Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty

4 października 2022

Broken Hope – The Bowels Of Repugnance [1993]

Broken Hope - The Bowels Of Repugnance recenzja reviewThe Bowels Of Repugnance to jeden z wielu przykładów na to, że ludzie w Metal Blade byli kompletnie zieloni w temacie death metalu, a większość (jak nie wszystkie) wartościowych kapel, z jakimi mieli do czynienia w tym gatunku, podpisali przypadkiem. No bo zastanówmy się, co takiego ciekawego było na debiucie Broken Hope, co mogło przekonać do zespołu choćby najmniej wybrednego łowcę talentów? Hmmm… eee… mają długie włosy, robią średnio skoordynowany hałas, wokalisty nie można zrozumieć, a teksty są obleśne, no… eee… będzie z tego sukces na miarę Cannibal Corpse!

Okazało się, że wymienione cechy to jednak trochę za mało i wcale nie gwarantują, że fani brutalnego death metalu padną przed taką kapelą na kolana. W skrócie wygląda to tak, że, nagrany dla nowej wytwórni The Bowels Of Repugnance to materiał jeszcze słabszy od pokracznego przecież „Swamped In Gore”. W paru momentach słychać, że Broken Hope próbowali czymś zaskoczyć, pokazać się z ambitniejszej strony, ale całkowicie ich to przerosło (technicznie i kompozytorsko), bo wszelkie urozmaicenia (zwłaszcza w postaci groteskowych utworów instrumentalnych) w ogóle nie współgrają z tym, co zespół klepie w pozostałych, „normalnych” kawałkach. A klepie pozbawiony jakiegokolwiek polotu toporny death metal w średnich tempach.

Płyta trwa zaledwie 31 minut, ale upchnięto na niej aż 14 utworów, więc pierwsze skojarzenia kierują się w stronę grindowego napieprzania. Błąd. Broken Hope grają krótkie numery, bo tak na dobrą sprawę nie mają ich czym wypełnić. Odnoszę wrażenie, że obliczono je tylko na tyle, ile potrzebował Ptacek, żeby wybulgotać cały tekst (swoją drogą tymi lirykami chyba badali, na ile mogą sobie pozwolić) – reszta jest już bez znaczenia, co szczególnie mocno (i boleśnie) daje się odczuć w kwestii riffów. The Bowels Of Repugnance jest krążkiem potwornie monotonnym (nawet pomimo wspomnianych akustycznych niby urozmaiceń), brutalnie nudnym i jednowymiarowym. Perkusja klepie na jedno kopyto (im wolniej, tym gorzej), riffów nie sposób od siebie odróżnić, a wokalowi brakuje choćby odrobiny dynamiki. Dla pogłębienia efektu bidy, nędzy i rozpaczy, całość zamknięto w płaskim, niezbyt czytelnym brzmieniu.

W 1993 roku powstało wiele wspaniałych i przełomowych płyt, jeszcze więcej średnich i przeciętnych, jednak The Bowels Of Repugnance do żadnej z tych kategorii się nie załapuje. Ba, właściwie każda z przepastnego wora tych „średnich i przeciętnych” może być w porównaniu z „dwójką” Broken Hope objawieniem. Dla mnie ten album to strata czasu i pieniędzy.


ocena: 4/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/brokenhopeofficial

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

22 września 2022

Angelcorpse – Hammer Of Gods [1996]

Angelcorpse - Hammer Of Gods recenzja reviewW historii muzyki — i to zawężając ją tylko do metalu — jest wiele przykładów kapel, które pojawiły się we właściwym miejscu i o właściwym czasie, dzięki czemu miały istotny wkład w rozwój stylu/gatunku i zostały przez to zapamiętane. Z perspektyw czasu muszę stwierdzić, że Angelcorpse do nich niestety nie należy. O ile jeszcze z miejscem powstania (Kansas) panowie jako tako się wstrzelili, to z czasem w ogóle. Trafili bowiem na moment, gdy death metal na świecie dogorywał i nawet najwięksi jego przedstawiciele sprzedawali 5-10% tego, co jeszcze pięć lat wcześniej, a nowi co najwyżej gnili w głębokim podziemiu. W takich warunkach Amerykanie nie mogli w pełni rozwinąć skrzydeł, choć w moich oczach i tak udało im się zabłysnąć.

Zespół powstał jako trio w 1996 i już po paru miesiącach intensywnych prób (potwierdzonych demówką) był gotów do nagrania płyty, którą w trzecim kwartale tego samego roku wydało Osmose Productions. Takie tempo prac jednoznacznie świadczy o dużych ambicjach zespołu, jego pracowitości i determinacji w dążeniu do celu. Wprawdzie równie dobrze ktoś mógłby zarzucić im pośpiech, ale zawartość Hammer Of Gods doskonale temu przeczy. Debiut Angelcorpse to szybki, dziki, nieokiełznany i bezkompromisowy death metal, który łączy w sobie najlepsze cechy Morbid Angel (to jest zdecydowanie ich największa inspiracja), Slayer, Sarcófago, Possessed czy Sadistik Exekution. Amerykanie umiejętnie poskładali te wpływy w spójną całość, dołożyli własny wysoki poziom muzyczny i dzięki temu udało im się wypracować swój może i niezbyt oryginalny, ale rozpoznawalny styl.

Kompozycje na Hammer Of Gods w dużym stopniu sprowadzają się do niczym nieskrępowanego ataku na narząd słuchu – dzikiego, nieco chaotycznego i możliwie bezlitosnego. Blast goni blast, Helmkamp wrzeszczy jak pojebany, a solówki ciężko zliczyć – ogólnie jeden wielki młyn, w dodatku surowo brzmiący. Mimo to muzyka w żadnym wypadku nie wydaje się jednorodna albo nieprzemyślana, bo zawiera również odpowiednią dawkę chwytliwości – czy to w riffach czy refrenach. Kawałki takie jak „When Abyss Winds Return”, „Consecration”, „Lord Of The Funeral Pyre” i „The Scapegoat” to prawdziwe przeboje w ramach agresywnego death metalu. W każdym fragmencie Hammer Of Gods słychać, że członkowie Angelcorpse dali z siebie wszystko, że włożyli w te nagrania całą pasję, umiejętności, a i pewnie ostatnie zaskórniaki.

Debiut Angelcorpse to dowód na to, że ciężką pracą, zaangażowaniem i samozaparciem można sporo osiągnąć nawet w wyjątkowo niesprzyjających okolicznościach. W drugiej połowie lat 90. XX wieku mało która kapela, nawet z większym stażem, potrafiła zaproponować materiał na podobnie wysokim poziomie. A Angelcorpse dopiero się rozkręcali!


ocena: 8/10
demo

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

10 września 2022

Disgorge – Parallels Of Infinite Torture [2005]

Disgorge - Parallels Of Infinite Torture recenzja reviewParallels Of Infinite Torture, trzeci i jak dotąd ostatni etap Disgorge w ustanawianiu standardów dla brutalnego death metalu, jak na stosunkowo stary materiał brzmi zaskakująco świeżo i aktualnie. Z jednej strony wynika to z tego, że Amerykanie zawiesili tu poprzeczkę dla wszelkiej konkurencji (czy tam następców) naprawdę wysoko i tylko nielicznym z nich udało się wejść na podobny poziom, a z drugiej w trzy kwadranse właściwie wyczerpali temat, bo od premiery tego krążka niewiele kapel było w stanie dodać do tej formuły cokolwiek nowego.

Podobnie jak pomiędzy dwoma pierwszymi albumami, tak między „Consume The Forsaken” a Parallels Of Infinite Torture nie ma wielkiej przepaści czy skoku jakościowego, o eksperymentalnym podejściu również można zapomnieć. Wszystkie różnice wynikają z naturalnego rozwoju, zdobytego doświadczenia oraz większych możliwości wynikających z rozbudowania składu. Disgorge dokooptowali drugiego gitarniaka, co przełożyło się na rozbudowane i zagęszczone struktury, bardziej techniczne partie gitar i wiele pomniejszych urozmaiceń, choć do solówek dalej nikt się nie wyrywa. Poza tym momentami materiał jest brutalniejszy, szybszy i gwałtowniejszy od poprzedniego, zwłaszcza kiedy zespół robi młyn w stylu znanym z „She Lay Gutted” („Enthroned Abominations”, „Atonement”, „Ominous Sigils Of Ungodly Ruin”), ale w odrobinę nowocześniejszej formie.

Obiektywnie patrząc Disgorge stworzyli wzorcowy brutal death metalowy album, którego praktycznie nie można już ulepszyć, bo zawiera absolutnie wszystko, czego można od takiego grania wymagać. Również obiektywnie — i ze zrozumiałych względów — płyta nie robi już takiego wrażenia jak debiut i trudno uznać ją za w jakikolwiek sposób innowacyjną. Natomiast subiektywnie, od siebie, pozbyłbym się instrumentalnej zapchajdziury, która zupełnie niczego nie wnosi oraz wymienił wokalistę na nieco bardziej charakterystycznego, bo z czystą wyziewznością jest u niego OK.

Dla niektórych problemem może być przytłaczająca objętość Parallels Of Infinite Torture — 44 minuty — która zdecydowanie wykracza ponad średnią gatunkową, a w zestawieniu z debiutem jest czymś wręcz szokującym. Mnie to nie przeszkadza ze względu na ciągłe zmiany tempa i dużą dynamikę utworów, ale dla mniej wyrobionego ucha pod koniec krążek staje się nieco jednowymiarowy.

Jeśli szkoda wam miejsca i kasy na kupowanie setek kolejnych płyt z brutalnym death metalem, a chcecie być nieźle zorientowani w tym stylu – wybierzcie Parallels Of Infinite Torture. Zdecydowana większość z tych „setek kolejnych płyt” to przecież i tak zrzynka z Disgorge.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/OfficialDisgorge/

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

15 sierpnia 2022

Cathexis – Untethered Abyss [2021]

Cathexis - Untethered Abyss recenzja reviewAmerykański Cathexis po dekadzie działalności, głównie w oparciu o zasady DIY, doczekał się punktu zwrotnego w swojej karierze, bo właśnie tym jest ich debiut w barwach Willowtip. Zespół miał już w dorobku dwa materiały wydane własnym sumptem — z drugim, „Pillar Of Waste”, miałem nawet dłuższą styczność — ale żaden z nich nie był na tyle udany czy choćby intrygujący, żeby mogli się z nim przebić do świadomości fanów death metalu. Co innego wydany po ośmiu latach przerwy Untethered Abyss – ten można śmiało traktować jako przełom pod względem jakości i wyrazistości muzyki.

O tym, że zespół nie przebimbał ostatnich lat można się przekonać już w trakcie pierwszego utworu, bo progres techniczno-kompozytorski jest więcej niż oczywisty, ponadto wyczuwalna jest również chęć pokazania się z ambitniejszej i mniej oczywistej strony. Na Untethered Abyss szybko na powierzchnię przebijają się mocne fascynacje Gorguts — zwłaszcza z „Obscura”, „From Wisdom To Hate” i „Colored Sands” — które, już w mniejszym stopniu, są uzupełnione wpływami m.in. Immolation czy późnego Hate Eternal. W sensie ogólnym nie jest to wprawdzie nic nowego, ale jak na Teksas, skąd chłopaki pochodzą, to takie połączenie wypada całkiem oryginalnie. Zresztą, inspirowanie się Gorguts to jedno, a umiejętność zagrania jak Kanadyjczycy, to coś zupełnie innego. Cathexis wychodzi to bardzo sprawnie; materiał jest przepełniony dysonansami, urozmaicony rytmicznie i dość wymagający.

Podoba mi się, że w muzyce zachowano balans między czystą brutalnością a technicznymi męczarniami, dzięki czemu uniknięto monotonii wynikającej z przegięcia w jedną stronę. Na plus trzeba również zaliczyć zwartość kompozycji — Untethered Abyss zamknięto w 32 minutach — bo nawet najdłuższy na płycie walcowaty „Library Of Babel” nie jest przeciągnięty, mimo iż może męczyć w typowo „gorgutsowy” sposób. Szkoda tylko, że większości utworów brakuje trochę charakterystycznych motywów i ociupinki jakiejś pojebanej przebojowości. Wyjątkiem jest (prawie) chwytliwy „Harrowing Manifestation” z paroma prostszymi i fajnie bujającymi fragmentami. No, ale nie po to gra się takie wygibasy, żeby dać się rozgryźć po pierwszym przesłuchaniu.

Produkcję Untethered Abyss na pewno docenią fani pewnego kanadyjskiego zespołu na G — swoją drogą odpowiada za nią członek owego zespołu — bo jest naturalna i zajebiście czytelna, choć dla niektórych może być zbyt sucha. Cathexis mają w składzie dwóch gitarzystów grających różne rzeczy, a Colin Marston dopilnował, żeby było to słychać, niezależnie od tego, w jakim tempie wywijają paluchami po gryfach. Podobnie sekcja rytmiczna – każdy instrument ma dość przestrzeni i pracuje wyraźnie.

Untethered Abyss to dla zespołu dobry punkt wyjścia do dalszego rozwoju, bo z takim zapleczem technicznym i wsparciem niezłej wytwórni mogą sobie pozwolić na wiele. Na początek wystarczy, żeby popracowali nad wyróżnikami poszczególnych utworów, później powinno już pójść z górki.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/CathexisTexas

podobne płyty:

Udostępnij:

7 lipca 2022

Devourment – Obscene Majesty [2019]

Devourment - Obscene Majesty recenzja reviewPamiętacie, kiedy pierwszy raz usłyszeliście „Hell Awaits”? Albo zobaczyliście okładkę starego Cannibal Corpse? Dla mnie takim punktem bez odwrotu była twórczość Marduka. Każdy miał ten moment, kiedy muzyka ekstremalna była jak zakazany owoc. Pewne tabu dźwiękowe, którego przekroczenie wzbudzało lęk i strach przed konsekwencjami.

Teksański Devourment jest znany wszem i wobec za sprawą swojego debiutu „Molesting the Decapitated”, albumu bezmyślnie małpowanego przez całą scenę Brutal/Slam, co nieraz u wielu wzbudzało wręcz uśmiech politowania. Ich następne płyty były już co najwyżej przeciętne i zdawać by się mogło, że kariera grupy będzie polegać już tylko na odcinaniu kuponów.

Na pewno jednak nikt się nie spodziewał, że zespół po raz drugi zredefiniuje Brutalny Death. I do tego jeszcze równo 20 lat od pierwszej płyty. Mam jednak nieodparte wrażenie, że entuzjaści głowogrzmotów niespecjalnie będą mieli ochotę tym razem naśladować swoich mistrzów, bo pod każdym względem mamy do czynienia z dziełem ambitnym i starannie wykonanym, jakby grupa chciała wytłumaczyć ludziom, że nie o to im chodziło, aby każda płyta spod znaku Slam miała gówniane, blaszane gary, ciągłe breakdowny, monotonny wokal bez przerwy i jak najbardziej obleśną grafikę, jaka przyjdzie do głowy.

Bas – największy atut i bohater tejże recenzji, nie dość, że słyszalny, to jeszcze dosłownie prujący flaki i spuszczający bęcki (tak serio to uważajcie na swoje ściany). Selektywnie dobrana perkusja, gdzie słychać poszczególne talerze czysto i wyraziście. Niski i soczysty growling. Nie chcę porównywać gitar do djentu, bo to się będzie wam źle kojarzyło, ale tak, jest 8 strun.

Utwory – bezlitosne i okrutne, ale mające też głębsze dno, co sprawia, że odkrywanie muzyki jest nie lada przygodą. Morderczą i lekko przydługą, choć bynajmniej nie nużącą. Produkcja o idealnym balansie, z zachowanym brudem, ale wciąż bardzo klarowna. Nawet okładka sprzeciwia się standardom, nawiązując do antycznej kultury.

Jak widać, Amerykanie wreszcie wszystkim udowodnili na co ich stać, a na co wcześniej nie mieli ani możliwości technicznych, jak i budżetu. Brutalne granie wciąż może budzić grozę po tylu latach, gdzie wszystko zostało już powiedziane oraz dawać dreszczyk emocji, brzmieć świeżo i nowocześnie.

I powiem na koniec szczerze, że ekipa trochę się zapędziła w kozi róg, bo nie wiem czy będą w stanie dorównać temu, co tu dokonali i na dobrą sprawę, każda kolejna płyta Devourment wydaje się być zbędna. I tylko czas pokaże, czy miałem rację.

A teraz wszyscy co się nie boją wysokich decybeli, marsz na jutuba i słuchać.


ocena: 10/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/DevourmentOfficial

Udostępnij:

4 lipca 2022

Origin – Chaosmos [2022]

Origin - Chaosmos recenzja okładka review coverPięcioletnia przerwa wydawnicza — nie liczę w tym miejscu zapchajdziury „Abiogenesis – A Coming Into Existence” — to dla Origin coś nowego, a zarazem niezaprzeczalnie rozsądnego. Jakby nie patrzeć, ostatnie albumy Amerykanów jakoś szczególnie nie różnią się od siebie, więc przy zachowaniu dotychczasowego, trzyletniego cyklu, istniało ryzyko doprowadzenia słuchaczy do wyrzygu, gdyby po raz kolejny dostali to samo. A tak proszę – wystarczyło dziadów wziąć na przeczekanie i wzbudzić w nich głód muzyki Origin, dzięki czemu Chaosmos, który w żaaaaaden sposób nie rewolucjonizuje stylu zespołu, powinien każdemu z fanów wejść bez popitki.

