Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty

1 lutego 2023

Static Abyss – Labyrinth Of Veins [2022]

Static Abyss - Labyrinth Of Veins recenzja reviewKolejny z wielu (zbyt wielu) projektów Reiferta, który na dobrą sprawę mógł równie dobrze nie powstawać. Już dużo chętniej chciałbym napisać coś o jego innym projekcie – Painted Doll, który zrobił z jakimś-tam komikiem, ale się nie da, bo to nie jest Metal tylko abstrakcyjny Indie Rock. Druga połowa Static Abyss to nieznany mi w ogóle Greg Wilkinson, który notabene dołączył do Autopsy, przez co cały projekt wydaje się być jeszcze bardziej absurdalnie zbędny.

Nie rozumiem dlaczego najlepsze utwory z tej sesji nie mogły po prostu wyjść w ramach nowego Autopsy (który też troszeczkę ssie), bo nie ukrywajmy, lepszy jeden dobry album, niż dwa przeciętniaki.

Ale niech mu będzie, dorzuciłem się na poczet jego emerytury i wziąłem kredyt w banku żeby kupić cedeka (w razie czego jak go nie spłacę, to mi bank zabierze). Niech ma, zasłużył sobie, bądź co bądź jest legendą. Album natomiast wynudził mnie niemiłosiernie, kompletnie nudne, mało ciekawe zagrywki, które brzmiałyby jak odcinanie kuponów od klasyków, gdyby nie to, że ten kupon to talon na balon.

Muzyka mogłaby nie istnieć wcale i nikt by tego nie żałował, jeśli by przyjąć, że ktoś by w ogóle zauważył. Jakieś faworyty mam, nie powiem – „Mandatory Cannibalism” i „Morgue Rat Fever” to są 2 tracki, które jak wspomniałem wcześniej, mogły pójść do macierzystej kapeli. Niestety więc, jest to kompletna strata czasu i jeden wielki niewypał. Jak już sprawdzać coś od Reiferta, to zdecydowanie lepiej dać szansę Siege of Power albo Violation Wound, bo tam chociaż jest jakiś pomysł na siebie i nawet graficznie się prezentują lepiej (nie mówiąc o książeczce). Tutaj jest kompletnie przewidywalny Doom/Death bez jakiegokolwiek polotu, czy czegoś zapadającego w pamięci. Klimatu też brak. Już wy byście stworzyli ciekawszą muzę, nawet jeśli nigdy nie trzymaliście gitary w ręku.

Omijać, chyba że macie niezdrową ciekawość, albo się naprawdę nudzicie. Ocenę zawyżyłem z litości.


ocena: 3/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/staticabyss/
Udostępnij:

29 stycznia 2023

Malignant Altar – Realms Of Exquisite Morbidity [2021]

Malignant Altar – Realms Of Exquisite Morbidity recenzja reviewDo czego to ludzie są zdolni, kiedy im się nudzi i mają za dużo pieniędzy. Jedni zakładają sobie jakieś lewe fundacje i zasrywają kraj prostacką kato-propagandą, inni kupują serwisy społecznościowe, żeby przywracać konta zbanowanym kolegom-kretynom, a jeszcze inni powołują do życia 68415 kapelę nawalającą staroszkolny death metal. Żeby za dużo nie rzucać kurwami, zajmę się tylko tą trzecią grupą.

Malignant Altar został powołany do życia w 2018 roku przez paru dosyć doświadczonych muzyków, którzy w trakcie swojej „kariery” przewinęli się przez kilka mniej lub bardziej znanych grup. Pograli chwilę, dorobili się dwóch demówek i debiutu, po czym już w 2022, przyciśnięci przez prozę życia, zakończyli działalność. W sumie norma, biografia jakich wiele. Chociaż… Ciekawostką może być fakt, że w zespół było zaangażowanych aż trzech kolesi, którzy byli/są związani z Oceans Of Slumber — a więc kapelą stylistycznie oddaloną od Malignant Altar o lata świetlne — a których wkład w Realms Of Exquisite Morbidity jest zdaje się największy.

Debiut MMalignant Altar to nieco ponad pół godziny pierwotnego death metalu jednoznacznie nawiązującego do początków lat .90 XX wieku i wczesnych nagrań Morbid Angel, Incantation, Bolt Thrower czy Autopsy. Amerykanie mają do zaoferowania dobrze przemyślane riffy, które raz miażdżą, raz śmigają, perkusję, która nawala bardzo gęsto, choć głównie w umiarkowanych tempach oraz wokalistę, który wydaje z siebie ledwo zrozumiałe pomruki. Całość podano na miarę obecnych czasów, dbając o odpowiednie proporcje między syfem a czytelnością. W sumie norma, płyta jakich wiele.

Oryginalność nie jest najmocniejszą stroną Realms Of Exquisite Morbidity i nie da się ukryć, że materiał Malignant Altar jakoś znacząco (w tym także poziomem) nie odbiega od tego, co z niezłym rezultatem produkują Tomb Mold czy Ossuarium. Album świetnie brzmi, wykonaniu nie można absolutnie niczego zarzucić (szczególne brawa dla perkmana, bo produkuje się w naprawdę wyszukany sposób), klimat starego death metalu jest mocno wyczuwalny, a kolejne utwory (z wyjątkiem niepotrzebnego ambientowego przerywnika) całkiem sprawnie wbijają się w czaszkę, mimo iż melodii w nich tyle, co kot napłakał.

Amerykanie na Realms Of Exquisite Morbidity zaserwowali kawał porządnego death metalu w dobrze znanym, ale i ostro przemielonym stylu. Album wchodzi gładko i słucha się go z dużym zainteresowaniem, ale… Główny i w zasadzie jedyny problem polega na tym, że zespół właściwie nie dorzucił do tej wyświechtanej formuły niczego od siebie (chyba, że gęsto mieszającego perkmana?). Sam wysoki poziom muzyki może nie wystarczyć, żeby o tym krążku pamiętano za kilka lat.


ocena: 8/10
demo
Udostępnij:

23 stycznia 2023

Necrophagia – WhiteWorm Cathedral [2014]

Necrophagia - WhiteWorm Cathedral recenzja reviewKilljoy – człowiek legenda, twórca specyficznego death metalu mieszającego to, co w metalu śmierci kochamy najbardziej wraz ze slasherami lat 80 klasy B lub niżej. Na pierwszy rzut krucyfiksu połączenie wydające się być totalnie z dupy okazało się strzałem w 666. Czegoś takiego próżno było szukać na rynku muzycznym i bez dwóch zdań Necrophagia jest i będzie królem tego rodzaju hybrydy. Mnie osobiście zabolała śmierć tego człowieka, gdyż nigdy nie było mi dane usłyszeć bandu na żywo nad czym ubolewam. Śpieszmy się na koncerty, muzycy tak niespodziewanie odchodzą.

Zawał serca w 2018 roku zakończył życie (i tym samym zespół, którego Killjoy był mózgiem, duszą i… sercem) człowieka mogącego jeszcze spokojnie tworzyć kolejne cudeńka, gdyż nie przekroczył on nawet półwiecza. Celowo piszę cudeńka, gdyż ostatni album WhiteWorm Cathedral udowodnił, że Frank był w dobrej formie. 13 utworów to niemal godzinne doznania. Na nasze szczęście z rodzaju tych przyjemnych (dla sąsiadów może być to bardziej BDSM, ale kto by się tym przejmował?), dlatego też godzina zleci nam szybko. Kawałki są dość krótkie, trwają średnio około 3-4 minuty, więc o znużeniu nie ma mowy. Płyta wita nas utworem „Reborn Through Black Mass” dość typowym dla Necrophagii samplem z filmu. Oczywiście będzie to miało jeszcze miejsce kilka razy na przestrzeni płyty, ale jak zwykle, takowe intro świetnie przypomina nam z kim mamy tutaj do czynienia. Killjoy postawił na średnio-walcowate tempa idealne do pozbycia się nadmiaru łupieżu. Niemniej jednak, utwory takie jak „Elder Things” czy „Hexen Nacht” przypominają nam, że panowie grają tutaj death metal, a nie kołysanki. Płyta jako całość jest zajebiście solidna i trudno przyczepić się do któregokolwiek utworu, sugerując iż odstaje od reszty. Mój osobisty killer tej płyty to utwór „Coffins”, który długo gościł u mnie na telefonie w formie dzwonka. To za sprawą uroczego, filmowego wstępu.

