29 grudnia 2020

Goratory – Sour Grapes [2020]

Goratory - Sour Grapes recenzja okładka review coverNigdy nie było mi po drodze z Goratory, chociaż robiłem do kapeli kilka podejść i naprawdę, może nawet trochę na siłę próbowałem się do niej przekonać. A to wszystko z powodu jednego niepozornego człowieka o nazwisku Darren Cesca, który od lat należy do grona moich ulubionych perkmanów. Wszak nie bujałby się z resztą składu, gdyby nie byli w jakiś posób fajni, no nie? Może gra z nimi z litości? A może mają na niego teczkę? Przynajmniej część tych wątpliwości rozwiewa wydany po 16 latach przerwy Sour Grapes.

Nie sądzę, żeby zespół miał jakąś ogromną rzeszę fanów śliniących się na myśl o nowych utworach (choć mogę się mylić) tudzież był aż tak atrakcyjnym biznesowo kąskiem, by wytwórnie proponowały im miliony za reaktywację. Przychodzi mi do głowy tylko jeden logiczny powód, dla którego Goratory mogli wrócić z niebytu po tak długim okresie nicnierobienia: poczuli, że mają jeszcze coś do powiedzenia. Mimo to podchodziłem do Sour Grapes nieufnie – nie spodziewałem się po Amerykanach absolutnie niczego ponad to, co już słyszałem w ich wykonaniu, w dodatku miałem nawet dość dokładną wizję tego, jak pokracznie ta płyta będzie brzmiała. A tu proszę – dupa ze mnie, nie jasnowidz!

Sour Grapes, pomijając jej głupawą otoczkę (która pewnie odstraszy wielu potencjalnych słuchaczy), naprawdę zaskakuje. Żadne to mistrzostwo świata, ale w swojej kategorii Goratory nie mają się (już) czego wstydzić. Zespół w dalszym ciągu wycina brutalny i techniczny death metal, z tą drobną różnicą, że teraz muzyka nabrała większego sensu, bardzo ładnie trzyma się kupy i nie sprawia wrażenia klejonej na siłę. Materiał jest dynamiczny, w miarę urozmaicony, a co najważniejsze upakowany naprawdę wyrazistymi riffami i szaleńczo szybkimi partiami perkusji (tu nie ma lipy). Całość zamknięto w rozsądnych 26 minutach, więc nikt nie zdąży pomyśleć o ziewaniu. W paru miejscach Amerykanie zapędzają się w rejony bliskie drugiej płycie Severed Savior, a to już jednoznacznie pokazuje, jakie zrobili postępy i zarazem stanowi jakąś rekomendację.

Produkcja Sour Grapes nie urywa dupy, jednak i tak jest co najmniej o klasę lepsza od tego, co miałem w głowie przed wysłuchaniem płyty. Na plus na pewno wypada czytelność, bo nawet bas utrzymuje się na powierzchni przy najbardziej zagęszczonej napierdusze.

Jeśli na widok okładki Sour Grapes przychodzi wam na myśl jedynie: „no kurwaaa, litościii”, to polecam się przełamać i dać Goratory szansę (najlepiej zacząć od „I Shit Your Pants”), bo inaczej stracicie kawał całkiem udanej i radosnej napierdalanki (bez śladu slamu!) w amerykańskim stylu.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/OfficialGoratory/
Udostępnij:

27 grudnia 2020

Faceless Burial – Speciation [2020]

Faceless Burial - Speciation recenzja okładka review coverW Australii rośnie nam nowa gwiazda klasycznie pojmowanego death metalu. Faceless Burial pojawili się w zasadzie znikąd, zadebiutowali zaledwie trzy lata temu całkiem udanym „Grotesque Miscreation”, a już teraz łokciami przepychają się do czołówki takiego grania. Ja im kibicuję, bo wraz z kolejnymi wydawnictwami chłopaki robią ogromne postępy, a ich ciężka praca zdecydowanie przynosi efekty – Speciation to dla mnie jedna z najciekawszych płyt 2020 roku.

To imponujące, jak w tak krótkim czasie Australijczycy przeskoczyli na wyższy poziom, by z pierwotnego i mocno podziemnego death metalowego bendu przekształcić się w twór stosunkowo wyrafinowany i ambitny. Najlepsze jest jednak to, że Faceless Burial nie poszli na żadne kompromisy ani nie sięgnęli po sztuczne zapychacze. Zespół w każdym kawałku na Speciation stara się, by z klasycznej formuły wycisnąć jak najwięcej, by znane już elementy poskładać w intrygujący sposób i utrzymać tym samym świeżość muzyki. Cały materiał jest przesycony tym, co najlepsze w death metalu z lat 1989–1994 z naciskiem na Death i Morbid Angel. Ponadto na Speciation przewijają się również wpływy Immolation, Gorguts, Incantation, Autopsy czy Suffocation, ale żadna z tych nazw nie dominuje, chodzi raczej o zbieżność pojedynczych riffów czy podobne rozwiązania aranżacyjne.

Utwory na drugim albumie Faceless Burial w porównaniu do tych z debiutu są na pewno bardziej rozbudowane, wielowątkowe, urozmaicone, bogate w detale i po prostu ciekawsze. Nie ma mowy o klepaniu jednego motywu przez kilka minut – tu ciągle coś się zmienia: tempa, riffy, klimat, melodie… Doskonale słychać, że muzykom zależy na tym, żeby także dla nich to granie było atrakcyjne i stanowiło jakieś wyzwanie, żeby zbyt szybko się nim nie znudzili. Analizując materiał od strony technicznej można stwierdzić, że Australijczycy nie robią niczego nadzwyczajnego (może z wyjątkiem perkusisty, dla którego 10 sekund jednostajnego nawalania to coś uwłaczającego), pod progresję też ciężko to podciągnąć, a jednak Speciation w paru miejscach jednoznacznie kojarzy się z cudami, jakie robią Blood Incantation (z nimi dodatkowo mają dużo wspólnego w kwestii wokali) oraz Horrendous.

Zajebistość Speciation podkreśla przykuwająca wzrok okładka oraz świetnie dopasowane do muzyki brzmienie, które dzięki doskonałej selektywności pozwala się delektować każdym aranżacyjnym niuansem. Właśnie tak powinien wyglądać klasyczny death metal we współczesnej odsłonie!


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/facelessburial/

podobne płyty:

Udostępnij:

15 grudnia 2020

Arsebreed – Butoh [2020]

Arsebreed - Butoh recenzja okładka review coverTen działający nieco na uboczu holenderski zespół podjął wyzwanie rzucone kilka miesięcy wcześniej przez ich kolegów (i samych siebie) z Disavowed i powrócił z nowym albumem po aż 15 latach milczenia. Wynik to zaiste imponujący, lecz niestety – w tym przypadku większe wrażenie robi długość przerwy, niż muzyka zawarta na ich drugim krążku. Arsebreed zawsze byli poziom niżej niż Disavowed (ta nazwa powróci nie raz), Pyaemia, Severe Torture czy Caedere i Butoh nic w tej materii nie zmienia, choć być może chłopaki nawet bardzo się starali. Nie pojmuję na czym to polega, bo skład mają naprawdę porządny, doświadczenia również im nie brakuje, a jednak w takiej konfiguracji nie potrafią wykrzesać z siebie niczego wyrastającego ponad średnią gatunkową.

Butoh, podobnie jak „Munching The Rotten”, wypada całkiem nieźle i jako żwawa napierdalanka w tle sprawdza się nawet OK, ale nie zachwyca na tyle, żeby siedzieć nad nim godzinami i analizować pod każdym możliwym kątem. To bardzo rzetelnie zagrany nieoryginalny brutalny death metal, bardziej zaawansowany technicznie i urozmaicony, niż na debiucie (choć i wtedy stronili od prostego grania), jednak ciągle w typie „supportu”. Z takim materiałem Arsebreed można spokojnie puścić na rozgrzewkę przed kimś sławnym bez obaw, że narobią wiochy, ale oczekiwanie, że tylko ich nazwa ściągnie tłumy przed scenę, to już nadmiar optymizmu.

Wydaje mi się, że zespół na zbyt wielu płaszczyznach ma zbyt dużo wspólnego z Disavowed (na pięciu ludzi tylko Marco Pranger nigdy nie grał pod tym szyldem, w dodatku wydaje ich ta sama firma), a przez to wywołuje jednoznaczne — i jak się później okazuje, błędne — skojarzenia. Tymczasem styl Arsebreed jest na pewno nieco nowocześniejszy, pozbawiony klasycznego feelingu, a produkcja cyfrowa i sterylna. To wersja obiektywna.

Wersja subiektywna, przynajmniej moja, jest natomiast taka, że Arsebreed nie potrafią pisać wyrazistych kawałków. W ich muzyce sporo się dzieje — na modłę Deeds Of Flesh, Continuum czy Incinerate — jednak nic z tego niestety trwale nie osiada w pamięci. Póki słuchamy Butoh – jest OK, ale zaraz po wyłączeniu krążka ciężko przywołać jakikolwiek wybijający się fragment. Jakby tego było mało, zespół wystawił cierpliwość odbiorców na próbę, sklejając utwory ambientowymi popierdywaniami (nazwali to górnolotnie intermezzo), których na tej niespełna półgodzinnej płycie uzbierało się ponad 5 minut. Komu to potrzebne?

W ogólnym rozrachunku Butoh to niezła, momentami nawet dobra, choć nie pozbawiona niedociągnięć, płyta i jako taka może się podobać. Żal tylko dupę ściska, jak sobie człowiek pomyśli, do czego Arsebreed byliby zdolni, gdyby w pełni wykorzystali swój potencjał.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Arsebreed/155456037799381
Udostępnij:

12 grudnia 2020

Disavowed – Revocation Of The Fallen [2020]

Disavowed - Revocation Of The Fallen recenzja okładka review coverTrzynaście lat w brutalnym death metalu to szmat czasu, a właśnie taką przerwę zrobili sobie Holendrzy z Disavowed. W międzyczasie stali się klasykami takiego grania, punktem odniesienia dla innych – stąd też można by się spodziewać, że wraz z premierowym materiałem będą chcieli za jednym zamachem przeskoczyć konkurencję i wytyczyć nowe standardy dla bezwzględnego napierdalania. A tu niespodzianka – zespół w zasadzie zaczyna tam, gdzie skończył na „Stagnated Existence”, bo i w sumie po co poprawiać coś, co dobrze działa.

Disavowed grają dokładnie tak, jakby od poprzedniej płyty upłynęło raptem kilka(naście) miesięcy a nie lat – z całkowitym pominięciem trendów, jakie przewaliły się przez gatunek. Revocation Of The Fallen nie ma nic wspólnego z bezmyślnym slamem, ultratechincznymi wygibasami i pozbawioną pierwiastka ludzkiego produkcją. Zespół na pewno podciągnął umiejętności, jednak nie uznał za stosowne, by nimi na siłę szpanować, zagęszczając struktury bardziej, niż to jest do czegokolwiek potrzebne tudzież wprowadzając rozwiązania, które się nijak mają do ich stylu. Ważniejsza okazała się dynamika kompozycji i obecny już u nich wcześniej pierwiastek chwytliwości, które sprawiają, że płyty słucha się bez oznak znudzenia.

O ile na pierwszy rzut ucha Revocation Of The Fallen sprawia wrażenie dość jednorodnego, materiał jest należycie urozmaicony wewnętrznie (szczególne brawa dla basmana), zawiera trochę fajnych odwołań do Suffocation, Cannibal Corpse czy nawet Death (w riffach i melodiach) oraz wiele rwanych partii, które powinny doskonale sprawdzać się na żywo. Co ciekawe, całość jest bliższa klasycznemu death metalowi, komponowanemu z myślą o scenicznej prezentacji, niż można by się było po Holendrach spodziewać. Oczywiście forma jest znacznie brutalniejsza, ale odczucia, jakie wywołuje muzyka Disavowed (a które zresztą pogłębia surowe brzmienie), są zaskakująco podobne.

Revocation Of The Fallen to bez wątpienia bardzo udany materiał, który powinien zamknąć mordy (zdradzieckie) wszystkim, którzy wątpili w sens powrotu i formę Disavowed. Holendrzy wymiatają aż miło, ani przez sekundę nie odwalają fuszerki, więc ta płyta powinna im zagwarantować miejsce w czołówce europejskiej sceny brutal death.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Disavowedofficial

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

9 grudnia 2020

Odious Mortem – Synesthesia [2020]

Odious Mortem - Synesthesia recenzja okładka review coverNastępcę „Cryptic Implosion” zapowiadano od tak dawna — przypominam, że same nagrania rozpoczęto bodaj w 2015 — że można było z łatwością o nim zapomnieć tudzież zwątpić, że kiedykolwiek w ogóle się ukaże. No i nie wiem, jak wy, ale ja zwątpiłem. A gdy już Amerykanie wreszcie dali o sobie znać, potwierdziły się wszystkie moje obawy co do tego, jak ten krążek będzie wyglądał. Odious Mortem na Synesthesia nie zrobili niczego, żeby wymyślić zespół na nowo czy też w jakikolwiek sposób zaskoczyć słuchacza, zamiast tego skupili się wyłącznie na rozwijaniu — swoją drogą w mniej brutalny sposób — formuły poprzednika. Bez ryzyka i kombinowania na siłę.

Czy to mało? Jak na zespół tej klasy, na pewno. Tym bardziej, że od dłuższego czasu mam w stosunku do nich ogromne wymagania. Tymczasem na Synesthesia nie mogę się przyczepić jedynie do umiejętności technicznych, bo te momentami zwalają z nóg – swoboda, z jaką wycinają te swoje łamańce i zawijasy z neoklasycznym zacięciem musi budzić respekt. Zresztą wystarczy posłuchać solówek w „Condemnation Foretold” – toż to jest, kurwa, mistrzostwo świata! Pomysłów również im nie brakuje i sypią nimi jak z rękawa; gorzej, że w żaden sposób owe pomysły nie wyrastają ponad to, co już robili w przeszłości. Jakość — w dodatku bardzo wysoka — jest, ale to nie nowa jakość i o przebiciu „Cryptic Implosion” nie ma mowy.

Na niekorzyść Synesthesia wpływają ponadto jeszcze dwie kwestie: wokal i brzmienie. Jak na moje ucho, Anthony Trapani zaliczył zbyt długą przerwę w graniu, bo w niczym nie przypomina kolesia, który zdzierał gardło na „Cryptic Implosion" i „Servile Insurrection”. Ewidentnie brakuje mu mocy i większej dynamiki. Natomiast brzmienie, choć ogólnie jest dość czytelne, ciężarem nie zabija, toteż oceniam je przynajmniej na poziom niżej niż ostatnio. Nie uwierzę, że chłopaki mieli za mało czasu albo waluty, żeby je porządnie dopieścić.

Jako że na razie głównie narzekałem, więc teraz należy się słówko wyjaśnienia tym, którzy dotąd z Odious Mortem się nie zetknęli i nie kapują poniższej oceny. Amerykanie są zajebiści, a Synesthesia to wielce atrakcyjny, wymagający i pokombinowany death metal, który szybko wpada w ucho i zapewnia sporo radochy z rozkminiania aranżacyjnych niuansów. Jeeednak, skoro nie dorównuje leciwemu poprzednikowi, oceniam go na nędzne 8.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Odious-Mortem/134874569903774

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

2 grudnia 2020

Blood Incantation - Hidden History Of The Human Race [2019]

Blood Incantation - Hidden History Of The Human Race recenzja okładka review coverDawno żadna kapela nie zrobiła na w death metalu takiego zamieszania jak Blood Incantation z debiutanckim „Starspawn”. Połączenie klasycznego podejścia do grania, kosmicznego klimatu i zaskakujących rozwiązań technicznych musiało robić wrażenie. Nic więc dziwnego, że oczekiwania w stosunku do następcy tego krążka były naprawdę ogromne - nic poniżej płyty dekady nie wchodziło w grę. Stąd też przy pierwszym kontakcie Hidden History Of The Human Race okazał się dla mnie pewnym rozczarowaniem, a wszystko to za sprawą riffu żywcem przeniesionego z „Immortal Rites', który Amerykanie wrzucili na początku „Slave Species Of The Gods”. Miało być oryginalnie i nietuzinkowo, a tu taki rip off? Cuś jest nie teges… Uprzedzę podsumowanie i już teraz podzielę się refleksją na temat Hidden History Of The Human Race, którą później spróbuję uzasadnić: Amerykanie nagrali album równie dobry, co „Starspawn”, wyraźnie od niego inny, lecz raczej go nieprzewyższający.

Styl zespołu z grubsza pozostał bez zmian - to techniczny death metal z analogowym brzmieniem (tym razem jest potężniejsze), w którym kosmos spotyka się z cuchnącą grzybem piwnicą, a pierwotna brutalność z wyrafinowanymi i subtelnymi melodiami. Słychać postęp, jaki dokonał się u Blood Incantation w ciągu trzech lat dzielących Hidden History Of The Human Race od debiutu, każdy element ich muzyki jest lepiej dopracowany - aranżacje są bogatsze i bardziej rozbudowane, a całość jeszcze lepiej się zazębia. Amerykanie w miarę możliwości uciekają od tradycyjnych struktur, unikają powtórzeń i powrotu do wcześniej wykorzystanych motywów. Jeśli mają w zanadrzu jakiś świetny patent, korzystają z niego z umiarem lub wplatają w tło. Takie podejście do komponowania sprawia, że materiał nie jest jednowymiarowy i przewidywalny, a w związku z tym wymaga więcej czasu i przesłuchań, by go należycie dobrze poznać. A czy przez to muzyka staje się trudna w odbiorze - wydaje mi się, że nie. Hidden History Of The Human Race śledzi się z przyjemnością i dużym zainteresowaniem, tym bardziej, że muzykom Blood Incantation nie brakuje ani pomysłów ani umiejętności.

Wszystko powyższe składa się na naprawdę doskonały album, który nawet jeśli jest trochę lepszy od „Starspawn”, to za mało lepszy, żeby pisać o deklasacji, że pozwolę sobie na taki bełkot. Innymi słowy Blood Incantation zawiesili sobie poprzeczkę baaardzo wysoko, więc teraz wypadałoby, by każda ich kolejna płyta była zdumiewająca, olśniewająca i niepodobna do niczego, co już powstało w death metalu, a Hidden History Of The Human Race trochę w tej kwestii brakuje. Drugi minus dotyczy jałowych wypełniaczy, bez których wszystkim żyłoby się lepiej. Na debiucie był to akustyczny instrumental, tutaj - ambienty. Rozwlekły początek „Inner Paths (To Outer Space)” (przez który numer zbyt wolno się rozkręca) i półtoraminutowa przerwa po pierwszej części „Awakening From The Dream Of Existence To The Multidimensional Nature Of Our Reality (Mirror Of The Soul)” to elementy całkowice zbędne.

Nie ma sensu jojczyć, bo nie zmieni to faktu, że Blood Incantation już dobili do czołówki death metalu, a Hidden History Of The Human Race na pewno trafi do wymagających fanów. Na tę chwilę wystarczy mi, żeby zespół zrezygnował ze wspomnianej waty i rozważył nagrywanie nieco dłuższych płyt. Pełna rekomendacja!


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/astralnecrosis/

podobne płyty:




Udostępnij:

20 listopada 2020

Death - Live In L.A. (Death & Raw) [2001]

Death - Live In L.A. (Death & Raw) recenzja okładka review coverNa pierwsze wydawnictwo koncertowe Death przyszło nam czekać długo, bardzo długo… zbyt długo. Już nawet mniejsza o to, że inni herosi death metalu dużo wcześniej zaliczyli ten etap kariery, a w przypadku ekipy Chucka sprawa przeciągała się w nieskończoność. Chodzi mi raczej o to, że gdyby Live In L.A. (Death & Raw) ukazała się przynajmniej zgodnie z planem, to może udałoby się zdobyć więcej forsy na leczenie Chucka i sytuacja wyglądałaby inaczej. To tylko domysły, ale kto wie…

Koncert, który wtłoczono w srebrne rowki, zespół zagrał 5 grudnia 1998 roku w ramach trasy promującej „The Sound Of Perseverance”, kiedy Death występowali razem z Hammerfall (kto kogo wtedy promował - polityka Nuclear Blast do dziś daje do myślenia), a wybrano go, ponieważ… był pod ręką i nadawał się do wydania. Tamtego dnia nikt nie miał żadnych specjalnych planów w związku z akurat tym występem, nie poczyniono też żadnych dodatkowych przygotowań. Zwykły koncert w typowych dla trasy warunkach. Tak się jednak zabawnie złożyło, że w klubie Whisky A Go-Go siedział koleś bez oporów nagrywający kogo popadnie, o ile dostał 75 dolców. Stąd też cały występ brzmi niezwykle autentycznie, a już bez owijania w bawełnę - po prostu surowo, co zresztą jednoznacznie sugeruje tytuł. Co i jak zagrali, w takiej formie trafiło na Live In L.A. (Death & Raw) - bez poprawek i dopieszczania.

Ze zrozumiałych względów zespół postawił na nowszy materiał (z nadreprezentacją „Symbolic”), redukując starocie do minimum (niestety nie znajdziemy tu ani jednego numeru ze „Spiritual Healing”), więc setlista nie jest przesadnie przekrojowa ani tym bardziej wyczerpująca, co nie każdego zadowoli, ale cóż - ciągle mówimy o koncertówce z przypadku. Wykonanie to oczywiście pierwsza klasa, nikomu nie można zarzucić fuszerki, chociaż solówkom Andy’ego w wykonaniu Hamma brakuje trochę lepszego feelingu. Ponadto uwagę zwracają dwie kwestie - wyższe niż na płytach wokale Chucka oraz wyraźnie podkręcone tempo większości utworów. Tej nocy Death zagrali szybciej (dobrze to słychać chociażby w „Spirit Crusher”, „Zombie Ritual”, „Crystal Mountain”), bo… Richard Christy miał grypę (ponoć rzygał między numerami) i chciał czym prędzej przespać się w autokarze. Jako ciekawostkę mogę dorzucić, że przed „Pull The Plug” zespół zagrał czołówkę z „Aniołków Charliego” - zgaduję, że to oko puszczone do miejscowej publiki.

Czy Death zasługiwał na lepszą, bardziej spektakularną i wypasioną koncertówkę? Wiadomo. Musimy się jednak cieszyć z tego, co mamy, a tak się składa, że Live In L.A. (Death & Raw) wcale nie jest słabym materiałem. Osobną kwestią jest to, że słucha się go ze ściśniętym gardłem.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/DeathOfficial

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

9 listopada 2020

Gorephilia - In The Eye Of Nothing [2020]

Gorephilia - In The Eye Of Nothing recenzja okładka review coverJak to miło, że wraz z upływem lat Finowie z Gorephilia nie ulegli panującym w ich kraju tendencjom do grania pod Incantation – choć i takie wpływy u nich występują – i zamiast tego dzielnie trzymają się grania… pod Morbid Angel. Wiadomo, że takie podejście do death metalu nie czyni ich najbardziej oryginalną kapelą na świecie, ale mimo to w ich muzyce jest coś odświeżającego, naturalnego i przykuwającego uwagę. In The Eye Of Nothing to dowód na to, że namacalna wtórność wcale nie musi być przeszkodą, jeśli tylko zaangażowanie ze strony zespołu jest odpowiednio duże.

Gorephilia na swoim trzeci krążku serwują niemalże czysty w formie klasyczny death metal w typie amerykańskim, który po prostu musi spasować fanom Morbid Angel z okresu „Covenant”, bo inspiracje Amerykanami słychać na In The Eye Of Nothing praktycznie w każdym elemencie (motoryka, riffy, solówki, klimat, formuła brzmieniowa…), czego najbardziej jaskrawym przykładem jest „Devotion Upon The Worm”, który zbudowano na fundamencie „God Of Emptiness”. Oczywiście w tym miejscu mogą się pojawić pytania, na ile to fascynacja, a na ile bezczelna zrzynka, ale wydaje mi się, że zawartość krążka jest na tyle spójna, dynamiczna i dobrze przemyślana, iż powinna rozwiewać wszelkie wątpliwości. To raczej rezultat konsekwentnie (i w konkretnym kierunku) rozwijanego stylu i wzrostu umiejętności technicznych, aniżeli ślepego zapatrzenia w idoli.

Jako że nie samymi Morbidami death metal stoi, muzycy Gorephilia dorzucili też coś charakterystycznego dla rodzimego podwórka (niektóre melodie oraz wokalne pomruki, które nie mają nic wspólnego z Vincentem), a ponadto zadbali, żeby bas był czytelny i cokolwiek wnosił do utworów, a nie tylko plątał się bez sensu w tle. Niby to detale, ale pozytywnie wpływają na odbiór całości. Niestety na In The Eye Of Nothing trafiły również rzeczy, które w ogóle nie są tej płycie potrzebne. Mam na myśli dwa przerywniki instrumentalne, których obecności nie można niczym uzasadnić - to 3 minuty wyrzucone w błoto.

Nawet pobieżne przesłuchanie In The Eye Of Nothing pozwala stwierdzić, że to porządny death metalowy ochłap w jednoznacznie zdefiniowanym stylu - nieoryginalnym, ale za to rajcownym. Czy przy wszystkich swoich zaletach nowy materiał Gorephilia przebija poprzedni album? Odnoszę wrażenie, że jednak nie, co najwyżej się z nim zrównuje - a i to przy odrobinie wyrozumiałości. Z jednej strony takich Morbidów nigdy za wiele, z drugiej zaś na „Severed Monolith” inspiracje nimi były przemycone nieco subtelniej.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/gorephilia

podobne płyty:

Udostępnij:

31 października 2020

Incantation – Sect Of Vile Divinities [2020]

Incantation - Sect Of Vile Divinities recenzja okładka review coverDożyliśmy ciekawych czasów. Granie pod Incantation jest czymś dobrze widzianym (i niemal bez wyjątku takoż ocenianym), zewsząd atakują nas setki kapel mielących smrodliwy i ponury death metal w starym stylu, ociężały kult sączy się z głośników… Tymczasem Incantation na stare lata próbują liznąć sławy i maksymalnie (żeby nie napisać – rozpaczliwie) zwiększyć grono swoich odbiorców. A jako że ekipa pod wodzą Johna McEntee raczej nigdy nie miała potencjału, by hurtowo pisać hity, panowie skupili się na tym, co było w ich zasięgu – skondensowali struktury utworów i złagodzili brzmienie. Właśnie takie dziwne wnioski pojawiają się u mnie po parudziesięciu sesjach z Sect Of Vile Divinities.

Coś musi być na rzeczy, skoro Relapse dość intensywnie promuje zespół w mediach (wszak z marszu wypuścili im dwa klipy), a nowy album już przy pierwszym z nim zetknięciu sprawia wrażenie najbardziej przystępnego w historii Amerykanów. Wydaje mi się, że Sect Of Vile Divinities ma być dla Incantation czymś na zasadzie „teraz albo nigdy” – ostatnią okazją, żeby wreszcie przekonać do siebie nowych/wahających się słuchaczy, którzy wiele dobrego o nich słyszeli, ale zawsze odstraszała ich obskurność muzyki. Czy to wypali, nie jestem przekonany, bo w tej muzyce brakuje mi przede wszystkim trzech rzeczy: spójności, płynności i świeżości.

Nie da się ukryć, że pod wypolerowanym jak nigdy brzmieniem (zbyt sterylnym i nie pasującym do stylu Amerykanów) dostajemy bardzo typowe dla Incantation granie. Zespół nawet nie próbuje wyjść poza wypracowane schematy, nie licząc tego, że tym razem często chadza na aranżacyjnie skróty i zbyt gwałtownie przeskakuje między kolejnymi partiami. Przez takie zabiegi utwory wydają się chaotyczne i dziwnie pocięte, a ich poszczególne części nie mają czasu należycie wybrzmieć. Napięcie narasta, robi się ciekawie, a tu „ciach” i lecimy z kompletnie innym motywem. Szczególnie dużo tracą na tym solówki. Na „Profane Nexus” były fajnie wplecione w utwory, natomiast na Sect Of Vile Divinities w większości przypadków nie przewidziano dość miejsca, żeby w ogóle mogły się odpowiednio rozwinąć – jakby Sonny Lombardozzi (niezależnie od swoich pomysłów) dostał wytyczne typu: „streszczaj się brachu, bo psa trzeba jeszcze wyprowadzić”.

Problem braku spójności dotyczy również wokalu – zasyfione charczenie McEntee po prostu nie pasuje do takiej formuły brzmieniowej. Wokal i muzyka istnieją obok siebie, na zupełnie innych płaszczyznach. Wyraźniej to słychać, kiedy Incantation zwalniają obroty – dźwięk staje się wręcz delikatny (werbel pykający jak kubek po jogurcie…), a John wciąż zapodaje niskie pomruki, które są brutalniejsze od wszystkiego wokół. Cuś tu nie teges… Na duży plus zasługuje za to praca basu, bo bardzo przyjemnie przebija się na powierzchnię i dodaje całości głębi.

Pomimo powyższego zrzędzenia, Sect Of Vile Divinities wcale nie jest kompletną porażką i można z niej wyciągnąć kilka naprawdę udanych fragmentów. Właśnie – fragmentów, nie utworów. W ogólnym rozrachunku daje to rozczarowanie, ale miejcie na uwadze, że rzecz dotyczy zespołu z zajebiście rozbudowaną dyskografią, której część to już pozycje kultowe – w stosunku do nich wymagania muszą być wysokie.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.incantation.com

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

28 października 2020

Lost Soul – Forgotten Past [2020]

Lost Soul - Forgotten Past recenzja okładka review coverDobry wieczór państwu. W recenzji „Genesis: XX Years Of Chaoz” wspominałem, że chciałbym dostać antologię demówek Lost Soul. Oto jest. To fajnie, cieszę się. Dziękuję wszystkim za uwagę.

Wypuszczona nakładem wydawnictwa Szataniec dwupłytowa kompilacja Forgotten Past przybliża fanom (chyba) wszystko, co zespół nagrał za młodu, a zatem od mizernie brzmiącego „Necrophil” po świetne „…Now Is Forever”, na którym potencjał Lost Soul wreszcie eksplodował. Co ważne, wbrew tytułowi jest to raczej przeszłość nieznana niż zapomniana, bo jak przypuszczam, większość obecnych entuzjastów zespołu nigdy z tymi nagraniami nie miało styczności. A czy zechcą to teraz nadrobić – tu mam pewne wątpliwości, co na moje oko czyni target Forgotten Past dość wąskim.

Z każdym kolejnym materiałem słychać, jak zespół powoli wychodzi z głębokiej piwnicy, by w końcu dochrapać się zasłużonego kontraktu z Relapse. Na pierwszych nagraniach uwagę zwracają ogromne różnice jeśli chodzi o umiejętności techniczne poszczególnych członków (słowo muzyków byłoby nadużyciem), którzy dopiero po paru latach zdają się grać w jednej lidze. Tu wyjątkiem jest oczywiście Jacek Grecki, który bryluje prawie od początku.

To, że ta kompilacja się ukazała, ogólnie uważam za coś pozytywnego. Szkoda tylko, że komuś nie chciało się należycie przyłożyć, żeby naprawdę była ozdobą tych paru kolekcji, do których trafi. Bo co my tu mamy: teksty, okładki, składy, trakclisty (w tym każdorazowo błędnie podana do drugiego wydania „Superior Ignotum”). To tyle, jeśli chodzi o atrakcje. Komu by przeszkadzały jakieś archiwalne zdjęcia i wspominkowe notki Jacka Greckiego o okolicznościach powstawania tych materiałów, no komu? Skromne toto, bardzo skromne. Dlatego traktuję Forgotten Past jako ciekawostkę dla bardziej wkręconych fanów Lost Soul, pozostali mogą się srogo rozczarować.


ocena: -
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/lost.soul.poland

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

24 października 2020

Desecravity – Anathema [2019]

Desecravity - Anathema recenzja okładka review coverMuzycy Desecravity zrobili sobie całkiem przyzwoitą przerwę po wydaniu „Orphic Signs”, jednak niezależnie od tego, jak długo by siedzieli na dupach, ich pozycja najlepszej japońskiej kapeli death’owej była niezagrożona. Anathema jest potwierdzeniem tego, że oni już nie muszą oglądać się na boki – za bardzo odjechali konkurencji, żeby ją w ogóle dostrzegać. Zastanawia mnie tylko, skąd Yuichi Kudo bierze kolejnych gitarniaków biegłych w rzemiośle chaotycznego śmigania po gryfie – wszak ci zmieniają się co płytę, a w ryżu przecież nie rosną.

Intro do Anathema to… oklepany jak jasna cholera symfoniczny death metal, który jak mniemam ma wprowadzić nieco zamieszania i robić za zmyłkę. Pseudo zmyłkę, bo nikt normalny nie nabierze się na to, że zespół nagle naszło na aż taki zwrot stylistyczny – to poniżej ich godności. Jednakowoż nie mam wątpliwości, że gdyby tylko chcieli, i w tym gatunku pokazaliby prawdziwą klasę. Pierwsze pięć sekund następnego w kolejce „Impure Confrontation” daje jasno do zrozumienia nawet największym sceptykom, że Desecravity nie mają zamiaru odpuszczać, a interesuje ich wyłącznie ekstremalnie szybki i skomplikowany stuff, za którym naprawdę ciężko nadążyć. Japończycy udanie rozwijają popieprzone pomysły z poprzedniej płyty, choć już bez takiego skoku jakościowego, jaki miał miejsce między „Implicit Obedience” a „Orphic Signs”, a to z tej prostej przyczyny, że na tym poziomie bardzo trudno o kolejne ulepszenia. Stąd też na pierwszy rzut ucha wyraźniejsze zmiany dotyczą przede wszystkim brzmienia – jest trochę bardziej masywne, na ile to oczywiście osiągalne przy takich tempach. Niuanse techniczno-aranżacyjne — a jest ich całe mnóstwo — przebijają się dopiero z kolejnymi przesłuchaniami.

Co takiego siedzi w głowach muzyków Desecravity, że produkują tak posrane dźwięki – trudno zgadnąć; wiadomo natomiast, co chcą za ich pomocą osiągnąć – doprowadzić do stopienia zwojów mózgowych niewinnych słuchaczy. I to najlepiej już na wysokości trzeciego-czwartego kawałka. Zatem jeśli uważacie, że Dying Fetus ostatnio wymiękają, a Misery Index są zbyt monotonni, spokojnie możecie sięgnąć po Anathema.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.desecravity.net

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

16 października 2020

Metallica – S&M 2 [2020]

Metallica - S&M 2 recenzja okładka review coverRok 1999: o kurwa, Metallica z orkiestrą! Rok 2020: meh, Metallica z orkiestrą. Ponoć nie da się dwa razy wejść do tej samej rzeki, Amerykanie jednakowoż spróbowali, ponownie spiknęli się z San Francisco Symphony, a my, cóż, dostaliśmy powtórkę z rozrywki. Ładnie i z rozmachem zrealizowaną, ale jednak powtórkę. Przez 20 lat świat metalu — niekoniecznie nawet mainstreamowego — poszedł do przodu, z orkiestrami nagrywa każdy, kto tylko ma ochotę, element nowości dawno uleciał, a o jakąkolwiek ekscytację coraz trudniej. Nic więc dziwnego, że i S&M 2 nie ekscytuje, to po prostu solidna koncertówka i w sumie niewiele ponadto.

Od nagrania pierwszej części upłynęło mnóstwo czasu, a mimo to aranżacje powtórzonych utworów (jest ich aż 11!) brzmią niemal identyczne jak za pierwszym razem, z wszystkim ich niedoróbkami i mieliznami. Fragmenty, kiedy orkiestra jest dobrze zespolona z zespołem i autentycznie coś wnosi do kawałków, można policzyć na palcach jednej ręki (w całości broni się jedynie doskonały „No Leaf Clover”). Najczęściej — i dotyczy to również numerów z trzech ostatnich płyt — mamy do czynienia z niedookreślonym i przypadkowym pitoleniem w tle, z którego — oprócz dysonansów — tak naprawdę niewiele wynika. Pół biedy, jeśli muzycy klasyczni tylko nie przeszkadzają, bo są niestety momenty, kiedy zapędzają się ze słodzeniem, jakby chodziło co najmniej o soundtrack do filmu Disneya. Poza tym znowu nikt nie wpadł na to, żeby użyć chóru i w odczuwalny sposób pobawić się dramaturgią. Symfoniczne zaplecze sprawia wrażenie zrobionego po linii najmniejszego oporu, a to że S&M 2 ogląda się (i słucha) całkiem przyjemnie, jest raczej zasługą dobrego materiału źródłowego, bo setlista jest wyjątkowo przekrojowa, choć dość przewidywalna.

Nie znaczy to jednak, że na S&M 2 nie ma eksperymentów… Te pojawiają się w drugiej części koncertu i w większości są… nieudane. Na początek orkiestra serwuje nam utwór dobrze wszystkim znanego Prokofjewa, a później, już z towarzystwem zespołu, zanurza się w sowiecki futuryzm (w wydaniu Aleksandra Mosołowa). Ja wiem, że to raczej zapchajdziura mająca dać muzykom chwilę odpoczynku, ale robienie z Metallicy jakiejś awangardy (bo taka jest narracja) wydaje mi się nie na miejscu. Do niepotrzebnych zaliczyłbym ponadto klasyczną wersję „The Unforgiven III” ze śpiewającym Hetfieldem (bez gitary nie wie, co zrobić z rękami) oraz mocno przerobiony — i warto zaznaczyć, że dużo lepszy niż w oryginale — „All Within My Hands”. Te pół godziny można było wyciąć, a koncert nic by na tym nie stracił, a zyskał na spójności. Ciekawiej robi się dopiero od „(Anesthesia) – Pulling Teeth”, który został zagrany w hołdzie Burtonowi na... kontrabasie elektrycznym. Posunięcie ryzykowne, ale Scott Pingel wyszedł z tej konfrontacji obronną ręką.

Przechodząc do realizacji, koniecznie trzeba pochwalić jakość dźwięku oraz obrazu – niezależnie od ewentualnych poprawek całość wygląda i brzmi zajebiście jak na Metallicę i standardy blureja przystało. Zespół wraz z orkiestrą na małej scenie w otoczeniu (dosłownie) tysięcy ludzi, którzy aktywnie uczestniczą w koncercie („The Memory Remains” się kłania) i podkręcają atmosferę uczestnictwa w czymś wyjątkowym – to robi wrażenie. Wiadomo, że ze względu na warunki i ogólną konwencję musiało się obyć bez spektakularnej scenografii i efektów, ale już sama oprawa świetlna robi dobrą robotę. Ujęcia są ciekawe, montaż dynamiczny i tylko do dzielenia ekranu nie jestem przekonany. Jako że zespół zajmuje miejsce w samym centrum, członków orkiestry ustawiono z lekka niepraktycznie po okręgu, więc siłą rzeczy niektórzy znajdują się poza zasięgiem dyrygenta, ale ten problem rozwiązano małymi ekranami z jego podglądem. Dla Jamesa przewidziano natomiast większe monitory z tekstami utworów – wiek nikogo nie oszczędza… Z ciekawostek mogę jeszcze wymienić scenę (z intra „One”), w której Lars (swoją drogą w tej czapce wygląda jak Justin Bieber) tłumaczy perkusiście gravity blasty…

Podsumowanie będzie krótkie, bo „wyjątkowość” S&M 2 zakwestionowałem już na początku. W tym przypadku bardziej chodzi o jakość, a ta jest niezaprzeczalnie wysoka. Z oczywistych względów ciekawiej wypada krążek video – spędzenie dwóch i pół godziny (nie licząc dodatków) przed telewizorem nie powinno dla nikogo stanowić problemu, nawet jeśli z Metallicą ma styczność tylko od święta. W wersji audio, szczególnie w pierwszej części, pojawia się już pewien problem, bo choć słucha się tego dobrze, to dość łatwo można zapomnieć, że gdzieś tam powinna mieszać orkiestra. Przy odrobinie chęci zespół mógł podejść do tematu z większym rozmachem, a tymczasem to po prostu solidna koncertówka.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.metallica.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

10 października 2020

Nomad – Transmogrification (Partus) [2020]

Nomad - Transmogrification (Partus) recenzja okładka review coverMam nadzieję, że wraz z wydaniem opisywanej płyty Nomad wyswobodzili się spod rynny o nazwie Witching Hour Productions i w końcu trafią do poważnego wydawcy, który nie będzie rzucał zespołowi kłód pod nogi i z należytą rzetelnością (i finansami) przystąpi do promocji, a przede wszystkim nie dopuści do tak skandalicznych opóźnień. Jeśli jeszcze tego nie wiecie, materiał na Transmogrification (Partus) nagrywano między 2014 a 2016 (z udziałem Inferno i Oriona z Behemoth, którego logo na pudełku jest większe niż logo Nomad…), przez kolejne dwa lata był on dopieszczany studyjnie z pomocą Malty i braci Wiesławskich, natomiast z wydaniem zwlekano aż do marca bieżącego roku. A powinien się ukazać zaraz po „Tetramorph”.

Ze względu na czas powstania Transmogrification (Partus) stylistycznie najwięcej wspólnego ma ze wspomnianą epką, jednak całościowo jest od niej śmielszy, bardziej złożony, urozmaicony i masywny. Od pierwszych taktów „A Wanderer Without A Shadow” słychać, że to Nomad, a jednocześnie nie mamy wrażenia, że muzyka jest kalką poprzednich dokonań. Zespół wyraźnie przyspieszył względem „Transmigration Of Consciousness”, przez co może będzie bardziej strawny dla przeciętnego fana death metalu, ale wciąż to nie jest granie wyjątkowo przystępne czy szybko wpadające w ucho. Owszem, w utworach jest trochę więcej powietrza, ale klimat albumu i tak przytłacza gęstością. Duża w tym zasługa wokali Bleyzabela, z których — nawet bez zaglądania do tekstów — na pewno nie powiewa optymizmem.

Już przy pierwszych przesłuchaniach na Transmogrification (Partus) ujawnia się podział płyty na dwie części charakteryzujące się innym podejściem do dźwięków. Pierwsze trzy utwory są stosunkowo szybkie, bezpośrednie i agresywne („In The Hands Of Progression” wydaje się w tym gronie najbardziej ekstremalny i techniczny), zaś ostatnia trójka to granie nastawione na trans, dobrze pojętą monotonię i dużą dramaturgię (tu szczególnie wybija się doskonały „The Graceful Abyss”). „Nomadeus” jest czymś na zasadzie pomostu, w którym przenikają się wszystkie elementy, choć może na różnych płaszczyznach – zwróćcie uwagę na to, co się dzieje w tle.

Ciekawostką może być fakt, że Transmogrification (Partus) wydaje się płytą dłuższą niż jest w istocie (trwa jedynie 33 minuty), a zawdzięcza to dużej różnorodności i subtelnym zmianom nastroju. Utwory są dalekie od banału i często rozwijają się w niekoniecznie oczywistym kierunku, a poza tym każdy oferuje coś innego. W tym tkwi sekret muzyki Nomad – nie ma w niej miejsca na nudę. Najwyższy czas, żebyście się wreszcie o tym przekonali.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/NomadNomadichellY

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

23 września 2020

Pyrrhon – Abscess Time [2020]

Pyrrhon - Abscess Time recenzja okładka review coverJak skutecznie zryć sobie beret niskim koszem? Należy regularnie oglądać główne wydanie wiadomości. Jeśli jednak nie posiadacie telewizora tudzież nie kręci was Holecka, możecie zainwestować kilka dych w czwarty longplej Pyrrhon – zadziała równie dobrze, a obędzie się bez poczucia wstydu. Z płyty na płytę Amerykanie idą w kierunku… no… w sobie tylko znanym kierunku. A przynajmniej zakładam, że znanym. W każdym razie gdzieś przed siebie, bo na Abscess Time dostaliśmy prawie godzinę charakterystycznego już dla nich zagmatwanego death metalu wymieszanego ze sludge i grindem, przy czym jeszcze więcej w nim hałasu i dźwięków co najmniej schizolskich.

Pyrrhon już nie raz udowodnili, że nie interesują ich utarte schematy, granie od szablonu i bycie Gorguts wannabe, a Abscess Time jest tego kolejnym potwierdzeniem. Najnowszy materiał Bruklińczyków jest pogięty jak widelec w mlecznym barze, nieprzewidywalny jak Korwin przy mównicy i absolutnie daleki od death metalowego banału spod znaku Six Feet Under. O chwytliwych melodiach i jakimkolwiek groove możecie zapomnieć. W muzyce Amerykanów coraz trudniej doszukać się nawet wyraźniejszych struktur czy czegoś, za czym można by podążać, więc ogarnięcie całości wymaga sporo czasu i nie lada czujności/cierpliwości. Miejcie przy tym na uwadze to, że u Pyrrhon granica pomiędzy regularnym graniem a improwizacją zdaje się powoli zacierać, stąd też momentami trudno się połapać, czy oni w ten chaos brną tak na serio czy tylko robią sobie jaja ze słuchaczy. I co najlepsze – ta niepewność towarzyszy odbiorcy do końca płyty.

Słuchając Abscess Time z pewnością nabierzecie przekonania, że Amerykanie robią naprawdę sporo, żeby ich muzyka nie była dla wszystkich — albo nawet, żeby niekoniecznie uznawano te dźwięki za muzykę — i mają w głębokim poważaniu, czy z tego powodu ktoś zapała do zespołu uczuciem. Pyrrhon sprawnie mieszają skrajne elementy różnych stylistyk, ale niczego przy tym nie wygładzają – mnóstwo tu kaleczących uszy dysonansów, odhumanizowanych wrzasków i męczących rozjazdów poszczególnych instrumentów. Inne kapele w tym miejscu podejrzewałbym pewnie o braki warsztatowe i budżetowe, ale skoro Abscess Time zajmował się Marston, to wiadomo, że materiał celowo wyprodukowano w ten właśnie sposób. Colin z własnej woli fuszerki by nie przepuścił, a sam krążek brzmi tak, że mucha nie siada – przynajmniej w swojej niszy to już wyższa półka.

Czwarty album Pyrrhon to z jednej strony ciekawe wyzwanie dla wytrwałych maniaków oryginalnego grania, z drugiej zaś niewykluczone, że ostatnia szansa posłuchania zespołu zanim całkowicie wypnie się na death metal i pogrąży w chaosie. Cieszmy się zatem, że z Abscess Time można cokolwiek zrozumieć.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pyrrhonband

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

14 września 2020

Defeated Sanity – The Sanguinary Impetus [2020]

Defeated Sanity - The Sanguinary Impetus recenzja okładka review coverAż siedem długich lat kazali nam czekać na pełnoprawnego następcę „Passages Into Deformity” Niemcy z Defeated Sanity, w dodatku do końca nie było wiadomo, czego można się po nich aktualnie spodziewać. Wprawdzie podwójna epka „Disposal Of The Dead // Dharmata” miała być jednorazowym eksperymentem, aaale jako że do nagrań The Sanguinary Impetus zespół przystępował bez nominalnego gitarniaka, to wątpliwości co do kierunku, w jakim podążają, tylko rosły. Coś musiało się zmienić. Potwierdzenie tych obaw dostajemy już w pierwszych sekundach „Phytodigestion' – łoj, nie jest dobrze…

Defeated Sanity stracili swoje miażdżące dołem brzmienie, uprościli muzykę i niedomagają w sferze brutalności! Jak tego słuchać, panie premierze, no jak?! Ano z dużą uwagą, bo im dalej w płytę, tym bardziej w pytę i nowy koncept Niemców nabiera sensu i wyrazistości. I tak jak ze złagodzeniem brzmienia na The Sanguinary Impetus nie można polemizować, bo jest niezaprzeczalnym faktem (co nie znaczy, że jest kiepskie, oj nie!), tak inne elementy charakterystyczne dla death metalu Defeated Sanity wciąż są obecne, choć mocniej przebijają się do świadomości dopiero z kolejnymi przesłuchaniami.

Obowiązki gitarzysty wziął na siebie perkusista Lille Gruber, który o dziwo podołał wyzwaniu i stworzył całkiem solidne i momentami mocno popieprzone partie, jakkolwiek jego mniej radykalne podejście do instrumentu jest nieco odmienne od tego, co zespół prezentował na wcześniejszych materiałach. Wydaje mi się, że podstawowa różnica dotyczy wprowadzenia pewnych subtelnych zagrywek, które z natury nie są brutalne, bo… wcale takie być nie muszą, a jednak jako urozmaicenie sprawdzają się doskonale. Naturalnie Gruber zadbał też, żeby gitary pięknie zazębiały się i uzupełniały z pracą sekcji rytmicznej – struktury utworów są tak pomyślane, aby każdy z muzyków mógł się wykazać umiejętnościami. Brzmi to zacnie i spójnie, bo Colin Marston dopilnował dobrego balansu całości, szczególnie dużo przestrzeni zostawiając dla basu, jak to zresztą często ma w zwyczaju.

Warto dodać — bo nie każdy zwróci na to uwagę — że przy okazji rewolucji w składzie zmienił się także wokalista, ale to… akurat niczego nie zmienia, bo Josh Welshman sprawnie kontynuuje jedynie słuszną tradycję zupełnie niezrozumiałych bulgotów w możliwie najniższych rejestrach. Tak więc o ile sama muzyka może nie jest aż tak brutalna, jak na poprzednich krążkach, to wokalne wyziewy trzymają zadowalający poziom. Wprawdzie Josh debiut w szeregach Defeated Sanity zaliczył w bonusach na reedycji „Chapters Of Repugnance”, ale dopiero na The Sanguinary Impetus pokazał pełnię swoich możliwości.

Reasumując mamy do czynienia z bardzo dobrym materiałem w odrobinę odświeżonym stylu, który mimo wszystko wymaga od słuchacza (a konkretnie – od frakcji zakochanej w ciągłych blastach) trochę otwartości, może nawet cierpliwości Moim zdaniem wytrwałość w kontakcie z The Sanguinary Impetus się opłaca, bo Defeated Sanity po raz kolejny pokazali, że są w ścisłej czołówce takiego grania. Osobną kwestią jest to, że pod nieobecność Niemców konkurencja — a mam tu na myśli zwłaszcza Cenotaph i Disentomb — nie próżnowała i na szczycie zrobił się spory tłok.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/DefeatedSanity

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

7 września 2020

Unmerciful – Wrath Encompassed [2020]

Unmerciful - Wrath Encompassed recenzja okładka review coverDo czego to doszło! Unmerciful niesamowicie usprawnili proces powstawania nowej muzyki — albo przeprowadzania kolejnych zmian w składzie — dzięki czemu udało im się poskładać Wrath Encompassed w zaledwie 4 lata od wydania poprzedniego materiału, nie zaś w 10, jak to było z krążkiem numer dwa. Pracowitość i ambicje godne pochwały, bo brutalnego death metalu nigdy za wiele, a zwłaszcza kiedy nie bierze on jeńców i jest zagrany na tak zajebiście wysokim poziomie.

Już na początku warto odnotować, że choć nowa płyta Amerykanów jest najdłuższa w ich skromnej dyskografii i trwa prawie 40 minut, to muzycy jakoś nie zawracają sobie głów dawaniem dłuższej chwili na złapanie oddechu (obojętnie – sobie czy słuchaczom) i napierają przede wszystkim w szybkich i baaardzo szybkich („Blazing Hatred”, „Carnage Unleashed”, „Furious Precision” – ugh!) tempach. Nie przeczę, że tak skomasowany atak w większej dawce może być męczący, jednak u mnie budzi wyłącznie respekt (no, i momentami niedowierzanie), bo osiągnięcie takiej intensywności wymaga niemal nieludzkiej wytrzymałości i precyzji. W tym miejscu szczególne słowa uznania dla Trynta Kelly’ego, który nie ma tak dużego nazwiska jak choćby Longstreth, ale jak dalej będzie napierdalał z takim rozmachem, to na pewno je sobie wyrobi. Na Wrath Encompassed dał z siebie chyba wszystko, żeby nie wypaść blado w porównaniu z utytułowanym poprzednikiem. A że koledzy nie zostali w tyle, to jest na czym ucho zawiesić.

Nie da się ukryć, że płyty na płytę Unmerciful korygują rozłożenie akcentów w muzyce, większy nacisk kładąc na technikę, złożoność aranżacji i czytelność brzmienia (o soundzie z debiutu można zapomnieć) niż na jednowymiarowe naparzanie na oślep, a przez to bardzo zbliżają się do tego, co za swoich najlepszych czasów robił Origin. Innymi słowy: esencja zagmatwanego (acz nie do przesady) napierdolu bez śladu eksperymentów. Nie każdemu ta ewolucja pewnie spasuje, ale skoro całość wypada w stu procentach naturalnie, to chyba nie ma sensu zrzędzić. Mnie w każdym razie Wrath Encompassed wszedł lepiej niż „Ravenous Impulse”, co jednak może mieć związek z mniejszymi oczekiwaniami w stosunku do tej płyty. Bywa, że czasem trzeba dać się zaskoczyć na plus.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/officialunmerciful/

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

29 sierpnia 2020

Brutally Deceased - Satanic Corpse [2016]

Brutally Deceased - Satanic Corpse recenzja okładka review coverCzesi z Brutally Deceased wybrali sobie niezbyt oryginalną drogę do kariery: wzorem tysięcy kapel z całego świata rypią klasyczny death metal rodem ze Sztokholmu. W tak oklepanym stylu łatwo zginąć w tłumie, zwłaszcza tak gęstym tłumie, jednak nasi południowi sąsiedzi z płyty na płytę udowadniają, że przy odpowiednim podejściu można z takiego grania jeszcze sporo wyciągnąć, znaleźć w nim miejsce na rozwój, a przy okazji zabrzmieć świeżo i ekscytująco. Żeby nie było wątpliwości, zespół na Satanic Corpse nie robi absolutnie niczego niezwykłego, po prostu z dużym wyczuciem korzysta ze sprawdzonych wzorców i miesza je w różnych fajnych proporcjach.

Główna inspiracja Brutally Deceased od lat wydaje się niezagrożona, a wraz z kolejnymi krążkami zmieniają się tylko zapożyczenia poboczne, stąd też na Satanic Corpse mamy do czynienia z hołdem dla grania a’la wczesny Dismember (tak do trzeciej płyty), który często i gęsto doprawiono pierdolnięciem znanym z albumów Vomitory i miazgą w typie Bloodbath. Słucha się tego fantastycznie, bo Czesi mają dobre wyczucie konwencji, odpowiednie umiejętności techniczne i dość pomysłów, żeby do muzyki na żadnym etapie nie wkradła się nuda. Death metal w ich wykonaniu jest żwawy, chwytliwy (w „At One With The Dead” sprytnie dorzucili „okołomaidenowskie” patenty, jak to Dismember miał kiedyś w zwyczaju), treściwy (wyrobili się w pół godziny) i ma solidnego kopa (większego, niż kiedykolwiek wcześniej), więc nawet najbardziej wymagający miłośnicy „Indecent And Obscene”, „Nightmares Made Flesh” czy „Blood Rapture” powinni być tym materiałem wielce uchachani. Tak na dobrą sprawę Satanic Corpse poziomem zmiata większość gwiazdorskich superprojektów z Entombed A.D. na czele.

Jeśli już można się do czegoś w kontekście Satanic Corpse przyczepić, to chyba tylko wokalu, który sam w sobie nie jest zły i daje radę, ale tak ogólnie brakuje mu większej wyrazistości. Ot growl jakich wiele. Co innego brzmienie, bo chociaż zalatuje Szwecją na kilometr, to nie słychać w nim rozpaczliwego silenia się na oldskul, jak to bywa u innych kapel. Dźwięk na płycie Brutally Deceased jest naturalny i dobrze pasuje do muzyki, ale jest też w pełni współczesny, co nie znaczy, że całość wypolerowano do przesady.

Brutally Deceased po raz trzeci (i najlepszy) dostarczyli kawał znakomitego, nieskazitelnego szwedzkiego death metalu, z którym mogliby brylować na salonach, gdyby tylko Doomentia nieco bardziej przyłożyła się do promocji zespołu. Ode mnie mają pełną rekomendację!


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/brutallydeceased/

podobne płyty:

Udostępnij:

20 sierpnia 2020

Christ Agony – Darkside [1997]

Christ Agony - Darkside recenzja okładka review coverPasmo sukcesów artystyczno-komercyjnych Christ Agony — czyli innymi słowy pierwsze trzy albumy — zostało brutalnie przerwane w momencie wydania Darkside – płyty eksperymentalnej i kontrowersyjnej, a po fanowsku rzecz ujmując: po prostu nieudanej. Rok wcześniej Samael zelektryzował świat metalu śmiałym użyciem elektroniki i kosmicznym klimatem, co dla zespołu Cezara (czy raczej dla jego studyjnej namiastki) mogło być jakimś impulsem do wprowadzenia zmian w muzyce, jednak bądźmy szczerzy – przejście z bogatego aranżacyjnie black metalu do mariażu techno, poezji śpiewanej i przesterowanych gitar nikomu nie mogło wyjść na dobre.

I nie wyszło. Na Darkside trudno się doszukać jakichś punktów wspólnych z kultową trylogią, bo płyta jako całość jest potwornie niespójna stylistycznie, struktury utworów zostały drastycznie uproszczone, brzmienie jest sztuczne (kłania się automat perkusyjny) i niezbyt dopasowane do muzyki (w dodatku „The Key” pod względem produkcji odstaje od pozostałych), diabelski klimat Christ Agony uleciał całkowicie i nawet wokale Cezara (zwłaszcza te czyste i płaczliwe) momentami są bardzo odległe od tego, co z powodzeniem robił wcześniej przez kilka lat. Ja rozumiem, że poprzednia formuła mogła się ojcu założycielowi znudzić, ale robienie z płyty śmietnika nieprzystających do siebie pomysłów nie jest najlepszym rozwiązaniem.

Jakby tego było mało, na Darkside jest aż jeden rasowy metalowy numer — „Kingdom Of Abyss” — w szybkim tempie i z agresywnymi riffami, i właściwie tylko on zasługuje na szczere wyróżnienie. Poza nim trochę sensownego grania można wyłuskać jedynie z „Darkside” (część „Eternal” jest dużo ciekawsza niż „Beauteous Death”) i „The Triangle” (ale dopiero jak się rozkręci) oraz — już w mniejszym stopniu — z „Dark Goddes” (udana melodia) i „Heredity” (ze dwa spoko riffy). Nie ma co ściemniać, to niewiele jak na zespół z takimi dokonaniami, tym bardziej, że w pozostałych kawałkach gitary robią wyłącznie za niemrawy wypełniacz tła. „My Spirit Seal” (w obu wersjach) najlepiej przepstrykać zanim w ogóle się zacznie – szkoda waszych nerwów na taką awangardę.

Wydaje mi się, że kiedyś byłem bardziej wyrozumiały dla tej płyty i siłą rzeczy jakiś sentyment do Darkside mi pozostał, jednak nie na tyle silny, żeby sięgnąć po nią częściej niż raz na kilka lat. W katalogu Christ Agony jest kilka lepszych albumów, a precyzując – wszystkie.


ocena: 5,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ChristAgony

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

9 sierpnia 2020

Kat – Somewhere In Poland 2003 [2004]

Kat - Somewhere In Poland 2003 recenzja okładka review coverCzy to się komuś podoba, czy nie, ostatnia płyta Kata w relatywnie oryginalnym (czy też najbardziej „klasycznym”) składzie to koncertówka, w dodatku dość osobliwa. W normalnych warunkach takie wydawnictwo stanowi wypasione ukoronowanie jakiegoś okresu i prezentację dotychczasowego dorobku, w przypadku Somewhere In Poland 2003 można mówić raczej o chęci odkreślenia przeszłości grubą linią. No i nie ma to nic wspólnego z wypasem, bo na płytę wepchnięto ledwie 65 minut materiału zarejestrowanego we Wrocławiu, więc sami przyznacie, że to okrutnie mało, jak na ponad dwudziestoletni dorobek.

Koncert jest zapisem z Mystic Festival, który odbył się 28 listopada 2003 roku, kiedy Kat robił za rozgrzewkę przed Iron Maiden. Nagrane wówczas utwory poddano później solidnej obróbce w studiu (łącznie z dogrywkami), stąd też całość brzmi niemal imponująco – potężnie, ciężko i czysto. A że kryje się w tym drobne oszustwo? „Wszyscy tak robią” – Piotr Luczyk. Ten sam Luczyk Piotr z sobie tylko znanych powodów pokusił się o odegranie koncertu na jedną gitarę (gdzieniegdzie tylko oficjalnie wspomagając się technicznym), co jest o tyle ciekawe, że pod ręką był Valdi Moder, który grał z Katem na trasach poprzedzających ten festiwal. Ja wiem, że Piotr ma wielkie umiejętności, ale z tak utalentowanym kompanem mógłby osiągnąć znacznie lepsze rezultaty, a przede wszystkim sięgnąć po bardziej wymagający repertuar. Niczego w zasadzie nie można zarzucić sekcji rytmicznej (tworzy zwarty i cholernie mocny fundament całości) oraz formie wokalnej Romana, choć jakość jego zapowiedzi bywa dyskusyjna.

Setlista jest… taka sobie — i już abstrahując od tego, że krótka — bo zawiera sporo niezbyt koncertowych utworów i zapychacz w postaci motywu z filmu „Mission Impossible”. Owszem, „Płaszcz Skrytobójcy”, „Purpurowe Gody” i „Niewinność” bronią się w wersjach studyjnych (ten ostatni najmniej), ale na żywo jakoś specjalnie pulsu nie przyspieszają, no i wyraźnie zaburzają dynamikę występu. Dobrze chociaż, że zespół zadbał o kilka największych hiciorów z „Wyrocznią”, „Killerem”, „Wierzę” i „Diabelskim Domem” na czele. Mnie jednak najbardziej brakuje porządnej reprezentacji „Bastarda”, bo „Łza Dla Cieniów Minionych” (swoją drogą – dziwnie tu brzmi gitara rytmiczna) i zajawka „W Bezkształtnej Bryle Uwięziony” to zdecydowanie za mało. I jeszcze coś – w intrze zachowano trzysekundową zapowiedź rodem z PRLu, jakbyśmy, kurwa, nie wiedzieli, czyja płyta trafiła do odtwarzacza.

Jako bonus, do płyty dorzucono nową wersję klasycznego „Ostatniego Taboru” (plus w najlepszym przypadku półprofesjonalny teledysk do tego utworu). Numer zachwyca gitarowymi ornamentami i ślicznym brzmieniem, ale czy jest przez to lepszy od oryginału? Moim zdaniem jednak nie.

I tak właśnie wygląda pożegnanie z Katem. Z jednej strony Somewhere In Poland 2003 robi bardzo dobre wrażenie, z drugiej natomiast pozostawia ogromny niedosyt i zniesmacza całym cyrkiem, który towarzyszył wydaniu tej płyty.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: kat-band.com

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

21 lipca 2020

Misery Index – Rituals Of Power [2019]

Misery Index - Rituals Of Power recenzja okładka review coverDo dupy z tym Misery Index! Co się zabierałem do pisania o Rituals Of Power, wychodziła mi praktycznie kopia recki „The Killing Gods”. Co poradzić, skoro Amerykanie dopracowali swój styl do perfekcji i w jego ramach nagrywają wyłącznie zajebiste płyty, które po prostu trzeba obsypywać komplementami. Poza tym wydaje mi się, że wymyślanie nowych utworów przychodzi im z taką łatwością, jakby byli jedynymi przedstawicielami grindującego death metalu na świecie i nie musieli się nikim przejmować. A może naprawdę się nie przejmują? Kto ich tam wie; ja w każdym razie jestem przekonany, że żaden miłośnik gwałtownej muzyki nie będzie ich materiałem zawiedziony.

Misery Index, podobnie jak ostatnio, przygotowali zestaw kilku numerów, które są niesamowicie energetyczne, dynamiczne, brutalne, niezaprzeczalnie chwytliwe i w sumie… niepodrabialne. Zespół ma doskonały patent na łączenie totalnej żywiołowości, chirurgicznej precyzji i technicznego mistrzostwa, więc, co zrozumiałe, korzysta z niego także na Rituals Of Power. Świetnym przykładem kompozytorskiego wyrobienia Misery Index jest uberhiciorskie „New Salem”, który każdego maniaka złapie za mordę i przeciągnie po podłodze jak mokrą szmatę. Z kolei odrobinę inne wrażenia zapewniają „Decline And Fall” i kawałek tytułowy, bo choć również szybko wpadają w ucho i pierdolnięcia im nie brakuje, to w swoich późniejszych częściach zaskakują pewną dramaturgią i bardzo klimatycznymi partiami, które udanie podnoszą poziom świeżości i tak już świeżej muzyki.

Ponadto zespołowi należą się pochwały za kapitalne soczyste — a przy tym nieco inne niż na „The Killing Gods” — brzmienie i krystaliczną produkcję, która uwypukla wszystkie aranżacyjne cudeńka i podbija dynamikę i tak już dynamicznych utworów. Warto także wspomnieć, że Rituals Of Power jest pozbawiony wszystkiego, co miałoby choćby znamiona zapychacza. Innymi słowy: zero dłużyzn, sam konkret, w dodatku podany z pełnym zaangażowaniem.

Jako że jestem z natury czepliwy i zawsze muszę się do czegoś przypieprzyć, a w przypadku Rituals Of Power nie mam właściwie do czego, na zakończenie napiszę tylko, że trochę martwią mnie coraz dłuższe przerwy między kolejnymi płytami Misery Index. No, ale jeśli taka ma być cena ich wysokiej jakości, jakoś to przeboleję.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/MiseryIndex

inne płyty tego wykonawcy:






Udostępnij:

12 lipca 2020

Mercyless – The Mother Of All Plagues [2020]

Mercyless - The Mother Of All Plagues recenzja okładka review coverThe Mother Of All Plagues to już trzeci album Mercyless od momentu ich powrotu do grania po dziesięcioletniej przerwie i jakby tego było mało, trzeci naprawdę udany. Tym samym Francuzi, przynajmniej ilościowo, przebili swój klasyczny dorobek z pierwszej fazy działalności, zanim znudziło im się brutalne granie. Zespół ponownie raczy nas podanym na surowo pierwotnym death metalem, i choć muzyka na pewno nie jest aż tak obskurna jak na „Pathetic Divinity”, to z pewnością trafi do wielbicieli zagranego z jajami oldskula.

Przy pierwszym zetknięciu The Mother Of All Plagues sprawia wrażenie materiału nieco nowocześniejszego od poprzednika (czy tam bliższego współczesności), co wcale nie znaczy, że Francuzi proponują jakiekolwiek patenty wykraczające poza 1992 rok. Nic podobnego! Momentami brzmi to wszystko tak, jakby nagrania „Abject Offerings” były dopiero przed nimi, stąd też trafiają się riffy ewidentnie zainspirowane Possessed i wczesnym Death. Komuś to przeszkadza? No! Tym bardziej, że całość zgrabnie trzyma się kupy i stanowi przyjemny powrót do przeszłości, do czasów, kiedy z muzyki na każdym kroku przebijała się prawdziwa szczerość i zaangażowanie. Na The Mother Of All Plagues ani jednego ani drugiego nie brakuje, co jest pewnym ewenementem, biorąc pod uwagę metryki panów z Mercyless. Im się po prostu chce grać, bez rozmieniania się na drobne i — sądząc po limitach ich płyt — bez ciśnienia na robienie wielkiej kariery.

W stosunku do „Pathetic Divinity” nowy album jest wyraźnie wolniejszy (blasty pojawiają się znacznie rzadziej), nieco mniej brutalny i może się pochwalić dużo czystszym brzmieniem, ale na szczęście wokal Maxa Otero wciąż jest pięknie wymiotny, solówki (w tym kilka zagranych przez gości) to klasa sama w sobie, a chwytliwość utworów została zachowana na identycznym poziomie, choć osiągnięto ją w inny sposób. W odróżnieniu od poprzednika, na którym dużą rolę odgrywały sprytnie skonstruowane refreny, teraz Mercyless mocniej zaakcentowali same melodie. Tak przygotowanej płyty słucha się z dużą przyjemnością, zwłaszcza że 35 minut to optimum, choć mogłoby być jeszcze lepiej, gdyby wywalić nic niewnoszące interludium, a całość miała w sobie więcej brudu. To jednak tylko szczegóły, na które można z łatwością przymknąć oko. Ja przymykam i dlatego mogę wystawić The Mother Of All Plagues solidne 8.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/mercylesscult/

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

3 lipca 2020

Uerberos – Stand Over Your Grave [2020]

Uerberos - Stand Over Your Grave recenzja okładka review coverUerberos to taka ciekawostka przyrodnicza z Discovery – rzadki przykład zespołu, który nie zawodzi pokładanych w nim nadziei. Na potwierdzenie tych słów mam Stand Over Your Grave – następcę i tak już udanego „Tormented By Faith", którym młodzieńcy z Żor trzy lata temu zaznaczyli swoją obecność na polskiej scenie. Do drugiego ataku przystąpili w rozbudowanym składzie, lepiej przygotowani i — sądząc po sączącej się zewsząd agresji — zdeterminowani jak nigdy wcześniej. Poprawili się dosłownie w każdym aspekcie, więc jeśli z jakiegoś powodu przeoczyliście ich debiut, to teraz nie będzie dla was żadnych wymówek.

Przede wszystkim Uerberos nie zafundowali swoim — jak dotąd nielicznym (ale to się wkrótce zmieni) — fanom powtórki z rozrywki, a zatem kalki „Tormented By Faith”. Choć ogólne założenia muzyki wydają się takie, jak poprzednio, Stand Over Your Grave jest materiałem zdecydowanie innym – bardziej intensywnym, cięższym, szybciej wpadającym w ucho, a przy tym szybkim jak skurwysyn. Chłopaki nie komplikują specjalnie przekazu, skupiają się raczej na grzaniu w okrutnych tempach, a czynią to na tyle inteligentnie, że nie ma tutaj mowy o monotonnych czy jednowymiarowych kompozycjach. Jeśli lubicie podejście do grania szwajcarskiego Requiem, to wizja death metalu według Uerberos z pewnością przypadnie wam do gustu, bo to napierdol sprawiający podobną radochę.

Mimo iż przez 40 minut zespół praktycznie napiera od blastu do blastu (wyrazy współczucia dla perkusisty), w muzyce jest dość smaczków i skoków dynamiki, żeby utrzymać uwagę słuchacza i zmusić go do kolejnych przesłuchań. Z jednej strony to zasługa zdobytego doświadczenia i rozwinięcia zmysłu kompozytorskiego, a z drugiej naprawdę solidnego podciągnięcia warsztatu technicznego, bez którego wielu z zawartych na Stand Over Your Grave pomysłów Uerberos nie byliby w stanie zrealizować. Na debiucie nie było przecież aż tak gęstych i wyrazistych numerów jak chociażby „Beautiful Crimson Of Your Blood”, „Flaming Darkness” (oba zdradzają duży potencjał koncertowy), „Putrescine” czy „To Make You Suffer!” (z kolei do tej dwójki udanie wprowadzono motoryczne partie).

Jakby tego było mało, Uerberos weszli na wyższy poziom również jeśli chodzi o produkcję. Zespół skorzystał z usług tego samego studia i realizatora co przy okazji debiutu, jednak uzyskał zupełnie inne rezultaty. Stand Over Your Grave brzmi znacznie nowocześniej, masywnie, z zajebistym mięskiem w gitarach i dostatecznie czytelnie, żeby nie zatracić aranżacyjnych niuansów w jednolitej ścianie dźwięku. Mały problem mam tylko z wokalami, bo czasami wydaje mi się, że nie są odpowiednio zespolone z muzyką, że nie do końca dobrze je zbalansowano w miksie.

Nie licząc tego szczegółu — urojonego bądź nie — muszę przyznać, że Uerberos odwalili kawał dobrej roboty, za którą należą im się szczere pochwały. Zespół otrząsnął się z wcześniejszych wpływów (tym razem nawet z lupą nie doszukałbym się zbieżności z Sinister), nabrał pewności siebie i pokazał prawdziwy potencjał ekstremalnego nakurwiacza. Fani bezlitosnej młócki z pewną dozą chwytliwości w typie Hour Of Penance, Mass Infection czy Antropofagus powinni być Stand Over Your Grave usatysfakcjonowani.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/uerberosband/

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

21 czerwca 2020

Ad Nauseam – Nihil Quam Vacuitas Ordinatum Est [2015]

Ad Nauseam - Nihil Quam Vacuitas Ordinatum Est recenzja okładka review coverFani najbardziej szalonego oblicza Gorguts wystąp! Ad Nauseam to zdecydowanie zespół dla was! Włosi za główną inspirację obrali sobie przede wszystkim „Obscura” i „Colored Sands”, a więc muzykę zajebiście ambitną, wymagającą (tak od nich samych, jak i od słuchaczy), brutalną i utrzymaną w specyficznym nastroju. Żeby nie było zbyt nudno i jednowymiarowo, całość uzupełnili rozwiązaniami charakterystycznymi dla nieco niedocenianego Gigan oraz, już skromniej, Ulcerate (zerknijcie na tytuł drugiego kawałka na ich debiucie…) czy Altars. Na papierze wygląda to na mieszankę wybuchową, a w rzeczywistości – jest jeszcze lepiej.

Nihil Quam Vacuitas Ordinatum Est to najwyższej próby techniczny death metal, który dla większego doprecyzowania stylu można by uzupełnić określeniem awangardowy, gdyby nie to, że Ad Nauseam pojawili się przynajmniej o kilka lat za późno. Nie zmienia to faktu, że jako jedni z naprawdę nielicznych doskonale poradzili sobie z pogiętym jak widelec w mlecznym barze materiałem. Tu nie ma żadnych kompromisów czy chodzenia na skróty ani tym bardziej liczenia się z możliwościami przeciętnych odbiorców – czyli coś, co lubię. Przez 55 minut Nihil Quam Vacuitas Ordinatum Est zespół praktycznie nie zostawia chwili na wytchnienie, a jeśli już – to jest to wytchnienie pozorne, bo wiadomo, że zaraz nastąpi jakieś jebnięcie, a poza tym nawet w tych spokojnych partiach (w tym w opartych na instrumentach smyczkowych) Ad Nauseam również potrafią nieźle zamieszać.

Warto odnotować — bo to prawdziwa rzadkość — że gitarzyści sprawnie opanowali techniki duetu Lemay-Hurdle, niezbędne do wydawania dziwnych-popieprzonych dźwięków i skrzętnie z nich korzystają, nawet wtedy, gdy tempo utworu jest ekstremalnie szybkie i takie wygibasy wymagają nadludzkiej precyzji, a kto wie, czy i nie dodatkowych kończyn. W ogóle bardzo mi się podoba, że im szybciej Ad Nauseam grają — a rozpędzają się bardziej niż Gorguts kiedykolwiek — tym bardziej jest to skomplikowane i przytłaczające, czego przykład mamy chociażby w „Into The Void Eye”. Co ciekawe, pomimo absurdalnie pokręconych struktur i wielu gwałtownych zmian klimatu, na Nihil Quam Vacuitas Ordinatum Est zawarto także odrobinę chwytliwości (takiej w stylu znanym z „Nostalgia”), dzięki której album wchodzi dość gładko jak na takiego potwora.

Dużą rolę w przystępności Nihil Quam Vacuitas Ordinatum Est odgrywa świetnie dobrane, naturalne brzmienie, które jest zasługą wysiłków całego zespołu. Ponoć Włosi korzystali przy nagraniach z jakiegoś archaicznego sprzętu i dużo kombinowali z jego ustawieniami – cokolwiek by tam nie wyczyniali, zdało egzamin, bo selektywność instrumentów (żaden nie został potraktowany po macoszemu) przy takim zagęszczeniu dźwięków robi ogromne wrażenie. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że Ad Nauseam od początku wiedzieli, jaki chcą uzyskać efekt.

Zatem jeśli nie boicie się muzyki, która ryje beret i nikogo nie pozostawia obojętnym, debiut Ad Nauseam powinien być dla was ciekawym doznaniem. Albo wyzwaniem.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalna strona: www.adnauseam.it

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

14 czerwca 2020

Construct Of Lethe – Exiler [2018]

Construct Of Lethe - Exiler recenzja okładka review coverGeneza tego zespołu/projektu jest z lekka dziwna, bo powstał tylko po to, żeby Tony Petrocelly mógł jakoś spożytkować materiał, jaki w ciągu ostatnich lat przygotował pierwotnie dla paru swoich, w tej chwili w większości już nieistniejących, kapel. Ot, takie death metalowe wysypisko nieużywanych pomysłów. Debiutem Construct Of Lethe udowodnił jednak, że nie robi niczego na odpierdol i koniec końców taki „patchworkowy” twór ma sens. Dwójka wyszła mu jeszcze lepiej, więc tym bardziej zachęcam, żeby dać zespołowi szansę. Wszak od ostatniej porządnej płyty Morbid Angel upłynęło tak dużo czasu…

Nie da się ukryć, że muzyka Construct Of Lethe jest w ogromnym stopniu zainspirowana dokonaniami Morbidów, a wpływy ekipy Azagthotha słychać ba Exiler niemal w każdej frazie, ale Amerykanie nie ograniczają się tylko do nich, inkorporując do utworów choćby schizolskie patenty Immolation czy dysonanse charakterystyczne dla Gorguts. To wszystko okrasili garścią swoich — należy nadmienić, że ciekawych i udanie wplecionych — pomysłów i podali w dobrze dopasowanym brzmieniu. Bardzo istotne jest to, że Construct Of Lethe nie boją się eksperymentów, nie wydają się być ograniczeni wcześniej wypracowanymi schematami, ani też nie próbują być nowocześni na siłę – jeśli coś im pasuje do utworów, po prostu korzystają z tego. Słuchając Exiler nie czuję zgrzytów, tu każdy element gładko i naturalnie zazębia się z innymi. Construct Of Lethe pokazują, w jakiem kierunku Morbidzi powinni się rozwijać, żeby zachować łączność z przeszłością, a przy okazji robić coś świeżego.

Od strony wykonawczej Exiler nie może budzić najmniejszych zastrzeżeń, bo gitarzyści doskonale opanowali swój fach (Patrick Bonvin pewnie ze dwa razy dziennie modli się do Azagthotha…), a nagrany przez Tony’ego Petrocelly bas nie sprowadza się do plumkania w tle i naprawdę wnosi jakąś wartość do kawałków. Perkusję na Exiler nagrał sesyjnie Kévin Paradis, obecnie jeden z bardziej rozchwytywanych bębniarzy w death metalu, więc jakości jego partii można się domyślać. Całość trwa 40 minut, co przy tym poziomie intensywności i ilości urozmaiceń wydaje się optymalną długością – w ten sposób muzyka ani nie nudzi ani nie doprowadza do przegrzania obwodów.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/constructoflethe/

podobne płyty:

Udostępnij:

7 czerwca 2020

Altarage – Nihl [2016]

Altarage - Nihl recenzja okładka review coverAltarage to zyskujący coraz większą rozpoznawalność przedstawiciel zyskującego coraz większą popularność nurtu chaotycznego i nieprzystępnego death metalu, w którym wszystko, co tylko możliwe jest nieczytelne lub spowite mgłą tajemnicy. Stąd też nie wiadomo, kto dokładnie stoi za zespołem (bo obowiązkowo twarze pozasłaniali czarnymi woalkami) i za co w nim odpowiada ani gdzie, kiedy i z kim tenże zespół nagrał swój debiutancki materiał. Znany jest jedynie autor okładki. A, i jeszcze główne inspiracje, bo Hiszpanie w mało subtelny sposób ściągają mnóstwo patentów ze środkowego etapu australijskiego Portal.

Styl, poziom i wizerunek Altarage w pierwszej chwili sugerują, że zespół najpierw wymyślił sobie (podpatrzył) i zaczął (d)opracowywać całą otoczkę, zaś kwestię muzyki zostawił na później – bo cusik się w końcu do tego dopasuje i będzie git. I dopasowali – Nihl sprowadza się praktycznie ściany przytłaczającego hałasu, z którego trudno cokolwiek wyodrębnić, zwłaszcza kiedy kapela wrzuca wyższy bieg. Popieram ogólną ideę i jestem nawet skłonny Hiszpanów za nią pochwalić, ale odrobina wyrazistości też by w tym chaosie nie zaszkodziła, bo momentami słychać, że jeszcze nie nad wszystkim potrafią zapanować, więc obok naprawdę niezłych numerów („Womborous”, „Altars”, „Graehence” – w tym ostatnim mamy najbardziej melodyjny riff) trafiają się i takie, w których zwyczajnie przesadzają z monotonią i banalnością struktur (wskazałbym szczególnie „Baptism Nihl” i „Batherex”).

Nihl trudno uznać za ucztę dla estetów, bo Altarage korzystają z dość prostych rozwiązań, nie pozwalają sobie na zbyt wiele aranżacyjnych urozmaiceń (to akurat byłoby wskazane – jak u Abyssal lub późnego Portal), a brzmienie płyty jest smoliste i mocno przybrudzone. Dla niektórych nie do przejścia będą ponadto osobliwe wokale – cuś jak jęki i pomruki przepuszczone przez kilkumetrową rurę pcv. Mnie taka forma ekspresji w ogóle nie przeszkadza, nie licząc tego, że w żaden sposób nie idzie zweryfikować tekstów.

Mimo całej zamierzonej czy przypadkowej nieprzystępności Nihl ma w sobie coś, dzięki czemu nie można zespołu tak po prostu skreślić. Może to przebijający się z tych dźwięków potencjał, a może znajomość ich kolejnych płyt i świadomość, jak duże zrobili postępy. Jakbym nie miał zakrzywionego obrazu rzeczywistości, potrafię czasem wrócić do tego debiutu.


ocena: 6/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ALTARAGE/

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

3 czerwca 2020

Ara – Jurisprudence [2020]

Ara - Jurisprudence recenzja okładka review coverLudzie to są świnie. Ot na przykład: ktoś wymyślił sobie, żeby opisać twórczość Ara jako techniczny i eksperymentalny death metal w stylu Gorguts i Anata. W ten sposób jedynie zrobił zespołowi krzywdę, bo później jakiś napaleniec, dajmy na to ja, rzuci się na ich płytę, wysłucha jej z ogromnymi oczekiwaniami, by w końcu skierować pełne pretensji pytanie do wszechświata: no co jest, do kurwy nędzy? Nie dość, że muzyka tego amerykańskiego kwartetu nie ma właściwie nic wspólnego z wyżej wymienionymi kapelami i można ją sprowadzić do „po prostu death metal”, to jeszcze w zasadzie w ogóle nie robi wrażenia.

Instrumentaliści stojący za Ara potrafią wprawdzie dość sprawnie przebierać kończynami, nie gubią się w tych dźwiękach (osobną kwestią jest to, że nie za bardzo jest się tu w czym zgubić), jednak Jurisprudence nie ma w sobie niczego, dzięki czemu ten materiał mógłby wyrastać ponad gatunkową przeciętność. Przypuszczam, że gdyby nie te ciągnące się za zespołem porównania, sam pewnie zakończyłbym kontakt z albumem już po pierwszym kawałku albo nawet w jego trakcie (posłuchacie – zrozumiecie). Magia dużych nazw robi swoje, więc dzielnie wytrwałem kilkanaście przesłuchań, z każdym kolejnym coraz bardziej tracąc nadzieję na wyłapanie czegoś powalającego. Jeśli starczy wam skupienia i mocno się wsłuchacie, to może wyłuskacie kilka riffów zainspirowanych Anata czy partii wokalnych ocierających się o wrzaski Lemay’a (tylko bez tej jego ekspresji), ale to naprawdę wszystko, co łączy Ara z tymi mistrzami.

O krzywdzie, jaka spotkała zespół z zewnątrz, już wspomniałem, teraz muszę wskazać drugą, którą zafundowali (i to dosłownie) sobie sami. Jurisprudence brzmi z lekka dziwnie, żeby nie napisać – do dupy. Serio, krążek oferuje jakość dźwięku na poziomie potraktowanej po macoszemu demówki, nie zaś już kolejnej w dorobku kapeli płyty, która ma pourywać łby. Szczególnie cienko i sztucznie brzmi perkusja — jak z automatu produkcji północnokoreańskiej — czego najgorszy przykład mamy w końcówce „Etymologicide”. Co ciekawe, podobno Amerykanie mieli do wyboru inną wersję masteringu (czy lepszą – tego nie wiadomo), ale w głosowaniu została odrzucona.

W sensownej oprawie muzyka Ara mogłaby się jakoś obronić, bo nie jest to robota amatorów, jednak w obecnej formie spodoba się naprawdę nielicznym. Ja polecałbym odroczyć kontakt z zespołem do następnego materiału, a nuż będzie lepiej.


ocena: 6/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Ara.Music.WI
Udostępnij:

31 maja 2020

Pestifer – Expanding Oblivion [2020]

Pestifer - Expanding Oblivion recenzja okładka review coverPestifer to zespół, któremu zaraz po wydaniu debiutu przepowiadano karierę równie spektakularną jak ta, która stała się udziałem Obscura. Lata mijały i nic takiego nie nastąpiło, zaś zespół stopniowo schodził do coraz głębszego podziemia, kojarzony jedynie przez garstkę fanów. W tym roku Belgowie dobili wreszcie do mitycznej trzeciej płyty, jednak nie należy mieć jakichkolwiek złudzeń, że za jej sprawą dokona się przełom i świat padnie do ich stóp – i nie ma to nic wspólnego z muzyką. Przy absurdalnym limicie na poziomie 500 sztuk nie zawojują nawet średniej wielkości popegeerowskiej wsi.

Na Expanding Oblivion zespół sprawnie kontynuuje styl i formułę brzmieniową zapoczątkowane na „Age Of Disgrace”, co jest o tyle ciekawe, że na długo przed nagraniami obu długoletnich gitarzystów wymieniono na zupełnego świeżaka, choć z pewnym doświadczeniem m.in. w Emeth. Znaczy to tyle, że muzyka Pestifer nie jest dziełem przypadku, a jako kapela są dość pewni swojego stylu i chcą się go konsekwentnie trzymać. Warto temu przyklasnąć, bo techniczny death metal w wykonaniu Belgów znacznie różni się od tego, co zazwyczaj jest kojarzone z takim graniem i przez to może być bardziej atrakcyjny dla wybrednych słuchaczy. Pestifer nie wypadli Necrophagist spod ogona i nie starają się na siłę kopiować patentów Suiçmeza; bliżej im natomiast do mniej ekstremalnych, ale też istotnych aktów typu Martyr, Atheist, Sadist czy średnio zaawansowany Gorguts.

W przypadku Pestifer techniczne zaplecze służy do budowania ciekawych, wielowątkowych i zrównoważonych kompozycji, a wszelkie solówki — choć jest ich dużo — stanowią ich uzupełnienie, nie odwrotnie. Podobnie jest z tempami i poziomem brutalności. Owszem, słychać, że to death metal, perkusista nie ma problemu z blastami, wokale są agresywne, jednak na pewno to nie jest napierdalanie dla samej idei napierdalania. Trzy kwadranse Expanding Oblivion nie przytłaczają, w dodatku całość jeszcze nieco rozładowują trzy krótkie instrumentale. W inność Pestifer wpisuje się również dalekie od sterylności brzmienie albumu. Belgowie pozwolili sobie na odrobinę przybrudzony dźwięk, co wcale nie zaszkodziło czytelności instrumentów – choćby bezprogowy bas cały czas przebija się na powierzchnię i robi tam odpowiednie zamieszanie.

Paradoksalnie to, co dla większości nowych odbiorców powinno być interesującego na Expanding Oblivion, dla fanów poprzednich dokonań Pestifer może stanowić pewien problem, bo oni już dobrze znają podejście zespołu do technicznego death metalu. Nie chodzi o to, że zawartość płyty doprowadzi ich do wyrzygu, bo to wątpliwe zważywszy na jej wysoki poziom. Już raczej mogą być zawiedzeni brakiem jakichś rewolucyjnych zmian w stylu czy ogólnie – elementu zaskoczenia.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.pestifer.be

Udostępnij: