Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty

26 września 2021

Rude – Outer Reaches [2021]

Rude – Outer Reaches recenzja okładka review coverOpisywana właśnie epka była ponoć zapowiadana zaraz po premierze „Remnants…”. Mnie ta informacja chyba umknęła albo po prostu bardziej skupiłem się na jojeczniu założyciela Rude, który nie zdobył zakładanego rozgłosu i nosił się z rozwiązaniem kapeli. Co by się jednak w międzyczasie nie działo, Yusef Wallace przezwyciężył kryzys twórczo-egzystencjalny i 2020 roku wraz z kolegami nagrał sześć kawałków, które właśnie ukazały się pod tytułem Outer Reaches. Czy to te same utwory, o których była mowa w 2017, czy może nowe – tego się nie doczytałem.

Okładka w stylu komiksowego sci-fi poniekąd sugeruje kosmosy również w muzyce, co nawet ma jakiś sens – wszak już w „Children Of Atom” z „Remnants…” pojawiły się ciekawe „okołosphere’owskie” odloty, więc nic nie stało na przeszkodzie, żeby je teraz kontynuować. Prawda? Nieprawda! Pierwotne brzmienie materiału szybko sprowadza słuchacza na ziemię, a nawet pod – bo taki dźwięk kojarzy mi się z nagraniami z próby poczynionymi w piwnicy jakiejś spółdzielni mieszkaniowej w Dąbrowie Górniczej. To pierwsze zaskoczenie. Drugie dotyczy stylu Rude – zespół zrobił wyraźny krok wstecz i w rezultacie nowe utwory są prostsze i wolniejsze (blasty zredukowano do minimum), a przy tym bardziej bezpośrednie i surowe od tych, jakie znamy z dwóch pierwszych krążków. To taki grubo ciosany oldskulowy death metal bez znaczących urozmaiceń i dbałości o detale – coś, co niejako stoi w opozycji do podejścia Skeletal Remains, Morfin czy nawet Gruesome. Oczywiście od razu pojawia się pytanie, czy ta ogólna niechlujność Outer Reaches to w pełni świadomy i zamierzony efekt czy raczej wynik pośpiechu i braku funduszy – obojętnie jaka jest prawda, zespół pewnie bez trudu dorobi sobie do tego jakąś ideologię.

Skoro z grubsza wiadomo, co się zmieniło u Rude, pozostaje jeszcze kwestia, jak Amerykanie odnajdują się w takim graniu, które, nie oszukujmy się, nie wymaga nawet połowy ich technicznego potencjału. Ano odnajdują się bardzo dobrze – na luzie i bez wysiłku, dzięki czemu całość brzmi całkiem naturalnie. W tym przekonaniu utwierdza mnie odbiór tych sześciu kawałków (w tym dwóch sensownych instrumentali), bo słucha się ich… na luzie i bez wysiłku. Tylko czy taka muzyka przysporzy kapeli upragnionego rozgłosu – to akurat mało prawdopodobne.


ocena: -
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Rude/391039200987363

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

3 września 2021

Burial In The Sky – The Consumed Self [2021]

Burial In The Sky - The Consumed Self recenzja okładka review coverLudzka pamięć bywa zawodna, zwłaszcza moja, ale akurat w przypadku Burial In The Sky dość szybko skojarzyłem, że już kiedyś miałem styczność z tym zespołem i że zupełnie nie trafił w mój gust. W związku z tym przezornie odkładałem przesłuchanie The Consumed Self ile się tylko dało, bo — proszę o zrozumienie — nie ciągnie mnie do nieskładnego pitolenia. Pierwszy kawałek, rozbudowane intro z pseudoklimatycznym brandzlowaniem i mizernym czystym wokalem, potwierdził moją opinię o muzyce kapeli – to jest odpychające. Drugi numer już nieco mi zamieszał, a trzeci sprawił, że zacząłem się temu wnikliwie przysłuchiwać… Czyżby nagle wyszli na ludzi?

Nawet jeśli na The Consumed Self nie do końca wszystko im wyszło, to trzeba przyznać, że w ciągu trzech lat Amerykanie zrobili naprawdę duże postępy i poprawili się właściwie na każdej płaszczyźnie, a przy okazji dość wyraźnie określili kierunek rozwoju. Mamy zatem do czynienia z nowoczesnym progresywnym death metalem z rozbudowanymi (niekiedy aż za bardzo – o czym później) aranżacjami, mnóstwem zmian tempa i nastroju, wieloma technicznymi urozmaiceniami i zróżnicowanymi wokalami. Całość jest znacznie bardziej spójna i dopracowana niż poprzedni materiał, który również był ambitny (przynajmniej w założeniach), ale kompletnie niedorobiony od strony kompozytorskiej i do tego topornie wykonany. Poza tym poprawę można odnotować w kwestii brzmienia i produkcji, które tym razem znacząco lepiej dopasowano do stylu zespołu.

Wszystkie wspomniane zmiany oraz, co ważne, zagęszczenie i uwypuklenie partii saksofonu jednoznacznie świadczą o ogromnym wpływie „Where Owls Know My Name” na podejście Burial In The Sky do pisania własnej muzyki. Amerykanie to i owo mogli podpatrzeć bezpośrednio u źródeł — wszak to Zach Strouse nagrywał saksofon dla Rivers Of Nihil — więc starali się zaadaptować niektóre patenty na potrzeby The Consumed Self; z różnym skutkiem. Czyste wokale? A owszem, są, tylko strasznie nierówne, niestety z przewagą tych słabych. Aranżacyjny rozmach? No tak, tylko nie zawsze użyte elementy pasują do siebie tak, jak powinny; niektóre służą chyba tylko temu, żeby nabijać licznik minut. I właśnie, długości The Consumed Self – album trwa niemal godzinę i to już jest lekka przesada. Dobrym rozwiązaniem byłoby wycięcie około kwadransa progresywnych smętów i przesadnego kombinowania (czyli przede wszystkim „Anatomy Of Us”) – całość stałaby się bardziej zwarta i komunikatywna.

Wraz z kolejnymi przesłuchaniami The Consumed Self utwierdza w przekonaniu, że Burial In The Sky bardzo by chcieli być jak Rivers Of Nihil i trochę jak Fallujah. I robią sporo, żeby ich w ten sposób postrzegano, jednak na razie brzmią jak uboższa wersja swoich znanych kolegów. Amerykanie wygrzebali się z poziomu bagna poprzednich płyt i awansowali do kategorii zespołów słuchalnych, ale czy wybiją się wyżej – to zależy, czy starczy im talentu i pieniędzy.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/burialinthesky

Udostępnij:

25 sierpnia 2021

Ominous Ruin – Amidst Voices That Echo In Stone [2021]

Ominous Ruin - Amidst Voices That Echo In Stone recenzja okładka review coverOminous Ruin to jedni z wieeelu przedstawicieli technicznego death metalu z Kalifornii, a ich debiutancki Amidst Voices That Echo In Stone przynosi trzy kwadranse dokładnie takiej muzyki, jakiej można (należy!) się spodziewać po zespołach z zachodniego wybrzeża USA. Nie da się ukryć, że tamtejsze kapele wypracowały sobie bardzo charakterystyczne patenty na granie i trzymają się ich na tyle kurczowo, że swoje pochodzenie zdradzają po kilku sekundach odsłuchu. Z Ominous Ruin jest podobnie, chociaż akurat sam zespół ma na ten temat nieco inne zdanie. Stąd też zanim przejdę do opisu moich wrażeń, pierwej odniosę się do tego, co chłopaki sami mają o sobie do powiedzenia.

Po pierwsze i chyba najważniejsze, Amidst Voices That Echo In Stone rzekomo ma być powiewem świeżego powietrza na scenie technicznego death metalu. [miejsce, żeby się pobrechtać] Tego… Gają tak, jak się gra w Kalifornii, a wpływy Deeds Of Flesh, Odious Mortem, Severed Savior, Arkaik, Continuum, Inanimate Existence, Decrepit Birth czy bardziej egzotycznego Spawn Of Possession są w ich muzyce wszechobecne. Niezależnie od górnolotnych deklaracji, Ominous Ruin w żaden sposób nie próbują rewolucjonizować tego stylu ani też wprowadzać do niego czegoś od siebie. Przynajmniej ja nie usłyszałem na krążku niczego, czego bym nie znał z twórczości wieeelu innych kapel. Po drugie, Amerykanom uroiło się, że wokale Adama Rosado są wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju. [miejsce, żeby się pobrechtać, znowu] Cóż, wokale jak wokale. Wiochy nie ma, ale żeby od razu miały zwracać uwagę czymś szczególnym? No nie, nieee… Poza tym trochę dziwne wydaje mi się częste podkreślanie przez zespół, że korzystają z 8-stunowych gitar i 6-strunowego basu – jakby nie byli przekonani, że to wszystko słychać na płycie. I prawdę mówiąc – tych dodatkowych strun właśnie nie słychać, bo ogólnie Ominous Ruin nie zapędzają się zbytnio w niższe rejestry i raczej stronią od djentu. Co do basu – ten po prostu bywa obecny; to absolutnie nie ta intensywność co u Beyond Creation czy Obscura.

Jak łatwo wywnioskować z powyższego akapitu, Amidst Voices That Echo In Stone nie ma w zasadzie nic wspólnego z oryginalnością czy nowatorstwem. Ale to akurat nie stanowi dla mnie problemu, bo to naprawdę bardzo dobry i znakomicie zagrany materiał. Ominous Ruin w niczym nie ustępują bardziej znanym kolegom – tak jeśli chodzi o umiejętności techniczno-kompozytorskie (sesyjnie za garami zasiadł znany z Fallujah Andrew Baird), poziom brutalności, jak i produkcję albumu. Dziesięć lat zbierania doświadczeń zaowocowało w pełni przekonującymi utworami, spośród których każdy wyróżnia się jakimiś ciekawymi zagrywkami i naprawdę dużą dynamiką – jest szybko, efektownie i bez popadania w progresję. Napisałbym, że nie ma tu miejsca na przestoje, ale niestety do paru kawałków doklejono nawet po kilkadziesiąt sekund „nica” (zwłaszcza w numerze tytułowym), więc całość nieco straciła na płynności.

Amidst Voices That Echo In Stone mogę śmiało polecić wielbicielom wszystkich wymienionych na początku kapel – znajdą tu dokładnie to, co lubią. Krążek nie zawiedzie także fanów szeroko pojętego nowoczesnego death metalu z Ameryki (szczególnie tego z Willowtip i złotego okresu Unique Leader) – Ominous Ruin grzeją, że mucha nie siada. A jak siada, to zaraz zdycha.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/OminousRuin
Udostępnij:

20 sierpnia 2021

Cannibal Corpse – Violence Unimagined [2021]

Cannibal Corpse - Violence Unimagined recenzja okładka review coverGdyby złośliwie uznać, że na „Red Before Black” Kanibalom noga się powinęła, że zaliczyli spadek formy i ogólnie cusik im nie wyszło, to wtedy Violence Unimagined można traktować jako rehabilitację zespołu. Gdyby. Bo nie ma potrzeby, by sztucznie podnosić wartość nowej płyty – broni się sama. Na poprzednim krążku zabrakło jedynie powiewu świeżości, natomiast na Violence Unimagined jest jej pod dostatkiem, co w głównej mierze ma związek z wymuszoną przez amerykański wymiar (nie)sprawiedliwości zmianą w składzie. Wieloletniego gitarzystę Pata O'Briena zastąpił Erik Rutan, z którym panowie znają się jak łyse konie, więc przypuszczalnie do nagrań mogli przystąpić z marszu.

Nie chciałbym, żeby ta recka zamieniła się w hymn pochwalny ku czci Rutana, ale nie da się ukryć, że jego wkład w piętnasty (dżizasie!) album Cannibal Corpse jest dość znaczący. Z roli producenta wywiązał się jak zwykle znakomicie, mimo iż w studiu nie wykręcił niczego spektakularnego czy wykraczającego ponad kanibalistyczne standardy. Trzeba mieć jednak na uwadze, że tym razem miał dużo trudniej, bo musiał zachować chłodne podejście do procesu nagrań i pilnować się, by w jakiejś kwestii nie przedobrzyć. To raz. Dwa jest takie, że Rutan nie przyszedł do zespołu tylko po to, żeby pozować do zdjęć; dorzucił od siebie aż trzy utwory wraz z tekstami – z jednej strony gładko wpasował je w styl kapeli (spójność ponad wszystko), a z drugiej przemycił w nich kilka zupełnie nietypowych dla kolegów riffów i technicznych zagrywek. Jest jeszcze trzy – solówki. Okazuje się, że popisy Rutana (w skali płyty większość wyszła spod jego palców!) doskonale pasują do stylu Cannibal Corpse i przy okazji wzbogacają go o charakterystyczne melodie. Stwierdziłbym nawet, że wydają się tym czymś, czego w muzyce Amerykanów zawsze brakowało.

Na jednym gitarzyście zajebistość Violence Unimagined jednakże się nie kończy, bo cały skład pokazał się z naprawdę bardzo dobrej strony i na pewno nie można nikomu zarzucić opierdalania się tudzież problemów z kreatywnością. Weźmy taki „Surround, Kill, Devour” — jeden z najlepszych na krążku — który ma idealny do młynka groove i jest tak skoczny, że powinien się świetnie sprawdzać na żywo. Innym hajlajtem jest „Inhumane Harvest” z masakrycznym zwolnieniem w połowie i fajną zmyłką, kiedy po pierwszej solówce powinno być przyspieszenie, a oni dalej uskuteczniają mielonkę. Warto również zwrócić uwagę na wypakowany solówkami „Bound And Burned”, bo o ile kojarzę wcześniej Cannibal Corpse na aż takie szaleństwa sobie nie pozwalali – spróbowali i było warto. Poza tym na płycie mamy więcej niż ostatnio (a może i kiedykolwiek) bezpośrednio chwytliwych riffów oraz wolniejszych, „nastrojowych” fragmentów, kiedy bas wychodzi na powierzchnię (jak w „Follow The Blood” czy „Overtorture”). Stanowią one niezły kontrast dla paru dłuższych partii z gęstą nawalanką (w „Inhumane Harvest” i „Ritual Annihilation”) – chyba właśnie to miał na myśli Mazurkiewicz, kiedy przekonywał, że Violence Unimagined to dla niego najbardziej jak dotąd wymagający materiał.

Album mogę podsumować tylko w jeden sposób. Cannibal Corpse potwierdzili, że w lidze oldbojów/długodystansowców (jak zwał, tak zwał) nie mają sobie równych i ciągle nie brakuje im pomysłów ani motywacji do grania na najwyższym poziomie. A z młodymi nie muszą się liczyć. Rispekt!


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.cannibalcorpse.net

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

26 maja 2021

The Beast Of Nod – Multiversal [2021]

The Beast Of Nod - Multiversal recenzja okładka review coverAmerykanie z The Beast Of Nod swoim debiutem sprzed trzech lat narobili w pewnych kręgach sporego zamieszania, choć tak naprawdę nie wybiegali zbytnio ponad to, co z powodzeniem robią kapele z The Artisan Era, a wyróżniać ich mógł co najwyżej rozbudowany koncept sci-fi w tekstach. Minęło trochę czasu, zespół baaardzo wyraźnie rozwinął się technicznie i kompozytorsko i dlatego Multiversal początkowo może… odpychać. Jestem w stanie to zrozumieć i myślę, że wcale nie jest to powód do wstydu, więc jeśli dla kogoś synonimem „na bogato” jest zestaw powiększony w maku, to może sobie bez żalu odpuścić ten krążek.

Na „Vampira: Disciple Of Chaos” The Beast Of Nod zaproponowali muzykę na wysokim poziomie, ale w stosunkowo powszechnej stylistyce – coś, co podłapywało się raczej z marszu, bo wyglądało i brzmiało znajomo; natomiast w przypadku Multiversal nie ma już tak lekko – na tej płycie wykonali krok ku oryginalności. Zespół zagęścił i rozbudował struktury utworów znacznie ponad średnią gatunkową (szczególnie pilnując się, żeby nie powracać do już raz wykorzystanych motywów), ponadto wprowadził do nich masę nowych elementów, podkręcił tempo (co nie było specjalnie trudne – za perkusją usiadł Marco Pitruzzella) i dopakował całość szalonymi popisami solowymi.

Wszystko śmiga, pizga i robi masę zamętu. Innymi słowy na Multiversal dzieje się dużo, bardzo dużo, a momentami chyba nawet za dużo, więc materiał może niekiedy przytłaczać. Muzyka The Beast Of Nod jest zajebiście urozmaicona, wręcz przeładowana rozmaitymi frazami, które przenikają się na kilku płaszczyznach, a co za tym idzie – bywa mało komunikatywna. Czegoś takiego nie słucha się w celach rekreacyjnych. Przedarcie się przez kolejne warstwy i wyrobienie sobie lepszego oglądu całości wymaga trochę czasu, a nie każdy będzie w stanie poświęcić płycie aż tyle uwagi i cierpliwości (zwłaszcza, że trwa 50 minut), więc haczyki w postaci solówek Joe Satrianiego czy Michaela Angelo Batio (postarali się, trzeba im to przyznać) mogą być za małą zachętą nawet dla wielbicieli trzepanki.

Muzycy The Beast Of Nod stworzyli kawał ambitnej i dość nieprzystępnej (świadomie lub nie – trudno zgadnąć) jazdy, która powinna zapewnić co bardziej wytrwałym odbiorcom sporo okazji do rozkminy, a później – do estetycznych uniesień. Mniej wkręceni fani pewnie po pierwszej minucie „Flight Of The Quetzalcoatlus” zatęsknią za wolniejszym i mniej pojebanym graniem z debiutu.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: thebeastofnod.com
Udostępnij:

19 maja 2021

Thoren – Gwarth II [2020]

Thoren - Gwarth II recenzja okładka review coverTrzecia płyta w dorobku Thoren to materiał, któremu nie poświęcę zbyt dużo miejsca i to wcale nie dlatego, że trwa zaledwie 26 minut. Problemem nie jest również jego jakaś wyjątkowa kupiastość, bo kupą sensu stricto nie jest. W przypadku Gwarth II rozchodzi się o to, jak niewiele zawartość krążka ma wspólnego z celami, jakie postawił przed sobą zespół. Amerykanie wymyślili sobie, że muzyka na tym wydawnictwie będzie szalona, skomplikowana, niesamowicie urozmaicona i zaskakująca (tylko przez grzeczność nie wspomnę, do kogo chcą być porównywani), a jest – po prostu boleśnie nijaka.

Jako że nigdy nie miałem styczności z Thoren, podszedłem do zespołu bez uprzedzeń i… zostałem całkiem pozytywnie zaskoczony, bo chaotyczna jazda w pierwszym kawałku zapachniała szaleństwami w stylu Cephalic Carnage. Będzie ostro! Niestety, wszystko co dobre, szybko się kończy, więc po upływie dwóch minut (!) fajne wrażenie rozmyło się w cholerę. Zespół nielicho kombinuje, tego mu nie można odmówić, momentami (liczonymi dosłownie w sekundach) gra nawet jak zbrutalizowana Dysrhythmia, sęk w tym, że całości brakuje wyraźniej zaznaczonej myśli przewodniej czy choćby dostępnych dla słuchacza punktów zaczepienia, więc koniec końców trudno stwierdzić, czemu służą i dokąd prowadzą te wymyślne wygibasy. Praktycznie cały Gwarth II to jałowe rzeźbienie w może i technicznych, ale nieciekawych i niemożliwych do zapamiętania riffach, z których nic konkretnego nie wynika. Brzmi to jak nagrywany na kaseciaku (swoją drogą produkcja jest wyjątkowo płaska) zestaw niepowiązanych z sobą ćwiczeń na rozgrzanie paluchów.

Z zasady nie mam nic przeciwko instrumentalnym płytom z progresywnym death metalem — choćby taki Essence Of Datum bardzo mi się podoba — jednak w wykonaniu Thoren to się w ogóle nie sprawdza. Mam za sobą przynajmniej kilkanaście przesłuchań Gwarth II, a i tak nie potrafię przywołać z pamięci nawet jednego motywu. I to niekoniecznie jakiegoś dobrego – po prostu jakiegoś. Kompletnie bezbarwny album.


ocena: 3/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ThorenDeath
Udostępnij:

20 marca 2021

Suffocation – The Close Of A Chapter: Live In Quebec City [2005]

Suffocation - The Close Of A Chapter: Live In Quebec City recenzja okładka review coverWydawać by się mogło, że tak duży i wpływowy band powinien się dorobić porządnej koncertówki jeszcze w połowie lat 90. ubiegłego wieku, u szczytu formy i popularności, ale o dziwno do tego nie doszło. Trzeba było rozpadu i reaktywacji zespołu oraz kolejnego wybuchu zainteresowania jego poczynaniami, żeby ktoś wreszcie wpadł na pomysł uwiecznienia scenicznych popisów mistrzów brutalnego death metalu na kawałku błyszczącego plastiku. I to był strzał w dziesiątkę, bo to, z czym mamy do czynienia na The Close Of A Chapter, to soniczna miazga w najlepszym wydaniu.

Koncert, który trafił na płytę, zarejestrowano w klubie w Quebecu w 2005 podczas trasy promującej wydany rok wcześniej „Souls To Deny”. Suffocation zagrali nieco ponadgodzinny set, w którym udało im się zmieścić aż 13 utworów stanowiących stosunkowo wyczerpujący przekrój przez ich dyskografię. Z oczywistych względów istotny procent stanowią kawałki z najnowszego longa, kosztem przede wszystkim „Breeding The Spawn”, ale w kontekście tego, ile innych zajebistości tu upchnięto („Catatonia”, „Funeral Inception”, „Infecting The Crypts”, „Thrones Of Blood”…) i jak wgniatająco wszystko brzmi, nie powinno być to dla nikogo problemem. Warto zaznaczyć, że na tle starszych numerów te nagrane po reunionie wypadają bardzo melodyjnie, ale są też odczuwalnie szybsze, co doskonale słychać w zabijającym „Tomes Of Acrimony”.

Death metal Suffocation pomimo dużego stopnia skomplikowania wydaje się być stworzony do grania na żywo i co najważniejsze – w scenicznych warunkach nie traci niczego ze swej selektywności i pierdolnięcia. Wiadomo, to nie tylko zasługa świetnych aranżacji, ale również doskonałych umiejętności technicznych poszczególnych muzyków – uwijają się jak w ukropie bez chwili wytchnienia, udowadniając wszem i wobec, że w brutalnym death metalu nie mają sobie równych. To po prostu maszyny do napierdalania!

Na szczególne uznanie zasługuje Frank Mullen, bo z jednej strony cacanie wyrzyguje jelita w najniższych rejestrach, z drugiej zaś utrzymuje świetny kontakt z publiką. Konferansjerka jest prowadzona na luzie, bez zbędnej napinki i odwoływania się do jakichś górnolotnych haseł, dzięki czemu zgromadzeni w klubie ludziska szybko się rozkręcają i aktywnie uczestniczą w imprezie, a klimat występu z każdym kolejnym kawałkiem tylko gęstnieje. No i te konkursy z nagrodami… Być pochwalonym przez Mullena, to jak dostać Nobla z fizyki!

Tak powinien wyglądać prawdziwy koncert! Praktycznie nieustający napierdol, zestaw sprawdzonych hiciorów i wyczuwalny przepływ energii na linii zespół-fani. To wszystko sprawia, że nawet w domowym zaciszu ciarki chodzą po grzbiecie, więc nikt nie ma prawa narzekać na nudę.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.suffocationofficial.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

6 marca 2021

Gruesome – Savage Land [2015]

Gruesome - Savage Land recenzja okładka review coverCały pomysł stojący za Gruesome to, według oficjalnej wersji, chęć oddania hołdu dziedzictwu Death. A już tak mniej oficjalnie: ludzie stojący za Death To All potrzebowali jakiegoś niedrogiego w utrzymaniu supportu na organizowane przez siebie trasy. A cóż mogło sprawdzić się lepiej niż zmontowany naprędce projekt, który quasi-coverami rozmiękczy miłośników oldskulowego (czyli z okresu Combat Records) oblicza Death? Pomysł — o zgrozo! — chwycił i w krótkim czasie Relapse zrobili z Gruesome gwiazdę takiego grania, choć w przeciwieństwie do działających już wcześniej Skeletal Remains, Morfin i Rude ekipa Matta Harvey’a ma do zaoferowania jedynie mało subtelne podróbki i relatywnie duże nazwiska.

Zgaduję, że dla tak doświadczonych muzyków przygotowanie niecałych 40 minut materiału w jednoznacznie określonym stylu nie wymagało ani wiele czasu ani wysiłku, a całość „procesu twórczego” pewnie sprowadzała się do selekcji co bardziej chwytliwych motywów i późniejszego poprzestawiania w riffach paru dźwięków. Savage Land to znakomicie zagrana i wyprodukowana wypadkowa tego, co doskonale znamy z „Leprosy”, „Spiritual Healing” i „Scream Bloody Gore” z małą domieszką „Human”, a więc florydzki death metal w najczystszej możliwej formie. Riffy, struktury, dynamika, solówki (w tym bardzo dobrze odwzorowane te w stylu Ricka Rozza), wokale, tytuły, logo, okładka – wszystko to brzmi i wygląda tak znajomo i odtwórczo, że bardziej się już chyba nie da. W grę wchodzą zatem dwie opcje i nie wiem, która jest gorsza, bo obie budzą moje wątpliwości. Albo Gruesome nie chciało się na tyle przyłożyć, żeby ich kawałki różniły się od oryginałów albo właśnie dołożyli wszelkich starań, żeby tak nie było.

Patrząc z boku i w miarę obiektywnie, muzyka z Savage Land udanie łączy w sobie to, co najlepsze w starym Death, jest dość zajebista — bo i materiał wyjściowy zajebisty — a słucha się jej lekko i z dużą przyjemnością. Jednocześnie powoduje spory niesmak i odpycha. W końcu Amerykanie próbują się w ten sposób dorobić na cudzych utworach, a to chyba niewiele ma wspólnego z deklarowanym szacunkiem dla Chucka. Gruesome jak i prawie cały katalog Death jest w rękach Relapse, więc o prawa autorskie nikt się raczej nie upomni – niezależnie od ewentualnych procesów kasa trafi do tej samej kieszeni. A że część fanów przyjmuje takie szmatowate praktyki z uznaniem, to… no cóż…


ocena: 6/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/gruesomedeathmetal

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

7 lutego 2021

Abiotic – Ikigai [2021]

Abiotic - Ikigai recenzja okładka review coverPamiętacie Abiotic? Pewnie nie. Zresztą nie ma w tym nic dziwnego, wszak sam zespół już w pierwszych minutach debiutu robił wszystko, żeby o nim jak najszybciej zapomnieć. Ta spektakularna porażka A&R Metal Blade wydaliła dwie kompletnie nieudane, drętwe i fatalnie przyjęte płyty, po czym, ku radości słuchaczy, zapadła się pod ziemię. Do czasu. W 2018 roku Amerykanie postanowili zebrać się do kupy, by jeszcze raz spróbować szczęścia. Co ciekawe, ludzie z The Artisan Era dostrzegli w nich jakiś potencjał i włączyli do swej techniczno-progresywnej trzódki. Wygłupili się?

O dziwno, nie. Sam jestem w lekkim szoku, bo po Abiotic spodziewałem się jedynie niestrawnych wariacji na temat tego gówna, które grali w przeszłości – w sam raz na dwa-trzy przesłuchania i szybką zjebkę. Tymczasem Ikigai okazał się materiałem zadziwiająco słuchalnym, do którego wcale nie trzeba się przymuszać recenzenckim obowiązkiem. Amerykanie w dalszym ciągu wydają się być pod dużym wpływem The Faceless czy Beneath The Massacre, ale na szczęście te inspiracje uzupełnili kilkoma nowszymi (choćby Rivers Of Nihil i Fallujah), dzięki czemu ich muzyka zyskała na płynności (wreszcie!), dynamice (tu brawa dla nowej sekcji rytmicznej), stała się bardziej przestrzenna, więcej w niej sensownych melodii, a pojawiający się w paru momentach intrygujący klimat jest naprawdę miłym dodatkiem. Ponadto Abiotic najwyraźniej porzucili plany zostania najbardziej technicznym i eklektycznym zespołem na świecie, co dobrze zrobiło czytelności utworów – ich poszczególne części nieźle się zazębiają i tworzą sensowną całość. Innymi słowy na Ikigai słychać dużo więcej przemyślanej muzyki niż jałowej trzepanki.

Biorąc pod uwagę, jak ogromne postępy zrobili Amerykanie, nie mam zamiaru przesadnie się ich czepiać, choć na niektóre kwestie jednak muszę zwrócić uwagę. Po pierwsze, mniejsze, zdarza się, że w kawałkach zaplącze się niepotrzebny brejkdałn albo fragment ekstremalny/techniczny na siłę – taki zgrzyt szybko rzuca się w uszy. Po drugie, też mniejsze, na Ikigai mamy całą chmarę raczej zbędnych gości (z wyjątkiem osobnika odpowiedzialnego za czyste wokale w „Grief Eater, Tear Drinker” – właśnie tak chciałby śpiewać Masvidal), których obecność zalatuje mi robieniem sobie selling-pointów i poszerzaniem grona odbiorców w dość niewyszukany sposób. Po trzecie, największe, wokale na tym albumie nie wyrastają ponad (pod)gatunkową przeciętność – takie popisy można usłyszeć u 67882 innych kapel, a to nie świadczy o oryginalności.

Podobno nie ma takiego szamba, z którego nie można się wydostać, a Abiotic są tego najlepszym przykładem. Druzgocące opinie o pierwszych płytach powinny ich całkowicie wyleczyć z zabawy w muzykę, oni jednak zaryzykowali i powiadam wam, źle na tym nie wyszli. Warto dać im szansę.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/AbioticBand/





Udostępnij:

29 grudnia 2020

Goratory – Sour Grapes [2020]

Goratory - Sour Grapes recenzja okładka review coverNigdy nie było mi po drodze z Goratory, chociaż robiłem do kapeli kilka podejść i naprawdę, może nawet trochę na siłę próbowałem się do niej przekonać. A to wszystko z powodu jednego niepozornego człowieka o nazwisku Darren Cesca, który od lat należy do grona moich ulubionych perkmanów. Wszak nie bujałby się z resztą składu, gdyby nie byli w jakiś posób fajni, no nie? Może gra z nimi z litości? A może mają na niego teczkę? Przynajmniej część tych wątpliwości rozwiewa wydany po 16 latach przerwy Sour Grapes.

Nie sądzę, żeby zespół miał jakąś ogromną rzeszę fanów śliniących się na myśl o nowych utworach (choć mogę się mylić) tudzież był aż tak atrakcyjnym biznesowo kąskiem, by wytwórnie proponowały im miliony za reaktywację. Przychodzi mi do głowy tylko jeden logiczny powód, dla którego Goratory mogli wrócić z niebytu po tak długim okresie nicnierobienia: poczuli, że mają jeszcze coś do powiedzenia. Mimo to podchodziłem do Sour Grapes nieufnie – nie spodziewałem się po Amerykanach absolutnie niczego ponad to, co już słyszałem w ich wykonaniu, w dodatku miałem nawet dość dokładną wizję tego, jak pokracznie ta płyta będzie brzmiała. A tu proszę – dupa ze mnie, nie jasnowidz!

Sour Grapes, pomijając jej głupawą otoczkę (która pewnie odstraszy wielu potencjalnych słuchaczy), naprawdę zaskakuje. Żadne to mistrzostwo świata, ale w swojej kategorii Goratory nie mają się (już) czego wstydzić. Zespół w dalszym ciągu wycina brutalny i techniczny death metal, z tą drobną różnicą, że teraz muzyka nabrała większego sensu, bardzo ładnie trzyma się kupy i nie sprawia wrażenia klejonej na siłę. Materiał jest dynamiczny, w miarę urozmaicony, a co najważniejsze upakowany naprawdę wyrazistymi riffami i szaleńczo szybkimi partiami perkusji (tu nie ma lipy). Całość zamknięto w rozsądnych 26 minutach, więc nikt nie zdąży pomyśleć o ziewaniu. W paru miejscach Amerykanie zapędzają się w rejony bliskie drugiej płycie Severed Savior, a to już jednoznacznie pokazuje, jakie zrobili postępy i zarazem stanowi jakąś rekomendację.

Produkcja Sour Grapes nie urywa dupy, jednak i tak jest co najmniej o klasę lepsza od tego, co miałem w głowie przed wysłuchaniem płyty. Na plus na pewno wypada czytelność, bo nawet bas utrzymuje się na powierzchni przy najbardziej zagęszczonej napierdusze.

Jeśli na widok okładki Sour Grapes przychodzi wam na myśl jedynie: „no kurwaaa, litościii”, to polecam się przełamać i dać Goratory szansę (najlepiej zacząć od „I Shit Your Pants”), bo inaczej stracicie kawał całkiem udanej i radosnej napierdalanki (bez śladu slamu!) w amerykańskim stylu.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/OfficialGoratory/
Udostępnij:

9 grudnia 2020

Odious Mortem – Synesthesia [2020]

Odious Mortem - Synesthesia recenzja okładka review coverNastępcę „Cryptic Implosion” zapowiadano od tak dawna — przypominam, że same nagrania rozpoczęto bodaj w 2015 — że można było z łatwością o nim zapomnieć tudzież zwątpić, że kiedykolwiek w ogóle się ukaże. No i nie wiem, jak wy, ale ja zwątpiłem. A gdy już Amerykanie wreszcie dali o sobie znać, potwierdziły się wszystkie moje obawy co do tego, jak ten krążek będzie wyglądał. Odious Mortem na Synesthesia nie zrobili niczego, żeby wymyślić zespół na nowo czy też w jakikolwiek sposób zaskoczyć słuchacza, zamiast tego skupili się wyłącznie na rozwijaniu — swoją drogą w mniej brutalny sposób — formuły poprzednika. Bez ryzyka i kombinowania na siłę.

Czy to mało? Jak na zespół tej klasy, na pewno. Tym bardziej, że od dłuższego czasu mam w stosunku do nich ogromne wymagania. Tymczasem na Synesthesia nie mogę się przyczepić jedynie do umiejętności technicznych, bo te momentami zwalają z nóg – swoboda, z jaką wycinają te swoje łamańce i zawijasy z neoklasycznym zacięciem musi budzić respekt. Zresztą wystarczy posłuchać solówek w „Condemnation Foretold” – toż to jest, kurwa, mistrzostwo świata! Pomysłów również im nie brakuje i sypią nimi jak z rękawa; gorzej, że w żaden sposób owe pomysły nie wyrastają ponad to, co już robili w przeszłości. Jakość — w dodatku bardzo wysoka — jest, ale to nie nowa jakość i o przebiciu „Cryptic Implosion” nie ma mowy.

Na niekorzyść Synesthesia wpływają ponadto jeszcze dwie kwestie: wokal i brzmienie. Jak na moje ucho, Anthony Trapani zaliczył zbyt długą przerwę w graniu, bo w niczym nie przypomina kolesia, który zdzierał gardło na „Cryptic Implosion" i „Servile Insurrection”. Ewidentnie brakuje mu mocy i większej dynamiki. Natomiast brzmienie, choć ogólnie jest dość czytelne, ciężarem nie zabija, toteż oceniam je przynajmniej na poziom niżej niż ostatnio. Nie uwierzę, że chłopaki mieli za mało czasu albo waluty, żeby je porządnie dopieścić.

Jako że na razie głównie narzekałem, więc teraz należy się słówko wyjaśnienia tym, którzy dotąd z Odious Mortem się nie zetknęli i nie kapują poniższej oceny. Amerykanie są zajebiści, a Synesthesia to wielce atrakcyjny, wymagający i pokombinowany death metal, który szybko wpada w ucho i zapewnia sporo radochy z rozkminiania aranżacyjnych niuansów. Jeeednak, skoro nie dorównuje leciwemu poprzednikowi, oceniam go na nędzne 8.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Odious-Mortem/134874569903774

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

2 grudnia 2020

Blood Incantation - Hidden History Of The Human Race [2019]

Blood Incantation - Hidden History Of The Human Race recenzja okładka review coverDawno żadna kapela nie zrobiła na w death metalu takiego zamieszania jak Blood Incantation z debiutanckim „Starspawn”. Połączenie klasycznego podejścia do grania, kosmicznego klimatu i zaskakujących rozwiązań technicznych musiało robić wrażenie. Nic więc dziwnego, że oczekiwania w stosunku do następcy tego krążka były naprawdę ogromne - nic poniżej płyty dekady nie wchodziło w grę. Stąd też przy pierwszym kontakcie Hidden History Of The Human Race okazał się dla mnie pewnym rozczarowaniem, a wszystko to za sprawą riffu żywcem przeniesionego z „Immortal Rites', który Amerykanie wrzucili na początku „Slave Species Of The Gods”. Miało być oryginalnie i nietuzinkowo, a tu taki rip off? Cuś jest nie teges… Uprzedzę podsumowanie i już teraz podzielę się refleksją na temat Hidden History Of The Human Race, którą później spróbuję uzasadnić: Amerykanie nagrali album równie dobry, co „Starspawn”, wyraźnie od niego inny, lecz raczej go nieprzewyższający.

Styl zespołu z grubsza pozostał bez zmian - to techniczny death metal z analogowym brzmieniem (tym razem jest potężniejsze), w którym kosmos spotyka się z cuchnącą grzybem piwnicą, a pierwotna brutalność z wyrafinowanymi i subtelnymi melodiami. Słychać postęp, jaki dokonał się u Blood Incantation w ciągu trzech lat dzielących Hidden History Of The Human Race od debiutu, każdy element ich muzyki jest lepiej dopracowany - aranżacje są bogatsze i bardziej rozbudowane, a całość jeszcze lepiej się zazębia. Amerykanie w miarę możliwości uciekają od tradycyjnych struktur, unikają powtórzeń i powrotu do wcześniej wykorzystanych motywów. Jeśli mają w zanadrzu jakiś świetny patent, korzystają z niego z umiarem lub wplatają w tło. Takie podejście do komponowania sprawia, że materiał nie jest jednowymiarowy i przewidywalny, a w związku z tym wymaga więcej czasu i przesłuchań, by go należycie dobrze poznać. A czy przez to muzyka staje się trudna w odbiorze - wydaje mi się, że nie. Hidden History Of The Human Race śledzi się z przyjemnością i dużym zainteresowaniem, tym bardziej, że muzykom Blood Incantation nie brakuje ani pomysłów ani umiejętności.

Wszystko powyższe składa się na naprawdę doskonały album, który nawet jeśli jest trochę lepszy od „Starspawn”, to za mało lepszy, żeby pisać o deklasacji, że pozwolę sobie na taki bełkot. Innymi słowy Blood Incantation zawiesili sobie poprzeczkę baaardzo wysoko, więc teraz wypadałoby, by każda ich kolejna płyta była zdumiewająca, olśniewająca i niepodobna do niczego, co już powstało w death metalu, a Hidden History Of The Human Race trochę w tej kwestii brakuje. Drugi minus dotyczy jałowych wypełniaczy, bez których wszystkim żyłoby się lepiej. Na debiucie był to akustyczny instrumental, tutaj - ambienty. Rozwlekły początek „Inner Paths (To Outer Space)” (przez który numer zbyt wolno się rozkręca) i półtoraminutowa przerwa po pierwszej części „Awakening From The Dream Of Existence To The Multidimensional Nature Of Our Reality (Mirror Of The Soul)” to elementy całkowice zbędne.

Nie ma sensu jojczyć, bo nie zmieni to faktu, że Blood Incantation już dobili do czołówki death metalu, a Hidden History Of The Human Race na pewno trafi do wymagających fanów. Na tę chwilę wystarczy mi, żeby zespół zrezygnował ze wspomnianej waty i rozważył nagrywanie nieco dłuższych płyt. Pełna rekomendacja!


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/astralnecrosis/

podobne płyty:




Udostępnij:

20 listopada 2020

Death - Live In L.A. (Death & Raw) [2001]

Death - Live In L.A. (Death & Raw) recenzja okładka review coverNa pierwsze wydawnictwo koncertowe Death przyszło nam czekać długo, bardzo długo… zbyt długo. Już nawet mniejsza o to, że inni herosi death metalu dużo wcześniej zaliczyli ten etap kariery, a w przypadku ekipy Chucka sprawa przeciągała się w nieskończoność. Chodzi mi raczej o to, że gdyby Live In L.A. (Death & Raw) ukazała się przynajmniej zgodnie z planem, to może udałoby się zdobyć więcej forsy na leczenie Chucka i sytuacja wyglądałaby inaczej. To tylko domysły, ale kto wie…

Koncert, który wtłoczono w srebrne rowki, zespół zagrał 5 grudnia 1998 roku w ramach trasy promującej „The Sound Of Perseverance”, kiedy Death występowali razem z Hammerfall (kto kogo wtedy promował - polityka Nuclear Blast do dziś daje do myślenia), a wybrano go, ponieważ… był pod ręką i nadawał się do wydania. Tamtego dnia nikt nie miał żadnych specjalnych planów w związku z akurat tym występem, nie poczyniono też żadnych dodatkowych przygotowań. Zwykły koncert w typowych dla trasy warunkach. Tak się jednak zabawnie złożyło, że w klubie Whisky A Go-Go siedział koleś bez oporów nagrywający kogo popadnie, o ile dostał 75 dolców. Stąd też cały występ brzmi niezwykle autentycznie, a już bez owijania w bawełnę - po prostu surowo, co zresztą jednoznacznie sugeruje tytuł. Co i jak zagrali, w takiej formie trafiło na Live In L.A. (Death & Raw) - bez poprawek i dopieszczania.

Ze zrozumiałych względów zespół postawił na nowszy materiał (z nadreprezentacją „Symbolic”), redukując starocie do minimum (niestety nie znajdziemy tu ani jednego numeru ze „Spiritual Healing”), więc setlista nie jest przesadnie przekrojowa ani tym bardziej wyczerpująca, co nie każdego zadowoli, ale cóż - ciągle mówimy o koncertówce z przypadku. Wykonanie to oczywiście pierwsza klasa, nikomu nie można zarzucić fuszerki, chociaż solówkom Andy’ego w wykonaniu Hamma brakuje trochę lepszego feelingu. Ponadto uwagę zwracają dwie kwestie - wyższe niż na płytach wokale Chucka oraz wyraźnie podkręcone tempo większości utworów. Tej nocy Death zagrali szybciej (dobrze to słychać chociażby w „Spirit Crusher”, „Zombie Ritual”, „Crystal Mountain”), bo… Richard Christy miał grypę (ponoć rzygał między numerami) i chciał czym prędzej przespać się w autokarze. Jako ciekawostkę mogę dorzucić, że przed „Pull The Plug” zespół zagrał czołówkę z „Aniołków Charliego” - zgaduję, że to oko puszczone do miejscowej publiki.

Czy Death zasługiwał na lepszą, bardziej spektakularną i wypasioną koncertówkę? Wiadomo. Musimy się jednak cieszyć z tego, co mamy, a tak się składa, że Live In L.A. (Death & Raw) wcale nie jest słabym materiałem. Osobną kwestią jest to, że słucha się go ze ściśniętym gardłem.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/DeathOfficial

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

31 października 2020

Incantation – Sect Of Vile Divinities [2020]

Incantation - Sect Of Vile Divinities recenzja okładka review coverDożyliśmy ciekawych czasów. Granie pod Incantation jest czymś dobrze widzianym (i niemal bez wyjątku takoż ocenianym), zewsząd atakują nas setki kapel mielących smrodliwy i ponury death metal w starym stylu, ociężały kult sączy się z głośników… Tymczasem Incantation na stare lata próbują liznąć sławy i maksymalnie (żeby nie napisać – rozpaczliwie) zwiększyć grono swoich odbiorców. A jako że ekipa pod wodzą Johna McEntee raczej nigdy nie miała potencjału, by hurtowo pisać hity, panowie skupili się na tym, co było w ich zasięgu – skondensowali struktury utworów i złagodzili brzmienie. Właśnie takie dziwne wnioski pojawiają się u mnie po parudziesięciu sesjach z Sect Of Vile Divinities.

Coś musi być na rzeczy, skoro Relapse dość intensywnie promuje zespół w mediach (wszak z marszu wypuścili im dwa klipy), a nowy album już przy pierwszym z nim zetknięciu sprawia wrażenie najbardziej przystępnego w historii Amerykanów. Wydaje mi się, że Sect Of Vile Divinities ma być dla Incantation czymś na zasadzie „teraz albo nigdy” – ostatnią okazją, żeby wreszcie przekonać do siebie nowych/wahających się słuchaczy, którzy wiele dobrego o nich słyszeli, ale zawsze odstraszała ich obskurność muzyki. Czy to wypali, nie jestem przekonany, bo w tej muzyce brakuje mi przede wszystkim trzech rzeczy: spójności, płynności i świeżości.

Nie da się ukryć, że pod wypolerowanym jak nigdy brzmieniem (zbyt sterylnym i nie pasującym do stylu Amerykanów) dostajemy bardzo typowe dla Incantation granie. Zespół nawet nie próbuje wyjść poza wypracowane schematy, nie licząc tego, że tym razem często chadza na aranżacyjnie skróty i zbyt gwałtownie przeskakuje między kolejnymi partiami. Przez takie zabiegi utwory wydają się chaotyczne i dziwnie pocięte, a ich poszczególne części nie mają czasu należycie wybrzmieć. Napięcie narasta, robi się ciekawie, a tu „ciach” i lecimy z kompletnie innym motywem. Szczególnie dużo tracą na tym solówki. Na „Profane Nexus” były fajnie wplecione w utwory, natomiast na Sect Of Vile Divinities w większości przypadków nie przewidziano dość miejsca, żeby w ogóle mogły się odpowiednio rozwinąć – jakby Sonny Lombardozzi (niezależnie od swoich pomysłów) dostał wytyczne typu: „streszczaj się brachu, bo psa trzeba jeszcze wyprowadzić”.

Problem braku spójności dotyczy również wokalu – zasyfione charczenie McEntee po prostu nie pasuje do takiej formuły brzmieniowej. Wokal i muzyka istnieją obok siebie, na zupełnie innych płaszczyznach. Wyraźniej to słychać, kiedy Incantation zwalniają obroty – dźwięk staje się wręcz delikatny (werbel pykający jak kubek po jogurcie…), a John wciąż zapodaje niskie pomruki, które są brutalniejsze od wszystkiego wokół. Cuś tu nie teges… Na duży plus zasługuje za to praca basu, bo bardzo przyjemnie przebija się na powierzchnię i dodaje całości głębi.

Pomimo powyższego zrzędzenia, Sect Of Vile Divinities wcale nie jest kompletną porażką i można z niej wyciągnąć kilka naprawdę udanych fragmentów. Właśnie – fragmentów, nie utworów. W ogólnym rozrachunku daje to rozczarowanie, ale miejcie na uwadze, że rzecz dotyczy zespołu z zajebiście rozbudowaną dyskografią, której część to już pozycje kultowe – w stosunku do nich wymagania muszą być wysokie.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.incantation.com

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

16 października 2020

Metallica – S&M 2 [2020]

Metallica - S&M 2 recenzja okładka review coverRok 1999: o kurwa, Metallica z orkiestrą! Rok 2020: meh, Metallica z orkiestrą. Ponoć nie da się dwa razy wejść do tej samej rzeki, Amerykanie jednakowoż spróbowali, ponownie spiknęli się z San Francisco Symphony, a my, cóż, dostaliśmy powtórkę z rozrywki. Ładnie i z rozmachem zrealizowaną, ale jednak powtórkę. Przez 20 lat świat metalu — niekoniecznie nawet mainstreamowego — poszedł do przodu, z orkiestrami nagrywa każdy, kto tylko ma ochotę, element nowości dawno uleciał, a o jakąkolwiek ekscytację coraz trudniej. Nic więc dziwnego, że i S&M 2 nie ekscytuje, to po prostu solidna koncertówka i w sumie niewiele ponadto.

Od nagrania pierwszej części upłynęło mnóstwo czasu, a mimo to aranżacje powtórzonych utworów (jest ich aż 11!) brzmią niemal identyczne jak za pierwszym razem, z wszystkim ich niedoróbkami i mieliznami. Fragmenty, kiedy orkiestra jest dobrze zespolona z zespołem i autentycznie coś wnosi do kawałków, można policzyć na palcach jednej ręki (w całości broni się jedynie doskonały „No Leaf Clover”). Najczęściej — i dotyczy to również numerów z trzech ostatnich płyt — mamy do czynienia z niedookreślonym i przypadkowym pitoleniem w tle, z którego — oprócz dysonansów — tak naprawdę niewiele wynika. Pół biedy, jeśli muzycy klasyczni tylko nie przeszkadzają, bo są niestety momenty, kiedy zapędzają się ze słodzeniem, jakby chodziło co najmniej o soundtrack do filmu Disneya. Poza tym znowu nikt nie wpadł na to, żeby użyć chóru i w odczuwalny sposób pobawić się dramaturgią. Symfoniczne zaplecze sprawia wrażenie zrobionego po linii najmniejszego oporu, a to że S&M 2 ogląda się (i słucha) całkiem przyjemnie, jest raczej zasługą dobrego materiału źródłowego, bo setlista jest wyjątkowo przekrojowa, choć dość przewidywalna.

Nie znaczy to jednak, że na S&M 2 nie ma eksperymentów… Te pojawiają się w drugiej części koncertu i w większości są… nieudane. Na początek orkiestra serwuje nam utwór dobrze wszystkim znanego Prokofjewa, a później, już z towarzystwem zespołu, zanurza się w sowiecki futuryzm (w wydaniu Aleksandra Mosołowa). Ja wiem, że to raczej zapchajdziura mająca dać muzykom chwilę odpoczynku, ale robienie z Metallicy jakiejś awangardy (bo taka jest narracja) wydaje mi się nie na miejscu. Do niepotrzebnych zaliczyłbym ponadto klasyczną wersję „The Unforgiven III” ze śpiewającym Hetfieldem (bez gitary nie wie, co zrobić z rękami) oraz mocno przerobiony — i warto zaznaczyć, że dużo lepszy niż w oryginale — „All Within My Hands”. Te pół godziny można było wyciąć, a koncert nic by na tym nie stracił, a zyskał na spójności. Ciekawiej robi się dopiero od „(Anesthesia) – Pulling Teeth”, który został zagrany w hołdzie Burtonowi na... kontrabasie elektrycznym. Posunięcie ryzykowne, ale Scott Pingel wyszedł z tej konfrontacji obronną ręką.

Przechodząc do realizacji, koniecznie trzeba pochwalić jakość dźwięku oraz obrazu – niezależnie od ewentualnych poprawek całość wygląda i brzmi zajebiście jak na Metallicę i standardy blureja przystało. Zespół wraz z orkiestrą na małej scenie w otoczeniu (dosłownie) tysięcy ludzi, którzy aktywnie uczestniczą w koncercie („The Memory Remains” się kłania) i podkręcają atmosferę uczestnictwa w czymś wyjątkowym – to robi wrażenie. Wiadomo, że ze względu na warunki i ogólną konwencję musiało się obyć bez spektakularnej scenografii i efektów, ale już sama oprawa świetlna robi dobrą robotę. Ujęcia są ciekawe, montaż dynamiczny i tylko do dzielenia ekranu nie jestem przekonany. Jako że zespół zajmuje miejsce w samym centrum, członków orkiestry ustawiono z lekka niepraktycznie po okręgu, więc siłą rzeczy niektórzy znajdują się poza zasięgiem dyrygenta, ale ten problem rozwiązano małymi ekranami z jego podglądem. Dla Jamesa przewidziano natomiast większe monitory z tekstami utworów – wiek nikogo nie oszczędza… Z ciekawostek mogę jeszcze wymienić scenę (z intra „One”), w której Lars (swoją drogą w tej czapce wygląda jak Justin Bieber) tłumaczy perkusiście gravity blasty…

Podsumowanie będzie krótkie, bo „wyjątkowość” S&M 2 zakwestionowałem już na początku. W tym przypadku bardziej chodzi o jakość, a ta jest niezaprzeczalnie wysoka. Z oczywistych względów ciekawiej wypada krążek video – spędzenie dwóch i pół godziny (nie licząc dodatków) przed telewizorem nie powinno dla nikogo stanowić problemu, nawet jeśli z Metallicą ma styczność tylko od święta. W wersji audio, szczególnie w pierwszej części, pojawia się już pewien problem, bo choć słucha się tego dobrze, to dość łatwo można zapomnieć, że gdzieś tam powinna mieszać orkiestra. Przy odrobinie chęci zespół mógł podejść do tematu z większym rozmachem, a tymczasem to po prostu solidna koncertówka.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.metallica.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

23 września 2020

Pyrrhon – Abscess Time [2020]

Pyrrhon - Abscess Time recenzja okładka review coverJak skutecznie zryć sobie beret niskim koszem? Należy regularnie oglądać główne wydanie wiadomości. Jeśli jednak nie posiadacie telewizora tudzież nie kręci was Holecka, możecie zainwestować kilka dych w czwarty longplej Pyrrhon – zadziała równie dobrze, a obędzie się bez poczucia wstydu. Z płyty na płytę Amerykanie idą w kierunku… no… w sobie tylko znanym kierunku. A przynajmniej zakładam, że znanym. W każdym razie gdzieś przed siebie, bo na Abscess Time dostaliśmy prawie godzinę charakterystycznego już dla nich zagmatwanego death metalu wymieszanego ze sludge i grindem, przy czym jeszcze więcej w nim hałasu i dźwięków co najmniej schizolskich.

Pyrrhon już nie raz udowodnili, że nie interesują ich utarte schematy, granie od szablonu i bycie Gorguts wannabe, a Abscess Time jest tego kolejnym potwierdzeniem. Najnowszy materiał Bruklińczyków jest pogięty jak widelec w mlecznym barze, nieprzewidywalny jak Korwin przy mównicy i absolutnie daleki od death metalowego banału spod znaku Six Feet Under. O chwytliwych melodiach i jakimkolwiek groove możecie zapomnieć. W muzyce Amerykanów coraz trudniej doszukać się nawet wyraźniejszych struktur czy czegoś, za czym można by podążać, więc ogarnięcie całości wymaga sporo czasu i nie lada czujności/cierpliwości. Miejcie przy tym na uwadze to, że u Pyrrhon granica pomiędzy regularnym graniem a improwizacją zdaje się powoli zacierać, stąd też momentami trudno się połapać, czy oni w ten chaos brną tak na serio czy tylko robią sobie jaja ze słuchaczy. I co najlepsze – ta niepewność towarzyszy odbiorcy do końca płyty.

Słuchając Abscess Time z pewnością nabierzecie przekonania, że Amerykanie robią naprawdę sporo, żeby ich muzyka nie była dla wszystkich — albo nawet, żeby niekoniecznie uznawano te dźwięki za muzykę — i mają w głębokim poważaniu, czy z tego powodu ktoś zapała do zespołu uczuciem. Pyrrhon sprawnie mieszają skrajne elementy różnych stylistyk, ale niczego przy tym nie wygładzają – mnóstwo tu kaleczących uszy dysonansów, odhumanizowanych wrzasków i męczących rozjazdów poszczególnych instrumentów. Inne kapele w tym miejscu podejrzewałbym pewnie o braki warsztatowe i budżetowe, ale skoro Abscess Time zajmował się Marston, to wiadomo, że materiał celowo wyprodukowano w ten właśnie sposób. Colin z własnej woli fuszerki by nie przepuścił, a sam krążek brzmi tak, że mucha nie siada – przynajmniej w swojej niszy to już wyższa półka.

Czwarty album Pyrrhon to z jednej strony ciekawe wyzwanie dla wytrwałych maniaków oryginalnego grania, z drugiej zaś niewykluczone, że ostatnia szansa posłuchania zespołu zanim całkowicie wypnie się na death metal i pogrąży w chaosie. Cieszmy się zatem, że z Abscess Time można cokolwiek zrozumieć.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pyrrhonband

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

7 września 2020

Unmerciful – Wrath Encompassed [2020]

Unmerciful - Wrath Encompassed recenzja okładka review coverDo czego to doszło! Unmerciful niesamowicie usprawnili proces powstawania nowej muzyki — albo przeprowadzania kolejnych zmian w składzie — dzięki czemu udało im się poskładać Wrath Encompassed w zaledwie 4 lata od wydania poprzedniego materiału, nie zaś w 10, jak to było z krążkiem numer dwa. Pracowitość i ambicje godne pochwały, bo brutalnego death metalu nigdy za wiele, a zwłaszcza kiedy nie bierze on jeńców i jest zagrany na tak zajebiście wysokim poziomie.

Już na początku warto odnotować, że choć nowa płyta Amerykanów jest najdłuższa w ich skromnej dyskografii i trwa prawie 40 minut, to muzycy jakoś nie zawracają sobie głów dawaniem dłuższej chwili na złapanie oddechu (obojętnie – sobie czy słuchaczom) i napierają przede wszystkim w szybkich i baaardzo szybkich („Blazing Hatred”, „Carnage Unleashed”, „Furious Precision” – ugh!) tempach. Nie przeczę, że tak skomasowany atak w większej dawce może być męczący, jednak u mnie budzi wyłącznie respekt (no, i momentami niedowierzanie), bo osiągnięcie takiej intensywności wymaga niemal nieludzkiej wytrzymałości i precyzji. W tym miejscu szczególne słowa uznania dla Trynta Kelly’ego, który nie ma tak dużego nazwiska jak choćby Longstreth, ale jak dalej będzie napierdalał z takim rozmachem, to na pewno je sobie wyrobi. Na Wrath Encompassed dał z siebie chyba wszystko, żeby nie wypaść blado w porównaniu z utytułowanym poprzednikiem. A że koledzy nie zostali w tyle, to jest na czym ucho zawiesić.

Nie da się ukryć, że płyty na płytę Unmerciful korygują rozłożenie akcentów w muzyce, większy nacisk kładąc na technikę, złożoność aranżacji i czytelność brzmienia (o soundzie z debiutu można zapomnieć) niż na jednowymiarowe naparzanie na oślep, a przez to bardzo zbliżają się do tego, co za swoich najlepszych czasów robił Origin. Innymi słowy: esencja zagmatwanego (acz nie do przesady) napierdolu bez śladu eksperymentów. Nie każdemu ta ewolucja pewnie spasuje, ale skoro całość wypada w stu procentach naturalnie, to chyba nie ma sensu zrzędzić. Mnie w każdym razie Wrath Encompassed wszedł lepiej niż „Ravenous Impulse”, co jednak może mieć związek z mniejszymi oczekiwaniami w stosunku do tej płyty. Bywa, że czasem trzeba dać się zaskoczyć na plus.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/officialunmerciful/

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

21 lipca 2020

Misery Index – Rituals Of Power [2019]

Misery Index - Rituals Of Power recenzja okładka review coverDo dupy z tym Misery Index! Co się zabierałem do pisania o Rituals Of Power, wychodziła mi praktycznie kopia recki „The Killing Gods”. Co poradzić, skoro Amerykanie dopracowali swój styl do perfekcji i w jego ramach nagrywają wyłącznie zajebiste płyty, które po prostu trzeba obsypywać komplementami. Poza tym wydaje mi się, że wymyślanie nowych utworów przychodzi im z taką łatwością, jakby byli jedynymi przedstawicielami grindującego death metalu na świecie i nie musieli się nikim przejmować. A może naprawdę się nie przejmują? Kto ich tam wie; ja w każdym razie jestem przekonany, że żaden miłośnik gwałtownej muzyki nie będzie ich materiałem zawiedziony.

Misery Index, podobnie jak ostatnio, przygotowali zestaw kilku numerów, które są niesamowicie energetyczne, dynamiczne, brutalne, niezaprzeczalnie chwytliwe i w sumie… niepodrabialne. Zespół ma doskonały patent na łączenie totalnej żywiołowości, chirurgicznej precyzji i technicznego mistrzostwa, więc, co zrozumiałe, korzysta z niego także na Rituals Of Power. Świetnym przykładem kompozytorskiego wyrobienia Misery Index jest uberhiciorskie „New Salem”, który każdego maniaka złapie za mordę i przeciągnie po podłodze jak mokrą szmatę. Z kolei odrobinę inne wrażenia zapewniają „Decline And Fall” i kawałek tytułowy, bo choć również szybko wpadają w ucho i pierdolnięcia im nie brakuje, to w swoich późniejszych częściach zaskakują pewną dramaturgią i bardzo klimatycznymi partiami, które udanie podnoszą poziom świeżości i tak już świeżej muzyki.

Ponadto zespołowi należą się pochwały za kapitalne soczyste — a przy tym nieco inne niż na „The Killing Gods” — brzmienie i krystaliczną produkcję, która uwypukla wszystkie aranżacyjne cudeńka i podbija dynamikę i tak już dynamicznych utworów. Warto także wspomnieć, że Rituals Of Power jest pozbawiony wszystkiego, co miałoby choćby znamiona zapychacza. Innymi słowy: zero dłużyzn, sam konkret, w dodatku podany z pełnym zaangażowaniem.

Jako że jestem z natury czepliwy i zawsze muszę się do czegoś przypieprzyć, a w przypadku Rituals Of Power nie mam właściwie do czego, na zakończenie napiszę tylko, że trochę martwią mnie coraz dłuższe przerwy między kolejnymi płytami Misery Index. No, ale jeśli taka ma być cena ich wysokiej jakości, jakoś to przeboleję.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/MiseryIndex

inne płyty tego wykonawcy:






Udostępnij:

14 czerwca 2020

Construct Of Lethe – Exiler [2018]

Construct Of Lethe - Exiler recenzja okładka review coverGeneza tego zespołu/projektu jest z lekka dziwna, bo powstał tylko po to, żeby Tony Petrocelly mógł jakoś spożytkować materiał, jaki w ciągu ostatnich lat przygotował pierwotnie dla paru swoich, w tej chwili w większości już nieistniejących, kapel. Ot, takie death metalowe wysypisko nieużywanych pomysłów. Debiutem Construct Of Lethe udowodnił jednak, że nie robi niczego na odpierdol i koniec końców taki „patchworkowy” twór ma sens. Dwójka wyszła mu jeszcze lepiej, więc tym bardziej zachęcam, żeby dać zespołowi szansę. Wszak od ostatniej porządnej płyty Morbid Angel upłynęło tak dużo czasu…

Nie da się ukryć, że muzyka Construct Of Lethe jest w ogromnym stopniu zainspirowana dokonaniami Morbidów, a wpływy ekipy Azagthotha słychać ba Exiler niemal w każdej frazie, ale Amerykanie nie ograniczają się tylko do nich, inkorporując do utworów choćby schizolskie patenty Immolation czy dysonanse charakterystyczne dla Gorguts. To wszystko okrasili garścią swoich — należy nadmienić, że ciekawych i udanie wplecionych — pomysłów i podali w dobrze dopasowanym brzmieniu. Bardzo istotne jest to, że Construct Of Lethe nie boją się eksperymentów, nie wydają się być ograniczeni wcześniej wypracowanymi schematami, ani też nie próbują być nowocześni na siłę – jeśli coś im pasuje do utworów, po prostu korzystają z tego. Słuchając Exiler nie czuję zgrzytów, tu każdy element gładko i naturalnie zazębia się z innymi. Construct Of Lethe pokazują, w jakiem kierunku Morbidzi powinni się rozwijać, żeby zachować łączność z przeszłością, a przy okazji robić coś świeżego.

Od strony wykonawczej Exiler nie może budzić najmniejszych zastrzeżeń, bo gitarzyści doskonale opanowali swój fach (Patrick Bonvin pewnie ze dwa razy dziennie modli się do Azagthotha…), a nagrany przez Tony’ego Petrocelly bas nie sprowadza się do plumkania w tle i naprawdę wnosi jakąś wartość do kawałków. Perkusję na Exiler nagrał sesyjnie Kévin Paradis, obecnie jeden z bardziej rozchwytywanych bębniarzy w death metalu, więc jakości jego partii można się domyślać. Całość trwa 40 minut, co przy tym poziomie intensywności i ilości urozmaiceń wydaje się optymalną długością – w ten sposób muzyka ani nie nudzi ani nie doprowadza do przegrzania obwodów.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/constructoflethe/

podobne płyty:

Udostępnij:

3 czerwca 2020

Ara – Jurisprudence [2020]

Ara - Jurisprudence recenzja okładka review coverLudzie to są świnie. Ot na przykład: ktoś wymyślił sobie, żeby opisać twórczość Ara jako techniczny i eksperymentalny death metal w stylu Gorguts i Anata. W ten sposób jedynie zrobił zespołowi krzywdę, bo później jakiś napaleniec, dajmy na to ja, rzuci się na ich płytę, wysłucha jej z ogromnymi oczekiwaniami, by w końcu skierować pełne pretensji pytanie do wszechświata: no co jest, do kurwy nędzy? Nie dość, że muzyka tego amerykańskiego kwartetu nie ma właściwie nic wspólnego z wyżej wymienionymi kapelami i można ją sprowadzić do „po prostu death metal”, to jeszcze w zasadzie w ogóle nie robi wrażenia.

Instrumentaliści stojący za Ara potrafią wprawdzie dość sprawnie przebierać kończynami, nie gubią się w tych dźwiękach (osobną kwestią jest to, że nie za bardzo jest się tu w czym zgubić), jednak Jurisprudence nie ma w sobie niczego, dzięki czemu ten materiał mógłby wyrastać ponad gatunkową przeciętność. Przypuszczam, że gdyby nie te ciągnące się za zespołem porównania, sam pewnie zakończyłbym kontakt z albumem już po pierwszym kawałku albo nawet w jego trakcie (posłuchacie – zrozumiecie). Magia dużych nazw robi swoje, więc dzielnie wytrwałem kilkanaście przesłuchań, z każdym kolejnym coraz bardziej tracąc nadzieję na wyłapanie czegoś powalającego. Jeśli starczy wam skupienia i mocno się wsłuchacie, to może wyłuskacie kilka riffów zainspirowanych Anata czy partii wokalnych ocierających się o wrzaski Lemay’a (tylko bez tej jego ekspresji), ale to naprawdę wszystko, co łączy Ara z tymi mistrzami.

O krzywdzie, jaka spotkała zespół z zewnątrz, już wspomniałem, teraz muszę wskazać drugą, którą zafundowali (i to dosłownie) sobie sami. Jurisprudence brzmi z lekka dziwnie, żeby nie napisać – do dupy. Serio, krążek oferuje jakość dźwięku na poziomie potraktowanej po macoszemu demówki, nie zaś już kolejnej w dorobku kapeli płyty, która ma pourywać łby. Szczególnie cienko i sztucznie brzmi perkusja — jak z automatu produkcji północnokoreańskiej — czego najgorszy przykład mamy w końcówce „Etymologicide”. Co ciekawe, podobno Amerykanie mieli do wyboru inną wersję masteringu (czy lepszą – tego nie wiadomo), ale w głosowaniu została odrzucona.

W sensownej oprawie muzyka Ara mogłaby się jakoś obronić, bo nie jest to robota amatorów, jednak w obecnej formie spodoba się naprawdę nielicznym. Ja polecałbym odroczyć kontakt z zespołem do następnego materiału, a nuż będzie lepiej.


ocena: 6/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Ara.Music.WI
Udostępnij: