facebook

26 lutego 2011

Burning Inside – The Eve Of The Entities [2000]

Burning Inside - The Eve Of The Entities recenzja okładka review cover
Burning Inside miał wszelkie predyspozycje ku temu, żeby osiągnąć choćby chwilowy sukces – wszak magia nazw, takich jak Death, Control Denied, Acheron, Iced Earth, Incantation czy nawet Black Witchery powinna zadziałać nie tylko na cholernie szerokie grono potencjalnych słuchaczy, ale przede wszystkim na żądnych oszczędności wydawców. Z niewytłumaczalnych przyczyn tak się jednak nie stało i "The Eve Of The Entities" wydała, a następnie pogrzebała mała polska wytwórnia. Między innymi przez straszliwe zaniedbania Still Dead kapela nie zdobyła należytego jej uznania; wielka szkoda, bo debiut Amerykanów — abstrahując już od wielkiej sieci personalnych koneksji — to bardzo porządny death metalowy krążek. Mimo, iż w muzyce tego zespołu nie brakuje gęstych blastów i niezłego mieszania na gitarach, nie ma to nic wspólnego z napierdalatorami pokroju Dying Fetus czy Deeds Of Flesh.

23 lutego 2011

Union – Christ Agony [2005]

Union - Christ Agony recenzja okładka review cover
"Christ Agony" od pierwszej sekundy brzmi staro, a to tylko jedna z zalet tej płyty! Większość numerów utrzymana jest w stylistyce i klimacie dobrze znanym przede wszystkim z "Daemoonseth Act II" i "Moonlight" (choć i szczypta "Unholyunion" też się znajdzie), oprócz tego mamy 'Hellfire' i 'Flames Of Hate' – oba krótkie, wściekłe i brutalne, z wyraźnym piętnem Moon, ale — niestety? — bez solówek. Po takiej charakterystyce już wiadomo, czego się spodziewać – 46 minut i 55 sekund porządnie zaaranżowanego black metalu z depresyjnymi melodiami (najlepsze są w 'Eternal Hellbound', 'Evil Curse' i 'Horn Of Sacrifice' – coś pięknego, tego się nie można nauczyć, to trzeba mieć w sobie!), jadowitym wokalem Cezara, wyraźnym chrzęstem basu (Reyash!) i raczej nieskomplikowanymi acz mocno nawalającymi garami

20 lutego 2011

Christ Agony – Unholyunion [1993]

Christ Agony - Unholyunion recenzja okładka review cover
Znam wielu, którzy nie potrafią przebrnąć nawet przez jeden numer z tej płyty, o całości nie wspominając. No cóż, "Unholyunion" to 52 minuty rozłożone na cztery mocno rozbudowane utwory – to może robić wrażenie, a już na pewno stanowi duże wyzwanie dla ludzi oczekujących od muzyki łatwo dostępnych i szybkich doznań. Tak duża dawka black metalu o jednoznacznie przegniłej atmosferze, a jednocześnie trudniejszego w odbiorze niż to wynika z samych nutek, zdecydowanie nie jest dla każdego; darować ją sobie mogą zarówno miłośnicy klepania jednym palcem w plastikowe casio w imię klimatu, jak i zmanierowane mizantropijne siury, zgłębiające swoją wyszukaną duchowość i religijność przy bzyczeniu i mamrotaniu. Klimat wytwarzany przez Christ Agony opiera się wyłącznie na tradycyjnych w metalu instrumentach

17 lutego 2011

Lost Soul – Scream Of The Mourning Star [2000]

Lost Soul - Scream Of The Mourning Star recenzja okładka review cover
Jest u nas takie niepisane scenowe prawo, które mówi, że jeśli ma się do zaoferowania tylko muzykę, to swoje trzeba odczekać, aż ktoś — zamiast przydepnąć — łaskawie da szansę wypłynięcia na szerokie (w każdym razie szersze niż kałuża) wody. I tak na przykład Lost Soul w drodze do debiutu musieli kiblować w pod-podziemiu prawie 10 lat. Wobec powyższego "Scream Of The Mourning Star" nie miał prawa być falstartem. I nie jest, do tego mocno wyrasta ponad średnią krajową, będąc niezłą wizytówką naszych brutali na świecie. Nie bez powodu trafili, choć na krótko, w szeregi Relapse. Zaprocentowały doświadczenia zebrane na przestrzeni lat (najbardziej rozwinął się Adam – już zacnie wyrabia za gitarami) i dzięki temu płyta ma odpowiednią siłę uderzeniową, żeby utrzymać słuchacza przy odtwarzaczu na czas kilku intensywnych przesłuchań. Debiut Lost Soul nie jest na pewno materiałem jednorazowego użytku.

14 lutego 2011

Cemetary – Godless Beauty [1993]

Cemetary - Godless Beauty recenzja okładka review cover
Miłośnicy ostatnich, miętkich i rozwodnionych dokonań Cemetary (albo bardziej po naszemu – CEMENTary) pewnie nie zdają sobie sprawy, że kiedyś ten zespół należał do przedstawicieli ciężkiego grania i odnosił na tym polu pewne sukcesy. Ich druga, a zarazem ostatnia sensowna płyta, "Godless Beauty", to dość klimatyczny death metal z doomowymi zapędami – granie całkiem przyjemnie w odbiorze, a i brzmiące — jak na rok 1993 i studio Sunlight — też niczego sobie. Szwedzi zdecydowanie odpuścili sobie agresywne dopieprzanie a’la debiut, w zamian wprowadzili do swojej muzyki sporo czytelnych melodii, trochę lajtowych odnośników do Paradise Lost (unikam ich jak mogę, ale jednak właśnie z nimi to się kojarzy, jaskrawym przykładem jest 'Adrift In Scarlet Twilight') oraz prostoty typowej dla pierwszych (sensownych – czyli dwóch) płyt Tiamat.

11 lutego 2011

Nevermore – The Obsidian Conspiracy [2010]

Nevermore - The Obsidian Conspiracy recenzja okładka review cover
To było do przewidzenia, choć akurat w tym przypadku wolałbym się mylić. Nevermore nie podołali misji stworzenia albumu lepszego niż "This Godless Endeavor". Nie byłoby jednak tragedii, gdyby "The Obsidian Conspiracy" był równie znakomity co poprzednik. Niestety, krążek także na tle pozostałych dokonań zespołu nie wypada zbyt okazale. Jaki wpływ na to miało rozmienianie się na drobne Loomisa i Dane’a na solowych płytach – tego nie wiem, ale faktem jest, że coś im po drodze — wszak upłynęło pięć długich lat od poprzednika — umknęło i efekt zespołowej pracy jest znacznie poniżej oczekiwań. Paradoksalnie na płycie znajduje się wiele naprawdę zajebistych, robiących wrażenie i przyspieszających puls fragmentów

8 lutego 2011

Nile – In Their Darkened Shrines [2002]

Nile - In Their Darkened Shrines recenzja
Nile, sensacja końca XX wieku (coś dla Wołoszańskiego?), w drodze na wierzchołek death metalowej hierarchii wykonali zaledwie trzy, ale za to znaczące kroki, z których oczywiście "In Their Darkened Shrines" jest tym najpewniejszym, najdoskonalszym, najlepiej przemyślanym i w końcu najbardziej dojebanym. Co prawda zbyt długo na tym szczycie panowie nie pobyli, ale zawsze to coś – wszak nie każdy zespół może sobie wpisać w CV "przewodnictwo w gatunku". No ale to temat na inne rozważania. Między recenzowanym krążkiem a "Black Seeds Of Vengeance" nie ma przepaści, pozornie nic się u Amerykanów nie zmieniło – "In Their Darkened Shrines" jest klasycznym rozwinięciem/dopieszczeniem stylu przy jednoczesnym zachowaniu wcześniejszego klimatu. Jednak raczej nikt zachwycający się w swoim czasie 'dwójką', nie przypuszczałby, że muzycy Nile znajdą u siebie aż tyle elementów do poprawy i przebudowania.

5 lutego 2011

Totem – Day Before The End [2005]

Totem - Day Before The End recenzja okładka review cover
Druga płyta — którą z jakichś powodów wydawca uznał za debiut — rozbudowanej ekipy z Bukowna to bardzo melodyjny thrash-death w now(oczesn)ej, cholernie szwedzkiej odmianie – granie bardzo melodyjne, dobre od strony technicznej, przyzwoicie brzmiące, dość skoczne, miejscami nawet wpadające w ucho, ale ostatecznie pozbawione odpowiedniej wyrazistości i jakichś większych atutów, pozwalających mu na dłużej zagościć w świadomości słuchacza. Przynajmniej u kogoś, kto od wspomnianych gatunków oczekuje mocnego uderzenia, bo już miłośnicy późniejszych dokonań Arch Enemy, Soilwork i tym podobnych powinni mieć tu wypas, zwłaszcza, że materiał zdradza pewien potencjał koncertowy. Brutalny Totem na pewno nie jest, owszem – bywa agresywny, ale to dla wielu może być zbyt mało.

2 lutego 2011

Alkatraz – Error [2001]

Alkatraz - Error recenzja okładka review cover
Pomysł na Alkatraz powstał jakiś czas po śmierci Jacka Regulskiego, gdy Piotr Luczyk nie przejawiał wielkich chęci do grania, u Irka Lotha siadło zaangażowanie, a reszta składu KATa nie chciała siedzieć bezczynnie na dupach. Wkrótce później panowie Kostrzewski i Oset nawiązali współpracę z Valdim Moderem, ten zaś sprowadził do kapeli swoich kolegów. Efekty tej kooperacji znalazły się na "Error", pierwszym i ostatnim albumie tego projektu. Niezależnie od oczekiwań, można było być pewnym tego, że tak doświadczeni (niektórzy nawet kultowi) muzycy niczego przypadkowi nie pozostawią. Tak też jest w istocie. "Error" to nowocześnie zaaranżowany, cholernie masywny, niezbyt szybki, precyzyjnie ociosany i doprawiony licznymi technicznymi zagrywkami mniej-więcej-thrash, w którym pobrzmiewają echa... No kogo?... Jasne, KATa.