Ostatnie dokonanie Necrophagii daje chyba to, co najważniejsze przy odsłuchu płyty, uczucie zarówno spełnienia, gdyż WhiteWorm Cathedral ugasi nasze pragnienie tego rodzaju metalu śmierci jak i wzbudzenie pragnienie na jeszcze więcej. Niestety nigdy już nic nowego nie usłyszymy. Całe szczęście dyskografia nie należy do ubogich, więc jest w czym przebierać.

Nie jest to dzikość Deicide, nie jest to głębia Morbid Angel, to po prostu i aż Necrophagia. Pozostaje mi tylko zaprosić was do tego Marszu Martwych Ciał!


ocena: 8,5/10
Lukas
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/NecrophagiaOfficial

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

17 stycznia 2023

HatePlow – The Only Law Is Survival [2000]

HatePlow - The Only Law Is Survival recenzja reviewDobry sequel, to taki, gdzie zespół wykorzystuje swoje nabyte doświadczenie, myśli nad tym co wyszło im dobrze, a co źle, robi drobne korekty i zwiększa swój budżet, aby zaprezentować swoją wizję w pełnej krasie. Nie Hateplow. Ci panowie stwierdzili, że tym razem uwydatnią mocniej wpływy Grindcore’u i przyśpieszą tempo.

Przed Kyle Simonsem wciąż czekały 2 lata, zanim w końcu zagrowlował na płycie Malevolent Creation. Na perkusji zagrał tym razem ze wszech miar utalentowany Dave Culross, a na basie Doug Humlack (z Hibernus Mortus). Reszta, czyli Barrett + Fasciana bez zmian i wciąż na poziomie.

Spotykamy się ze zdecydowanie większą siłą rażenia, bez udziwnień i dodatków. Od początku do końca dostarczany jest Deathgrind wysokiej klasy. Ponownie jak poprzednio, płyta zaczyna pokazywać swój charakter gdzieś od połowy, czyli 6 tracku. Na wyróżnienie zasługuje najdłuższa piosenka na płycie, „Incarcerated” (4 minuty), z wyrazistym momentem przewodnim i słodziutkim basowym intrem. Większość płyty jest jednak wypełniona krótszymi i prostszymi ciosami.

Na specjalną uwagę zasługują też bardzo dobrze napisane liryki, z moim faworytem „Should I Care?” na czele (polecam przeczytać). Mniej uwagi jest tym razem poświęcone perwersjom, a więcej szarej codzienności i wyalienowaniu. Mało który zespół potrafił tak trafnie dobrać słowa i streścić dosadnie bolączki współczesnego świata pełnego egoizmu i hipokryzji.

Całościowo album jest krótki, bo niecałe 35 minut, czyli w sam raz, żeby nasycić, a jednocześnie nie przedobrzyć. Ogólnie oceniam ten twór ciutek niżej niż debiut Hateplow, ale to wciąż jest muzyka godna uwagi i warto poświęcić troszkę więcej czasu, aby należycie docenić kompozycje.

CIEKAWOSTKA:
  • Przy wykonywaniu „Fuck the Millenium” na koncertach zespół używał efektu, który zniekształcał lekko głos na bardziej komputerowy i metaliczny.
ocena: 8/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Hateplow/148381971849699

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

28 grudnia 2022

Misery Index – Complete Control [2022]

Misery Index - Complete Control recenzja reviewJak by do tego podejść… Na początku chyba muszę docenić gest Amerykanów, którzy dopilnowali, żebym po raz kolejny w recce nie musiał pisać o nich tego samego. Wiadomo, pewne elementy u Misery Index się nie zmieniają, stanowią wszakże o charakterystycznym stylu tego zespołu, a jednak Complete Control w sposób wyraźny różni się od poprzednich płyt. Ta odmienność dla jednych może być sporym atutem tego materiału, dla innych zaś jego największą wadą. No i cóż… wstyd się przyznać, że należę do tej drugiej grupy.

Complete Control w żadnym wypadku nie jest eksperymentem, zerwaniem z przeszłością czy czymś równie drastycznym z punktu widzenia fana Misery Index. Amerykanie jedynie poprzesuwali akcenty i położyli nacisk na bardziej bezpośrednie rozwiązania, co jednak wystarczyło, żeby album nie pokrywał się w 100% z tym, czego oczekiwałem. Całość jest bowiem prostsza i wolniejsza, z mocniejszymi wpływami skocznego hardcore’a, ponadto w utworach często pojawiają się też uwypuklone melodie i taka dość rockowa motoryka. Jedynym kawałkiem, który po staremu jebie czachę od początku do końca jest „Now Defied!” – dwuminutowa petarda na zakończenie, tak dla przypomnienia, że nie wymiękli.

Co ciekawe, wszystkie zmiany, jakich Misery Index dokonali (jednorazowo?) w swoim stylu i brzmieniu, właściwie nie dają podstaw, żeby się do nich przyjebać, bo w takim graniu też się bardzo dobrze odnajdują. Ani nie stracili na żywiołowości, ani na potencjale energetycznym, ani na precyzji wykonania (inna sprawa, że wcale nie zawiesili sobie wysoko poprzeczki)… Talent do komponowania wpadających w ucho hitów („Infiltrators”, „Necessary Suffering”, „The Eaters And The Eaten”) też ich nie opuścił, więc tylko osobiste zboczenia sprawiają, że Complete Control oceniam na poziomie „Heirs To Thievery”, któremu z kolei brakowało świeżości.

Reasumując, Misery Index stworzyli co najmniej dobry album, który wstydu na pewno im nie przynosi, jednak nawet po XX-dziesięciu przesłuchaniach nie potrafię się nim szczerze zachwycić i liczę, że następnym razem zagrają gęściej i bardziej po swojemu.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/MiseryIndex

inne płyty tego wykonawcy:








Udostępnij:

22 grudnia 2022

Exhumed – To The Dead [2022]

Exhumed - To The Dead recenzja reviewExhumed nareszcie wraca do optymalnej formy i sprawdzonej formuły! W ostatnich latach dało się odczuć, że Matt Harvey bardziej przykłada się do Gruesome, z którym odniósł absurdalny sukces, niż do swojej podstawowej kapeli; ponadto przyszłości Exhumed nie wróżyło też najlepiej nagłe zaangażowanie Mike’a Hamiltona w Deeds Of Flesh. Obaj najwyraźniej poszli po rozum do głowy i przemyśleli priorytety, bo To The Dead to dokładnie taki krążek, jakiego od paru lat oczekiwałem od tego zespołu.

Po eksperymentach (choć to za duże słowo) z ambitniejszym i rozbudowanym graniem oraz wyjątkowo naciąganym powrotem do korzeni, Amerykanie nagrali materiał, który w ich przypadku wydaje się najbardziej naturalny. To The Dead zawiera wszystkie elementy, za które fani polubili „All Guts, No Glory” i „Necrocracy” (plus rzygnięcia Rossa), i mimo iż nie ma już tamtej świeżości, cieszy w podobny sposób. Musi tak być, bo całość sprowadza się do żywiołowego post-carcassowskiego death metalu z dużą ilością blastów, urozmaiconych wokali i chwytliwych melodii. Dość przewidywalnego, ale rajcownego i bezbłędnie wykonanego. Nowości brak, a nawet jeśli jakieś zaproponowano, to muszą być porządnie zakamuflowane, bo nic takiego nie rzuciło mi się w uszy. Osobną kwestią jest to, że nie słucham Exhumed dla poszerzania horyzontów…

Spójność czy czepliwość materiału nie budzą moich najmniejszych zastrzeżeń, To The Dead to esencja stylu Exhumed, z wieloma pewniakami na koncertowe hity. A jeśli „Disgusted”, „Necrotica”, „Putrescine And Cadaverine” czy „Carbonized” nie trafią do setlisty zespołu, to znaczy, że z chłopakami jest coś nie tak i są głusi na zajebozę. Oczywiście pozostałym utworom również niczego nie brakuje, ale niektóre z nich (szczególnie „Defecated”) będą wymagały ze dwóch przesłuchań, żeby w pełni odkryć ich prawdziwy potencjał. Co ciekawe, w przypadku aż czerech kawałków Exhumed dopuścili do komponowania byłych członków kapeli. Ten zabieg nie wpłynął jakoś znacząco na kształt To The Dead, ale jako ukłon w stronę starych muzyków wypadł fajnie.

Produkcja płyty trzyma całkiem niezły poziom, zwłaszcza jeśli chodzi o selektywność instrumentów, ale pod względem mocy wyraźnie odstaje do „Necrocracy” czy nawet „Death Revenge”. Tamte albumy brzmiały o wiele okazalej, tłusto, były też głośniej nagrane. Tym razem trzeba to korygować na własną rękę.

Na zakończenie tylko się powtórzę – To The Dead to płyta, której oczekiwałem od Exhumed, choć do końca nie wierzyłem, że jeszcze ich stać na tak klasowy materiał. Miłe zaskoczenie!


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ExhumedOfficial

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

16 grudnia 2022

Maul – Seraphic Punishment [2022]

Maul - Seraphic Punishment recenzja reviewTen pochodzący z Północnej Dakoty zespół to jakiś ewenement na tle innych, pojawiających się jak grzyby po deszczu kapel mielących death metal w starym stylu. Nie chodzi mi w tym miejscu o muzykę — która w zasadzie niczym nie zaskakuje — a o ich dotychczasowy dorobek. W przeciwieństwie do większości „konkurencji”, Maul nie wyskoczyli znikąd, od razu z materiałem na pełny album. Amerykanie w ciągu pięciu lat działalności natrzaskali sporo pomniejszych wydawnictw — demówek, epek, splitów, a nawet koncertówkę — i dopiero po takim czasie zdecydowali się na debiut z prawdziwego zdarzenia.

Z powyższego opisu można wywnioskować, że chłopaki mocno przykładają się do swojej muzyki, cierpliwie rozwijają umiejętności i niczego nie zostawiają przypadkowi. Tymczasem pierwsze sekundy otwierającego płytę „Of Human Frailty” to tak toporna łupanka, że aż w zębach trzeszczy; Six Feet Under w najbardziej prymitywnej formie się kłania. Z czasem Maul trochę się rozkręcają, ale nie na tyle, żeby w pełni zamazać niekorzystne wrażenie wywołane wstępem. Ta sztuka udaje im się dopiero w kawałku tytułowym, który jest zdecydowanie najjaśniejszym punktem Seraphic Punishment i ma potencjał na hit. Fajny groove, nośne riffy i jakieś namiastki kombinowania sprawiają, że numer wchodzi od pierwszego przesłuchania i trudno się od niego uwolnić.

Kolejne utwory nie dobijają już do tak wysokiego poziomu, choć trafiają się wśród nich naprawdę udane strzały w postaci „Deity Demise”, „Infatuation” czy „Carrion Totem”. Po części wynika to z samego stylu – Maul postawili na prosty, chamski, pozbawiony subtelności i niezbyt szybki death metal, co samo w sobie nie jest niczym złym, ale niektóre stosowane przez nich rozwiązania są wręcz prostackie (co się tyczy głównie wyczynów perkmana), a większości kawałków na Seraphic Punishment brakuje jakichś wyraźnych urozmaiceń. Ponadto zespół wypada ciekawiej, gdy przyspiesza do średniego tempa, bo w tych najwolniejszych ma tendencje do przynudzania i za bardzo stawia na prostotę.

Na obecnym etapie muzyka Maul jeszcze nie porywa, przynajmniej dla mnie to, co mają do zaoferowania na Seraphic Punishment, to trochę za mało. Zespół ma fajne przebłyski, porządnego wokalistę, mocarne brzmienie i ogólnie niezły potencjał (taki w kierunku Necrot), ale rozwinięcie go będzie wymagało od chłopaków sporo pracy, a być może i pewnych korekt w składzie.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/MAULND/
Udostępnij:

24 listopada 2022

Speckmann Project – Fiends Of Emptiness [2022]

Speckmann Project - Fiends Of Emptiness recenzja reviewOstatnio złapałem smaka na Emanzipation records i to co tam sobie wychodzi od nich, więc po kolei sobie sprawdzam każdą rzecz. I proszę, proszę, co ja tu widzę… Odrobina edukacji: z debiutem Mastera były jajca, bo był nagrywany kilka razy, z różnych powodów. Pierwszy Speckmann Project był po prostu jedną z wersji owego debiutu, który nie był wydany, bo był zbyt czysty, mimo iż był nagrany tylko i wyłącznie przez to, że poprzednia wersja była za brudna. Tia…

Nadążacie jeszcze? Wydawać by się więc mogło, że „projekt” ten spełnił swoją zasadniczą rolę. Ale historia lubi się powtarzać… No może nie do końca. Tym razem nikt niczego nie odrzuca, ale Speckuś w wywiadach stwierdził, że najnowszy album dua „Johansson & Speckmann” będzie wydany pod starym szyldem, ze względów marketingowych, aby więcej ludzi się zainteresowało. I chyba się udało, przynajmniej w moim wypadku, bo łagodnie mówiąc, rzygam na potęgę twórczością Roggi, ale z ciekawości sprawdziłem. Co prawda, skapnąłem się, że tu Rogga gra po fakcie, ale mniejsza o to.

Płyta ma bardzo chamskie, amerykańskie brzmienie i riffy, takie charakterystyczne dla lat ’90, mimo iż Rogga jest Szwedem. Nie chcę stosować tutaj porównania do analogicznej sytuacji jak na „Octagon” Bathory, bo to się źle skojarzy, ale mamy trochę tej jankeskiej bucowatości w tym jak to brzmi. Przy czym tutaj to brzmi bardzo dobrze i bez żadnych zarzutów.

Muzycznie dostajemy szybką (utwory średnio po 2 min.), prostą łupaneczkę, która o dziwo nie nudzi i się nawet podoba. Riffy pewnie już słyszałem nie raz u lepszych zespołów, choć nie mogę za bardzo sobie przypomnieć gdzie, ale to nie szkodzi – i tak wszystko już było. Mimo owej wtórności, to dzięki entuzjazmowi i sile wokalnej Paula, brzmi to stosunkowo świeżo. Nawet się parę numerów wyróżnia i brzmi świetnie, np. „The Corporate Twisted Control”.

Na osobną pochwałę zasługują też liryki – krytyka pewnego koncernu farmaceutycznego, który terroryzował ludzi przez ostatnie lata, obu opcji politycznych w USA, jak i różnych ruchów liberalno-lewicowo-społecznych-blablabla. To ostatnie mnie najmilej zaskoczyło, zważywszy na poglądy Speckmanna. Co jak co, ale prędzej bym się spodziewał u niego odwrotnych trendów lirycznych. Świadczy to więc o jego uczciwości intelektualnej, że jeśli ktoś zasługuje na krytykę, to może się spodziewać, że się mu oberwie. Wkurwienie w tym, jak Paul wypluwa z siebie słowa i je akcentuje, robi pozytywne wrażenie.

Zdziwił mnie nieco ostatni track, jakieś dziwne odgłosy, plus recytacja słów po czesku… Książeczka ma tłumaczenie po angielsku, więc nikt się chyba nie zgubi. Ot takie dziwne outro.

Co więc sądzę o całości? Ano, że to niegłupia rzecz, nawet wręcz dużo lepsza, niż ma do tego prawo. Czy więc polecam? Nie skłamię jeśli powiem, że zapewne są ciekawsze i jeszcze lepsze rzeczy do sprawdzenia. Ale jeśli ktoś spisał ten duet na straty, to może się nieco zdziwić. Niby nic specjalnego, a jednocześnie powyżej przeciętnej.


ocena: 8/10
mutant
Udostępnij:

21 listopada 2022

Hath – All That Was Promised [2022]

Hath - All That Was Promised recenzja reviewDebiutem sprzed trzech lat Amerykanie zrobili spore wrażenie na wielbicielach świeżego podejścia do death metalu, więc nie ma się czemu dziwić, że oczekiwania w stosunku do jego następcy były już mocno wyśrubowane. Pierwszy singiel, niemal genialny „Kenosis”, zaostrzył apetyty na coś naprawdę wyjątkowego, bo zgrabnie łączył to, co najlepsze na „Of Rot And Ruin” z gęstym klimatem i blackowym zacięciem. No i cóż… gdyby wszystkie utwory Hath trzymały taki poziom, to nie byłoby czego zbierać, a ja właśnie pisałbym o murowanym kandydacie do tytułu płyty roku. Tak dobrze jednak nie jest, a mój pierwszy kontakt z All That Was Promised zakończył się srogim rozczarowaniem.

Z mojej perspektywy krążek nie dostarcza „wszystkiego, co było obiecane” (niezależnie od tego, co by to miało być), a już na pewno nie tego, co ja sobie po nim obiecywałem. Czyżby muzycy Hath nie udźwignęli ciążącej na nich presji? Nie, oni po postu mieli inną wizję tego materiału. Ja poniekąd liczyłem na powtórkę z rozrywki i więcej tego, co im najlepiej wyszło na debiucie, natomiast Amerykanie postawili na dość daleko idące zmiany. Zespół ujednolicił stylistycznie utwory, wyrównał je także pod względem długości, więc mogło by się wydawać, że całość będzie bardziej zwarta i komunikatywna. Okazało się, że przez pewne zabiegi jest jednak odwrotnie – materiał wymaga więcej uwagi i skupienia.

Podstawowym problemem All That Was Promised, a przynajmniej czymś, co do mnie zupełnie nie trafia, jest nagromadzenie akustycznych partii, jakiegoś niby klimatycznego plumkania, ambientów, wyciszeń… Takie dodatki występują w różnym natężeniu w większości utworów, a poza jednym-dwoma przypadkami, kiedy przywodzą na myśl Ulcerate, niczego wartościowego ze sobą nie niosą. Te wtręty i ich na oko przypadkowe rozmieszczenie w strukturach dość mocno wybijają z rytmu i zakłócają brutalną spójność materiału. Może i zespołowi chodziło o stworzenie kontrastu, ale niestety wyszło skakanie ze skrajności w skrajność – albo brutalny łomot albo łagodne plumkanie, bez czegoś pomiędzy. Tych wątpliwych atrakcji uzbierałoby się z 10 minut, a ja mógłbym się bez żalu z nimi pożegnać.

Po odarciu All That Was Promised ze wspomnianych przeszkadzajek zostaje znakomity, pomysłowy, miażdżący ciężarem i potężnie brzmiący (produkcja to ponownie zasługa perkmana) death metal z większymi niż ostatnio wpływami blacku (głównie w riffach i jadowitych wokalach). W takim graniu Hath już są bezkonkurencyjni i właśnie tego powinni się trzymać. Tym bardziej, że jak chcą, to potrafią doskonale urozmaicać utwory bez uciekania się do niemetalowych patentów. Podobnie jak na debiucie, większość kawałków ma jeden konkretny punkt kulminacyjny – czy to krzyczane/śpiewane chórki, czy wypasioną, rozbudowaną solówkę. Po „Of Rot And Ruin” spodziewałem się, że zespół chętniej i gęściej będzie korzystał z tych elementów, tymczasem oba występują jedynie w singlowym „Kenosis”.

Czy wobec powyższych jojków mogę uznać All That Was Promised za album lepszy od debiutu? Nie, nie da rady, wymienione minusy są dla mnie nie do przeskoczenia. Materiał Hath jest zbyt poszarpany i trochę za wolno się rozkręca, żeby odpowiednio porwać słuchacza, a przekonanie się do niego wymaga sporo czasu i uwagi.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/HathBand

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

18 listopada 2022

Wehrmacht – Shark Attack [1987]

Wehrmacht - Shark Attack recenzja reviewW czasach, kiedy gatunki się dopiero formowały, wiele grup prześcigało się w tym, która zagra najszybciej i najostrzej. Wśród wielu pretendentów do tytułu, do historii przeszedł m.in. Wehrmacht, jako kultowy reprezentant Crossover/Thrash, gdzie wiele elementów ich muzyki dało podwaliny pod Grindcore jak i Death Metal, czyniąc ich honorowymi bohaterami ekstremalnego Metalu, nawet jeśli sama grupa ideowo miała luźne podejście, czyli tzw. 3 x P — pizza, piwo i panienki — wartości bardzo ważne dla dorastającej młodzieży zarówno wtedy, jak i teraz (pewne rzeczy się nigdy nie zmieniają). Zresztą wystarczy popatrzeć na okładkę albumu – brudny wojownik Metalu surfujący na rekinach w kanałach – koncept nie do przebicia.

Ich debiutancki album był wydany przez New Renaissance Records – wytwórnię, o której wypadałoby napisać osobny artykuł, jako że miała kluczowe znaczenie dla Pierwszej Fali Death Metalu. Dość wspomnieć, że wydali m.in. debiut Necrophagii, albo składankę „Satan’s Revenge III” (pierwsze oficjalne wydawnictwo Morbid Angel, oraz Necrovore). Zresztą ich cały katalog zawierał w dużej mierze zespoły będące istotnym pomostem między Thrash a Death Metalem (poza wymienionymi wcześniej, dość wspomnieć o np. Post Mortem, Blood Feast, Dream Death, czy takim The Unsane, choć to nie wszystko).

I czasem zastanawiam się, na ile kultowy status albumu wynika z samej prędkości i agresji, a na ile z talentu muzyków. Nie brakuje jednakże atrakcji na płycie, można usłyszeć na niej następująco: motyw z filmu „Szczęki”, odgłosy rzygania w toalecie, popisy gitarowe w jakże oczywistym numerze „Fretboard Gymnastics”, dużo hymnów młodości, troszkę wojennych tematów i różne rozkminy na losowe tematy życiowe. Opakowane jest to w sprawnie wymyślone i cięte jak salami riffy i napastliwą perkusję, która brzmi jakby miała się zaraz rozlecieć.

Produkcji brakuje wiele do ideału i nawet remaster nie jest w stanie naprawić wszystkich niedociągnięć, a i całościowo też album stosunkowo szybciutko się zwija, nie zostawiając też aż tak wiele mięsa, aby się nasycić. Zważywszy jednak na to, że choć się nie wychowałem w tamtych czasach, a mimo to mam nostalgię do Shark Attack, to można nieśmiało mówić o pewnej magii, która pozwala wybaczać wszelkie braki i zrozumieć, dlaczego jest to tak bardzo ceniona płyta.

A jako, że raczej nie zamierzam recenzować drugiego ataku Wehrmachta („Biermacht”), to potraktujcie ocenę końcową jako równoznaczną z podsumowaniem całej ich twórczości. Dość tylko wspomnieć, że sequel, choć lżejszy, kontynuował myśl zawartą na debiucie, czasami nawet jeszcze bardziej humorystycznie i szybciej.


ocena: 8/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/WehrmachtOfficial
Udostępnij:

12 listopada 2022

Skinless – Only The Ruthless Remain [2015]

Skinless - Only The Ruthless Remain recenzja reviewBezskórni panowie, bezskórni panowie, bezskórni panowie dwaj
Już szron na głowie, już nie to zdrowie, a w sercu ciągle krwawy Death Metalowy raj

- przedwojenna piosenka ludowa

Witamy w kolejnym odcinku z cyklu „jakim cudem się nie mówi o tym zespole”. Wszak nazwa Skinless jest powszechnie znana ludziom zarówno dobrej, jak i żelazowej woli. Możliwe, że rozpad kapeli, w wyniku którego była prawie 10-letnia przerwa wydawnicza między Only the Ruthless Remain a gorąco przyjętym poprzednikiem „Trample the Weak, Hurdle the Dead” nie pomogła w zachowaniu pamięci wśród Metalowej wiary.

Renoma i urok osobisty tego zespołu jest tak wielka, że nawet ludzie, którzy normalnie wręcz gardzą Brutalnym Death Metalem, zakochują się od razu w tej muzyce i proszą o więcej. Nie wiem, czy jest to kwestia poczucia humoru, lekkości i finezji, z jaką zespół sobie pozwala grać i pisać teksty, czy może to po prostu kwestia umiejętnego klecenia przemyślanych kompozycji, ale zarówno proporcje, jak i sposób dawkowania masywnej kawalkady decybeli bezproblemowo potrafią się wślizgnąć do nawet tych najbardziej zmurszałych serc.

Każdy, dosłownie każdy utwór się tutaj podoba, choć trochę ich jest mało, bo tylko siedem. Nie będę oryginalny i powiem, że „Flamethrower” jest świetną wizytówką całości, nawet jeśli reszta materiału w niczym mu nie ustępuje. Zaskakiwać może natomiast spokojniejszy „Funeral Curse”, jeśli się nie mylę, to chyba jest to dosłownie pierwszy wolny numer w całym dorobku formacji.

Jedyne co mnie powstrzymuje od dania pełnej oceny jest to, że mimo ogromnej zajefajności płyty, jest ona zbyt krótka i za mało pomysłowa, aby przejść do historii i stać się legendą. I trzeba też niestety powiedzieć, że mimo wszystko, album nie jest aż tak brutalny, jak zwykło to bywać u ekipy w przeszłości. Nie zmienia to faktu, że grupa wykonuje swoją robotę więcej niż wzorowo i chciałbym, aby było to normą w Brutalnym Death Metalu. Takiej porządnej dawki energii, to aż chce się słuchać i to wręcz na okrągło.


ocena: 9/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Skinless



Udostępnij:

3 listopada 2022

Deeds Of Flesh – Nucleus [2020]

Deeds Of Flesh - Nucleus recenzja reviewPrzy opisie/ocenie Nucleus trzeba mieć się na baczności, żeby przykre okoliczności powstania tego materiału (śmierć Erika Lindmarka – gitarzysty i współzałożyciela Deeds Of Flesh) nie przesłoniły/wypaczyły jego rzeczywistej wartości, a z tego, co widzę – sporo osób ma z tym problem. A tak się składa, że przy trzeźwym podejściu, sprowadzonym tylko do muzyki, Nucleus nie jest arcydziełem i w żaden sposób nie deklasuje poprzednich płyt zespołu, ba – pod pewnymi względami nawet jest od nich słabszy.

Wiadomo, że dla Deeds Of Flesh nigdy szczytem ambicji nie było nagrywanie w kółko tej samej płyty i mimo bardzo hermetycznego stylu ich kolejne materiały w mniejszym lub większym (ale głównie mniejszym) stopniu jakoś tam różniły się od siebie. Ta tendencja została podtrzymana na Nucleus, który choć ma wiele punktów wspólnych z „Portals To Canaan”, nie jest wierną kopią tamtego albumu. Niestety, mnie akurat tak podana inność niespecjalnie przekonuje. Przez lata kojarzyłem Deeds Of Flesh z tym, z czym sami chcieli być kojarzeni – czystym w formie technicznym i brutalnym death metalem, natomiast na Nucleus pojawiło się sporo naleciałości kapel (m.in. Arkaik, Continuum, Decrepit Birth, Eschaton), które z tego wzorca uczyniły punkt wyjścia do dalszych poszukiwań. W rezultacie muzykę „wzbogacono” o garść progresywnych rozwiązań oraz elektroniczne/symfoniczne przeszkadzajki, innymi słowy: zmiękczacze osłabiające siłę wyrazu.

Muzyka Deeds Of Flesh straciła na pierdolnięciu również przez brzmienie. Po czterech płytach zarejestrowanych w Avalon Digital Recording Studios, materiał na Nucleus powstał w domowych warunkach. Każdy z członków zespołu nagrywał ścieżki na własną rękę, a później całość do kupy skleił Zack Ohren, który najwyraźniej równał w dół, do najsłabszego elementu (perkusja?), bo produkcja albumu jest przeciętna i strasznie od niej wali obróbką cyfrową. Wydaje się, że każdy z instrumentów pracuje tu w bardzo wąskim, mocno okrojonym paśmie i w ogóle nie nakłada się na pozostałe, stąd odczucie dużej kompresji i małej spójności.

No właśnie, spójność… Tu także jest problem. W większości utworów pojawiają się mniej lub bardziej znani wokaliści, którzy swoim udziałem oddają hołd Erikowi. Rozumiem ogólny zamysł, ale nie rozumiem wykonania. Gdyby chodziło o jeden-dwa kawałki i kilka wersów dla każdego z gości, to byłoby OK. Tymczasem takich numerów jest aż sześć, przez co — zwłaszcza, gdy do głosu dochodzą rozpoznawalne persony — krążek brzmi bardziej jak składak coverów Deeds Of Flesh, niż oryginalny materiał.

Słuchając Nucleus nie mogę pozbyć się wrażenia, że muzykom Deeds Of Flesh nie tyle chodziło o dopracowanie tego, co pozostawił po sobie Lindmark i wydanie kapitalnej (a przy okazji pożegnalnej) płyty, co raczej o doprowadzenie tego projektu do końca. Tak po prostu, żeby zamknąć temat i oddać hołd przyjacielowi.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: deedsoffleshmetal.com

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

28 października 2022

Pyrexia – Gravitas Maximus [2021]

Pyrexia - Gravitas Maximus recenzja reviewLubię Pyrexia, a przynajmniej staram się lubić, choć sam zespół wcale mi tego nie ułatwia. Wiele można o Amerykanach napisać, ale na pewno nie to, że potrafią utrzymać równą formę i każdy ich album wgniata w podłoże. Sympatia sympatią, ale są pewne granice i dlatego do przesłuchania Gravitas Maximus zabierałem się z ociąganiem, umiarkowaną ciekawością i bez wielkich oczekiwań. Dobrze na tym wyszedłem, bo to ich najbardziej przekonujący materiał od czasu „Age Of The Wicked”.

Płyta jest krótka, bardzo krótka, jednak w przypadku Pyrexia zakładanie z góry, że dzięki temu będzie ostro jebać czachę, jest z nadużyciem i przejawem naiwności. Wszak bardzo podobne objętościowo „Unholy Requiem” i „System Of The Animal” nawet nie tyle nie szarpały jelit, co potrafiły usypiać (zwłaszcza ta pierwsza). Z Gravitas Maximus sprawa wygląda na szczęście zdecydowanie inaczej – album ma w sobie więcej życia, bardziej nośnych aranżacji, jest urozmaicony pod względem dynamiki (czyżby zasługa nowego perkmana?), a przede wszystkim – nie nudzi i nie zamula.

Muzycy Pyrexia prawie nie dają słuchaczowi chwili na wytchnienie, a jeśli już trochę zwalniają obroty, to tylko po to, żeby po chwili uderzyć z jeszcze większą mocą albo rozkręcić jakiś konkretny groove. Tu jakiś blaścik, tam rytmy charakterystyczne dla późnego Broken Hope, a gdzie indziej mielonka w najniższych rejestrach. Nie ma w tych zabiegach wielkiej filozofii, ale już tyle wystarcza, żeby płyta nie stała się płaska i jednowymiarowa. Ponadto Gravitas Maximus może się pochwalić całkiem niezłym poziomem chwytliwości (szczególnie wybija się „The Day the Earth Shook (Survival Of The Fittest)” – trafiła się w nim nawet szczątkowa melodia), co w brutalnym death metalu nie jest znowu takie oczywiste. Innymi słowy mamy do czynienia z materiałem pod każdym względem ciekawszym od poprzedniego.

Pozytywne wrażenie dopełnia dobra produkcja albumu, która w naturalny sposób podkreśla brutalność muzyki. Każdy instrument jest doskonale słyszalny (w tym także bas), a całość brzmi ciężko i zajebiście gęsto, choć nie smoliście.

Gravitas Maximus to osiem utworów, za które udanie skupiają uwagę, i za którymi chętnie się podąża. Płyta mile zaskakuje, ale i rodzi pytania, czy następnym razem Pyrexia poradzi sobie równie dobrze. Ja trzymam za nich kciuki!


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/PYREXIADEATHMETAL



Udostępnij:

25 października 2022

Goatwhore – A Haunting Curse [2006]

Goatwhore - A Haunting Curse recenzja reviewMuszę się wam do czegoś przyznać. Za każdym razem jak widzę tag „Black/Death/Thrash” to zbiera mi się na odruchy wymiotne. Większość tego typu rzeczy ma wodnistą produkcję i zapierdala jak motorek, ale kompletnie bez sensu. To i też niekoniecznie jarała mnie początkowo perspektywa sprawdzenia Goatwhore. Ale wszystko do czasu…

Dużą zaletą grupy jest ich pochodzenie, mianowicie Luizjana. Stan ten słynie ze Sludge/Doomcore typu Crowbar, który przejawia się przede wszystkim w brzmieniu i metodyce grania (w sumie, nie bardzo miałaby jak przejawiać się w czym innym, ale to już abstra-huje). Z tegoż też powodu, Goatwhore potrafi zaprezentować gitary niezwykle kusząco takiemu narzekaczowi jak ja.

A Haunting Curse jest co prawda trzecim albumem grupy, ale jednocześnie jest to debiut w niezwykle mainstreamowej wytwórni, jaką jest Metal Blade Records, i co to za debiut! Cięte, punkowo zadziorne riffy i pełen bauns. Pierwszy, otwierający track może jeszcze nie przekazuje wiadomości prawidłowo, ale następne trzy już jak najbardziej tak. I też owe kompozycje o bardzo długich tytułach wam polecam, jeśli chcecie się zapoznać tylko i wyłącznie pobieżnie.

Goatwhore ma też talent do tego, aby używać Groove na zasadzie przynęty, a nie sensu istnienia. Gdyby rozkładać ich styl na czynniki pierwsze, to po kolei mamy tak – Sludge (produkcja), Black (trochę wokal, trochę tematyka i szorstkość), Death (riffy, struktura i szybkość), Thrash (nie uciekanie w przesadny ekstremizm, trzymanie się rytmu zwarto i gotowo, bez potknięć).

Płyta niekoniecznie daje radę przez 10 utworów (plus jeden niepotrzebny instrumental, brzmiący bardziej jak intro, ale dany przed samym końcem) i zespół stara się próbować różnych temp, bo poza szybką jazdą, są też wolniejsze numery do tańca i przytulania partnerek życiowych, a nawet jest też coś do zaśpiewania po pijaku.

Innymi słowy, wbrew moim początkowym uprzedzeniom, nie jest to przereklamowana grupa jak mi się wydawało, a jak najbardziej zasługujący na uwagę energiczny wygar. Niezależnie od czyichś upodobań, większość fanów ciężkich brzmień będzie w stanie znaleźć coś dla siebie, co będzie się podobać.


ocena: 8/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/thegoat666



Udostępnij:

10 października 2022

Occulsed – Crepitation Of Phlegethon [2021]

Occulsed - Crepitation Of Phlegethon recenzja reviewTak sobie patrzę na skład Occulsed i zastanawiam się, komu ten zespół jest tak naprawdę potrzebny do szczęścia – i mam tu na myśli ludzi za niego odpowiedzialnych. No serio, jeśli zebrać do kupy wszystkie składy, w które ci trzej Amerykanie są/byli zaangażowani, to wychodzi grubo ponad sto (!) nazw, przy czym absolutnym rekordzistą jest perkusista Jared Moran aktywnie „umoczony”, w momencie pisania, w ponad 40 bardzo lub jeszcze bardziej podziemnych aktów. Z kolei głównodowodzącym i największą gwiazdą (a nawet sellingpointem) kapeli jest Justin Stubbs, grający na co dzień w Father Befouled i Encoffination, które można potraktować jako wskazówkę tego, jak wygląda styl Occulsed.

Amerykanie mają do zaoferowania niewiele ponad pół godziny syfiastego, pierwotnego i brutalnego death metalu z wyraźnym dodatkiem doom, którego korzenie tkwią na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego wieku. Crepitation Of Phlegethon to muzyka chaotyczna, brudna, gęsta oraz, przynajmniej w założeniach, nieprzystępna i odpychająca. Zero upiększeń, subtelności czy puszczania oka do mniej wyrobionych słuchaczy. Occulsed całkiem sprawnie łączą w utworach wpływy Immolation, Incantation, Infester, Rottrevore, Baphomet czy Morpheus Descends, które wzbogacają własnymi doświadczeniami, ponurym klimatem i bulgotliwym, kompletnie niezrozumiałym wokalem. Nie jest to aż tak proste granie, jakby to mogło wynikać z ogólnej obleśności stylu, bo z każdym kolejnym przesłuchaniem łatwiej przychodzi wyłapywanie rozmaitych niuansów, ale faktem jest, że mamy tu do czynienia z pewną nadwyżką umiejętności.

Crepitation Of Phlegethon brzmi surowo i mętnie, wręcz demówkowo – a chodzi mi o demówki sprzed 30 lat. I to jest akurat zaletą, bo niechlujny i zamulony sound pasuje do takiej muzyki wprost idealnie, podkreśla jej brutalność i undergroundowy charakter. Że to zwykły hałas? Może i tak, ale intencjonalny.

Jedyny problem, jaki widzę w Crepitation Of Phlegethon dotyczy kawałków instrumentalnych. Pal licho intro, bo jest krótkie, ale już pozostałe dwa budzą niesmak i służą nabijaniu licznika. Jest to o tyle przykre, że początek „The Glory Of Woe” to konkretny posępny doom, a po minucie przechodzi w niestrawne brandzlowanie na akustyku. Nudne to i niepotrzebne.

Debiut Occulsed mogę polecić wszystkim, którzy jeszcze nie rzygają kolejnymi podobnymi kapelami kultywującymi idee pierwotnego death metalu. Zespół zrobił co się dało, żeby materiał brzmiał i wyglądał jak sprokurowany 30 lat temu. Wprawdzie pod względem chwytliwości trochę mu brakuje do klasyków, ale i tak wchodzi nawet lepiej, niż to sobie twórcy wymyślili.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/occulsed
Udostępnij:

7 października 2022

Necrophagia – Deathtrip 69 [2011]

Necrophagia - Deathtrip 69 recenzja reviewZespół, na którym się wychowałem i którego można śmiało wymieniać jako prekursora Death Metalu, obok innych grup jak (wczesny) Kreator, Morbid Angel, Master, Death, Sepultura, Possessed, itp., itd.

Necrophagia to przede wszystkim dziecko wokalisty Killjoy’a, o bardzo nietypowym, podchodzącym prawie pod Black Metal wokalu. Grupa konsekwentnie od początku istnienia propagowała swoje zamiłowanie do horrorów w każdym aspekcie, również poprzez okładki, grafikę jak i specjalnie robionych klipach.

Standardowo, jak każdą płytę Necrophagii, Deathtrip 69 można określić jako soundtrack do nieistniejącego filmu grozy. Tym razem padło bardziej na tzw. kino drogi. Nie brakuje sampli z cytatami, syntezatorów rodem z włoskiego giallo, ale również i niespodzianek, jak Blues/Country w „Death Valley 69”, instrumentalny „A Funeral for Solange” (zrobiony w całości przez gitarzystę Saturnus, Kima Larsena) czy też choćby intro w stylu retro do „Tomb with a View”. Innymi słowy, atmosfera na całego, pełną gębą.

Jeśli chodzi o Death Metalową część płyty, to mamy również typowe dla grupy łączenie Doom Metalowych, pogrzebowych melodii z Thrash Metalową agresją, przy użyciu bardzo nisko strojonych gitar, ocierających się wręcz o Sludge.

Killjoy stara się, aby wszystko było zróżnicowane i prowadzi słuchacza przez tytułową przejażdżkę śmierci po autostradzie dźwięków, oferując zarówno epickie twory, jak „Bleeding Eyes of the Eternally Damned”, jak i również szybko i na temat w „Kyra” (z gościnnym wokalem, choć książeczka nie mówi czyim, a nie brzmi znajomo). „Trick R' Treat” z kolei jest dedykowany Piotrowi Ratajczykowi z Type O Negative i ma nawet gotycką wstawkę w połowie utworu.

Jak zatem widać, Nie ma miejsca na nudę, a nawet chciałoby się rzec, że pozostaje pewien lekki niedosyt po zakończeniu. Nie będę obiektywny i nie będę ukrywał swojego fanboizmu – ta muzyka jest na to zbyt dobra i naprawdę niewiele jej brakuje do pełnej perfekcji.


ocena: 9/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/NecrophagiaOfficial

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

4 października 2022

Broken Hope – The Bowels Of Repugnance [1993]

Broken Hope - The Bowels Of Repugnance recenzja reviewThe Bowels Of Repugnance to jeden z wielu przykładów na to, że ludzie w Metal Blade byli kompletnie zieloni w temacie death metalu, a większość (jak nie wszystkie) wartościowych kapel, z jakimi mieli do czynienia w tym gatunku, podpisali przypadkiem. No bo zastanówmy się, co takiego ciekawego było na debiucie Broken Hope, co mogło przekonać do zespołu choćby najmniej wybrednego łowcę talentów? Hmmm… eee… mają długie włosy, robią średnio skoordynowany hałas, wokalisty nie można zrozumieć, a teksty są obleśne, no… eee… będzie z tego sukces na miarę Cannibal Corpse!

Okazało się, że wymienione cechy to jednak trochę za mało i wcale nie gwarantują, że fani brutalnego death metalu padną przed taką kapelą na kolana. W skrócie wygląda to tak, że, nagrany dla nowej wytwórni The Bowels Of Repugnance to materiał jeszcze słabszy od pokracznego przecież „Swamped In Gore”. W paru momentach słychać, że Broken Hope próbowali czymś zaskoczyć, pokazać się z ambitniejszej strony, ale całkowicie ich to przerosło (technicznie i kompozytorsko), bo wszelkie urozmaicenia (zwłaszcza w postaci groteskowych utworów instrumentalnych) w ogóle nie współgrają z tym, co zespół klepie w pozostałych, „normalnych” kawałkach. A klepie pozbawiony jakiegokolwiek polotu toporny death metal w średnich tempach.

Płyta trwa zaledwie 31 minut, ale upchnięto na niej aż 14 utworów, więc pierwsze skojarzenia kierują się w stronę grindowego napieprzania. Błąd. Broken Hope grają krótkie numery, bo tak na dobrą sprawę nie mają ich czym wypełnić. Odnoszę wrażenie, że obliczono je tylko na tyle, ile potrzebował Ptacek, żeby wybulgotać cały tekst (swoją drogą tymi lirykami chyba badali, na ile mogą sobie pozwolić) – reszta jest już bez znaczenia, co szczególnie mocno (i boleśnie) daje się odczuć w kwestii riffów. The Bowels Of Repugnance jest krążkiem potwornie monotonnym (nawet pomimo wspomnianych akustycznych niby urozmaiceń), brutalnie nudnym i jednowymiarowym. Perkusja klepie na jedno kopyto (im wolniej, tym gorzej), riffów nie sposób od siebie odróżnić, a wokalowi brakuje choćby odrobiny dynamiki. Dla pogłębienia efektu bidy, nędzy i rozpaczy, całość zamknięto w płaskim, niezbyt czytelnym brzmieniu.

W 1993 roku powstało wiele wspaniałych i przełomowych płyt, jeszcze więcej średnich i przeciętnych, jednak The Bowels Of Repugnance do żadnej z tych kategorii się nie załapuje. Ba, właściwie każda z przepastnego wora tych „średnich i przeciętnych” może być w porównaniu z „dwójką” Broken Hope objawieniem. Dla mnie ten album to strata czasu i pieniędzy.


ocena: 4/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/brokenhopeofficial

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

22 września 2022

Angelcorpse – Hammer Of Gods [1996]

Angelcorpse - Hammer Of Gods recenzja reviewW historii muzyki — i to zawężając ją tylko do metalu — jest wiele przykładów kapel, które pojawiły się we właściwym miejscu i o właściwym czasie, dzięki czemu miały istotny wkład w rozwój stylu/gatunku i zostały przez to zapamiętane. Z perspektyw czasu muszę stwierdzić, że Angelcorpse do nich niestety nie należy. O ile jeszcze z miejscem powstania (Kansas) panowie jako tako się wstrzelili, to z czasem w ogóle. Trafili bowiem na moment, gdy death metal na świecie dogorywał i nawet najwięksi jego przedstawiciele sprzedawali 5-10% tego, co jeszcze pięć lat wcześniej, a nowi co najwyżej gnili w głębokim podziemiu. W takich warunkach Amerykanie nie mogli w pełni rozwinąć skrzydeł, choć w moich oczach i tak udało im się zabłysnąć.

Zespół powstał jako trio w 1996 i już po paru miesiącach intensywnych prób (potwierdzonych demówką) był gotów do nagrania płyty, którą w trzecim kwartale tego samego roku wydało Osmose Productions. Takie tempo prac jednoznacznie świadczy o dużych ambicjach zespołu, jego pracowitości i determinacji w dążeniu do celu. Wprawdzie równie dobrze ktoś mógłby zarzucić im pośpiech, ale zawartość Hammer Of Gods doskonale temu przeczy. Debiut Angelcorpse to szybki, dziki, nieokiełznany i bezkompromisowy death metal, który łączy w sobie najlepsze cechy Morbid Angel (to jest zdecydowanie ich największa inspiracja), Slayer, Sarcófago, Possessed czy Sadistik Exekution. Amerykanie umiejętnie poskładali te wpływy w spójną całość, dołożyli własny wysoki poziom muzyczny i dzięki temu udało im się wypracować swój może i niezbyt oryginalny, ale rozpoznawalny styl.

Kompozycje na Hammer Of Gods w dużym stopniu sprowadzają się do niczym nieskrępowanego ataku na narząd słuchu – dzikiego, nieco chaotycznego i możliwie bezlitosnego. Blast goni blast, Helmkamp wrzeszczy jak pojebany, a solówki ciężko zliczyć – ogólnie jeden wielki młyn, w dodatku surowo brzmiący. Mimo to muzyka w żadnym wypadku nie wydaje się jednorodna albo nieprzemyślana, bo zawiera również odpowiednią dawkę chwytliwości – czy to w riffach czy refrenach. Kawałki takie jak „When Abyss Winds Return”, „Consecration”, „Lord Of The Funeral Pyre” i „The Scapegoat” to prawdziwe przeboje w ramach agresywnego death metalu. W każdym fragmencie Hammer Of Gods słychać, że członkowie Angelcorpse dali z siebie wszystko, że włożyli w te nagrania całą pasję, umiejętności, a i pewnie ostatnie zaskórniaki.

Debiut Angelcorpse to dowód na to, że ciężką pracą, zaangażowaniem i samozaparciem można sporo osiągnąć nawet w wyjątkowo niesprzyjających okolicznościach. W drugiej połowie lat 90. XX wieku mało która kapela, nawet z większym stażem, potrafiła zaproponować materiał na podobnie wysokim poziomie. A Angelcorpse dopiero się rozkręcali!


ocena: 8/10
demo

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

10 września 2022

Disgorge – Parallels Of Infinite Torture [2005]

Disgorge - Parallels Of Infinite Torture recenzja reviewParallels Of Infinite Torture, trzeci i jak dotąd ostatni etap Disgorge w ustanawianiu standardów dla brutalnego death metalu, jak na stosunkowo stary materiał brzmi zaskakująco świeżo i aktualnie. Z jednej strony wynika to z tego, że Amerykanie zawiesili tu poprzeczkę dla wszelkiej konkurencji (czy tam następców) naprawdę wysoko i tylko nielicznym z nich udało się wejść na podobny poziom, a z drugiej w trzy kwadranse właściwie wyczerpali temat, bo od premiery tego krążka niewiele kapel było w stanie dodać do tej formuły cokolwiek nowego.

Podobnie jak pomiędzy dwoma pierwszymi albumami, tak między „Consume The Forsaken” a Parallels Of Infinite Torture nie ma wielkiej przepaści czy skoku jakościowego, o eksperymentalnym podejściu również można zapomnieć. Wszystkie różnice wynikają z naturalnego rozwoju, zdobytego doświadczenia oraz większych możliwości wynikających z rozbudowania składu. Disgorge dokooptowali drugiego gitarniaka, co przełożyło się na rozbudowane i zagęszczone struktury, bardziej techniczne partie gitar i wiele pomniejszych urozmaiceń, choć do solówek dalej nikt się nie wyrywa. Poza tym momentami materiał jest brutalniejszy, szybszy i gwałtowniejszy od poprzedniego, zwłaszcza kiedy zespół robi młyn w stylu znanym z „She Lay Gutted” („Enthroned Abominations”, „Atonement”, „Ominous Sigils Of Ungodly Ruin”), ale w odrobinę nowocześniejszej formie.

Obiektywnie patrząc Disgorge stworzyli wzorcowy brutal death metalowy album, którego praktycznie nie można już ulepszyć, bo zawiera absolutnie wszystko, czego można od takiego grania wymagać. Również obiektywnie — i ze zrozumiałych względów — płyta nie robi już takiego wrażenia jak debiut i trudno uznać ją za w jakikolwiek sposób innowacyjną. Natomiast subiektywnie, od siebie, pozbyłbym się instrumentalnej zapchajdziury, która zupełnie niczego nie wnosi oraz wymienił wokalistę na nieco bardziej charakterystycznego, bo z czystą wyziewznością jest u niego OK.

Dla niektórych problemem może być przytłaczająca objętość Parallels Of Infinite Torture — 44 minuty — która zdecydowanie wykracza ponad średnią gatunkową, a w zestawieniu z debiutem jest czymś wręcz szokującym. Mnie to nie przeszkadza ze względu na ciągłe zmiany tempa i dużą dynamikę utworów, ale dla mniej wyrobionego ucha pod koniec krążek staje się nieco jednowymiarowy.

Jeśli szkoda wam miejsca i kasy na kupowanie setek kolejnych płyt z brutalnym death metalem, a chcecie być nieźle zorientowani w tym stylu – wybierzcie Parallels Of Infinite Torture. Zdecydowana większość z tych „setek kolejnych płyt” to przecież i tak zrzynka z Disgorge.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/OfficialDisgorge/

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

15 sierpnia 2022

Cathexis – Untethered Abyss [2021]

Cathexis - Untethered Abyss recenzja reviewAmerykański Cathexis po dekadzie działalności, głównie w oparciu o zasady DIY, doczekał się punktu zwrotnego w swojej karierze, bo właśnie tym jest ich debiut w barwach Willowtip. Zespół miał już w dorobku dwa materiały wydane własnym sumptem — z drugim, „Pillar Of Waste”, miałem nawet dłuższą styczność — ale żaden z nich nie był na tyle udany czy choćby intrygujący, żeby mogli się z nim przebić do świadomości fanów death metalu. Co innego wydany po ośmiu latach przerwy Untethered Abyss – ten można śmiało traktować jako przełom pod względem jakości i wyrazistości muzyki.

O tym, że zespół nie przebimbał ostatnich lat można się przekonać już w trakcie pierwszego utworu, bo progres techniczno-kompozytorski jest więcej niż oczywisty, ponadto wyczuwalna jest również chęć pokazania się z ambitniejszej i mniej oczywistej strony. Na Untethered Abyss szybko na powierzchnię przebijają się mocne fascynacje Gorguts — zwłaszcza z „Obscura”, „From Wisdom To Hate” i „Colored Sands” — które, już w mniejszym stopniu, są uzupełnione wpływami m.in. Immolation czy późnego Hate Eternal. W sensie ogólnym nie jest to wprawdzie nic nowego, ale jak na Teksas, skąd chłopaki pochodzą, to takie połączenie wypada całkiem oryginalnie. Zresztą, inspirowanie się Gorguts to jedno, a umiejętność zagrania jak Kanadyjczycy, to coś zupełnie innego. Cathexis wychodzi to bardzo sprawnie; materiał jest przepełniony dysonansami, urozmaicony rytmicznie i dość wymagający.

Podoba mi się, że w muzyce zachowano balans między czystą brutalnością a technicznymi męczarniami, dzięki czemu uniknięto monotonii wynikającej z przegięcia w jedną stronę. Na plus trzeba również zaliczyć zwartość kompozycji — Untethered Abyss zamknięto w 32 minutach — bo nawet najdłuższy na płycie walcowaty „Library Of Babel” nie jest przeciągnięty, mimo iż może męczyć w typowo „gorgutsowy” sposób. Szkoda tylko, że większości utworów brakuje trochę charakterystycznych motywów i ociupinki jakiejś pojebanej przebojowości. Wyjątkiem jest (prawie) chwytliwy „Harrowing Manifestation” z paroma prostszymi i fajnie bujającymi fragmentami. No, ale nie po to gra się takie wygibasy, żeby dać się rozgryźć po pierwszym przesłuchaniu.

Produkcję Untethered Abyss na pewno docenią fani pewnego kanadyjskiego zespołu na G — swoją drogą odpowiada za nią członek owego zespołu — bo jest naturalna i zajebiście czytelna, choć dla niektórych może być zbyt sucha. Cathexis mają w składzie dwóch gitarzystów grających różne rzeczy, a Colin Marston dopilnował, żeby było to słychać, niezależnie od tego, w jakim tempie wywijają paluchami po gryfach. Podobnie sekcja rytmiczna – każdy instrument ma dość przestrzeni i pracuje wyraźnie.

Untethered Abyss to dla zespołu dobry punkt wyjścia do dalszego rozwoju, bo z takim zapleczem technicznym i wsparciem niezłej wytwórni mogą sobie pozwolić na wiele. Na początek wystarczy, żeby popracowali nad wyróżnikami poszczególnych utworów, później powinno już pójść z górki.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/CathexisTexas

podobne płyty:

Udostępnij: