Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anglia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anglia. Pokaż wszystkie posty

11 maja 2020

My Dying Bride – The Ghost Of Orion [2020]

My Dying Bride - The Ghost Of Orion recenzja okładka review coverDebiut My Dying Bride w barwach Nuclear Blast nie zapowiadał się zbyt optymistycznie – problemy rodzinne Aarona, sypiący się skład i ogólna niepewność, co dalej z zespołem. Oliwy do ognia dolały wypowiedzi wokalisty, który deklarował chęć uproszczenia muzyki, uczynienie jej bardziej komercyjną, czytelną i przystępną dla przeciętnego klienta nowego wydawcy. To naprawdę nie wyglądało dobrze, więc cholernie się cieszę, że "The Ghost Of Orion" nie jest materiałem tak mizernym, jak przypuszczałem. Marna to jednak pociecha wobec faktu, że i tak dostałem najsłabszy krążek, jaki Anglicy kiedykolwiek nagrali.

Początek płyty to trzy dość długie i strasznie schematyczne numery — o dziwo oparto na nich promocję "The Ghost Of Orion" — z których dość poważnie wieje nudą. We wszystkich przypadkach wygląda to tak, jakby już w połowie utworu zespołowi brakowało pomysłów na jego sensowne rozwinięcie, więc w imię grania dłużyzn – resztę na siłę wypełniono kolejnymi monotonnymi powtórzeniami. Artystycznie niczego to nie wnosi, ale już na liczniku robi się 8 minut zamiast 4. W dodatku całą trójkę dopchano partiami skrzypiec, które chyba w zamyśle mają być płaczliwe i rozdzierające, a w praktyce są jedynie irytujące. Może to kwestia mojej znieczulicy, a może robienia przez My Dying Bride smutnego klimatu na siłę.

Ponadto album ozdobiono — że pozwolę sobie tak zażartować — trzema raczej przypadkowymi kawałkami, które niczego specjalnego z sobą nie niosą, oczywiście poza kolejnymi zbędnymi minutami. 'The Solace' wygląda mi na parodię Dead Can Dance z porozrzucanymi bez ładu i składu gitarami i niejaką Lindy Fay Hella zamiast Lisy Gerrard. Numer tytułowy sprowadzono do plumkania z ledwie słyszalnym szeptem w tle. Natomiast 'Your Woven Shore' w przypływie wielkoduszności przez moment byłbym skłonny posądzić o inspiracje Preisnerem. Czy "The Ghost Of Orion" mógłby się bez tej trójki obyć? Jak najbardziej!

Pozostałe dwa, nota bene najdłuższe, utwory to jedyne na płycie, do których wracam z prawdziwą chęcią i zainteresowaniem, a tym samym jedyne, które mogę szczerze polecić. I choć oba rozkręcają się dość powoli, nadrabiają to później ciekawymi konstrukcjami, wyrazistymi riffami i dającą się odczuć porządną dramaturgią. W 'The Long Black Land' mamy kapitalny break z wiolonczelą w tle, który klimatem i paroma dźwiękami bardzo przypomina mi spokojniejsze fragmenty "Light Of Day, Day Of Darkness" Green Carnation, więc ciarki na plecach pojawiają się z automatu. Szkoda tylko, że numer kończy się nagle – po prostu "ciach", jakby My Dying Bride nie wiedzieli, co z nim dalej zrobić. 'The Old Earth' to z kolei pokaz pięknego doomu z trafiającymi w punkt melodiami, mocną pracą basu i skromnym, ale robiącym doskonałą robotę przyspieszeniem od słów "Down on our knees". Anglicy ocierają się tu o klimat "Songs Of Darkness, Words Of Light", więc jest bardzo cacy, i gdyby nie zbędne skrzypce w końcówce, byłoby super. Niestety, to wszystko, co zespół ma do zaoferowania na "The Ghost Of Orion".

Realizacja płyty stoi na wysokim poziomie, czego zresztą oczekiwałbym po zespole związanym z takim molochem; brzmienie jest ciężkie (ponoć Andrew nagrywał nawet po 11 ścieżek gitar do jednego kawałka!), selektywne i dość głębokie, a produkcja sensownie zbalansowana. Także nowy perkman wypada solidnie, choć mógł zagrać dużo gęściej, bo zdecydowanie jest na to miejsce. Wielka szkoda, że od strony czysto muzycznej "The Ghost Of Orion" jest tak przeciętny, zaś sam zakup krążka jest czymś na kształt przykrego obowiązku. Może przy obecnej formie My Dying Bride powinni ograniczyć się tylko do wydawania epek?


ocena: 6/10
demo
oficjalna strona: www.mydyingbride.net

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

6 stycznia 2020

Cancer – Shadow Gripped [2018]

Cancer - Shadow Gripped recenzja okładka review coverCancer powrócił na poważnie, w dodatku w oryginalnym składzie. To już nie tylko wspominkowe koncerty w ramach promocji reedycji, ale i nowa płyta, która w tym całym zamieszaniu jest przecież najważniejsza, i która właściwie przeszła bez echa. No cóż, nie znam nikogo, kto by pokładał w tym zespole jakieś większe nadzieje, a to z tej prostej przyczyny, że ich poprzedni "wielki powrót" zakończył się potworną kupą w postaci "Spirit in Flames" – płytą, którą każdy, kto miał z nią styczność, w miarę możliwości starał się wymazać z pamięci.

"Shadow Gripped" aż tak słaby nie jest. Ba, w ogóle nie jest słaby, ale... Angole z pełną premedytacją zaserwowali muzykę w stu procentach w stylu Cancer z pierwszych dwóch krążków – czyli coś, do czego fani klasycznego death metalu wciąż wzdychają. Brzmienie, rytmika, riffy, teksty – wszystko się zgadza, wszystko nawiązuje do starych czasów. Wszystko, z wyjątkiem poziomu samych utworów. Doskonale słychać, że muzycy starali się powtórzyć swoje sprawdzone patenty; problem w tym, że cuś jakby brakowało im sił i wyobraźni, żeby przekuć je w urywającą dupę płytę.

"Shadow Gripped" to jak dla mnie zestaw dziesięciu zwyczajnych i niezbyt wymagających death metalowych przytupów, które tylko w najlepszych fragmentach ('Garrotte', 'Organ Snatcher', 'Thou Shalt Kill') ocierają się o to, co zespół prezentował sobą na "Death Shall Rise". Przy czym przez ocieranie się rozumiem w tym przypadku coś na granicy autoplagiatu. Słucha się tego dość przyzwoicie, co nie zmienia jednak faktu, że zdecydowaną większość czasu "Shadow Gripped" leci w zasadzie w jednym umiarkowanym tempie, bez polotu i znaczących urozmaiceń. Potwierdzenie aktualnej kondycji Cancer znajdujemy także w wokalach. Ogólnie barwa głosu Walkera mi odpowiada, choć więcej w nim dołu niż przed laty i bardziej przypomina ponure pomruki niż growl. Gorzej jest z jego dynamiką, bo John cedzi słowa strasznie monotonnie — jakby w obawie, że przy szybszych tempach po prostu nie wyrobi — czyniąc muzykę bardzo jednostajną.

Trzeba oddać muzykom Cancer, że tym materiałem częściowo zatarli paskudne wrażenie, jakie pozostawili po ostatnim krążku, ale nie jest to nic na tyle fascynującego, by z wypiekami na twarzy wyczekiwać jego następcy. Anglicy udowodnili, że przy odrobinie wysiłku potrafią złożyć do kupy kilka niezłych numerów, tylko to stanowczo za mało na ochy i achy.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/goryend/

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

9 grudnia 2019

Napalm Death – Inside The Torn Apart [1997]

Napalm Death - Inside The Torn Apart recenzja okładka review coverNapalmowych eksperymentów część druga. Druga i w zasadzie ostatnia, bo w paru miejscach na "Inside The Torn Apart" pojawiają się jaskółki (europejskie, bez obciążenia) zwiastujące rychły powrót zespołu do grania szybkiego i brutalnego. Jednocześnie z kolejnymi utworami Brytole dają jasno do zrozumienia, że nie należy się po nich spodziewać powtórki ze "Scum", "Harmony Corruption" tudzież "Utopia Banished", że tamta formuła została wyczerpana i nastał czas nowego podejścia do szeroko pojętego death-grindu.

W moich oczach największym plusem "Inside The Torn Apart" jest to, że Napalm Death potrafili zwiększyć ciężar gatunkowy muzyki przy jednoczesnym zachowaniu chwytliwości znanej z "Diatribes". Wprawdzie poziom ekstremy dupy (czy czegokolwiek) nie urywa, ale płyta jest wyraźnie mocniejsza od poprzedniej: stosunkowo agresywna i momentami intensywna (w 'Prelude' i 'Lowpoint' pojawiają się nawet blasty) jak najlepsze numery z "Fear, Emptiness, Despair". Ponadto tym razem materiał jest bardziej spójny wewnętrznie i zamknięty w jasno określonych ramach stylistycznych, a jedynym większym wyjątkiem od death-core’owego (nie mylić ze współczesnym deathcore’m!) nawalania jest wieńczący całość 'The Lifeless Alarm', który ma dużo wspólnego z klimatami uskutecznianymi przez Morgoth na "Odium" i gdyby nie wokale, byłoby łatwo o pomyłkę z Niemcami. A propos wokali, w partiach Barney’a słychać, że kryzys ma już za sobą; więcej w nich życia, siły i zdecydowania – ponownie są ozdobą Napalm Death. I co istotne – Mark w żadnym momencie nie daje powodów, żeby oskarżać go o rapowanie, bo na "Diatribes"... no cóż...

Muszę również pochwalić zespół za wspomnianą już chwytliwość. W porównaniu z poprzednim, materiał z "Inside The Torn Apart" nie szokuje przesadnie odważnym podejściem do muzyki, więc uwagę słuchacza skupiają przede wszystkim bardzo udane kompozycje, spośród których przynajmniej połowę można wrzucić do kategorii "hit". 'Breed To Breathe', 'Reflect On Conflict' czy 'Birth In Regress' wchodzą od pierwszego razu i naprawdę chętnie się do nich wraca. Innymi słowy – album jest łatwy i przyjemny w odbiorze, co jednak nie znaczy, że będzie łatwostrawny dla każdego, zwłaszcza dla fanów pierwotnego oblicza Napalm Death.

Ja nie mam z tym najmniejszego problemu, bo niemal każda płyta Brytoli jest źródłem mojej dużej radochy i nawet dziwactwa w ich wykonaniu przyjmuję ze zrozumieniem. A skoro "Inside The Torn Apart" żadnych dziwactw nie zawiera, to tym bardziej mogę ten krążek szczerze polecić.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.napalmdeath.org

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

31 sierpnia 2018

My Dying Bride – The Angel And The Dark River [1995]

My Dying Bride - The Angel And The Dark River recenzja okładka review cover"The Angel And The Dark River" = 10. Dla mnie jest to kwestia całkowicie oczywista, nie wymagająca żadnego tłumaczenia, absolutna – jebany dogmat. A jak to z wyznawcami dogmatów bywa – nie toleruję innych opinii. Zupełnie nie pojmuję, jak można mieć tu odmienne zdanie, tudzież potrzebować jakichś klaryfikacji. Przecież Anglicy podali swój geniusz na złotej (bo srebrna jest dla plebsu) tacy! Po ki grzyb coś tu na siłę dodawać? Zresztą słowa i tak nie są w stanie oddać w pełni majestatu tej płyty.

My Dying Bride zrobili tu odważny krok nie tylko do przodu, ale i odrobinę w bok, dzięki czemu "The Angel And The Dark River" zawiera w sobie niektóre cechy starszych materiałów (przesądzające o rozpoznawalności zespołu), a przy okazji proponuje wiele nowych rozwiązań. No i kładzie na łopatki oprawą i poziomem wykonania.

Jeśli chodzi o zmiany, najbardziej w uszy rzuca się radykalne złagodzenie muzyki przy jednoczesnym wzmocnieniu jej depresyjnego klimatu – nastrój smutku i rezygnacji emanuje tu z każdego dźwięku. W odstawkę poszły wszystkie patenty charakterystyczne dla death metalu, których na "Turn Loose The Swans" było jeszcze sporo – od szybkich temp, przez brutalne riffy po wściekłe growle. Teraz, jeśli Anglicy w ogóle się rozpędzają — jak w doskonałych 'Your Shameful Heaven' i 'A Sea To Suffer In' (solówka na skrzypcach to mistrzostwo świata!) — to najwyżej do (praaawie) średniego tempa. Mimo to miazga jest okrutna, bo "The Angel And The Dark River" brzmi znacznie potężniej i bardziej przestrzennie niż poprzednie krążki.

Dzięki wypasionej, w pełni profesjonalnej produkcji My Dying Bride mogli tu uwypuklić aranżacyjne smaczki i nawet najsubtelniejsze melodie, które w przypadku gorszego dźwięku po prostu by przepadły. Wystarczy wspomnieć tylko motyw grany tappingiem, który przewija się przez cały 'The Cry Of Mankind' – nie ma to nic wspólnego z technicznym graniem, a jednak wyraźnie wzbogaca utwór i czyni go niesłychanie wciągającym. Takich ornamentów jest na płycie więcej i co najlepsze – nie są ograniczone tylko do gitar i perkusji (swoją drogą – mają tu najlepsze przejścia w doom metalu), bo fantastycznie spisał się również Martin Powell. Szczególną uwagę należy zwrócić na partie skrzypiec w wykonaniu tego dżentelmena – są rozbudowane i świetnie współgrają, w dodatku na równych prawach, z resztą instrumentów. Chwała My Dying Bride, że nie sprowadzili ich udziału wyłącznie do 'robienia klimatu' gdzieś w tle, bo w przeciwnym razie "The Angel And The Dark River" wiele by stracił ze swojej wyjątkowości.

W tej pozbawionej brutalności formule doskonale odnalazł się także Aaron, choć mogło się wydawać, że wpasowanie się w tak spokojną muzykę będzie dla niego nie lada wyzwaniem. Nic z tych rzeczy – jego przejmujący, nieco monotonny głos i dołujące teksty tylko potęgują klimat albumu, dając kolejny pretekst do tego, żeby stanąć na parapecie i śmiało ruszyć przed siebie... Coś wspaniałego! My Dying Bride stworzyli wielkie, poruszające dzieło, które od ponad 20 lat należy do mojego ścisłego topu.


ocena: 10/10
demo
oficjalna strona: www.mydyingbride.net

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

22 czerwca 2018

Benediction – Subconscious Terror [1990]

Benediction - Subconscious Terror recenzja okładka review coverStare brytyjskie załogi z kręgu brutalnego grania dzielą się w zasadzie na dwie grupy – na te, które stały się wpływowe i odniosły stosunkowo duży sukces oraz te, które ledwie zaznaczyły swoją obecność w świadomości maniaków. Wśród wyjątków, znajdujących się gdzieś pośrodku, na szybko jestem w stanie wymienić tylko Cancer, Extreme Noise Terror i opisywany właśnie Benediction. Z wymienionej trójki bohaterowie tej recki mieli być może najwięcej szczęścia, bo po sformowaniu zespołu w 1989 dość szybko trafili pod skrzydła Nuclear Blast, stając się z miejsca jednym z ich najbardziej znaczących zespołów, a przy okazji nieźle wpisali się w ówczesny profil wytwórni – granie ciężkie, proste i ponure. Niemniej jednak już po trzech-czterech latach — czyli od momentu, kiedy pod death metalem grunt się zawalił — byli dla Niemców tylko kolejnym numerem w katalogu. Ale to temat na inną historię. Już przy pierwszym zetknięciu z "Subconscious Terror", a bez zaglądania w teksty, można bez pudła zgadywać, że Brytyjczycy postawili tu na klimat nagrań. I wcale nie dlatego, że płyta brzmi hmmm... pierwotnie, tempa nie zabijają, a z obsługą instrumentów było u nich tak sobie. No, może nie tylko dlatego. W tych prostych jak konstrukcja cepa utworach (niektóre rozwiązania ocierają się o poziom punk rocka...) nie brakuje prawdziwie grobowych riffów, które są lekko przytłumionym tłem dla znakomitych wokali Barney’a. Wokalista Benediction nie musiał spinać dupska, by nadążyć za muzyką — co wymusił na nim później napierdol w Napalm Death — więc mógł sobie pozwolić na drobne urozmaicenia, zaś jego głos ma tutaj odpowiednią głębię i czas, żeby należycie wybrzmieć. Partie wokalne to bez wątpienia najjaśniejszy punkt "Subconscious Terror", choć album ma jeszcze kilka plusów. Zespołowi należy się pochwała szczególnie za dobrze przemyślane zmiany tempa – niby to nic wielkiego, ale płynne przejście z wolnego w średnie albo krótka pauza tu i ówdzie fajnie zdynamizowały muzykę i — przy całej jej prostocie — uczyniły ją mniej przewidywalną. Najlepiej chyba to słychać w 'Artefacted Irreligion' i 'Experimental Stage', które wraz z numerem tytułowym wskazałbym jako wizytówki "Subconscious Terror". Wprawdzie żaden z nich nie dorównuje chwytliwością, rozmachem czy potęgą brzmienia hitom z "Realm Of Chaos" czy "War Master", ale wstydu Benediction na pewno nie przynoszą. To dzięki takim przebłyskom materiał całkiem przyzwoicie przetrwał próbę czasu i potrafi cieszyć także dzisiaj.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Benediction/463721850351250
Udostępnij:

13 maja 2018

Napalm Death – Fear, Emptiness, Despair [1994]

Napalm Death - Fear, Emptiness, Despair recenzja okładka review coverBirmingham, mamy problem... Po kilu latach naparzania grind core’a i czterech szalenie ważnych dla gatunku płytach, z których każda była lepsza od poprzedniej, Napalm Death wzięło na odświeżenie stylu. A konkretnie na zwrot w kierunku death metalu w lekko industrialnym (czyżby znak czasów?) sosie. Nigdy nie mogłem pojąć, po co im były tak drastyczne zmiany, bo ani wyczerpanie wcześniejszej formuły ani chęć poeksperymentowania z modniejszymi rozwiązaniami do mnie nie przemawiają. Muzyka na "Fear, Emptiness, Despair" brzmi czyściej i potężniej niż kiedykolwiek wcześniej, jest też precyzyjniej zagrana, a poza tym zawiera sporo nowoczesnych elementów (co słychać zarówno w podejściu do riffów jak i rytmów), ale bardzo, naprawdę bardzo brakuje jej ducha starych (czyli choćby sprzed dwóch lat, heh) Napalmów. Album rozpoczyna 'Twist The Knife (Slowly)', który jest bezbarwny, anemiczny i całkowicie pozbawiony kopa. Na wielbiciela "Utopia Banished" coś takiego działa jak zimny prysznic – aż strach słuchać dalej. A dalej — o dziwo! — jest już lepiej, choć szalenie nierówno, jakby Brytole sami nie mogli się zdecydować, co, jak i dla kogo grać. Stąd też utworom dobrym i bardzo dobrym (będącym niestety w mniejszości) towarzyszą zupełnie nijakie, nieprzemyślane, przekombinowane i ewidentnie wymuszone. Co ciekawe, trudno jednoznacznie zrzucić na kogoś odpowiedzialność za ten misz-masz, bo poszczególni kompozytorzy podpisali się zarówno pod lepszymi jak i gorszymi numerami. Nawet Barney raz wydziera się z charakterystyczną dla siebie furią, a już po chwili pokrzykuje bez przekonania. Wobec powyższego należy uznać, że w kwestii spójności ciała dał cały zespół. Nie zmienia to jednak faktu, że na "Fear, Emptiness, Despair" jest dość materiału na wypasioną epkę: 'More Than Meets The Eye' (najdłuższy i zdecydowanie najlepszy w zestawie), 'Plague Rages', 'Throwaway', 'Remain Nameless'. Te numery do perełki, które jakoś ratują ten album; są intensywne, brutalne, pojawiają się w nich zabójcze riffy i nieszablonowe zagrania. Takiego Napalm Death można słuchać z dużym zainteresowaniem i gdyby całość trzymała ten poziom, ani bym myślał narzekać. Tak dobrze nie ma, bo niemrawych i drażniących fragmentów uzbierało się tu stanowczo za dużo, więc "Fear, Emptiness, Despair" potrafi męczyć.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalna strona: www.napalmdeath.org

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

23 listopada 2017

Dyscarnate – With All Their Might [2017]

Dyscarnate - With All Their Might recenzja okładka review coverCiekaw jestem, jaką ściemę muzycy Dyscarnate wcisnęli w swoim podaniu do Unique Leader, bo — obiektywnie patrząc — nie za bardzo pasują do profilu tej kalifornijskiej wytwórni. Zespół ani nie jest jakoś wyjątkowo brutalny, ani nie poraża wybitnie technicznym podejściem do grania, ani też — za co im chwała — nie błaźni się hipsterskim deathcore’m. Mimo to chłopaki dostali szansę, więc może uda im się zaistnieć na szerszą niż dotychczas skalę. W pełni na to zasługują, bo chociaż nie proponują niczego nowego, to odrobinę innego już tak – muzyka na "With All Their Might" imponuje (zaskakuje?) świeżością, chwytliwością i zajebistą realizacją z wyższej niż średnia półki. Anglicy postawili na bezpośredni death metal z nutą hard core, w którym rządzi ciężar, nienachalne melodie i przede wszystkim wszechogarniający groove. Nie jestem przesadnie zafascynowany takim graniem, ale akurat Dyscarnate trafiają do mnie z dużą łatwością. W ich utworach po prostu słychać dobry zmysł kompozytorski, dzięki któremu cały materiał zawiera masę sensownych urozmaiceń (nie mylić z udziwnień), w związku z czym jest daleki od monotonii. Nie ma w tym wielkiej filozofii, jest natomiast niezłe wyczucie i wspomniana już chwytliwość. Przy okazji chciałbym uspokoić co wrażliwszych brutalistów – "With All Their Might" absolutnie nie można podciągnąć pod szwedzki melodeath, bo to łomot zdecydowanie bardziej agresywny (także dzięki wokalom) i ambitny, więc można sięgnąć po niego bez obaw. Blastów czy poważniejszych przyspieszeń nie ma tu zbyt wielu — to w połowie 'To End All Flesh Before Me' jest przezajebiste, to w końcówce 'Traitors In The Palace' w sumie też — ale zawsze pojawiają się w odpowiednim momencie, dynamizując kawałek i czyniąc go bardziej zadziornym. Nie zmienia to jednak faktu, że przez większość czasu Dyscarnate zajmują się bujaniem, bynajmniej nie do snu. No i jeszcze kwestia brzmienia – mistrz Jacob Hansen skupił się na podkreśleniu nim warstwy rytmicznej, więc wszystko napierdala ostro i precyzyjnie jak w nowoczesnej fabryce. Wprawdzie to jeszcze nie ten poziom co Gojira z "From Mars To Sirius" i "The Way Of All Flesh", ale masywność muzyki i jej żywy puls właśnie takie skojarzenia wywołują. Wobec powyższego nie pozostaje mi nic innego, jak tylko rekomendować wam "With All Their Might" – płytę z dużym potencjałem.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: dyscarnate.com
Udostępnij:

15 czerwca 2017

My Dying Bride – Meisterwerk III [2016]

My Dying Bride - Meisterwerk III recenzja okładka review coverRoman Rogowiecki – kojarzycie typa? Dziennikarz muzyczny, wielki autorytet i coś tam coś tam. Jakieś dwadzieścia lat temu brylował w teleszopach, zagadując gospodynie domowe hasłem: jakie płyty są najlepsze?, na co miał niezawodną odpowiedź: oczywiście składanki! Z podobnego założenia wychodzą wytwórnie. A gdy jeszcze nadarzy się okazja połączenia składanki z reedycją albo jakimś jubileuszem, to już w ogóle szał pały. "Meisterwerk III" to zebrane do kupy dwa debestofy My Dying Bride sprzed piętnastu lat oraz uzupełniająca zestaw płyta z — jak nazwa mylnie sugeruje — przebojami spłodzonymi przez Anglików w tak zwanym międzyczasie. W tym miejscu co bardziej dociekliwi zapytają, czemu tej nowej nie wydano osobno? Ha! Bo jako taka nie ma racji bytu – to produkt całkowicie chybiony, oderwany od realiów i przy okazji dość poważnie rozmijający się z ideą "best of". Nie znaczy to, że w pakiecie ze starymi "Meisterwerkami" nabiera jakichś cudownych właściwości. Wręcz przeciwnie, spora część upchniętych tu utworów wypada naprawdę blado w konfrontacji z klasykami. Ba, nawet w obrębie trzeciego krążka różnice poziomu poszczególnych utworów bywają drastyczne — zestawcie sobie choćby 'My Hope, The Destroyer' z 'Feel The Misery' albo 'Deeper Down' z 'I Almost Loved You' — stąd też odbieram go jedynie jako drenujący kieszeń składak obrazujący przykry spadek formy zespołu. Jakby tego było mało, dla zagorzałych fanów Anglików (bo niby kto inny skusi się na "Meisterwerk III"?) nie ma tu zupełnie nic ciekawego – żadnych niespodzianek, alternatywnych wersji, coverów, demówek, czy czegokolwiek godnego uwagi z perspektywy szperacza. Wszystkie te utwory były bez problemu osiągalne, więc kto był jako tako zainteresowany, ma je już na innych wydawnictwach. Dwie pierwsze płyty prezentują się pod tym względem znacznie atrakcyjniej. Plus części trzeciej widzę tylko w fakcie, że postarano się o maksymalną przekrojowość tej zbieraniny – zamieszczono tu bowiem zarówno numery z longplejów, epek jak i eksperymentu o tytule "Evinta". Niewielka to jednak pociecha, skoro przynajmniej połowa tych utworów w ogóle nie podnosi ciśnienia. Po stokroć odradzam nawet napaleńcom.


ocena: -
demo
oficjalna strona: www.mydyingbride.net

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

1 października 2016

Cancer – The Sins Of Mankind [1993]

Cancer - The Sins Of Mankind recenzja okładka review coverPo dwóch bardzo udanych płytach muzykom Cancer wystarczyło tylko postawić kropkę nad I swojej zajebistości i sprokurować kolejny świetny materiał, który już na zawsze zapewni im zaszczytne miejsce w panteonie europejskich death’owych załóg. Potem mogli się już rozpaść w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Angolom jednakowoż ani jedno ani drugie nie przyszło do głów; wzięło ich na zmiany. Od "The Sins Of Mankind" zaczął się bowiem przykry zjazd po równi pochyłej, z której zespół nie potrafił zeskoczyć do końca swych dni, włączając w to nawet okres po reaktywacji. Każdy miłośnik pierwszych krążków w mig spostrzeże, że na "The Sins Of Mankind" coś nie gra, czegoś brakuje, choć pozornie materiał nie odbiega znacząco od "Death Shall Rise". Cancer powtórzyli tu wypracowane wcześniej schematy, jednak pchnęli je w stronę thrash’u (także brzmieniowo), przez co płyta zyskała na dynamice i ogólnej chwytliwości, a niestety straciła na pożądanych w death metalu brutalności i ciężarze – co lokuje materiał gdzieś pomiędzy nagranymi w podobnym czasie wydawnictwami Messiah i Thanatos. Trochę inny jest również feeling tej muzyki – jak dla mnie bardziej odczuwalna jest tutaj chęć pokazania umiejętności (które, co oczywiste, rozwinęli przez lata) aniżeli przyjebania prosto między oczy. Trudno to tłumaczyć wyłącznie zmianą na stanowisku gitarzysty solowego; stawiałbym raczej na znudzenie dotychczasową formułą i chęć pokazania się z innej strony. Czy lepszej? Niekoniecznie, zwłaszcza dla kogoś, kto zachwycał się death’ową jazdą rodem z Florydy – z tej perspektywy "The Sins Of Mankind" można traktować jako krok wstecz. Ale jest też druga strona medalu. Tak ogólnie i w oderwaniu od przeszłości album jest kawałkiem porządnie przygotowanego i szybko wpadającego w ucho metalu, słucha się go chętnie i bezproblemowo. Wiadomo, z pewnych fragmentów (choćby tych z akustykami) Angole mogli zrezygnować, jednak na dłuższą metę można przejść nad nimi do porządku dziennego. Na "The Sins Of Mankind" łatwiej też spojrzeć łaskawszym okiem, kiedy ma się świadomość, że kolejne krążki Cancer już niespecjalnie nadają się do słuchania.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/goryend/

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

21 stycznia 2016

My Dying Bride – Feel The Misery [2015]

My Dying Bride - Feel The Misery recenzja okładka review cover"Poczuj nędzę" – nie wiem jak was, ale mnie ten tytuł nie nastrajał zbyt optymistycznie do dwunastego longa My Dying Bride. Tym bardziej, że niedawno przeżyłem coś na kształt kryzysu wiary w potencjał kapeli, na który nałożyło się kompletne znudzenie krążkami z paru ostatnich lat. Mimo wielu moich — uzasadnionych! — obaw okazało się jednak, że "Feel The Misery" jest albumem trochę lepszym i bardziej wyrazistym od "A Map Of All Our Failures", choć nadal nie tak dobrym, jakiego od tego zespołu oczekuję.

Początek płyty to trzy naprawdę solidne ponad dziewięciominutowe (!) walce – ciężkie, ponure i rozbudowane, ale na tyle dynamiczne i sprawnie zaaranżowane, że nikomu nie powinno się przy nich zbierać na ziewanie. Najlepiej spośród tej trójki prezentuje się 'A Cold New Curse', bo to My Dying Bride jakiego mi brakowało najbardziej – świetnie przemyślane zmiany tempa, zaczepne riffy, zróżnicowane wokale, dodające głębi klawisze i przede wszystkim sączący się zewsząd klimat. W tym kawałku Brytole najbardziej zbliżyli się do tego, co robili — i to już dość dawno temu — na monumentalnym "The Dreadful Hours".

W związku z powyższym pierwsze pół godziny "Feel The Misery" upływa pod znakiem klasycznego doom-death’owego grania z wieloma wybijającymi się fragmentami. Apetyt zostaje nielicho rozbudzony, a tu... napięcie opada dość drastycznie wraz z utworem tytułowym – o ile muzycznie jeszcze daje on radę, to płaczliwie wyjękiwana w kółko fraza "fiiiiiiiil de mizeri" niemiłosiernie irytuje i zmusza do przeklikania dalej. A tam wcale nie jest lepiej, bo dostajemy serię kawałków rozwlekłych (choć paradoksalnie krótszych) i nudnawych, w których My Dying Bride rozpaczliwie i na siłę próbują nawiązać do "Turn Loose The Swans". Nie wiem, czy jest to spowodowane powrotem do składu Calvina Robertshaw’a, tęsknotą za starymi czasami i mniejszymi brzuchami czy też może ingerencją sił pozaziemskich, ale momentami Anglicy ocierają się tutaj o budzącą niesmak autoparodię. Strasznie nieswojo się czuję, gdy tego słucham, jest w tych numerach jakiś fałsz. Tego wrażenia nie wymazuje nawet kolejny bardzo udany kolos — prawie jedenastominutowy 'Within A Sleeping Forest' — którym zespół kończy ten nieco nierówny album.

Wrodzona zrzędliwość nie pozwala mi pominąć jeszcze paru kwestii, które budzą moje wątpliwości. Po pierwsze dobrze by było, żeby My Dying Bride postarali się o cięższe i bardziej mięsiste brzmienie, bo obecne jest zbyt stonowane i nie oddaje w pełni mocy muzyki. Po drugie przydałby się perkusista z lepszą techniką i wyczuciem stylu niż Dan Mullins. Ja po cichu liczyłem, że na stałe zostanie David Gray — człowiek z wielką wyobraźnią i świetnym warsztatem — który przez kilka lat wspomagał zespół na koncertach, a tu kiszka – gary znów nagrywał Mullins. Trzecia sprawa to skrzypce, których partie od "For Lies I Sire" brzmią tak samo (jakby odgrywały ciągle ten sam motyw), choć w międzyczasie zmieniła się osoba za nie odpowiedzialna. Skoro nie wnoszą już niczego ciekawego do twórczości kapeli, to warto by się zastanowić, czy ich jeszcze potrzebują. Mimo tylu uwag jednak oceniam "Feel The Misery" dość wysoko – ma sporo plusów i potrafi uradować wieloletniego fana, natomiast większość minusów można po prostu przewinąć.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.mydyingbride.net

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

8 marca 2015

Napalm Death – Apex Predator – Easy Meat [2015]

Napalm Death - Apex Predator - Easy Meat recenzja okładka review coverJak oni to robią, ja się grzecznie pytam z wyrazem niedowierzania na gębie. Jak to możliwe, że kolesie, których z pocałowaniem ręki (i renty, zwłaszcza renty) weźmie każdy uniwersytet trzeciego wieku, potrafią wykrzesać z siebie tyle furii właściwej tylko podkurwionym nastolatkom? Czapki z głów! Forma, jaką Napalm Death prezentują od kilku(nastu) lat, imponuje i wprawia już w zakłopotanie. Toć to reumatyzm daje w kość, w nocy co chwilę trzeba wstawać na psi-psi, wygórowane oczekiwania rozkapryszonej publiki doprowadzają do rozstroju nerwowego, a własne ambicje i legendarny status ciążą u szyi jak sto diabłów. Anglicy nic sobie jednak z tego nie robią i wbrew wszystkiemu i wszystkim nagrywają kolejne krążki, które nie schodzą poniżej bardzo wysokiego poziomu, a o których dużo młodsza konkurencja może najwyżej pomarzyć. Jakby tego było mało, "Apex Predator – Easy Meat" wyłamuje się nieco z kompozycyjnego/objętościowego schematu, jakim zespół posługiwał się przez ostatnią dekadę (i który, prawdę mówiąc, mógł się już trochę znudzić), i jest zwrotem ku pełnemu naturalnej świeżości, skondensowanemu i bardziej bezpośredniemu napierdalaniu, co czyni go jednym z najlepszych krążków w przebogatym dorobku zespołu. I to bez stosowania taryfy ulgowej dla emerytów! Żadna to rewolucja, bo po prostu panowie Napalmowie zapodali swoje sprawdzone patenty w nieco innych konfiguracjach i przy inaczej rozłożonych akcentach. Dlatego też nie dajcie się nabrać na wywody o jakichś śmiałych eksperymentach – największym zaskoczeniem (choć to i tak za poważne słowo) na "Apex Predator – Easy Meat" jest umieszczenie najdziwniejszego kawałka (nota bene tytułowego) na początku, nie zaś jak zwykle – na końcu albumu. Tyle. Wszelkie pozagrindowe elementy (transowe partie, industrial, klimaty, itd.), które nagle wywołują tyle podniety, są w twórczości Napalm Death obecne od tak dawna, że stały się już integralną częścią ich stylu, czymś wręcz oczekiwanym. Nie moja wina, że niektórym umknęły płyty wydawane w latach 90-tych i dopiero teraz takie rzeczy odkrywają. Enyłej. Mnie na "Apex Predator – Easy Meat" najbardziej wgniata w ziemię energia emanująca z tych numerów, to klasyczne jebnięcie prosto między oczy, po którym ciężko się pozbierać. To naprawdę klasowe grzańsko, bez miejsca na nudę, kompromis czy rozpaczliwe próby przypodobania się wszystkim (casus Carcass – żeby nie szukać daleko). Zabrzmi to jak banał, ale w muzyce Anglików słychać zaangażowanie w to, co robią, że chodzi im o coś więcej, aniżeli tylko o pieniądze. Szacunek dla tych dżentelmenów!


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.napalmdeath.org

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

14 listopada 2014

My Dying Bride – Sinamorata [2005]

My Dying Bride - Sinamorata recenzja okładka review coverDrugie oficjalne dvd My Dying Bride to bardzo solidny materiał, choć oczywiście pozostawia pewien niedosyt. Ale o tym za chwilę. Trzon wydawnictwa to dość długi (jakieś 86 minut) występ z listopada 2003 roku z Antwerpii. Pewnym zaskoczeniem/ciekawostką może być to, że większość stanowią numery stosunkowo nowe, przede wszystkim z "The Dreadful Hours" i nadchodzącego "Songs Of Darkness, Words Of Light". Największy staroć to zagrany pod koniec 'Sear Me', ale są też trochę nowsze – 'The Cry Of Mankind' (było nie było, największy hit zespołu) oraz 'A Kiss To Remember'. Całość została perfekcyjnie odegrana, a klimat sączący się z każdą minutą jest nie do podrobienia. Jeśli chodzi o muzyków, to zachowują się — jakby to kogoś zdziwiło — raczej statycznie, choć miejscami Ade i Hamish pozwolili sobie na nieco więcej życia. Osobna sprawa to Aaron (kapitalne białe wdzianko stylizowane na kaftan bezpieczeństwa!), któremu — mimo że porusza się (snuje) po scenie z werwą osiemdziesięciolatka po trzech zawałach — nie sposób odmówić ekspresji. Są oczywiście pozy ukrzyżowania, klęczenie pod statywem i — co osobliwe — śpiewanie z pozycji leżącej. Przy okazji bisu nasz bohater rzucił nawet fajny acz niezbyt rozbudowany żarcik. Dobre światła i gęsty dym dopełniają pozytywnego wrażenia. Jedyna wada tej części to baba — Sarah — za klawiszami. Zupełnie zbędna w całym tym przedstawieniu, bo niczym nie przyciąga wzroku, a gra tyle co nic, do tego niespecjalnie. Co do niedosytu – show jest za krótki, dla mnie My Dying Bride mogliby grać nawet pięć godzin i wciąż by mi było mało, ale nie jestem przekonany, czy muzycy przeżyliby coś takiego. Jak już przebrniecie przez koncert, to zostaje pokaźna galeria oraz jeszcze ponad 40 minut materiału wideo. Są tam dwa oficjalne teledyski z "Songs Of Darkness, Words Of Light": 'The Prize Of Beauty' i premierowy 'The Blue Lotus' (świetny pomysł, świetnie wykonany). Do tego dwa wideosy — 'My Hope, The Destroyer' i 'My Wine In Silence' — zrobione przez fanów, które są takie... hmm... no... Cóż, podziwiam zespół, że wyświadczył autorom taką grzeczność i je upublicznił. Na sam koniec trzy kawałki live zarejestrowane amatorskimi kamerami. Nie pozostaje mi nic innego, jak zarekomendować wam "Sinamorata" jako bardzo wartościowe wydawnictwo w — o dziwo! — przystępnej cenie.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalna strona: www.mydyingbride.net

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

8 września 2014

My Dying Bride – Songs Of Darkness, Words Of Light [2004]

My Dying Bride - Songs Of Darkness, Words Of Light recenzja okładka review coverPierwszy kontakt z ósmym długograjem Brytyjczyków mógł zaskoczyć niejednego fana. Dwoma wcześniejszymi albumami My Dying Bride wprowadzili na powrót do swego brzmienia sporo brutalności, więc można było oczekiwać po nich dalszego radykalizowania muzyki. A tu niespodzianka – zero blastów, zero growli, a tempa najwyżej (prawie) średnie. Słowem: doom. Ciężki, ponury, dołujący, bardzo nastrojowy, utrzymany w klimacie smutku i zadumy. Materiał jest zwarty, trzyma cholernie równy poziom, a jego niewesoła atmosfera utrzymuje się całą godzinę – przez to może się wydawać bardziej monotonny niż jest w rzeczywistości. Otwierający płytę 'The Wreckage Of My Flesh' to całkiem spokojny walec, gdzieniegdzie tylko porozdzierany blackowym wokalem Aarona (właśnie takie wokale to jedyny naprawdę agresywny element krążka). Następujące po nim 'The Scarlet Garden' i 'Catherine Blake' — jedne z najlepszych na płycie — wprowadzają do melancholijnego grania trochę dynamiki i mocniejszego uderzenia – to co zawsze wychodziło Angolom na dobre, sprawdziło się i tym razem. Świetnie wypadają numery o bardziej dramatycznej budowie i zmiennym tempie jak 'The Prize Of Beauty' i 'A Doomed Lover'. Szczególnie ten drugi jest znakomity, gdy od słów "and I follow" wchodzi melodyjna gitara, a wszystko powoli rozkręca się do wspaniałego, podniosłego finału. Mój absolutny faworyt z tego albumu, po prostu wspaniały i przejmujący, szkoda tylko, że taki krótki – trwa niespełna osiem minut. Jest jeszcze interesujący 'And My Fury Stands Ready', który klimatem przypomina mi nieco 'Black Heart Romance' z poprzedniej płyty. Mimo stonowanego charakteru, "Songs Of Darkness, Words Of Light" jest krążkiem wybitnie gitarowym, opartym na ciężkich riffach i posępnych melodiach. Dopiero dalej znajdują się wokale, organicznie brzmiąca sekcja oraz ostrożnie dawkowane klawisze (ich rola znacznie zmalała). Rezultat jest więcej niż bardzo dobry (stąd też taka ocena), ale żeby się o tym w pełni przekonać, trzeba płycie poświęcić odpowiednio dużo czasu.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.mydyingbride.net

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

5 maja 2014

Napalm Death – Diatribes [1996]

Napalm Death - Diatribes recenzja okładka review coverNa "Diatribes" Napalmy się sprzedali, skurwili, dali dupy, wymiękli, i tak dalej, i tak dalej... Po grindzie nie ma ani śladu, z death metalu niewiele zostało. Ogólnie: lajcik, sofick, niemal pitolonko. No ale słucha się tego całkiem przyjemnie. Przynajmniej mnie ta płytka wchodzi znacznie lepiej niż ewidentnie wymęczony "Fear, Emptiness, Despair" – jest zwarta, urozmaicona, dynamiczna, brzmi naturalnie, nie zalatuje kompozytorskim niezdecydowaniem, a do tego łatwo wpada w ucho. Innymi słowy: skoczny materiał w sam raz na koncerty. Kontrowersyjna i nazbyt rozdmuchana eksperymentalność tego albumu wynika przede wszystkim ze znudzenia muzyków poprzednią formułą (jak się napierdalało przez dziesięć lat, to jakaś forma odmiany zawsze się przyda) oraz chęci ostatecznego udowodnienia niedowiarkom, że potrafią... grać. Stąd też drastyczne zwolnienie obrotów, bardziej rozbudowane struktury, więcej nietypowych riffów, częstsze zmiany tempa i gro patentów o pozametalowej/core’owej proweniencji. Brytole nie raz i nie dwa zapędzają się także w dziwaczne rejony, bliskie temu, co na "Feel Sorry For The Fanatic" zrobił Morgoth (choć całościowo szósta płyta Napalmów wypada ostrzej), a to już daje pewne pojęcie o tym, jak daleko poniosło naszych milusińskich. Żeby mieć choć trochę radochy z "Diatribes" i odebrać ten krążek w miarę poprawnie, trzeba podejść doń spokojnie, bez uprzedzeń i z otwartą głową – wtedy będzie z górki, a wychwycenie kilku rajcownych kawałków zajmie góra dwa-trzy przesłuchania. Ta przyswajalność nie oznacza jednak, że materiał jest jakoś wyjątkowo melodyjny – bo nie jest. Chodzi bardziej o niesprecyzowanie "coś", co na pewno posiadają numery pokroju 'Greed Killing', 'Cold Forgiveness', 'Dogma', 'Diatribes', które potrafią rozkręcić słuchacza równie dobrze jak starsze killery, ale czynią to nieco inaczej. O sile tych kawałków świadczy również to, że nawet Barney, któremu taka stylistyka zupełnie nie pasowała, zawsze chętnie wykonywał je na koncertach. Najwyraźniej nie taka inność straszna, jak ją demonizują.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.napalmdeath.org

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

23 października 2013

Acrania – The Beginning Of The End [2013]

Acrania - The Beginning Of The End recenzja okładka review coverW Unique Leader muszą zatrudniać jasnowidza, albo przynajmniej mają jakieś wtyki w brytyjskim wywiadzie, dzięki którym wiedzą więcej niż inni. Coś musi być na rzeczy, bo nie jestem w stanie uwierzyć w to, że podpisali papierki z młodzikami z Acrania tylko na podstawie opisywanej epki. Ja rozumiem, że ta wytwórnia swoje najlepsze lata ma za sobą, ale chyba aż tak desperacko nie potrzebują nowych kapel? U podstaw tych moich zgadywanek leży poziom "The Beginning Of The End", bo to materiał tak bardzo poprawny, że aż w porywach ledwie ocierający się o przeciętność. Czy ludzkość jest w stanie przyjąć kolejną dawkę super typowego, kompletnie pozbawionego tożsamości i oklepanego na wszystkie strony amerykańskiego brutalnego death metalu nowej daty z odchyłami w stronę death-core? Może i jest, ale tylko po to, żeby po chwili zespoliki typu Acranii wyszły jej bokiem. Jasne, gorszych kapel nie brakuje, a kolekcjonerzy takich bezpłciowych materiałów też trzymają się dzielnie, mimo to nie znajduję żadnego uzasadnienia dla istnienia Acrania w oficjalnym obiegu. Albo niech już sobie grają, skoro muszą, tylko proszę poza obszar piwnicy czy garażu z tym nie wychodzić. "The Beginning Of The End" (oby tytuł był proroczy dla losów zespołu) to ledwie 17 minut muzyki, a mimo to zmęczyć, znudzić i zniesmaczyć potrafi już w okolicach drugiego kawałka. Niestety, naciąć się łatwo, bo okładka jest fajna, a intro do przetrawienia, więc kilka osób pewnie o nich usłyszy.


ocena: -
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Acraniauk
Udostępnij:

14 października 2013

Carcass – Surgical Steel [2013]

Carcass - Surgical Steel recenzjaNie ufam Carcass za grosz od pierwszych chwil ich powrotu na scenę, bo z daleka śmierdziało to skokiem na łatwą kasę. Potwierdzenie tych przypuszczeń znalazłem w niekończących się wspominkowych trasach i późniejszej ewakuacji Amotta, który podobno spieprzył ze składu jak tylko usłyszał o przygotowaniach do nagrania nowej płyty. Ostateczne potwierdzenie to załamujący poziom "Surgical Steel". Mimo iż jestem do jegomościów i ich motywacji nielicho uprzedzony, to naprawdę wiele mógłbym im wybaczyć, gdyby tym album mnie rozjebali na drobne kawałki. Niestety, "Surgical Steel" jest płytą karykaturalną, nieprzekonującą, nieskładną i najpewniej zmajstrowaną tak, by znalazło się na niej "dla każdego coś miłego" – przy czym przez owego "każdego" należy rozumieć młodzików, którzy bez ładnych melodyjek obyć się nie mogą, a Carcass poznali dopiero po 2007. To pewnie dla tych najmniej zorientowanych w temacie ludzi panowie Steer, Walker i Wilding sklecili ten pokraczny krążek z patentów rozpaczliwie naśladujących te co bardziej rozpoznawalne/zajebiste z "Necroticism", "Heartwork" i "Swansong". Mało tego, te nawiązania (i autoplagiaty) zlepili jak popadnie, w sposób kompletnie nieprzemyślany, przez co sąsiadują z sobą patenty zupełnie nieprzystające (zazwyczaj rokendrole z blastami), absurdalne, brzmiące po prostu głupio (nie znajduję na to innego określenia), a konstrukcja większości kawałków zwyczajnie załamuje. Nie ma w tym ani naturalnej przebojowości i luzu "Swansong", ani nowatorstwa "Heartwork", ani tym bardziej morderczego chłodu "Necroticism" – ot kilka melodyjnych, doprawionych przypadkowymi blastami piosenek, których szybko odechciewa się słuchać, bo najzwyczajniej w świecie wkurwiają swą banalnością. Żaden to "absolute poserslaught", panie Walker! Technicznie jest oczywiście cacy, brzmieniem zajmowali się najlepsi fachowcy (choć jak na mój gust dźwięk garów jest zbyt sterylny), a oprawę płyty przygotowano bardzo estetycznie, tylko klimatu i uczucia (oprócz zachłanności) trudno się tu doszukać. Na plus mogę odnotować tylko naprawdę dobry i rozpoznawalny wokal Walkera (bo z poziomem tekstów jest bardzo różnie) oraz kilka fragmentów (bo na pewno nie całych utworów) — w 'Unfit For Human Consumption', '316L Grade Surgical Steel', 'Noncompliance To ASTM F899-12 Standard', 'Captive Bolt Pistol'... — brzmiących, w przeciwieństwie do reszty, dość świeżo (o ironio!) i konkretnie. Tych kilka riffów i zagrywek nie jest jednak w stanie w żaden sposób uczynić materiału bardziej znośnym. "Surgical Steel" to dla mnie płyta, którą można przesłuchać z zaciśniętymi zębami, zapłakać nad nią, a potem dla świętego spokoju rzucić na półkę do reszty kolekcji. Choć to zakrawa na żart, ta popierdółka ma realną szansę stać się największym bestsellerem w dziejach Carcass. Fani porządnego ścierwa ukojenie znajdą na płytach Exhumed, Disgorge, General Surgery, Dead Infection, Impaled, The County Medical Examiners czy nawet Aborted.


ocena: 5/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/carcass

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

20 czerwca 2013

My Dying Bride – The Manuscript [2013]

My Dying Bride - The Manuscript recenzja okładka review coverW ostatnim czasie niemal równolegle ukazały się dwa wydawnictwa sygnowane nazwą My Dying Bride. Pierwszym z nich był niemożliwie głupi debestof "Introducing My Dying Bride" (czy naprawdę są tacy, którym trzeba przedstawiać ten zespół?! – niech to posłuży za całą recenzję), drugim zaś, już sensowniejszym, opisywana właśnie czteroutworowa epka. Anglicy zawsze cechowali się dużym wyczuciem i mieli dobre pomysły jeśli chodzi o takie małe płytki (zwłaszcza na początku działalności), a przy tym, wbrew panującym na scenie zwyczajom, nie dopychali ich bootlegowej jakości wersjami największych szlagierów. "The Manuscript" nie jest tu wyjątkiem i każdy, kto się zdecyduje na zakup — a takich, zważywszy na absurdalną cenę, pewnikiem będzie niewielu — otrzyma niemal pół godziny świeżej muzyki w typowym dla My Dying Bride stylu. Sam materiał nie przynosi niczego zauważalnie nowego, z eksperymentami też nie ma nic wspólnego, ale choćby przez większą ilość kontrastów w krótszym czasie i mocniej zaakcentowane riffy sprawia wrażenie nieco bardziej urozmaiconego od ostatniego longa, którym ciągle jestem pewnym stopniu rozczarowany. Zagęszczenie (jak na nich oczywiście) motywów sprawia ponadto, że na nudę nie ma co narzekać, mimo iż dłuższych chwil do refleksji w tych utworach naprawdę nie brakuje. Dla mnie jednak najbardziej wybija się ozdobiony growlami 'Var Gud Över Er', który w drugiej części bardzo przyjemnie dołuje za sprawą dobrze przemyślanej partii gitary. Później klimat wyraźnie ulega uspokojeniu, aż do statecznego wyciszenia, a my mamy dość czasu, żeby się zastanowić nad następnym odpaleniem "The Manuscript". Moim zdaniem warto, choć pewnie na płytce poznają się tylko zagorzali fani.


ocena: -
demo
oficjalna strona: www.mydyingbride.net

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

5 czerwca 2013

Napalm Death – Enemy Of The Music Business [2000]

Napalm Death - Enemy Of The Music Business recenzja okładka review cover"Enemy Of The Music Business", jako pełny powrót Napalmów do bezkompromisowego grind core’a, jest albumem wybornym, łączącym w sobie to, co u Brytoli najlepsze – spory ładunek brutalności i ogrom agresji z dzikimi szybkościami i licznymi chwytliwymi fragmentami. Brytyjczycy przyjebali naprawdę ostro i zrobili to z klasą, przy okazji odświeżając nieco swój styl. Powiem tak – jeśli komuś "Utopia Banished" zrobiła dobrze, przy "Fear, Emptiness, Despair" czuł niedosyt, "Diatribes" odebrał jako fajną, ale zbyt miętką, a do tego nie zraża się nowoczesnym brzmieniem (a nie chodzi o sterylność i plastik), to w tym przypadku będzie cholernie zadowolony. Tak, proszę państwa, częste nawiązania do czwartej płyty poprawione oszlifowanym stylem znanym z piątej przyprawiają o szybszy przepływ krwi w organizmie. No chyba, że znowu przesadzam z kawą i lekami... Ciekawe melodie, mocny wokal, charakterystyczne napierdalanie Dannyego Harrery (niby tylko gęsty łomot, a jaki charakterystyczny!) oraz pieprzony czad wypływający z każdej sekundy albumu muszą robić wrażenie. Obok takich kawałków jak 'Taste The Poison', 'Constitutional Hell', 'Necessary Evil' czy 'Fracture In The Equation' naprawdę nie można przejść spokojnie (a tym bardziej obojętnie). Zresztą, po co się ograniczać w jakichś wyliczankach – wszystkie są godne uwagi i wszystkie wywołują w słuchaczu chęć dokonania doszczętnego zniszczenia na wszystkim, co znajduje się w pobliżu. Jeśli kipi w was frustracja, gniew i ogólne wkurwienie – wystarczy zapodać "Enemy Of The Music Business" i dać się ponieść muzyce. Taaak, klimat i przesłanie krążka udzielają się błyskawicznie. Wbrew temu, co Anglicy (a konkretnie Embury) napisali w jednym z kawałków – w tym przypadku publika dostała to, czego oczekiwała od dawna.


ocena: 9,5/10
demo
oficjalna strona: www.napalmdeath.org

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

14 kwietnia 2013

Cancer – Death Shall Rise [1991]

Cancer - Death Shall Rise recenzja okładka review coverNawroty raka nieraz niosą z sobą większe zniszczenie niż pierwsze uderzenie... I tak właśnie było z Anglikami. Sukcesor "To The Gory End" okazał się albumem wyraźnie mocniejszym, lepiej dopracowanym i jeszcze bliższym wzorcowej szkole amerykańskiej, a tym samym doskonalej trafiającym w mój gust. Najlepszym w dyskografii Cancer. Tym razem nagrań dokonano w mekce gatunku – na Florydzie, i choć nie jest to produkcja z najwyższej morrisoundowskiej półki (bo wydawca Anglików na pewno nie mógł konkurować budżetem np. z takim Roadrunner), to wszystkie najważniejsze cechy dźwięku "by Scott Burns" są tu wyczuwalne, a brzmienie jest tłuste, szorstkie i w klasyczny sposób fajne. Drugim niezmiernie ważnym i — jak to się ładnie mówi — robiącym różnicę amerykanizmem jest obecność w składzie mistrza sześciu strun Jamesa Murphy, który na "Death Shall Rise" zarejestrował wszystkie solówki (później zaś szlajał się z zespołem po świecie), a zrobił to w charakterystycznym dla siebie zajebistym stylu. Wisienką na torcie jest gościnny udział Glena Bentona, który produkuje się w otwierającym płytę hiciorskim 'Hung, Drawn And Quartered'. Cała reszta, czyli w zasadzie trzon muzyki, idee za nią stojące, pozostała niemal niezmieniona w stosunku do bardzo dobrego i trochę jednak szybszego debiutu. Chodzi mi naturalnie o to, że obie płyty zagrano w identycznym, świetnie przemawiającym do mnie stylu – ostro, naturalnie i bez przynudzania. "Death Shall Rise" — co wynika z naturalnego progresu i poszerzenia składu — może się poszczycić większym urozmaiceniem, chwytliwością (nie tylko ze względu na wyborne solówki, ale i czepliwe teksty), pewną dozą finezji oraz ogromnym potencjałem koncertowym. Każdy, każdy! z ośmiu kawałków zawartych na płycie kosi równo z szyją, a przy tym łatwo zapada w pamięć i nie pozwala się od siebie uwolnić. Jedyne, co mnie na tej płycie denerwuje, to zbyt szybkie wyciszenie solówki w utworze tytułowym – gdyby nie ten szczegół, byłoby super. Żartowałem, jest super!


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/goryend/

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

17 grudnia 2012

Trifixion – A Utopia For The Damned [2011]

Trifixion - A Utopia For The Damned recenzja okładka review coverCzy Trifixion to nowa nadzieja angielskiego death metalu? Szczerze wątpię. Bardziej niż takie hasełka istotny jest tu fakt, że są jednymi z wielu – wyraźnym sygnałem, że na Wyspach wreszcie coś się ruszyło w temacie, bo ostatnie przynajmniej 15 lat tamtejsze kapele przespały, oddając pole niestrawnym hybrydom. Bohaterowie tej recenzji, zgodnie z tendencjami na scenie, nie mają nic wspólnego z klasycznym (a tym bardziej klasycznym i krajowym) podejściem do gatunku, a inspirują się wszystkim, co brutalne, techniczne i amerykańskie. Lista wpływów, jakie można usłyszeć w muzyce Trifixion jest oczywiście długa jak cholera, jednak można z nich wybrać coś na kształt żelaznego kanonu tej ekipy: Dying Fetus i Suffocation — które słychać głównie w szybkich i bardzo szybkich partiach (jakich na tej płycie nie brakuje) — oraz Immolation i Cannibal Corpse, gdy przychodzi do zwalniania i miażdżenia słuchaczy ciężarem. Nowości, czy elementów charakterystycznych tylko dla nich — uwaga! — nie odnotowano, co zresztą jest znakiem czasów i pochodną zapatrzenia w Amerykę, więc trzeba się z tym pogodzić. Mimo szczątkowej rozpoznawalności, angielsko-włoski (przynajmniej sądząc po nazwiskach) kwartet wymiata bardzo sprawnie, od strony technicznej i brzmieniowej prawie nienagannie, poważniejszych zgrzytów nie uświadczymy, a wytrwanie 47 minut, choć to dużo, na pewno nie będzie testem silnej woli. Poziom trzymają równy, na olśniewające rozwiązania nie ma się co nastawiać, ale punkt wyjścia do dalszego rozwoju Trifixion mają naprawdę niezły, i gdy tylko poprawią kilka kwestii, to i jakiejś grupki oddanych fanów w końcu się dorobią. Trochę ożywienia na pewno wprowadziłby lepszy, bardziej nawiedzony wokal, bo obecny jest raczej zwyczajny, choć na plus można mu zapisać dużą czytelność (tylko czy ona przy takim graniu jest ważna?). Nie zaszkodziłoby także urozmaicenie i tak już solidnie pokombinowanych struktur, najlepiej odpowiednio klimatyczną melodią (jak to czyni Hour Of Penance) albo pojebaną solówką. Co prawda na "A Utopia For The Damned" są takie próby, ale nie wszędzie jednakowo udane, dotyczy to zwłaszcza solówek. Jeśli tylko to poprawią, do zapoznania się z następnym albumem pewnie będę was zachęcał. Na ten skuszą się najwięksi maniacy.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/trifixionuk

Udostępnij: