomysłów, jak wykorzystać potencjał tego instrumentu. Swoją drogą bas również stracił na znaczeniu i na pierwszym planie pojawia się niezmiernie rzadko.

Nie ukrywam, że po wysłuchaniu The Work czuję się przez Rivers Of Nihil oszukany, bo po cichu liczyłem na materiał pretendujący do miana płyty roku. Zespół jednakowoż odbębnił minimum tego, co musiał, nie zważając, czy ma to jakiś sens i trzyma się kupy. Czyżby w ten sposób chcieli wymiksować się z kontraktu? A może na tyle ich naprawdę stać?


ocena: 6/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/riversofnihil

podobne płyty:




Udostępnij:

26 listopada 2021

Suffocation – Live In North America [2021]

Suffocation - Live In North America recenzja okładka review coverFrank Mullen definitywnie kończy współpracę z Suffocation. Wydaje się, że kiedyś musiało to nastąpić, bo na potrzeby tras zespół już od dawna korzystał z tańszych zamienników, jednak nic przecież nie stało na przeszkodzie, żeby Frank wciąż udzielał się studyjnie. Dawał radę przez tyle lat, to jeszcze te kilka do prawilnej emerytury jakoś by wytrzymał. Sentyment do legendarnego wokalisty to jedno, drugie to jego niezwykła (a w każdym razie nieczęsta) umiejętność łączenia głębokich bulgotów z dość dużą czytelnością i fajną dynamiką. No i na Live In North America Mullen po raz kolejny udowodnił, że w tym stylu nie ma sobie równych. W ramach pożegnania Franka z publicznością Suffocation odbyli w 2018 roku trasę po Ameryce Północnej w towarzystwie Cattle Decapitation, Krisiun i Visceral Disgorge. Objazdówka obejmowała aż 25 koncertów, spośród których jeden, z Cambridge, trafił na opisywaną płytę.

Do formy dnia czy brzmienia nie sposób się przyczepić – Suffocation to doskonale naoliwiona maszyna, która miażdży w każdych warunkach (może z wyjątkiem dużych festiwali, gdzie nagłośnienie to kwestia przypadku) i po prostu nie zawodzi ludzi pod sceną. Warsztat, opanowanie materiału, precyzja – to wszystko, w dodatku wsparte ogromnym doświadczeniem, jest na najwyższym poziomie. Także wypakowana hitami setlista na pierwszy rzut oka wygląda bardzo atrakcyjnie. Trzynaście utworów (w godzinę), a wśród nich takie wspaniałości jak „Catatonia”, „Liege Of Inveracity”, „Infecting The Crypts”, „Thrones of Blood”, „Funeral Inception” czy „Breeding The Spawn”. Jak widać, zespół położył szczególny nacisk na najbardziej klasyczny materiał, ten sprzed rozpadu, więc siłą rzeczy zostało mniej miejsca i czasu na nowsze kawałki. Do tego stopnia, że ani wspaniały „Suffocation” ani relatywnie świeży „…Of The Dark Light” nie mają tu swojego reprezentanta.

I to jest dla mnie największy problem Live In North America. Problem, który można było w łatwy sposób rozwiązać. Dwie płyty, dwa występy z dwiema różnymi przekrojowymi setlistami, 25-30 utworów – i wszyscy, czyli ja, byliby zadowoleni… Oczywiście rozumiem, że w ramach trasy, kiedy w pośpiechu pokonuje się tysiące mil, ciężko coś takiego zorganizować od strony logistycznej, aaale od czego są pieniądze i wpływy wielkiej wytwórni. Drugi problem, już mniejszy (choć też związany z wytwórnią), dotyczy formy wydania Live In North America, bo ta jest strasznie skromna – ot rozkładówka ze zdjęciami. Zespół zamykał pewien rozdział w swojej historii — a to okazja nie byle jaka — więc można było się postarać o książeczkę ze wspominkami muzyków, anegdotami z tras i studia czy mnóstwem archiwalnych fotosów. A tak – pozostają nam tylko dzięksy i ajlowy Mullena pomiędzy utworami. A propos tych „pomiędzów” – wydają mi się zbyt radykalnie przycięte, przez co konferansjerka wokalisty jest jakaś taka skompresowana, brakuje czasu na reakcje publiki, a kolejne kawałki startują ciut za szybko. Takie odczucie jest wyjątkowo subiektywne i wynika z mojego pierdolca, bo ktoś inny może w ogóle nie zwrócić na to uwagi.

Jedyne kwestie, do których można się przyczepić w związku z Live In North America dotyczą ilości i objętości, pod względem jakości jest bowiem znakomicie. Mimo iż na „The Close Of A Chapter” klimat koncertu był bardziej wyczuwalny, nowej płyty słucha się bardzo dobrze, choć w pewnym momencie robi się trochę smutno. Brutalny death metal bez Mullena nie będzie już taki sam.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.suffocationofficial.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

14 listopada 2021

Broken Hope – Swamped In Gore [1991]

Broken Hope - Swamped In Gore recenzja okładka review coverRęka, noga, mózg na ścianie – właśnie tak wygląda debiutancki album Broken Hope. Jednak w przeciwieństwie do popularnej rymowanki, materiał Amerykanów dość średnio trzyma się kupy, brakuje mu polotu i zwyczajnie nie bawi. W momencie premiery ten krążek nie wzbudził wielkiego entuzjazmu i szybko o nim zapomniano, natomiast obecnie niektórzy — z niepojętych dla mnie przyczyn — robią z niego klasyk, legendę i jeden z kamieni milowych brutalnego death metalu.

Swamped In Gore to trzy kwadranse prostego i raczej topornego grania, z którego nic konkretnego tak naprawdę nie wynika, a już na pewno nic wartego zapamiętania. Zespół nie potrafi się zdecydować, w jakim pójść kierunku, więc co kilka chwil przeskakuje z jednego stylu na drugi, zapominając przy tym o pozorach konsekwencji czy wewnętrznej spójności. Raz chcą być jak Cannibal Corpse czy Suffocation, po chwili nachodzi ich na Obituary, by za chwilę nawalać pod Terrorizer i Napalm Death. Oczywiście te wszystkie wpływy są jak najbardziej do pogodzenia i przekucia w coś fajnego, jednak nie dla Broken Hope, ich to przerosło. Im dłuższe utwory, tym więcej w nich zbędnych i nieprzystających do siebie elementów.

Na mnie najlepsze wrażenie robią te fragmenty, kiedy zespół blastuje na grindową modłę, bo to jedyne momenty na Swamped In Gore, kiedy pojawia się jakaś energia, coś zaczyna się dziać i nawet słychać pewien potencjał, choć trzeba uczciwie przyznać, że riffom brakuje ostatecznego szlifu, a wokale wypadają tak se (przy takich szybkościach Joe Ptacek nie wyrabia). W każdym razie jestem skłonny napisać, że „Incinerated”, „Gorehog” i „Dismembered Carcass” — czyli najkrótsze numery na płycie — jakoś dają radę. Znacznie gorzej Broken Hope radzą sobie z graniem w średnich tempach, zaś w wolnych – w ogóle. Amerykanie kompletnie nie wiedzą, co ze sobą zrobić, brakuje im pomysłów na jakiekolwiek urozmaicenia, więc ograniczają się mielenia prostych, monotonnych i koniec końców potwornie nudnych riffów, którym towarzyszy oszczędne klepanie perkmana.

W kontekście Swamped In Gore często powtarza się, że to pierwszy deathmetalowy album nagrany w pełni cyfrowo… No cóż, ktoś musiał być pierwszy, padło na Broken Hope, jednak warto się zastanowić, czy to brzmienie jest powodem do chwały? Jak dla mnie mamy tu do czynienia z dość przeciętną, przesadnie sterylną i niewybijającą się produkcją. Przeciętną także ze względu na to, że w muzyce nie ma w zasadzie niczego, co należałoby uwypuklić, za to jest mnóstwo rzeczy, które wypadałoby zamaskować. Dlatego jeśli macie słabość do starego amerykańskiego death metalu, to rozejrzyjcie się za czymś innym.


ocena: 5,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/brokenhopeofficial

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij: