facebook

29 października 2010

Vital Remains – Into Cold Darkness [1995]

Vital Remains - Into Cold Darkness recenzja okładka review cover
Całkiem trafnie i zabawnie wyraził się ongiś o "Let Us Pray" szanowny kolega Trup. Otóż skonstatował on, iż rzeczona płytka jest... "mało witalna"... Na szczęście z "Into Cold Darkness" sprawa wygląda zdecydowanie inaczej. Poprawie uległo właściwie wszystko, co poprawie ulec mogło, przy jednoczesnym zachowaniu wcześniejszego klimatu. Słychać, że Vitalom przydarzyła się możliwość przywalenia mocniej i ze zdecydowanym death’owym wykopem. Co prawda w 'Immortal Crusade' — nota bene jednym z lepszych na krążku — nie rzucają się jeszcze do szaleńczych blastów, stawiając bardziej na strukturę kawałka i nastrój, ale w kolejnych numerach brutalnego napieprzania jest już sporo i nikt nie powinien mieć powodów do narzekań. Zwłaszcza utwory krótsze ukierunkowane są na szybkości i bezpośrednie atakowanie falą bluźnierczego wymiotu. Warto chwilę przysiąść i dokładniej się przysłuchać,

26 października 2010

Venom – Resurrection [2000]

Venom - Resurrection recenzja okładka review cover
"Resurrection" to najbardziej nowoczesne, profesjonalne, a i chyba ekstremalne oblicze kultowych Anglików. Oblicze niestety niedocenione, ale o tym za chwilę. Oczywiście nowoczesne w przypadku Venom znaczy tyle co współczesne – bez dziwactw, awangardy i stawania na łysej głowie. Nie musieli eksperymentować, a tylko zgrabnie wpisać się w nowe czasy. Misja zakończyła się powodzeniem, bo muzyka zyskała na wyrazistości, a jej oprawa wymiata – wystarczy porównać z reunionowym "Cast In Stone", różnica jest kolosalna. Dźwięk to jeden z większych atutów albumu, ale nie może być inaczej skoro rozpierdala. Zajebisty ciężar gitar przy ich totalnej selektywności robi spore wrażenie, szczególnie, że wciąż przebija się z nich charakterystyczny bulldozer bas Cronosa – nie ma bata, już po kilku sekundach wiadomo, że to oni.

23 października 2010

Rotting Christ – Aealo [2010]

Rotting Christ - Aealo recenzja okładka review cover
Lata mijają, a ja nadal nie wiem, co to ten cały "suicide black metal". Podejrzewam, że to może być coś na kształt tego, co na "Aealo" zrobili Grecy. No bo jak inaczej nazwać poupychane tu i ówdzie (w tym na samym, kurwa, początku!) partie wyjących z wiejska bab, jeśli nie działaniem samobójczym? A to niestety nie jedyny element tego materiału, który sprawił, że Rotting Christ z hukiem wyleciał z mojej listy pewniaków na płytę roku. Jest to o tyle przykre, że przez ostatnią dekadę byli na fali wznoszącej, płodzili przynajmniej bardzo dobre krążki i nic nie zapowiadało upadku. No dobra, trochę się zagalopowałem z tym upadkiem, bo "Aealo" nie jest kaszaną, ani też powtórką z "A Dead Poem" (jakkolwiek 'Thou Art Lord' budzi takie skojarzenia), a udanie popsutym kawałkiem fajnie zapowiadającej się muzy – czyli mimo wszystko dużym rozczarowaniem. Jak już otrząśniemy się z tego paskudnego wycia (a to niełatwe, bo powraca jak tępa morda Kurskiego), do naszych uszu dociera naprawdę niezła rottingowa muzyka.

20 października 2010

Misanthrope – Miracles: Totem Taboo [1994]

Misanthrope - Miracles: Totem Taboo recenzja okładka review cover
Jakoś nie mam szczęścia do francuskich kapel; na każdą tamtejszą sensowną ekipę przypada tuzin nieudaczników, którzy samą swoją obecnością na scenie przyprawiają o solidne wzdęcia. Czy wiecie, że Misanthrope (ten francuski) istnieje już od 22 lat? Nie? Ja też nie widziałem, a co więcej – spokojnie mógłbym nadal tego nie wiedzieć i tylko rzetelność recenzencka oraz uczciwość względem was, czytelników, sprawiła, że się tym zainteresowałem. Ale luzik, niedługo o tym zapomnę;]. Zapomnę szybko i nawet mi brewka nie tyknie. Żeby jednak owej rzetelności stało się zadość, napiszę kilka zdań o bohaterze dzisiejszego dnia. "Miracles: Totem Taboo" to drugi studyjny album pobratymców Pepé Le Swąda; drugi z dziewięciu, mój zapewne ostatni... Niestety nie potrafię znaleźć wystarczająco wielu powodów, by powęszyć w poszukiwaniu innych 'dzieł'... ale ja znów nie o tym.

17 października 2010

Behemoth – Demigod [2004]

Behemoth - Demigod recenzja okładka review cover
Siódmy w ogóle, a piąty słuchalny, album "Demigod" to niespełna 41 minut brutalnego death metalu zagranego w charakterystyczny dla zespołu sposób. Charakterystyczny, bo — czy to się komuś podoba czy nie — Behemoth już od kilku lat jest uznaną firmą, dostarczającą produkty najwyższej jakości, obok których nie sposób przejść obojętnie. Na zachwianie poziomu nie mają też wpływu zmiany personalne – na tym krążku Havoca na stanowisku drugiego gitarzysty zastąpił sesyjnie Seth z zespołu Nomad, natomiast basistę Novego niejaki Onion (czy jakoś tak) z takiej bidnej kapelki, która rżnie z kogo popadnie, w tym także z Behemotha. Faceci w spódnicach (a może i rajtuzach – strach zaglądać) odczuwalnie zredukowali wpływy Morbid Angel (importowali za to odrobinę oryginalnego Nile), choć absolutnie nie można powiedzieć, że zarzucili złożone granie.

14 października 2010

Myopia – Enter Insect Masterplan [2007]

Myopia - Enter Insect Masterplan recenzja okładka review cover
Za recenzję Myopii zabierałem się od kilku miesięcy, dopiero teraz jednak miałem na tyle dobry humor, by zmusić się do napisania kilku słów na temat ich debiutanckiego longpleja zatytułowanego "Enter Insect Masterplan". Muzyka bielszczan to nokautująca dawka matematycznawego thrashu w klimatach Meshuggah (czyli absolutnie bez szału), z zerżniętym z Voivod pomysłem na logo. Widać więc doskonale, że potencjalny krąg odbiorców jest wąski jak dupa Dody. Nie bez przyczyny tak jest (i nie mam na myśli dupska królowej, co ona tylko jedna, bo tego akurat nie wiem), bowiem zdzierżyć więcej niż kwadrans takiej muzyki bez przerwy na fajkę (nawet jeśli nie jarasz) jest wyczynem niesamowitym. Oczywiście, znajdzie się grupa ludzi, którzy stwierdzą, że oto mamy do czynienia z muzyką totalną. Totalny to jest w niej hałas i ogólny bezsens.

11 października 2010

Anorexia Nervosa – New Obscurantis Order [2001]

Anorexia Nervosa - New Obscurantis Order recenzja okładka review cover
O ile "Drudenhaus" — poprzednia duża produkcja Żabojadów — była płytą nietuzinkową i bardzo ciekawą, to "New Obscurantis Order" jest już niemalże pieprzonym monumentem! I to kolejny już przykład na naciąganą "magię trzeciej płyty". Kilkunastosekundowe napieprzanie instrumentów smyczkowych, błyskawiczne przejścia i cholernie szybkie blasty – tak wygląda początek tego albumu. Umalowani Anorektycy udowadniają, że absolutnie nie należą do bandy pitoleńców i — niczym tornado tekturowe amerykańskie domki — rozrywają słuchacza na strzępy swą niezwykle ekspresyjną, nasyconą emocjami muzą. Bardzo dobry i przede wszystkim szybki gitarzysta oraz grający zaskakująco wymagające partie perkusista (kapitalne przejścia i przepięknie nabijany ride podczas blastów) generują muzę agresywną i zarazem dosyć techniczną – po prostu zajebiście wspaniałą i szybko trafiającą do łba.

8 października 2010

Sadist – Season In Silence [2010]

Sadist - Season In Silence recenzja okładka review cover
Spokojnie mogą spać wszyscy ci, którzy o Sadyście nie mają bladego pojęcia, ale także ci, którzy — pamiętając do czego chłopaki są zdolni — z pewnym niepokojem wypatrywali nowego albumu. Leszcze wymienieni jako pierwsi mogą sobie nawet kupić trochę dopalaczy, co by — mam nadzieję — w spokoju i pokoju ze światem opuścić ten padół łez i oczyścić pulę ze swoich genów. Ci drudzy zaś mogą odetchnąć, bowiem "Season in Silence" to album na miarę Sadistowych możliwość i godny następca bardzo udanego selftajtla. Jest to również album, który pokazuje, że wyobraźnia chłopaków z Apenińskiego nie zna granic, także (w końcu) od tej prawidłowej strony. O ile "Sadist" był albumem bez wyraźnego motywu przewodniego, o tyle "Season..." to krążek niemal koncepcyjny, wizualnie i tekstowo podporządkowany nowemu image’owi, bardzo ciekawemu image’owi. "Season..." to zima widziana oczami człowieka na bardzo złym odlocie – przerysowana, groteskowa, rodem z "Alicji w krainie czarów" – jednym słowem: urzekająca.

5 października 2010

Beheading Machine – Narcobiological Upgrade [2010]

Beheading Machine - Narcobiological Upgrade recenzja okładka review cover
Zaczyna się od zgrzytu, bo w introsa chłopaki wmontowali te same sample, które słyszałem trochę wcześniej — i w ciekawszej oprawie — u Neverending War. Bywa. Dalej jest już jednak inaczej, co nie oznacza, że mamy do czynienia z graniem tkwiącym korzeniami w klasyce. Nic z tych rzeczy! Beheading Machine proponują death metal w wersji nowomodnej – rwany, zrytmizowany, rozbudowany wokalnie (schyłkowy Aborted się kłania), dobry od strony technicznej oraz brzmieniowej, a przy tym odrobinę odhumanizowany, czy jak sugeruje nazwa – mechaniczny. Wynika z tego, że oparty w dużej części na wybitnie nierajcujących mnie wzorcach, do których mogę zaliczyć przereklamowany Decapitated, falę amerykańskiego metalcore’a (albo i deathcore’a, jak kto woli – jeden pies) i post-thrash’ową szarpaninę.

2 października 2010

Blind Guardian – At The Edge Of Time [2010]

Blind Guardian - At The Edge Of Time recenzja okładka review cover
Wypuszczając "ATitM" Blindzi doszli do skraju przepaści, natomiast wraz z wydaniem "At The Edge Of Time" zrobili krok do przodu. Dobrze chociaż, że owej przepaści było niewiele, bo nie więcej niż — nie przymierzając — dołek z gównem. Taka bowiem jest prawda, że najnowszy krążek Niemców jest kontynuacją i rozwinięciem pomysłów z poprzedniego wydawnictwa, a tamto — choć przyjemne w odbiorze i całkiem miodne — miało pewien odchył w stronę lajtowości. Ma to swój urok, kiedy nad muzą nie trzeba za bardzo móżdżyć, ale bez przesady. Optymalna dawka lekkości była właśnie na "ATitM", najnowszy krążek jest natomiast zdecydowanie przegięty, to znaczy niedojebany – że tak to ujmę. Nie wiem, czy ludzie dziś tacy zdebilowaciali (czy może zniewieściali), że trzeba im taką prostotą jechać, ale jak dla mnie, to szału nie ma. Tragedii też nie, bo to jednak wciąż Blindzi i poniżej pewnego poziomu nie schodzą, ale powiem wprost – zaciągnęli się z lekka mułem.