Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty

1 grudnia 2018

Monstrosity – The Passage Of Existence [2018]

Monstrosity - The Passage Of Existence recenzja okładka review coverJedenaście lat to szmat czasu, zwłaszcza dla aktywnie działającego zespołu. Tylko czy za taki można uznać Monstrosity? Amerykanie zawsze robili sobie solidne przerwy między kolejnymi płytami, ale tym razem już przesadzili. Właśnie dlatego nie łudziłem się, że po tak długim okresie nicnieróbstwa będą w stanie należycie spiąć dupy i nagrać album równie wspaniały co "Spiritual Apocalypse". To się nie mogło udać. No i się nie udało, stąd moje pierwsze przesłuchania "The Passage Of Existence" to nieco rozpaczliwe próby pogodzenia się z przewidywanym rozczarowaniem. Nie jest to — i być nie może — zawód totalny, bo ten zespół byle gówna nigdy nie stworzył, jednak po cichu i całkowicie wbrew zdrowemu rozsądkowi liczyłem, że mimo wszystko będzie lepiej, dużo lepiej. Tymczasem narzekam, że jest tylko bardzo dobrze... Wszystkie składniki muzyki, którą Monstrosity imponowali przy okazji ostatniego longa, pozostały w zasadzie bez zmian, ale brakuje im trochę świeżości i nie dorównują poziomem hajlajtom z "Spiritual Apocalypse". Zespół gra to, co doskonale znamy i lubimy: raz szybciej, raz wolniej, z mocnym wokalem Hrubovcaka, kompletnie wypasionymi solówkami i jak zwykle precyzyjnym bębnieniem Harrisona. Tak podany death metal po prostu musi przypaść do gustu wielbicielom klasyki z Florydy — co do tego nie mam wątpliwości — ale na łopatki rozłoży naprawdę nielicznych. W utworach roi się od rozmaitych smaczków aranżacyjnych — nic dziwnego, bo materiał trwa prawie godzinę — i praktycznie z każdym przesłuchaniem można wyłapać w nich coś nowego. Z wyjątkiem czegokolwiek zaskakującego. Żal dupę ściska, że tak doświadczeni muzycy dysponujący taaakim warsztatem nie pokusili się o choćby odrobinę eksperymentów czy mniej standardowych rozwiązań... Kariery i tak już nie zrobią, więc co im szkodziło zaszaleć? Oczywiście nie ma potrzeby, żeby Monstrosity wywracali swój styl do góry nogami (tego bym nie chciał), ale wpuszczenie nawet małego powiewu świeżego powietrza dobrze by im zrobiło. Na przyszłość zalecam też inną konfigurację ludzko-studyjną, bo brzmienie "The Passage Of Existence" w porównaniu z "Spiritual Apocalypse" jest zdecydowanie lżejsze, bardziej stonowane i wyraźnie brakuje mu masywności. Jim i Tom Morris za konsoletą potrafią czynić cuda, natomiast Jason Suecof i Mark Lewis – nie. Po kilkudziesięciu godzinach spędzonych z "The Passage Of Existence" wydaje mi się, że sensowne będzie postawienie tej płyty na równi z "Rise To Power" – obie są naprawdę fajne i dają sporo radochy, jednak nie robią takiego wrażenia, jak materiały je poprzedzające i mają marne szanse zostać tymi ulubionymi.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.monstrosity.us

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

21 listopada 2018

Hate Eternal – Upon Desolate Sands [2018]

Hate Eternal - Upon Desolate Sands recenzja okładka review coverPotrafię wskazać przynajmniej cztery krążki Hate Eternal, po których wydawało mi się, że zespół dotarł do ściany i nie będzie w stanie nagrać niczego lepszego. Ostatni raz takie wrażenie miałem stosunkowo niedawno, bo przy okazji odsłuchu znakomitego "Infernus", na którym Amerykanie wprowadzili kilka świeżych patentów na uprzestrzennienie swojej muzyki. Mimo tych eksperymentów to był rasowy killer i ja tam naprawdę nie zauważyłem żadnych istotnych elementów wymagających poprawy. Rutan postanowił jednakowoż udowodnić, że w ramach klasycznego (i dość konserwatywnego) death metalu ciągle pewne rzeczy można ulepszyć, zrobić inaczej, pobawić się z dynamiką, z rozłożeniem akcentów... Czary-mary i sruuu – tak powstał "Upon Desolate Sands", kolejny fascynujący materiał Hate Eternal: szybki, brutalny, techniczny, urozmaicony... Kto wie, może to nawet najmocniejszy materiał w historii zespołu. A jeśli nawet nie, to i tak niewiele tegorocznych płyt może się z nim równać. Ja w każdym razie jestem pod wielkim wrażeniem pracy, jaką bohaterowie tej recenzji wykonali przy komponowaniu i nagrywaniu, bo "Upon Desolate Sands" spełnia właściwie wszystkie wymagania, jakie można postawić przed death metalową płytą z najwyższej (amerykańskiej) półki. Zaprawiony w bojach tandem Rutan-Hrubovcak (to już ich trzeci krążek) uzupełnił znany wszystkim doskonale Hannes Grossmann, więc o jakość partii perkusji można było być spokojnym. Jednocześnie obecność jegomościa mogła nieco mylnie sugerować tempo i stopień skomplikowania materiału. Pod tym względem nowy album Hate Eternal nie odbiega znacząco od poprzednich. Owszem, Grossmann robi cuda niewidy, jednak nie wykracza poza formułę przyjętą przez Rutana dwadzieścia lat temu – jest bardziej efektywny niż efektowny, choć oczywiście te najgęstsze fragmenty w jego wykonaniu powodują opad kopary. Czego by nie napisać o wyczynach sekcji, najważniejsze w Hate Eternal i tak są gitary. Tutaj Rutan pozwolił sobie na dużo urozmaiceń, co tylko wyszło muzyce na dobre, bo nie ma tu absolutnie miejsca na nudę, a i na wytchnienie przewidziano raptem kilka chwil. Od początku mamy do czynienia z wygrzewem na najwyższych obrotach, który w kilku momentach (w 'What Lies Beyond' czy 'All Hope Destroyed') jest sprytnie równoważony melodyjnymi/klimatycznymi solówkami. A propos tych gitarowych popisów, sprawne ucho wyłapie w nich inspiracje Vital Remains – szczegół, a cieszy i fajnie ożywia muzykę. Następna warta uwagi ciekawostka to bliskowschodnie akcenty i towarzyszący im damski wokal (made in Poland) w utworze tytułowym – toż to Nile w najlepszym wydaniu. A skoro już jestem przy innych zespołach, to nie sposób nie wspomnieć o Morbid Angel. Na "Upon Desolate Sands" nie brakuje partii o jednoznacznie morbidowym charakterze (choćby wszystko, co się dzieje wokół solówki w 'Portal Of Myriad'), tyle że za cholerę nie można ich podciągnąć pod zrzynkę. Hate Eternal w ten — co tu ukrywać: chamski — sposób pokazuje, jak dziś powinni brzmieć Morbidzi, ale nie brzmią, bo Trey najwyraźniej nie ma pomysłu na siebie. Natomiast po Hate Eternal żadnego niezdecydowania nie widać. Przez ponad dwie dekady zespół pewnie prze przed siebie, nie zważając ani na mody, ani na wymagania typowych słuchaczy, ani w końcu na sztucznie tworzone bariery, na których inni już się wyjebali. Moje gratulacje!


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.hateeternal.net

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

14 września 2018

Brutal Truth – Need To Control [1994]

Brutal Truth - Need To Control recenzja okładka review coverBrutal Truth na pamiętnym debiucie zawiesili sobie poprzeczkę cholernie wysoko, ale tak na dobrą sprawę wcale nie musieli jej później przeskakiwać. Wystarczyło im tylko nagrywać kopie tamtej płyty, żeby za każdym razem świat padał im do stóp. Amerykanie postanowili jednak zaryzykować już przy pierwszej okazji i na 'dwójkę' stworzyli materiał w dużym stopniu odmienny. Miejsce czystego, krystalicznie brzmiącego i diabelnie szybkiego grind core’a zajęło granie znacznie bardziej szorstkie, nieokiełznane, momentami nawet drażniące, choć ekstremalnością wcale nie ustępujące temu z "Extreme Conditions Demand Extreme Responses". To dlatego "Need To Control" może być z początku ciężkostrawny i odpychający. Po kilku wnikliwszych przesłuchaniach człowiek zaczyna jednak dostrzegać w tym metodę, a przede wszystkim nieliche pokłady szaleństwa, jakie Amerykanie zamknęli w tych dźwiękach. Brutalności tutaj z pewnością nie brakuje, ale jebać ją, bo ważniejszy wydaje się klimat, jaki Brutal Truth osiągnęli na albumie, a ten jest z lekka schizolski i niszczy. Największy wpływ mają na niego oczywiście wokale Kevina Sharpa, który ani przez sekundę się nie oszczędza, płynnie przechodząc od niskich growli do paranoicznych wrzasków. Zwłaszcza ta druga forma ekspresji, na granicy utraty głosu, zostawia trwały ślad w psychice słuchacza. Druga duża cegiełka do klimatu "Need To Control" to surowe i przenikliwe brzmienie. Zespół pożegnał się z Colinem Richardsonem i produkcję albumu powierzył mniej utytułowanemu i niezbyt obeznanemu w ekstremie Steve’owi McAllisterowi. Także to ryzyko się opłaciło, bo ekipa znad jeziora Ontario zyskała sound bardziej pasujący do ich pojebanej natury – gęsty, przybrudzony i... zadymiony. O wypolerowanej produkcji nie ma tutaj mowy. Zestaw utworów spiętych klamrą "Need To Control" sam w sobie też może nieźle skołować, bo mamy tu do czynienia z szalenie zróżnicowaną (jak na grind) muzyką. Począwszy od ociężałych i dziwnie hipnotyzujących 'Collapse' i 'Ordinary Madness', przez najlepsze w zestawie, zdrowo pogrzane 'Godplayer' i 'I See Red', po krótkie bezpośrednie strzały w typie 'Choice Of A New Generation'. Cover The Germs wolałbym przemilczeć, natomiast obecność dwóch szumiących zapchajdziur — które oprócz dłużyzn nic wartościowego nie wnoszą — mogę podsumować tylko soczystą kurwą. To taki bezwartościowy odpowiednik kilku minut ciszy przed końcówką 'Unjust Compromise' z "Extreme Conditions Demand Extreme Responses". Bez tych bzdur byłoby super, a tak – tylko bardzo dobrze. Z plusem.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/brutaltruth

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

7 września 2018

Alterbeast – Feast [2018]

Alterbeast - Feast recenzja okładka review coverDebiut Alterbeast uznałem ongiś za nie lada zaskoczenie, więc oczekiwania w stosunku do jego następcy miałem dość wygórowane, choć na dobrą sprawę wystarczyłoby mi, gdyby podłubali tylko przy paru detalach. W sumie niewiele roboty, żeby było git. Andrew Lamb miał nieco inny pomysł na zmiany w zespole... Ze składu, który podpisał się pod "Immortal", został bowiem tylko on, więc na potrzeby "Feast" samodzielnie zajął się gitarą i basem, a dla przyzwoitości dokooptował wokalistę oraz skorzystał z usług sesyjnego perkmana. Odnoszę wrażenie, że nie była to najlepsza decyzja, bo z bardziej zgranymi (czy nie tak przypadkowymi) ludźmi mógłby wycisnąć z tego materiału zdecydowanie więcej. Nie mam absolutnie nic do zarzucenia perkmanowi (napieprzał choćby w Arkaik), wszak wymiata naprawdę zacnie i nie szczędzi gęstych blastów, ale już osobnika dającego odgłosy paszczą traktuję jako pomyłkę, bo to właśnie on odpowiada za zdecydowaną większość negatywnych odczuć związanych z "Feast". Na debiucie wokale były utrzymane raczej w normalnych dla gatunku (tzn. jego nowocześniejszego oblicza) ramach, gdzie podstawą jest brutalny growl, a uzupełnieniem skrzeczenie. Michael Alvarez odwrócił proporcje i drze ryja w typowo deathcore'wej manierze, ograniczając się niemal wyłącznie do wrzasków, co — oprócz tego, że jest irytujące — niespecjalnie pasuje mi do tak urozmaiconej muzyki. Problem pogłębiają także teksty, bo są cholernie długie jak na 3- 4-minutowe utwory, więc chcąc nie chcąc jesteśmy zmuszeni słyszeć kolesia zdecydowanie za często. Na szczęście dla nas i dla Alterbeast nie ma go już w składzie. Skoro już pobiadoliłem, wypada wreszcie pochwalić zespół — a przynajmniej jego studyjną namiastkę — za stronę instrumentalną, bo materiał z "Feast" jest więcej niż zacny. Wprawdzie krążek nie ma tej świeżości i nie zaskakuje jak "Immortal" (a w zasadzie to w ogóle), ale jest bardziej "doprecyzowany" stylistycznie i zaaranżowany z większym rozmachem. Andrew Lamb nie miał wokół siebie nikogo, kto by mu się wpieprzał w muzykę, więc zgodnie ze swoimi zapatrywaniami mocniej pchnął Alterbeast w neoklasyczne rejony. Szybkość i brutalność – a owszem, występują, jednak tym, co dominuje na płycie, są ubrane w ostrą trzepankę melodie. Gitary wycinają tu nieliche cuda i momentami trudno za nimi nadążyć, a już zwłaszcza, gdy pojawiają się wypasione palcołomne solówki. Innymi słowy pirotechniki na "Feast" nie powinno nikomu brakować, szczególnie jeśli mieni się fanem Arsis czy The Black Dahlia Murder, bo wpływy akurat tych kapel słychać tu częściej niż na debiucie. Jednocześnie Alterbeast ciągle grają z większym pazurem niż wymienione zespoły, a przez to powinni być strawni dla wielbicieli brutalnych dźwięków. Jako ciekawostkę dodam, że Amerykanie uzupełnili autorski repertuar coverem Dissection. 'Where Dead Angels Lie' w ich wykonaniu brzmi co najmniej przyzwoicie, ale kompletnie rozwala spójność płyty — bo do pozostałych kawałków nie pasuje ani stylistyką ani klimatem — więc nie mogę tego pomysłu zaliczyć do udanych. I to kolejny powód, dla którego jestem bardziej skłonny polecić wam "Immortal".


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ALTERBEASTofficial

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

24 sierpnia 2018

Oblivion - The Path Towards... [2017]

Oblivion - The Path Towards... recenzja okładka review coverPierwszy album Amerykanów wzbudził tu i ówdzie spore poruszenie – że taki genialny, techniczny, nowatorski, nietuzinkowy... A prawda wyglądała tak, że był równie oryginalny co nazwa zespołu i nie wnosił kompletnie nic do reprezentowanego (pod)gatunku. "The Path Towards..." tego stanu rzeczy nie zmieni, bo chociaż Oblivion starali się zaprezentować z ciekawszej strony, w dalszym ciągu prezentują dość oklepany średnio brutalny i średnio techniczny death metal w typie kalifornijskim. Podobnych kapel jest w tamtym rejonie co najmniej kilkanaście, a ze wskazaniem tych lepszych, na nieszczęście Oblivion, nikt nie powinien mieć specjalnego problemu. Nie oznacza to jednak, że chłopaki odwalają jakiś syf, bo w paru fragmentach "The Path Towards..." potrafi naprawdę zaciekawić fajnym riffem czy sprytnie poprowadzoną linią melodyczną. Na klawiaturę w tym miejscu ciśnie się szczególnie przypadek 'Concrete Thrones', który bez zbędnego zastanowienia mogę nazwać najlepszym, najbardziej wyróżniającym się kawałkiem na płycie, także pod względem chwytliwości. Gdyby cały album był zbudowany z podobnych utworów, pewnie zachęcałbym do zakupu i częstego słuchania w celach rekreacyjnych. Gdyby... Większość materiału to granie raczej typowe, na którym trzeba się porządnie skupić, żeby nie zlało się z odgłosami w tle – pralką, odkurzaczem czy passatem sąsiada-złodzieja dogorywającym za oknem. Jak dla mnie "The Path Towards..." niewiele pomagają urozmaicenia ogólnej formuły, które zaproponował zespół, tym bardziej, że większość jest z importu. Oblivion zaprosili do nagrań wokalistów z kilku mniej lub bardziej znanych kapel, ale żaden z nich nie dysponuje na tyle rozpoznawalnym głosem, żeby wynieść utwory na wyższy poziom albo chociaż stanowić wabik na fanów. No, chyba że kogoś kręci syf pokroju Suicide Silence, bo koleżkę z tej niby-deathcore’owej żenady też ściągnęli. Czymś osobliwym jest ponadto wkład w "The Path Towards..." Karla Sandersa, który... napisał dla Oblivion 'Awaiting Autochthon', swoją drogą numer zupełnie nie w jego stylu. Trochę mi to pachnie robieniem 'sellingpointów' na siłę, jakby kapela zdawała sobie sprawę z tego, że bez pomocy kogoś sławnego wiele nie nawojuje. Od siebie dodam, że z takim wsparciem też cudów nie będzie.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/OBLlVlON

Udostępnij:

3 sierpnia 2018

Gruesome – Twisted Prayers [2018]

Gruesome - Twisted Prayers recenzja okładka review coverKariera Gruesome rozwija się w pozazdroszczenia godnym tempie – zespół trzaska materiał za materiałem, a każdy z nich może poszczycić się przyzwoitym braniem. Ta płodność Amerykanów nie powinna akurat nikogo dziwić, wszak mają o tyle łatwo, że nie muszą miesiącami głowić się nad nową muzyką. Na "Twisted Prayers" projekt kontynuuje ideę "oddawania hołdu Death" i z całkiem niezłym rezultatem imituje (inspiruje się, podrabia, kopiuje...) "Spiritual Healing". Wiadomo, że krążek nie ma startu do oryginału, ale jest zagrany i wyprodukowany na tyle dobrze, że może, a nawet powinien się podobać fanom Death. Oczywiście pod warunkiem, że są na tyle wyrozumiali, żeby dostrzec w Gruesome coś więcej aniżeli bazującą na nostalgii próbę wyciągnięcia ludziom kasy. Ja tam lubię wszystko, co Matt Harvey robi w Exhumed, jednak szczerość intencji i pomysł strojący za tym projektem niespecjalnie mnie przekonują. Nie znaczy to, że nie doceniam wartości muzycznej tego zbioru przeróbek, bo zespół naprawdę się przyłożył, żeby cała kreacja trzymała się kupy. Krążek brzmi czyściej (łagodniej?) i mniej surowo niż "Savage Land", jest wzorowo zagrany, wokal i teksty też pasują do układanki, a solówki to już w ogóle wypas (tym razem James Murphy dorzucił od siebie aż trzy). Warto zwrócić uwagę, że "Twisted Prayers" jest trochę bardziej techniczny niż oryginał (zwłaszcza jeśli chodzi o perkusję), chociaż na tyle utrzymany w ryzach, żeby zrobiło się zbyt ambitnie. Nikogo nie powinno zdziwić, że materiał jest makabrycznie przewidywalny, bo i też Gruesome postarali się, żeby wszystkie najbardziej charakterystyczne elementy trzeciego dzieła Chucka pojawiały się w odpowiednich miejscach i w odpowiednim natężeniu. Mimo to gdzieniegdzie zespołowi zabrakło polotu (pomysłu?) przy przejściach między niektórymi motywami, więc w te miejsca upchnęli pomysły nawiązujące do "Leprosy". Słucha się tego naprawdę nieźle — nawet zważywszy na wszechobecne uczucie de volaille (albo rendez-vous, czy tam czegoś jeszcze innego po francusku) — ale nie da się ukryć, że kilku fragmentom brakuje odrobiny charakteru albo są po prostu zbyt monotonne, zaś całość nie ma tej totalnej chwytliwości oryginału. Ciekawostką, a może i ekstrawagancją jest uzupełnienie 'autorskiego' repertuaru coverem Possessed. Trochę tego nie kapuję, bo choć zagrany jest całkiem znośnie, to zespół równie dobrze mógł w jego miejsce zaproponować numer zmajstrowany na podobieństwo 'The Exorcist' – jak już zrzynać, to na całego. Na koniec warto się jeszcze zastanowić, jaki w ogóle sens mają płyty pokroju "Twisted Prayers", poza kwestią czysto zarobkową? Nie przeczę, że rozkładanie takiego klona na czynniki pierwsze może przez chwilę bawić, ale koniec końców człowiek i tak wróci do materiału źródłowego. Tylko jak długo potrwa ta radocha? Póki co Gruesome wydaje się budzić wśród gawiedzi większe zainteresowanie niż Death...


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/gruesomedeathmetal

podobne płyty:




Udostępnij:

7 maja 2018

Skeletal Remains – Devouring Mortality [2018]

Skeletal Remains - Devouring Mortality recenzja okładka review coverWystarczyły dwie bardzo dobre i entuzjastycznie przyjęte w podziemiu płyty, żeby włodarze Century Media uznali Skeletal Remains za zespół godny ich zainteresowania. Czuć piniondz? A jak! Nie mam jednak wątpliwości, że na dłuższą metę chłopaki nie spełnią wymagań wytwórni i po dwóch krążkach (to wersja optymistyczna) zostaną wywaleni na bruk. Zatem póki mają okazję, niech promują się na wszystkich frontach i wyciskają z Niemców ile się tylko da. Już przy okazji "Devouring Mortality" dostali dość kasy, żeby starczyło na mix i mastering od Dana Swanö oraz okładkę od Dana Seagrave’a, co jeszcze bardziej przybliżyło zespół do oldskulowego ideału. Kto wie, może następnym razem wskrzeszą dla death metalu Scotta Burnsa i nagrają album w Morrisound? Marzenia... Tyle o oprawie. Co do muzyki, to dla mnie sprawa jest prosta, oczywista i nie podlegająca dyskusji – za sprawą "Devouring Mortality" Skeletal Remains potwierdzili, że w tej chwili są najbardziej przekonywającą kapelą łojącą klasyczny death metal z Florydy. Chłopaki z każdym kolejnym materiałem doskonalą i nieznacznie rozwijają ten styl, ale ani przez moment nie robią niczego nienaturalnego czy wymuszonego. Death metal w ich wykonaniu charakteryzuje wierność tradycji, a jednocześnie polot i duża świeżość. Może to tylko moje uwielbienie dla takiej muzyki, ale po analizie wszystkich elementów składowych tej płyty, wychodzi mi, że nie ma się tu absolutnie do czego przypieprzyć – wszystko trybi jak należy i "Devouring Mortality" brzmi po prostu przezajebiście. Sami zresztą popatrzcie: jest tu cudny wokal (van Drunen nie nagrał takiego wymiotu od czasów "Last One On Earth"), tnące ostrym tremolem gitary, większa niż ostatnio dawka brutalności (Johnny Valles na stanowisku perkmana nieco sobie poblastował), no i cała masa doskonałych technicznie solówek, w których pobrzmiewają echa geniuszu Jamesa Murphy. Ponadto materiał Skeletal Remains może się pochwalić czymś, czego trochę brakowało mi u Rude – dużą chwytliwością. Większej zachęty już mi nie potrzeba. Ocena wygenerowała się automatycznie.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/SkeletalRemainsDeathMetal

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

11 kwietnia 2018

Morgue – Eroded Thoughts [1993]

Morgue - Eroded Thoughts recenzja okładka review coverDeath metalowe kapele z Chicago i okolic nigdy nie miały wielkiego szczęścia do popularności i Morgue nie jest tu żadnym wyjątkiem. W ciągu pięciu lat jako takiej aktywności Amerykanie wydali tylko dwie (obiecujące) demówki oraz debiutanckiego longa, po czym praktycznie zapadli się pod ziemię. Nie bez winy jest oczywiście wytwórnia — Grind Core — która zasłynęła w świecie z utrudniania życia wielu zespołom. Morgue nie mieli nawet tyle farta (albo zwykłej determinacji) co Broken Hope czy Cianide, żeby przebić się do innej stajni, więc ich skromny dorobek zamyka "Eroded Thoughts" z 1993 roku. Krążek sam w sobie też jest dość skromny, bo to tylko siedem utworów zamkniętych w niespełna 32 minutach. Jak na brutalne granie, taki czas wydaje się być optymalny, jednak po wysłuchaniu "Eroded Thoughts" pozostaje duży niedosyt. Ten nie do końca doceniony — lub też po prostu niedostatecznie poznany — krążek zaskakująco gładko łączy w sobie ambitne zagrania spod znaku Gorguts czy Demilich z ociężałym prymitywnym syfem tak charakterystycznym dla Autopsy. W rezultacie Morgue stworzyli muzykę dość unikalną, nieprzesadnie schematyczną i daleką od prostoty, ale — co w teorii powinno zapewnić im branie — wciąż mocno osadzoną w brutalnym graniu. Wszelkich kombinacji (zwłaszcza gitarowych) jest dostatecznie dużo, żeby materiał był interesujący, ale nie na tyle, by ktoś mógł się poczuć nimi przytłoczony. Tym bardziej, że przejścia między tymi bardziej technicznymi fragmentami a obleśnymi zwolnieniami są naprawdę płynnie zaaranżowane (jak w świetnym 'Severe Psychopathology'), więc nie ma tu drastycznych/nienaturalnych przeskoków ze skrajności w skrajność. Nie oznacza to jednak, że te składniki występują na "Eroded Thoughts" w proporcji jeden do jednego. Jak na moje ucho Morgue chętniej i częściej sięgają po riffy z inspirowaną Autopsy chorobliwą wibracją, choć dla niepoznaki serwują je w urozmaiconych tempach. To się sprawdza, a cały krążek jest dzięki temu przyjemnie dynamiczny, a momentami — jak w 'Plagued Birth' — nawet odrobinę melodyjny. Na plus debiutu Morgue można także zaliczyć naturalnie ciężkie brzmienie z przebijającym się od czasu do czasu basem. Zbierając to wszystko do kupy, otrzymujemy znakomity kawałek klasycznego amerykańskiego death metalu. Cholernie jestem ciekaw, w jakim kierunku powędrowałaby ich muzyka na kolejnych wydawnictwach, ale reaktywacji im nie życzę.


ocena: 8,5/10
demo

podobne płyty:

Udostępnij:

20 marca 2018

Revenant – Prophecies Of A Dying World [1991]

Revenant - Prophecies Of A Dying World recenzja okładka review coverRevenant to dla mnie kapela, która w swoim czasie wraz z Hellwitch i Ripping Corpse tworzyła coś na kształt awangardy death i thrash metalu w Ameryce. Wszystkie te zespoły łączyło nieszablonowe podejście do grania, duża oryginalność, zamiłowanie do skomplikowanych struktur i dość podobny charakter brzmienia (czemu się dziwić, skoro "Prophecies Of A Dying World" i "Dreaming With The Dead" były nagrywane w tym samym studiu i z tym samym realizatorem). Wszystkie trzy były bardzo szanowane w podziemiu, do pewnego stopnia nawet podziwiane, ale w końcu też spotkał je podobny los – po zaledwie jednej płycie długogrającej (i epce) poszły do piachu i szybko zostały zapomniane. Obecnie, jeśli nazwa Revenant w ogóle jest z czymś kojarzona, to chyba tylko z Leo DiCaprio, ewentualnie z tym, że kiedyś grał z nimi John McEntee, późniejszy założyciel Incantation. Skromny dorobek zespołu pozostaje właściwie nieznany, w czym spory udział miała/ma gówniana polityka Nuclear Blast. Pomimo przeszkód ze strony wydawcy warto się nieco wysilić i wyszarpać skądś ten krążek, bo "Prophecies Of A Dying World" to kapitalny materiał, który z upływem lat nabrał nie tylko wartości liczonej w euro, ale i szlachetności. Death, Autopsy, Pestilence czy Asphyx są dziś chętnie kopiowane, Revenant nie. W porównaniu z Hellwitch i Ripping Corpse muzyka Revenant nie jest jakoś wyjątkowo ekstremalna — choć blastujące partie też się zdarzają — ani przesadnie techniczna (bo tylko tyle, ile trzeba), jest za to znacznie bardziej rozbudowana i więcej w niej takiego mrocznego [miejsce na śmiech] klimatu. Amerykanie upodobali sobie zwłaszcza wielowątkowe, złożone utwory z bardzo częstymi zmianami tempa, świdrującymi riffami, fajnymi solówkowymi dialogami (nie dajcie się zmylić temu, że we wkładce uwzględniono je tylko w trzech kawałkach) i najróżniejszymi podniosłymi fragmentami. Doskonale to słychać już w otwierającym album kawałku tytułowym — trudno go uznać za typowe prucie z Florydy — w którym w paru miejscach pojawiają się szczypiące ucho popieprzone melodie, a na pół dzieli go recytacja tekstu niewiadomego dla mnie pochodzenia. I choć później nie raz w muzyce pojawiają się skojarzenia z Morbid Angel, "Prophecies Of A Dying World" przynosi z sobą zupełnie inne doznania niż ekipa Trey'a. Nad płytą Revenant unosi się sugestywny klimat czegoś dziwnego, niezbadanego i niepokojącego – jak u Lovecrafta. W tym miejscu należy się Amerykanom pochwała, bo dokonali tego bez uciekania się do użycia klawiszy czy innego niemetalowego instrumentarium. Jak nietrudno się domyśleć po ocenie, poziom poszczególnych kompozycji jest wyjątkowo równy, jednak po prostu muszę wskazać na numer, który dla mnie jest hymnem tego krążka – to prawie ośmiominutowy 'Asphyxiated Time', który muzycy pięknie rozbudowali od wersji z demo z 1988 roku – jest w nim wszystko, czego można oczekiwać od ambitnego death-thrash’u, plus jeszcze chwytliwy refren. Taki właśnie jest "Prophecies Of A Dying World" – oferuje coś więcej niż prostą tylko wypadkową dwóch gatunków.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/REVENANT–73478824687/

podobne płyty:

Udostępnij:

9 lutego 2018

Spectral Voice – Eroded Corridors Of Unbeing [2017]

Spectral Voice - Eroded Corridors Of Unbeing recenzja okładka review coverSkoro już raz się udało, to czemu by nie spróbować ponownie – pomyśleli muzycy Blood Incantation, zasadzając się na kolejny tytuł "debiutu roku", tym razem pod szyldem Spectral Voice, w którym występuje aż trzech z nich. Moim skromnym zdaniem poradzili sobie nawet lepiej niż poprzednio, po części także dlatego, że konkurencję mieli mniejszą. Nie zmienia to faktu, że "Eroded Corridors Of Unbeing" jest albumem bardzo udanym i gładko wpisuje się w katalog Dark Descent Records. Oczywistym jest, że skoro składy tych dwóch zespołów pokrywają się w 3/4 (jedynie perkusistów mają innych), to ich muzyka będzie w mniejszym lub większym stopniu podobna. I jest, choć doskonale słychać, że panowie od przebierania palcami po strunach dołożyli wielu starań, aby nie powielać pomysłów już raz przez siebie wykorzystanych. Brawa za ambicje, ale pewnych kwestii nie przeskoczyli, bo "Starspawn" i "Eroded Corridors Of Unbeing" były nagrywane w tym samym studiu i przez tych samych ludzi, więc i brzmieniowo są do siebie zbliżone. Z tym akurat nie mam problemu, bo dźwięk uzyskany w World Famous Studio bardzo mi odpowiada – brzmienie jest proste, naturalne, dość przejrzyste, z fajnym klasycznym pogłosem, no i szorstkością doskonale pasuje do prezentowanego przez Spectral Voice stylu. Od strony muzycznej "Eroded Corridors Of Unbeing" to zaskakująco dynamiczny death-doom z mnóstwem wgniatających partii, jak również dzikich przyspieszeń i nieco kosmicznym klimatem. Na pewno nie jest to granie tak techniczne i brutalne jak w przypadku Blood Incantation, ale dla wyrobionego ucha powinno być równie przystępne i wciągające. Wbrew pozorom niewielka w tym zasługa paru bardziej melodyjnych riffów, na które można trafić choćby w 'Thresholds Beyond' czy 'Terminal Exhalation Of Being'. Większą rolę odgrywa w tym wspomniana już dynamika i łatwe do podchwycenia rytmy, których użycie muzycy opanowali już w Blood Incantation. Utwory na "Eroded Corridors Of Unbeing" są zbudowane z wielu różnych, nieraz naprawdę skrajnych elementów, jednak bardzo płynnie z sobą połączonych, dzięki czemu cały album nie jest ani smętny, ani nudny ani w końcu zamulający, co przy dużej objętości poszczególnych kawałków (najdłuższy trwa 14 minut) jest sporym osiągnięciem. Za zbędne (i denerwujące) uważam tylko ambientowe zapychacze, po które Spectral Voice sięgają w paru momentach (zwłaszcza w 'Visions Of Psychic Dismemberment'), ale ta uwaga wynika bardziej ze względu na to, że ja po prostu takiego gówna nie lubię, niż dlatego, że im jakoś strasznie nie wyszło. Grunt, że te pierdoły w żaden sposób nie odrzucają od "Eroded Corridors Of Unbeing", zaś sama płyta pozostaje w głowie na dłużej.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.necroticdoom.com
Udostępnij:

29 grudnia 2017

Morbid Angel – Kingdoms Disdained [2017]

Morbid Angel - Kingdoms Disdained recenzja okładka review coverPierwszemu przesłuchaniu "Kingdoms Disdained" towarzyszy westchnienie ulgi, bo album nie ma nic wspólnego z "Illud Divinum Insanus". Drugiemu towarzyszy... w zasadzie nic, bo i niczego specjalnie odkrywczego ten materiał nie oferuje. Dlatego też wydaje mi się, że w kontekście tego "wielkiego powrotu do formy" największą zaletą "Kingdoms Disdained" jest po prostu niebycie "Illud Divinum Insanus". Niezbyt ambitne to zagranie jak na zespół kalibru Morbid Angel, ale powinno się sprawdzić przede wszystkim u nowych/mniej wymagających słuchaczy. Pozostali bez większego bólu przebrną przez album — wszak nie jest zły! — jednocześnie mając świadomość, że TAKI zespół stać na znacznie więcej. Może się mylę, ale samo granie death metalu w średnich i średnio-szybkich tempach — a właśnie z tym mamy tu do czynienia — to w obecnych czasach niespecjalne osiągnięcie. Tym bardziej, że mamy tu do czynienia z odczuwalnym ubytkiem w sferze tożsamości – "Kingdoms Disdained" w (zbyt) wielu momentach brzmi jak inspirowana Morbidami kapela z Tuckerem na wokalu, nie zaś jak Morbid Angel z krwi, kości i bagien Florydy. Wygląda mi na to, że w swoich utworach Trey chciał koniecznie zrobić coś innego — tym samym przyznając się do błędu, jakim był poprzedni krążek — ale nie do końca wiedział, w jakim pójść kierunku, więc w miarę możliwości nawiązał do materiałów nagranych ze Steve’m. Z kolei Tucker wespół z Fullerem wyszli naprzeciw oczekiwaniom fanów i stworzyli trzy klasyczne numery nastawione na jebnięcie – szybkie, brutalne i bezpośrednie, ale odczuwalnie mniej złożone niż kompozycje Azagthotha. Nie zmienia to jednak faktu, że na "Kingdoms Disdained" dość często występują odniesienia do "Formulas Fatal To The Flesh" i "Heretic", ale nie są one na tyle nachalne, żeby mówić o autoplagiacie – to raczej podobne podejście do rytmów i konstruowania riffów. Grunt, że płyta jest zaskakująco spójna, a słucha się jej całkiem nieźle, ba!, nawet lepiej niż przypuszczałem – wprawdzie bez szału (brakuje prawdziwych hajlajtów), ale na pewno bez skrętu kiszek. Morbid Angel przede wszystkim wyprostowali swoje granie, zrezygnowali z formalnych udziwnień i wszelkich wypełniaczy – czy to z klawiszowego pseudoklimatycznego plumkania czy też elektronicznych popierdywań. Na płycie znajduje się wyłącznie death metal w stanie czystym. No, może prawie czystym – bo rytm w 'Declaring New Law (Secret Hell)' brzmi trochę ryzykownie, a w kontekście całego albumu wręcz ekstrawagancko, ale jest fajnie równoważony wypasioną solówką – jedynym wkładem Vadima w nowy album. A propos solówek – są potraktowane dość oszczędnie i jest ich znacznie mniej, niż można by oczekiwać, przez co stały się czymś wyczekiwanym. Wydaje mi się, że istnieje też druga przyczyna tej powściągliwości, bo Trey odgrywa je tak, jak zwykle – w sposób doskonale wszystkim znany i zupełnie nie zaskakujący. W każdym razie od strony kompozytorskiej "Kingdoms Disdained" wypada dość przekonująco. Tymczasem nie do końca przemawia do mnie koncepcja produkcji — albo brak koncepcji, bo ta opcja też wchodzi w grę — tego albumu. Ogólnie brzmienie sprawia wrażenie do przesady skompresowanego. Ma przytłaczać, a nie przytłacza. Postawiono na mocno wyeksponowany wokal (bardzo dobry, swoją drogą) i rażącą triggerami perkusję (kłania się sound "Domination"), natomiast gitary upchnięto gdzieś z tyłu – są przybrudzone i nie zawsze należycie czytelne. Bas dopchnięto chyba kolanem, więc na powierzchni pojawia się tylko od święta – choćby w 'Paradigms Warped'. Naprawdę niewiele mi już brakuje do rozpowszechniania teorii spiskowej, że Rutan przykłada się wyłącznie do brzmienia własnych płyt. Czy wobec powyższego mogę napisać, że Morbid Angel powrócili do formy? Wydaje mi się, że tak. Wprawdzie nie do tej najwyższej, sprzed 25 lat, ale i tak idzie ku lepszemu. Mimo to znacznie ważniejszy jest w tym przypadku powrót do normalności.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.morbidangel.com

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

23 grudnia 2017

Decrepit Birth – Axis Mundi [2017]

Decrepit Birth - Axis Mundi recenzja okładka review coverPewien mądry człowiek określił onegdaj Decrepit Birth mianem zespołu przereklamowanego. Zaraz... moment... aaa... To byłem ja! I choć w muzyce zespołu niewątpliwie zaszło sporo zmian od ostatniego krążka sprzed siedmiu lat, po wysłuchaniu "Axis Mundi" tę opinię podtrzymuję. Amerykanie ciągle trzymają się technicznego i dość brutalnego death metalu, ale nareszcie odpuścili sobie ambicje zadziwienia świata melodyjnością swych poczynań. Niektórzy strasznie na to narzekają, ja natomiast mogę jedynie przyklasnąć takiej decyzji, bo akurat talent do melodyjnych partii i wtapiania ich w struktury utworów Decrepit Birth mają co najwyżej średni. Zespół poszedł za to z duchem czasu i wprowadził do muzyki trochę symfonicznych elementów, które przewijają się zwykle gdzieś w tle, zaś mocniej o sobie dają znać tylko w instrumentalnym 'Embryogenesis'. Nic to specjalnie porywającego, ale dają radę i zbytnio nie drażnią. Trzon "Axis Mundi" to jednak świetny warsztatowo death metal z całkiem niezłym jebnięciem – szybki, pokomplikowany i nastawiony na atak. Pewnie nie każdemu spasuje suche brzmienie tego materiału, bardzo zresztą podobne do tego, jakie uzyskali Hour Of Penance na "Regicide" (bo i oni nagrywali w 16th Cellar Studio), ale ja cenię w nim dużą selektywność. Sama jazda jest solidna i może się podobać, zwłaszcza kiedy Decrepit Birth forsują tempo, a perkman ma kończyny pełne roboty. W takich fragmentach zespół pokazuje, że instrumentalnie stać go na wiele – basman szaleje (najbardziej to słychać w 'Hieroglyphic'), gitarniak szaleje (choć mógł sobie pozwolić na trochę więcej solówek), perkman szaleje. Tylko, kurwa, mają jeszcze kolegę Billa Robinsona. Ta budząca politowanie imitacja Chrisa Barnesa jest jak dla mnie gwoździem do trumny Decrepit Birth. Wiadomo, że brutalny death metal nie stawia przed wokalistą niewiadomo jakich wymagań, ale, kurwaaa!, są jakieś granice, o które ten koleś nawet się nie otarł. Potrafi wydobyć z siebie tylko jednostajne buczenie – pozbawione jakiejkolwiek inwencji, puste i całkowicie jałowe. To właśnie dzięki niemu materiał, który jest (czy raczej mógłby być) naprawdę zjadliwy, gdzieś od połowy staje się męcząco monotonny. Nie wiem, czy będzie go łatwo wyjebać z kapeli jako jednego z współzałożycieli, ale warto nad tym popracować. Skoro Louis Panzer z kolegami pozbyli się Mike’a Browninga z Nocturnus, to może i w tym przypadku się uda. Druga sprawa, która psuje odbiór "Axis Mundi" to covery, których zespól upchnął na płycie aż trzy, rozciągając ją do ponad godziny. Owszem, są odegrane całkiem poprawnie, ale strasznie odtwórczo, panowie właściwie nie dodali nic od siebie. Szczególnym przypadkiem jest 'Infecting The Crypts' – z jednej strony rozumiem chęć oddania hołdu Suffocation (wszak bez nich Decrepit Birth nie mieliby nawet nazwy), ale z drugiej powinni mieć świadomość, że Robinson do śpiewania repertuaru Nowojorczyków zupełnie się nie nadaje, co udowodnił już na koncertach, zastępując Mullena. Zbierając to wszystko do kupy, wychodzi na to, że "Axis Mundi" to album ze skutecznie zmarnowanym potencjałem.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalna strona: decrepitbirth.net
Udostępnij:

17 grudnia 2017

Incantation – Profane Nexus [2017]

Incantation - Profane Nexus recenzja okładka review coverOooch jakże się muzycy Incantation cieszą z ponownej współpracy z kochanym Relapse! Jak to fajnie, superancko i przytulnie – jak u babci na niedzielnym obiedzie. Problem w tym, że jeszcze piętnaście lat temu (przed wydaniem "Blasphemy") Amerykanie wyklinali swoich rodaków, zarzucając im komercyjne zapędy, brak wsparcia i niezrozumienie dla potrzeb zespołu. A mniej oficjalnie chodziło ponoć o to, że nie zdołali ich wypromować tak mocno, jak choćby Nile czy nawet Cephalic Carnage... To było tytułem wstępu i ogólnej złośliwości, teraz słów kilka o "Profane Nexus", dziesiątej płycie tej kultowej ekipy. Jak to już u Incantation często bywało, w samym stylu, w podejściu do grania nic specjalnie się nie zmieniło, natomiast po raz kolejny lekko zamieszano w proporcjach elementów składowych – jednak nie na tyle, żeby ktokolwiek mógł się poczuć zdezorientowany. Trzy lata temu, na "Dirges Of Elysium", w przewadze był brud, syf i doomowe walce, toteż dla zachowania równowagi w przyrodzie (i w dyskografii) na "Profane Nexus" mocniej zaakcentowano w miarę szybkie i agresywne death’owe napierduchy. Może to i niewiele, ale właśnie dzięki takim prostym zabiegom nowy krążek ma w ogóle sens (tak globalnie), a do mnie trafia dużo lepiej/łatwiej niż poprzedni. Plusem nie do przecenienia — przynajmniej z mojej perspektywy — jest także to, że materiał jest znacznie bardziej zwięzły od "Dirges Of Elysium" — głównie dlatego, że te najwolniejsze numery są zwyczajnie krótsze — choć można było osiągnąć jeszcze lepszy efekt, wywalając nic nie wnoszący dwuminutowy ambientowy 'instrumental' o przydługim tytule. Jeśli przymkniemy oko na tego dziwoląga, zostanie nam 40 minut esencji tego, z czego Incantation słynie od wieeelu lat – nieszczególnie złożony death metal z bluźnierczym przesłaniem, naturalnie zanieczyszczonym brzmieniem (ponownie odpowiada za nie Dan Swanö), wieloma chorobliwymi melodiami i bardziej niż zwykle rozwiniętymi partiami solowymi. Te dwie ostatnie kwestie mają związek z angażem — tym razem już oficjalnie — Sonny’ego Lombardozzi, który z nawiązką odwdzięczył się zespołowi za okazane zaufanie. Dobrze to słychać już w otwierającym album 'Muse'. Takie posrane motywy w różnych tempach powracają jeszcze parokrotnie — choćby w 'Omens To The Altar Of Onyx' czy 'Messiah Nostrum' — i zawsze w podobnie zgniłym klimacie. Fajna sprawa, jednak trudno to uznać za nowość. Nie da się ukryć, że Incantation serwują tu przede wszystkim sprawdzone patenty, ale skoro jest na czym ucho zawiesić, to cóż... chyba nie ma problemu. Tym bardziej, że "Profane Nexus" to muzyka z charakterem – czy to w obrzydliwie ociężałym 'Incorporeal Despair', ekspresowym 'Xipe Totec' czy też w końcu zachwycającym nośnym rytmem 'Ancients Arise'. Amerykanie odwalili kawał dobrej robotny, mimo to nie spodziewam się, że dzięki tej płycie grono ich wielbicieli gwałtownie się powiększy.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.incantation.com

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

5 grudnia 2017

Afterbirth – The Time Traveler’s Dilemma [2017]

Afterbirth - The Time Traveler’s Dilemma recenzja okładka review coverNie będę tu ściemniał, że znam Afterbirth od podszewki, bo tak naprawdę dowiedziałem się o istnieniu tego zespołu dopiero, kiedy Unique Leader zaanonsowali ich debiutancki krążek. Jak się okazało, Amerykanie działali w latach 1993 – 1995, ale poza demówkami nie mieli żadnych poważniejszych osiągnięć, toteż szybko się rozpadli. Wrócili po 18 latach milczenia, a po kolejnych czterech wydali upragnionego longpleja. Nie mam zielonego pojęcia, co ich podkusiło do reaktywacji po tak długim czasie, ale należą im się brawa za odwagę, bo "The Time Traveler’s Dilemma" jest zaskakująco — przynajmniej dla mnie — udanym albumem. Zaskakująco, bo jakby nie patrzeć, mamy tu do czynienia z gromadą dziadków (3/4 składu), którzy masę czasu byli poza obiegiem, więc tak na zdrowy rozsądek można było po nich oczekiwać jedynie niemrawych podrygów. Wyszło jednak na to, że bycie "nie na czasie" jest jedną z głównych zalet Afterbirth, a ich debiutancka płyta to jeden z najbrutalniejszych materiałów tego roku. O tej brutalności nie ma sensu się szerzej rozpisywać, bo jest wręcz namacalna, zwłaszcza za sprawą potężnego brzmienia i kapitalnych jelitowych wokali (o zrozumieniu choćby jednego słowa można zapomnieć) znanego (albo i nie) z Artificial Brain Willa Smith’a – jeśli na "The Time Traveler’s Dilemma" słychać nakurw, to tylko taki przez duże N. Dość powiedzieć, że mocy albumu nie łagodzą nawet cztery (!) dość długie utwory instrumentalne; czynią go za to bardziej nietypowym i... dziwnym. Żeby było ciekawiej, nie jest to granie ani przesadnie typowe dla gatunku, ani wyjątkowo na czasie, bo styl, w którym nawalają Amerykanie, ma korzenie w erze sprzed Disgorge, co przejawia się choćby w zupełnie innej konstrukcji riffów (nieraz powiewa oldskulem a’la Demilich), wielowarstwowych strukturach czy dość swobodnie (i czysto!) pracującym basie. Afterbirth z każdym kolejnym numerem udowadniają, że mają całkiem sporo do zaoferowania fanom znudzonym nic nie wnoszącymi do gatunku kopiami Devourment, Internal Bleeding czy Dehumanized. Dlatego też nie ma się co zrażać osobliwą okładką (pasuje alternatywnych postrokofcuff w rurkach) ani sporą objętością krążka (44 minuty) i po prostu sięgnąć po "The Time Traveler’s Dilemma". W brutalnym death metalu nie powiedziano jeszcze wszystkiego.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/AfterbirthNYDeathMetal

podobne płyty:

Udostępnij:

29 listopada 2017

Condemned – His Divine Shadow [2017]

Condemned - His Divine Shadow recenzja okładka review coverCondemned to zespół znany głównie z niezłej sieczki utrzymanej w kanonach brutalnego death metalu, fajnych okładek oraz dość długich przerw między poszczególnymi albumami. "His Divine Shadow" nie wyłamuje się z tej charakterystyki, choć bez cienia wątpliwości można stwierdzić, że to ich najbardziej udany materiał. Wiadomo, różnice pomiędzy tymi płytami nie są kolosalne, przełomu zatem nie należało się spodziewać. Najistotniejsze jest to, że słychać wyraźny postęp, jaki dokonuje się w muzyce Condemned wraz kolejnymi wizytami w studio. Tym razem panowie w mocno odmienionym składzie (z poprzedniego ostał się tylko gitarzysta Steve Crow) zameldowali się w murach Trench Studios, więc pewnie w tym należy upatrywać nieco świeższego podejścia do dźwięków i ogólnie większej różnorodności "His Divine Shadow". Moim zdaniem wyszło im to na dobre, bo — pomijając już odczuwalnie lepszą i nade wszystko czytelną produkcję — krążek nie jest aż tak zamulający jak dwa poprzednie, więcej w nim życia. Jednocześnie nie ma tu miejsca, w którym gatunkowy purysta mógłby zarzucić kapeli zejście z jedynej słusznej drogi. Zresztą, jak można w ogóle mówić o zdradzie ideałów w przypadku albumu, który tempami (choćby w 'World-Reaving Terror') i zawiłością niektórych partii znacznie wykracza ponad to, co zespół robił w przeszłości?! Amerykanie napierdalają aż miło! Mimo to moim ulubionym fragmentem "His Divine Shadow" jest wybijający się konstrukcją 'Ascending The Spectral Throne' – bardzo dobry przykład tego, jak za pomocą tylko gitar wprowadzić do brutalnego death metalu trochę atmosfery i nie zrobić z siebie błaznów. Condemned podołali wyzwaniu, dzięki czemu mają na płycie przynajmniej jeden numer, który można łatwo i szybko przywołać z pamięci. Gdyby takich perełek było więcej, nie omieszkałbym zasygnalizować znamion oryginalności; póki co – 'Ascending The Spectral Throne' to tylko przebłysk czegoś nowego, innego. Cała resztę można spiąć klamrą "brutalny amerykański death metalu". Wielu to wystarczy, u mnie jednak rozbudzili apetyt na więcej.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/CondemnedOfficial

podobne płyty:

Udostępnij:

11 listopada 2017

Amon – Liar In Wait [2012]

Amon - Liar In Wait recenzja okładka review coverWskrzeszając Amon, bracia Hoffman powinni sobie doskonale zdawać sprawę, że cokolwiek nagrają pod tym szyldem, to i tak nie będzie miało najmniejszych szans sprostać oczekiwaniom szerszego grona odbiorców, a już zwłaszcza miłośników twórczości ich poprzedniej kapeli. Postanowili jednak zaryzykować i, cóż, swoich oczekiwań związanych z odbiorem tego krążkiem chyba też nie spełnili. Materiał zebrany pod tytułem "Liar In Wait" ani nie zachwyca, ani nie załamuje; jest całkiem przyzwoity, jednak przez zatrzęsienie zawartych w nim sprzeczności i taką sobie wyrazistość dość szybko ulatuje z pamięci. Nawet u mnie — a wydawało mi się, że jestem entuzjastycznie nastawiony do zespołu — przez większą część roku płytę przykrywa gruba warstwa kurzu. Jeśli natomiast sięgam po "Liar In Wait", za każdym razem mam wrażenie obcowania z muzyką, która mimo iż w ogóle nie męczy, nie zmierza w jasno określonym kierunku, raczej w kilku przeciwnych. Kompozytorskie niezdecydowanie to chyba ostatnia rzecz, jakiej mógłbym się spodziewać po tak doświadczonym składzie, a to właśnie ono stanowi główny problem albumu. Z jednej strony wyraźnie dają tu o sobie znać chęci zrobienia czegoś zupełnie innego — choć siłą rzeczy w podobnych ramach — niż Deicide na którymkolwiek etapie, z drugiej zaś raz za razem słychać próby nawiązania do co bardziej charakterystycznych elementów składowych Bogobójstwa (choćby w kwestii wokali), które są niezbyt ambitnymi zagraniami pod publikę. Jak na moje ucho zespołowi nie udało się tego należycie zbalansować, więc cały krążek stoi pod znakiem stylistycznych zgrzytów. Utwory na "Liar In Wait" są na pewno bardziej techniczne niż te, które bracia grali przez lata, a już zwłaszcza w obrębie solówek (bywa, że zaskakująco melodyjnych), jednak te wszystkie gitarowe zawijasy i ozdobniki wydają mi się nienaturalne i wciśnięte na siłę. Odbieram to jako coś na zasadzie ostatecznego udowodnienia malkontentom i niedowiarkom, że potrafią grać rzeczy stopniem skomplikowania przewyższające "Legion"... i "The Stench Of Redemption". Jednocześnie w riffach wciąż jest obecny pierwiastek chaosu, który zawsze charakteryzował ten gitarowy tandem; wiecie – to nie do końca okiełznane szaleństwo, w wyniku którego niekiedy zatraca się czytelność muzyki. Żeby było śmieszniej, ten 'bałagan' nie przeszkadza ekipie Amon popadać w straszne schematy. W rezultacie właściwie wszystkie kawałki zbudowano w oparciu o niezbyt rozbudowany zestaw tych samych składników występujących w tej samej kolejności. A stąd już tylko krok do nudy. I taki właśnie jest "Liar In Wait" – stosunkowo przyjemny, ale nudnawy i nie zapadający na dłużej w pamięć. Przypuszczam, że ocena jest mniej lub bardziej nieświadomie naciągnięta.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/AMON-737062752977944/

podobne płyty:


Udostępnij:

6 września 2017

Origin – Unparalleled Universe [2017]

Origin  Unparalleled Universe recenzja okładka review coverCzas pokazał, że wśród maniaków ekstermy nie ma zbytniego zapotrzebowania na eksperymenty w wykonaniu Origin. Chłodne przyjęcie, z jakim spotkał się "Omnipresent", najwyraźniej dało Amerykanom do myślenia, bo na "Unparalleled Universe" nie ma już ani grama nowości ani prób rozwijania stylu na siłę. Już pierwszymi taktami – co oznacza setki dźwięków – 'Infinitesimal To The Infinite' (kandydat na hicior) zespół daje jasno do zrozumienia, że powrócił do tego, co fani najbardziej w nim lubią, a co im najlepiej wychodzi. Wtórność i koniunkturalizm – owszem, nie da się zaprzeczyć, ale z klasą. I pierdolnięciem, jakiego każda Matka Polka od nich oczekuje. Po prostu the true Origin! Nawet wymyśliłem sobie teorię spiskową, według której ostatnio specjalnie nagrali słabszy album, żeby nowym – a w strarym stylu – na powrót przyciągnąć zainteresowanie fanów i mediów. W większości utworów (a już zwłaszcza w 'Accident And Error', 'Mithridatic', 'Truthslayer' i 'Dajjal') dominuje mordercze tempo, pierwszorzędna brutalność, maniakalna techniczna ekwilibrystyka i wściekłe wokale. Wszelkich urozmaiceń jest w sam raz, czyli niewiele, a sprowadzają się one do paru wolniejszych partii, paru normalniejszych melodii oraz jednego dziesięciominutowego olbrzyma, w którym Amerykanie dają nieco więcej miejsca na złapanie oddechu. Wszystkie składniki the true Origin, które sprawdziły się przy okazji "Antithesis", sprawdziły się również na "Unparalleled Universe", choć z wiadomych względów nie mają już tego innowacyjnego charakteru i nie ekscytują aż tak bardzo. Nie stanowi to jednak dla mnie problemu, bo ileż razy można definiować na nowo brutalny i techniczny death metal, zwłaszcza kiedy już raz zrobiło się to z wielkim hukiem. Najważniejsze, że pomimo upływu lat te zawiłe i popieprzone patenty wciąż wpadają w ucho i robią wrażenie, co zresztą jest w głównej mierze zasługą Johna Longstreth’a i jego absurdalnie pracujących kończyn. Ogólnie rzecz biorąc "Unparalleled Universe" jest bardzo zgrabnie skomponowanym krążkiem i przerasta "Omnipresent" niemal pod każdym względem. Niemal – bo z jakiegoś względu album nagrano dużo ciszej niż poprzedni, choć korzystano z tego samego studia i ludzi odpowiedzialnych za produkcję. Nie rozumiem, nie popieram. Dobrze, że w sprzęcie audio istnieje coś takiego jak potencjometr! Tak jak to miało miejsce na "Omnipresent", "Unparalleled Universe" dopchnięto zupełnie niepotrzebnym i niewymagającym technicznie coverem. Mnie takie zabiegi w wykonaniu Origin niespecjalnie ruszają, więc żywię nadzieję (więc się pewnie, kurwa, zdziwię), że nie przerodzi się to w jakąś nową świecką tradycję. "Unparalleled Universe" takich dodatków nie potrzebuje!


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Origin

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

19 sierpnia 2017

Suffocation – ...Of The Dark Light [2017]

Suffocation - ...Of The Dark Light recenzja okładka review coverJak ten czas zapieprza! Nie tak dawno jarałem się świeżutkim "Pinnacle Of Bedlam", a tu Suffocation atakuje kolejnym albumem. Naprawdę trudno w to uwierzyć, że te krążki dzielą aż cztery lata! W międzyczasie Amerykanie nie próżnowali, co oczywiście najbardziej widać po składzie, który został poważnie odmłodzony. Do tego stopnia, że jest w tym coś zabawnego – wszak w momencie wydania "Effigy Of The Forgotten" ani Erica Morotti ani Charlie’go Errigo nie było nawet na świecie (a być może i w planach), natomiast kiedy ruszyli do podstawówki, zespół już nie istniał. Jak się okazało, wiek tej dwójki nie stanowił wielkiej przeszkody w fachowym wypełnianiu przez nich obowiązków Muzyka Suffocation, choć żeby była jasność – ich wkład twórczy w "...Of The Dark Light" jest raczej niewielki, a do poziomu poprzedników jeszcze trochę im brakuje. Dotyczy to zwłaszcza Erica, który cierpi na główną przypadłość młodych perkusistów – nie wie, jak w atrakcyjny sposób zagospodarować zwolnienia, więc gra rzeczy proste i dosyć nieciekawe, czego przykład mamy już w pierwszym z brzegu 'Clarity Through Deprivation'. Ale nic straconego, jeśli chłopak utrzyma posadę, będzie miał szansę się poprawić. Druga, znacznie poważniejsze kwestia, która mi nie robi w związku z "...Of The Dark Light" to brzmienie tego materiału – bardzo sterylne, przesadnie wypolerowane i pozbawione należnej zespołowi mocy (i dołów), zwłaszcza w wolnych partiach, które powinny miażdżyć. Niestety, wyraźnie czuć tutaj chęć wpisania się w panujące na brutalnej scenie — a dla mnie niezbyt zrozumiałe — tendencje, a to duży błąd. Kurwa, to Suffocation mają ustanawiać standardy i być wzorem do naśladowania, a podążanie za modą, w dodatku tak głupią, jest w ich przypadku zdecydowanie nie na miejscu. Te dwa zgrzyty przesądzają o tym, że oceniam album niżej niż "Pinnacle Of Bedlam". A dlaczego i tak wysoko? To proste – Suffocation (a konkretnie Hobbs i Boyer) ponownie stworzyli kawał bardzo porządnej muzyki – brutalnej, intensywnej i pogmatwanej. Nie spodziewajcie się jednak po "...Of The Dark Light" jakichś znaczących zmian czy nowości względem poprzednika – cała jazda odbywa się w ramach udoskonalanego latami stylu zespołu, w którym zawsze jest dość miejsca na ostry dopierdol, jak i techniczne szaleństwa. Kto więc raz się już wkręcił w muzykę Suffocation, ten i tym razem będzie miał sporo powodów do radości i trząchania kłakami. Pozostali mogą sobie ten krążek darować. Aha, w ramach rewitalizacji staroci z "Breeding The Spawn" wzięto na warsztat 'Epitaph Of The Credulous'.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.suffocationofficial.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

28 czerwca 2017

Inanimate Existence – Calling From A Dream [2016]

Inanimate Existence - Calling From A Dream recenzja okładka review coverW recenzji "Dreamless" zdarzyło mi się wspomnieć o wpływie, jaki muzyka Fallujah wywarła na inne, zwłaszcza młode kapele. Wtedy myślałem głównie o Rivers Of Nihil, ale jak się okazało inni zachłysnęli się "The Flesh Prevails" jeszcze bardziej. Inanimate Existence, bo o nich mowa, dotychczas zajmowali się normalnym amerykańskim technicznym death metalem, w takim też stylu były utrzymane ich pierwsze krążki. Nie robili nic niezwykłego, ale mnie się podobało. Przy okazji "Calling From A Dream" wzięło ich na progresję, wokalistkę i klimaty aż za bardzo kojarzące się z ostatnimi dokonaniami Fallujah. Rozumiem chęć zmian, rozumiem rozwój, ale ten nagły przeskok stylistyczny budzi u mnie pewien niesmak, wszak mowa o kompozytorach z pewnym doświadczeniem. Nie znaczy to jednak, że "Calling From A Dream" jest albumem słabym czy stricte kopiatorskim. Muzycy Inanimate Existence zapożyczyli sobie sporo elementów charakterystycznych dla ich kolegów po fachu i wymieszali je z tym, co grali dotychczas. Rezultat jest naprawdę niezły, choć kilka rzeczy można było zrobić lepiej, no i oczywiście z oryginalnością nie ma to nic wspólnego. Mnie na "Calling From A Dream" najbardziej podoba się to, że Amerykanie zadbali o dość wysoki stopień brutalności (na poziomie zbliżonym do "A Never-Ending Cycle Of Atonement"), którego na szczęście nie rozmiękczyły progresywne zapędy – na płycie zdecydowanie dominują agresywne, odpowiednio ciężkie, a przy okazji przyjemnie pokręcone partie. Im większy i gęstszy wygar, tym zespół lepiej sobie radzi, a przynajmniej jest najbardziej przekonywający. Kolejnym istotnym atutem krążka jest jego rozsądna długość – tylko 35 minut. Dzięki temu poszczególne kawałki są łatwiejsze do rozróżnienia, a ich indywidualne wyróżniki szybciej rzucają się w uszy, więc album jako całość z jednej strony nie odstraszy ekstremistów, a z drugiej może być do przełknięcia nawet dla miłośników lżejszych dźwięków. Głównym problemem "Calling From A Dream" są natomiast dodatki czy patenty mające uczynić płytę bardziej nowoczesną i eklektyczną: nieco zbyt lajtowo potraktowane solówki, strasznie nierówny poziom partii wokalistki (od przyjemnych po irytujące), tak sobie wstrzelone klawisze i skłonność zespołu do częstego cięcia utworów pauzami. Wygląda mi na to, że Inanimate Existence bardzo chcieli ruszyć z muzyką do przodu, a przy okazji zwiększyć swoją atrakcyjność w oczach potencjalnych dużych wydawców, jednak chyba nie wszystko do końca przemyśleli, bo część zmian sprawia wrażenie wdrażanych na siłę i w ostatniej chwili. Nie zmienia to na szczęście tego, że podstawę "Calling From A Dream" stanowi bardzo udany techniczny death metal, który bez wątpienia spasuje fanom poprzednich dokonań kapeli.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/TheInanimateExistence

podobne płyty:

Udostępnij:

26 czerwca 2017

Odious Mortem – Cryptic Implosion [2007]

Odious Mortem - Cryptic Implosion recenzja okładka review coverStrach pomyśleć, ale od premiery "Cryptic Implosion" minęło już dziesięć lat! Od tamtego momentu Odious Mortem milczą i — wbrew szumnym zapowiedziom — nic nie wskazuje na to, żeby to się miało w najbliższej przyszłości zmienić. Domyślam się, że Amerykanie mają ten sam problem co Necrophagist i kilka innych ostro kombinujących kapel z najwyższej półki: w swoim czasie zrobili coś zajebistego i teraz nie mają pojęcia, co dalej – w którym pójść kierunku, żeby wciąż było zajebiście, ale jednak inaczej. Skok jakościowy, jakiego Odious Mortem dokonali między "Devouring The Prophecy" a "Cryptic Implosion", był doprawdy zadziwiający (i to mając na uwadze, że debiut był co najmniej solidny), więc marne szanse, że udałoby się im go powtórzyć. Tym bardziej, że opisywana płyta w zasadzie nie zostawiła miejsca na poprawki i wciąż bije od niej ta sama świeżość, co dekadę temu. A to prawdziwa sztuka jeśli chodzi o brutalny i przede wszystkim techniczny death metal, w którym — jak się zdaje — wszystko już zostało powiedziane. "Cryptic Implosion" to fantastycznie skomponowany i nienagannie zagrany materiał, który ilością pomysłów (dodajmy, że kapitalnych) na minutę utworu powoduje opad kopary, ślinotok i drganie lewej górnej powieki. Taka nawałnica dźwięków nie ma prawa nudzić nawet przez moment, choć niedostatecznie przygotowanego słuchacza może zmęczyć intensywnością i ogłupić natłokiem estetycznych doznań. Łomot w wykonaniu Odious Mortem jest naprawdę konkretny, Amerykanie nie szczędzą bardzo szybkich temp i (so)czystej brutalności, jednak — co nietrudno zauważyć — stawiają przede wszystkim na pompę i rozmach aranżacyjny – rozwiązania efektowne, skomplikowane i niejednokrotnie zadziwiające. Należy przy tym nadmienić, że album wyróżnia się porządnym brzmieniem i bardzo selektywną (każdy instrument ma swoje miejsce) produkcją, która znacząco ułatwia wychwycenie wszystkich smaczków gęsto poutykanych w utworach. Owszem, w przypływie złośliwości można czepiać się zespołu za przerost formy nad treścią, ale ja akurat nie widzę w tym najmniejszego problemu, bo "Cryptic Implosion" porywa i angażuje od pierwszych taktów. Ponadto materiał jest bardzo sycący, czego o 23-minutowym debiucie nie można było powiedzieć. Zachodzę tylko w głowę, dlaczego z taką muzyką i solidnym wydawcą zespół nie zyskał większego (i należnego) rozgłosu. Jak dla mnie ta płyta to przyszły klasyk.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Faebook: www.facebook.com/pages/Odious-Mortem/134874569903774

podobne płyty:

Udostępnij: