Pokazywanie postów oznaczonych etykietą death metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą death metal. Pokaż wszystkie posty

15 czerwca 2018

Omophagia – In The Name Of Chaos [2016]

Omophagia - In The Name Of Chaos recenzja okładka review coverPierwsza dekada działalności Omophagia to okres pozbawiony znaczących sukcesów. Wystarczy tylko wspomnieć o wydanym własnym sumptem debiucie, z którym mało kto miał faktycznie do czynienia. Szwajcarzy mogli co najwyżej uzbroić się w cierpliwość i nucić za Kazikiem, że "los się musi odmienić"... No i w końcu się odmienił – za sprawą Unique Leader, którzy postanowili dać zespołowi szansę i wypchnąć go na szersze wody. Czy ta inwestycja się zwróci, czas pokaże. Moim zdaniem warto się "In The Name Of Chaos" zainteresować – choćby dlatego, że płyta jest cholernie niewymagająca i słucha się jej nad wyraz lajtowo. Mamy tu bowiem do czynienia z przeglądem tego, co się aktualnie wyrabia w death metalu, a więc materiałem typu "wszystko w jednym". Znajdziemy tu zatem zabarwione klasyczną Florydą riffy (Malevolent Creation, Cannibal Corpse, ect.), brutalne zawijasy (Dying Fetus, Hate Eternal), trochę mechanicznego napierdalania (Soreption, Arkaik), aktywnie pracujący bas (skoro już skorzystali z 'ósemki', to postarali się, żeby było go słychać) oraz całą masę wyjątkowo rozbudowanych solówek (Vital Remains się kłania, kuuurwaaa!). Płyta została nagrana w prywatnym studiu zespołu, natomiast do obróbki oddano ją braciom Wiesławskim, dzięki którym nabrała nowoczesnego szlifu – nowocześniejszego, aniżeli wynikałoby to z samej muzyki. Jak szybko można się przekonać, Omophagia nie ograniczają się do zrzynania z jednej konkretnej kapeli; raczej korzystają ze wszystkiego, co w jakikolwiek sposób pasuje im do utworów. Niekiedy na takim podejściu do komponowania muzyka traci na spójności i zdarza się, że coś zgrzytnie w jej strukturach, ale Szwajcarzy i tak wychodzą z tego obronną ręką, bo "In The Name Of Chaos" jako całość sprawia lepsze wrażenie niż poszczególne kawałki w oderwaniu od siebie. Pod tym względem Omophagia mają sporo wspólnego z Abysmal Dawn, którzy na podobnych wzorcach i z podobnym rezultatem uprawiają kolażowy death metal. Ponadto obie grupy łączy również to, że z tak odtwórczą muzyką nigdy nie przebiją się do pierwszej ligi; będą raczej rozpatrywani w kategorii solidnego supportu. Taka jest brutalna prawda, Omophagia wyżej dupy nie podskoczy — w czym im na pewno nie pomoże oklepany image i przeciętny wokalista — ale jest na tyle sprawna, że potrafi zapewnić słuchaczowi kilkadziesiąt minut rzetelnego łomotu.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.omophagia.ch

podobne płyty:


Udostępnij:

10 czerwca 2018

Mercyless – Abject Offerings [1992]

Mercyless - Abject Offerings recenzja okładka review coverIle już razy słyszeliście o Nieświętej Trójcy francuskiego death metalu? Ta fraza jest powtarzana do wyrzygania od wieeelu lat; wystarczająco często, żeby skutecznie zamglić dokonania innych tamtejszych kapel. A tak się składa, że wśród tych niedocenionych/pomijanych był zespół, który artystycznie osiągnął więcej od wspomnianej Trójcy, w dodatku w krótszym czasie. Mercyless, bo o nim mowa, wystartował tylko odrobinę później niż ci najstarsi, debiutował również później, jednak korzystając z ich doświadczeń, zabłysnął zdecydowanie mocniej. Choć niestety na krótko. Nie zmienia to faktu, że ich dwa pierwsze krążki to już klasyka europejskiego death metalu. Na "Abject Offerings" nie ma ani śladu technicznej nieporadności i realizacyjnej amatorki, jaką charakteryzowały się debiutanckie albumy Loudblast czy Massacra; jest za to dogłębnie przemyślany i znakomicie odegrany death metal z thrash’owym zacięciem nawiązujący do tego, co spłodzono bądź obrobiono w murach Morrisound, a co ja tak uwielbiam. Nie ulega wątpliwości, że muzycy już na starcie chcieli się pokazać z jak najlepszej strony, więc produkcję albumu powierzyli Colinowi Richardsonowi – efekt jest naprawdę zadowalający, choć trzeba uczciwie przyznać, że zbliżony sound gitar można znaleźć jeszcze na kilku płytach, pod którymi ten jegomość się podpisał. A to nie jedyny punkt, kiedy oryginalność "Abject Offerings" staje się nieco dyskusyjna... Wpływy Death, Pestilence, Morgoth, Cancer czy chociażby Sepultura z okresu "Arise" są w muzyce Francuzów wszechobecne, jednak w żadnym wypadku nie nazwałbym Mercyless zespołem kopiatorskim – wystarczy tylko dobrze się wsłuchać, żeby wyłapać indywidualny charakter zespołu. Francuski kwartet miał znakomity patent, jak wyciągnąć z death i thrash metalu to, co najlepsze i umiejętnie wymieszać to z własnymi — trzeba nadmienić, że świetnymi — pomysłami. Stąd też mimo bardzo podobnej stylistyki Mercyless na "Abject Offerings" zabrzmiał inaczej niż wymienione zespoły, a już na pewno brutalniej – ciężej, intensywniej, a dzięki mnogości zakręconych riffów także gęściej. Co ciekawe – pod względem chwytliwości niemal im dorównał. Zróżnicowanie utworów nie budzi najmniejszych zastrzeżeń, solówek nie brakuje, wokalny wymiot w manierze Grewe-van Drunen-Lemay po prostu musi się podobać, a długość krążka (34 minuty) jest wręcz optymalna dla takiego grzańska. Wobec powyższego inaczej tej płyty nie potrafię wycenić...


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/mercylesscult/

podobne płyty:

Udostępnij:

31 maja 2018

Rapture – Paroxysm Of Hatred [2018]

Rapture - Paroxysm Of Hatred recenzja okładka review coverJakie to fajne! Nie znałem wcześniej tego zespołu, natomiast po wysłuchaniu "Paroxysm Of Hatred" już wiem, że na przyszłość warto mieć ich na oku. Grecy napieprzają klasyczny death-thrash, którego źródeł należy szukać w końcówce lat 80. ubiegłego wieku. Trzeba przy tym jednak zaznaczyć, że poziom brutalności, jaki utrzymują przez te 41 minut, jest już jak najbardziej współczesny, bo mocno podparty gęstymi blastami. Muzyka, jaką serwuje nam Rapture, to świetnie brzmiąca wypadkowa rozkręcających się powoli Death, Morbid Angel i Massacra z będącymi w szczytowej formie Kreator, Morbid Saint czy Sadus. Zatem nikogo nie powinno dziwić, że cały materiał można spiąć i podsumować zaledwie dwoma słowami: szybkość i agresja. I chociaż Rapture mają do zaoferowania także niezłą technikę, dobrą produkcję i sporą dawkę chwytliwości (nie należy jej mylić z przesadną melodyjnością, bo chodzi raczej o czepliwe refreny), nie da się ukryć, że interesuje ich przede wszystkim zintensyfikowany i co ważne przemyślany atak na narządy słuchu niewinnych odbiorców – tak charakterystyczny dla kapel sprzed 30 lat. Na "Paroxysm Of Hatred" furiackie partie gitar i bębnów niemal rozsadzają każdy kawałek, jednak ten pozorny instrumentalny amok jest cały czas pod kontrolą zespołu – Grecy nie pozostawiają niczego przypadkowi; tu każda zmiana tempa czy solówka ma swoje miejsce i zgrabnie trzyma się kupy, dzięki czemu album tworzy monolit i przelatuje bez najmniejszych zgrzytów. Mimo iż cały zespół prezentuje tutaj naprawdę bardzo równy poziom, na szczególną pochwałę zasługują dwaj kolesie, których wysiłek nadał muzyce Rapture odrobiny oryginalności i indywidualnego charakteru. Pierwszym jest drący ryja z dużym zaangażowaniem wokalista (najlepiej wypadają te jego wściekle rozpaczliwe wrzaski w 'Vanishing Innocence' i 'Paroxysm of Hatred: Revelation'), drugim zaś wyjątkowo sprawy basman, którego grę wyraźnie słychać nawet w najszybszych momentach. Z takimi ludźmi Rapture ma szansę całkiem sensownie się rozwinąć i uczynić swój przekaz jeszcze mocniejszym. A Memento Mori zapewne ucieszy zarobiona na chłopakach kasiora.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ThrashRapture

podobne płyty:

Udostępnij:

25 maja 2018

Behemoth – Messe Noire [2018]

Behemoth - Messe Noire recenzja okładka review coverZa sprawą "Messe Noire" Behemoth zamyka rozdział pod tytułem "The Satanist", bo nie ulega wątpliwości, że opisywane wydawnictwo stanowi właśnie suplement do ostatniego krążka. Płytę audio można pominąć, ewentualnie odpalić raz dla przyzwoitości – zawiera bowiem wyłącznie numery z "The Satanist" zagrane w oryginalnej kolejności. To samo, plus wiele więcej, mamy na drugim krążku, w zależności od preferencji – diwidi albo blurej. Pierwsza, zasadnicza część programu to kameralny, około 80-minutowy szoł z 2016 z warszawskiej Progresji, który obejmuje cały materiał z "The Satanist" oraz zestaw kilku sprawdzonych hitów. Tu pierwsze spostrzeżenie – publika znacznie lepiej i żywiej reaguje na starsze, dobrze już znane numery. Trochę mnie to dziwi, bo jak Behemoth udowodnił – wszystkie nowe utwory znakomicie sprawdzają się na żywo. I to niezależnie od tego, czy to mamy do czynienia z brutalnym wygarem, oldskulowym popylaniem czy partią bardziej klimatyczną. A tak na dobrą sprawę, ludziska wykazali się zaangażowaniem dopiero przy okazji komunii (w połowie 'In The Absence Ov Light'), na którą rzucili się jak chytra baba z Radomia. Od strony wykonawczej zespołowi nie można niczego zarzucić, bo doświadczenie i kilkanaście lat docierania się ze sobą robią swoje. Behemoth to dobrze naoliwiona machina, w której nic nie ma prawa zgrzytać. Co do wizerunku, to tu też widać upływające lata, ale w innym sensie – panowie się wyraźnie oszczędzają i nie pozwalają już sobie na tyle machania bańkami, co kiedyś. Czas na spostrzeżenie numer dwa – niech Orion zainwestuje w bas w kształcie topora, bo z daleka zaczyna wyglądać jak Gene Simmons... Techniczna realizacja tego nagrania nie powoduje opadu kopary, choć powinna. Dźwięku się nie czepiam, ale obrazu już muszę, bo jego jakość stoi na dość przeciętnym poziomie. Sytuacji nie poprawiają pojawiające się w paru miejscach przebitki z teledysków – ani to ładne ani potrzebne. Chwała Cthulhu, że przynajmniej montaż jest na tyle sensowny, że całość można przetrwać bez epilepsji (teraz to się nazywa napadami fotogennymi), co nie było takie łatwe w przypadku "Evangelia Heretika". Druga część "Messe Noire" to koncert z Brutal Assault, który miał miejsce dwa miesiące wcześniej niż ten w Progresji. Setlista, zgodnie z wymogami festiwalu, została okrojona, jednak zespół miał dość czasu, żeby zaprezentować w całości "The Satanist", a na koniec dorzucić trzy obowiązkowe hity. W każdym razie dramaturgia występu została zachowana, więc wszyscy pod sceną powinni być zadowoleni. Wszyscy przed telewizorami także, bo mimo iż brzmienie jest trochę słabsze niż w Warszawie, strona wizualna wypada atrakcyjniej – oprawa świetlna jest bogatsza, a ujęcia ciekawsze i bardziej urozmaicone. A propos oprawy — i dotyczy to obu koncertów — mam spostrzeżenie numer trzy: konfetti wystrzelone przy 'O Father O Satan O Sun! ' wygląda jak spadająca na ludzi szarańcza, czyli zajebiście! Ostatnia sekcja płyty to zbiór wszystkich sześciu teledysków, jakie Behemoth nakręcił do "The Satanist", więc każdy leń będzie miał je już pod ręką. Wydawnictwo uzupełnia bogata książeczka z porządnymi zdjęciami i ledwie czytelnymi informacjami – to ostatnie, bo ktoś postanowił zaszaleć z kalką. Na koniec trzeba przyznać zespołowi, że całkiem nieźle się wstrzelił z "Messe Noire" w sezon komunijny...


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.behemoth.pl

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

19 maja 2018

Carnal Decay – You Owe You Pay [2017]

Carnal Decay - You Owe You Pay recenzja okładka review cover"You Owe You Pay" to mój pierwszy kontakt z muzyką Carnal Decay i coś czuję, że nie ostatni. Szwajcarzy nie należą do najbardziej finezyjnych kapel pod słońcem, ale z brutalnym death metalem radzą sobie na tyle dobrze, że od czasu do czasu warto zarzucić ich materiał na słuchawki. Oryginalności w tym graniu tyle co nic, jednak ogólny poziom wykonawczy, produkcja i w końcu całkiem przyzwoite pod względem chwytliwości numery sprawiają, że zespołu nie można od tak olać. Dotyczy to zwłaszcza miłośników wybuchowego death metalu uprawianego w krajach Beneluxu. Wpływy Severe Torture, Emeth, Prostitute Disfigurement i przede wszystkim Aborted przewijają się przez cały czas trwania "You Owe You Pay" i właściwie nie dają o sobie zapomnieć. Podobieństwa riffów, rozwiązań rytmicznych czy wokali są zbyt oczywiste, żeby dały się zignorować, choć to oczywiście jeszcze nie ten poziom techniczny, co wymienione kapele. Mimo tych skojarzeń coś mi się wydaje, że Carnal Decay baaardzo by chcieli, by stawiano ich w jednym rzędzie z Dying Fetus. No cóż, w sejmie mamy takich, którzy w podręcznikach historii widzą siebie obok Piłsudskiego... Uczciwie trzeba przyznać, że Szwajcarzy są w ciut lepszej sytuacji, bo przynajmniej mają minimalny cień minimalnej szansy na osiągnięcie swego celu. Wracając do "You Owe You Pay", płytki słucha się całkiem miło – jest brutalna, bezpośrednia i stosunkowo urozmaicona. Ponadto materiał sprawia wrażenie zmajstrowanego pod kątem koncertów – w paru miejscach pojawiają się chórki, riffy są bardzo czytelne (może to zasługa kobiecej ręki?), a zmiany tempa rozłożono tak, żeby każdy znalazł coś dla siebie. Najlepiej to słychać w 'Not Worth A Bullet', 'No Sequel', 'Decimating The Living' i 'Your Guts My Glory', przy czym ten ostatni wybija się najlepszymi wokalami, bo właśnie w nim Julien Truchan z Benighted dorzucił trochę swoich bulgotów. Jedynym poważniejszym zgrzytem na "You Owe You Pay" są dla mnie teksty, a dokładnie nagromadzenie w nich faków, co zalatuje mi rebelianctwem na siłę, wiochą i gangsta rapem. Jeśli przymknąć oko na tą nie najwyższych lotów poezję, to mamy do czynienia z naprawdę przyzwoitym łomotem.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/carnaldecayband/

podobne płyty:

Udostępnij:

13 maja 2018

Napalm Death – Fear, Emptiness, Despair [1994]

Napalm Death - Fear, Emptiness, Despair recenzja okładka review coverBirmingham, mamy problem... Po kilu latach naparzania grind core’a i czterech szalenie ważnych dla gatunku płytach, z których każda była lepsza od poprzedniej, Napalm Death wzięło na odświeżenie stylu. A konkretnie na zwrot w kierunku death metalu w lekko industrialnym (czyżby znak czasów?) sosie. Nigdy nie mogłem pojąć, po co im były tak drastyczne zmiany, bo ani wyczerpanie wcześniejszej formuły ani chęć poeksperymentowania z modniejszymi rozwiązaniami do mnie nie przemawiają. Muzyka na "Fear, Emptiness, Despair" brzmi czyściej i potężniej niż kiedykolwiek wcześniej, jest też precyzyjniej zagrana, a poza tym zawiera sporo nowoczesnych elementów (co słychać zarówno w podejściu do riffów jak i rytmów), ale bardzo, naprawdę bardzo brakuje jej ducha starych (czyli choćby sprzed dwóch lat, heh) Napalmów. Album rozpoczyna 'Twist The Knife (Slowly)', który jest bezbarwny, anemiczny i całkowicie pozbawiony kopa. Na wielbiciela "Utopia Banished" coś takiego działa jak zimny prysznic – aż strach słuchać dalej. A dalej — o dziwo! — jest już lepiej, choć szalenie nierówno, jakby Brytole sami nie mogli się zdecydować, co, jak i dla kogo grać. Stąd też utworom dobrym i bardzo dobrym (będącym niestety w mniejszości) towarzyszą zupełnie nijakie, nieprzemyślane, przekombinowane i ewidentnie wymuszone. Co ciekawe, trudno jednoznacznie zrzucić na kogoś odpowiedzialność za ten misz-masz, bo poszczególni kompozytorzy podpisali się zarówno pod lepszymi jak i gorszymi numerami. Nawet Barney raz wydziera się z charakterystyczną dla siebie furią, a już po chwili pokrzykuje bez przekonania. Wobec powyższego należy uznać, że w kwestii spójności ciała dał cały zespół. Nie zmienia to jednak faktu, że na "Fear, Emptiness, Despair" jest dość materiału na wypasioną epkę: 'More Than Meets The Eye' (najdłuższy i zdecydowanie najlepszy w zestawie), 'Plague Rages', 'Throwaway', 'Remain Nameless'. Te numery do perełki, które jakoś ratują ten album; są intensywne, brutalne, pojawiają się w nich zabójcze riffy i nieszablonowe zagrania. Takiego Napalm Death można słuchać z dużym zainteresowaniem i gdyby całość trzymała ten poziom, ani bym myślał narzekać. Tak dobrze nie ma, bo niemrawych i drażniących fragmentów uzbierało się tu stanowczo za dużo, więc "Fear, Emptiness, Despair" potrafi męczyć.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalna strona: www.napalmdeath.org

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

7 maja 2018

Skeletal Remains – Devouring Mortality [2018]

Skeletal Remains - Devouring Mortality recenzja okładka review coverWystarczyły dwie bardzo dobre i entuzjastycznie przyjęte w podziemiu płyty, żeby włodarze Century Media uznali Skeletal Remains za zespół godny ich zainteresowania. Czuć piniondz? A jak! Nie mam jednak wątpliwości, że na dłuższą metę chłopaki nie spełnią wymagań wytwórni i po dwóch krążkach (to wersja optymistyczna) zostaną wywaleni na bruk. Zatem póki mają okazję, niech promują się na wszystkich frontach i wyciskają z Niemców ile się tylko da. Już przy okazji "Devouring Mortality" dostali dość kasy, żeby starczyło na mix i mastering od Dana Swanö oraz okładkę od Dana Seagrave’a, co jeszcze bardziej przybliżyło zespół do oldskulowego ideału. Kto wie, może następnym razem wskrzeszą dla death metalu Scotta Burnsa i nagrają album w Morrisound? Marzenia... Tyle o oprawie. Co do muzyki, to dla mnie sprawa jest prosta, oczywista i nie podlegająca dyskusji – za sprawą "Devouring Mortality" Skeletal Remains potwierdzili, że w tej chwili są najbardziej przekonywającą kapelą łojącą klasyczny death metal z Florydy. Chłopaki z każdym kolejnym materiałem doskonalą i nieznacznie rozwijają ten styl, ale ani przez moment nie robią niczego nienaturalnego czy wymuszonego. Death metal w ich wykonaniu charakteryzuje wierność tradycji, a jednocześnie polot i duża świeżość. Może to tylko moje uwielbienie dla takiej muzyki, ale po analizie wszystkich elementów składowych tej płyty, wychodzi mi, że nie ma się tu absolutnie do czego przypieprzyć – wszystko trybi jak należy i "Devouring Mortality" brzmi po prostu przezajebiście. Sami zresztą popatrzcie: jest tu cudny wokal (van Drunen nie nagrał takiego wymiotu od czasów "Last One On Earth"), tnące ostrym tremolem gitary, większa niż ostatnio dawka brutalności (Johnny Valles na stanowisku perkmana nieco sobie poblastował), no i cała masa doskonałych technicznie solówek, w których pobrzmiewają echa geniuszu Jamesa Murphy. Ponadto materiał Skeletal Remains może się pochwalić czymś, czego trochę brakowało mi u Rude – dużą chwytliwością. Większej zachęty już mi nie potrzeba. Ocena wygenerowała się automatycznie.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/SkeletalRemainsDeathMetal

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

30 kwietnia 2018

Hate – Cain’s Way [2001]

Hate - Cain’s Way recenzja okładka review coverNa przestrzeni ponad 25 lat działalności Hate dorobili się pokaźnej dyskografii, w której wskazanie tej obiektywnie najlepszej/najważniejszej płyty może być pewnym problemem. Sam pewnie musiałbym się poważnie zastanowić, jakimi kryteriami się tu kierować, na co zwrócić szczególną uwagę, bla bla bla... Co innego płyta ulubiona – tu bez chwili namysłu wskazuję na "Cain’s Way". I chociaż czas, który upłyną od premiery, brutalnie obnażył i uwypuklił wszystkie realizatorskie braki krążka, to w ogóle nie naruszył naturalnej fajności tego materiału. Po prostu, ekipa Hate miała wówczas bardzo dobre pomysły na utwory, a przy okazji potrafiła je całkiem sprawnie wcielić w życie, więc materiał broni się do dziś. W porównaniu z wcześniejszymi albumami "Cain’s Way" jest na pewno nowocześniej zaaranżowany – żadna to awangarda, ale nawet taki powiew świeżości zrobił muzyce dobrze. W odstawkę poszła część starych i zbyt często wykorzystywanych schematów, a co za tym idzie także wpływów Deicide (co nie znaczy, że zredukowano je do zera), toteż całość zabrzmiała nieco ambitniej i nabrała większej dynamiki, a bardziej niż kiedykolwiek wcześniej zróżnicowane (i złożone) utwory zyskały sporo indywidualnych wyróżników, dzięki którym łatwo je zapamiętać. Ponadto — co też oceniam na plus — na "Cain’s Way" mocniej zaakcentowano te 'koncertowe' — motoryczne i zarazem chwytliwe — partie występujące chociażby w 'Sectarian Murder', 'Cain’s Way' czy 'Shame Of The Creator'. Poza tym styl Hate przeszedł normalną w death metalu ewolucję, która wyniosła zespół na wyższy poziom: ku większej szybkości, brutalności i lepszej technice. Wprawdzie te najszybsze tempa to ponoć bardziej zasługa studyjnych sztuczek niż kończyn Mittloffa, ale liczy się rezultat – a ten jest jak najbardziej zadowalający. A propos umiejętności, warto również zwrócić uwagę na riffy i solówki Ralph’a, który swoimi odjechanymi zagrywkami tchnął w muzykę Hate trochę progresywnych rozwiązań i uczynił ją mniej przewidywalną. Szkoda, że odszedł z kapeli jeszcze przed premierą płyty a co za tym idzie – jego niebagatelny wkład w muzykę nie został należycie doceniony. Adam ze swojej roli wywiązał się bez zarzutu, więc wokal jest mocny i wyraźny, choć jak dla mnie wrzasków jest odrobinę za mało, ale to szczegół. Prawdziwym problem "Cain’s Way" jest natomiast brzmienie: płaskie, suche i 'buczące'. Wydaje mi się, że chciano je podciągnąć pod produkcję Hate Eternal z debiutu, ale realizatorom zabrakło wiedzy, jak uzyskać mięso w gitarach i odpowiednią głębię sekcji rytmicznej. Jednak nawet mimo tych niedoróbek album ma w sobie coś, co potrafi przykuć mnie do głośników na wiele zapętlonych przesłuchań. I to nie żadne niezidentyfikowane 'coś', a porządny zestaw brutalnych szlagierów.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/HATEOFFICIAL

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

24 kwietnia 2018

Asphyx – Last One On Earth [1992]

Asphyx - Last One On Earth recenzja okładka review coverZdarzyło mi się już kiedyś wskazać paluchem najlepszy album w historii Asphyx, teraz słów kilka na temat płyty, którą wielu — jak zaraz udowodnię – niesłusznie — uważa za tą naj. Ale po kolei. Do nagrania "Last One On Earth" Holendrzy mieli przystąpić w skorygowanym składzie – nie udało się; później, już w trakcie sesji, kopa miał dostać van Drunen – nie dostał, bo spisał się na tyle dobrze, że postanowiono wykorzystać nagrane przez niego partie. To była słuszna decyzja, bo jego rozpaczliwe wokale są niewątpliwie ozdobą tego krążka. Wprawdzie wyziewnością ani dzikością nie dorównują tym z debiutu, jednak są na tyle mocne i patologiczne, że muszą się podobać. Równie dobrze prezentuje się brzmienie – stało potężniejsze, a także wyraźnie bliższe szwedzkiej szkole (choćby Grave), choć jak dla mnie brakuje mu wspaniałej syfiastości "The Rack", mimo iż zespół ponownie skorzystał ze studia Harrow. Co do muzyki – na pierwszy rzut ucha wydaje się, że doszło tu do wielu zmian, a tak naprawdę jej rdzeń pozostał nienaruszony. "Last One On Earth" jest z całą pewnością lepiej przemyślany od poprzednika, bardziej dopracowany w szczegółach (o czym świadczą chociażby dość ambitne niuanse w drugich riffach 'M.S. Bismarck' i 'The Incarnation Of Lust') i pewniej wykonany. Słychać, że zespół sprawniej opanował instrumenty, więc częściej pozwala sobie na szybkie partie, nie stroni także od komplikowania riffów ponad wcześniejsze standardy. Za chęć rozwoju należy Asphyx oczywiście gorąco pochwalić, problem w tym, że właściwie cały progres sprowadza się do kwestii technicznych, nie kompozycyjnych. Na "Last One On Earth" zespół nie proponuje niczego nowego i w głównej mierze skupia się na powielaniu wykorzystanych już wcześniej patentów i to w sposób ocierający się nieraz o autoplagiat. W konsekwencji tej zachowawczości Asphyx stworzyli materiał dość wtórny i niezaprzeczalnie schematyczny, choć całkiem przyjemny w odbiorze. Oprócz świeżości brakuje mi tu jeszcze przytłaczającego klimatu debiutu i jego nie do końca kontrolowanego szaleństwa w szybkich fragmentach, czyli rzeczy które już od 'Vermin' mocno chwytały za serce i jaja. "Last One On Earth", nie przeczę, może się podobać, ale ani przez moment nie zachwiał moim uwielbieniem dla "The Rack".


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: asphyx.nl

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

17 kwietnia 2018

Dismember – Like An Everflowing Stream [1991]

Dismember - Like An Everflowing Stream recenzja okładka review coverPłyt lepszych od "Left Hand Path" i zespołów bardziej konsekwentnych od Entombed w szwedzkim death metalu nie brakuje... Za najbardziej jaskrawy przykład uważam "Like An Everflowing Stream" autorstwa wiecznie drugiego Dismember. Niestety, nawet pomimo świetnej muzyki, nienagannej postawy i przyzwoitego kontraktu ekipa Mattiego Kärki nigdy nie zdobyła takiego uznania, co ich koledzy od kielicha. Ba – często byli określani ordynarną kopią rodaków! Wiadomo, punktów wspólnych między tymi zespołami nie brakuje i nie można ich w żaden sposób zanegować: te same wzorce, ten sam sprzęt, totalnie charakterystyczne brzmienie Sunlight, okładka autorstwa Dana Seagrave’a, nawet osoba Nicke Anderssona, który nagrał na "Like An Everflowing Stream" lwią część solówek... Jednak, kiedy przychodzi do konfrontacji z muzyką, to naprawdę znaczące różnice są dostrzegalne już od kapitalnego 'Override Of The Overture' (ten riff pod solówką!). Dismember postawili na granie wyraźnie prostsze, przyjemnie bezpośrednie i przede wszystkim bardziej chwytliwe. Ponadto wydaje mi się, że debiut Dismember ogólnie odznacza się większą świeżością niż "Left Hand Path", co chyba ma związek z ogromną ilością szybko zapadających w pamięć melodii. I chociaż na "Like An Everflowing Stream" trafiają się również utwory stosunkowo rozbudowane (jak wspaniałe 'Dismembered' i 'In Death’s Sleep' – jedne z najlepszych na płycie), to zespół nigdy nie zapuszcza się w nich w rejony obce dla agresywnego death metalu. Dzięki temu krążek jest bardzo zwarty i niczym nie rozprasza uwagi słuchacza; potrafi natomiast całkiem skutecznie ją skupić z pomocą ponadczasowych szlagierów, do których należy zaliczyć, poza już wymienionymi, 'Soon To Be Dead' czy kultowy wręcz 'Skin Her Alive'. Przy okazji tych wyliczanek warto zauważyć, że żaden z kawałków na "Like An Everflowing Stream" nie sprowadza się do wyjątkowo ekstremalnej i jednostajnej sieczki – wprawdzie nie brakuje w nich szybkich riffów, ale już blasty pojawiają się tylko sporadycznie. Mimo to debiut Dismember jest albumem cholernie mocnym, który nie traci nic z ciężaru nawet w super chwytliwych momentach. Jeśli melodyjny szwedzki death metal ma jakoś wyglądać, to właśnie tak! Pewnie już do końca życia się nie zdecyduję, którą z dwóch pierwszych płyt Sztokholmczyków lubię bardziej, ale wiem na pewno, że obie stawiam wyżej niż największe osiągnięcia Entombed.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.dismember.se

podobne płyty:

Udostępnij:

11 kwietnia 2018

Morgue – Eroded Thoughts [1993]

Morgue - Eroded Thoughts recenzja okładka review coverDeath metalowe kapele z Chicago i okolic nigdy nie miały wielkiego szczęścia do popularności i Morgue nie jest tu żadnym wyjątkiem. W ciągu pięciu lat jako takiej aktywności Amerykanie wydali tylko dwie (obiecujące) demówki oraz debiutanckiego longa, po czym praktycznie zapadli się pod ziemię. Nie bez winy jest oczywiście wytwórnia — Grind Core — która zasłynęła w świecie z utrudniania życia wielu zespołom. Morgue nie mieli nawet tyle farta (albo zwykłej determinacji) co Broken Hope czy Cianide, żeby przebić się do innej stajni, więc ich skromny dorobek zamyka "Eroded Thoughts" z 1993 roku. Krążek sam w sobie też jest dość skromny, bo to tylko siedem utworów zamkniętych w niespełna 32 minutach. Jak na brutalne granie, taki czas wydaje się być optymalny, jednak po wysłuchaniu "Eroded Thoughts" pozostaje duży niedosyt. Ten nie do końca doceniony — lub też po prostu niedostatecznie poznany — krążek zaskakująco gładko łączy w sobie ambitne zagrania spod znaku Gorguts czy Demilich z ociężałym prymitywnym syfem tak charakterystycznym dla Autopsy. W rezultacie Morgue stworzyli muzykę dość unikalną, nieprzesadnie schematyczną i daleką od prostoty, ale — co w teorii powinno zapewnić im branie — wciąż mocno osadzoną w brutalnym graniu. Wszelkich kombinacji (zwłaszcza gitarowych) jest dostatecznie dużo, żeby materiał był interesujący, ale nie na tyle, by ktoś mógł się poczuć nimi przytłoczony. Tym bardziej, że przejścia między tymi bardziej technicznymi fragmentami a obleśnymi zwolnieniami są naprawdę płynnie zaaranżowane (jak w świetnym 'Severe Psychopathology'), więc nie ma tu drastycznych/nienaturalnych przeskoków ze skrajności w skrajność. Nie oznacza to jednak, że te składniki występują na "Eroded Thoughts" w proporcji jeden do jednego. Jak na moje ucho Morgue chętniej i częściej sięgają po riffy z inspirowaną Autopsy chorobliwą wibracją, choć dla niepoznaki serwują je w urozmaiconych tempach. To się sprawdza, a cały krążek jest dzięki temu przyjemnie dynamiczny, a momentami — jak w 'Plagued Birth' — nawet odrobinę melodyjny. Na plus debiutu Morgue można także zaliczyć naturalnie ciężkie brzmienie z przebijającym się od czasu do czasu basem. Zbierając to wszystko do kupy, otrzymujemy znakomity kawałek klasycznego amerykańskiego death metalu. Cholernie jestem ciekaw, w jakim kierunku powędrowałaby ich muzyka na kolejnych wydawnictwach, ale reaktywacji im nie życzę.


ocena: 8,5/10
demo

podobne płyty:

Udostępnij:

5 kwietnia 2018

Martyr – Hopeless Hopes [1997]

Martyr - Hopeless Hopes recenzja okładka review coverW przyrodzie występują tysiące zespołów, którym dojście do jako takiego poziomu wykonawczego (co czasem sprowadza się do utrzymania gitar) zajmuje długie lata, zaś po jego osiągnięciu nie są w stanie zrobić choćby kroku naprzód. Ich przykłady można mnożyć w nieskończoność, ale nie zasługują na aż tyle uwagi. Są też i takie, niestety w mniejszości, które promienieją zajebistością już od chwili narodzin. Do tej drugiej grupy należy zaliczyć Martyr pod wodzą braci Mongrain. Oczywiście można się czepiać i wytykać palcami, że oni mieli w życiu łatwiej, bo to w końcu Kanadyjczycy, a u nich: inna woda, inna gleba, inne powietrze – taka sytuacja. No ale bez przesady, trochę pracy nad sobą wspomniana zajebistość jednak wymagała. W każdym razie już w trzy lata po sformowaniu zespołu panowie Męczennicy mieli dość materiału, żeby nagrać debiutancki "Hopeless Hopes" – powodujący ślinotok krążek, pod którym z radością podpisałoby się niezliczone rzesze bardziej doświadczonych i utytułowanych, a już na pewno mniej utalentowanych kapel. Na album składa się dziewięć utworów umiarkowanie brutalnego i nieumiarkowanie technicznego death metalu z progresywnym zacięciem i mnóstwem melodii. Muzycy Martyr umiejętnie wykorzystali wpływy Death ("Individual Thought Patterns") i Atheist ("Unquestionable Presence") do stworzenia czegoś świeżego, nowoczesnego (jak na swoje czasy), a przy tym jeszcze bardziej pokręconego. Urozmaicone rytmy, makabrycznie zawiłe riffy, szalejący bas, wielowarstwowe solówki – z tym wszystkim — i to w dużych ilościach — mamy do czynienia na "Hopeless Hopes". Czego jak czego, ale pomysłowości Kanadyjczykom nie można odmówić, a że technikę mają taką, która pozwala w praktyce na wszystko, to nie ograniczają się ani przez chwilę, mieszając patenty z kosmosu. Wbrew pozorom absurdalny stopień skomplikowania materiału nie odstrasza od płyty, w czym główna zasługa wspomnianych już melodii. To dzięki nim "Hopeless Hopes" jest albumem stosunkowo przystępnym, wpadającym w ucho i zmuszającym do kolejnych przesłuchań. Drugim czynnikiem przybliżającym muzykę Martyr słuchaczowi jest niezwykle przejrzyste (choć niezbyt ciężkie) brzmienie, które pozwala na wychwycenie wszystkich zawartych w niej niuansów. W ten sposób łatwiej docenić niebanalną konstrukcję utworów takich jak 'Prototype', 'Non Conformis' czy — żeby nie wymienić wszystkich — 'The Blind’s Reflection' oraz klasę ich kompozytorów. Niestety "Hopeless Hopes" to nie tylko zajebistość i trzeba też w końcu zwrócić uwagę na łyżkę dziegciu w tej beczce death metalowego miodu. Problemem, który w moich uszach drastycznie obniża ocenę krążka (do poniższej), są wokale. I nie mam wcale na myśli wyłącznie tych czystych! Wprawdzie bracia Mongrain podzielili się obowiązkami, ale żaden z nich nie dysponował na tamtym etapie choćby przyzwoitym głosem, stąd też agresywne partie w ich wykonaniu są pozbawione należytej mocy, zaś te czyste brzmią po prostu dziwnie i nie na miejscu. Wystarczyłoby zatrudnić kogoś z odpowiednim gardłem, a nie miałbym się w ogóle do czego przyczepić. Aaale – nawet mimo tak potężnego zonka, Martyr zaliczył imponujący start.


ocena: 8,5/10
demo

podobne płyty:

Udostępnij:

31 marca 2018

Vomit The Soul – Apostles Of Inexpression [2009]

Vomit The Soul - Apostles Of Inexpression recenzja okładka review coverWkład Vomit The Soul w brutalny death metal skończył się na wydanym cztery lata po debiucie "Apostles Of Inexpression". Celowo nie piszę, że wkład w rozwój death metalu, bo chociaż krążek stanowi dość wyraźny krok naprzód w stosunku do "Portraits Of Inhuman Abominations", to w skali gatunku nie przynosi z sobą niczego naprawdę nowego. Ktoś się czuje tym zaskoczony? Rozczarowany? No bez jaj... Inspiracje Włochów pozostały bez zmian, styl w zasadzie też, podciągnięto natomiast poziom wykonawczy i władowano więcej pieniędzy w produkcję materiału. To słychać, bo "Apostles Of Inexpression" jest albumem bardziej technicznym, złożonym i urozmaiconym w strukturach, a w rezultacie – muzycznie intensywniejszym od poprzednika. Nie bez znaczenia efektu jebnięcia jest również masywność brzmienia, dzięki której album mocniej wgniata słuchacza w podłoże. Co ciekawe, Vomit The Soul udało się uniknąć totalnego zamulenia dźwięku w niskich rejestrach — tak przecież charakterystycznego dla wielu amerykańskich załóg — więc całość może pochwalić się zupełnie niezłą selektywnością, na której zyskał zwłaszcza bas – niemal cały czas obecny na powierzchni. Dążenie do perfekcji wykonawczej i coraz większej brutalności odbiło się trochę na chwytliwości krążka, który pod tym względem ustępuje "Portraits Of Inhuman Abominations". Nie ma jednak z czego robić dramatu, bo twórczość Vomit The Soul to nie muzyka z listy przebojów eski i takie drobne zmiany nie wpływają na jej odbiór – a ten jest ponownie pozytywny. "Apostles Of Inexpression" to dobry łomot wart swej ceny, choć zdecydowanie nie dla wielbicieli innowacji.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Vomit-The-Soul/203301583050187

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

20 marca 2018

Revenant – Prophecies Of A Dying World [1991]

Revenant - Prophecies Of A Dying World recenzja okładka review coverRevenant to dla mnie kapela, która w swoim czasie wraz z Hellwitch i Ripping Corpse tworzyła coś na kształt awangardy death i thrash metalu w Ameryce. Wszystkie te zespoły łączyło nieszablonowe podejście do grania, duża oryginalność, zamiłowanie do skomplikowanych struktur i dość podobny charakter brzmienia (czemu się dziwić, skoro "Prophecies Of A Dying World" i "Dreaming With The Dead" były nagrywane w tym samym studiu i z tym samym realizatorem). Wszystkie trzy były bardzo szanowane w podziemiu, do pewnego stopnia nawet podziwiane, ale w końcu też spotkał je podobny los – po zaledwie jednej płycie długogrającej (i epce) poszły do piachu i szybko zostały zapomniane. Obecnie, jeśli nazwa Revenant w ogóle jest z czymś kojarzona, to chyba tylko z Leo DiCaprio, ewentualnie z tym, że kiedyś grał z nimi John McEntee, późniejszy założyciel Incantation. Skromny dorobek zespołu pozostaje właściwie nieznany, w czym spory udział miała/ma gówniana polityka Nuclear Blast. Pomimo przeszkód ze strony wydawcy warto się nieco wysilić i wyszarpać skądś ten krążek, bo "Prophecies Of A Dying World" to kapitalny materiał, który z upływem lat nabrał nie tylko wartości liczonej w euro, ale i szlachetności. Death, Autopsy, Pestilence czy Asphyx są dziś chętnie kopiowane, Revenant nie. W porównaniu z Hellwitch i Ripping Corpse muzyka Revenant nie jest jakoś wyjątkowo ekstremalna — choć blastujące partie też się zdarzają — ani przesadnie techniczna (bo tylko tyle, ile trzeba), jest za to znacznie bardziej rozbudowana i więcej w niej takiego mrocznego [miejsce na śmiech] klimatu. Amerykanie upodobali sobie zwłaszcza wielowątkowe, złożone utwory z bardzo częstymi zmianami tempa, świdrującymi riffami, fajnymi solówkowymi dialogami (nie dajcie się zmylić temu, że we wkładce uwzględniono je tylko w trzech kawałkach) i najróżniejszymi podniosłymi fragmentami. Doskonale to słychać już w otwierającym album kawałku tytułowym — trudno go uznać za typowe prucie z Florydy — w którym w paru miejscach pojawiają się szczypiące ucho popieprzone melodie, a na pół dzieli go recytacja tekstu niewiadomego dla mnie pochodzenia. I choć później nie raz w muzyce pojawiają się skojarzenia z Morbid Angel, "Prophecies Of A Dying World" przynosi z sobą zupełnie inne doznania niż ekipa Trey'a. Nad płytą Revenant unosi się sugestywny klimat czegoś dziwnego, niezbadanego i niepokojącego – jak u Lovecrafta. W tym miejscu należy się Amerykanom pochwała, bo dokonali tego bez uciekania się do użycia klawiszy czy innego niemetalowego instrumentarium. Jak nietrudno się domyśleć po ocenie, poziom poszczególnych kompozycji jest wyjątkowo równy, jednak po prostu muszę wskazać na numer, który dla mnie jest hymnem tego krążka – to prawie ośmiominutowy 'Asphyxiated Time', który muzycy pięknie rozbudowali od wersji z demo z 1988 roku – jest w nim wszystko, czego można oczekiwać od ambitnego death-thrash’u, plus jeszcze chwytliwy refren. Taki właśnie jest "Prophecies Of A Dying World" – oferuje coś więcej niż prostą tylko wypadkową dwóch gatunków.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/REVENANT–73478824687/

podobne płyty:

Udostępnij:

13 marca 2018

Cenotaph – Perverse Dehumanized Dysfunctions [2017]

Cenotaph - Perverse Dehumanized Dysfunctions recenzja okładka review coverCenotaph jaki znamy od "Reincarnation In Gorextasy" to siła, z którą już trzeba się liczyć. Turecka horda sukcesywnie podnosiła poziom wyziewności generowanych przez siebie dźwięków, żeby wraz z "Putrescent Infectious Rabidity" właściwie zrównać się ze światową (podziemną) czołówką. Po tym albumie nastąpiła jednak długaśna przerwa, w czasie której dość poważnie posypał się skład – ostał się jedynie wokalista-ojciec założyciel, który — jak mniemam — wielkiego wkładu muzykę nie miał. Miał natomiast przekonanie, że warto jeszcze ciągnąć ten wózek: zebrał nowych kolegów i wraz z nimi nagrał taki materiał, że łeb urywa. Warto było tak długo czekać, bo "Perverse Dehumanized Dysfunctions" po prostu miażdży, wgniata w ziemię i pozostawia tylko zgliszcza. W tej chwili Cenotaph to jeden z niewielu zespołów — do tego grona zaliczyłbym też Putridity, Disentomb czy Afterbirth — w przypadku których aż prosi się o przymiotnik "brutalniejszy" przed nazwą gatunku. To, czego panowie dokonali w obrębie tych 31 minut, to jest, kurwa, jakaś trudna do ogarnięcia masakra. Mega intensywny i techniczny napierdol w, zazwyczaj, okrutnych tempach, przyprawiony chorymi bulgotliwymi wokalami i z przepięknie masywnym, głębokim brzmieniem. Naprawdę jestem w lekkim szoku, bo aż tak potężnej płyty, tak bardzo wykraczającej ponad to, co dotychczas robili, po Cenotaph się nie spodziewałem. Moje zaskoczenie potęguje fakt, że za część materiału odpowiada znany z Decimation Erkin Öztürk, który swoim macierzystym zespole jak dotąd nic wielkiego nie pokazał, natomiast na "Perverse Dehumanized Dysfunctions" dokonał niemal cudów. Opad kopary powodują również partie Alicana Erbaşa — bębniarza właściwie znikąd — który dopierdala taką ekstremę, że ręce opadają z niemocy. Właśnie tak powinna pracować perkusja w ultra brutalnym death metalu – gęsto, precyzyjnie i różnorodnie. Za ponadprzeciętną zajebistością "Perverse Dehumanized Dysfunctions" przemawia również zaskakująco duża chwytliwość tej płyty – niby całość sprowadza się do patologicznego nakurwu, a jednak jest tu na tyle fajnych niuansów, że łatwo się w niego wkręcić, czego najlepsze przykłady mamy w 'Parasitic Worms & Prenatal Cranial Deformation' i Multi-organ Failure Epidemie'. Po takim ataku ze strony Cenotaph Defeated Sanity powinni czuć się poważnie zagrożeni.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/cenotaphtur

podobne płyty:

Udostępnij:

8 marca 2018

Ataraxy – Where All Hope Fades [2018]

Ataraxy - Where All Hope Fades recenzja okładka review coverDebiut tej hiszpańskiej załogi spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem ze strony krytyków i słuchaczy — czemu nie ma się co dziwić, bo to fajna płyta — toteż naiwnie sądziłem, że muzycy zepną poślady i szybko uderzą z krążkiem numer dwa, żeby wykorzystać wzmożone zainteresowanie zespołem. Nic bardziej mylnego, bo z takich czy innych powodów kwartet nagrał "Where All Hope Fades" dopiero pod koniec 2016, a Dark Descent wypuściła go na początku tego roku. Tak długie przerwy/opóźnienia zdecydowanie nie służą kapelom, które nie są jeszcze odpowiednio znane – niektórzy fani o nich zapomną, inni natomiast napompują balon oczekiwań do jakichś pojebanych rozmiarów. Ataraxy stali się ofiarą tej drugiej grupy – lista życzeń i wymagań była spora, jednak nie jestem przekonany, że Hiszpanie w pełni im sprostali. Na pewno nie stworzyli słabizny, bo "Where All Hope Fades" słucha się więcej niż dobrze, aaale... nieco inaczej sobie ten album wyobrażałem. To, co mnie najbardziej rzuciło się w uszy, to znaczące stonowanie brzmienia i samych kompozycji w stosunku do agresywnego przecież debiutu. Ma to zapewne związek z mocniejszym zaakcentowaniem wpływów doom metalu – w wyniku tych zmian utwory Ataraxy stały się spokojniejsze, wolniejsze (wolniej, jeśli w ogóle, się też rozkręcają – 'A Matter Lost in Time' zdaje się wygasać już w połowie), no i momentami są dość rozwlekłe, a przez to nie ekscytują tak jak te z "Revelations Of The Ethereal". Ponadto zauważalnie więcej uwagi poświęcono tu melodiom, jednakże, co tu ściemniać, nie wszystkie są na tyle udane, żeby uczynić płytę wyjątkowo chwytliwą czy porywającą. Jak dla mnie na "Where All Hope Fades" trochę za rzadko do głosu dochodzi ekstremalne (a przynajmniej zadziorne) oblicze zespołu, więc materiał nie ma ani ciężaru ani siły uderzeniowej poprzednika, i to nawet mimo tego, iż wokal Javiego stał się jeszcze bardziej vandrunenowski. W rezultacie otrzymaliśmy album stosunkowo przyjemny i niezaprzeczalnie łatwy w odbiorze, a jednocześnie niekładący na łopatki.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/ATARAXY/281047751876
Udostępnij:

26 lutego 2018

In Silent – Martwy Dopływ Wisły [2017]

In Silent - Martwy Dopływ Wisły recenzja okładka review coverIn Silent zaczynali w połowie lat 90., a pomimo tego, że poważniej rozkręcili się dopiero dekadę później i oficjalnie debiutowali w 2013, w muzyce zespołu słychać przede wszystkim klimaty charakterystyczne dla polskich death’owców właśnie sprzed dwudziestu lat. Trochę mnie tym zaskoczyli, bo spodziewałem się — zwłaszcza po takim tytule jak 'Southern Blast' — zmasowanego grzańska w stylu, powiedzmy, Convent czy Azarath, a tymczasem zawartość "Martwego Dopływu Wisły" kojarzy mi się choćby z Calvarią i innymi, mocno zainteresowanymi Deicide i Vader wesołkami. Konotacje z tymi zamierzchłymi czasami pogłębia ponadto brzmienie materiału, które kiedyś było w Polsce czymś typowym, zaś w obecnych realiach trudno je określić inaczej niż jako "demówkowe". Do pewnego stopnia ma to swój urok, jednak wolę dźwięk trochę bardziej na czasie, bo ten made by Janusz Bryt momentami nieco kaleczy uszy. Gdyby w realizację studyjną tchnąć więcej mięsa (i pieniędzy, zwłaszcza pieniędzy... i może innego realizatora), zespół na pewno by na tym zyskał, a sama muzyka nabrałaby wyrazistości i większego kopa. Póki co nawet te lepsze, najbardziej jadowite riffy po prostu przelatują; nie robią należytego wrażenia i zlewają się z tymi mniej udanymi. Przy (następnej) okazji warto również popracować nad aranżacjami, żeby pozbawione mielizn kawałki kosiły od początku do końca. Jak mi się wydaje, In Silent mają ku temu wystarczające umiejętności i doświadczenie, więc do trzeciego krążka powinni ładnie ogarnąć temat. Ciekawą sprawą jest, że zespół wciąż trzyma się polskojęzycznych, podszytych humorem ('Satandomierz', 'Niech będzie podpalony') tekstów. Wprawdzie nie znajdziemy ich na płycie, ale są wyśpiewywane na tyle wyraźnie, że z załapaniem treści tej (nieszczególnie subtelnej) poezji nikt nie będzie miał problemu, co na koncertach powinno zachęcić publikę do udzielania się przynajmniej w refrenach. A propos tekstów – ufam, iż za motto In Silent posłuży ostatnie zdanie 'Necrofucker Zwei': "to dopiero początek, bo stać mnie na więcej". Trzymam za słowo!


ocena: 6/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/In-Silent/144051922326331
Udostępnij:

9 lutego 2018

Spectral Voice – Eroded Corridors Of Unbeing [2017]

Spectral Voice - Eroded Corridors Of Unbeing recenzja okładka review coverSkoro już raz się udało, to czemu by nie spróbować ponownie – pomyśleli muzycy Blood Incantation, zasadzając się na kolejny tytuł "debiutu roku", tym razem pod szyldem Spectral Voice, w którym występuje aż trzech z nich. Moim skromnym zdaniem poradzili sobie nawet lepiej niż poprzednio, po części także dlatego, że konkurencję mieli mniejszą. Nie zmienia to faktu, że "Eroded Corridors Of Unbeing" jest albumem bardzo udanym i gładko wpisuje się w katalog Dark Descent Records. Oczywistym jest, że skoro składy tych dwóch zespołów pokrywają się w 3/4 (jedynie perkusistów mają innych), to ich muzyka będzie w mniejszym lub większym stopniu podobna. I jest, choć doskonale słychać, że panowie od przebierania palcami po strunach dołożyli wielu starań, aby nie powielać pomysłów już raz przez siebie wykorzystanych. Brawa za ambicje, ale pewnych kwestii nie przeskoczyli, bo "Starspawn" i "Eroded Corridors Of Unbeing" były nagrywane w tym samym studiu i przez tych samych ludzi, więc i brzmieniowo są do siebie zbliżone. Z tym akurat nie mam problemu, bo dźwięk uzyskany w World Famous Studio bardzo mi odpowiada – brzmienie jest proste, naturalne, dość przejrzyste, z fajnym klasycznym pogłosem, no i szorstkością doskonale pasuje do prezentowanego przez Spectral Voice stylu. Od strony muzycznej "Eroded Corridors Of Unbeing" to zaskakująco dynamiczny death-doom z mnóstwem wgniatających partii, jak również dzikich przyspieszeń i nieco kosmicznym klimatem. Na pewno nie jest to granie tak techniczne i brutalne jak w przypadku Blood Incantation, ale dla wyrobionego ucha powinno być równie przystępne i wciągające. Wbrew pozorom niewielka w tym zasługa paru bardziej melodyjnych riffów, na które można trafić choćby w 'Thresholds Beyond' czy 'Terminal Exhalation Of Being'. Większą rolę odgrywa w tym wspomniana już dynamika i łatwe do podchwycenia rytmy, których użycie muzycy opanowali już w Blood Incantation. Utwory na "Eroded Corridors Of Unbeing" są zbudowane z wielu różnych, nieraz naprawdę skrajnych elementów, jednak bardzo płynnie z sobą połączonych, dzięki czemu cały album nie jest ani smętny, ani nudny ani w końcu zamulający, co przy dużej objętości poszczególnych kawałków (najdłuższy trwa 14 minut) jest sporym osiągnięciem. Za zbędne (i denerwujące) uważam tylko ambientowe zapychacze, po które Spectral Voice sięgają w paru momentach (zwłaszcza w 'Visions Of Psychic Dismemberment'), ale ta uwaga wynika bardziej ze względu na to, że ja po prostu takiego gówna nie lubię, niż dlatego, że im jakoś strasznie nie wyszło. Grunt, że te pierdoły w żaden sposób nie odrzucają od "Eroded Corridors Of Unbeing", zaś sama płyta pozostaje w głowie na dłużej.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.necroticdoom.com
Udostępnij:

30 stycznia 2018

Redemptor – Arthaneum [2017]

Redemptor - Arthaneum recenzja okładka review coverRedemptor nigdy nie miał dość komercyjnego potencjału, by zapełniać stadiony, nawet te krakowskie; egzystował sobie raczej na uboczu – bez szumu, skromny i niespecjalnie doceniony. Po wydaniu "Arthaneum" sytuacja pewnie się nie zmieni, mimo iż to ich bezsprzecznie najlepszy album i zarazem bardzo mocna pozycja w top 3 za 2017 rok. Patrząc bowiem na ten materiał z perspektywy realisty-cynika, wydaje mi się, że Redemptor zejdzie do jeszcze głębszego podziemia, a jego status jedynie się pogorszy. Wszystko dlatego, że "Arthaneum" w swej zajebistości to płyta nieszablonowa, odważna, nietypowa i w dużym stopniu oryginalna. Panowie Kesler i Loranc przestali się ograniczać do nowoczesnego technicznego death metalu i poszerzyli swój koncept o masę nowych, niekoniecznie oczywistych i przewidywalnych elementów, a przede wszystkim jak nigdy dotąd zwrócili uwagę na klimat muzyki i jej stronę emocjonalną. Rezultat jest zachwycający, jednak przypuszczalnie zespół zapłaci za to niezrozumieniem dla swoich poczynań – podobnie jak Nomad przy okazji "Transmigration Of Consciousness". Czy ta artystyczna fanaberia była tego warta? Tak! Po trzykroć, kurwa, tak! Poprzedni krążek Redemptor, jak nieliczni pamiętają, był jedną wielką popisówką – napierdalali aż iskry leciały od tej całej pirotechniki i ogólnie trudno było za nimi nadążyć. Na "Arthaneum" słychać natomiast więcej umiaru, subtelności i dojrzałości kompozytorskiej. Oczywiście stronie instrumentalnej nie można absolutnie niczego zarzucić, bo wszyscy wymiatają wprost przepięknie, ale tym razem technika to wyłącznie środek do celu, nie zaś cel sam w sobie. Przy okazji skręcono również poziom intensywności, więc album nie ma aż tak ofensywnego charakteru jak poprzedni – jest wolniejszy, mniej brutalny, oszczędny w solówki, uzupełniony o partie klawiszy – jednakowoż wcale na tym nie traci. O sile "Arthaneum" stanowią przede wszystkim doskonale przemyślane i dopracowane struktury — pełne zaskakujących zmian i naprawdę wgniatających fragmentów (lubią zapachnieć miksem Gojira i Immolation, ugh!) — w których wszystko znakomicie ze sobą współgra, a nawet najbardziej zróżnicowane wewnętrznie utwory nie sprawiają wrażenia klejonych na siłę. Kolejnym plusem płyty i elementem mocno wpływającym na jej nastrój są wokale Michała. Xaay dokonał ogromnego postępu względem poprzednich wydawnictw i typowe death metalowe ryki uzupełnił jakimiś ponurymi pomrukami, niepokojącymi szeptami i cholera wie, czym jeszcze, co zbliżyło go niekiedy do industrialnych brzmień. Duże brawa! Nie co ściemniać – ze zwykłym growlem kogoś przypadkowego "Arthaneum" byłby odczuwalnie uboższy. Do pełni szczęścia brakuje mi tylko głębszego brzmienia perkusji. Same partie Pavulona są bardzo dobrze wstrzelone, jednak przy ciężkich gitarach wydają mi się zbyt miękkie, 'plackowate' i niedostatecznie uwypuklone – ciśnie mi się na klawiaturę casus "Kingdom Of Conspiracy". Nawet mając na uwadze ten realizacyjny zgrzyt, nie mam problemu z uznaniem "Arthaneum" za absolutnie wciągający materiał, dzięki któremu Redemptor trafił do ekstraklasy. Przynajmniej tak teoretycznie...


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/RedemptorPL

podobne płyty:

Udostępnij:

19 stycznia 2018

Devangelic – Phlegethon [2017]

Devangelic - Phlegethon recenzja okładka review coverOdpaliłem "Phlegethon" zaraz po "Parallels Of Infinite Torture", a jedyna poważniejsza zmiana, jaką dało się odczuć po tych kilku sekundach ciszy, zaszła w obrębie brzmienia... Znaczy to mniej więcej tyle, że Devangelic łoją brutalny death metal z niezłym zapleczem technicznym w prostej jak w mordę strzelił linii wyrosły z tradycji kalifornijskiego Disgorge. Od debiutu upłynęły trzy lata, a tu u Devangelic bez zmian. Nie powiem, odrobinę jestem zaskoczony, może nawet i nieco zawiedziony, bo po następcy "Resurrection Denied" oczekiwałem jednak materiału nastawionego przede wszystkim na szybkość i diabelskość — czyli cuś jak u Blasphemer — no i choćby z minimalnie zarysowaną własną tożsamością. Nic z tego, mamy tu do czynienia jedynie z naturalnym rozwinięciem debiutu, co dla słuchacza sprowadza się do jeszcze wierniejszego napierdalania pod Disgorge. Żeby oddać Włochom sprawiedliwość, trzeba odnotować, że i tak grają trochę żwawiej niż Amerykanie na swej ostatniej płycie (mimo iż tempami nadal nie zabijają), zaś ich muzyka — i to już nie każdemu musi się spodobać — nie jest aż tak duszna i technicznie poszatkowana. Ale powiedzmy sobie szczerze – czy to coś zmienia? W zasadzie nic, bo od rozpoczynającego się w znajomy sposób 'Plagued By Obscurity' wiadomo, o co Włochom chodzi; nie kryją się ze swoimi fascynacjami do tego stopnia, że również pozwolili sobie na nic nieznaczącą 'instrumentalną' zapchajdziurę. Ogólny poziom "Phlegethon" jest zatem naprawdę wysoki, więc fanatycy brutalnego death metalu — a zwłaszcza "Consume The Forsaken" i "Parallels Of Infinite Torture" — znajdą tu sporo powodów do uciechy. Druga strona medalu jest taka, że nawet z mikroskopem elektronowym oryginalności nikt się u Devangelic nie dopatrzy. Trochę szkoda, bo potencjał, jak mi się wydawało, mają dostateczny, żeby z tego stylu wykrzesać coś więcej.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.devangelic.com

podobne płyty:

Udostępnij: