Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty

7 lutego 2021

Abiotic – Ikigai [2021]

Abiotic - Ikigai recenzja okładka review coverPamiętacie Abiotic? Pewnie nie. Zresztą nie ma w tym nic dziwnego, wszak sam zespół już w pierwszych minutach debiutu robił wszystko, żeby o nim jak najszybciej zapomnieć. Ta spektakularna porażka A&R Metal Blade wydaliła dwie kompletnie nieudane, drętwe i fatalnie przyjęte płyty, po czym, ku radości słuchaczy, zapadła się pod ziemię. Do czasu. W 2018 roku Amerykanie postanowili zebrać się do kupy, by jeszcze raz spróbować szczęścia. Co ciekawe, ludzie z The Artisan Era dostrzegli w nich jakiś potencjał i włączyli do swej techniczno-progresywnej trzódki. Wygłupili się?

O dziwno, nie. Sam jestem w lekkim szoku, bo po Abiotic spodziewałem się jedynie niestrawnych wariacji na temat tego gówna, które grali w przeszłości – w sam raz na dwa-trzy przesłuchania i szybką zjebkę. Tymczasem "Ikigai" okazał się materiałem zadziwiająco słuchalnym, do którego wcale nie trzeba się przymuszać recenzenckim obowiązkiem. Amerykanie w dalszym ciągu wydają się być pod dużym wpływem The Faceless czy Beneath The Massacre, ale na szczęście te inspiracje uzupełnili kilkoma nowszymi (choćby Rivers Of Nihil i Fallujah), dzięki czemu ich muzyka zyskała na płynności (wreszcie!), dynamice (tu brawa dla nowej sekcji rytmicznej), stała się bardziej przestrzenna, więcej w niej sensownych melodii, a pojawiający się w paru momentach intrygujący klimat jest naprawdę miłym dodatkiem. Ponadto Abiotic najwyraźniej porzucili plany zostania najbardziej technicznym i eklektycznym zespołem na świecie, co dobrze zrobiło czytelności utworów – ich poszczególne części nieźle się zazębiają i tworzą sensowną całość. Innymi słowy na "Ikigai" słychać dużo więcej przemyślanej muzyki niż jałowej trzepanki.

Biorąc pod uwagę, jak ogromne postępy zrobili Amerykanie, nie mam zamiaru przesadnie się ich czepiać, choć na niektóre kwestie jednak muszę zwrócić uwagę. Po pierwsze, mniejsze, zdarza się, że w kawałkach zaplącze się niepotrzebny brejkdałn albo fragment ekstremalny/techniczny na siłę – taki zgrzyt szybko rzuca się w uszy. Po drugie, też mniejsze, na "Ikigai" mamy całą chmarę raczej zbędnych gości (z wyjątkiem osobnika odpowiedzialnego za czyste wokale w 'Grief Eater, Tear Drinker' – właśnie tak chciałby śpiewać Masvidal), których obecność zalatuje mi robieniem sobie selling-pointów i poszerzaniem grona odbiorców w dość niewyszukany sposób. Po trzecie, największe, wokale na tym albumie nie wyrastają ponad (pod)gatunkową przeciętność – takie popisy można usłyszeć u 67882 innych kapel, a to nie świadczy o oryginalności.

Podobno nie ma takiego szamba, z którego nie można się wydostać, a Abiotic są tego najlepszym przykładem. Druzgocące opinie o pierwszych płytach powinny ich całkowicie wyleczyć z zabawy w muzykę, oni jednak zaryzykowali i powiadam wam, źle na tym nie wyszli. Warto dać im szansę.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/AbioticBand/





Udostępnij:

29 grudnia 2020

Goratory – Sour Grapes [2020]

Goratory - Sour Grapes recenzja okładka review coverNigdy nie było mi po drodze z Goratory, chociaż robiłem do kapeli kilka podejść i naprawdę, może nawet trochę na siłę próbowałem się do niej przekonać. A to wszystko z powodu jednego niepozornego człowieka o nazwisku Darren Cesca, który od lat należy do grona moich ulubionych perkmanów. Wszak nie bujałby się z resztą składu, gdyby nie byli w jakiś sposób fajni, no nie? Może gra z nimi z litości? A może mają na niego teczkę? Przynajmniej część tych wątpliwości rozwiewa wydany po 16 latach przerwy "Sour Grapes".

Nie sądzę, żeby zespół miał jakąś ogromną rzeszę fanów śliniących się na myśl o nowych utworach (choć mogę się mylić) tudzież był aż tak atrakcyjnym biznesowo kąskiem, by wytwórnie proponowały im miliony za reaktywację. Przychodzi mi do głowy tylko jeden logiczny powód, dla którego Goratory mogli wrócić z niebytu po tak długim okresie nicnierobienia: poczuli, że mają jeszcze coś do powiedzenia. Mimo to podchodziłem do "Sour Grapes" nieufnie – nie spodziewałem się po Amerykanach absolutnie niczego ponad to, co już słyszałem w ich wykonaniu, w dodatku miałem nawet dość dokładną wizję tego, jak pokracznie ta płyta będzie brzmiała. A tu proszę – dupa ze mnie, nie jasnowidz!

"Sour Grapes", pomijając jej głupawą otoczkę (która pewnie odstraszy wielu potencjalnych słuchaczy), naprawdę zaskakuje. Żadne to mistrzostwo świata, ale w swojej kategorii Goratory nie mają się (już) czego wstydzić. Zespół w dalszym ciągu wycina brutalny i techniczny death metal, z tą drobną różnicą, że teraz muzyka nabrała większego sensu, bardzo ładnie trzyma się kupy i nie sprawia wrażenia klejonej na siłę. Materiał jest dynamiczny, w miarę urozmaicony, a co najważniejsze upakowany naprawdę wyrazistymi riffami i szaleńczo szybkimi partiami perkusji (tu nie ma lipy). Całość zamknięto w rozsądnych 26 minutach, więc nikt nie zdąży pomyśleć o ziewaniu. W paru miejscach Amerykanie zapędzają się w rejony bliskie drugiej płycie Severed Savior, a to już jednoznacznie pokazuje, jakie zrobili postępy i zarazem stanowi jakąś rekomendację.

Produkcja "Sour Grapes" nie urywa dupy, jednak i tak jest co najmniej o klasę lepsza od tego, co miałem w głowie przed wysłuchaniem płyty. Na plus na pewno wypada czytelność, bo nawet bas utrzymuje się na powierzchni przy najbardziej zagęszczonej napierdusze.

Jeśli na widok okładki "Sour Grapes" przychodzi wam na myśl jedynie: "no kurwaaa, litościii", to polecam się przełamać i dać Goratory szansę (najlepiej zacząć od 'I Shit Your Pants'), bo inaczej stracicie kawał całkiem udanej i radosnej napierdalanki (bez śladu slamu!) w amerykańskim stylu.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/OfficialGoratory/
Udostępnij:

9 grudnia 2020

Odious Mortem – Synesthesia [2020]

Odious Mortem - Synesthesia recenzja okładka review coverNastępcę "Cryptic Implosion" zapowiadano od tak dawna — przypominam, że same nagrania rozpoczęto bodaj w 2015 — że można było z łatwością o nim zapomnieć tudzież zwątpić, że kiedykolwiek w ogóle się ukaże. No i nie wiem, jak wy, ale ja zwątpiłem. A gdy już Amerykanie wreszcie dali o sobie znać, potwierdziły się wszystkie moje obawy co do tego, jak ten krążek będzie wyglądał. Odious Mortem na "Synesthesia" nie zrobili niczego, żeby wymyślić zespół na nowo czy też w jakikolwiek sposób zaskoczyć słuchacza, zamiast tego skupili się wyłącznie na rozwijaniu — swoją drogą w mniej brutalny sposób — formuły poprzednika. Bez ryzyka i kombinowania na siłę.

Czy to mało? Jak na zespół tej klasy, na pewno. Tym bardziej, że od dłuższego czasu mam w stosunku do nich ogromne wymagania. Tymczasem na "Synesthesia" nie mogę się przyczepić jedynie do umiejętności technicznych, bo te momentami zwalają z nóg – swoboda, z jaką wycinają te swoje łamańce i zawijasy z neoklasycznym zacięciem musi budzić respekt. Zresztą wystarczy posłuchać solówek w 'Condemnation Foretold' – toż to jest, kurwa, mistrzostwo świata! Pomysłów również im nie brakuje i sypią nimi jak z rękawa; gorzej, że w żaden sposób owe pomysły nie wyrastają ponad to, co już robili w przeszłości. Jakość — w dodatku bardzo wysoka — jest, ale to nie nowa jakość i o przebiciu "Cryptic Implosion" nie ma mowy.

Na niekorzyść "Synesthesia" wpływają ponadto jeszcze dwie kwestie: wokal i brzmienie. Jak na moje ucho, Anthony Trapani zaliczył zbyt długą przerwę w graniu, bo w niczym nie przypomina kolesia, który zdzierał gardło na "Cryptic Implosion" i "Servile Insurrection". Ewidentnie brakuje mu mocy i większej dynamiki. Natomiast brzmienie, choć ogólnie jest dość czytelne, ciężarem nie zabija, toteż oceniam je przynajmniej na poziom niżej niż ostatnio. Nie uwierzę, że chłopaki mieli za mało czasu albo waluty, żeby je porządnie dopieścić.

Jako że na razie głównie narzekałem, więc teraz należy się słówko wyjaśnienia tym, którzy dotąd z Odious Mortem się nie zetknęli i nie kapują poniższej oceny. Amerykanie są zajebiści, a "Synesthesia" to wielce atrakcyjny, wymagający i pokombinowany death metal, który szybko wpada w ucho i zapewnia sporo radochy z rozkminiania aranżacyjnych niuansów. Jeeednak, skoro nie dorównuje leciwemu poprzednikowi, oceniam go na nędzne 8.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Odious-Mortem/134874569903774

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

2 grudnia 2020

Blood Incantation - Hidden History Of The Human Race [2019]

Blood Incantation - Hidden History Of The Human Race recenzja okładka review coverDawno żadna kapela nie zrobiła na w death metalu takiego zamieszania jak Blood Incantation z debiutanckim "Starspawn". Połączenie klasycznego podejścia do grania, kosmicznego klimatu i zaskakujących rozwiązań technicznych musiało robić wrażenie. Nic więc dziwnego, że oczekiwania w stosunku do następcy tego krążka były naprawdę ogromne - nic poniżej płyty dekady nie wchodziło w grę. Stąd też przy pierwszym kontakcie "Hidden History Of The Human Race" okazał się dla mnie pewnym rozczarowaniem, a wszystko to za sprawą riffu żywcem przeniesionego z 'Immortal Rites', który Amerykanie wrzucili na początku 'Slave Species Of The Gods'. Miało być oryginalnie i nietuzinkowo, a tu taki rip off? Cuś jest nie teges... Uprzedzę podsumowanie i już teraz podzielę się refleksją na temat "Hidden History Of The Human Race", którą później spróbuję uzasadnić: Amerykanie nagrali album równie dobry, co "Starspawn", wyraźnie od niego inny, lecz raczej go nieprzewyższający.

Styl zespołu z grubsza pozostał bez zmian - to techniczny death metal z analogowym brzmieniem (tym razem jest potężniejsze), w którym kosmos spotyka się z cuchnącą grzybem piwnicą, a pierwotna brutalność z wyrafinowanymi i subtelnymi melodiami. Słychać postęp, jaki dokonał się u Blood Incantation w ciągu trzech lat dzielących "Hidden History Of The Human Race" od debiutu, każdy element ich muzyki jest lepiej dopracowany - aranżacje są bogatsze i bardziej rozbudowane, a całość jeszcze lepiej się zazębia. Amerykanie w miarę możliwości uciekają od tradycyjnych struktur, unikają powtórzeń i powrotu do wcześniej wykorzystanych motywów. Jeśli mają w zanadrzu jakiś świetny patent, korzystają z niego z umiarem lub wplatają w tło. Takie podejście do komponowania sprawia, że materiał nie jest jednowymiarowy i przewidywalny, a w związku z tym wymaga więcej czasu i przesłuchań, by go należycie dobrze poznać. A czy przez to muzyka staje się trudna w odbiorze - wydaje mi się, że nie. "Hidden History Of The Human Race" śledzi się z przyjemnością i dużym zainteresowaniem, tym bardziej, że muzykom Blood Incantation nie brakuje ani pomysłów ani umiejętności.

Wszystko powyższe składa się na naprawdę doskonały album, który nawet jeśli jest trochę lepszy od "Starspawn", to za mało lepszy, żeby pisać o deklasacji, że pozwolę sobie na taki bełkot. Innymi słowy Blood Incantation zawiesili sobie poprzeczkę baaardzo wysoko, więc teraz wypadałoby, by każda ich kolejna płyta była zdumiewająca, olśniewająca i niepodobna do niczego, co już powstało w death metalu, a "Hidden History Of The Human Race" trochę w tej kwestii brakuje. Drugi minus dotyczy jałowych wypełniaczy, bez których wszystkim żyłoby się lepiej. Na debiucie był to akustyczny instrumental, tutaj - ambienty. Rozwlekły początek 'Inner Paths (To Outer Space)' (przez który numer zbyt wolno się rozkręca) i półtoraminutowa przerwa po pierwszej części 'Awakening From The Dream Of Existence To The Multidimensional Nature Of Our Reality (Mirror Of The Soul)' to elementy całkowice zbędne.

Nie ma sensu jojczyć, bo nie zmieni to faktu, że Blood Incantation już dobili do czołówki death metalu, a "Hidden History Of The Human Race" na pewno trafi do wymagających fanów. Na tę chwilę wystarczy mi, żeby zespół zrezygnował ze wspomnianej waty i rozważył nagrywanie nieco dłuższych płyt. Pełna rekomendacja!


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/astralnecrosis/

podobne płyty:




Udostępnij:

20 listopada 2020

Death - Live In L.A. (Death & Raw) [2001]

Death - Live In L.A. (Death & Raw) recenzja okładka review coverNa pierwsze wydawnictwo koncertowe Death przyszło nam czekać długo, bardzo długo... zbyt długo. Już nawet mniejsza o to, że inni herosi death metalu dużo wcześniej zaliczyli ten etap kariery, a w przypadku ekipy Chucka sprawa przeciągała się w nieskończoność. Chodzi mi raczej o to, że gdyby "Live In L.A. (Death & Raw)" ukazała się przynajmniej zgodnie z planem, to może udałoby się zdobyć więcej forsy na leczenie Chucka i sytuacja wyglądałaby inaczej. To tylko domysły, ale kto wie...

Koncert, który wtłoczono w srebrne rowki, zespół zagrał 5 grudnia 1998 roku w ramach trasy promującej "The Sound Of Perseverance", kiedy Death występowali razem z Hammerfall (kto kogo wtedy promował - polityka Nuclear Blast do dziś daje do myślenia), a wybrano go, ponieważ... był pod ręką i nadawał się do wydania. Tamtego dnia nikt nie miał żadnych specjalnych planów w związku z akurat tym występem, nie poczyniono też żadnych dodatkowych przygotowań. Zwykły koncert w typowych dla trasy warunkach. Tak się jednak zabawnie złożyło, że w klubie Whisky A Go-Go siedział koleś bez oporów nagrywający kogo popadnie, o ile dostał 75 dolców. Stąd też cały występ brzmi niezwykle autentycznie, a już bez owijania w bawełnę - po prostu surowo, co zresztą jednoznacznie sugeruje tytuł. Co i jak zagrali, w takiej formie trafiło na "Live In L.A. (Death & Raw)" - bez poprawek i dopieszczania.

Ze zrozumiałych względów zespół postawił na nowszy materiał (z nadreprezentacją "Symbolic"), redukując starocie do minimum (niestety nie znajdziemy tu ani jednego numeru ze "Spiritual Healing"), więc setlista nie jest przesadnie przekrojowa ani tym bardziej wyczerpująca, co nie każdego zadowoli, ale cóż - ciągle mówimy o koncertówce z przypadku. Wykonanie to oczywiście pierwsza klasa, nikomu nie można zarzucić fuszerki, chociaż solówkom Andy’ego w wykonaniu Hamma brakuje trochę lepszego feelingu. Ponadto uwagę zwracają dwie kwestie - wyższe niż na płytach wokale Chucka oraz wyraźnie podkręcone tempo większości utworów. Tej nocy Death zagrali szybciej (dobrze to słychać chociażby w 'Spirit Crusher', 'Zombie Ritual', 'Crystal Mountain'), bo... Richard Christy miał grypę (ponoć rzygał między numerami) i chciał czym prędzej przespać się w autokarze. Jako ciekawostkę mogę dorzucić, że przed 'Pull The Plug' zespół zagrał czołówkę z "Aniołków Charliego" - zgaduję, że to oko puszczone do miejscowej publiki.

Czy Death zasługiwał na lepszą, bardziej spektakularną i wypasioną koncertówkę? Wiadomo. Musimy się jednak cieszyć z tego, co mamy, a tak się składa, że "Live In L.A. (Death & Raw)" wcale nie jest słabym materiałem. Osobną kwestią jest to, że słucha się go ze ściśniętym gardłem.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/DeathOfficial

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

31 października 2020

Incantation – Sect Of Vile Divinities [2020]

Incantation - Sect Of Vile Divinities recenzja okładka review coverDożyliśmy ciekawych czasów. Granie pod Incantation jest czymś dobrze widzianym (i niemal bez wyjątku takoż ocenianym), zewsząd atakują nas setki kapel mielących smrodliwy i ponury death metal w starym stylu, ociężały kult sączy się z głośników... Tymczasem Incantation na stare lata próbują liznąć sławy i maksymalnie (żeby nie napisać – rozpaczliwie) zwiększyć grono swoich odbiorców. A jako że ekipa pod wodzą Johna McEntee raczej nigdy nie miała potencjału, by hurtowo pisać hity, panowie skupili się na tym, co było w ich zasięgu – skondensowali struktury utworów i złagodzili brzmienie. Właśnie takie dziwne wnioski pojawiają się u mnie po parudziesięciu sesjach z "Sect Of Vile Divinities".

Coś musi być na rzeczy, skoro Relapse dość intensywnie promuje zespół w mediach (wszak z marszu wypuścili im dwa klipy), a nowy album już przy pierwszym z nim zetknięciu sprawia wrażenie najbardziej przystępnego w historii Amerykanów. Wydaje mi się, że "Sect Of Vile Divinities" ma być dla Incantation czymś na zasadzie "teraz albo nigdy" – ostatnią okazją, żeby wreszcie przekonać do siebie nowych/wahających się słuchaczy, którzy wiele dobrego o nich słyszeli, ale zawsze odstraszała ich obskurność muzyki. Czy to wypali, nie jestem przekonany, bo w tej muzyce brakuje mi przede wszystkim trzech rzeczy: spójności, płynności i świeżości.

Nie da się ukryć, że pod wypolerowanym jak nigdy brzmieniem (zbyt sterylnym i nie pasującym do stylu Amerykanów) dostajemy bardzo typowe dla Incantation granie. Zespół nawet nie próbuje wyjść poza wypracowane schematy, nie licząc tego, że tym razem często chadza na aranżacyjnie skróty i zbyt gwałtownie przeskakuje między kolejnymi partiami. Przez takie zabiegi utwory wydają się chaotyczne i dziwnie pocięte, a ich poszczególne części nie mają czasu należycie wybrzmieć. Napięcie narasta, robi się ciekawie, a tu "ciach" i lecimy z kompletnie innym motywem. Szczególnie dużo tracą na tym solówki. Na "Profane Nexus" były fajnie wplecione w utwory, natomiast na "Sect Of Vile Divinities" w większości przypadków nie przewidziano dość miejsca, żeby w ogóle mogły się odpowiednio rozwinąć – jakby Sonny Lombardozzi (niezależnie od swoich pomysłów) dostał wytyczne typu: "streszczaj się brachu, bo psa trzeba jeszcze wyprowadzić".

Problem braku spójności dotyczy również wokalu – zasyfione charczenie McEntee po prostu nie pasuje do takiej formuły brzmieniowej. Wokal i muzyka istnieją obok siebie, na zupełnie innych płaszczyznach. Wyraźniej to słychać, kiedy Incantation zwalniają obroty – dźwięk staje się wręcz delikatny (werbel pykający jak kubek po jogurcie...), a John wciąż zapodaje niskie pomruki, które są brutalniejsze od wszystkiego wokół. Cuś tu nie teges... Na duży plus zasługuje za to praca basu, bo bardzo przyjemnie przebija się na powierzchnię i dodaje całości głębi.

Pomimo powyższego zrzędzenia, "Sect Of Vile Divinities" wcale nie jest kompletną porażką i można z niej wyciągnąć kilka naprawdę udanych fragmentów. Właśnie – fragmentów, nie utworów. W ogólnym rozrachunku daje to rozczarowanie, ale miejcie na uwadze, że rzecz dotyczy zespołu z zajebiście rozbudowaną dyskografią, której część to już pozycje kultowe – w stosunku do nich wymagania muszą być wysokie.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.incantation.com

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

16 października 2020

Metallica – S&M 2 [2020]

Metallica - S&M 2 recenzja okładka review coverRok 1999: o kurwa, Metallica z orkiestrą! Rok 2020: meh, Metallica z orkiestrą. Ponoć nie da się dwa razy wejść do tej samej rzeki, Amerykanie jednakowoż spróbowali, ponownie spiknęli się z San Francisco Symphony, a my, cóż, dostaliśmy powtórkę z rozrywki. Ładnie i z rozmachem zrealizowaną, ale jednak powtórkę. Przez 20 lat świat metalu — niekoniecznie nawet mainstreamowego — poszedł do przodu, z orkiestrami nagrywa każdy, kto tylko ma ochotę, element nowości dawno uleciał, a o jakąkolwiek ekscytację coraz trudniej. Nic więc dziwnego, że i "S&M 2" nie ekscytuje, to po prostu solidna koncertówka i w sumie niewiele ponadto.

Od nagrania pierwszej części upłynęło mnóstwo czasu, a mimo to aranżacje powtórzonych utworów (jest ich aż 11!) brzmią niemal identyczne jak za pierwszym razem, z wszystkim ich niedoróbkami i mieliznami. Fragmenty, kiedy orkiestra jest dobrze zespolona z zespołem i autentycznie coś wnosi do kawałków, można policzyć na palcach jednej ręki (w całości broni się jedynie doskonały 'No Leaf Clover'). Najczęściej — i dotyczy to również numerów z trzech ostatnich płyt — mamy do czynienia z niedookreślonym i przypadkowym pitoleniem w tle, z którego — oprócz dysonansów — tak naprawdę niewiele wynika. Pół biedy, jeśli muzycy klasyczni tylko nie przeszkadzają, bo są niestety momenty, kiedy zapędzają się ze słodzeniem, jakby chodziło co najmniej o soundtrack do filmu Disneya. Poza tym znowu nikt nie wpadł na to, żeby użyć chóru i w odczuwalny sposób pobawić się dramaturgią. Symfoniczne zaplecze sprawia wrażenie zrobionego po linii najmniejszego oporu, a to że "S&M 2" ogląda się (i słucha) całkiem przyjemnie, jest raczej zasługą dobrego materiału źródłowego, bo setlista jest wyjątkowo przekrojowa, choć dość przewidywalna.

Nie znaczy to jednak, że na "S&M 2" nie ma eksperymentów... Te pojawiają się w drugiej części koncertu i w większości są... nieudane. Na początek orkiestra serwuje nam utwór dobrze wszystkim znanego Prokofjewa, a później, już z towarzystwem zespołu, zanurza się w sowiecki futuryzm (w wydaniu Aleksandra Mosołowa). Ja wiem, że to raczej zapchajdziura mająca dać muzykom chwilę odpoczynku, ale robienie z Metallicy jakiejś awangardy (bo taka jest narracja) wydaje mi się nie na miejscu. Do niepotrzebnych zaliczyłbym ponadto klasyczną wersję 'The Unforgiven III' ze śpiewającym Hetfieldem (bez gitary nie wie, co zrobić z rękami) oraz mocno przerobiony — i warto zaznaczyć, że dużo lepszy niż w oryginale — 'All Within My Hands'. Te pół godziny można było wyciąć, a koncert nic by na tym nie stracił, a zyskał na spójności. Ciekawiej robi się dopiero od '(Anesthesia) – Pulling Teeth', który został zagrany w hołdzie Burtonowi na... kontrabasie elektrycznym. Posunięcie ryzykowne, ale Scott Pingel wyszedł z tej konfrontacji obronną ręką.

Przechodząc do realizacji, koniecznie trzeba pochwalić jakość dźwięku oraz obrazu – niezależnie od ewentualnych poprawek całość wygląda i brzmi zajebiście jak na Metallicę i standardy blureja przystało. Zespół wraz z orkiestrą na małej scenie w otoczeniu (dosłownie) tysięcy ludzi, którzy aktywnie uczestniczą w koncercie ('The Memory Remains' się kłania) i podkręcają atmosferę uczestnictwa w czymś wyjątkowym – to robi wrażenie. Wiadomo, że ze względu na warunki i ogólną konwencję musiało się obyć bez spektakularnej scenografii i efektów, ale już sama oprawa świetlna robi dobrą robotę. Ujęcia są ciekawe, montaż dynamiczny i tylko do dzielenia ekranu nie jestem przekonany. Jako że zespół zajmuje miejsce w samym centrum, członków orkiestry ustawiono z lekka niepraktycznie po okręgu, więc siłą rzeczy niektórzy znajdują się poza zasięgiem dyrygenta, ale ten problem rozwiązano małymi ekranami z jego podglądem. Dla Jamesa przewidziano natomiast większe monitory z tekstami utworów – wiek nikogo nie oszczędza... Z ciekawostek mogę jeszcze wymienić scenę (z intra 'One'), w której Lars (swoją drogą w tej czapce wygląda jak Justin Bieber) tłumaczy perkusiście gravity blasty...

Podsumowanie będzie krótkie, bo 'wyjątkowość' "S&M 2" zakwestionowałem już na początku. W tym przypadku bardziej chodzi o jakość, a ta jest niezaprzeczalnie wysoka. Z oczywistych względów ciekawiej wypada krążek video – spędzenie dwóch i pół godziny (nie licząc dodatków) przed telewizorem nie powinno dla nikogo stanowić problemu, nawet jeśli z Metallicą ma styczność tylko od święta. W wersji audio, szczególnie w pierwszej części, pojawia się już pewien problem, bo choć słucha się tego dobrze, to dość łatwo można zapomnieć, że gdzieś tam powinna mieszać orkiestra. Przy odrobinie chęci zespół mógł podejść do tematu z większym rozmachem, a tymczasem to po prostu solidna koncertówka.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.metallica.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

23 września 2020

Pyrrhon – Abscess Time [2020]

Pyrrhon - Abscess Time recenzja okładka review coverJak skutecznie zryć sobie beret niskim koszem? Należy regularnie oglądać główne wydanie wiadomości. Jeśli jednak nie posiadacie telewizora tudzież nie kręci was Holecka, możecie zainwestować kilka dych w czwarty longplej Pyrrhon – zadziała równie dobrze, a obędzie się bez poczucia wstydu. Z płyty na płytę Amerykanie idą w kierunku... no... w sobie tylko znanym kierunku. A przynajmniej zakładam, że znanym. W każdym razie gdzieś przed siebie, bo na "Abscess Time" dostaliśmy prawie godzinę charakterystycznego już dla nich zagmatwanego death metalu wymieszanego ze sludge i grindem, przy czym jeszcze więcej w nim hałasu i dźwięków co najmniej schizolskich.

Pyrrhon już nie raz udowodnili, że nie interesują ich utarte schematy, granie od szablonu i bycie Gorguts wannabe, a "Abscess Time" jest tego kolejnym potwierdzeniem. Najnowszy materiał Bruklińczyków jest pogięty jak widelec w mlecznym barze, nieprzewidywalny jak Korwin przy mównicy i absolutnie daleki od death metalowego banału spod znaku Six Feet Under. O chwytliwych melodiach i jakimkolwiek groove możecie zapomnieć. W muzyce Amerykanów coraz trudniej doszukać się nawet wyraźniejszych struktur czy czegoś, za czym można by podążać, więc ogarnięcie całości wymaga sporo czasu i nie lada czujności/cierpliwości. Miejcie przy tym na uwadze to, że u Pyrrhon granica pomiędzy regularnym graniem a improwizacją zdaje się powoli zacierać, stąd też momentami trudno się połapać, czy oni w ten chaos brną tak na serio czy tylko robią sobie jaja ze słuchaczy. I co najlepsze – ta niepewność towarzyszy odbiorcy do końca płyty.

Słuchając "Abscess Time" z pewnością nabierzecie przekonania, że Amerykanie robią naprawdę sporo, żeby ich muzyka nie była dla wszystkich — albo nawet, żeby niekoniecznie uznawano te dźwięki za muzykę — i mają w głębokim poważaniu, czy z tego powodu ktoś zapała do zespołu uczuciem. Pyrrhon sprawnie mieszają skrajne elementy różnych stylistyk, ale niczego przy tym nie wygładzają – mnóstwo tu kaleczących uszy dysonansów, odhumanizowanych wrzasków i męczących rozjazdów poszczególnych instrumentów. Inne kapele w tym miejscu podejrzewałbym pewnie o braki warsztatowe i budżetowe, ale skoro "Abscess Time" zajmował się Marston, to wiadomo, że materiał celowo wyprodukowano w ten właśnie sposób. Colin z własnej woli fuszerki by nie przepuścił, a sam krążek brzmi tak, że mucha nie siada – przynajmniej w swojej niszy to już wyższa półka.

Czwarty album Pyrrhon to z jednej strony ciekawe wyzwanie dla wytrwałych maniaków oryginalnego grania, z drugiej zaś niewykluczone, że ostatnia szansa posłuchania zespołu zanim całkowicie wypnie się na death metal i pogrąży w chaosie. Cieszmy się zatem, że z "Abscess Time" można cokolwiek zrozumieć.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pyrrhonband

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

7 września 2020

Unmerciful – Wrath Encompassed [2020]

Unmerciful - Wrath Encompassed recenzja okładka review coverDo czego to doszło! Unmerciful niesamowicie usprawnili proces powstawania nowej muzyki — albo przeprowadzania kolejnych zmian w składzie — dzięki czemu udało im się poskładać "Wrath Encompassed" w zaledwie 4 lata od wydania poprzedniego materiału, nie zaś w 10, jak to było z krążkiem numer dwa. Pracowitość i ambicje godne pochwały, bo brutalnego death metalu nigdy za wiele, a zwłaszcza kiedy nie bierze on jeńców i jest zagrany na tak zajebiście wysokim poziomie.

Już na początku warto odnotować, że choć nowa płyta Amerykanów jest najdłuższa w ich skromnej dyskografii i trwa prawie 40 minut, to muzycy jakoś nie zawracają sobie głów dawaniem dłuższej chwili na złapanie oddechu (obojętnie – sobie czy słuchaczom) i napierają przede wszystkim w szybkich i baaardzo szybkich ('Blazing Hatred', 'Carnage Unleashed', 'Furious Precision' – ugh!) tempach. Nie przeczę, że tak skomasowany atak w większej dawce może być męczący, jednak u mnie budzi wyłącznie respekt (no, i momentami niedowierzanie), bo osiągnięcie takiej intensywności wymaga niemal nieludzkiej wytrzymałości i precyzji. W tym miejscu szczególne słowa uznania dla Trynta Kelly’ego, który nie ma tak dużego nazwiska jak choćby Longstreth, ale jak dalej będzie napierdalał z takim rozmachem, to na pewno je sobie wyrobi. Na "Wrath Encompassed" dał z siebie chyba wszystko, żeby nie wypaść blado w porównaniu z utytułowanym poprzednikiem. A że koledzy nie zostali w tyle, to jest na czym ucho zawiesić.

Nie da się ukryć, że płyty na płytę Unmerciful korygują rozłożenie akcentów w muzyce, większy nacisk kładąc na technikę, złożoność aranżacji i czytelność brzmienia (o soundzie z debiutu można zapomnieć) niż na jednowymiarowe naparzanie na oślep, a przez to bardzo zbliżają się do tego, co za swoich najlepszych czasów robił Origin. Innymi słowy: esencja zagmatwanego (acz nie do przesady) napierdolu bez śladu eksperymentów. Nie każdemu ta ewolucja pewnie spasuje, ale skoro całość wypada w stu procentach naturalnie, to chyba nie ma sensu zrzędzić. Mnie w każdym razie "Wrath Encompassed" wszedł lepiej niż "Ravenous Impulse", co jednak może mieć związek z mniejszymi oczekiwaniami w stosunku do tej płyty. Bywa, że czasem trzeba dać się zaskoczyć na plus.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/officialunmerciful/

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

21 lipca 2020

Misery Index – Rituals Of Power [2019]

Misery Index - Rituals Of Power recenzja okładka review coverDo dupy z tym Misery Index! Co się zabierałem do pisania o "Rituals Of Power", wychodziła mi praktycznie kopia recki "The Killing Gods". Co poradzić, skoro Amerykanie dopracowali swój styl do perfekcji i w jego ramach nagrywają wyłącznie zajebiste płyty, które po prostu trzeba obsypywać komplementami. Poza tym wydaje mi się, że wymyślanie nowych utworów przychodzi im z taką łatwością, jakby byli jedynymi przedstawicielami grindującego death metalu na świecie i nie musieli się nikim przejmować. A może naprawdę się nie przejmują? Kto ich tam wie; ja w każdym razie jestem przekonany, że żaden miłośnik gwałtownej muzyki nie będzie ich materiałem zawiedziony.

Misery Index, podobnie jak ostatnio, przygotowali zestaw kilku numerów, które są niesamowicie energetyczne, dynamiczne, brutalne, niezaprzeczalnie chwytliwe i w sumie... niepodrabialne. Zespół ma doskonały patent na łączenie totalnej żywiołowości, chirurgicznej precyzji i technicznego mistrzostwa, więc, co zrozumiałe, korzysta z niego także na "Rituals Of Power". Świetnym przykładem kompozytorskiego wyrobienia Misery Index jest uberhiciorskie 'New Salem', który każdego maniaka złapie za mordę i przeciągnie po podłodze jak mokrą szmatę. Z kolei odrobinę inne wrażenia zapewniają 'Decline And Fall' i kawałek tytułowy, bo choć również szybko wpadają w ucho i pierdolnięcia im nie brakuje, to w swoich późniejszych częściach zaskakują pewną dramaturgią i bardzo klimatycznymi partiami, które udanie podnoszą poziom świeżości i tak już świeżej muzyki.

Ponadto zespołowi należą się pochwały za kapitalne soczyste — a przy tym nieco inne niż na "The Killing Gods" — brzmienie i krystaliczną produkcję, która uwypukla wszystkie aranżacyjne cudeńka i podbija dynamikę i tak już dynamicznych utworów. Warto także wspomnieć, że "Rituals Of Power" jest pozbawiony wszystkiego, co miałoby choćby znamiona zapychacza. Innymi słowy: zero dłużyzn, sam konkret, w dodatku podany z pełnym zaangażowaniem.

Jako że jestem z natury czepliwy i zawsze muszę się do czegoś przypieprzyć, a w przypadku "Rituals Of Power" nie mam właściwie do czego, na zakończenie napiszę tylko, że trochę martwią mnie coraz dłuższe przerwy między kolejnymi płytami Misery Index. No, ale jeśli taka ma być cena ich wysokiej jakości, jakoś to przeboleję.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/MiseryIndex

inne płyty tego wykonawcy:






Udostępnij:

14 czerwca 2020

Construct Of Lethe – Exiler [2018]

Construct Of Lethe - Exiler recenzja okładka review coverGeneza tego zespołu/projektu jest z lekka dziwna, bo powstał tylko po to, żeby Tony Petrocelly mógł jakoś spożytkować materiał, jaki w ciągu ostatnich lat przygotował pierwotnie dla paru swoich, w tej chwili w większości już nieistniejących, kapel. Ot, takie death metalowe wysypisko nieużywanych pomysłów. Debiutem Construct Of Lethe udowodnił jednak, że nie robi niczego na odpierdol i koniec końców taki 'patchworkowy' twór ma sens. Dwójka wyszła mu jeszcze lepiej, więc tym bardziej zachęcam, żeby dać zespołowi szansę. Wszak od ostatniej porządnej płyty Morbid Angel upłynęło tak dużo czasu...

Nie da się ukryć, że muzyka Construct Of Lethe jest w ogromnym stopniu zainspirowana dokonaniami Morbidów, a wpływy ekipy Azagthotha słychać ba "Exiler" niemal w każdej frazie, ale Amerykanie nie ograniczają się tylko do nich, inkorporując do utworów choćby schizolskie patenty Immolation czy dysonanse charakterystyczne dla Gorguts. To wszystko okrasili garścią swoich — należy nadmienić, że ciekawych i udanie wplecionych — pomysłów i podali w dobrze dopasowanym brzmieniu. Bardzo istotne jest to, że Construct Of Lethe nie boją się eksperymentów, nie wydają się być ograniczeni wcześniej wypracowanymi schematami, ani też nie próbują być nowocześni na siłę – jeśli coś im pasuje do utworów, po prostu korzystają z tego. Słuchając "Exiler" nie czuję zgrzytów, tu każdy element gładko i naturalnie zazębia się z innymi. Construct Of Lethe pokazują, w jakiem kierunku Morbidzi powinni się rozwijać, żeby zachować łączność z przeszłością, a przy okazji robić coś świeżego.

Od strony wykonawczej "Exiler" nie może budzić najmniejszych zastrzeżeń, bo gitarzyści doskonale opanowali swój fach (Patrick Bonvin pewnie ze dwa razy dziennie modli się do Azagthotha...), a nagrany przez Tony’ego Petrocelly bas nie sprowadza się do plumkania w tle i naprawdę wnosi jakąś wartość do kawałków. Perkusję na "Exiler" nagrał sesyjnie Kévin Paradis, obecnie jeden z bardziej rozchwytywanych bębniarzy w death metalu, więc jakości jego partii można się domyślać. Całość trwa 40 minut, co przy tym poziomie intensywności i ilości urozmaiceń wydaje się optymalną długością – w ten sposób muzyka ani nie nudzi ani nie doprowadza do przegrzania obwodów.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/constructoflethe/

podobne płyty:

Udostępnij:

3 czerwca 2020

Ara – Jurisprudence [2020]

Ara - Jurisprudence recenzja okładka review coverLudzie to są świnie. Ot na przykład: ktoś wymyślił sobie, żeby opisać twórczość Ara jako techniczny i eksperymentalny death metal w stylu Gorguts i Anata. W ten sposób jedynie zrobił zespołowi krzywdę, bo później jakiś napaleniec, dajmy na to ja, rzuci się na ich płytę, wysłucha jej z ogromnymi oczekiwaniami, by w końcu skierować pełne pretensji pytanie do wszechświata: no co jest, do kurwy nędzy? Nie dość, że muzyka tego amerykańskiego kwartetu nie ma właściwie nic wspólnego z wyżej wymienionymi kapelami i można ją sprowadzić do "po prostu death metal", to jeszcze w zasadzie w ogóle nie robi wrażenia.

Instrumentaliści stojący za Ara potrafią wprawdzie dość sprawnie przebierać kończynami, nie gubią się w tych dźwiękach (osobną kwestią jest to, że nie za bardzo jest się tu w czym zgubić), jednak "Jurisprudence" nie ma w sobie niczego, dzięki czemu ten materiał mógłby wyrastać ponad gatunkową przeciętność. Przypuszczam, że gdyby nie te ciągnące się za zespołem porównania, sam pewnie zakończyłbym kontakt z albumem już po pierwszym kawałku albo nawet w jego trakcie (posłuchacie – zrozumiecie). Magia dużych nazw robi swoje, więc dzielnie wytrwałem kilkanaście przesłuchań, z każdym kolejnym coraz bardziej tracąc nadzieję na wyłapanie czegoś powalającego. Jeśli starczy wam skupienia i mocno się wsłuchacie, to może wyłuskacie kilka riffów zainspirowanych Anata czy partii wokalnych ocierających się o wrzaski Lemay’a (tylko bez tej jego ekspresji), ale to naprawdę wszystko, co łączy Ara z tymi mistrzami.

O krzywdzie, jaka spotkała zespół z zewnątrz, już wspomniałem, teraz muszę wskazać drugą, którą zafundowali (i to dosłownie) sobie sami. "Jurisprudence" brzmi z lekka dziwnie, żeby nie napisać – do dupy. Serio, krążek oferuje jakość dźwięku na poziomie potraktowanej po macoszemu demówki, nie zaś już kolejnej w dorobku kapeli płyty, która ma pourywać łby. Szczególnie cienko i sztucznie brzmi perkusja — jak z automatu produkcji północnokoreańskiej — czego najgorszy przykład mamy w końcówce 'Etymologicide'. Co ciekawe, podobno Amerykanie mieli do wyboru inną wersję masteringu (czy lepszą – tego nie wiadomo), ale w głosowaniu została odrzucona.

W sensownej oprawie muzyka Ara mogłaby się jakoś obronić, bo nie jest to robota amatorów, jednak w obecnej formie spodoba się naprawdę nielicznym. Ja polecałbym odroczyć kontakt z zespołem do następnego materiału, a nuż będzie lepiej.


ocena: 6/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Ara.Music.WI
Udostępnij:

6 maja 2020

Singularity – Place Of Chains [2019]

Singularity - Place Of Chains recenzja okładka review coverO Singularity dużo się ostatnio pisze w kontekście takich nazw jak Fleshgod Apocalypse, Arcturus czy Arkaik, robiąc z Amerykanów niemal awangardę, a na dobrą sprawę styl zespołu można sprowadzić do blackującego i dość technicznego death metalu z klawiszami. Tak po prostu, bez sensacji. Chłopaki niczego nowego swoim graniem nie odkrywają, co nie zmienia faktu, że "Place Of Chains" zasługuje na to, żeby poświęcić mu kilka chwil.

Dominująca, death metalowa strona muzyki Singularity z łatwością do mnie przemawia, bo choć oryginalności w niej za grosz, pomysłów na urozmaicenie utworów tu nie brakuje, oba wokale dają radę, a wykonaniu nie można niczego zarzucić. W paru ostrzejszych i bardziej zakręconych momentach "Place Of Chains" kojarzy mi się z dokonaniami Alterbeast, jednak przez większość czasu Amerykanie pogrywają w sposób raczej umiarkowany i z wyczuciem – nie przeginając z tempami, złożonością aranżacji czy poziomem brutalności. Wychodzi im to całkiem zgrabnie i nie jest specjalnie wymagające od odbiorcy, więc myślę, że powinni do siebie przekonać nawet niedzielnych słuchaczy.

Pozostaje jeszcze strona szumnie zwana symfoniczno-blackową, z którą mam pewne problemy. Riffów czy struktur się nie czepiam, bo nie ma takiej potrzeby, ale klawiszy już muszę. Rozbudowane orkiestracje, neoklasyczny rozmach, sprowadzający ciarki klimat? Sorki, to nie tu. Partie parapetu na "Place Of Chains" są mocno zainspirowane norweskim plumkaniem sprzed 25 lat (także brzmieniowo), w związku z czym ograniczają się do monotonnego klepania kilku zapętlonych dźwięków przez cały (!) kawałek. Jakby tych nonsensów było mało, klawisze wyprodukowano tak, żeby przesłaniały gitary (te wybijają się tylko przy okazji solówek). Nie pojmuję tego zabiegu, tym bardziej że na debiucie proporcje były właściwie dobrane. Czyżby w ten sposób Singularity chcieli oddać hołd zmarłemu klawiszowcowi? Ot, zagadka!

Jeśli nagromadzenie bezpłciowych popierdywań wam nie przeszkadza tudzież macie na tyle selektywny słuch, żeby je całkowicie zignorować i cieszyć się wyłącznie tradycyjnym instrumentarium, zawartość "Place Of Chains" przypuszczalnie sprawi wam sporo radości. Singularity odwalili tu kawał rzetelnej roboty, jednak w mojej ocenie na prawdziwe pochwały zasłużą, kiedy nieco wyprostują swój styl (czytać: skupią się na death metalu) i pozbawią go sztucznych przeszkadzajek (czytać: zrezygnują z parapetu).


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/SingularityAZ

podobne płyty:

Udostępnij:

2 maja 2020

Testament – Titans Of Creation [2020]

Testament - Titans Of Creation recenzja okładka review coverCo tu ukrywać, na kampanię promocyjną "Titans Of Creation" zerkałem jedynie z nieufnością, bo ostatnim razem Testament mocno mnie rozczarował i ponad wszelką wątpliwość udowodnił, że wielkie nazwiska, z wielkim doświadczeniem i wielkimi osiągnięciami niczego nie gwarantują. Niczego. Wprawdzie okładka autorstwa Elirana Kantora wygląda zajebiście zachęcająco, ale trzeba mieć się na baczności i nie ufać nikomu, zwłaszcza gdy może mieć w interesie wciśnięcie ludziom ładnie opakowanego bubla. Na szczęście, nie tym razem!

"Titans Of Creation" w dosłownie każdym elemencie przewyższa "Brotherhood Of The Snake" — przede wszystkim nie jest tak nudny i rozmemłany — choć na pewno nie mamy tu jeszcze do czynienia z Testamentem w topowej formie. To dobry, żwawo zagrany thrash’owy krążek z wieloma wpadającymi w ucho (a przy tym znajomo brzmiącymi) fragmentami, do których można wracać: (1) z przyjemnością, (2) z ciekawością, (3) z niedowierzaniem. W muzyce zawarto mnóstwo nawiązań do wcześniejszych płyt, z naciskiem na... "Practice What You Preach" i "The Formation Of Damnation" (co niekiedy daje osobliwe rezultaty), ale dodano również coś nowego i zaskakującego – wpływy black metalu. To nie pomyłka, Testament na stare lata wycina blackowe riffy w towarzystwie gęstych blastów i wrzeszczących wokali.

Jeśli przemilczymy wspomniane innowacje w jednym utworze ('Curse Of Osiris'), cała reszta jest materiałem dość wtórnym i przewidywalnym, w dodatku niepotrzebnie rozciągniętym w czasie. Część tych uwag można spiąć klamrą "wypracowany styl zespołu" i sam chętnie tak robię, jednak już występujących na "Titans Of Creation" dłużyzn w ten sposób nie obronię. Bez żalu pożegnałbym się z trzema numerami ('City Of Angels', 'Ishtar’s Gate', 'Catacombs'), natomiast pozostałe poważnie bym skrócił i w ten sposób uczynił je bardziej treściwymi, bo nawet te najlepsze ('Children Of The Next Level', 'Symptoms', 'The Healers', 'Code Of Hammurabi') wydają mi się ponad potrzebę rozbudowane kolejnymi powtórzeniami. Pewnym zbawieniem dla płyty byłby zewnętrzny producent z odpowiednio mocnym autorytetem, który jasno zasugerowałby zespołowi dokonanie stosownych cięć; Peterson i Billy poskładali wszystko według własnego uznania i w efekcie mamy prawie godzinę muzyki. Druga denerwująca mnie kwestia to nagromadzenie strasznego pierdololo w niektórych tekstach, co w ogóle nie pasuje do tak dojrzałego zespołu.

W recenzji bardziej jojczyłem niż cokolwiek chwaliłem, tymczasem "Titans Of Creation" to całkiem przyjemny, doskonale zagrany (bo tego zakwestionować się nie da) i cacanie brzmiący album, który ma swoje momenty i tak ogólnie zaskakująco gładko wchodzi. A jak długo utrzymuje się w pamięci? Cóż, to już zależy od waszych oczekiwań względem zespołu. Ja ciągle liczę, że Testament wyciśnie z siebie więcej.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.testamentlegions.com

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

13 kwietnia 2020

Symbolik – Emergence [2020]

Symbolik - Emergence recenzja okładka review coverSymbolik to kolejny zespół, który jak dla mnie wyskoczył znikąd, choć ich epka z 2011 roku była ponoć bardzo ciepło przyjęta wśród gawiedzi. Pamięć mi w tym nie pomaga, jednak jestem praktycznie stuprocentowo pewien, że nigdy nie miałem do czynienia z tymi Amerykanami. Najwyższa pora to nadrobić, bo ich pełnoczasowy debiut "Emergence" to całkiem rozsądna porcja technicznego i cholernie melodyjnego death metalu, który gładko wpisuje się w profil wydawniczy The Artisan Era.

Nie da się ukryć, że w takim graniu już powoli robi się tłok, więc samo śmiganie po gryfach z prędkością światła to trochę za mało, żeby zostać zauważonym i podbić listy przebojów. Symbolik swoim śmiganiem potrafią się wybronić, bo materiał z "Emergence" odznacza się dużą dynamiką (co jest pewnym osiągnięciem, kiedy bazuje się niemal wyłącznie na szybkich tempach) i nieprzeciętną przystępnością (też osiągnięcie, zważywszy na stopień skomplikowania muzyki), a przez to z łatwością skupia i utrzymuje uwagę słuchacza. Ze względu na styl, poziom i umiejętności zespołu na klawiaturę cisną mi się porównania do Alterbeast (zwłaszcza z debiutu), Inferi, First Fragment, Wretched i Equipoise. Warto przy tym zaznaczyć, że nad ostatnimi z wymienionych Symbolik mają tę przewagę, że potrafili zamknąć album w optymalnych 40 minutach. Wbrew pozorom nawet efektowną trzepanką można się zachwycać tylko przez pewien czas, później zaczyna drażnić lub nudzić. Autorzy "Emergence" uniknęli tej pułapki.

Materiał brzmi zacnie, dość ciężko, selektywność instrumentów również jest bez zarzutu (najwięcej uwagi poświęcono oczywiście gitarom), ale z daleka zalatuje tu typową produkcją Zacka Ohrena. Następnym razem polecałbym rozejrzeć się za kimś innym do realizacji, bo chłop jedzie na takich schematach, że w tej kwestii nawet Gojirę pozbawiłby tożsamości. Ponadto u Symbolik typowe są także wokale – i o ile te niskie mi pasują, to z większości wrzaskliwych bym zrezygnował.

W mojej opinii Symbolik zaliczyli bardzo udany start, teraz tylko muszą się pilnować, żeby nie zginąć w tłumie. Jeśli zatem przepadacie za technicznym death metalem z mnóstwem neoklasycznych wpływów, dominującą rolą gitary solowej i milionem efektownych pomysłów na kawałek, to "Emergence" jest materiałem dla was.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/symbolikmetal

podobne płyty:

Udostępnij:

9 kwietnia 2020

Aronious – Perspicacity [2020]

Aronious - Perspicacity recenzja okładka review coverWidząc okładkę i znając wydawcę "Perspicacity", spodziewałem się czegoś zbliżonego do First Fragment, Virvum, Vale Of Pnath, Aethereus czy Equipoise; innymi słowy: typowego dla The Artisan Era efektownego i technicznego (ewentualnie progresywnego) death metalu. No i cóż, Aronious załapuje się na większą część tej etykiety, z wyłączeniem określenia "typowy". Amerykanie robią dosłownie wszystko, żeby ich grania przypadkiem nie uznać za pospolite, sztampowe albo — co gorsza — łatwe w odbiorze. Do tego stopnia, że wielu potencjalnych słuchaczy odbije się od tej płyty już na wysokości drugiego kawałka.

Jeśli wierzyć zapewnieniom zespołu, proces powstawania materiału na "Perspicacity" był długotrwały, wymagający i skomplikowany. Po wgryzieniu się w zawartość krążka (na ile to możliwe) jestem w stanie w to uwierzyć, bo tu naprawdę słychać ogrom pracy włożony w każdy jego fragment. Muzycy Aronious zrealizowali swoją wizję progresywnego death metalu nie oglądając się na boki, ani tym bardziej — i to mi się podoba — nie biorąc pod uwagę oczekiwań i możliwości percepcyjnych ewentualnych odbiorców, stąd też całość jest zajebiście złożona, pokręcona i na pewno nie monotonna. Przez większość czasu naprawdę ciężko nadążyć za pomysłami zespołu, bo — przy swojej wiedzy i umiejętnościach technicznych — najwyraźniej nigdy nie słyszeli o schemacie zwrotka-refren-zwrotka-refren, więc na "Perspicacity" w ogóle nie znajdziecie tradycyjnych i przewidywalnych struktur – ja nie kojarzę, żeby choć raz wrócili do wcześniej wykorzystanego motywu. Ogarnięcie płyty dodatkowo utrudnia fakt, że utwory płynnie przechodzą jeden w drugi, układając się w prawie godzinną suitę. Nie mam pojęcia, jak oni to wszystko spamiętują, toteż jestem pełen podziwu.

Wyjątkowo pozytywny obraz "Perspicacity" uzupełnia bardzo dobre i przejrzyste brzmienie (mix i mastering pod okiem Marka Lewisa), co przy takiej muzyce jest nie bez znaczenia. Mnie szczególnie podoba się dźwięk perkusji (swoją drogą chyba właśnie perkman ma tu najbardziej przejebane) – zadbano, żeby baniaki miały odpowiednią głębię i każdy akcent był możliwy do wyłapania. Jeśli kogoś nie zraża sama idea takiego grania, to minusy znajdzie tylko po stronie wokalisty, który wprawdzie robi, co może, jednak przy tak urozmaiconej i bogatej muzyce wypada średnio. Na miejscu zespołu poszukałbym kogoś z bardziej charakterystycznym i elastycznym głosem.

Aronious mogą być z siebie dumni, bo stworzyli materiał nie tylko kurewsko wymagający, ale i w dość dużym stopniu oryginalny – prawdziwe wyzwanie dla wytrwałych, choć i tak zachęcałbym każdego do zapoznania się z tym albumem. To może być całkiem fajna przeprawa dla wyniszczonych blastami szarych komórek. Na rozgrzewkę przed "Perspicacity" polecam natomiast coś z katalogu Animals As Leaders.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/aroniousmetal
Udostępnij:

4 kwietnia 2020

Immanifest – Macrobial [2019]

Immanifest - Macrobial recenzja okładka review coverNa pierwszy rzut oka Immanifest wygląda naprawdę zachęcająco – kapela z Tampy na Florydzie, za którą stoją ludzie z wieloletnim doświadczeniem, a ich target to fani m.in. Hypocrisy i Septicflesh, w dodatku "Macrobial" wśród krytyków spotyka się niemal z samymi zachwytami. Pal licho, że swoją muzykę określają dawno zapomnianą etykietką "symphonic black-death". Muszą być fajni, czyż nie? Ano, nie! Już pierwsze minuty z płytą uświadamiają nam, czemu wydanie debiutu zajęło im ponad dekadę.

"Macrobial" to po prostu granie z minionej epoki — i to takiej, za którą nikt nie tęskni — tyle, że we współczesnej oprawie. Okładka, brzmienie, zaplecze techniczne grajków, agresywne wokale – każdy z tych elementów z osobna jak najbardziej się broni, jednak styl zespołu i jego, a bo ja wiem, poczucie estetyki – już nie. Immanifest proponują nam przypadkowy zlepek oklepanych motywów, które nie dość, że w większości są nieciekawe, to niekoniecznie z sobą współgrają. Na domiar złego w muzyce Amerykanów dominuje to, co już 25 lat temu było w symfonicznym black-death najgorsze: gatunkowe klisze, mnóstwo banałów, plumkanie klawiszy, naiwne melodyjki, chybione czyste wokale (w tym damskie), patetyczne chórki... I nie chodzi nawet o to, że w międzyczasie świat poszedł do przodu i tamte patenty się zestarzały. Nie, one od początku były zupełnie nieatrakcyjne, a Immanifest z niewiadomych powodów postanowili je przypomnieć.

Dla mnie godne odnotowania momenty (chodzi dosłownie o kilkusekundowe sekwencje) pojawiają się jedynie w 'Emissaries Of Ikhenaton', kiedy zespół pocina coś jednoznacznie nawiązującego do włoskiego Ade. Cała reszta – przelatuje obok i w ogóle nie skupia na sobie uwagi, co nawet jest OK, bo w ten sposób "Macrobial" ani nie nudzi, ani nie męczy. Tylko czy to przypadkiem nie za mało?


ocena: 5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Immanifest/270388841633
Udostępnij:

28 marca 2020

Fallujah – Undying Light [2019]

Fallujah - Undying Light recenzja okładka review coverTego się nie spodziewałem! Fallujah, zamiast podążać drogą wyznaczoną na "The Flesh Prevails" i dalej rozwijać tamte tematy, nagle z niej zboczyli, a może nawet i odrobinę zawrócili... Ujmując rzecz jaśniej: Amerykanie na "Undying Light" częściowo odpuścili progresywne oniryczne klimaty na rzecz grania bardziej bezpośredniego, mniej technicznego, a przy okazji także mniej absorbującego. Nowy kierunek sam w sobie wcale nie jest zły, bo muzyka broni się bez problemu, jednak z obecnym wokalistą zespół jedynie straci dotychczasową reputację.

Nie wiem, z jakiej głębokiej dupy wyskoczył Antonio Palermo, ale jestem w stu procentach pewien, że powinien w niej pozostać do końca swego hipsterskiego życia. Jako wokalista Fallujah nie ma do zaoferowania zupełnie nic wartościowego (czyli irytujące deathcore’owe wrzaski i krzyki bez jakiegokolwiek ładu i składu), jest straszliwie jednowymiarowy, swym głosem spłaszcza utwory i sprawia, że praktycznie wszystkie wydają się takie same, przez co nie można się w nie należycie wkręcić. Stąd też każda próba zbudowania klimatu przez instrumentalistów jest z góry skazana na niepowodzenie, bo on oczywiście musi drzeć mordę, psując odbiór nawet najbardziej zachęcających fragmentów.

Przy takim osobniku po prostu cała idea grania urozmaiconej i w jakikolwiek sposób ambitnej muzyki idzie się jebać w krzaki. Tak więc również na nic się zdaje dobra czytelna i mniej skompresowana niż ostatnio produkcja, większa ilość agresywnych partii (czyli z solidnym blastowaniem) czy łatwiejsze do ogarnięcia struktury. Najgorsze w tym jest to, że pomimo korekty stylu "Undying Light" to kawał udanej muzyki, który w innym składzie wchodziłby naprawdę gładko u pozostawiał po sobie dobre wrażenie. W obecnej postaci płyta zbyt często męczy i trzeba się zmuszać, żeby dotrwać do jej końca.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/fallujahofficial

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

12 lutego 2020

Nile – Vile Nilotic Rites [2019]

Nile - Vile Nilotic Rites recenzja okładka review coverPrzez dwadzieścia ostatnich lat Nile byli w niezłym gazie; dużo się u nich i z nimi działo, a nade wszystko nigdy nie dopuszczali do tego, żeby fani musieli zbyt długo czekać na kolejne wydawnictwa. Aż tu nagle cuś zgrzytnęło i od ostatniego krążka upłynęły aż cztery lata. Zgaduję, że głównej przyczyny tej przerwy należy szukać w odmłodzeniu składu i co za tym idzie – chęci dotarcia się z nowymi ludźmi. Ile by to nie trwało, głód muzyki u słuchaczy był już odczuwalny i w pełni zrozumiały. W dodatku Amerykanie, dość nietypowo, narobili wszystkim apetytu trasą promującą niewydany jeszcze album. Na mnie podziałało, bo na żywo kawałki z "Vile Nilotic Rites" zabrzmiały wyjątkowo zachęcająco.

Jak na moje ucho Nile nagrali płytę równie dobrą co "What Should Not Be Unearthed", ale wyraźnie od niej inną, choć utrzymaną w stylu zapoczątkowanym gdzieś na "Annihilation Of The Wicked". Zespół jest oczywiście rozpoznawalny od pierwszych dźwięków, a mimo to daje się tu wyczuć także powiew świeżości – zrezygnowano z niektórych starych patentów, w innych nieco zamieszano, no i dorzucono odrobinę nowości. Riffy są mniej zagęszczone, inaczej rozłożono zmiany tempa, a całość zabrzmiała mniej hermetycznie. Już na wysokości pierwszej solówki w 'Long Shadows Of Dread' doskonale słychać, że nowi muzycy nie zostali ściągnięci do kapeli tylko po to, żeby wspólnie pozować do zdjęć. Brian Kingsland i Brad Parris dostali spory kredyt zaufania od Sandersa i chyba go nie zawiedli, bo obaj (naturalnie gitarniak bardziej) mieli duży wpływ na ostateczny kształt "Vile Nilotic Rites". Innymi słowy mamy do czynienia z bodaj najbardziej demokratycznym materiałem w historii Nile. Nie mogę niczego zarzucić Dallasowi, ale faktem jest, że dopływ świeżej krwi dobrze zrobił Amerykanom.

Na "Vile Nilotic Rites" dominują raczej krótkie i zajebiście szybkie kawałki w typie 'The Oxford Handbook Of Savage Genocidal Warfare', 'Snake Pit Mating Frenzy' czy tytułowego, co nie znaczy jednak, że płyta jest monotonna. Nawet w taki wygrzew jak 'Revel In Their Suffering' (jeden z najlepszych na krążku) muzycy potrafili wrzucić naprawdę miażdżące partie i fragmenty, które przypominają zbrutalizowany Fleshgod Apocalypse, więc o urozmaicenia można być spokojnym. Ma się rozumieć, że najwięcej atrakcji przygotowano w rozbudowanych aranżacyjnie 'Seven Horns Of War' i 'The Imperishable Stars Are Sickened'. W tym drugim uwagę zwracają zwłaszcza czyste wokale i zajebichne solówki. Problem stanowią dla mnie jedynie wstawki etniczne. I to nawet nie ze względu na ich oklepany charakter (po dwudziestu latach miały prawo się znudzić, trudno), co na brzmienie – są dużo głośniejsze niż death metalowa reszta i niezbyt z nią spójne.

Nile na "Vile Nilotic Rites" to zespół w znacznie lepszej formie, niż wygląda na pierwszy rzut oka – zaskakująco witalny, dobrze zgrany i na dużym luzie. Słychać i widać, że panowie całkiem nieźle bawią się swoim graniem, nie robią tego na odpierdol i mają ochotę na więcej. Wprawdzie po godzinie napierdalania Sanders skarżył się na zmęczenie, ale na moją sugestię, że może by w takim razie zacząć grać wolniej odpowiedział stanowcze – NIE!


ocena: 8,5/10
demo
oficjalna strona: www.nile-official.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

1 listopada 2019

Visceral Disgorge – Slithering Evisceration [2019]

Visceral Disgorge - Slithering Evisceration recenzja okładka review coverVisceral Disgorge zebrali sporo pochlebnych opinii za swój debiut "Ingesting Putridity", ale zamiast pójść za ciosem, z niezrozumiałych dla mnie względów (chyba, że chodziło o śmierć gitarniaka) zamilkli na dobre kilka lat. Wydawnicza przerwa trwała u nich tak długo, że teraz w zasadzie muszą budować pozycję na nowo, jako zespół, który kiedyś ponoć grał fajnie, tylko mało kto już o tym pamięta. Jakby tego było mało, w międzyczasie konkurencja mnożyła się na potęgę, więc nie każdy brutal death ma szansę zaistnieć w szerszej świadomości. Visceral Disgorge powinno się udać, bo ich powrót w barwach Agonii to wyjątkowo brutalny i intensywny ochłap zagrany z nienaganną precyzją.

Sam początek płyty jest nieco mylący, gdyż Amerykanie jako intro zapodali trochę nieskomplikowanego walcowania z takim dość przyciężkawym klimatem, jednak już po chwili (czytać: półtorej minuty później) ruszają z pełnym impetem. "Slithering Evisceration" jest materiałem dużo szybszym, bardziej gwałtownym i technicznym od poprzednika, przy okazji zawiera również znacznie więcej urozmaiceń, dzięki czemu poszczególne kawałki nie zlewają się tak bardzo ze sobą i można spośród nich wyłapać coś wyrastającego ponad średnią gatunkową. Ja wskazałbym szczególnie na środek albumu i numery 'Saprogenic Deformation', 'Absorbed Bby The Swarm' i 'Siphoning Cosmic Sentience', bo w nich akurat dzieje się najwięcej; mają ciekawe struktury, mnóstwo blastów i sensowną porcję zakręconych riffów. Dodatkową pochwałę zespół dostaje ode mnie za ograniczenie wpływów slamu i tym podobnych prymitywnych rozwiązań. Kto wie, może doczekam dnia, kiedy całkowicie z tego gówna zrezygnują.

Póki co wcale nie jest źle i Visceral Disgorge swoim napierdalaniem potrafią się wybronić, a "Slithering Evisceration" przelatuje całkiem sprawnie; także dlatego, że po obcięciu wszelkich dopychaczy, trwa około 25 minut. Nie jest to dużo, ale w przypadku tak grającego zespołu dawka wydaje się wystarczająca.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/visceraldisgorge
Udostępnij: