Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty

1 marca 2024

Negative Plane – Et In Saecula Saeculorum [2006]

Negative Plane - Et In Saecula Saeculorum recenzja reviewMuzycy Negative Plane stawiali swoje pierwsze kroki na scenie, kiedy hasło „amerykański black metal” budziło jedynie uśmiech politowania, a sensowne kapele pochodzące z tego kraju były wyjątkami od dość żenującej reguły. No i cóż, do wyjątków z pewnością nie można było zaliczyć Lunar Reign, z którego wywodzili się wszyscy członkowie zespołu. Pierwszy skład nie przetrwał jednak długo, bo zaraz po tym jak Nameless Void, mózg Negative Plane, zorientował się, że koledzy nie nadążają za jego wizjami, wymienił ich na kogoś, kto mógł podołać temu zadaniu. To właśnie z Bestial Devotionem za garami proces twórczy ruszył pełną parą, a utwory zaczęły nabierać realnych kształtów i słusznych rozmiarów.

Debiut Negative Plane ukazał się w 2006 roku i — tam gdzie dotarł — zaskoczył. Okazało się bowiem, że Et In Saecula Saeculorum z jednej strony w ogóle nie wpisuje się w stereotyp pokracznego „amerykańskiego black metalu”, a z drugiej nie ma też zbyt wiele wspólnego z typową „norweszczyzną” uprawianą za oceanem. Chociaż wpływy europejskie w twórczości zespołu są jak najbardziej obecne (ale z tych mniej oczywistych – z naciskiem na… stary Celtic Frost), to jednak nie definiują tej płyty jako jednoznacznie przynależnej do tej czy innej sceny, bo Amerykanie nagrali muzykę śmiało wykraczającą poza ramy jednej stylistyki i w dużym stopniu oryginalną. Negative Plane udało się stworzyć coś rozpoznawalnego i charakterystycznego tylko dla siebie. Co ważne, za oryginalnością idzie tu wysoki poziom wykonania.

Pierwszy album Negative Plane to przede wszystkim długie (średnia to prawie 8 minut), dogłębnie przemyślane, wielowątkowe i bardzo rozbudowane utwory z wieloma zmianami tempa i nastroju, w których praktycznie nie ma przestojów ani jałowego rzeźbienia w jednym motywie. Bogactwo aranżacji oraz różnorodność i spójność tego materiału robią naprawdę duże wrażenie, tym bardziej że amerykański duet bez zahamowań łączy w muzyce elementy z dość odmiennych światów. Blasty, klawisze, nienachalne melodie, wściekłe wokale, zaskakujące solówki, no i mnóstwo thrash’owego, a nawet heavymetalowego feelingu – to m.in. te składniki czynią z Et In Saecula Saeculorum tak ciekawy i absorbujący krążek.

Spośród siedmiu utworów trudno wybrać jeden reprezentatywny dla całego materiału, bo mimo pewnych cech wspólnych właściwe każdy prezentuje nieco inne oblicze zespołu, a poza tym lepiej sprawdzają się zbite w monolit. Jeśli jednak miałbym kogoś zachęcić do zapoznania się z Et In Saecula Saeculorum — a taki w sumie jest sens tego tekstu — to na początek wskazałbym na „The Chaos Before The Light”, „A Church In Ruin” i „Unhallowed Ground”, choć równie dobrze mógłbym wybierać na oślep i też by to miało sens – wszystkie bowiem wymagają pewnej dozy otwartości i skupienia. Oznacza to mniej więcej tyle, że ortodoksi mogą sobie ten album zupełnie darować, bo Negative Plane zdradzili tu black metal nie raz i nie dwa.

Realizacja Et In Saecula Saeculorum nie pozostawia powodów do narzekań, choć muszę przyznać, że do zatopionego w pogłosie brzmienia – które swoją drogą jest zajebiście selektywne i sprawia wrażenie w pełni analogowego – trzeba się przyzwyczaić. Wspomniany pogłos towarzyszy szczególnie wokalom, dzięki czemu z jednej strony brzmią ekstremalnie, a z drugiej niemal fanatycznie, co potęguje klimat całości. Daje to efekt uczestnictwa w jakimś posępnym rytuale wewnątrz wielkiej, pustej świątyni, a od tego do ciar droga niedaleka.

Na mnie Et In Saecula Saeculorum działa jak mało która blackowa płyta, co ma zapewne związek z tym, że słychać na niej duże zaangażowanie muzyków i chęć wyjścia poza oklepane schematy. Konsekwencja i świeżość wizji w połączeniu z dobrym warsztatem i odpowiednio dopasowaną produkcją – to się musi sprawdzać, co nie znaczy, że debiut Negative Plane jest dla każdego.


ocena: 9/10
demo
Udostępnij:

20 lutego 2024

Visceral Throne – Omnipotent Asperity [2012]

Visceral Throne - Omnipotent Asperity recenzja reviewNa pierwszy rzut ucha Visceral Throne to zespół jakich w brutalnym death metalu wiele – typowy, przewidywalny i w dodatku nieociosany. Kupa hałasu, za którą nie stoi żaden sensowny twórczy pomysł, oprócz oczywiście klonowania tego, co już zostało sklonowane milion razy… Visceral Throne to zespół jakich w brutalnym death metalu wiele także na pierwszy rzut oka – ładne logo, efektowna typografia tytułu i estetyczna okładka, które standardowo mają za zadanie zamaskować zawartość muzyczną – typową, przewidywalną i w dodatku nieociosaną. „Pierwsze rzuty” Amerykanom zdecydowanie nie służą, dlatego jeśli ograniczacie się tylko do nich, umknie wam całkiem klawa sieczka.

Żeby jednak nie było niedomówień – Omnipotent Asperity nie ma nic wspólnego z oryginalnym graniem i absolutnie nie należy się czegoś takiego na tej płycie doszukiwać, bo dosłownie wszystkie zawarte na niej patenty słyszeliście już nie raz, w dodatku w różnych konfiguracjach i oprawie. Mimo to debiut Visceral Throne wybija się ponad średnią gatunkową/przeciętność i jawi jako coś więcej niźli tylko prosta suma części składowych. W moim odczuciu wynika to głównie z tego, że Amerykanie zgrabnie połączyli obce wpływy, podali je w przekonujący sposób i zadbali o przyzwoitą różnorodność materiału.

Jeśli chodzi o styl, Omnipotent Asperity najwięcej wspólnego ma z „Visceral Transcendence” Inherit Disease — choć to nie ten poziom — bo chłopaki w podobny sposób łączą morderczą intensywność z czytelnością poszczególnych motywów i wysokim współczynnikiem chwytliwości. Visceral Throne napierdalają z dużą swobodą, pilnując przy tym, żeby każdy kawałek obok obowiązkowych brutalizmów zawierał też coś ciekawego, co uchroni go przed zlaniem się z pozostałymi – czy to zaskakująco melodyjne solówki (kłania się Gorgasm), solidnie pokręcone techniczne zagrywki (kłania się Defeated Sanity) czy skoczne slammujące rytmy (kłania się Pathology). W skali całego albumu tych urozmaiceń trochę się uzbierało, więc o monotonii nie może być mowy, zwłaszcza przy 28 minutach.

Muzyce czy wokalom na Omnipotent Asperity nie można wiele zarzucić, więc czepiać można, hmm, trzeba się już tylko brzmienia… Produkcja płyty jest dość nierówna albo po prostu niedopracowana, co aż za bardzo kojarzy mi się z „dwójką” Inherit Disease. W dolnych rejestrach wszystko się zgadza – moc jest należyta, selektywność duża, a przyjemności ze słuchania nic nie zakłóca. Jednak im wyżej, tym bardziej dźwięki tracą na spójności i trochę kaleczą, czego koronnym przykładem jest werbel w typie blaszanego wiadra zrzuconego ze schodów.

Z moich obserwacji wynika, że Omnipotent Asperity nie przebił się jakoś mocno do świadomości słuchaczy i funkcjonuje raczej jako jeszcze jedna płyta z typową amerykańską napierdalanką. Szkoda, bo wbrew pozorom Visceral Throne mają do zaoferowania o wiele więcej niż niejedna kapela z wyższej półki.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/visceralthrone

podobne płyty:

Udostępnij:

14 lutego 2024

Broken Hope – Mutilated And Assimilated [2017]

Broken Hope - Mutilated And Assimilated recenzja reviewPowrót Broken Hope był sztucznie przehajpowany, więc kiedy „Omen Of Disease” nie znalazła uznania u krytyków i nie sprostała nawet podstawowym wymaganiom fanów — choć niektórzy doszukali się tam rozwiązań niemal rewolucyjnych — Shaun Glass i Chuck Wepfer szybko się ulotnili, żeby robić karierę w metal core, zaś sam zespół wrócił, skąd przyszedł – do głębokiej drugiej ligi. Amerykanie potrzebowali cudu, żeby ponownie zwrócono na nich uwagę. Albo magicznych sztuczek… Sięgnęli więc po jakąś chicagowską odmianę voodoo i do rejestracji większości gitar skorzystali ze sprzętu z kolekcji Jeffa Hannemana, co zapewniło im tajemnicze… nie wiem.

Wiem natomiast, że nagrany w odmłodzonym i odrobinę zaskakującym składzie Mutilated And Assimilated okazał się materiałem znacznie ciekawszym i łatwiej wchodzącym od poprzedniego. Krążek ma jeszcze mniej wspólnego z wyidealizowanym przeze mnie stylem Broken Hope niż „Omen Of Disease” — raz, że Amerykanie skończyli z wpychaniem do kawałków topornych nawiązań do starych płyt (z oczywistym wyjątkiem „Swamped-In Gorehog”), dwa, że wkład w kompozycje mieli Leski i Szlachta — co mogłoby irytować, gdyby nie to, że koniec końców wyszło mu na dobre. Dzięki temu, że całość została ujednolicona stylistycznie i unowocześniona (?), brzmi spójnie i dość naturalnie. Nic się nie rozjeżdża, nie ma zgrzytów ani jakichś bzdurnych zagrywek. W takim anturażu wokale Leskiego wypadły o wiele lepiej niż ostatnio.

Innymi słowy muzycy Broken Hope nagrali materiał na naprawdę niezłym poziomie, do którego wraca się bez oporów i poczucia zażenowania. W utworach na Mutilated And Assimilated jest więcej życia, techniki, poza tym fajnie bujają, niektóre („Malicious Meatholes”, „The Necropants”) są nawet dość skoczne, a dzięki solówkom Szlachty zadziwiająco melodyjne. Urozmaiceń jest akurat, żeby uniknąć monotonii, natomiast teksty (w sumie już same tytuły) zawierają dostatecznie dużo głupot, żeby chciało się w nie wgłębiać. Również brzmienie daje radę, choć samo w sobie jest mocno cyfrowe i bardzo selektywne, to nie wyprano go kompletnie z ciężaru.

Na poważnie przyczepić mogę się jedynie do tego, co na ocenę i tak nie ma wpływu – do dodatków. Po pierwsze, Mutilated And Assimilated dopchnięto ponownie nagranym kawałkiem z debiutu – współczesne brzmienie uwydatniło jego prymitywną strukturę i pozbawione wyrazu riffy – bida i nuda. Po drugie, ktoś wpadł na pomysł, żeby podbić cenę albumu pakując go w digipak i dorzucając obligatoryjne DVD ze średnio porywającym koncertem z czeskiego Obscene Extreme z 2015 roku – bida i żenua.

Mutilated And Assimilated nie ma startu do największych osiągnięć Broken Hope, ale przepaść, jaka ją dzieli od tych słabszych płyt, sprawia, że i tak łapie się do „top 3” zespołu. Ten album to jednocześnie dowód na to, że lepiej robić coś, co przychodzi niejako samo i naturalnie, niż kurczowo trzymać się wątpliwej jakości patentów z przeszłości.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/brokenhopeofficial

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

11 lutego 2024

Rivers Of Nihil – The Conscious Seed Of Light [2013]

Rivers Of Nihil - The Conscious Seed Of Light recenzja reviewDo Rivers Of Nihil podchodziłem bez krzty zaufania, jak zresztą do większości cudownych odkryć Metal Blade z tamtego okresu. Zespół znikąd, w dodatku deathcore’owej proweniencji, a opakowano go w naprawdę duże nazwiska i promowano jakby był czymś wyjątkowym, innowacyjnym i sensacyjnym. No i cóż, na The Conscious Seed Of Light czuć włożone w jej wyprodukowanie pieniądze, ale nie słychać muzyki, która byłaby ich warta. Przynajmniej dla mnie ta płyta nie oferuje niczego ponad typowy nowoczesny death metal, którego już wtedy było stanowczo za dużo.

Debiut Rivers Of Nihil na pewno broni się w aspektach, na które zespół nie miał (przesadnego) wpływu: okładka jest super, a płyta brzmi selektywnie (z ponadprzeciętnie czytelnym basem) i momentami bardzo potężnie (wiadomo, Erik Rutan + Alan Douches). Niczego nie mogę zarzucić także wyszkoleniu poszczególnych muzyków (zwłaszcza perkmana – jego efektowne wyczyny to najjaśniejszy punkt albumu), bo nie raz i nie dwa udowadniają, że potrafią śmigać z dużą swobodą i na wysokich obrotach. Z inspiracjami też nie jest u nich najgorzej, ale…

Problemem jest to, co grają. Jako się rzekło – nowoczesny death metal, mocno zapatrzony na Fallujah czy nowsze produkcje Hate Eternal oraz jednego klasyka (którego wpływy aż za wyraźnie słychać w wolnych partiach), jednak bardzo często poskładany z elementów, które do siebie stylistycznie nie pasują. Może i w tym podejściu było coś ambitnego (progresywnego?), ale ktoś tu czegoś poważnie nie przemyślał, nie dopilnował i w rezultacie poziom kompozycji jest co najwyżej przeciętny. Na dobrą sprawę wszystko, co Rivers Of Nihil mają ciekawego do zaoferowania znajduje się już w pierwszym kawałku – „Rain Eater” brzmi świeżo, dynamicznie, a oparto go na niezłych riffach. Później jest już gorzej; przede wszystkim brakuje jakichś bardziej wyrazistych fragmentów, nad którymi można by się zatrzymać.

Uczciwie muszę jednak przyznać, że The Conscious Seed Of Light to płyta z gatunku tych, których całkiem się spoko słucha. Póki się ich słucha. Po wybrzmieniu ostatniego, stanowczo za długiego, utworu trudno cokolwiek przywołać z pamięci albo chociaż wskazać, gdzie się znajdowało. Jakby tego było mało, im bliżej końca, tym bardziej zalatuje tu nudą, a to sprawia, że do kolejnych przesłuchań trzeba się zmuszać. No i jeszcze mamy tu jednowymiarowy wokal, który ma więcej wspólnego z wymuszonym krzykiem niż prawdziwym growlem. Tyle dobrego, że koleś nie wrzeszczy na deathcore’ową modłę.

Czy tak powinna wyglądać płyta zespołu, który pchano do ludzi jako objawienie na scenie technicznego death metalu? Rivers Of Nihil nie pokazali tu ani specjalnego potencjału, ani nadzwyczajnego zmysłu kompozytorskiego, jedynie rozeznanie w rynkowych realiach.


ocena: 6/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/riversofnihil

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

8 lutego 2024

Disfigured – Amputated Gorewhore [2011]

Disfigured - Amputated Gorewhore recenzja reviewNie sądzę, żeby po wydaniu „Blistering Of The Mouth” kolesie z Disfigured nagle zaczęli wyrywać panienki na „granie w zespole”, bo tytuły typu „Satan’s Cum”, „Herpes Face” czy „Circumsised and Sodomized”, nie wiedzieć czemu, rzadko rozpalają niewieście zmysły. Amputated Gorewhore nie przynosi w tym temacie poprawy („Chainsaw Buttplug”, „Vomit Creampie Surprise”, „Raping a Retard”…), choć, podobnie jak debiut, to około pół godziny fachowo zagranego brutalnego death metalu.

Między płytami zespół dorobił się osobnego wokalisty (został zastrzelony w 2021 roku podczas kontroli drogowej – poszło o broń i ogromne ilości dragów), więc instrumentaliści mogli mocniej skupić się na swojej robocie, dzięki czemu materiał jest szybszy, trochę bardziej techniczny i urozmaicony od poprzedniego. Disfigured delikatnie przesunęli się w kierunku typowej, zagranej na wysokich obrotach sieczki z Unique Leader (np. Disavowed), ale nie porzucili całkowicie wpływów klasycznych brutalistów spod znaku Cannibal Corpse, Suffocation i Broken Hope oraz nie zatracili tego latynoskiego luzu (nawet pomimo zatrudnienia rasowego białasa), który już wcześniej był obecny w ich muzyce.

To właśnie ten specyficzny feeling sprawia, że Amputated Gorewhore — uczciwie trzeba przyznać, że płyta dość wtórna i nic nie wnosząca do gatunku — jest tak fajna, gładko wchodzi i nie wcale nuży. Materiał Disfigured jest taki akuratny – nie za prosty, odrobinę zróżnicowany, z dobrze dobranymi proporcjami blastów i mielonki oraz całą masą lajtowych riffów, które sprawnie zagnieżdżają się w głowie. Ot bezpretensjonalne granie, bez cienia napinki i wielkich ambicji. Zreeesztą, jeśli ktoś ubarwia utwory samplami z dwóch części „Głupiego i głupszego”, to wiadomo, że nie zawiesza sobie poprzeczki specjalnie wysoko.

Amputated Gorewhore bawi i buja, a poza tym dostarcza całkiem sensowną dawkę łatwo przyswajalnej brutalności. Gdybyśmy mieli jako tako ogarnięty NFZ, to dwójkę Disfigured przepisywanoby na depresję.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/DisfiguredTXDM

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

15 stycznia 2024

Cannibal Corpse – Chaos Horrific [2023]

Cannibal Corpse - Chaos Horrific recenzja reviewNo proszę, Cannibal Corpse na starość nagrali album trudny w odbiorze. Hmm… no może nie do końca… Raczej album, do którego trudno się jednoznacznie ustosunkować… Chyba… W każdym razie chodzi mi o to, że Chaos Horrific, przynajmniej przy pierwszym kontakcie, ma ten sam problem co „Gore Obsessed”, „Red Before Black” i poniekąd „Evisceration Plague” – jego wszelkie zalety przesłania zajebiście wysoki poziom, ewentualnie przełomowość poprzednika. Nie dość, że na „Violence Unimagined” Amerykanie stworzyli jeden ze swoich najlepszych materiałów, to jeszcze niebezpiecznie rozbudzili oczekiwania, że kolejne będą równie ekscytujące. A tak się nie da…

Nie da się powtórzyć tamtej świeżości, o szok czy element zaskoczenia też w takiej sytuacji trudno, więc przy pierwszych kilku(nastu/dziesięciu) przesłuchaniach wyszukiwane na siłę minusy górują liczebnie nad plusami, co dość skutecznie zamazuje obraz Chaos Horrific i może zniechęcać do dalszego wgłębiania się w ten materiał. Dopiero z chłodną głową słuchacz zaczyna dostrzegać i skupiać się na tym, co Cannibal Corpse faktycznie stworzyli, zamiast na tym, czego na krążku nie ma.

Chaos Horrific to porządny ochłap krwistego i na wskroś kanibalistycznego death metalu z przepięknie brzmiącymi gitarami (chyba najlepiej od czasów „Kill”), standardowo zabójczym wokalem, świetnymi zróżnicowanymi solówkami oraz dość oszczędną (ekonomiczną?) i jednowymiarową pracą perkusji. O ile wokale i partie „strunowców” nie budzą moich najmniejszych zastrzeżeń, to ekstraklasa, tak do garów muszę się przyczepić, bo tym razem Paul naprawdę się nie popisał. Kilka mniej standardowych przejść i fajnych akcentów nie są w stanie zatuszować tego, że Mazurkiewicz niemal w każdym numerze klepie to samo i w ten sam sposób – to razi. Rozumiem, że wiek robi swoje, ale można trochę pokombinować i bez forsowania tempa.

Najciekawsze i najbardziej naturalnie brzmiące rzeczy na „Chaos Horrific dzieją się, kiedy zespół za bardzo się nie rozpędza, a zamiast tego stawia na przemyślany groove i jakiś wgniatający riff. Nie oznacza to oczywiście, że w szybszych kawałkach Cannibal Corpse zupełnie nie dają rady – dają, ale na pewno to nie perkusja odgrywa w nich wiodącą rolę. W każdym razie spośród dziesięciu nowych utworów jest w czym wybierać, a na mnie najlepsze wrażenie robią „Chaos Horrific” (wygrywa chwytliwością), „Blood Blind”, „Summoned For Sacrifice”, „Pestilential Rictus” (z jakiegoś powodu został całkowicie pominięty w książeczce), „Fracture And Refracture” oraz ciężki jak cholera „Drain You Empty”.

Jak na płytę, która jest niby dużo gorsza od poprzedniej, Chaos Horrific broni się naprawdę nieźle, a wchodzi nawet lepiej niż będący w analogicznej sytuacji „Red Before Black”. Potencjalnych hitów tu nie brakuje, więc album powinien doczekać się przyzwoitej reprezentacji w setlistach zespołu.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.cannibalcorpse.net

inne płyty tego wykonawcy:








Udostępnij:

6 stycznia 2024

Possessed – Beyond The Gates [1986]

Possessed - Beyond The Gates recenzja reviewPossessed na „Seven Churches” może i nie stworzyli całkowicie nowej jakości, ale byli w forpoczcie ekstremalnego grania i razem z paroma innymi kapelami kładli podwaliny pod coś naprawdę wyziewnego – death metal. Dzięki tej jednej płycie Amerykanie na stałe zapisali się złotymi zgłoskami w historii metalu i dorobili kultu, który jest wiecznie żywy. A „Beyond The Gates”? Eee, no tak, nagrali i coś takiego, chyba nawet było fajne, ale kto by tam wnikał… Nie da się ukryć, że druga płyta Possessed stała się ofiarą prężnie działającej konkurencji oraz braku zdecydowania wewnątrz zespołu.

Wydawać by się mogło, że po trzęsieniu ziemi, jakie wywołało „Seven Churches”, Amerykanie pójdą za ciosem i zaserwują jeszcze mocniejszy, szybszy i bardziej diabelski materiał, a tymczasem oni hmm… Wymiękli? Nie podołali? Przerosła ich presja? W każdym razie zostali w tyle. „Beyond The Gates” okazał się bowiem zwyczajnym i, co tu ściemniać, dość przeciętnym thrash’owym krążkiem, który na swoje nieszczęście trafił do odbiorców tuż po premierach „Reign In Blood” i „Morbid Visions”. W zestawieniu z rzeźnią proponowaną przez Slayera i Sepulturę, a także z debiutem (nie wspominając szerzej o fali dzikusów z Europy), materiał Possessed nie mógł robić wrażenia, a już na pewno nie na ludziach wymagających od zespołów przekraczania kolejnych granic.

„Beyond The Gates” sam w sobie nie jest wcale zły – to ładnie wyprodukowany zestaw dobrze zagranych i wpadających w ucho kawałków – z dość żwawym tempem, niewymagającymi riffami, efektownymi solówkami i podbitym pogłosem wokalem Becerry. Utwory takie jak „Seance” (ten jest chyba najlepszy), „Tribulation”, „Phantasm” czy „March To Die” to naprawdę klawe thrash’owe przeboje, które można stawiać na równi z kawałkami Exodus czy Overkill – nie mają potencjału, żeby zapełnić stadiony, ale co większe kluby… Jest więcej niż oczywiste, że Possessed z tym materiałem próbowali wyjść do ludzi — czemu również służyło radykalne złagodzenie wizerunku i przekazu — ale z lekka się przejechali, bo ogólne tendencje były zgoła odmienne. Tym samym zamiast powiększyć grono fanów, stracili w oczach tych „starych”.

Czy wobec powyższego jojczenia „Beyond The Gates” przetrwała próbę czasu? Wydaje mi się, że nie do końca i gdyby nie duża nazwa i reaktywacja zespołu w 2007 roku, to mało kto by o tym krążku pamiętał. Possessed na własne życzenie dali się zmieść pierwszej fali death metalu, którą o ironio sami wywołali.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/possessedofficial

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

25 grudnia 2023

Skinned – Shadow Syndicate [2018]

Skinned - Shadow Syndicate recenzja reviewPrzez długie lata próbowałem zostać fanem Skinned, bo mają logo w sam raz na koszulki, ale kompletnie mi to nie wychodziło. Pomimo dużej wyrozumiałości w stosunku do zespołu i najszczerszych chęci nie potrafiłem sam siebie przekonać, że muzyka Amerykanów mi się podoba. Raz kulało brzmienie, to znowu wykonanie — czyli nic, na co by nie można przymknąć oka — jednak zawsze podstawowym problemem była taka se składność ich poczynań. Nie wiem, czy to wina notorycznych zmian składu, czy może przerostu ambicji nad zdolnościami kompozytorskimi, ale faktem jest, że trudno było nazwać Skinned zespołem spójnym i konsekwentnym.

No i cóż, Shadow Syndicate w tej ostatniej kwestii nie przynosi wielkich zmian – spójność dalej nie jest najmocniejszą stroną zespołu z Kolorado. Na szczęście jakość większość części składowych muzyki, wykonanie i produkcja wyraźnie poszły w górę – na tyle, że: a) spokojnie mogę uznać ten krążek za najbardziej udany w dorobku Skinned oraz b) nie mam problemu, żeby od czasu do czasu zdjąć go z półki i wrzucić do strugary z zaznaczoną opcją „ripit”.

Od „Create Malevolence” Amerykanie unowocześnili swoje granie (czytać: dociągnęli do poziomu „bycia na czasie”) i wprowadzili do niego kilka nie zawsze oczywistych elementów, dzięki czemu poszczególne utwory zyskały na wyrazistości, choć kosztem ogólnej oryginalności i już standardowo – spójności. Na Shadow Syndicate bez trudu wychwycicie mniej lub bardziej (ale głównie mniej) subtelne nawiązania (albo i zrzynki) do Cryptopsy, Kataklysm, Gojira, Decapitated czy Meshuggah, wpływy blacku, groove, melodeath czy nawet neoklasyczne zagrywki… Ktoś to nazwie dużą różnorodnością, ja bym jednakowoż obstawiał brak zdecydowania, bo zespół ma ciągoty do mieszania ze sobą komponentów, które zupełnie się nie zazębiają. Szczytem pokraczności jest umieszczony w połowie albumu instrumentalny „Black Rain” (przy okazji jest on najdłuższy na płycie), który brzmi jak bękart Toto i Meshuggah – prawdziwa abominacja, której nie ratuje nawet bardzo udany ostatni riff.

Shadow Syndicate to jednak nie tylko dziwactwa i nietrafione pomysły, a przede wszystkim solidna dawka dość brutalnego (choć nie aż tak, jak to się zespołowi wydaje) death metalu w odmianie północnoamerykańskiej – fachowo zagranego i tak też wyprodukowanego. Jeśli Skinned trzymają się kanonu (czytać: średniej gatunkowej) i zanadto nie kombinują, to rezultat jest zwykle całkiem fajny – nic to wielce odkrywczego [miejsce na podśmiechujki], ale tak podana muzyka może sprawiać radochę, szczególnie że bardzo selektywne brzmienie pozwala na wychwycenie wszelkich niuansów zawartych w aranżacjach. Ja najbardziej zachęcam do sprawdzenia „Wings Of Virulence”, w który zgrabnie wpleciono świetną partię pianina – niby prosty zabieg, a dodaje sporo klimatu i dramaturgii. Takie eksperymenty to ja rozumiem. I gorąco popieram!

Zatem jeśli nie zraża was, że zdawać by się mogło doświadczona kapela bez żenady ściąga patenty od innych (w tym młodszych) i miesza je nieraz w przedziwnych konfiguracjach, to możecie dać Shadow Syndicate szansę. Jakby nie było, Skinned nic lepszego dotąd nie nagrali.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/skinnedofficial



Udostępnij:

19 grudnia 2023

Ascended Dead – Abhorrent Manifestation [2017]

Ascended Dead - Abhorrent Manifestation recenzja reviewDebiut Ascended Dead to płyta z gatunku tych, których opis, choć możliwie rzetelny, sprowadza się do strasznych banałów, a przez to wydaje się mało wiarygodny. Dlatego miejmy to szybko z głowy – zerknijcie na ocenę, a później sami sprawdźcie, co Amerykanie mają do zaoferowania. Abhorrent Manifestation to 33 minuty pierwotnego (proto)death metalu (z połowy lat 80.) w ekstremalnie podkręconej formie – zagranego bezlitośnie szybko, agresywnie i ze świetnym oldkulowym feelingiem.

Przez większość czasu Ascended Dead utrzymują szaleńcze tempo, a jednocześnie dynamizują je na tyle umiejętnie (nie kombinując zanadto), że materiał nie tracąc nic z zajebistej intensywności, jest daleki od monotonii. Charlie Koryn z wielkim zaangażowaniem serwuje blast za blastem, urozmaicając je gęstymi przejściami i… kolejnymi blastami, praktycznie nie zostawiając sobie chwili na złapanie oddechu. Wydaje mi się, że to właśnie furiackie partie perkusisty robią na Abhorrent Manifestation największe wrażenie, są po prostu bezbłędne. Złego słowa nie mogę napisać o świetnie zaaranżowanych gitarach – klasycznie brzmiące riffy śmigają aż miło, a towarzyszą im równie klasyczne dzikie (ktoś wspominał o Slayerze?) solówki. Wszystko zostało podane po staremu – bez udziwnień i współczesnych rozwiązań (no, może z wyjątkiem jednej zagrywki w „Subconscious Barbarity”), za to żywiołowo i z dużą dawką chwytliwości. Ponadto ogromnym atutem Ascended Dead jest rozpaczliwie wymiotny wokal w typie młodego van Drunena na speedzie – coś wspaniałego.

Po niezwykle dogłębnej analizie i naprawdę wieeelu przesłuchaniach Abhorrent Manifestation, doszedłem do wniosku, że każdy z ośmiu regularnych utworów w równym stopniu zasługuje tu na wyróżnienie, a pominięcie któregokolwiek byłoby zbrodnią. To znakomite deathmetalowe szlagiery, które szybko wpadają w ucho i na długo zostają w pamięci. Dlaczego piszę o ośmiu kawałkach, skoro na trackliście jest dziesięć? Ano dlatego, że właśnie te dwa pozostałe sprawiają, że Abhorrent Manifestation nie jest monolitem, jakim być powinien. O ile jeszcze cover Possessed (co ciekawe – to żaden z najbardziej klasycznych numerów) nie wyróżnia się zbytnio, bo został okrutnie dojebany i zwłaszcza w końcówce powoduje opad kopary, to obecności akustycznego instrumentala nie potrafię w logiczny sposób uzasadnić. „Dormant Souls” może i jest ładny, ale przy tym rozwlekły i w zasadzie nic konkretnego nie wnosi, a umieszczenie go w środku płyty nie było dobrym pomysłem.

Produkcja Abhorrent Manifestation nie jest może wybitna (aż się prosi, żeby całość była głośniej nagrana), ale dzięki dobrze dobranemu balansowi syfu i czytelności do grania Ascended Dead pasuje idealnie. Czegóż chcieć więcej? Oryginalności? Dajcie spokój! Tylko by sobie tym zaszkodzili.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalna strona: www.ascendeddead.com
Udostępnij:

16 grudnia 2023

Master – The Spirit Of The West [2004]

Master - The Spirit Of The West recenzja reviewMaster to dziecko Paula Speckmanna, które należałoby zaliczyć do podwalin gatunku i gdyby facet miał farta i wydał swój nieszczęsny debiut tak jak planował w 1985 r., to prawdopodobnie cieszyłby się nieco większym uznaniem i estymą. Stety, lub niestety, jest inaczej i większość osób podchodzi z minimalnym zainteresowaniem do dyskografii grupy, zwłaszcza że cierpi ona na syndrom Motorhead – solidne, ale mało ekscytujące rzemiosło, bo proste i przewidywalne do bólu.

Po moim ulubionym „Let’s Start a War”, Paul (albo może raczej Pavel), dokooptował sobie dwóch lokalnych muzykancików o jakże zacnych nazwiskach – Alex Neje(d)zchleba (Czech), oraz Zdeněk „Bez Spodeněk” Pradlovský (Słowak), którzy na co dzień zarabiali na ów chleb w mało ciekawym zespole Shaaaaark. Skład ten utrzymał się bardzo długo, bo aż do 2019 r., co przy autorytatywnym charakterze Paula zakrawa wręcz na bluźnierstwo (przepraszam, już kończę być wrednym burakiem).

W stosunku do wcześniejszych lat, muzyka nabrała zdecydowanie mocniejszego, punkowego charakteru, takiego z kategorii d-beat. Słychać też, że poszła duża ilość Pilsnerów, bo płyta jest strasznie wyluzowana i ma zgodnie z okładką i tematyką, kowbojski, quasi-country klimat. Kolejnym szokiem jest to, że Speckmann postarał się troszeczkę zróżnicować pomysły (ale też bez przesady) i spróbował zaprezentować różne odcienie w swojej dość hermetycznej i konsekwentnej twórczości.

W efekcie końcowym dostajemy pewien ewenement, wręcz anomalię w dyskografii Master – bardzo przystępny album, który w niczym nie traci na agresji, ale zyskuje znacząco na śpiewności (najbardziej jest to odczuwalne w „Another Day in Phoenix”). Speckmann zadowala się skocznym, wręcz klasycznym rockowym riffowaniem. Całość spina jakże oczywisty cover Johnny’ego Cash’a „Ring of Fire”, stanowiący idealne zakończenie płyty. Sprawdza się poniekąd stara zasada, że czasem jakość muzyki wynika z gustu muzyka i tego, co słucha w danej chwili.

Taki zabawowy, lekki album zresztą na dzień dzisiejszy się nie powtórzył u Mastera, dlatego tym bardziej dobrze jest się zapoznać z The Spirit of the West. Nie musicie pić przy tym czeskiego piwa, łyskacz byłby nawet bardziej wskazany. Noście też przy sobie kolta, nigdy nie wiadomo, kiedy wyskoczą za krzaka wyjęci spod prawa bandyci, aby ukraść wam złoto, a szeryf może nie zdążyć przyjść wam z odsieczą. Noż oczywiście, że polecam.


ocena: 8/10
mutant
oficjalna strona: www.speckmetal.net

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

13 grudnia 2023

Suffocation – Hymns From The Apocrypha [2023]

Suffocation - Hymns From The Apocrypha recenzja reviewEra Franka Mullena w Suffocation oficjalnie dobiegła końca, więc trzeba zacisnąć zęby i jakoś odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Ale czy aby na pewno w nowej? Prawda — dla niektórych być może brutalna — jest taka, że z Frankiem czy bez, Suffocation pod wodzą Terrance’a Hobbsa robi swoje w ramach wypracowanego przez lata stylu. Hymns From The Apocrypha niczego w tym temacie nie zmienia, nawet pomimo tego, że tym razem zaskakująco duży wkład w powstanie materiału miał Charlie Errigo. Rozwiązania zaproponowane przez młodego gitarzystę zapewniły mile widziany powiew świeżości, jakkolwiek w sensie ogólnym nie przełożyły się na powstanie nowej jakości.

W ośmiu mocno zagęszczonych i poszatkowanych rytmicznie utworach muzycy Suffocation zgrabnie połączyli swoje klasyczne i rozpoznawalne zagrywki ze współczesnymi patentami (również swoimi), więc Hymns From The Apocrypha w równym stopniu nawiązuje do „Pierced From Within” co „Pinnacle Of Bedlam”. Całość zatem brzmi swojsko/znajomo, ale wbrew pozorom jest daleka od wtórności czy autoplagiatu. Mamy do czynienia z płytą różnorodną i jednocześnie bardzo spójną, na której każdy element siedzi w odpowiednim miejscu i znakomicie spełnia swoją rolę, nawet jeśli początkowo może wyglądać na wciśnięty od czapy. Dzięki temu oraz mniej standardowo rozłożonym akcentom (zarezerwowano sporo miejsca dla solówek) materiał ma o wiele więcej feelingu niż „…Of The Dark Light” i jest od niego bardziej wyrazisty. Na Hymns From The Apocrypha trafiło przynajmniej kilka zajebiście wpadających w ucho, choć niekoniecznie mocno wyeksponowanych fragmentów, a takie „Seraphim Enslavement”, „Perpetual Deception”, „Delusions Of Mortality” czy „Hymns From The Apocrypha” mają duże szanse na zostanie koncertowymi szlagierami.

Wokale… Wśród fanów Suffocation Ricky Myers miał więcej zwolenników niż przeciwników, ja również byłem mu przychylny (mogli trafić gorzej, dużo gorzej – tak, mam na myśli Billa, tfu!, Robinsona), jednak niezależnie od osobistych sympatii, obiektywnie spisał się naprawdę bardzo dobrze. Jego głos jest brutalny, czytelny i dostatecznie dynamiczny, żeby nie dać się przytłoczyć technicznymi łamańcami uskutecznianymi przez kolegów. Jedyną wadą Ricky’ego jest to, że… nie jest Mullenem. Co zaś do Franka, zgodnie z przewidywaniami pojawił się gościnnie w „coverze” Suffocation. Wyszło OK, choć ze względu na stare czasy mógł się trochę bardziej postarać.

Przy okazji „…Of The Dark Light” czepiałem się pracy perkusisty i brzmienia. Na Hymns From The Apocrypha w obu tych kwestiach słychać poprawę. Eric Morotti dokonał niemałego postępu, co rzuca się w uszy zwłaszcza w wolniejszych partiach – gra ciekawiej, w sposób gęsty i urozmaicony. Doświadczenie zaprocentowało. Tak zaaranżowane gary to ja rozumiem! Za produkcję albumu odpowiada gitarniak Cryptopsy, który dołożył starań, żeby dźwięk nie był przesadnie cyfrowy i skompresowany. Z całego serca popieram taki kierunek, bo całość brzmi całkiem sensownie, choć wolałbym jeszcze więcej klasycznego tłustego dołu, nawet kosztem selektywności.

Jak to jasno wynika z powyższego tekstu, Suffocation wciąż mają sporo do powiedzenia w technicznym i brutalnym death metalu. Nie idą na łatwiznę, nie błaźnią się i nie odcinają kuponów od chwalebnej przeszłości, tylko ciągle próbują pokazać się z odrobinę innej/nowej strony. Wydaje mi się zatem, że Hymns From The Apocrypha powinni się zainteresować także i ci, którzy odpuścili sobie kilka ostatnich płyt zespołu.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalna strona: www.suffocationofficial.com

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

7 grudnia 2023

Cavalera Conspiracy – Bestial Devastation / Morbid Visions [2023]

Cavalera Conspiracy - Bestial Devastation / Morbid Visions recenzja reviewCavalera Conspiracy to zespół, który stworzyli (tu zaskoczenie!) bracia Cavalerowie, Igor – pałker i, bardziej znany, Max – gitarzysto-śpiewaczysko. Muzyka przez nich tworzona stanowi mix różnych gatunków – jak ktoś słyszał Soulfly, to będzie wiedział o co chodzi, tyle że Konspiracja pozbawiona jest elementów folku.

To tak w wielkim skrócie o zespole, gdyż najważniejsze, że bracia zabrali się za coś dla nas, boomerów, myślę dość istotnego. Mianowicie nagrali na nowo Bestial Devastation i Morbid Visions. Mini-płyta i debiut, które w historii metalu ekstremalnego to kamienie milowe. Dzieła wydane kolejno w ‘85 i ‘86 roku wyznaczyły drogę brazylijskiego, plugawego metalu dla niezliczonych kapel. Nie muszę chyba nawet wspominać, że prawdopodobnie 95% czytelników tego bloga utwory: „Antichrist”, „Necromancer”, „Troops of Doom” czy „Crucifixion” zna niczym porządny katolik „Ojcze Nasz” i „Zdrowaśka”. Zaśpiewaliby te kawałki o trzeciej w nocy po zakrapianej imprezie bez czknięcia. Pikanterii dodał też wywiad Maxa, który określił, że dzieła te nagra(ł) niczym wkurwiony młodzieniaszek, tyle, że z nowoczesnym sprzętem.

Od razu napiszę, że podszedłem do tej produkcji niczym pies do jeża. Świętości jednak chyba się nie rusza? A może jednak. I ba, można na tym zarobić? Zatem co też spłodzili braciszkowie? Czas się przekonać. Dodam jedynie, że nie będzie to stricte typowa recenzja, bo ośmieszyłbym się recenzując te wiekopomne dzieła (a może nie?), których chyba mało kto nie zna, bo spróbuję odpowiedzieć na inne pytania. Mianowicie, nie na zagadnienie, czy płyty te są dobre/złe, ale dla kogo one są i czy taki trend remaków, który dotknął świat kina i gier zaczyna wpełzać również do muzyki? Czy, cytując pewną zacną starszą babcię, na co to komu? A komu to „poczebne”? Zatem, będzie to bardziej porównanie nowego ze starym. Jednakże Cavalerowie stworzyli też dwa nowe utwory (po jednym na dzieło) i to je poddamy analizie i ocenie.

W ramach porównania najnowsze dzieło Maxa i Igora porównam do posiadanej płyty Sepultury wydanej przez Roadrunner Records w 1997 roku odpicowanej picuś-glancuś (tzw. remastered, reissued, pierwszego wydania nie posiadam, hehe).


Produkcja

To chyba najważniejsza kwestia w tym porównaniu, bo przecież chyba po to głównie powstała (?). Przedstawić coś, co przy debiucie i budżetem młodych chłopaczków nie mogło zachwycać. Teraz finanse to nie problem, zatem jak to brzmi? Trudno będzie tutaj zaskoczyć, gdyż brzmi to… prawidłowo. Dostajemy soczyste dźwięki, wokal Maxa jest (podobnie jak do oryginałów) z mocnym pogłosem. Ale czy sam wokal jakoś się różni pod względem tonacji czy jakości tegoż wokalu? Jest jednak inny czy to po prostu kalka? Oczywiście wieku nie prześcigniemy i wokal jest zupełnie inny. W oryginale wręcz, ktoś nie znający wczesnej twórczości Sepultury pomyślałby, że to inny wokalista. Jest on jednak (przynajmniej dla mnie) bardziej agresywny i ostrzejszy. Często słowa są niemal „wypluwane” i „szczekane” właśnie przez wspomnianą wcześniej nienawiść i złość. Gardło jeszcze nie zjechane, że się tak wyrażę. Przeskakując z dzieł braci na oryginały doznałem początkowo małego szoku. Brzmienie nie ma jednak porównania. Nawet w wypolerowanym do maksa stanie nie da się osiągnąć, tego co dziś. Czuć, że to dzieło wiekowe i nie oceniam tutaj, czy to dobrze, czy źle, bo to zależy od tylko od Was i jedynie na swoim przykładzie mogę powiedzieć, że młodych słuchaczy, przyzwyczajonych do świetnej jakości brzmienia takie płaskie pierdu-pierdu nie zachwyci. Piszę tak, gdyż sam słysząc pierwszy raz za kindera „Master of Puppets” pomyślałem, że to stare dziadostwo i nie da się tego słuchać. Dziś płytka jest na półce, ale do tego trzeba było dojrzeć. Wracając jednak do tematu. Produkcja jest z pewnością na plus patrząc zupełnie obiektywnie. Chociaż czy to było trudne do osiągnięcia?…


Atmosfera

To (dla mnie) druga najważniejsza kwestia odnośnie albumów. Czy w płytę włożono serce i czerpano radość przy jej tworzeniu, czy była powita w bólach i wydana taśmowo, byleby powstała? Słucham wielu gównianych produkcji (zwłaszcza black metalowych), demek i kompilacji doceniając ich wartość artystyczną. Czy zatem bracia Cavalerowie stworzyli płytę na tzw. odwal się? Nie mogę powiedzieć, że tak. Nie mogę jednak powiedzieć też, że płyta jest w pełni autentyczna. Są różnice. Przykładem niech będzie chociaż „Crucifixion”. Utwór został okrojony z outra (10s mniej). „War” został skrócony. Inne utwory w cover-albumie zostały przedłużone np. „Empire Of The Damned” z oryginalnego 4:25 do 5:11 minut. Podobnie choćby z „The Curse”, krótkie 0:39 do 1:15 min. Niby to nic wielkiego, ale jednak to jest ingerencja w utwory i dlatego trudno je traktować jednoznacznie jako covery, bo mamy tutaj dość inwazyjny wpływ. W całości to nie przeszkadza, aż tak bardzo, ale istnieje taka delikatna, subtelna wręcz, różnica. Na szczęście warstwa liryczna pozostała bez większych zmian. Piszę większych, gdyż np. pierwszy utwór „Morbid Visions” posiada zwrotkę w oryginale „Cry preachers because your Gods have forgotten (…)” a u Braci Cavalerów mamy Cry fuckin’ preachers because your Gods have forgotten (…)” to taka ciekawostka, którą zauważyłem. Jest tym bardziej ciekawa, że takiego tekstu spodziewałbym się w oryginale. Najwidoczniej pozostała w nim niechęć do zorganizowanej religii, z którą się nadal obnosi. Niemniej jednak, nie znalazłem więcej zmian w warstwach lirycznych. Podsumowując obiektywnie ani jednemu, ani drugiemu nie można zarzucić, że nie chciano tutaj włożyć serca (choć są to inne „serca”). Pierwsze to autentyczna surowość i agresja szokująca w tamtych czasach, a drugie dopieszczone i unowocześnione agresywne brzmienie, które ponownie może (ale nie musi) zaskoczyć młodych słuchaczy.


Nowe utwory

Jak już wspomniałem, są dwa nowe kawałki. Dla „Morbid Visions” jest to „Bury The Dead”, a dla Bestial Devastation „Sexta Feira 13”.

Oba są dość krótkie. Kolejno 2:16 i 3:26 minuty. „Bury The Dead” to pasujący do konwencji albumu kawał ostrego metalu. W żaden sposób nie niweczy całości. Trochę gorzej z „Sexta Feira 13”. Bynajmniej nie dlatego, że jest to kołysanka. Co to, to nie. Natomiast jest jakby zbyt nowoczesny i, co najgorsze, po portugalsku. Nie żebym miał coś do tego języka, ale wszystkie inne utwory są po angielsku i ten tak trochę pasuje jak rodzynki w serniku (chyba, że ktoś lubi, ja nie). Oczywiście czepiam się, jednak burzy to całość mini-albumu.

Podsumowując: Czy są to złe albumy? Nie. Rzeczywiście Bracia Cavalerowie ładnie odświeżają te klasyki. Zatem misja wykonana. Czy te albumy były potrzebne? No i właśnie tutaj rozpoczyna się rozbieżność. Dla nas, starych pierdzieli odpowiedź jest jedna. Nie. Dla młodych słuchaczy? Jak najbardziej. Warto natomiast chociaż raz przesłuchać i sobie porównać. Może komuś, mam na myśli starszej daty słuchaczy, akurat się takie odświeżenie spodoba? Nie przeczę.

Mam jednak pewne obawy, co jeśli produkcje okażą się sukcesem finansowym, czy zatem inne kapele nie zaczną takiej polityki? Zamiast nagrywać coś nowego skupią się na nagrywaniu starych dzieł (zwłaszcza debiutów)? Gdyby tacy Tardy Brothers nagrali ponownie „Slowly We Rot” czy I Am Morbid nagrali „Altar of Madness” to byłoby dobre? Według mnie nie. Rozumiem sytuację, gdy np. Vader nagrał „Dark Age” na 25-lecie debiutu. Nie słucham, bo „The Ultimate Incantation” mi w zupełności wystarczy, ale rozumiem taki zabieg.

I ostatnie zdanie podsumowujące (wreszcie). Nie odmówię braciom Cavalerom udanego odświeżenia debiutu i mini-albumu pod względem technicznym, co może spowoduje, że ktoś młodszy zainteresuje się starszymi dziełami Sepultury (choć to raczej marzenia ściętej głowy). Dla starszych fanów metalu to może być ciekawostka, którą może sprawdzić lub nie.


ocena: -
Lukas
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/cavaleraconspiracy
Udostępnij:

22 listopada 2023

Blood Incantation – Timewave Zero [2022]

Blood Incantation - Timewave Zero recenzja reviewCzterech niezaprzeczalnie utalentowanych muzyków, tona drogiego sprzętu, rok wytężonych prac… Tyle zachodu tylko po to, żeby zarejestrować trzy, trwające łącznie 68 minut… intra. W ramach eksperymentów, czy na co ich tam naszło pod wpływem tego i owego, Blood Incantation poszli w ambient. Timewave Zero to zestaw ciągnących się w nieskończoność (słowo-klucz?) klawiszowych plam, szumów, plumknięć, kilku smyrnięć akustyka i tym podobnych ambitnych środków artystycznych, które do mnie zwyczajnie nie trafiają.

Z kronikarskiego/recenzenckiego obowiązku uściślę tylko, że wspomniany rok Blood Incantation dłubali jedynie przy dwóch pierwszych intrach (którym dorobiono cuś w rodzaju zalatujących niuejdżem „wizualizacji” w wersji na blureja – usypiają jak seans „Eternals”), trzecie, najdłuższe, jest natomiast rezultatem improwizacji w studiu. Czy zatem są między nimi jakieś wyczuwalne różnice? Eee, no nie. Wszystko sprowadza się do paru bliźniaczo podobnych zapętlonych motywów (to chyba za duże słowo), klawiszowych plam, szumów, plumknięć, kilku smyrnięć akustyka… i tak dalej, przez 68 minut. Nie wiem, czy w większym stopniu mnie to nudzi, czy irytuje, bo przez tyle czasu nic się tu nie dzieje.

Jeśli cenicie dotychczasowy deathmetalowy dorobek Blood Incantation, z szacunku do zespołu (i własnego portfela) Timewave Zero możecie sobie darować. Ani to ciekawe, ani udane, ani tym bardziej potrzebne. Ja daję temu pół punku, choć tak naprawdę nie ma tu czego oceniać.


ocena: 0,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: facebook.com/BloodIncantationOfficial

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

16 listopada 2023

Gridlink – Coronet Juniper [2023]

Gridlink - Coronet Juniper recenzja reviewGridlink zakończyli działalność niedługo po wydaniu „Longhena”, ale nie miałem im tego za złe. Wszak zrobili tyle dobrego dla światowej kultury, że stali się boscy i nietykalni, więc wybaczyłbym im nawet udział w „Tańcu z gwiazdami”. Nie liczyłem też na ich powrót, bo jak mało kto – nie musieli niczego udowadniać. Wszak zrobili tyle dobrego dla światowej kultury i tak dalej… A tu niespodzianka, najwyraźniej Takafumi Matsubara nie do końca realizował się w innych projektach, bo w końcu poczuł potrzebę ponownego zebrania zespołu do kupy. Nie śmiałbym prosić o więcej.

W stosunku do Coronet Juniper nie miałem żadnych konkretnych oczekiwań, bo i po co – oczywistą oczywistością było, że czwarta płyta Gridlink zostawi po sobie jedynie zgliszcza, że pozamiata ewentualną konkurencję, że w momencie premiery trafi do kanonu gatunku i będzie wspominana przez lata… Tak po cichu liczyłem tylko na to, że album będzie „długi”, może nawet i dwudziestominutowy… No i proszę – wszystko się sprawdziło! To doskonały materiał w totalnie rozpoznawalnym i w sumie niepodrabialnym stylu, którego zgłębienie zajmuje sporo czasu, ale i dostarcza mnóstwo radości.

Każdy z jedenastu utworów zawiera od groma fenomenalnych i często zaskakujących pomysłów, na które wpaść mógł tylko Takafumi Matsubara z kolegami. Każdy też jest osobnym, wyrazistym tworem, który wnosi coś istotnego do całości. Wszystkie natomiast są imponująco spójne, choć niekoniecznie łączą się w oczywisty/przewidywalny sposób. Muzycy Gridlink utrzymali zatrważająco wysoki poziom „Longhena”, co oznacza, że przez większość czasu płyta jest niemal absurdalnie szybka, niesamowicie intensywna, szalenie zróżnicowana, technicznie pokombinowana i nie trzyma się żadnych sztywnych ram. Coronet Juniper jest prawdziwie bezkompromisowa i wręcz kipi od rozsadzających ją od środka emocji, a jednocześnie przewijają się w niej dźwięki po prostu piękne, które z pozoru do niczego tu nie pasują. Poza tym album nie traci niczego z selektywności nawet w najbardziej zakręconych fragmentach.

Liderzy oryginalnego grindu powrócili na tron (na którym była tabliczka „zarezerwowane”) w wielkim stylu, więc każdy, kto mieni się miłośnikiem DOBREJ MUZYKI, powinien się jak najszybciej zapoznać z zawartością Coronet Juniper. Ten krążek koniecznie trzeba mieć w kolekcji i słuchać go do upadłego, bo kto wie, czy Gridlink zaraz się znowu nie rozpadną. I tym razem nie miałbym im tego za złe. Wszak zrobili tyle dobrego dla światowej kultury i tak dalej…


ocena: 9,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/GridLink512
Udostępnij:

13 listopada 2023

Criminal Element – Criminal Crime Time [2015]

Criminal Element - Criminal Crime Time recenzja reviewIstnieją takie grupy, które miały tak duży przemiał członków, że potrafią potem po wyrzuceniu z macierzystej kapeli zakładać własne zespoły. Tak było np. z Malevolent Creation, In Flames, czy właśnie Dying Fetus, którego ex-muzycy zebrali się razem i stworzyli mocno uliczny, gangusowo-patusowy projekt.

Normalnie, to ja się zżymam na takie klimaty i też nie ukrywam, że pierwsze odsłuchy trzeciej płyty kryminalistów potraktowałem z pobłażaniem. Ot prymitywne granie z nieco hardkorowym klimatem. No ale niestety, im dalej las, tym więcej drzew. Jak to czasami bywa, niektóre rzeczy zyskują przy bliższym poznaniu i nawet po początkowej niechęci zaczyna się do czegoś wracać.

Jest tu jak najbardziej obecny duch Dying Fetus, przefiltrowany przez Napalm Death i trochę tej starej Sepultury. Pierwsze co zaczęło mi się podobać to solówki, bo bardzo sprytnie komplementują riffy i prowadzą za rękę słuchacza poprzez poszczególne części składowe utworu. Jest też i głośno plumkający bas, choć może to przez brzmienie gitar, które przywodzi na myśl późne lata ’80, wczesne ’90. Riffy trzymają się jednego, określonego stylu, ale starają się jako tako urozmaicać różnymi tempami.

Płyta tworzy pewną spójną całość (nie mylić z monotonnością) i zdaje się mieć jakiś przewodni koncept, który opisuje jakieś, nazwijmy to, „kwestie systemu więziennego” i porównania takowego systemu do U.S.A. jako całości. Całość trwa zaledwie 31 minut, więc nie ma większego ryzyka wypalenia się, choć muza pod koniec już trochę traci na energii i zdarza się jedna balladka.

Ogólnie jest to płytka do potupania nóżką i zażycia czegoś relaksacyjnego. Można też się wyłożyć na leżaczku i puścić w wakacje, co też gorąco polecam.


ocena: 7/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/CriminalElementDC
Udostępnij:

4 listopada 2023

Dying Fetus – Make Them Beg For Death [2023]

Dying Fetus - Make Them Beg For Death recenzja reviewBrawo, brawo, klask, klask! Dying Fetus pobili swój rekord w długości przerw między kolejnymi płytami! Czy w związku z tym na Make Them Beg For Death przygotowali coś nowatorskiego, zaskakującego i zmieniającego reguły brutalnego i technicznego death metalu? Ano nie, nie, nieee… Wręcz przeciwnie – dziewiąty album Amerykanów to w zasadzie kolaż sprawdzonych patentów — z jakich są znani przynajmniej od dwudziestu lat — w sprawdzonych konfiguracjach. Kiepawo, no nie? Ano nie, nie, nieee…

Pomimo doskonale znanej formuły i przemielonych na wszystkie sposoby zagrywek, Make Them Beg For Death imponuje świeżością, jakiej w tym gatunku praktycznie się nie spotyka. Całość brzmi jakby paru ponadprzeciętnie utalentowanych muzyków dopiero co odkryło takie dźwięki i było tym faktem niesamowicie podjaranych. Ten entuzjazm i radość z grania są bardzo zaraźliwe, dzięki czemu materiał wchodzi znakomicie i zapewnia słuchaczowi podwyższony poziom adrenaliny od pierwszego do ostatniego kawałka. Wobec powyższego ewentualna wtórność nie stanowi najmniejszego problemu i nie warto jej brać pod uwagę.

Z przymrużeniem oka można nawet potraktować Make Them Beg For Death jako swego rodzaju „the best of”, bo zawiera wszystkie elementy, w których Dying Fetus wyspecjalizowali się na przestrzeni lat, a które są tak uwielbiane (i oczekiwane) przez fanów, choć krążek sam w sobie nie jest ani najszybszy, ani najbrutalniejszy, ani najbardziej techniczny w ich dorobku. W przypadku tej płyty rezultat jest dużo lepszy, niż by to wynikało z prostej sumy części składowych. W dodatku materiał brzmi znakomicie (ciężej niż „Reign Supreme” i o wiele selektywniej niż „Wrong One To Fuck With”), jest dynamiczny i chwytliwy jak diabli. Plusem jest także jego rozsądna objętość – 38 minut.

Jeśli na Make Them Beg For Death czegoś mi brakuje, to może tylko paru klimatycznych solówek, które tak dobrze sprawdziły się na „Reign Supreme”, bo jedna w „Feast Of Ashes” to jednak trochę mało. I tyle, więcej uwag nie posiadam, mnie tu naprawdę wszystko pasuje. Ten krążek to świetnie podana kwintesencja stylu Dying Fetus i dlatego z miejsca trafił do mojego „top 3” w dyskografii zespołu.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/DyingFetus







Udostępnij:

1 listopada 2023

Descend – Requiem Of Flame [2001]

Descend - Requiem Of Flame recenzja reviewNo więc tak… Była sobie wiecie, taka tam grupa z Cleveland (parafrazując Świat Wg Ludwiczka, po śmierci wszyscy idą do Cleveland), która miała najzwyczajniej w świecie zabawę i ochotę pobawić się w zespół. Ale nie byle jaki zespół, bo grający Death Metal. Ohio generalnie raczej słynnie z mrocznych dźwięków, typu Necrophagia, Nunslaughter, Drogheda, więc grupa ta jest nieco zaprzeczeniem swojego stanu, z którego pochodzi i bardziej pasowałaby do Luizjany albo słonecznej Kalifornii.

A to dlatego, że ma piaszczyste brzmienie i wplątują do swej muzyki elementy Stoner Rocka. Ale takiego typu Kyuss, więc wiadomo, że będzie zajebiście. I ja oczywiście zgodzę się ze stwierdzeniem, że 90% tego gatunku to były marne popłuczyny Black Sabbath, ale tutaj jest to bardziej przyprawa, niż główny składnik.

Cała płyta brzmi jak swoisty jam session nagrywana na jednym wdechu, a jednocześnie kompetentna i silnie zgrana. Słychać, że tych prób to oni mieli mnóstwo i że nagrywając materiał, wiedzieli wszystko, co chcą zrobić i jak. Jest oczywiście prędkość i ostrość, ale słychać też, że jest to stricte niszowe granie dla fanatyków Metalu.

Nie jest to jednak aż tak oczywisty wpływ jakby mogło się wydawać, bo cała otoczka zdaje się krzyczeć „standardowy brutalny Death” i dopiero głębsze poznanie (przy kilku głębszych he he) pozwala na cieszenie się materiałem.

Wady zawsze się znajdą, tu się gdzieś zgubi rytm, tutaj coś zaskrzeczy, tutaj jakaś przesadzona solówka, ale to nieważne, bo klimat wynagradza wszystko. Słuchając tego, chciałbym być na miejscu i mieć przyjemność uczestniczyć w nagrywaniu tego. Zapewne dużo papierosów (różnej maści), jak i alkoholu poszło przy tworzeniu tego, ale na tym właśnie polega pasja – nie na tworzeniu kariery, a na tworzeniu sztuki.

I moim zdaniem, mamy tutaj do czynienia z niszową, stricte „zajawkową”, ale jednak sztuką. Polecam na weekend.


ocena: 8/10
mutant
Udostępnij:

17 października 2023

Horrendous – Ontological Mysterium [2023]

Horrendous - Ontological Mysterium recenzja reviewBardzo długą i poniekąd krętą drogę, pod względem stylistycznym, przebyli Amerykanie od swojego „szwedzkiego” debiutu z 2012 roku do chwili obecnej. Co ciekawe, każdy kolejny etap był dla nich jakimś przełomem w karierze i każdy skutkował przetasowaniami wśród fanów – część starych odpuszczała zdegustowana, a w ich miejsce pojawiali się oczarowani nowi. W rezultacie Horrendous tyleż samo razy dokonywali czegoś genialnego, co ordynarnie dawali dupy. Co by nie mówić, abstrahując od poziomu muzyki, sama sława zespołu wywołującego skrajne emocje to już spore osiągnięcie.

Wartość rynkowa Horrendous nie sprowadza się jednak do wydumanych „kontrowersji”, czego najlepszym przykładem jest Ontological Mysterium – najkrótszy i bodaj najbardziej różnorodny album w dyskografii Amerykanów. Piąta płyta zespołu wydaje się być logicznym krokiem naprzód względem „Idol”, więc z grubsza wiadomo, czego można się spodziewać, choć znalazło się tu także trochę szokujących, przynajmniej do jakiegoś stopnia, niespodzianek. Mnie najmocniej trzasnęły czyste wokale w typie Edge Of Sanity czy Opeth, które pojawiły się już w trzeciej minucie szalenie rozbudowanego „Chrysopoeia (The Archaeology Of Dawn)” i natychmiast wzbudziły we mnie mnóstwo obaw o ciąg dalszy materiału. Jak się okazało, niepotrzebnie. Na całym krążku takich partii uzbierałoby się może pół minuty, poza tym są lepiej wykonane i sprytniej rozmieszczone niż na „Idol”, więc na pewno nie przytłaczają ani nie odwracają uwagi od tego, co istotne. To po prostu kolejne urozmaicenie z bogatego wachlarza dostępnych zespołowi środków, choć z mojej perspektywy akurat najmniej potrzebne.

To że „Ontological Mysterium znacząco różni się od „The Chills”, nie jest niczym niezwykłym — co nie zmienia faktu, że niektóre charakterystyczne dla Horrendous elementy, choćby podejście do konstrukcji riffów, wciąż są z powodzeniem wykorzystywane przez zespół — jednak już stopień zmian w stosunku do poprzednika budzi uznanie. Nowy album grupy imponuje rozmachem, mnogością kontrastujących ze sobą fragmentów, lekkością, z jaką muzycy Horrendous poruszają się między kolejnymi motywami oraz wyjątkowo przemyślaną i przystępną konstrukcją, dzięki której materiał wydaje się znacznie krótszy, niż jest w rzeczywistości. Ponadto całość jest dość żwawa (jeszcze do końca nie zrezygnowali z blastów), z wieloma partiami wręcz thrash’owej proweniencji, które w połączeniu z dominującym progresywnym graniem udanie wpływają na dynamikę. Bas, który tak mocno zyskał na znaczeniu na Idol”, na Ontological Mysterium został nieco cofnięty w miksie, a mimo to w paru fragmentach odgrywa wiodącą rolę i to wokół niego zbudowana jest kompozycja.

Na specjalną uwagę zasługuje klimat płyty, który nie ulatnia się nawet wtedy, gdy Horrendous zwiększają tempo i dokładają do pieca. W jego utrzymaniu bardzo pomagają naprawdę piękne i kreatywne solówki, wspomniany już bas oraz przejrzyste, przestrzenne i organiczne brzmienie całości. Choć uzyskany przy użyciu innych środków, rezultat trochę kojarzy mi się z onirycznymi odlotami, do których przyzwyczaiła mnie Fallujah, tylko może w nieco cieplejszej i przyziemnej formie. To wszystko sprawia, że Ontological Mysterium słucha się z wielką łatwością.

Oprócz wspomnianych już wyżej (oraz przy okazji Idol”) czystych wokali, na Ontological Mysterium właściwe nie ma się do czego przyczepić. Przez chwilę miałem zamiar zrzędzić na przesadną oszczędność Horrendous w korzystaniu z pewnych motywów (dwa powtórzenia w skali utworu, a chciałoby się ze trzydzieści), ale rozumiem ich zamysł – ta muzyka ma wywoływać m.in. także niedosyt – i to im się akurat doskonale udało.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/HorrendousDeathMetal

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

8 października 2023

Drawn And Quartered – Merciless Hammer Of Lucifer [2007]

Drawn And Quartered - Merciless Hammer Of Lucifer recenzja reviewSą pewne kapele, które robią swoje, bez fanfar, wydając swój materiał na własną rękę, bez łaski i czasami zostają docenieni, a czasami robią sztukę dla sztuki. Drawn and Quartered jest gdzieś pomiędzy – internetowy świat ich docenił, ale w realu jest już nieco gorzej, bo grupa założyła wytwórnię, aby wydawać swoje płyty (jakie to typowo amerykańskie podejście!). Zespół pochodzi ze stolicy Grunge, ale brzmi jak by był z Chicago i ma więcej wspólnego z tamtejszą sceną, niż z Seattle. To słychać nieco po nieco niszowej produkcji, jak i w tym, jak są składane riffy. W każdym razie ja cały czas myślałem, że są z Chicago.

Stylistycznie? Pochodna Immolation, trochę Suffocation, trochę Malevolent Creation, czasem Nile, Morbid Angel i parę innych zespołów gdzieś się znajdzie. Mimo to, udało im się stworzyć coś na pozór „swojego klimatu”. Zarówno oprawa graficzna, jak i lekkie granie z polotem stworzyło ich własną markę. Utwory owszem, są łatwe do słuchania, ale nie są banalne. Zgrabnie przechodzą w poszczególne motywy, tworzą jakąś narrację, opowieść i przechodzą logicznie w całość. Tego typu podejścia do grania bardzo mi brakuje i jest to też to, za co formacja została doceniona przez cyfrowych ludzi.

Nie zawsze udaje im się uniknąć banału, ale cały czas starają się tworzyć utwory unikając schematów i próbując zaciekawić słuchacza, co też im się udaje z zupełnością. Omawiany album ma jeszcze ponadto dodatkowo klipy i drugi cedek z niepublikowanymi utworami, co to miały się znaleźć na splitach.

Nie każdy pewnie doceni ten zespół, a szkoda, bo powinien. Nie ma tu może nadmiaru brutalności, ale jest to 100% Death Metal z charakterem, taki jak szatan przykazał. Fajnie też jest posłuchać grupy, która umie robić utwory, zamiast popisywać się umiejętnościami, czy też starająca się przekraczać wszelkie bariery dźwiękowe. Jest to zdecydowania gratka dla miłośników wczesnej sceny z Florydy.

Ja osobiście polecam, zwłaszcza że grupa nigdy się nie skalała słabą płyta w swej obecnie obfitej dyskografii. Zgrabny, zwinny album, który szybko i łatwo wchodzi. W każdym bądź razie, ignorujecie to na własne ryzyko.


ocena: 8/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/drawnandquartered
Udostępnij:

29 września 2023

Condemned – Realms Of The Ungodly [2011]

Condemned - Realms Of The Ungodly recenzja reviewRealms Of The Ungodly to smutny dowód na to, że nawet wzorując się na najlepszych, robiąc wszystko zgodnie z arkanami sztuki i mając naprawdę niezły potencjał, można nie wyjść ponad przeciętność. Druga płyta Condemned to szybki i brutalny death metal poskładany z oczywistych wpływów Defeated Sanity, Disgorge i Dying Fetus – sprawnie zagrany i profesjonalnie wyprodukowany, ale ze względu na zerową tożsamość – ulatniający się z głowy w kilka sekund po wybrzmieniu ostatniego kawałka.

Zespół broni się warsztatowo, to słychać zresztą od razu, jednak od strony kompozytorskiej ma spore problemy z wyjściem poza najbardziej oklepane i typowe schematy i w rezultacie nie potrafi pokazać swoich największych atutów. Dotyczy to zwłaszcza riffów, bo choć Condemned mają do zaoferowania naprawdę udane i urozmaicone patenty, to z jakichś powodów nie są w stanie ich wyeksponować i przekuć w udane, kopiące po dupie utwory. Mało tego, odnoszę wrażenie, że Amerykanie celowo oblepili najciekawsze pomysły jakimiś wtórnymi banałami, żeby przypadkiem nie wykiełkowało z nich coś wyrazistego – takie to jakieś dziwne dążenie do przeciętności.

Poza tym wydaje mi się, że z Realms Of The Ungodly można by wycisnąć więcej — nawet bez zmieniania jednej nuty — gdyby tylko ten materiał został zagrany/nagrany z większym (albo i jakimkolwiek…) zaangażowaniem. U Condemned nie czuć chęci mordu na słuchaczach i pławienia się w ich posoce; panowie grają jakby odpierdalali piątkową nockę przy taśmie w fabryce ołówków dla Ikei – na autopilocie, bez przekonania, tylko z obowiązku. Dotyczy to szczególnie wokalisty, który z wyjątkowo bezbarwnym i mało brutalnym głosem robi w zespole za najsłabsze ogniwo.

Nie przeczę, że pod pewnymi względami Realms Of The Ungodly może się podobać, wszak to dość rzetelna robota, jednak dla mnie to najwyżej muzyka z kategorii „hałas w tle przy ogarnianiu chaty” i — co trzeba uczciwie przyznać — jako taka sprawdza się dość dobrze. Natomiast przy próbie wgryzienia się w nią okazuje się mało angażująca i zbyt monotonna.


ocena: 5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/CondemnedOfficial

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij: