facebook
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1998. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1998. Pokaż wszystkie posty

1 sierpnia 2015

Deicide – When Satan Lives [1998]

Deicide - When Satan Lives recenzja okładka review cover
Koncertówka "When Satan Lives" w żadnym wypadku nie powala na kolana i niczym nie zaskakuje, jednak na pewno jest solidną dokumentacją tego, jak Deicide wypadali na scenie, gdy byli w swojej szczytowej formie. To czysty pokaz siły, brutalności i scenicznej precyzji weteranów death metalu. Od początku koncertu hiciory (że wymienię tylko 'Dead By Down', 'Bastard Of Christ' i 'When Satan Rules His World') sypią się jak polska prawica (i lewica, i centrum, i w ogóle wszystko) w parlamencie, publika szaleje a zespół wylewa z siebie sześćset sześćdziesiąte szóste poty, napieprzając prawie godzinę (czyli trochę krótko) na najwyższych obrotach. Deicide przelecieli po wszystkich swoich wydawnictwach, szczególny nacisk kładąc na nowsze krążki z "Serpents Of The Light" na czele.

1 czerwca 2015

Obituary – Dead [1998]

Obituary - Dead recenzja okładka review cover
Przewrotnie i niezwykle humorystycznie zatytułowana koncertówka Obitków przynosi nam trochę ponad godzinę świetnie odegranego, rytmicznego łomotu. Szesnaście kawałków zawartych na płycie stanowi w jakimś stopniu przekrój przez dyskografię grupy, choć nacisk na "Back From The Dead" jest aż nadto widoczny. Odbyło się to kosztem numerów z pozostałych albumów, co może nieco rozczarowywać wielbicieli staroci. No, ale nagrań dokonano podczas trasy promującej właśnie tamten krążek (dokładnie w Bostonie), więc w sumie nie ma się czemu dziwić. Rozczarowywać może także fakt, iż zagrali tylko początek z cudownego 'Chopped In Half', pozbawiając słuchaczy niezłego rozpierdolu. Jest za to zajebiste — i 'nieco' dłuższe niż w oryginale — solo Donalda w 'I’m In Pain'.

5 września 2014

Appalling Spawn – Freedom, Hope & Fury [1998]

Appalling Spawn - Freedom, Hope &  Fury recenzja okładka review cover
Skoro ostatnio jesteśmy w nieco cięższych klimatach, pozwolę sobie przedstawić wam czeską kapelę o wdzięcznej nazwie Appalling Spawn i jej pierwszy długograj "Freedom, Hope & Fury". Nieco ponad pół godziny porażającej nerwy sieczki w najlepszym stylu powinno zainteresować miłośników Cryptopsy, Gorguts oraz Demilich, choć nie zawiodą się także ci, którzy zwykle stronią a takich klimatów. Appalling Spawn nagrał bowiem krążek ciężki, maltretujący kichy niczym porządny kebab, a jednocześnie przemyślany, wielowymiarowy i ciekawy technicznie. Kilka lat temu opisałem na blogu (jedyne dotychczas) fenomenalne dzieło formacji Lykathea Aflame, której Appalling Spawn jest bezpośrednim poprzednikiem, a co za tym idzie – wiele elementów tworzących niepowtarzalny styl LA, ma swoje źródło właśnie w muzyce AS.

8 marca 2014

Devin Townsend – Infinity [1998]

Devin Townsend – Infinity recenzja okładka review cover
Próba rozeznania się w zawiłościach Devinowej polityki brandowej jest, nie przymierzając, równie sensowna i łatwa jak próba malowania obrazów przy pomocy wiertarki i starych zeszytów do matematyki. Dlatego nawet nie będę się za to zabierał, nie będę wnikał czy jest tak czy inaczej, co było pierwsze, tylko przyjmę, całkiem pewnie uprawnione założenie, że "Infinity", wbrew dyskografiom, jest drugi albumem Devina w jego solow(aw)ej karierze. Albumem będącym spójną i logiczną kontynuacją wydanego rok wcześniej "Biomecha". Devin jako artysta, na co wskazują kolejne albumy, nigdy nie był muzycznym nowicjuszem i praktycznie od samego początku doskonale wiedział, co chce grać i to właśnie grał. Pomiędzy skrajnymi pozycjami, które dzieli przecież co najmniej 10 lat (a nawet 15 licząc DTP), większych różnic nie ma.

2 listopada 2013

Extol – Burial [1998]

Extol - Burial recenzja okładka review cover
"Burial" — debiutancki album norweskiej formacji Extol — tu i ówdzie okrzyknięty został mianem deathu, w dodatku technicznego. Po okrzyknięciu zaś, i tu już raczej jednomyślnie, dokonano na nim tekstowego i werbalnego bukkake, czyli spuszczono się nań wielokrotnie, że cacany, świeży i nieszablonowy. A skoro tak, także i ja, bo na techniczne wydawnictwa jestem całkiem łasy, a w dodatku takowych (nie mówię nawet, że dobrych) załóg z Norwegii za wiele nie ma, postanowiłem więc owemu zjawisku przyjrzeć się osobiście. I niestety wyszło, jak wyszło. Doprawdy nie wiem, w jakim świecie żyją ci wszyscy decydenci, co to szufladkują kapele względem ich proweniencji, może, z drugiej strony, konkretnie mój egzemplarz jest zwykłym szwindlem i, miast wybornego tech deathu, katuję się podmienioną płytą z jakimś czelabińskim folkiem dla głuchoniemych (głuchych – wiadomo, a niemych, to żeby nie mogli wyrażać swojego niezadowolenia) – może.

8 października 2013

Morbid Angel – Formulas Fatal To The Flesh [1998]

Morbid Angel - Formulas Fatal To The Flesh recenzja okładka review cover
Zmiany, zmiany, zmiany... Sporo ich zaszło przed wydaniem "Formulas Fatal To The Flesh" – poleciał ideologicznie odstający Vincent, skutecznie zniechęcono Rutana, a Trey tknięty transcendentnym palcem The Living Continuum postanowił samodzielnie stworzyć cały materiał na tą płytę. Nie do końca mu to wyszło, bo swoje trzy grosze — kompozycyjnie zupełnie nieistotne — dorzucił Piotrek Sandoval. Wracając do Azagthotha, wziął on trochę staroci (sięgających nawet początków zespołu), wymieszał je ze świeżymi pomysłami, wpływami trawy i Energii Kosmosu. Rezultat — przynajmniej jeśli chodzi o część death metalową — jest naprawdę dobry. Jest brutalnie, tempa większości kawałków są zabójcze (Commando zamiata jak należy, nie oglądając się na nikogo), riffy odpowiednio wkręcają się w głowę, a solówki to prawdziwa zajebicha.

14 września 2010

Phobia – Means Of Existence [1998]

Phobia - Means Of Existence recenzja okładka review cover
Fobia niejedno ma oblicze. Może to być strach przed mostami (gefyrofobia), przed długimi wyrazami (hippopotomonstrosesquippedaliofobia), przed brudem (mizofobia – niespotykana wśród metalówek), przed tym, że jest się obserwowanym przez kaczkę (anatidafobia)... W końcu Fobia może przybrać formę czterech hałasujących kolesi z dalekiej Kalifornii. Amerykanie napierają przez nieco ponad pół godziny zaangażowany grind core zbudowany w oparciu o klasyczne wzorce – tak klasyczne, jak to tylko możliwe. Żeby oszczędzić sobie i wam zbędnej wyliczanki, ograniczę się tylko do dwóch najbardziej cisnących się na usta nazw: Napalm Death (najdalej do etapu "Utopia Banished") i Terrorizer. Wszystko zatem powinno być jasne – jest dość szybko, szorstko, prosto, agresywnie i po punkowemu niechlujnie. "Means Of Existence" została stworzona przez zespół z pewnym doświadczeniem (prawie dziesięcioletni staż),

8 sierpnia 2010

Neglected Fields – Synthinity [1998]

Neglected Fields - Synthinity recenzja okładka review cover
Dobrze jest wiedzieć, że niemal na całym świecie są ludzie, dla których granie metalu to styl życia. Na całym świecie, czyli także na Łotwie oraz na przykład we Francji, dzięki czemu ten — jakże wspaniały — kraj może nieco spoważnieć i zmężnieć. Pozostaje nam więc trzymać kciuki za francuski metal i za świetlaną przyszłość francuskiego narodu. Do dna, Monsieurs et Madames! Dla nas, jako słuchaczy, ten fenomen metalu jest ważny dlatego, że daje nam możliwość czerpania z niemal bezdennej studni gatunków, stylów i układów choreograficznych. I nawet gdy nasze ulubione kapele ciutkę nam spowszednieją i się przejedzą z deczka, bogactwo metalowej fauny pozwala niemal natychmiast znaleźć jakieś nowe kapele, które będą dla nas nowym źródłem podniet.

26 czerwca 2010

Opeth – My Arms, Your Hearse [1998]

Opeth - My Arms, Your Hearse recenzja okładka review cover
Niektórzy słysząc tę kapelę z radości sikają po nogach, inni (jak choćby demo) uważają ją za kapelę spedaloną, odpowiednią dla wszelkiej maści kalek estetyczno-intelektualnych. Niezależnie jednak od prywatnych opinii na temat Szwedów, trzeba im przyznać jedno – ciężko znaleźć kogoś, kto miałby do nich obojętny stosunek. A w myśl zasady, że nieważne co mówią, ważne by mówili i nazwy nie przekręcali, taka sytuacja jest wręcz wymarzona. Ja jakiegoś bardziej ogólnego zdania o kapeli nie mam, mam natomiast opinie na temat kilku ich albumów – tych wcześniejszych, bo te późniejsze jakieś takie spedalone i nawet mi się nie chciało poświęcać im uwagi. Recenzowany dziś trzeci krążek formacji jest w mojej opinii wydawnictwem najlepszym, a to dlatego, że zgrabnie łączy melodię z siłą, spokój z agresją,

12 czerwca 2010

Gorguts – Obscura [1998]

Gorguts - Obscura recenzja okładka review cover
Czy można zrobić coś świeżego w brutalnym death metalu? Zdawać by się mogło, że niewiele, ale jednak! Nowe i jakże odważne spojrzenie na ten gatunek zaprezentowali na albumie "Obscura" panowie z Gorguts, a zrobili to — za co należy im się szczególne uznanie — gdy metal śmierci ciągle był olewany z góry na dół, a pierwsze jaskółki zwiastujące odrodzenie dopiero pojawiały się na horyzoncie. Ta płyta to prawdziwe monstrum – ponad godzina mrocznej (brzmi to banalnie, ale trudno o lepsze słowo – sami sprawdźcie), krańcowo zeschizowanej, podupczonej jak stado wyznawców ojca Rydzyka i niebywale technicznej jazdy dla (bardzo) wytrwałych. Luc Lemay, Steeve Hurdle, Steve Cloutier i Patrick Robert stworzyli coś, o czym większość może co najwyżej pomarzyć – muzykę, którą bez długiego zastanowienia można rozpatrywać w kategoriach sztuki przez duże S.

6 czerwca 2010

Sinister – Aggressive Measures [1998]

Sinister - Aggressive Measures recenzja okładka review cover
Czwarta płyta brutali z Sinister nie jest może — a nawet na pewno! — ich najpopularniejszym osiągnięciem, ale bez wątpienia nie można jej określić mianem słabej czy też nieudanej. Ba! Dla mnie to ich najlepszy, zdecydowanie przewyższający klasyczne dokonania, najbardziej atrakcyjny krążek, a wszelkie utyskiwania oparte na tym, że jest "już bez Mike’a" mam głęboko w dupie – koleś był jak najbardziej do zastąpienia, a ten album tego dowodzi. "Aggressive Measures" posiada wszystkie cechy porządnego Sinistera: kiczowate i raczej zbędne intro, sporo (oczywiście jak na ledwie półgodzinny krążek) przyjemnego death’owego napierdalania, niskie, lekko 'bulgoczące' wokale i trochę ciężarnego walcowania ('Blood Follows The Blood' jest tego najlepszym przykładem).

3 maja 2010

Disgorge – Chronic Corpora Infest [1998]

Disgorge - Chronic Corpora Infest recenzja okładka review cover
Dzięki takim płytom jak "Chronic Corpora Infest" człowiek zaczyna doceniać rozbudowane introsy! Czemu? Bo przebrnąć przez niemal 45 minut takiego grania w stanie 'czystym' byłoby cholernie ciężko. Zresztą sami powiedzcie, czy średnio brzmiący, dziki jak skurwysyn gore-grind-death w takiej dawce to już nie jest przesada? Gdyby nie te wszystkie pojebane sample, to te 'utwory' byłoby nie do przetrawienia (też mi się żart udał...), zwłaszcza że niektóre wykraczają nawet poza 6 minut. Szalony łomot uprawiany przez Disgorge może robić wrażenie, bo Meksykanie nie cofają się przed niczym w krzewieniu najbardziej zwyrodniałego wypierdu. Płyta jest utrzymana w duchu starego Carcass, tylko poziom brudu i ohydy został podniesiony do kwadratu. Przez większość czasu utrzymują zdecydowane tempa (w których czują się zdecydowanie najlepiej), a gdy przychodzi do wyhamowania, to uderzają wyjątkowo mulącym syfem, udowadniając że radzą sobie także przy zwolnionych obrotach.

8 kwietnia 2010

Betrayer – My Twisted Symphony [1998]

Betrayer - My Twisted Symphony recenzja okładka review cover
Chyba tak już musi być, że niekiedy kapele po nagraniu całkiem niezłego materiału — czy to demo, ep-ki czy nawet longpleja — przepadają bez śladu. Z drugiej strony – istnieją też rzesze kapel, które prezentują sobą poziom niedorozwiniętej marchewki, a głupi lud i tak się nimi podnieca. Na szczęście na naszym blogu takich szmir nie uświadczycie, więc spokojnie możecie czytać wszystkie teksty. W powyższe rozważania doskonale wpisuje się bohater dzisiejszego dnia, czyli izraelski Betrayer – kapela, która nagrała całą jedną ep-kę (a wcześniej kilka demówek), po czym słuch po niej zaginął. Na szczęście nie zaginęły płyty, a jednej z nich stałem się szczęśliwym posiadaczem. "My Twisted Symphony" to nieco ponad kwadrans nietuzinkowych, thrash/deathowych aranżacji wzbogaconych o klawisze i techniczne zagrywki.

23 marca 2010

Death – The Sound Of Perseverance [1998]

Death - The Sound Of Perseverance recenzja okładka review cover
Gdybym mógł zabrać na bezludną wyspę — na której jakimś cudownym trafem jest niezniszczalny sprzęt grający i niewyczerpalne źródło prądu — tylko trzy płyty, bez mrugnięcia okiem wybrałbym do tego elitarnego grona genialny "The Sound Of Perseverance". Zresztą, nawet jeśli to miałby być jedyny towarzyszący mi krążek, to i tak bym zacierał ręce, mając w perspektywie niezłą sielankę i nieskończoną muzyczną ucztę. I nie ma w tym nic dziwnego, wszakoż rzecz dotyczy jednej z najlepszych metalowych płyt, jakie świat miał okazję słyszeć. Odosobnienie i duża ilość wolnego czasu bardzo się przydają w przypadku konfrontacji z "The Sound Of Perseverance", a to dlatego, że — tu zaszpanuję mądrym cytatem — "muzykę wyższego rzędu najgłębiej przeżywamy i pojmujemy, gdy jesteśmy zupełnie sami". Dokładnie – wyższego rzędu.

Cephalic Carnage – Conforming To Abnormality [1998]

Cephalic Carnage - Conforming To Abnormality recenzja okładka review cover
Co mogło powstać z mikstury zielska i naprawdę chorych pomysłów czterech utalentowanych miłośników ekstremów z Denver? Odpowiedź jest prosta jak przysłowiowy drut, tudzież fiut: absolutnie chory materiał! Ów chory materiał wyłonił się z gęstych jak smoła oparów trawy w roku 1998, a na imię dano mu hydro-grind. Oj czego ci szaleńcy z Denver nie najebali na swoim debiutanckim krążku!!! Stworzyli totalnie chorą hybrydę ekstremalnie pokręconego grindu! Może jeszcze ta hybryda nie była tak super techniczna jak późniejsze dokonania, ale jakże innowacyjna i popieprzona! Odnoszę czasem wrażenie, że autorzy po prostu nie zapanowali nad tym co nagrali. Wszystko, totalnie wszystko jest pokurwione. Już samo wprowadzenie, nasuwa pytanie: co to jest do chuja?

Nasum – Inhale / Exhale [1998]

Nasum - Inhale / Exhale recenzja okładka review cover
Tak się zastanawiam, czy to czasem nie debiut (czy ogólniej – działalność) Nasum zasugerował drugiej fali grind core’owców, że to całkiem spoko wychodzi, gdy coś z tego ich napierdalania słychać. Tak moi państwo, "Inhale / Exhale" to solidna i bardzo ekstremalna napierdólka podana z porządnym, tłustym brzmieniem. Nic tylko się na nich wzorować. Ale do rzeczy – Szwedzki (choć nie rdzennie) duet nie daje słuchaczowi chwili wytchnienia, grzejąc na całego przez 38 kawałków. Doprawdy imponująca to liczba! Daje to sporo, bo ponad 45 minut brutalnej muzyki na wysokim poziomie. Nie zmienia to oczywiście faktu, że jednak dosyć jednorodnej, bowiem na jakieś większe urozmaicenie nawet nie ma czasu. Tak więc, jeśli ktoś na co dzień nie siedzi w podobnych, czy zbliżonych klimatach, to może mieć duży problem z rozróżnieniem kolejnych uderzeń.

Groinchurn – Fink [1998]

Groinchurn - Fink recenzja okładka review cover
Albo mi się wydaje, albo Groinchurn są najbardziej znanym afrykańskim bandem parającym się brutalną muzyką. Trochę to nietypowe, żeby wizytówką kontynentu (sic!) był grindowy zespół, ale co tam – świat na dziwactwach się opiera, więc i to trzeba przyjąć do wiadomości. Nie należy ich jednak w żadnym wypadku traktować z przymrużeniem oka jak egzotyczną ciekawostkę, bo z taką muzyką na takim poziomie obroniliby się wszędzie na świecie (intuicja podpowiada mi, że jedynie z wyjątkiem Polski...). Chłopaki tworzą na bazie klasyki gatunku, ale mieszają w to jeszcze sporo pofajdanych pomysłów, masę świeżości i zaangażowania. Moc brzmienia (naprawdę dobre i przejrzyste, choć cholera wie, gdzie dokładnie nagrywali, bo info we wkładce jest dość skąpe) i wyraźna skłonność do odjazdów przywodzą na myśl Brutal Truth,

Mundanus Imperium – The Spectral Spheres Coronation [1998]

Mundanus Imperium - The Spectral Spheres Coronation recenzja okładka review cover
Kapela jednego albumu. Jednego, ale za to wyjątkowego w każdym calu. Nie wydaje mi się bowiem, by istniała inna, która mogłaby się pochwalić równie ekscentrycznym podejściem do tworzenia muzyki. "The Spectral Spheres..." to progresywny hard rock, ale taki z końca XX wieku – mroczny i bombastyczny, lecz wciąż pełen energii i emocji. Już rozpoczynający album "Distant Conglomeration" daje w pełni posmakować muzyki; piękne zestawienie: patetyczne klawisze, podwójne stopy i charyzmatyczne wokalizy Landego. A z każdym kawałkiem jest tego więcej. Muzyka wprost wybija się w kosmos. Niesamowity rozmach z jakim ją skomponowano oraz podniosłe klawisze sprawiają, że wyobraźnia sama pcha się do gwiazd. Mundanusowe klawisze są wszędobylskie, każda sekunda albumu naznaczona jest ich siłą i melodią. Dźwięki wspinają się i opadają, raz są jak zaśpiewy chóralne, innym razem niczym cała sekcja smyczkowa w orkiestrze. Pełne spektrum barw, faktur i temperamentów.

Suffocation – Despise The Sun [1998]

Suffocation - Despise The Sun recenzja okładka review cover
Panowie!, czapki z głów przed "Despise The Sun"! O ile rzecz jasna zdążycie, bo MCD Suffocation jest tak szybkie, tak brutalne, że nie tylko czapkę zdmuchnie, ale i łeb oderwie. Nie wiem, czy przypadkiem ten 5-utworowy mini album nie jest najlepszym ze wszystkich dokonań Amerykanów. Chyba właśnie tu nastąpiła eksplozja ekstremalnego, brutalnego death metalowego napierdalania – choć pisząc to mam w głowie "Pirced From Within" (oraz debiut, który jednak pomimo swej bardzo dużej brutalności, jest zdecydowanie słabszy technicznie od tej dwójki – przyp.). Podejrzewam, że nigdy nie będę w stanie wybrać lepszego pomiędzy opisywanym MCD a przytoczonym LP z 1995 r. Jedynym minusikiem "Despise" jest liczba utworów, jedynym! Spośród tej piątki mamy 4 zupełnie nowe kawałki i nową wersję fenomenalnej 'Catatonii' z legendarnego "Human Waste". Moim zdaniem podczas nagrywania "Despise" ekipa Suffocation była najmocniejszą ekipą w historii zespołu.

Sculptured – The Spear Of The Lily Is Aureoled [1998]

Sculptured - The Spear Of The Lily Is Aureoled recenzja okładka review cover
"The Spear of the..." to debiutancki longplej death/progowej ekipy zza oceanu i muszę powiedzieć, że debiut ze wszech miar udany. Co więcej – jest to album bardzo nowatorski, oryginalny i bardzo postępowy, a biorąc pod uwagę czas, kiedy powstał, wydaje się, że w pełni zasługuje na miano wybitnego. Wydaje się także, że podobnie jak wiele innych zespołów, które pokusiły się o stworzenie czegoś świeżego i przełomowego, także Sculptured nie występuje w świadomości typowego fana ekstremy. A szkoda, bo ponad 40 minut progresywnego melodyjnego deathu, którymi nas raczą, jest w stanie przykuć do playera na wiele, wiele godzin. Przyznam się, że takiej dawki innowacji dawno nie słyszałem. Album zaczyna się tak o, co więcej, po pierwszym przesłuchaniu wydaje się, że cały album jest taki se i tylko dźwięk trąbki plącze się po głowie.