Na Chaosmos Amerykanie nie wprowadzili na tyle wyraźnych i głęboko sięgających zmian, żeby można było grubą kreską oddzielić ten krążek od poprzedniego; w każdym razie dla laików oba materiały będą identyczne. Ogólne schematy kompozytorskie praktycznie nie zostały naruszone, a muzycy Origin skupili się wyłącznie na aranżacyjnych niuansach i uwypukleniu chwytliwości. Właściwie w każdym utworze zawarto jakiś motyw przewodni albo wybijający się patent, do którego łatwo później wrócić pamięcią, więc pomimo sprinterskiego (zazwyczaj) tempa i technicznych szaleństw (zazwyczaj) kolejne kawałki nie zlewają się ze sobą w jednostajną sieczkę. Poza tym na Chaosmos znalazło się więcej miejsca na zwolnienia podbijające ciężar całości („Ecophagy”, „Chaosmos”), gdzieniegdzie mocniej zaakcentowano groove („Cogito Tamen Non Sum”), melodie („Panoptical”) oraz wpływy klasycznego brutalnego death metalu („Decolonizer”). Na sam koniec Origin rzucili ponad jedenastominutowego kolosa „Heat Death” – wyszedł spoko, bo dzieje się w nim naprawdę dużo, choć wszystko po ósmej minucie należy traktować jako outro. Coverów tym razem nam oszczędzono, gloria!

Pod względem produkcji Chaosmos wypada nieco okazalej niż „Unparalleled Universe”, co daje się szczególnie odczuć w wolnych partiach, choć i przy największych napierdolach muzyka Origin zyskała trochę więcej przestrzeni i czytelności. Przypuszczalnie to kwestia zmiany studia, bo za nagrania po raz czwarty (!) odpowiada duet Robert Rebeck i Colin Marston.

Chaosmos to trzy kwadranse muzyki dokładnie takiej, jakiej można było się po Origin spodziewać – może i już niezbyt oryginalnej, ale wciąż robiącej wrażenie swoją intensywnością. O jakimś przełomie nie ma mowy — wszak zarówno artystyczny jak i komercyjny mają już za sobą — ale to na pewno ich najlepszy album od czasu „Entity”.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Origin

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

1 lipca 2022

Internal Bleeding – The Extinction Of Benevolence [1997]

Internal Bleeding - The Extinction Of Benevolence recenzja okładka review coverChoć zespół nauczył się na błędach brzmieniowych popełnionych na swoim debiucie, to niestety i tym razem trafił na ścianę w postaci producenta ignoranta nierozumiejącego kompletnie wizji zespołu i dlatego też, mimo widocznej poprawy dźwięku, wciąż to nie jest jeszcze ten szczyt możliwości, na jaki było stać Internal Bleeding.

Album otwiera kosmiczny, zwodniczy instrumental, który po minucie przechodzi w klimaty znane i lubiane przez fanów ekipy z Nowego Jorku. Tym razem, oprócz prostego, jaskiniowego łupania, panowie dodają więcej Groove i starają się bardziej urozmaicać swoje utwory.

Do koncertowych hitów należy zaliczyć uwielbiany przez fanów bardzo mroczny „Prevaricate”, wspaniale zrobiony „Plagued by Catharsis”, pokazujący, że coraz lepiej grupie szło tworzenie wysublimowanych i rozbudowanych kompozycji, piekielnie mocny tytułowy track czy bardzo dobre zakończenie w postaci „Cycle of Vehemence”.

Tak naprawdę jednak każdy utwór ma do zaprezentowania różne odcienie i barwy Brutalnego Death Metalu. Nie brakuje też typowych dla stylu grupy breakdownów, czyli tzw. Slamu. Do pełni perfekcji brakuje jeszcze dosłownie kropki nad i, ale jest naprawdę blisko.

Jest to niestety ostatni album z wokalistą Frankiem Rini, który odszedł w wyniku problemów osobistych, a którego soczysty i krwiście bulgoczący wokal winien być standardem, do którego powinno równać wiele aspirujących muzyków.

Płyta ma też typowy dla lat ’90 ukryty track, po prawie 20 minutach przerwy od ostatniego numeru, w postaci medley’a klasyków Black Sabbath. Tego typu rzeczy przypominają, że przy całej tej sonicznej agresji, ludzie tworzący Death Metal są przede wszystkim fanami Metalu, którzy robią to z pasji i miłości do muzyki i mają pewien dystans do siebie i do świata. W przeciwieństwie do niektórych nurtów, reprezentowanych przez pretensjonalnych, zadufanych w siebie bubków.

Brać bez popity.


ocena: 9/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/InternalBleeding

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

28 czerwca 2022

Polterchrist – Engulfed By The Swarm [2004]

Polterchrist - Engulfed By The Swarm recenzja okładka review coverZdobyłem swoją kopię całkiem niedawno, bo w tym roku (2022) i zastanawia mnie, czy to biedactwo nie leżało w magazynach aż od 2004 r. Chyba nikt tego nie chciał poza mną, bo wydanie jest w oryginalnym digipaku. Cóż, głupcy, nie wiedzą co tracą.

Polterchrist to kolejny niszowy zespół Death Metalowy z U.S.A., który jest złożony z samych byłych członków innych niszowych zespołów Death Metalowych z U.S.A. W ich przypadku, przez grupę przewinęły się osoby powiązane z Insatanity, Mortal Decay, Pyrexia, Malignancy, Seeds of Perdition, jak i członkowie kilkunastu innych, pomniejszych kapel/projektów.

Doceniam więc dedykację i miłość panów do Death Metalu, gdyż sam ją podzielam. Nie jest to jednak typowa płyta w tym gatunku. Pojawia się tu wiele zaskakujących urozmaiceń. Fear Factorowe refreny w „Alone” (choć mniej melodyjne), wysunięty bas w „The Sun Will Burn Black”, techniawo-podobne intro (tak tak, dobrze czytacie) przy „The Art of Ferocity”, czy też „Terminal” i „Desolate Paradise”, zaczynające się od akustycznej ballady.

Mimo tej nietuzinkowości, czasem zdarzy się, że muzyka się zleje z otoczeniem. Urzeka też nieraz dosłowność, jak dźwięki bitwy przy banalnie adekwatnym tytule „The Battle”, która notabene zalicza również bardzo malowniczą solówkę pod koniec. Patrząc na to wszystko, wygląda to tak jakby Polterchrist chciał, aby każda piosenka miała jakiś charakterystyczny element, choć zapewne miało to służyć jakiemuś głębszemu konceptowi sci-fi. Tekstów nie ma załączonych, więc się nie wypowiem.

Nazwanie tego jednak Cyber Metalem byłoby nadużyciem, ponieważ grupa stara się grać w Deathgrindowym tempie, rzekłbym średnio-brutalnie i w miarę swoich możliwości, masywnie. Słychać, że jest to kapela klasy B, lub nawet C, ale nie nazwałbym ich amatorami. Podwójne wokale (niski growl + wysoki skrzek) niekoniecznie pasują tutaj moim zdaniem, ale też mnie nie rażą specjalnie.

Mimo mnogości pomysłów, nie ma mowy o przepychu czy nadmiarze czegokolwiek. Zdarza mi się nadużywać słowa „sympatyczny”, w odniesieniu do brzmienia, ale nie umiem znaleźć innego słowa na tak ciepłą produkcję o domowej atmosferze. Szału kompozycyjnego też tutaj nie ma, grupa trzyma się standardów gatunkowych, ale i tak jest to płyta, do której będzie się chętnie wracać, zwłaszcza jeśli komuś znudzi się ciągłe słuchanie pierwszoligowców i będzie chciał czegoś bardziej niezależnego.

Dlatego też polecam chociaż sprawdzić. Nie będzie to czas stracony, a kto wie, może znajdziecie w ten sposób swoją nową, ulubioną obskurną płytę.


ocena: 7/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Polterchristofficial
Udostępnij:

29 maja 2022

Immolation – Acts Of God [2022]

Immolation - Acts Of God recenzja okładka review coverJako Polak z krwi i kości, recenzję Acts Of God zacznę od gmerania w przeszłości (jako Polak z krwi i kości, przejawiam również talenty poetyckie), bo z perspektywy czasu dość znacząco zaingerowałbym w oceny dwóch poprzednich płyt zespołu, choć bez zmieniania tego, co o nich napisałem. Oba krążki niedługo po wstępnym osłuchaniu trafiły na półkę, gdzie całkiem sprawnie idzie im zbieranie kurzu, bo nawet przy „wędrówkach” przez dyskografię omijam je szerokim łukiem. Nowy, mimo iż podtrzymuje delikatną tendencję zwyżkową, zapewne wkrótce podzieli ich los.

Zanim w ogóle przysiadłem do Acts Of God, nasłuchałem/naczytałem się przeróżnych zapewnień Rossa i Roberta o odświeżeniu stylu, wprowadzeniu wielu nowych i zaskakujących elementów oraz zupełnie odmiennym podejściu do produkcji. Ze słów głównodowodzących Immolation wynikało, że materiał będzie niemalże przełomem, a nie tylko pretekstem do jeżdżenia w trasy. No i cóż, skończyło się na tym, że zespół poszedł w ilość. Na Acts Of God to składa się aż 15 utworów (w tym dwa zbędne instrumentale) o łącznym czasie trwania 52 minuty, które siłą rzeczy szybko zaczynają się ze sobą zlewać, a pod koniec mogą zwyczajnie wywoływać znużenie. Pojawiające się tu i ówdzie nawiązania do kapitalnego „Shadows In The Light” pomagają tylko w niewielkim stopniu, bo trzon materiału stanowi mielonka oparta na patentach, którymi stały „Kingdom Of Conspiracy” i „Atonement”. Obiektywnie ogólny poziom kawałków jest bardzo wysoki, problem polega jednak na tym, że jest ich za dużo, są przy tym wtórne, a przez to umiarkowanie atrakcyjne. Nie do końca zgodziłbym się z opiniami, że Immolation od piętnastu lat nagrywają ten sam album, ale faktem jest, że formuła ich muzyki uleg(ł)a wyczerpaniu.

Z takiej obfitości utworów najbardziej — a w zasadzie jako jedyny — przekonuje mnie „Noose Of Thorns”. Może dlatego, że jest porządnie rozbudowany, bardzo gęsty i ciekawie poprowadzony, a może dlatego, że ma duuużo wspólnego z tym, co w „Shadows In The Light” najlepsze („World Agony”!). To jest właśnie miazga, jakiej oczekuję od Immolation, niekoniecznie oryginalna, ale z podana jajami – bynajmniej nie na miękko. Jednocześnie mam wrażenie, że ten numer robiłby jeszcze większe wrażenie, gdyby zespół ograniczył się do średnio-wolnego tempa. Poza jednym ewidentnym highlightem, w mojej pamięci krótkotrwałej osiadły tylko „Overtures Of The Wicked” i „Immoral Stain” – oba nieco śmielsze i mniej typowe rytmicznie. Cała reszta, mimo iż niezła, ma za mało wyróżników i nie wywołuje większych emocji.

We wspomnianym wcześniej „odmiennym podejściu do produkcji” jest sporo przesady, choć trzeba oddać Amerykanom, że na Acts Of God osiągnęli najmocniejsze brzmienie przynajmniej od dekady – masywne, a przy tym zadziwiająco selektywne. I w stu procentach rozpoznawalne. Tym razem team Orofino-Ohren zdecydowanie bardziej przyłożył się do roboty (za którą im płacą), a najwięcej zyskała na tym sekcja rytmiczna. Jest to o tyle istotne, że na Acts Of God trafiły najlepsze partie perkusji, jakie Steve kiedykolwiek nagrał – intensywne, urozmaicone i niemal finezyjne. Jeszcze coś – tak czytelnego basu Immolation nie mieli nigdy!

Jeśli chodzi o mój stosunek do Acts Of God, to jestem „raczej na tak”. Fani zespołu i tak kupią ten album, choćby z kolekcjonerskiego obowiązku, natomiast nie-fanów nie będę do tego specjalnie zachęcał. Obiektywnie są lepsze opcje. Daję 7,5 punktu, może nawet naciągane, ale trudno – będzie się z czego tłumaczyć następnym razem.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/immolation

inne płyty tego wykonawcy:






Udostępnij:

23 maja 2022

Pessimist – Cult Of The Initiated [1997]

Pessimist - Cult Of The Initiated recenzja okładka review coverZwykło się patrzeć na Amerykanów jak na jeden kraj, gdzie w rzeczywistości każdy stan ma swoją specyfikę i styl. Jako Stany Zjednoczone da się znaleźć nawet i tysiąc zespołów Death Metalowych powstałych w latach ’90. Ale gdyby rozbić tą liczbę na indywidualne stany, to okazałoby się, że najliczniejsze sceny czy to z Kalifornii, Nowego Jorku czy Florydy są dwukrotnie mniejsze od tego, co się równolegle działo na całej polskiej scenie w ówczesnych czasach.

Pessimist robił pierwsze kroki w Maryland, gdzie poza znanym Dying Fetus, czy Misery Index, było może dosłownie kilkanaście trzecioligowych zespołów wartych uwagi (jak Exterminance, czy Horror of Horrors), które często nie wychodziły poza nagranie jednej płyty własnym sumptem i do tego stricte lokalnie.

Maryland co prawda ma swój własny, kultowy festiwal Death Metalowy, ale nie przekłada się to w żaden sposób na popularyzację tamtejszej sceny. To i też na przełomie wieków i po dwóch płytach, Pessimist w końcu zmusił się do przeniesienia do bogatszej Kalifornii, gdzie do dziś już funkcjonuje i działa, choć już nie tak płodnie. Tak wygląda proza życia.

No ale hola hola, ja tu się rozpisuję o USA, a jeszcze nic nie powiedziałem o samej muzyce! Nie będę oryginalny i przyłączę się do chóru ludzi określających materiał jako zderzenie kultur Florydy z Nowym Jorkiem. Do zobrazowania z czym mamy do czynienia, wyobraźcie sobie bardzo wczesny Cannibal Corpse, Amon/Deicide próbujący zagrać jak Suffocation. Zespół jednak nie utknął w roku 1989, gdyż poza wczesnym Death/Thrash, mamy recepturę przyprawioną o wciąż raczkujący w 1997 r. Brutalny Death i odrobinę Black Metalu (ale niewiele).

Pierwsze co się rzuca w uszy, to niesamowita maniakalność, wykurw i żywiołowość muzyki, która się wręcz wyrywa z głośników i ma ochotę odgryźć twarz słuchaczowi, co potęguje drugi po growlingu, naprawdę obłąkany wokal. Formacja brzmi piekielnie szybko i masywnie, a sama rzeź sprawia wrażenie wręcz opętańczej. Po pierwszym szoku dla organizmu okazuje się jednak, że w tym szaleństwie jest metoda. Mamy zaprezentowaną naprawdę szeroką gamę zagrywek, rodzajów solówek, również i basowych, zmian melodii, inspiracji, komplikowania struktur kompozycji, wszystko zapodane w bardzo soczystej oprawie dźwiękowej.

Gdybym miał wymieniać bardziej szczegółowo, to kazałbym wam zwrócić uwagę na takie utwory jak „Let the Demons Rest”, „Drunk with the Blood of the Saints”, „Dungeonlorde” (choć nie tylko) i spróbować je samemu rozebrać na czynniki pierwsze, zwłaszcza ten pierwszy wymieniony. I jedyny negatyw jaki może przyjść do głowy, byłby taki, że słychać że grupa nie czuje się jeszcze pewnie przy swoich niektórych pomysłach i że dopiero szukają idealnej formuły dla siebie. No I „The Stench of Decay” za bardzo zżyna od „Hammer Smashed Face”.

Ocena końcowa wyjątkowo nie będzie się nawet starała być obiektywna. Nie tym razem. Co za płyta! Co za potęga!! Zaczynam rozumieć dlaczego są ludzie, którzy uważają Pessimist za swój ulubiony zespół. Tego mi było trzeba.


ocena: 9/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pessimist.cult
Udostępnij:

20 maja 2022

Aeviterne – The Ailing Facade [2022]

Aeviterne - The Ailing Facade recenzja okładka review coverDebiut Amerykanów mógłby być dużą sensacją na scenie nowoczesnego death metalu, gdyby na wczesnym etapie zainwestowano w marketing i wytworzono wokół zespołu odpowiednio tajemniczą otoczkę albo przynajmniej oficjalnie nie ujawniono składu. Mówię wam, byłby kult! Kiedy natomiast już wiemy, skąd się wzięli członkowie Aeviterne, jakie są ich wcześniejsze dokonania i podejście do grania, to ani styl muzyki, ani jej poziom nie są wielkim zaskoczeniem, to coś wręcz oczywistego. Na The Ailing Facade po prostu słychać ogromne umiejętności oraz doświadczenie, które zdobywa się latami.

W Aeviterne są zaangażowani ludzie, którzy maczali/maczają palce m.in. w Flourishing, Artificial Brain czy Pillory, więc można bez cienia ironii stwierdzić, że na graniu wymagającym i nieprzystępnym zjedli zęby. Każdy z nich ma na koncie pewne sukcesy (raczej artystyczne, nie komercyjne), a mimo to ciągle im mało, ciągle też mają pomysły na wzbogacenie tego stylu o nowe elementy – w tym przypadku o wpływy industrialu. Z tego co zauważyłem, zespół często jest traktowany jako bezpośrednia kontynuacja Flourishing (Bussanick i Rizk odpowiadają za „The Sum Of All Fossils”), co wydaje mi się pewną przesadą, bo chociaż patenty charakterystyczne dla tamtej kapeli pojawiają się także na The Ailing Facade, to o wiele więcej jest między nimi różnic, w dodatku radykalnych. Kolejnym nadużyciem w stosunku do Aeviterne jest etykieta „eksperymentalny death metal”. Zapewniam, że wystarczy sam death metal, choć z tych nowoczesnych i ponurych zarazem – gęsty i przytłaczający, w którym na pierwszym miejscu jest przygnębiający nastrój, nie zaś indywidualne popisy. Innymi słowy, to prawdziwa gratka dla fanów Gorguts, Ulcerate czy Ad Nauseam, choć i miłośnicy Portal i Altarage powinni znaleźć tu coś dla siebie.

Wspomniane już doświadczenie muzyków objawia się m.in. w układzie utworów – Amerykanie z pełną premedytacją na początek rzucili „Denature”, który wydaje się najbardziej przystępnym i bezpośrednim kawałkiem na płycie. Ponadto jest też najkrótszy i… zupełnie niereprezentatywny dla całości, bo sprowadza się do intensywnego i technicznego napieprzania z odrobiną melodii, fajną solówką i rzygającym po vandrunenowsku wokalem. Jako haczyk na słuchaczy sprawdza się doskonale; po takim otwarciu aż chce się więcej. Tego „więcej” przynosi „Stilled The Hollows' Sway”, ale tylko do czasu, bo po upływie trzech minut następuje gwałtowna zmiana klimatu, a Aeviterne zaczynają się bawić przestrzennymi i mniej oczywistymi formami. Od tego momentu stopniowo na powierzchnię przebijają się elementy industrialu, a materiał staje się chłodny i mechaniczny.

Warto zauważyć, że na The Ailing Facade zespół całkiem udanie zachował balans między graniem klimatycznym a brutalnym i uporządkowanym a chaotycznym, bez przeginania w którąkolwiek stronę. Poszczególne kompozycje są zbudowane z wielu uzupełniających się (w różnym stopniu) warstw, dzięki czemu album jest szalenie złożony i urozmaicony, nawet jeśli nie wszystkie elementy od razu rzucają się w uszy. Wsłuchajcie się chociażby, jak w obrębie utworów elektronika (współ)pracuje z perkusją – industrial wprowadza monotonię i przewidywalność, w tym samym czasie perkman kombinuje nie szczędząc kończyn, a oba te elementy zgrywają się rytmicznie. Z kolei drenującym czaszkę ciężkim riffom często towarzyszy wysokiej klasy basowa ekwilibrystyka.

Tak bogata i złożona muzyka bez odpowiedniej produkcji najpewniej zmieniłaby się w pozbawioną wyrazu papkę, więc duże słowa pochwały należą się tandemowi Jacyszyn-Marston, bo wykonali wzorową robotę. Dla każdego z instrumentów (i nie-instrumentów) w mixie przewidziano dużo przestrzeni, każdy jest też należycie czytelny, a całość — mimo mechanicznego charakteru — nie brzmi sztucznie.

Debiut Aeviterne to 51 minut wymagającego grania w stylu, który może zarówno męczyć, jak i hipnotyzować. Podobnie jak to było w przypadku „The Sum Of All Fossils”, wysłuchanie The Ailing Facade w całości pompuje w człowieka poczucie dumy, że zmierzył się z czymś wielkim, czego do końca nie ogarnia. Natomiast po pewnym czasie trudno już sobie odmówić kolejnych przesłuchań.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/aeviterne/

podobne płyty:

Udostępnij:

17 maja 2022

Crimson Relic – Purgatory’s Reign [1996]

Crimson Relic - Purgatory's Reign recenzja okładka review coverHistoria Crimson Relic jest specyficzna – po rozpadzie Divine Eve gitarzysta Xan Hammack stwierdził, że szkoda, aby praktycznie gotowy materiał na debiut pierwotnej kapeli przepadł, więc postanowił uwiecznić go, ale pod nową nazwą. Sam Crimson Relic chyba się rozpadł niewiele później po wydaniu swojej jedynej płyty i też nie wydaje mi się, aby było inne zamierzenie dla tego projektu, jako że całość została nagrana tylko przez dwie osoby – Hammacka i sesyjnego muzyka, Rhetta Davisa (Morgion, Gravehill).

Przez pierwsze moje odsłuchy myślałem sobie, że to tylko takie fajne Old Schoolowe granie podchodzące pod Celtic Frost. Zwłaszcza „Descent of the Blackshroud” brzmiało jak posępni Szwajcarzy, aż nawet myślałem, że to cover. Ale jak każdy wysokojakościowy Doom/Death, potrzeba było troszeczkę więcej czasu, aby w pełni docenić piękno istoty rzeczy.

Największą zaletą muzyczną, poza retro-stylem (nawet jak na tamte czasy), są melodie mające w sobie pewien pokład tzw. „bólu” i „refleksji”, jakże typowych dla tego podgatunku. Już otwierający kawałek „Thane of Torchless Night” jest doskonałą wizytówką tego, co nas czeka, wraz z jedną z lepszych solówek jakie słyszałem, choć zdecydowanie bardziej inspirowanych Rockiem, a i pojawia się również Punkowy riff.

Poza wymieninym wcześniej trackiem, podszedł mi równie mocno „The Lust Primeval” oraz „Velvet of the Godless”, oba godnie reprezentujące klimat muzyki. Hammack nie stara się specjalnie urozmaicać materiału i co jakiś czas przypomina słuchaczowi główny patent riffowy, co sprawia, że monotonia potrafi zapukać do drzwi. Ale jak już wspominałem na początku, przy intymniejszym poznaniu, płyta stała się jednym z moich bardziej ulubionych okazów w kolekcji. Zresztą, dawno temu jak usłyszałem ją po raz pierwszy, zachęciła mnie do głębszego sprawdzenia klimatów Doom/Death (jak np. Beyond Belief).

Album przeszedł oczywiście bez echa, gdyż w 1996 r. grupa, której było bliżej do Autopsy, niż do Cryptopsy (celowo zarymowałem), nie miała szans już na starcie. Nawet dzisiaj zresztą mam wrażenie, że nie każdy będzie chciał wgryźć się na dłużej niż kilka odsłuchów. Ja oczywiście uważam, że warto i to bardzo.


ocena: 8/10
mutant
Udostępnij:

14 maja 2022

Mortal Decay – Cadaver Art [2005]

Mortal Decay - Cadaver Art recenzja okładka review coverMortal Decay, mimo bardzo dużego stażu, ma skromną dyskografię, a łatka brutalno-technicznej odmiany Death Metalu prawdopodobnie u wielu osób wywoła stereotypowe reakcje, dopóty człowiek się nie zanurzy w rozkoszne dźwięki rzezi.

Muzyka się podoba od pierwszego odsłuchu, niezależnie od tego, jaką formę Death Metalu ktoś preferuje bardziej, bo można odnaleźć tu bardzo wiele różnorakich wpływów, zarówno starych, nowoczesnych, jak i również niestandardowych. Obojętnie, czy będzie to pomysłowy motyw w „The Ravenous Addiction”, interesująco podzielone „Cadaverous Sculptures” na dwie osobne, logiczne uzupełniające się części, czy nieco od czapy wymyślony „Exit Mortality”, formacja zachwyca swoim polotem i zgrabnością przy doborze riffów i struktur. Zespół kombinuje aż miło, ale nie popada w ekscesy i ciężkostrawność.

Trudno jest mi dokładniej określić zawartość Cadaver Art bez pisania nadmiernych i niepotrzebnych elaboratów. Niech wam więc wystarczy, że każda kompozycja idzie sobie w różne rejony, tempa, długość oraz inspiracje. Bardzo wiele dobrodziejstwa inwentarza można znaleźć w tym zaledwie 36-minutowym krążku. Nie potrzeba też IQ na poziomie Mensy, żeby zrozumieć i ogarnąć zawartość.

Płyta ma mały fuck-up, mianowicie track nr 5 ma ostatnie 4 sekundy podzielone na osobny, następny track. Dlatego też, mimo iż album ma 9 utworów, jest 10 tracków. Błąd ten nie został nigdy naprawiony, w żadnym następnym tłoczeniu, więc może tak miało być?

Jedyne co mnie lekko irytowało, to co najwyżej głośność perkusji, solówek i wokalu w stosunku do reszty instrumentów. Produkcja jednakże jest bardzo ciepła i domowa, więc bynajmniej nie mam powodów do większych narzekań. Całościowo też muzyka ma charakter garażowo/imprezowy, gdzie muzycy robią to co im w duszy gra, jakby grali tylko dla kumpli.

Jak najbardziej więc zachęcam do poświęcenia Mortal Decay odrobinę waszego czasu, bo może się okazać, że będziecie się całkiem nieźle przy tym bawić, nawet jeśli nie lubicie Brutalnego Death Metalu.


ocena: 8/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/mortaldecayusa

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

11 maja 2022

Afterbirth – Four Dimensional Flesh [2020]

Afterbirth - Four Dimensional Flesh recenzja okładka review coverFani brutalnego death metalu na całym świecie bardzo ciepło przyjęli powrót i debiutancki album Afterbirth, choć niekoniecznie było to granie w stylu, do jakiego wszyscy przywykli. Niezależnie jednak od tego, czy „The Time Traveler’s Dilemma” weszła komuś po pierwszym czy po dziesiątym przesłuchaniu, był gotów na więcej, dużo więcej. Ku powszechnej radości Four Dimensional Flesh zaczyna się dokładnie tak, jak tego oczekiwano: mocno, gęsto i bezlitośnie. Tak podana jazda robi wrażenie i sprawia dużo radochy, ale nie trwa wiecznie – już w połowie drugiego kawałka zaczynają się dziać rzeczy dziwne, zaskakujące i nietypowe, których chyba nikt nie mógł przewidzieć.

Four Dimensional Flesh w żadnym razie nie jest kalką debiutu, nawiązuje do niego w niewielkim stopniu, w dodatku głównie ze względu na wokale (tu nic się nie zmieniło – dominują okrutne bulgoty) i ogólne założenia. Amerykanie poszli do przodu bez oglądania się na boki i zrobili w muzyce mnóstwo rzeczy, których nie przystoi robić kapeli z tego nutu. Afterbirth zdradzili brutalny death metal w wielu punktach Four Dimensional Flesh, postawili go na głowie i z rozmysłem pchnęli w stronę… progresji. Co ciekawe, mimo tych zbrodni na czystości gatunkowej, album to brutalny death metal pełną gębą – nieortodoksyjny, nieoczywisty, wypełniony sprzecznościami, momentami dziwaczny i odjechany, ale jednak. Zespół nie miał skrupułów przed łączeniem zupełnie nieprzystających do siebie elementów i gwałtownym przechodzeniem od zaawansowanej technicznie miazgi w typie Defeated Sanity do klimatycznych pasaży charakterystycznych dla późnego (!) Cynic. Z niepojętych dla mnie względów ta gmatwanina skrajnych pomysłów w wykonaniu Afterbirth ma sens, choć dla części słuchaczy, nastawionych na bezpośredni wykurw, tych majndfaków może być już zbyt wiele, a całość – zbyt wymagająca.

Materiał, podobnie jak poprzedni, składa się z jedenastu utworów (w tym czterech instrumentalnych), ale jest od niego prawie o dziesięć minut krótszy, chociaż w czasie odsłuchu wcale nie sprawia takiego wrażenia. Wydaje mi się, że to przede wszystkim zasługa jego różnorodności i imponującej wręcz intensywności – poszczególne kawałki może i są krótsze, ale upchnięto w nich znacznie więcej pomysłów, zmian tempa czy chociażby przeszkadzajek (klawisze). Ponadto na Four Dimensional Flesh nie ma dwóch przesadnie podobnych do siebie utworów (ja polecam szczególnie gorgutsowy „Black Hole Kaleidoscope”, „Rooms To Nowhere”, „Beheading The Buddha” czy „Never Ending Teeth”), a album, jako całość, wymyka się sztywnym kategoriom i jest stosunkowo oryginalny.

Brzmienie krążka trzyma poziom muzyki i — podobnie jak ona — nie jest typowe dla tego stylu. Na pewno Four Dimensional Flesh głośnością ani ogólnym ciężarem nie dorównuje „The Time Traveler’s Dilemma”, jest natomiast o wiele bardziej organiczne. Z jednej strony sound jest gęsty, głęboki i jakby przymulony, a z drugiej bardzo przestrzenny i oddychający – wystarczy posłuchać, jak czytelny jest bas albo jak pięknie wybrzmiewają te najdłuższe bulgoty. Colin Marston, który świetnie odnajduje się w popieprzonym graniu, także i tym razem spisał się doskonale.

Nie dość, że za sprawą Four Dimensional Flesh Afterbirth potwierdzili swój status wyjątkowo sprawnych brutalistów, to jeszcze zaproponowali sporo rozwiązań niespotykanych w gatunku; zasugerowali innym, w jakim można pójść kierunku, żeby ta muzyka była wciąż zaskakująca i atrakcyjna. Mnie ta kreacja w stu procentach przekonuje i nie mogę się doczekać, co też wysmażą na kolejnej płycie.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/AfterbirthNYDeathMetal

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

29 kwietnia 2022

Defecation – Killing With Kindness [2019]

Defecation - Killing With Kindness recenzja okładka review coverWyjątkowo złamię swoją zasadę i zrecenzuję coś, czego fizycznie nie posiadam i w żadnym wypadku nie zamierzam posiadać. Mianowicie, fejkowy album wydany pod szyldem Defecation, przez równie szemraną hiszpańską wytwórnię Metal Bastard records (czasem zwani Blue Line productions). Potraktujcie to więc trochę jako przestrogę. Zacznijmy więc od początku.

Historia bootlegów zapewne jest nieznana wśród młodzieży, ale tak w skrócie – są to tzw. nieoficjalne wydawnictwa, ubogo zrobione i wydane. Najczęściej były to słabej jakości koncertówki z lokalnych koncertów (robione przez fanów dla fanów), choć zdarzały się też i pirackie wydania oficjalnych płyt. Koncertówki jeszcze można by tłumaczyć tym, że były po prostu pamiątką dla kogoś, kto był na danym koncercie i chciał go sobie mieć w fizycznej formie, albo po prostu usłyszeć sobie danego idola na żywo.

Masa gównianych wytwórni (tzw. rip-off labels), początkowo też tak zaczynała, po czym stopniowo ewoluowała swoją politykę robienia w ciula artystów, okradając wprost swoje zespoły. Ciekawym przykładem była wytwórnia Metal Enterprises, która zasłynęła tym, że zrobiła sequele do grup ze swojej stajni, które się rozpadły, jak Thrash Queen, Killer Fox, czy Godzilla. Owe zespoły były i tak beznadziejne, ale nie w tym rzecz. Jakby tego było mało, wydała również takie cudeńko jak Extreme Napalm Terror – „zespół” o którym do dziś nie ma żadnych informacji, a który był żenującym plagiatem (nie zgadniecie) Extreme Noise Terror i Napalm Death. Idąc tym tropem, przechodzimy do głównego tematu tego wywodu.

Metal Bastard/Blue Line jest właśnie tego typu wytwórnią, która uderza we wszystkie wymienione wcześniej punkty. Ich katalog ma wątpliwej legalności kompilacje, „greatest hits”, podejrzane re-edycje, jak i trudne do zweryfikowania albumy (brak info w sieci). Udało im się też złapać w sidła kilka znanych nazw, jak np. Disastrous Murmur. W ich przypadku jest ciekawa sprawa, gdzie ich ostatni album „Subito Santo” został wydany bez książeczki, rzekomo w wyniku „błędu drukarni”, przez co sama grupa postanowiła na własny koszt ową książeczkę z tekstami wydrukować i przesłać każdemu, kto kupił ich płytę. Co wytwórnia natomiast zapomniała powiedzieć grupie, to bezsporny fakt, że wszystkie płyty jakie wydają nie mają książeczek, tylko tzw. leaflet cover (kartka z okładką i tracklistą po drugiej stronie).

Mając to wszystko na uwadze, przejdźmy do meritum. Oryginalny Defecation to był projekt dwóch Harrisów, niespokrewnionych ze sobą i miał on skromną, ale kultową dyskografię. Killing With Kindness, bo o tym mowa, miał być tym niby trzecim albumem. Zawartość natomiast to jakieś hałaśliwe popiskiwania w midi zrobione pod jakiś dziwny pseudo-growling krzyczany w języku hiszpańskim. Całość ma 8 ścieżek (bo nie można tego nazwać piosenkami) i trwa uwaga, ledwo 19 minut.

Sam „album” pojawił się znikąd, bez fanfar i materiałów promocyjnych. Jakimś cudem, dystrybutorem został Nuclear Blast, co też jest grube, a który musiał potem zwracać kasę ludziom za pre-ordery. Cała sprawa niestety przeszła bez większego echa. Mitch Harris wydał oświadczenie, a wytwórnia, która dopuściła się scamu, bezczelnie użyła tego oświadczenia w celu promocji swojego gniota, więc widocznie czują się bezkarni.

Nie jestem w stanie rozkminić co trzeba mieć w głowie, żeby coś takiego robić i to jeszcze w czasach, kiedy mało ludzi inwestuje w fizyczne nośniki, aczkolwiek jaskółki ćwierkają, że 2021 r. był najlepszym rokiem, jeśli chodzi o sprzedaż CD/winyli/kaset od prawie 20 lat, więc coś się może zmieniać w tym temacie.

A ponieważ jesteśmy w Polsce i nas można bez problemu okradać od wieków i nikt się nami nie przejmuje, to wiedzcie, że łatwo można to gówno znaleźć w każdym sklepie i to po stosunkowo wysokiej cenie (ja widziałem nawet w granicach 70 zł). I naprawdę wiele nie brakowało, abym dał się nabrać. Na szczęście, zawsze sprawdzam coś, zanim to kupię, co jest odruchem bezwarunkowym, który każdemu polecam. I tym miłym akcentem zakończę ten recenzjo-artykuł, żeby nie powiedzieć czegoś za dużo.


ocena: 0/10
mutant

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

8 kwietnia 2022

Internal Bleeding – Voracious Contempt [1995]

Internal Bleeding - Voracious Contempt recenzja okładka review coverNajwyższy czas nadrobić brak tej legendy na tym blogu. Nowojorski Internal Bleeding jest powszechnie uważany za pra-ojca Slam Death Metalu, a swoje korzenie i inspiracje muzyczne znajdował nie tylko u swych krajanów z Suffocation, ale również w scenie NYHC, oraz… East Coast Hip-Hop. Słychać to w postawie, agresji, rytmice, jak i podejściu do tworzeniu utworów.

Tajemnicą poliszynela jest, że debiut praktycznie wziął breakdown z „Throne of Blood” z „Pierced From Within” wymienionego wcześniej Suffocation i wykorzystał to jako fundament, na kanwie którego stworzył pełen album. Płyta nie zawiera solówek. Brzmi to jak przepis na nudę i faktycznie, choć nie brakuje tutaj klasyków w postaci „Languish in Despair” (wizytówka płyty, dużo osób może znać wersję midi zrobioną przez fanów), „Inhuman Suffering”, czy mojego ulubionego „Reflection of Ignorance” (zawierający klasyczny tekst „Freedom of expression. Freedom of thought. Freedom to hate”.), to całościowo potrafi się to zlać w całość i przy pierwszych odsłuchach nudzić monotonnością.

Winę za to ponosi brzmienie płyty. Otóż, sprawa się miała w taki sposób, że grupa po nagraniu materiału dała całość Scottowi Burnsowi do mixu i masteringu. I jak to zawsze w takich przypadkach bywa, efekt końcowy jest okropny. Zbyt głośny bas i zbyt obskurne gitary nie są dobrym połączeniem, przy słuchaniu muzyki na wieży. Dlatego też niestety rekomendowałbym bardziej lekturę płyty przy słuchawkach.

Choć sama grupa uważa, że produkcja zniszczyła im karierę, to legiony fanów (w tym i ja), oraz rzesze naśladowców twierdzą inaczej, gdyż przy wszystkich wadach, jak i całej swej prostocie i braku różnorodności, jest to najzwyczajniej w świecie muzyka, dająca zwykłą, ludzką radość ze słuchania i odkrywania raz za razem.

Pozycja obowiązkowa.


ocena: 7,5/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/InternalBleeding

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

9 marca 2022

Massacre – Resurgence [2021]

Massacre - Resurgence recenzja okładka review coverPo wieeelu latach prób, podstępów i przedziwnych kombinacji Kam Lee dopiął swego – zaśpiewał na płycie z logo Massacre. Chwila to wiekopomna, ale trudno stwierdzić, czy komukolwiek, poza samym Kamem, naprawdę potrzebna. Poprzednią płytę, nagraną lata temu i w całkowicie innym składzie, wciągnąłem bez problemu i ani razu nie przyłapałem się na domysłach „jakby to brzmiało z Lee za mikrofonem”. Teraz natomiast mogę słuchać Resurgence i zastanawiać się, jakby to brzmiało z muzyką Massacre

„Resurgence”, poza dość rozpoznawalnymi wokalami wspomnianego Kama Lee, może się pochwalić dobrą produkcją (co Swanö, to Swanö), bardzo ładną oprawą graficzną (co Benscoter, to Benscoter), interesującą tematyką większości tekstów (co Lovecraft, to Lovecraft) i klasowymi wokalistami występującymi tu w gościach (co Grewe i Ingram, to Grewe i Ingram). No i trzeba przyznać, że Nuclear Blast zrobili całkiem solidną promocję, bo o tej płycie dowiedział się chyba każdy. A co z muzyką? Jeśli „Back From Beyond” miała mało wspólnego z klasycznym debiutem, to Resurgence ma jeszcze mniej, co zresztą jest logiczne i zrozumiałe, biorąc pod uwagę, w jakim składzie powstał.

Na potrzeby Resurgence spod ziemi wyciągnięto — przypuszczalnie z pomocą speców z FBI — basistę Mike’a Bordersa, który zaliczył w Massacre demówki w 1986 roku, a teraz, jak niesprawiedliwie zakładam, służy za słupa, który ma w dodatkowo usprawiedliwiać granie pod tą nazwą. Sekcję zamyka pochodzący z Norwegii Brynjar Helgetun, który od dłuższego czasu pogrywa sobie w różnych projektach z Kamem Lee i przede wszystkim Roggą Johanssonem, który robi tu za autora połowy materiału. Drugim gitarniakiem-piosenkopisarzem jest inny Szwed – Jonny Pettersson najbardziej znany z Wombbath i Syn:drom. Trzecim (!) gitarzystą, tym razem odpowiedzialnym już tylko za solówki, jest Anglik, Scott Fairfax, który na co dzień uprawia mielonkę w Memoriam. Taki, dość absurdalny, skład odpowiada za muzykę, która z rzadka nawiązuje do dziedzictwa Massacre, a to i tylko wtedy, kiedy któremuś z kompozytorów przypomni się, że „o kurwa, miało być po amerykańsku!”.

Johansson i Pettersson potrafią pisać kawałki, które są rzetelne i w swej stylistyce nieźle trzymają się kupy, ale doskonale słychać, że mogą je pisać — i piszą! — hurtowo: na autopilocie, bez głębszego zastanowienia, bazując jedynie na swoim doświadczeniu i przyzwyczajeniach. Stąd też Resurgence wypełnia dobrze zagrany i totalnie oklepany szwedzki death metal w wersji nieekstremalnej, którym część odbiorców może już zwyczajnie rzygać, zwłaszcza kiedy dobrze znają nazwisko „Johansson”. Nie czepiałbym się tej wtórności i przewidywalności, gdyby materiał zawierał jakieś haczyki i na dłużej osiadał w pamięci – tak jednak nie jest. W niczym nie pomagają ładne, melodyjne solówki, bo po prostu nie pasują do całości.

Szczerze przyznam, że po Resurgence spodziewałem się niewiele więcej, niż niewyszukanej jazdy na sentymentach. Te oczywiście występują — choćby dwa ostanie kawałki jawnie nawiązują w tekstach do czasów „From Beyond” — ale o dziwo wcale nie dominują. Kompozytorzy albumu nie tyle stworzyli swoją wizję muzyki Massacre, co stworzyli to, do czego przywykli. Mnie to nie rusza i nie wróżę temu projektowi szczególnie długiej żywotności – a nie mam nawet przekonania, czy oni się kiedykolwiek spotkali w tym składzie (wszak na zdjęciu grupowym ich posklejano). Cóż, najlepsze w Resurgence jest to, że dzięki niemu jeszcze mocniej doceniam debiut.


ocena: 5,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/MassacreFlorida

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

6 marca 2022

HatePlow – Everybody Dies [1998]

HatePlow - Everybody Dies recenzja okładka review coverZwykło się określać ten zespół jako projekt poboczny Malevolent Creation. Gwoli ścisłości, w 1998 r. Kyle Symons nie był jeszcze wokalistą M.C., a Rob Barrett (który grał na „Retribution”), był świeżo po odejściu z Kanibali. Tim Scott był kojarzony z Revenant, a Larry Hawke był pałkerem M.C. tylko przez krótki czas. Nagrał z nimi tylko 2 piosenki, po czym zmarł tragicznie ratując swojego psa z pożaru w domu (w książeczce znajduje się również eulogia dla zmarłego). Standardowo przewodzi Fasciana, czyli mózg i głównodowodzący Malevolenta.

Kwestia wizerunku i treści grupy przywodzi na myśl hybrydę Brujeria/Drogheda. Zakładanie kominiarek, miałoby niby sugerować terrorystyczny, nielegalny charakter muzyki. Z pamięci, to poza HatePlow robił tak też Murder Corporation, Terrorist oraz Houwitser. Pozwoliłem sobie ochrzcić ten image 100 % Hate Terror Death Metal.

Po niepotrzebnym intro dostajemy bardzo dobry miks Death Metalu z naleciałościami Groove i Thrash – jakże charakterystycznymi dla stylu Barretta. Ba, pojawia się również kilka krótkich Grindcore’owych petard dla poprawy humoru. Zespół rozkręca na dobre w środku płyty (ale nie żeby wcześniej było źle), począwszy od „Crackdown” i do samego końca daje radę prezentując naprzemiennie szybsze i wolniejsze kawałki. Lubię też takie smaczki jak basowe intro do „In the Ditch”. Płytę kończy sympatyczny cover znanej piosenki „Sunshine of Your Love”.

Nie zwykłem się jarać lirykami w muzyce, ale trudno nie być pod wrażeniem kompletnego nihilizmu, ukazującego bardzo nieprzyjemny i w punkt przedstawiony obraz ludzkości, konceptualnie zresztą zgodnie z tytułem i okładką płyty. Niemniej jednak od razu powiem, że następna płyta ekipy ma deczko wyższy poziom tekstowy.

Co tu więcej mówić? Ostatnio wyszedł przyzwoity box-set z całą dyskografią, więc tym bardziej warto sobie sięgnąć po niewymagający, ale bardzo przyjemny Death Metal zagrany przez zasłużonych weteranów gatunku. Myślę, że będziecie mieć niemałą radość ze słuchania.


ocena: 9/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Hateplow/148381971849699
Udostępnij:

22 lutego 2022

Odious Mortem – Devouring The Prophecy [2005]

Odious Mortem - Devouring The Prophecy recenzja okładka review coverOdious Mortem mieli dużo szczęścia, że ze swoim debiutem trafili akurat do Unique Leader Records, bo Amerykanie naówczas bardzo chętnie wyciągali z podziemia i promowali ponadprzeciętnie utalentowane kapele z nurtu brutal death, zwłaszcza takie, których ambicją było przesuwanie granic ekstremy. Wytwórnia zyskiwała uznanie, rosła w siłę i stawała się gwarantem jakości, a ludzie w ciemno kupowali płyty z jej logo, więc siłą rzeczy sporo egzemplarzy Devouring The Prophecy trafiło pod strzechy. Dopiero po głębszej analizie materiału niektórzy dochodzili do wniosku, że to już może być za dużo, że chłopaki przeginają.

Odious Mortem wycinają brutalny, gęsty i chaotyczny w strukturach death metal, który w dużym stopniu czerpie z dokonań Dying Fetus, Deeds Of Flesh, Cryptopsy, Origin czy Suffocation, jednak żadnej z tych nazw nie można wskazać jako podstawy brzmienia zespołu. Słychać, że Amerykanie potrafią wyciągnąć pewne elementy z muzyki innych kapel, ale nie próbują ich usilnie kopiować, starają się za to stworzyć coś swojego. Moim zdaniem całkiem nieźle im się to udało, bo obok typowej dla gatunku intensywnej jazdy na wysokich obrotach, Devouring The Prophecy obfituje w szalone i pojebane motywy zagrane… również na wysokich obrotach. Czy fascynacje gitarniaka progresywnym rockiem miały jakiś wpływ na ten materiał – trudno powiedzieć, natomiast faktem jest, że dziwacznych riffów wykraczających daleko poza metal tu nie brakuje.

Intensywność tego krążka naprawdę robi wrażenie; wydaje się, że wszystko jest jej podporządkowane. Technika, tempa, wokale, brzmienie – to tylko środki, narzędzia, celem jest przytłoczenie słuchacza. Tu nie ma upiększeń – solówek, sztucznego przeciągania motywów czy czegokolwiek, co mogłoby osłabić siłę przekazu. Devouring The Prophecy to jedna z tych płyt, których odsłuch może fizycznie zmęczyć, szczególnie kiedy kogoś poniesie ambicja i będzie starał się nadążyć za zespołem. Mniej wytrwali/wyrobieni pewnie ucieszą się z długości albumu – debiut Odious Mortem trwa niecałe 24 minuty, od których i tak trzeba odliczyć po minucie na intro i outro.

A co z koneserami brutalnego death metalu? Czy w ogóle powinni zainteresować się tak krótkim materiałem? Przy tym, co Devouring The Prophecy ma do zaoferowania, nie mam wątpliwości, że tak. Tyle muzyki nie uzbierałoby się z piętnastu płyt Six Feet Under.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Odious-Mortem/134874569903774

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

11 lutego 2022

Hath – Of Rot And Ruin [2019]

Hath - Of Rot And Ruin recenzja okładka review coverHath zaistnieli w świadomości słuchaczy w 2015 roku za sprawą wydanej własnym sumptem epki „Hive”. Tamten materiał zwracał uwagę, bo był inny niż większość tego, co było na topie, miał też całkiem niezły potencjał, jednak żeby został on w pełni uwolniony, musiały upłynąć aż cztery lata. W międzyczasie zespół nabrał doświadczenia, rozwinął umiejętności techniczne, dorobił się własnego studia (!), a przede wszystkim utwierdził w słuszności obranego kierunku. Słabsze elementy – wyeliminowali, lepsze – uwypuklili, a ponad to dorzucili garść nowości, dzięki czemu udało im się stworzyć jeden z mocniejszych debiutów ostatnich lat.

Od pierwszych taktów będącego jednym z highlightów „Usurpation” doskonale słychać, że zespół nie pozostawił niczego przypadkowi, że każdy element Of Rot And Ruin jest dokładnie przemyślany i znajduje się na swoim miejscu. Cały materiał jest zaskakująco dojrzale skomponowany, a przy tym wyróżnia się ponadprzeciętną świeżością, tak już rzadko spotykaną u debiutantów. Muzyka Hath często jest określana mianem progresywnego blackującego death metalu, ale moim zdaniem to niepotrzebne mnożenie etykiet i w zupełności wystarczy urozmaicony death metal – może i czerpiący z różnych stylów, niebanalny, ale koniec końców bardzo spójny wewnętrznie, nawet jeśli momentami bywa wymagający.

To, co chyba najbardziej podoba mi się na Of Rot And Ruin, to fakt, że większość utworów — a już zwłaszcza te najdłuższe i najbardziej rozbudowane — ma jakiś charakterystyczny punkt kulminacyjny, który robi odpowiednio duże wrażenie i na długo zapada w pamięć. W pierwszych trzech kawałkach są to… krzyczane/śpiewane chórki górujące nad ścianą deathmetalowego dźwięku, które podbijają klimat i dają +10 do epickości. Ogólnie ten patent może i nie jest przesadnie nowy, ale został tak sprawnie wykonany i wpasowany w struktury, że trudno sobie wyobrazić te numery bez podniosłych zaśpiewów, są wręcz czymś wyczekiwanym. Muzycy Hath zdając sobie sprawę z efektu, jaki te chórki wywołują, nie przedobrzyli z nimi – mimo iż rozbudzili apetyt na więcej, to tego „więcej” — i niechybnie towarzyszącego mu schematu — nie ma. Brawo! Inne ciekawe patenty znajdziemy choćby w „Worlds Within”, kiedy po dwóch minutach następuje wyciszenie, a na pierwszy plan wysuwa się bas w typie Beyond Creation, później wchodzi klimatyczna solówka gitarniaka (swoją drogą gra z wyczuciem i umiarem), zaś końcówka utworu to przepiękna miazga przy użyciu nienachalnie melodyjnych riffów. Materiał jest długi i zróżnicowany, więc podobnych smaczków jest tu mnóstwo, choć trzeba trochę czasu, żeby się do niektórych dokopać.

Do instrumentalistów Hath nie tyle trudno się przyczepić, co wskazać, który z nich jest najlepszy, bo każdy w swojej dziedzinie czyni prawdziwe cuda. Oczywistym wyborem wydają się gitarniacy, ja jednak postawiłbym na perkusistę; oprócz świetnie zaaranżowanych i bardzo gęstych partii garów (posłuchajcie sobie „Rituals” – ponad 8 minut kombinowania), wysmażył jeszcze kapitalne potężne brzmienie całości. Ciekawym przypadkiem jest basista (odpowiedzialny także za chórki), którego wkład w Of Rot And Ruin wydaje się raczej dyskretny, ale już po kilku przesłuchaniach trzeba go pochwalić za kawał dobrej roboty (zwłaszcza w „Worlds Within”, „To Atone” i „Withered”) i płynność w poruszaniu się między gitarami.

Po tych peanach pod adresem Of Rot And Ruin trzeba w końcu zejść na ziemię. Album ma również minusy, w moim odczuciu niewielkie, ale dla pełniejszego obrazu warto o nich wspomnieć. Po pierwsze, jest to płyta naprawdę długa (55 minut) i wymagająca skupienia; jeśli nie poświęci się jej dostatecznie dużo uwagi, może stać się bardzo jednostajna i już w połowie zacząć się rozmywać. Wobec powyższego instrumentalny „Kindling” wydaje się zbędny, podobnie jak przydługie (choć ładne) intro do „Withered”. Po drugie, ostatnie dwa utwory poziomem nie dorównują wcześniejszym i są zaledwie dobre. Po trzecie, wydanie w digipaku jest skandalicznie biedne.

Muzycy Hath nagrali świetny, zajmujący i miejscami oryginalny debiut, do którego aż chce się wracać, żeby odkryć coś nowego. W każdym razie ja regularnie odpalam Of Rot And Ruin i nigdy nie kończę na jednym przesłuchaniu. Kompozycje, technika, produkcja, wokale – tu wszystko się zgadza.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/HathNJ

Udostępnij: