Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty

23 września 2020

Pyrrhon – Abscess Time [2020]

Pyrrhon - Abscess Time recenzja okładka review coverJak skutecznie zryć sobie beret niskim koszem? Należy regularnie oglądać główne wydanie wiadomości. Jeśli jednak nie posiadacie telewizora tudzież nie kręci was Holecka, możecie zainwestować kilka dych w czwarty longplej Pyrrhon – zadziała równie dobrze, a obędzie się bez poczucia wstydu. Z płyty na płytę Amerykanie idą w kierunku... no... w sobie tylko znanym kierunku. A przynajmniej zakładam, że znanym. W każdym razie gdzieś przed siebie, bo na "Abscess Time" dostaliśmy prawie godzinę charakterystycznego już dla nich zagmatwanego death metalu wymieszanego ze sludge i grindem, przy czym jeszcze więcej w nim hałasu i dźwięków co najmniej schizolskich.

Pyrrhon już nie raz udowodnili, że nie interesują ich utarte schematy, granie od szablonu i bycie Gorguts wannabe, a "Abscess Time" jest tego kolejnym potwierdzeniem. Najnowszy materiał Bruklińczyków jest pogięty jak widelec w mlecznym barze, nieprzewidywalny jak Korwin przy mównicy i absolutnie daleki od death metalowego banału spod znaku Six Feet Under. O chwytliwych melodiach i jakimkolwiek groove możecie zapomnieć. W muzyce Amerykanów coraz trudniej doszukać się nawet wyraźniejszych struktur czy czegoś, za czym można by podążać, więc ogarnięcie całości wymaga sporo czasu i nie lada czujności/cierpliwości. Miejcie przy tym na uwadze to, że u Pyrrhon granica pomiędzy regularnym graniem a improwizacją zdaje się powoli zacierać, stąd też momentami trudno się połapać, czy oni w ten chaos brną tak na serio czy tylko robią sobie jaja ze słuchaczy. I co najlepsze – ta niepewność towarzyszy odbiorcy do końca płyty.

Słuchając "Abscess Time" z pewnością nabierzecie przekonania, że Amerykanie robią naprawdę sporo, żeby ich muzyka nie była dla wszystkich — albo nawet, żeby niekoniecznie uznawano te dźwięki za muzykę — i mają w głębokim poważaniu, czy z tego powodu ktoś zapała do zespołu uczuciem. Pyrrhon sprawnie mieszają skrajne elementy różnych stylistyk, ale niczego przy tym nie wygładzają – mnóstwo tu kaleczących uszy dysonansów, odhumanizowanych wrzasków i męczących rozjazdów poszczególnych instrumentów. Inne kapele w tym miejscu podejrzewałbym pewnie o braki warsztatowe i budżetowe, ale skoro "Abscess Time" zajmował się Marston, to wiadomo, że materiał celowo wyprodukowano w ten właśnie sposób. Colin z własnej woli fuszerki by nie przepuścił, a sam krążek brzmi tak, że mucha nie siada – przynajmniej w swojej niszy to już wyższa półka.

Czwarty album Pyrrhon to z jednej strony ciekawe wyzwanie dla wytrwałych maniaków oryginalnego grania, z drugiej zaś niewykluczone, że ostatnia szansa posłuchania zespołu zanim całkowicie wypnie się na death metal i pogrąży w chaosie. Cieszmy się zatem, że z "Abscess Time" można cokolwiek zrozumieć.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pyrrhonband

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

7 września 2020

Unmerciful – Wrath Encompassed [2020]

Unmerciful - Wrath Encompassed recenzja okładka review coverDo czego to doszło! Unmerciful niesamowicie usprawnili proces powstawania nowej muzyki — albo przeprowadzania kolejnych zmian w składzie — dzięki czemu udało im się poskładać "Wrath Encompassed" w zaledwie 4 lata od wydania poprzedniego materiału, nie zaś w 10, jak to było z krążkiem numer dwa. Pracowitość i ambicje godne pochwały, bo brutalnego death metalu nigdy za wiele, a zwłaszcza kiedy nie bierze on jeńców i jest zagrany na tak zajebiście wysokim poziomie.

Już na początku warto odnotować, że choć nowa płyta Amerykanów jest najdłuższa w ich skromnej dyskografii i trwa prawie 40 minut, to muzycy jakoś nie zawracają sobie głów dawaniem dłuższej chwili na złapanie oddechu (obojętnie – sobie czy słuchaczom) i napierają przede wszystkim w szybkich i baaardzo szybkich ('Blazing Hatred', 'Carnage Unleashed', 'Furious Precision' – ugh!) tempach. Nie przeczę, że tak skomasowany atak w większej dawce może być męczący, jednak u mnie budzi wyłącznie respekt (no, i momentami niedowierzanie), bo osiągnięcie takiej intensywności wymaga niemal nieludzkiej wytrzymałości i precyzji. W tym miejscu szczególne słowa uznania dla Trynta Kelly’ego, który nie ma tak dużego nazwiska jak choćby Longstreth, ale jak dalej będzie napierdalał z takim rozmachem, to na pewno je sobie wyrobi. Na "Wrath Encompassed" dał z siebie chyba wszystko, żeby nie wypaść blado w porównaniu z utytułowanym poprzednikiem. A że koledzy nie zostali w tyle, to jest na czym ucho zawiesić.

Nie da się ukryć, że płyty na płytę Unmerciful korygują rozłożenie akcentów w muzyce, większy nacisk kładąc na technikę, złożoność aranżacji i czytelność brzmienia (o soundzie z debiutu można zapomnieć) niż na jednowymiarowe naparzanie na oślep, a przez to bardzo zbliżają się do tego, co za swoich najlepszych czasów robił Origin. Innymi słowy: esencja zagmatwanego (acz nie do przesady) napierdolu bez śladu eksperymentów. Nie każdemu ta ewolucja pewnie spasuje, ale skoro całość wypada w stu procentach naturalnie, to chyba nie ma sensu zrzędzić. Mnie w każdym razie "Wrath Encompassed" wszedł lepiej niż "Ravenous Impulse", co jednak może mieć związek z mniejszymi oczekiwaniami w stosunku do tej płyty. Bywa, że czasem trzeba dać się zaskoczyć na plus.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/officialunmerciful/

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

21 lipca 2020

Misery Index – Rituals Of Power [2019]

Misery Index - Rituals Of Power recenzja okładka review coverDo dupy z tym Misery Index! Co się zabierałem do pisania o "Rituals Of Power", wychodziła mi praktycznie kopia recki "The Killing Gods". Co poradzić, skoro Amerykanie dopracowali swój styl do perfekcji i w jego ramach nagrywają wyłącznie zajebiste płyty, które po prostu trzeba obsypywać komplementami. Poza tym wydaje mi się, że wymyślanie nowych utworów przychodzi im z taką łatwością, jakby byli jedynymi przedstawicielami grindującego death metalu na świecie i nie musieli się nikim przejmować. A może naprawdę się nie przejmują? Kto ich tam wie; ja w każdym razie jestem przekonany, że żaden miłośnik gwałtownej muzyki nie będzie ich materiałem zawiedziony.

Misery Index, podobnie jak ostatnio, przygotowali zestaw kilku numerów, które są niesamowicie energetyczne, dynamiczne, brutalne, niezaprzeczalnie chwytliwe i w sumie... niepodrabialne. Zespół ma doskonały patent na łączenie totalnej żywiołowości, chirurgicznej precyzji i technicznego mistrzostwa, więc, co zrozumiałe, korzysta z niego także na "Rituals Of Power". Świetnym przykładem kompozytorskiego wyrobienia Misery Index jest uberhiciorskie 'New Salem', który każdego maniaka złapie za mordę i przeciągnie po podłodze jak mokrą szmatę. Z kolei odrobinę inne wrażenia zapewniają 'Decline And Fall' i kawałek tytułowy, bo choć również szybko wpadają w ucho i pierdolnięcia im nie brakuje, to w swoich późniejszych częściach zaskakują pewną dramaturgią i bardzo klimatycznymi partiami, które udanie podnoszą poziom świeżości i tak już świeżej muzyki.

Ponadto zespołowi należą się pochwały za kapitalne soczyste — a przy tym nieco inne niż na "The Killing Gods" — brzmienie i krystaliczną produkcję, która uwypukla wszystkie aranżacyjne cudeńka i podbija dynamikę i tak już dynamicznych utworów. Warto także wspomnieć, że "Rituals Of Power" jest pozbawiony wszystkiego, co miałoby choćby znamiona zapychacza. Innymi słowy: zero dłużyzn, sam konkret, w dodatku podany z pełnym zaangażowaniem.

Jako że jestem z natury czepliwy i zawsze muszę się do czegoś przypieprzyć, a w przypadku "Rituals Of Power" nie mam właściwie do czego, na zakończenie napiszę tylko, że trochę martwią mnie coraz dłuższe przerwy między kolejnymi płytami Misery Index. No, ale jeśli taka ma być cena ich wysokiej jakości, jakoś to przeboleję.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/MiseryIndex

inne płyty tego wykonawcy:






Udostępnij:

14 czerwca 2020

Construct Of Lethe – Exiler [2018]

Construct Of Lethe - Exiler recenzja okładka review coverGeneza tego zespołu/projektu jest z lekka dziwna, bo powstał tylko po to, żeby Tony Petrocelly mógł jakoś spożytkować materiał, jaki w ciągu ostatnich lat przygotował pierwotnie dla paru swoich, w tej chwili w większości już nieistniejących, kapel. Ot, takie death metalowe wysypisko nieużywanych pomysłów. Debiutem Construct Of Lethe udowodnił jednak, że nie robi niczego na odpierdol i koniec końców taki 'patchworkowy' twór ma sens. Dwójka wyszła mu jeszcze lepiej, więc tym bardziej zachęcam, żeby dać zespołowi szansę. Wszak od ostatniej porządnej płyty Morbid Angel upłynęło tak dużo czasu...

Nie da się ukryć, że muzyka Construct Of Lethe jest w ogromnym stopniu zainspirowana dokonaniami Morbidów, a wpływy ekipy Azagthotha słychać ba "Exiler" niemal w każdej frazie, ale Amerykanie nie ograniczają się tylko do nich, inkorporując do utworów choćby schizolskie patenty Immolation czy dysonanse charakterystyczne dla Gorguts. To wszystko okrasili garścią swoich — należy nadmienić, że ciekawych i udanie wplecionych — pomysłów i podali w dobrze dopasowanym brzmieniu. Bardzo istotne jest to, że Construct Of Lethe nie boją się eksperymentów, nie wydają się być ograniczeni wcześniej wypracowanymi schematami, ani też nie próbują być nowocześni na siłę – jeśli coś im pasuje do utworów, po prostu korzystają z tego. Słuchając "Exiler" nie czuję zgrzytów, tu każdy element gładko i naturalnie zazębia się z innymi. Construct Of Lethe pokazują, w jakiem kierunku Morbidzi powinni się rozwijać, żeby zachować łączność z przeszłością, a przy okazji robić coś świeżego.

Od strony wykonawczej "Exiler" nie może budzić najmniejszych zastrzeżeń, bo gitarzyści doskonale opanowali swój fach (Patrick Bonvin pewnie ze dwa razy dziennie modli się do Azagthotha...), a nagrany przez Tony’ego Petrocelly bas nie sprowadza się do plumkania w tle i naprawdę wnosi jakąś wartość do kawałków. Perkusję na "Exiler" nagrał sesyjnie Kévin Paradis, obecnie jeden z bardziej rozchwytywanych bębniarzy w death metalu, więc jakości jego partii można się domyślać. Całość trwa 40 minut, co przy tym poziomie intensywności i ilości urozmaiceń wydaje się optymalną długością – w ten sposób muzyka ani nie nudzi ani nie doprowadza do przegrzania obwodów.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/constructoflethe/

podobne płyty:

Udostępnij:

3 czerwca 2020

Ara – Jurisprudence [2020]

Ara - Jurisprudence recenzja okładka review coverLudzie to są świnie. Ot na przykład: ktoś wymyślił sobie, żeby opisać twórczość Ara jako techniczny i eksperymentalny death metal w stylu Gorguts i Anata. W ten sposób jedynie zrobił zespołowi krzywdę, bo później jakiś napaleniec, dajmy na to ja, rzuci się na ich płytę, wysłucha jej z ogromnymi oczekiwaniami, by w końcu skierować pełne pretensji pytanie do wszechświata: no co jest, do kurwy nędzy? Nie dość, że muzyka tego amerykańskiego kwartetu nie ma właściwie nic wspólnego z wyżej wymienionymi kapelami i można ją sprowadzić do "po prostu death metal", to jeszcze w zasadzie w ogóle nie robi wrażenia.

Instrumentaliści stojący za Ara potrafią wprawdzie dość sprawnie przebierać kończynami, nie gubią się w tych dźwiękach (osobną kwestią jest to, że nie za bardzo jest się tu w czym zgubić), jednak "Jurisprudence" nie ma w sobie niczego, dzięki czemu ten materiał mógłby wyrastać ponad gatunkową przeciętność. Przypuszczam, że gdyby nie te ciągnące się za zespołem porównania, sam pewnie zakończyłbym kontakt z albumem już po pierwszym kawałku albo nawet w jego trakcie (posłuchacie – zrozumiecie). Magia dużych nazw robi swoje, więc dzielnie wytrwałem kilkanaście przesłuchań, z każdym kolejnym coraz bardziej tracąc nadzieję na wyłapanie czegoś powalającego. Jeśli starczy wam skupienia i mocno się wsłuchacie, to może wyłuskacie kilka riffów zainspirowanych Anata czy partii wokalnych ocierających się o wrzaski Lemay’a (tylko bez tej jego ekspresji), ale to naprawdę wszystko, co łączy Ara z tymi mistrzami.

O krzywdzie, jaka spotkała zespół z zewnątrz, już wspomniałem, teraz muszę wskazać drugą, którą zafundowali (i to dosłownie) sobie sami. "Jurisprudence" brzmi z lekka dziwnie, żeby nie napisać – do dupy. Serio, krążek oferuje jakość dźwięku na poziomie potraktowanej po macoszemu demówki, nie zaś już kolejnej w dorobku kapeli płyty, która ma pourywać łby. Szczególnie cienko i sztucznie brzmi perkusja — jak z automatu produkcji północnokoreańskiej — czego najgorszy przykład mamy w końcówce 'Etymologicide'. Co ciekawe, podobno Amerykanie mieli do wyboru inną wersję masteringu (czy lepszą – tego nie wiadomo), ale w głosowaniu została odrzucona.

W sensownej oprawie muzyka Ara mogłaby się jakoś obronić, bo nie jest to robota amatorów, jednak w obecnej formie spodoba się naprawdę nielicznym. Ja polecałbym odroczyć kontakt z zespołem do następnego materiału, a nuż będzie lepiej.


ocena: 6/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Ara.Music.WI
Udostępnij:

6 maja 2020

Singularity – Place Of Chains [2019]

Singularity - Place Of Chains recenzja okładka review coverO Singularity dużo się ostatnio pisze w kontekście takich nazw jak Fleshgod Apocalypse, Arcturus czy Arkaik, robiąc z Amerykanów niemal awangardę, a na dobrą sprawę styl zespołu można sprowadzić do blackującego i dość technicznego death metalu z klawiszami. Tak po prostu, bez sensacji. Chłopaki niczego nowego swoim graniem nie odkrywają, co nie zmienia faktu, że "Place Of Chains" zasługuje na to, żeby poświęcić mu kilka chwil.

Dominująca, death metalowa strona muzyki Singularity z łatwością do mnie przemawia, bo choć oryginalności w niej za grosz, pomysłów na urozmaicenie utworów tu nie brakuje, oba wokale dają radę, a wykonaniu nie można niczego zarzucić. W paru ostrzejszych i bardziej zakręconych momentach "Place Of Chains" kojarzy mi się z dokonaniami Alterbeast, jednak przez większość czasu Amerykanie pogrywają w sposób raczej umiarkowany i z wyczuciem – nie przeginając z tempami, złożonością aranżacji czy poziomem brutalności. Wychodzi im to całkiem zgrabnie i nie jest specjalnie wymagające od odbiorcy, więc myślę, że powinni do siebie przekonać nawet niedzielnych słuchaczy.

Pozostaje jeszcze strona szumnie zwana symfoniczno-blackową, z którą mam pewne problemy. Riffów czy struktur się nie czepiam, bo nie ma takiej potrzeby, ale klawiszy już muszę. Rozbudowane orkiestracje, neoklasyczny rozmach, sprowadzający ciarki klimat? Sorki, to nie tu. Partie parapetu na "Place Of Chains" są mocno zainspirowane norweskim plumkaniem sprzed 25 lat (także brzmieniowo), w związku z czym ograniczają się do monotonnego klepania kilku zapętlonych dźwięków przez cały (!) kawałek. Jakby tych nonsensów było mało, klawisze wyprodukowano tak, żeby przesłaniały gitary (te wybijają się tylko przy okazji solówek). Nie pojmuję tego zabiegu, tym bardziej że na debiucie proporcje były właściwie dobrane. Czyżby w ten sposób Singularity chcieli oddać hołd zmarłemu klawiszowcowi? Ot, zagadka!

Jeśli nagromadzenie bezpłciowych popierdywań wam nie przeszkadza tudzież macie na tyle selektywny słuch, żeby je całkowicie zignorować i cieszyć się wyłącznie tradycyjnym instrumentarium, zawartość "Place Of Chains" przypuszczalnie sprawi wam sporo radości. Singularity odwalili tu kawał rzetelnej roboty, jednak w mojej ocenie na prawdziwe pochwały zasłużą, kiedy nieco wyprostują swój styl (czytać: skupią się na death metalu) i pozbawią go sztucznych przeszkadzajek (czytać: zrezygnują z parapetu).


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/SingularityAZ
Udostępnij:

2 maja 2020

Testament – Titans Of Creation [2020]

Testament - Titans Of Creation recenzja okładka review coverCo tu ukrywać, na kampanię promocyjną "Titans Of Creation" zerkałem jedynie z nieufnością, bo ostatnim razem Testament mocno mnie rozczarował i ponad wszelką wątpliwość udowodnił, że wielkie nazwiska, z wielkim doświadczeniem i wielkimi osiągnięciami niczego nie gwarantują. Niczego. Wprawdzie okładka autorstwa Elirana Kantora wygląda zajebiście zachęcająco, ale trzeba mieć się na baczności i nie ufać nikomu, zwłaszcza gdy może mieć w interesie wciśnięcie ludziom ładnie opakowanego bubla. Na szczęście, nie tym razem!

"Titans Of Creation" w dosłownie każdym elemencie przewyższa "Brotherhood Of The Snake" — przede wszystkim nie jest tak nudny i rozmemłany — choć na pewno nie mamy tu jeszcze do czynienia z Testamentem w topowej formie. To dobry, żwawo zagrany thrash’owy krążek z wieloma wpadającymi w ucho (a przy tym znajomo brzmiącymi) fragmentami, do których można wracać: (1) z przyjemnością, (2) z ciekawością, (3) z niedowierzaniem. W muzyce zawarto mnóstwo nawiązań do wcześniejszych płyt, z naciskiem na... "Practice What You Preach" i "The Formation Of Damnation" (co niekiedy daje osobliwe rezultaty), ale dodano również coś nowego i zaskakującego – wpływy black metalu. To nie pomyłka, Testament na stare lata wycina blackowe riffy w towarzystwie gęstych blastów i wrzeszczących wokali.

Jeśli przemilczymy wspomniane innowacje w jednym utworze ('Curse Of Osiris'), cała reszta jest materiałem dość wtórnym i przewidywalnym, w dodatku niepotrzebnie rozciągniętym w czasie. Część tych uwag można spiąć klamrą "wypracowany styl zespołu" i sam chętnie tak robię, jednak już występujących na "Titans Of Creation" dłużyzn w ten sposób nie obronię. Bez żalu pożegnałbym się z trzema numerami ('City Of Angels', 'Ishtar’s Gate', 'Catacombs'), natomiast pozostałe poważnie bym skrócił i w ten sposób uczynił je bardziej treściwymi, bo nawet te najlepsze ('Children Of The Next Level', 'Symptoms', 'The Healers', 'Code Of Hammurabi') wydają mi się ponad potrzebę rozbudowane kolejnymi powtórzeniami. Pewnym zbawieniem dla płyty byłby zewnętrzny producent z odpowiednio mocnym autorytetem, który jasno zasugerowałby zespołowi dokonanie stosownych cięć; Peterson i Billy poskładali wszystko według własnego uznania i w efekcie mamy prawie godzinę muzyki. Druga denerwująca mnie kwestia to nagromadzenie strasznego pierdololo w niektórych tekstach, co w ogóle nie pasuje do tak dojrzałego zespołu.

W recenzji bardziej jojczyłem niż cokolwiek chwaliłem, tymczasem "Titans Of Creation" to całkiem przyjemny, doskonale zagrany (bo tego zakwestionować się nie da) i cacanie brzmiący album, który ma swoje momenty i tak ogólnie zaskakująco gładko wchodzi. A jak długo utrzymuje się w pamięci? Cóż, to już zależy od waszych oczekiwań względem zespołu. Ja ciągle liczę, że Testament wyciśnie z siebie więcej.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.testamentlegions.com

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

13 kwietnia 2020

Symbolik – Emergence [2020]

Symbolik - Emergence recenzja okładka review coverSymbolik to kolejny zespół, który jak dla mnie wyskoczył znikąd, choć ich epka z 2011 roku była ponoć bardzo ciepło przyjęta wśród gawiedzi. Pamięć mi w tym nie pomaga, jednak jestem praktycznie stuprocentowo pewien, że nigdy nie miałem do czynienia z tymi Amerykanami. Najwyższa pora to nadrobić, bo ich pełnoczasowy debiut "Emergence" to całkiem rozsądna porcja technicznego i cholernie melodyjnego death metalu, który gładko wpisuje się w profil wydawniczy The Artisan Era.

Nie da się ukryć, że w takim graniu już powoli robi się tłok, więc samo śmiganie po gryfach z prędkością światła to trochę za mało, żeby zostać zauważonym i podbić listy przebojów. Symbolik swoim śmiganiem potrafią się wybronić, bo materiał z "Emergence" odznacza się dużą dynamiką (co jest pewnym osiągnięciem, kiedy bazuje się niemal wyłącznie na szybkich tempach) i nieprzeciętną przystępnością (też osiągnięcie, zważywszy na stopień skomplikowania muzyki), a przez to z łatwością skupia i utrzymuje uwagę słuchacza. Ze względu na styl, poziom i umiejętności zespołu na klawiaturę cisną mi się porównania do Alterbeast (zwłaszcza z debiutu), Inferi, First Fragment, Wretched i Equipoise. Warto przy tym zaznaczyć, że nad ostatnimi z wymienionych Symbolik mają tę przewagę, że potrafili zamknąć album w optymalnych 40 minutach. Wbrew pozorom nawet efektowną trzepanką można się zachwycać tylko przez pewien czas, później zaczyna drażnić lub nudzić. Autorzy "Emergence" uniknęli tej pułapki.

Materiał brzmi zacnie, dość ciężko, selektywność instrumentów również jest bez zarzutu (najwięcej uwagi poświęcono oczywiście gitarom), ale z daleka zalatuje tu typową produkcją Zacka Ohrena. Następnym razem polecałbym rozejrzeć się za kimś innym do realizacji, bo chłop jedzie na takich schematach, że w tej kwestii nawet Gojirę pozbawiłby tożsamości. Ponadto u Symbolik typowe są także wokale – i o ile te niskie mi pasują, to z większości wrzaskliwych bym zrezygnował.

W mojej opinii Symbolik zaliczyli bardzo udany start, teraz tylko muszą się pilnować, żeby nie zginąć w tłumie. Jeśli zatem przepadacie za technicznym death metalem z mnóstwem neoklasycznych wpływów, dominującą rolą gitary solowej i milionem efektownych pomysłów na kawałek, to "Emergence" jest materiałem dla was.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/symbolikmetal

podobne płyty:

Udostępnij:

9 kwietnia 2020

Aronious – Perspicacity [2020]

Aronious - Perspicacity recenzja okładka review coverWidząc okładkę i znając wydawcę "Perspicacity", spodziewałem się czegoś zbliżonego do First Fragment, Virvum, Vale Of Pnath, Aethereus czy Equipoise; innymi słowy: typowego dla The Artisan Era efektownego i technicznego (ewentualnie progresywnego) death metalu. No i cóż, Aronious załapuje się na większą część tej etykiety, z wyłączeniem określenia "typowy". Amerykanie robią dosłownie wszystko, żeby ich grania przypadkiem nie uznać za pospolite, sztampowe albo — co gorsza — łatwe w odbiorze. Do tego stopnia, że wielu potencjalnych słuchaczy odbije się od tej płyty już na wysokości drugiego kawałka.

Jeśli wierzyć zapewnieniom zespołu, proces powstawania materiału na "Perspicacity" był długotrwały, wymagający i skomplikowany. Po wgryzieniu się w zawartość krążka (na ile to możliwe) jestem w stanie w to uwierzyć, bo tu naprawdę słychać ogrom pracy włożony w każdy jego fragment. Muzycy Aronious zrealizowali swoją wizję progresywnego death metalu nie oglądając się na boki, ani tym bardziej — i to mi się podoba — nie biorąc pod uwagę oczekiwań i możliwości percepcyjnych ewentualnych odbiorców, stąd też całość jest zajebiście złożona, pokręcona i na pewno nie monotonna. Przez większość czasu naprawdę ciężko nadążyć za pomysłami zespołu, bo — przy swojej wiedzy i umiejętnościach technicznych — najwyraźniej nigdy nie słyszeli o schemacie zwrotka-refren-zwrotka-refren, więc na "Perspicacity" w ogóle nie znajdziecie tradycyjnych i przewidywalnych struktur – ja nie kojarzę, żeby choć raz wrócili do wcześniej wykorzystanego motywu. Ogarnięcie płyty dodatkowo utrudnia fakt, że utwory płynnie przechodzą jeden w drugi, układając się w prawie godzinną suitę. Nie mam pojęcia, jak oni to wszystko spamiętują, toteż jestem pełen podziwu.

Wyjątkowo pozytywny obraz "Perspicacity" uzupełnia bardzo dobre i przejrzyste brzmienie (mix i mastering pod okiem Marka Lewisa), co przy takiej muzyce jest nie bez znaczenia. Mnie szczególnie podoba się dźwięk perkusji (swoją drogą chyba właśnie perkman ma tu najbardziej przejebane) – zadbano, żeby baniaki miały odpowiednią głębię i każdy akcent był możliwy do wyłapania. Jeśli kogoś nie zraża sama idea takiego grania, to minusy znajdzie tylko po stronie wokalisty, który wprawdzie robi, co może, jednak przy tak urozmaiconej i bogatej muzyce wypada średnio. Na miejscu zespołu poszukałbym kogoś z bardziej charakterystycznym i elastycznym głosem.

Aronious mogą być z siebie dumni, bo stworzyli materiał nie tylko kurewsko wymagający, ale i w dość dużym stopniu oryginalny – prawdziwe wyzwanie dla wytrwałych, choć i tak zachęcałbym każdego do zapoznania się z tym albumem. To może być całkiem fajna przeprawa dla wyniszczonych blastami szarych komórek. Na rozgrzewkę przed "Perspicacity" polecam natomiast coś z katalogu Animals As Leaders.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/aroniousmetal
Udostępnij:

4 kwietnia 2020

Immanifest – Macrobial [2019]

Immanifest - Macrobial recenzja okładka review coverNa pierwszy rzut oka Immanifest wygląda naprawdę zachęcająco – kapela z Tampy na Florydzie, za którą stoją ludzie z wieloletnim doświadczeniem, a ich target to fani m.in. Hypocrisy i Septicflesh, w dodatku "Macrobial" wśród krytyków spotyka się niemal z samymi zachwytami. Pal licho, że swoją muzykę określają dawno zapomnianą etykietką "symphonic black-death". Muszą być fajni, czyż nie? Ano, nie! Już pierwsze minuty z płytą uświadamiają nam, czemu wydanie debiutu zajęło im ponad dekadę.

"Macrobial" to po prostu granie z minionej epoki — i to takiej, za którą nikt nie tęskni — tyle, że we współczesnej oprawie. Okładka, brzmienie, zaplecze techniczne grajków, agresywne wokale – każdy z tych elementów z osobna jak najbardziej się broni, jednak styl zespołu i jego, a bo ja wiem, poczucie estetyki – już nie. Immanifest proponują nam przypadkowy zlepek oklepanych motywów, które nie dość, że w większości są nieciekawe, to niekoniecznie z sobą współgrają. Na domiar złego w muzyce Amerykanów dominuje to, co już 25 lat temu było w symfonicznym black-death najgorsze: gatunkowe klisze, mnóstwo banałów, plumkanie klawiszy, naiwne melodyjki, chybione czyste wokale (w tym damskie), patetyczne chórki... I nie chodzi nawet o to, że w międzyczasie świat poszedł do przodu i tamte patenty się zestarzały. Nie, one od początku były zupełnie nieatrakcyjne, a Immanifest z niewiadomych powodów postanowili je przypomnieć.

Dla mnie godne odnotowania momenty (chodzi dosłownie o kilkusekundowe sekwencje) pojawiają się jedynie w 'Emissaries Of Ikhenaton', kiedy zespół pocina coś jednoznacznie nawiązującego do włoskiego Ade. Cała reszta – przelatuje obok i w ogóle nie skupia na sobie uwagi, co nawet jest OK, bo w ten sposób "Macrobial" ani nie nudzi, ani nie męczy. Tylko czy to przypadkiem nie za mało?


ocena: 5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Immanifest/270388841633
Udostępnij:

28 marca 2020

Fallujah – Undying Light [2019]

Fallujah - Undying Light recenzja okładka review coverTego się nie spodziewałem! Fallujah, zamiast podążać drogą wyznaczoną na "The Flesh Prevails" i dalej rozwijać tamte tematy, nagle z niej zboczyli, a może nawet i odrobinę zawrócili... Ujmując rzecz jaśniej: Amerykanie na "Undying Light" częściowo odpuścili progresywne oniryczne klimaty na rzecz grania bardziej bezpośredniego, mniej technicznego, a przy okazji także mniej absorbującego. Nowy kierunek sam w sobie wcale nie jest zły, bo muzyka broni się bez problemu, jednak z obecnym wokalistą zespół jedynie straci dotychczasową reputację.

Nie wiem, z jakiej głębokiej dupy wyskoczył Antonio Palermo, ale jestem w stu procentach pewien, że powinien w niej pozostać do końca swego hipsterskiego życia. Jako wokalista Fallujah nie ma do zaoferowania zupełnie nic wartościowego (czyli irytujące deathcore’owe wrzaski i krzyki bez jakiegokolwiek ładu i składu), jest straszliwie jednowymiarowy, swym głosem spłaszcza utwory i sprawia, że praktycznie wszystkie wydają się takie same, przez co nie można się w nie należycie wkręcić. Stąd też każda próba zbudowania klimatu przez instrumentalistów jest z góry skazana na niepowodzenie, bo on oczywiście musi drzeć mordę, psując odbiór nawet najbardziej zachęcających fragmentów.

Przy takim osobniku po prostu cała idea grania urozmaiconej i w jakikolwiek sposób ambitnej muzyki idzie się jebać w krzaki. Tak więc również na nic się zdaje dobra czytelna i mniej skompresowana niż ostatnio produkcja, większa ilość agresywnych partii (czyli z solidnym blastowaniem) czy łatwiejsze do ogarnięcia struktury. Najgorsze w tym jest to, że pomimo korekty stylu "Undying Light" to kawał udanej muzyki, który w innym składzie wchodziłby naprawdę gładko u pozostawiał po sobie dobre wrażenie. W obecnej postaci płyta zbyt często męczy i trzeba się zmuszać, żeby dotrwać do jej końca.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/fallujahofficial

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

12 lutego 2020

Nile – Vile Nilotic Rites [2019]

Nile - Vile Nilotic Rites recenzja okładka review coverPrzez dwadzieścia ostatnich lat Nile byli w niezłym gazie; dużo się u nich i z nimi działo, a nade wszystko nigdy nie dopuszczali do tego, żeby fani musieli zbyt długo czekać na kolejne wydawnictwa. Aż tu nagle cuś zgrzytnęło i od ostatniego krążka upłynęły aż cztery lata. Zgaduję, że głównej przyczyny tej przerwy należy szukać w odmłodzeniu składu i co za tym idzie – chęci dotarcia się z nowymi ludźmi. Ile by to nie trwało, głód muzyki u słuchaczy był już odczuwalny i w pełni zrozumiały. W dodatku Amerykanie, dość nietypowo, narobili wszystkim apetytu trasą promującą niewydany jeszcze album. Na mnie podziałało, bo na żywo kawałki z "Vile Nilotic Rites" zabrzmiały wyjątkowo zachęcająco.

Jak na moje ucho Nile nagrali płytę równie dobrą co "What Should Not Be Unearthed", ale wyraźnie od niej inną, choć utrzymaną w stylu zapoczątkowanym gdzieś na "Annihilation Of The Wicked". Zespół jest oczywiście rozpoznawalny od pierwszych dźwięków, a mimo to daje się tu wyczuć także powiew świeżości – zrezygnowano z niektórych starych patentów, w innych nieco zamieszano, no i dorzucono odrobinę nowości. Riffy są mniej zagęszczone, inaczej rozłożono zmiany tempa, a całość zabrzmiała mniej hermetycznie. Już na wysokości pierwszej solówki w 'Long Shadows Of Dread' doskonale słychać, że nowi muzycy nie zostali ściągnięci do kapeli tylko po to, żeby wspólnie pozować do zdjęć. Brian Kingsland i Brad Parris dostali spory kredyt zaufania od Sandersa i chyba go nie zawiedli, bo obaj (naturalnie gitarniak bardziej) mieli duży wpływ na ostateczny kształt "Vile Nilotic Rites". Innymi słowy mamy do czynienia z bodaj najbardziej demokratycznym materiałem w historii Nile. Nie mogę niczego zarzucić Dallasowi, ale faktem jest, że dopływ świeżej krwi dobrze zrobił Amerykanom.

Na "Vile Nilotic Rites" dominują raczej krótkie i zajebiście szybkie kawałki w typie 'The Oxford Handbook Of Savage Genocidal Warfare', 'Snake Pit Mating Frenzy' czy tytułowego, co nie znaczy jednak, że płyta jest monotonna. Nawet w taki wygrzew jak 'Revel In Their Suffering' (jeden z najlepszych na krążku) muzycy potrafili wrzucić naprawdę miażdżące partie i fragmenty, które przypominają zbrutalizowany Fleshgod Apocalypse, więc o urozmaicenia można być spokojnym. Ma się rozumieć, że najwięcej atrakcji przygotowano w rozbudowanych aranżacyjnie 'Seven Horns Of War' i 'The Imperishable Stars Are Sickened'. W tym drugim uwagę zwracają zwłaszcza czyste wokale i zajebichne solówki. Problem stanowią dla mnie jedynie wstawki etniczne. I to nawet nie ze względu na ich oklepany charakter (po dwudziestu latach miały prawo się znudzić, trudno), co na brzmienie – są dużo głośniejsze niż death metalowa reszta i niezbyt z nią spójne.

Nile na "Vile Nilotic Rites" to zespół w znacznie lepszej formie, niż wygląda na pierwszy rzut oka – zaskakująco witalny, dobrze zgrany i na dużym luzie. Słychać i widać, że panowie całkiem nieźle bawią się swoim graniem, nie robią tego na odpierdol i mają ochotę na więcej. Wprawdzie po godzinie napierdalania Sanders skarżył się na zmęczenie, ale na moją sugestię, że może by w takim razie zacząć grać wolniej odpowiedział stanowcze – NIE!


ocena: 8,5/10
demo
oficjalna strona: www.nile-official.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

1 listopada 2019

Visceral Disgorge – Slithering Evisceration [2019]

Visceral Disgorge - Slithering Evisceration recenzja okładka review coverVisceral Disgorge zebrali sporo pochlebnych opinii za swój debiut "Ingesting Putridity", ale zamiast pójść za ciosem, z niezrozumiałych dla mnie względów (chyba, że chodziło o śmierć gitarniaka) zamilkli na dobre kilka lat. Wydawnicza przerwa trwała u nich tak długo, że teraz w zasadzie muszą budować pozycję na nowo, jako zespół, który kiedyś ponoć grał fajnie, tylko mało kto już o tym pamięta. Jakby tego było mało, w międzyczasie konkurencja mnożyła się na potęgę, więc nie każdy brutal death ma szansę zaistnieć w szerszej świadomości. Visceral Disgorge powinno się udać, bo ich powrót w barwach Agonii to wyjątkowo brutalny i intensywny ochłap zagrany z nienaganną precyzją.

Sam początek płyty jest nieco mylący, gdyż Amerykanie jako intro zapodali trochę nieskomplikowanego walcowania z takim dość przyciężkawym klimatem, jednak już po chwili (czytać: półtorej minuty później) ruszają z pełnym impetem. "Slithering Evisceration" jest materiałem dużo szybszym, bardziej gwałtownym i technicznym od poprzednika, przy okazji zawiera również znacznie więcej urozmaiceń, dzięki czemu poszczególne kawałki nie zlewają się tak bardzo ze sobą i można spośród nich wyłapać coś wyrastającego ponad średnią gatunkową. Ja wskazałbym szczególnie na środek albumu i numery 'Saprogenic Deformation', 'Absorbed Bby The Swarm' i 'Siphoning Cosmic Sentience', bo w nich akurat dzieje się najwięcej; mają ciekawe struktury, mnóstwo blastów i sensowną porcję zakręconych riffów. Dodatkową pochwałę zespół dostaje ode mnie za ograniczenie wpływów slamu i tym podobnych prymitywnych rozwiązań. Kto wie, może doczekam dnia, kiedy całkowicie z tego gówna zrezygnują.

Póki co wcale nie jest źle i Visceral Disgorge swoim napierdalaniem potrafią się wybronić, a "Slithering Evisceration" przelatuje całkiem sprawnie; także dlatego, że po obcięciu wszelkich dopychaczy, trwa około 25 minut. Nie jest to dużo, ale w przypadku tak grającego zespołu dawka wydaje się wystarczająca.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/visceraldisgorge
Udostępnij:

18 października 2019

Autopsy – After The Cutting [2015]

Autopsy - After The Cutting recenzja okładka review coverCo może być lepszego dla maniaka Autopsy niż kameralny recital swoich ulubieńców oparty na osobiście wyselekcjonowanych kawałkach? Ano nic, niestety. Jednak gdy obniżymy nieco wymagania, mnóstwo radochy może nam sprawić również "After The Cutting", czyli wypasiony box podsumowujący karierę zespołu do roku 2015. W skład tego pięknie wydanego zestawu wchodzą cztery krążki audio oraz — a raczej przede wszystkim — 'książka' autorstwa Dennisa Dreada wzbogacona o mnóstwo archiwalnych zdjęć i znakomitych, nigdzie wcześniej niepublikowanych grafik. Za jednym zamachem możemy zatem nacieszyć i uszy i oczy, przy okazji przyswajając sporo ciekawostek z historii Autopsy.

"After The Cutting" to prawdziwa skarbnica wiedzy o kultowych Amerykanach, bo dzieje zespołu poznajemy nie tylko oczami autora, ale również każdego z ważniejszych muzyków, producentów ich nagrań czy nawet autorów okładek. A i to nie wszystko, bo swoje trzy grosze dorzucili chociażby członkowie Dismember oraz główny orędownik Autopsy na norweskiej ziemi i kolega z tej samej wytwórni – Fenriz. Lektura jest arcyciekawa, bo dowiadujemy się właściwie wszystkiego, co do tej pory było dostępne tylko nielicznym, w tym wielu zaskakujących zdarzeń z baaardzo zamierzchłej przeszłości, zanim Chris Reifert, Eric Cutler i Danny Coralles w ogóle się poznali.

Mamy tu wyczerpujący opis tego, jak zespół powoli rósł w siłę (przynajmniej na płaszczyźnie artystycznej) — z każdym kolejnym wydawnictwem stając się coraz bardziej odpychającym dla przeciętnych fanów death metalu — by w końcu (pierwszego etapu) rozbić się o prozaiczne kwestie organizacyjne przy okazji 'trasy' promującej "Acts Of The Unspeakable". Szczęśliwie dla nas Autopsy byli na tyle bezkompromisowi w realizacji swoich zboczonych pomysłów, że nawet brak znaczących sukcesów (oprócz uwielbienia w Szwecji) nie przeszkodził im w dokończeniu wydanego de facto pośmiertnie "Shitfun".

Następnie Dread pokrótce przypomina, czym członkowie Autopsy zajmowali się po rozpadzie kapeli (Abscess, The Ravenous, Funeral...), by szybko przejść do ich powrotu w nieoczekiwanej glorii i chwale, już jako gwiazdy i legendy brutalnej muzyki. W tej części wspomnienia dotyczące nagrań poszczególnych materiałów są już bardziej szczegółowe, ale nie ma się czemu dziwić – wszak są świeższe. Ponownie dowiadujemy się kilku ciekawostek związanych z trasami, okładkami i pracą w studiu, w tym także takich budzących zdziwienie. Jak się okazuje, Autopsy potrafią być zbyt ekstremalni dla samych siebie, co wyszło przy okazji narywania kawałka 'Sadistic Gratification', z którego wydźwiękiem (dosłownie...) Joe Trevisano miał pewne problemy.

W ostatnich rozdziałach (circa 2015) daje się wyczuć pośpiech autora (sam uczciwie przyznał, że deadline na "After The Cutting" coraz bardziej dawał o sobie znać), stąd też przedstawione informacje mają dość ogólny charakter, ale jest to historia na tyle świeża, że — jeśli komuś mało — ewentualne braki można sobie uzupełnić lekturą aktualnych wywiadów.

Co do załączonych do "After The Cutting" krążków, upchnięto na nich w sumie ponad 5 godzin muzyki, choć z perspektywy kolekcjonera naprawdę ciekawych kawałków nie ma tu zbyt wiele. Nie mam oczywiście na myśli poziomu utworów, co raczej ich wyjątkowość. Mnie najbardziej przekonuje pierwszy dysk, bo zmieszczono na nim świeżą naonczas epkę "Skull Grinder", demówki z 1987 i 1988, przedpotopowy 'Christ Denied', próbę z 1991, na której szlifowano numery na "Fiend For Blood" oraz prymitywny szlagier 'Black Incantations' nagrany w konspiracji pod szyldem Grave Violators.

Dwa kolejne dyski to raczej klasyczny debestof podzielony na część starą (do "Shitfun") i nową (od "Horrific Obsession"). Niczego niezwykłego na nich nie znajdziemy (bo kompilacji Autopsy było już kilka), ale plusem jest na pewno fakt, że nie ograniczono się wyłącznie do utworów z longplejów i dorzucono również co nieco z epek i singli. Ciekawiej robi się na czwartym krążku, bo wciśnięto tam dwa koncerty (czy raczej ich fragmenty) z Oakland z 2012 i 2013. W obu przypadkach jakość dźwięku dupy nie urywa, ale jest akceptowalna. Ostatnie siedem numerów to próba z 1992 roku z materiałem na nadchodzący "Acts Of The Unspeakable".

Czy warto się zainteresować "After The Cutting"? Pytanie, kurwa! To jest absolutny obowiązek dla fanów Autopsy, choć i tacy, którzy z zespołem nie mieli nigdy po drodze znajdą tu dużo fascynujących informacji i masę klasowej muzyki. Zachęcam gorąco do zakupu, mimo iż znalezienie tego cuda w uczciwej cenie w kraju nie jest sprawą prostą.


ocena: -
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Autopsy-Official-162194133792668/

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

10 września 2019

Cannibal Corpse – Red Before Black [2017]

Cannibal Corpse – Red Before Black recenzja okładka review coverNaiwność ma swoje granice, ja jednak dałbym sobie rękę uciąć, że wśród fanów zespołu znaleźli się i tacy, którzy po zachłyśnięciu się świeżością "A Skeletal Domain" uwierzyli, że kolejne płyty Amerykanów będą równie nowatorskie i zaskakujące. Nie będą. "Red Before Black" to powrót Cannibal Corpse do bardziej tradycyjnego brzmienia (Mana + Rutan) i sprawdzonych już setki razy rozwiązań. Innymi słowy — mamy tu doskonale znany standard. Natomiast wszystkie nowości — jeśli optymistycznie założymy, że takowe w ogóle występują - można policzyć na palcach jednej ręki. Tylko to wcale nie oznacza, że materiał jest słaby.

Cannibal Corpse ponownie udowodnili, że konsekwencja i niemal konserwatywne podejście do własnej twórczości w niczym nie przeszkadzają, gdy ma się w zanadrzu dobre pomysły na riffy, zajebisty warsztat i niedźwiedzia grizzly na wokalu. Amerykanie nie muszą wymyślać koła na nowo, żeby stworzyć tak mocarne kawałki jak 'Remaimed' (morderczy podkład pod solówką), 'Red Before Black' (ten jest chyba najbardziej chwytliwy), 'Heads Shoveled Off' (wyjątkowo głupawy tekst) czy 'In The Midst Of Ruin' (tu z kolei mamy gościnne solo Rutana) – każdy z nich w jakimś stopniu brzmi znajomo, ale to nie problem, bo wszystkie są w porównywalnie rajcowne. Póki klasyczna formuła ich muzyki się sprawdza, nie dziwię się, że Cannibal Corpse się jej trzymają, a eksperymenty wprowadzają jedynie od święta.

Nie pojmuję natomiast, czemu akurat przy okazji "Red Before Black" cięgi za hamowanie zespołu (takie dosłowne oraz w rozwoju) zbiera "Lars Ulrich death metalu". Czyżby niektórym naprawdę umknęło, że Paul od trzydziestu lat gra w zasadzie w ten sam sposób? Na czym polega ten drastyczny spadek formy, jeśli mogę zapytać? Ktoś się spodziewał gravity blastów i jazzowej rytmiki? W moim odczuciu partie perkusji na tej płycie poziomem nie ustępują tym z "Bloodthirst", "Evisceration Plague" czy "Torture", a 'anty-mazurkiewiczowskie' jojczenie jest szukaniem problemu na siłę.

Tymczasem "Red Before Black" ma tylko jeden odczuwalny minus – nie ekscytuje aż tak bardzo, jak dwa poprzednie krążki, bo jest totalnie typowy i dość przewidywalny. Ciężar, brutalność, wokale, produkcja – tu wszystko się zgadza, jest cacy, ale z odrobiną świeżości byłoby jeszcze lepsze.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.cannibalcorpse.net

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

25 lipca 2019

Nocturnus AD – Paradox [2019]

Nocturnus AD - Paradox recenzja okładka review coverSpójrzmy prawdzie w oczy, the true Nocturnus, ten wizjonerski, oryginalny i w pełni zejebisty, skończył się na "Thresholds". Bez Browninga w składzie Amerykanie już nigdy nie nawiązali do poziomu pierwszych płyt i choć materiały wydane po 1992 roku nie były przecież złe, to brakowało im (nie tak) dawnego klimatu i pierdolnięcia. Co ciekawe, dla samego Mike’a koniec Nocturnus nastąpił jeszcze zanim oficjalnie wyrzucono go na zbity pysk, bo w chwilę po debiucie – gdy pozostali muzycy całkowicie przejęli kontrolę nad kapelą, załatwiając sobie m.in. wyłączne prawa do nazwy.

Kolejne kilka lat to dla Browninga tułaczka po rozmaitych mniej lub bardziej znanych załogach i powołanie do życia After Death, z którym dość długo próbował szczęścia, ale jak koniec końców nie odniósł wymiernego sukcesu. Liczne próby powrotu jako Nocturnus — a później Nocturnus AD — były torpedowane przez byłych kolegów (za granie pod tym szyldem groziło mu ekspresowe zaproszenie do sądu), więc wszystko wskazywało na to, że nowej płyty zespołu na N już się nie doczekamy.

A tu niespodzianka, trzymam w łapach digipak (grrr) "Paradox" After Death przerobionego na Nocturnus AD i nie mogę wyjść z podziwu, bo w 95% zawiera dokładnie to, czego wielbiciel wczesnej twórczości Nocturnus mógłby sobie życzyć: rozpoznawalne zadziorne wokale, rozbudowane partie klawiszy, dziko śmigające gitary, milion solówek na kawałek, znajomą kompozycję okładki... Warto zatem wysupłać trochę grosza, tym bardziej że następnego razu może nie być. Szósty zmysł podpowiada mi bowiem, że niedługo prawnicy dobiorą się Browningowi do dupy i cała zabawa w muzykowanie rychło się dla niego skończy.

Póki co cieszmy się, bo Amerykanie na "Paradox" nie pozostawiają miejsca na jakiejkolwiek domysły i od pierwszej minuty 'Seizing The Throne' naparzają kosmiczny death metal będący w prostej linii kontynuacją "The Key". No, nie do końca to tak wygląda... Zaryzykowałbym stwierdzenie, że krążek brzmi bardziej jak etap przejściowy między demówkami a debiutem, z całkowicie świadomym pominięciem tego, co się działo na "Thresholds". Może właśnie tak miał wyglądać pierwotnie "The Key"? To całkiem prawdopodobne, wszak mamy tu mnóstwo nawiązań w riffach, tekstach i strukturach utworów. Oczywiście całość charakteryzuje się znacznie potężniejszym dźwiękiem i jest wykonana z rozmachem właściwym dla doświadczonych muzyków, ale skojarzenia są jednoznaczne. Na pewne uwstecznienie względem debiutu wskazuje również dość wysoki poziom brutalności i brak jakoś szczególnie wybijających się melodii. Mamy tu zatem baaardzo klasyczny Nocturnus, tylko w surowszej, solidnie doprawionej blastami i mniej przebojowej wersji.

Wiadomo, jest w tym trochę grania na sentymentach, niemniej jednak tak podany death metal zawsze trafia w mój gust, a na "Paradox" upchnięto go aż 52 minuty. Tyle w zupełności wystarcza, żebym był kupiony. W obliczu 'The Antechamber', 'Apotheosis' (ten ultraprzezajebisty riff od 3:29!), 'Paleolithic' czy instrumentalnego 'Number 9' nie można kręcić nosem na intencje zespołu. Nocturnus AD stworzyli kawał świetnej muzyki i nawet ciągłe reminiscencje znanych od lat szlagierów nie są w stanie tego zmienić. Brakuje mi tylko jednego – duetu Davis-McNenney z ich szybkimi paluchami i doskonałym wyczuciem melodii. Belial Koblak i Demian Heftel, obecni gitarniacy, w każdym utworze dają popis swoich niemałych umiejętności, ale odnoszę wrażenie, że akurat finezja nie jest ich najmocniejszą stroną. Mimo wszystko to drobnostka, nad którą bez trudu potrafię przejść do porządku dziennego.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/NocturnusAD/

podobne płyty:

Udostępnij:

8 lipca 2019

Possessed – Revelations Of Oblivion [2019]

Possessed - Revelations Of Oblivion recenzja okładka review coverPossessed trafił szlag jeszcze zanim death metal tak naprawdę się rozkręcił, ale dorobek zespołu nie został nigdy zapomniany. Sam lubię wracać do ich nagrań, ale skłamałbym pisząc, że codziennie przed zaśnięciem marzyłem o nowej płycie. Tym bardziej, że z dużym sceptycyzmem obserwowałem powrót Jeffa Becerry na scenę z takim, na oko, dość przypadkowym składem. Lata mijały... trasy, festiwale, trasy, festiwale... no i liczyłem, że na wspominkowych recitalach się skończy.

Nie skończyło. Oto leży przede mną "Revelations Of Oblivion", najgłośniejsza premiera 2019, która przy pierwszym kontakcie budzi zażenowanie. Recesja recesją, ale nawet małe wytwórnie dbają o wygląd swoich wydawnictw. Nuclear Blast postarali się o okładkę od Zbigniewa Bielaka i... tyle. Bieda aż piszczy. Chwała zatem Amerykanom, że wbrew najczarniejszym scenariuszom, które miałem w głowie, nie splamili dobrego imienia Possessed. Zespół stanął na wysokości zadania i dostarczył fanom pierwszorzędny mariaż oldskulowego death i thrash metalu.

Pomimo upływu 33 lat (kuuurwaaa!) od ostatniego longa, muzycy Possessed wykonali tylko jeden, ale za to pewny krok naprzód, zupełnie jakby nagrywali ten krążek w 1989 roku i nie słyszeli niczego, co się działo później. Stąd też "Revelations Of Oblivion" przewyższa poprzednie produkcje pod względem szybkości (pojawiają się blasty!), brutalności czy precyzji wykonania (dotyczy to zwłaszcza perkusji), jednak bez naruszania klasycznego feelingu. Duża w tym zasługa Jeffa Becerry, którego opętane wokale i przepełnione siarką, piekłem i krwawymi ofiarami teksty przywodzą na myśl początki "szatanowania" w metalu. Owszem, są strasznie infantylne, ale napisał je na tyle zgrabnie, że chwytliwości i pewnego uroku odmówić im nie sposób.

Również brzmienie materiału budzi jednoznacznie skojarzenia ze czasami, gdy na nagrania death metalowej płyty rzadko przeznaczano więcej niż 1000 dolców. Tu słowa uznania dla Petera Tägtgrena, bo postarał się o mocną, w stu procentach profesjonalną produkcję, z której jednak nie przebija się nic nowoczesnego. Jak oldskul, to oldskul!

Muzycy Possessed stworzyli na potrzeby "Revelations Of Oblivion" 10 kawałków (plus intro i outro) konkretnego napieprzania w dość szybkich tempach na zaskakująco równym poziomie i o wysokim współczynniku spójności (jedynie 'The Word' odstaje nieco stylem), które bez trudu zapadają w pamięć już przy pierwszym odpaleniu. Mimo iż ze 2-3 z nich wydają się przesadnie rozciągnięte, całości słucha się z dużym zaangażowaniem (Jeff napisał fajne refreny), szczególnie gdy ma się do czynienia z takimi hitami jak 'No More Room In Hell', 'Damned', 'Graven', 'Ritual' czy 'Dominion'. Żeby było ciekawiej, w utworach pojawiają się nawiązania do pierwszych albumów i paru kultowych kapel (choćby wymiana solówek we wspomnianym 'Ritual' zalatująca na kilometr "Leprosy" – Daniel Gonzalez ma doświadczenie w podrabianiu Death, bo na co dzień gra w Gruesome), ale nie jest ich zbyt dużo i nie są na tyle nachalne, by zarzucić zespołowi jazdę wyłącznie na tanich sentymentach. To bardziej zabawa w puszczanie oka do uważnych słuchaczy, na którą z przyjemnością się przystaje.

Wiadomo, że sprawą "Revelations Of Oblivion" nie dokona się w metalu żadna rewolucja, jak to miało miejsce przy okazji "Seven Churches", ale fajni klasycznego grania w diabelskiej oprawie z pewnością znajdą na tym albumie sporo powodów do radości. Zastanawia mnie natomiast jedno – co się stanie z Possessed, kiedy hype związany z ich studyjnym powrotem już opadnie.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalna strona: possessedofficial.com

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

13 czerwca 2019

Continuum – The Hypothesis [2015]

Continuum - The Hypothesis recenzja okładka review coverRozgryzienie idei stojącej za Continuum jest wyjątkowo proste nawet bez zerkania w CV poszczególnych muzyków, bo kolesie zdradzili swoje fascynacje, doświadczenie i pochodzenie już w pierwszym riffie, który niemalże żywcem wyjęto z twórczości Arkaik. Właaaśnie tak, na "The Hypothesis" mamy do czynienia z typowym dla Kalifornii dość mechanicznie potraktowanym technicznym death metalem, w którym oprócz wspomnianego już zespołu na A pobrzmiewają również patenty charakterystyczne dla Deeds Of Flesh, Inanimate Existence, Decrepit Birth i paru innych kapel z tamtego rejonu, bo — tak się śmiesznie składa — w nich bohaterowie tej recki także maczali paluchy. Co ciekawe, muzyka Continuum nie ma wiele wspólnego z Son Of Aurelius, z którego wywodzi się aż 3/5 składu. W opisywanym projekcie panowie postawili przede wszystkim na utwory krótkie, treściwe (dwie, dwie i pół minuty i sruuu) i dość zawiłe, żeby nie znudziły się po paru przesłuchaniach. Osobiście bardzo pochwalam taką formułę i byłbym bardzo zadowolony, gdyby Amerykanie konsekwentnie się jej trzymali, bo to całkiem fajnie przekłada się na dynamikę i intensywność materiału. Wiecie – takie szybkie jebnięcie prosto w twarz. Niestety nie ma tak dobrze i takich mocno skompresowanych utworów mamy tylko siedem, cała reszta, w moim odczuciu, służy jedynie dopompowaniu płyty do obowiązkowych 30 minut. Nikt mi nie wmówi, że bzyczącąco-ambientowy przerywnik 'Absolute Zero' czy perkusyjne solo (albo rozgrzewka przy rozstawianiu garów) obudowane kolejnymi ambientami są na "The Hypothesis" niezbędne. To jeszcze nic, bo Continuum zamknęli album 9-minutowym kolosem stworzonym w oparciu o jakieś... dwa proste riffy. Nie dość, że formalnie to strasznie naciągana (i wkurwiająca) zagrywka, to muzycznie gryzie się z mocno pokomplikowanymi wcześniejszymi utworami. W ten sposób album, który mógłby robić naprawdę dobre wrażenie, robi wrażenie co najmniej dziwne i niejednoznaczne. Z jednej strony wydaje się ociupinę przekombinowany, a z drugiej po prostu niedorobiony. A brzmi jak większość płyt, które przeszły przez ręce Zacka Ohrena.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/continuumDM

podobne płyty:

Udostępnij:

8 czerwca 2019

Malevolent Creation – The 13th Beast [2019]

Malevolent Creation - The 13th Beast recenzja okładka review coverPhil Fasciana przynajmniej kilka razy w karierze deklarował, że skład, którym dysponuje, jest tym najlepszym w historii zespołu. Ostatnio, po wydaniu "Dead Man’s Path", zagalopował się naprawdę daleko i stwierdził, iż stanowią tak zgraną maszynę, że jeśli ktokolwiek odejdzie, oznaczać to będzie koniec kapeli. Minęły cztery lata, doczekaliśmy się nowego albumu, a na zdjęciu grupowym oglądamy trzy nowe twarze. Normalnie zapytałbym, gdzie tu konsekwencja, ale zawartość "The 13th Beast" jest na tyle dobra, że sobie daruję. No i nie ukrywam, że bez Malevolent Creation świat klasycznego death metalu byłby znacznie uboższy.

Na swoim trzynastym albumie Amerykanie pokazali się z nieco innej niż zwykle strony – wprawdzie bez rewolucyjnych zmian, ale na tyle w ich przypadku świeżo i ciekawie, że nie można im zarzucić recyclingu najbardziej typowych schematów. Ma to oczywiście związek z osobą nowego gitarniaka/wokalisty, który napisał zdecydowaną większość materiału (jakieś 80% muzyki i wszystkie teksty). Spisał się co najmniej dobrze, ale faktem jest, że przy pierwszym kontakcie "The 13th Beast" wydaje się odstawać stylem od większości pozycji w dyskografii Malevolent Creation w podobnym stopniu co z lekka dziwny "In Cold Blood".

To wrażenie pogłębia brzmienie, które na pewno nie jest tak potężne jak na wcześniejszych płytach (przydałyby się zwłaszcza pełniejszy sound garów), choć ponownie szlifował je Dan Swanö. Kolejna kwestia wpływająca na wyczuwalną odmienność krążka to wokal Wollenschlaegera. Ogólnie Lee daje radę, ale w jego głosie nie ma niczego rozpoznawalnego, co mogłoby go wynieść ponad średnią światową. Brett Hoffmann był jednak nie do podjebania na tym stanowisku, więc tym bardziej szkoda chłopa. Ponadto na "The 13th Beast" do myślenia dają popisy solowe, których swoją drogą jest stosunkowo mało jak na 50-minutowy materiał. Dwie solówki zagrał gościnnie Ryan Taylor (nikt znany), po jednej Fasciana i Wollenschlaeger, natomiast za pozostałe cztery, proste, króciutkie i zawstydzające, odpowiada... basman. I nie, to nie są solówki basowe.

Gdybym wcześniej nie napisał o fajności "The 13th Beast", z powyższego opisu wyłania się obraz płyty w najlepszym razie przeciętnej. Tak jednak nie jest. Pomimo swoich oczywistych niedoskonałości trzynasty album Malevolent Creation jako całość wypada nad wyraz dobrze – w przeważającej części jest szybki, bardzo motoryczny i upakowany sensownymi riffami. Słychać, że odmłodzonej ekipie nie brakuje zapału do agresywnego napieprzania, że ma pomysł na siebie. Także pod względem chwytliwości nie jest źle, a kawałki typu 'Canvas Of Flesh', 'The Beast Awakened', 'Trapped Inside' czy 'Knife At Hand' powinny na stałe zagościć w setliście zespołu. Wprawdzie zastanawiam się, jak długo jeszcze wytrzymają (nie mam na myśli składu!), ale na emeryturę jeszcze bym ich nie wysyłał. Nie z takimi płytami.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/malevolentcreation

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

18 maja 2019

Broken Hope – Repulsive Conception [1995]

Broken Hope - Repulsive Conception recenzja okładka review coverPrzy całej swojej bogatej historii Broken Hope nie mogą się poszczycić wyjątkowo rozbudowaną dyskografią, w dodatku te naprawdę dobre płyty stanowią w niej zdecydowaną mniejszość. "Repulsive Conception" dokumentuje etap przejściowy, kiedy amerykańska ekipa stopniowo przekształcała się z naiwnego Suffocation/Cannibal Corpse wannabe w zespół świadomy, zabójczy i w pełni oryginalny. Z jednej strony mamy więc tu sporo naleciałości sławniejszych (i lepszych!) kapel, z drugiej zaś próby wykreowania czegoś nowego i niepowtarzalnego. Takie połączenia bywają fascynujące, jednak w przypadku "Repulsive Conception" całość można podsumować przeciągłym ziewnięciem. Album trwa ponad trzy kwadranse i zawiera aż 15 dość zróżnicowanych kawałków, ale mimo wielu urozmaiceń (przynajmniej pozornych) większość numerów brzmi bardzo podobnie, trudno odróżnić jeden od drugiego i w rezultacie strasznie to wszystko monotonne. Z tego niefajnego schematu wyłamują się trzy krótkie instrumentale. Problem z nimi polega na tym, że wciśnięto je od czapy, bo zupełnie nie pasują do reszty materiału – ani muzyką, ani klimatem. W ogóle spójność nie jest mocną stroną "Repulsive Conception", czego przykład mamy już na początku płyty, kiedy po ociężałym i całkiem sensownie zaaranżowanym 'Dilation And Extraction' wchodzi niespecjalnie wyszukana napierdalanka w postaci 'Grind Box'. Słychać, że zespół dysponuje już przyzwoitą techniką, ale brakuje mu pomysłów, jak ją odpowiednio wykorzystać, więc w utworach roi się od rozpieprzających struktury skrajności. Tak na dobrą sprawę mogę pochwalić Broken Hope jedynie za udane solówki (jedną, oczywiście najlepszą, dorzucił James Murphy) i wypracowanie zalążków własnego stylu i charakterystycznego brzmienia. Za wokale i brutalność również, ale i te dwa elementy nie czynią "Repulsive Conception" materiałem bardziej interesującym.


ocena: 6/10
demo
oficjalna strona: brokenhope.com

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij: