23 marca 2010

Deicide – Till Death Do Us Part [2008]

Deicide - Till Death Do Us Part recenzja okładka review coverBrak szumu medialnego przed premierą "Till Death Do Us Part" nieco mnie zaniepokoił, a stan ten pogłębiły rzucone do sieci kiepskiej jakości zajawki. Czyżby zmyłka i cisza przed burzą? Niestety nic z tych rzeczy. Po prostu, zespół/wytwórnia nie mieli za bardzo czym się chwalić. Niespełna trzy kwadranse (czyli rekordowo dużo) nowej muzyki w żaden sposób nie podniosły mi ciśnienia (czy czegokolwiek innego), płyta pohałasowała, przekręciła się i już. Podniety brak, a nawet — co gorsza! — monotonią momentami zaleciało. Tu wychodzi pierwsza i bodaj największa wada tej produkcji – brak numerów, które wrzynają się w pamięć od pierwszego przesłuchania. Dziewiąty krążek Deicide sprawia wrażenie bardzo jednolitego, brzmieniowo skondensowanego. Ponadto miejsce melodii zajęły dodatkowe pokłady brutalności. Wprawdzie kawałki są bardziej rozbudowane, zawierają więcej riffów, ale niestety niezbyt wyraźnych, więc 'z daleka' mogą wydawać się bliźniaczo do siebie podobne. Panowie zafundowali nam pewne nawiązania do nielubianego "Insineratehymn", co przejawia się m.in. w sporej ilości zwolnień i dołujących fragmentów – chwalić Papcio Szatana, że tym razem im to wyszło! Oprócz tego tu i ówdzie trafia się powrót do znanej z debiutu rytmiki. Od początku słychać chęć zrobienia płyty bardziej klimatycznej, ponurej i 'złej', niż wszystkie poprzednie razem wzięte. Udało się to do pewnego stopnia – wprowadzenie odrobiny atmosferycznych dźwięków (nie mylić z plumkaniem!) wyszło kawałkom na dobre, ale nie uniknięto przy tym pewnych mielizn: np. w takim 'The Beginning Of The End', który jest raczej średniej jakości odwołaniem do cudów z 'The Lord’s Sedition'. Nie wierzyłem w zapowiedzi Glena, jakoby inaczej napisane teksty (jest w nich ukłon w stronę 'burzliwych' tematów z "Insineratehymn") wymogły na nim zmianę wokalu. Dobrze robiłem, bo to bzdura maskująca ciągły regres tego pana. Jest jeszcze coś, co poprzednio wywołało spore kontrowersje (odnoszę jednak wrażenie, że wyłącznie w Polsce) – solówki. Tym razem już nie powalają, mniej w nich melodii, choć trafiają się i bardziej chwytliwe momenty. Co ciekawe, za solówki — z jakichś tajemniczych względów — zabrał się także Steve! Fajnie, fajnie, ale po jaką cholerę mu to potrzebne? Nie mógł tego zostawić lepszym? Ostatnią wartą wzmianki nowością są dwa numery instrumentalne. Szkoda tylko, że jeden z nich władowano na siłę – mogłoby się spokojnie obejść bez 'The End Of The Beginning'. W moich oczach (uszach) "Till Death Do Us Part" nie posiada wystarczających atutów, by spodobać się od razu. Ja potrzebowałem około trzydziestu przesłuchań, żeby się do tego albumu przekonać, jestem przy tym daleki od zachwytu. Średniak – tego Deicide w dyskografii jeszcze nie mieli!


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/theofficialdeicidemyspacepage

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

0 komentarze:

Prześlij komentarz