Pokazywanie postów oznaczonych etykietą death metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą death metal. Pokaż wszystkie posty

18 kwietnia 2019

Asphyx – Asphyx [1994]

Asphyx - Asphyx recenzja okładka review coverZa sprawą "The Rack" i "Last One On Earth" Asphyx zapisali się złotymi zgłoskami w historii europejskiego death metalu, więc nic dziwnego, że z każdym kolejnym materiałem mieli już tylko pod górkę. W dodatku sami też sobie nie ułatwiali życia. Do nagrań trzeciego oficjalnego krążka Holendrzy przystąpili w drastycznie odmienionym składzie: van Drunena zgodnie z wcześniejszym planem zastąpił Ron van Pol, zaś ostatni z ojców założycieli Bob Bagchus stracił posadę na rzecz Sandera van Hoofa. Te personalne przetasowania musiały w jakiś sposób odbić się na muzyce i faktycznie – "Asphyx" dość znacznie różni się od poprzednich albumów, jednak nie na tyle, żeby można było mówić o całkowicie nowej jakości. Podstawowa różnica dotyczy mocniejszego zaakcentowania elementów doom metalu – wolne i bardzo wolne tempa występują w większym nasyceniu, a towarzyszą im odpowiednio miażdżące riffy i gęsta, prawdziwie grobowa atmosfera gdzieniegdzie doprawiona chórami i klawiszami. To, co na wcześniejszych płytach było raczej dodatkiem i urozmaiceniem, na "Asphyx" stanowi poważny procent trwającego godzinę materiału. Dla zachowania równowagi i dynamiki Holendrzy zadbali również o sporo rytmicznych galopów, niekiedy nawet dość szybkich (nowy perkman świetnie się w nich spisuje) i tego pięknego piłowania tremolem znanego głównie z debiutu. Innymi słowy na "Asphyx" bardzo dobrze dobrano proporcje między doom a death, dzięki czemu krążek wydaje mi się ciekawszy od "Last One On Earth", a już na pewno bardziej różnorodny. Wystarczy rzucić uchem na początek płyty, kiedy piekielnie ociężały 'Prelude Of The Unhonoured Funeral' przechodzi w dający kopa, wielowątkowy 'Depths Of Eternity' – czuć moc! Jak dla mnie prawie wszystkie kompozycje są tutaj zmyślnie poskładane, zespół z wyczuciem posługuje się zmianami tempa, więc na nudę nie można narzekać. Ponadto w wielu fragmentach pojawiają się znajome riffy (choćby '’Til Death Do Us Apart' i 'Initiation Into The Ossuary') czy super charakterystyczne przeciągnięte solówki w typie "klasyczny Asphyx", ale to nie wszystko, co "Asphyx" ma do zaoferowania słuchaczowi. Obok tych jakże rozpoznawalnych rozwiązań pojawiają się również i takie, które do zespołu niespecjalnie pasują (np. solo w 'Thoughts Of An Atheist') albo zbytnio odchodzą od wypracowanej formuły i nieco zaburzają odbiór całości. Mam tu na myśli zwłaszcza 'Incarcerated Chimaeras', przy którym moje pierwsze skojarzenia biegną w kierunku Benediction. Nie chodzi o to, że muzyka jest słaba — bo nie jest — tylko o pewne ubytki w sferze tożsamości. Jest jeszcze kwestia wokalu. Ja akurat zaliczam się do tych, dla których Ron van Pol całkiem sprawnie wywiązał się z powierzonych obowiązków, jednak w życiu nie przyznam, że wyziewnością w jakikolwiek sposób dorównuje poprzednikowi, to nie ta liga. Jego głos bardziej przypomina Chrisa Reiferta, choć i tu należy zaznaczyć, że nie powiewa od niego aż taką patologią. Czy van Drunen zaśpiewałby tu lepiej? Przypuszczalnie tak, niemniej to tylko domysły. Pewne natomiast jest, że 'trójka' odznacza się bardzo dobrym, super selektywnym i wgniatającym brzmieniem Stage One. Zajebiście mi się podoba to połączenie pracującej w niskich rejestrach gitary i mających dużo przestrzeni garów. Przy takim podejściu do produkcji słyszalny jest nawet bas, mimo iż cudów nie prezentuje. Nie jest łatwo stworzyć doom-death’owy album. Ciekawy doom-death’owy album. A już zwłaszcza taki, który trwa godzinę. Asphyx podołali, choć jak czas pokazał – kultu z tego nie było i dalej nie ma.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: asphyx.nl

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

14 kwietnia 2019

Unreal Overflows – Latent [2018]

Unreal Overflows - Latent recenzja okładka review coverHiszpański Unreal Overflows był jak dotąd zespołem, który rozwijał się w bardzo zdrowy sposób i w ciekawym kierunku – na kolejnych materiałach poprawie ulegała muzyka, brzmienie, a także oprawa. Krok po kroku wyrośli na godnego reprezentanta tamtejszej sceny. W końcu nadszedł czas najwyższej próby, czyli krążek numer trzy i... dupa. Już na pierwszy rzut oka digipak "Latent" wygląda dość budżetowo, by nie użyć mocniejszego sformułowania. To pierwsze ostrzeżenie przed tym, że coś jest nie teges. Następne mamy we wkładce, bo oficjalny skład obcięto do dwóch osobników i nigdzie nie wymieniono perkusisty. Kolejne – po odpaleniu krążka. Sytuacja wygląda tak: z jakiegoś powodu Unreal Overflows postanowili pozbyć się żywego perkmana, ubrać materiał w przeciętne brzmienie, a co najgorsze – poważnie cofnąć się w rozwoju. Jedyna pociecha w tym, że już na debiucie prezentowali dobry poziom, więc obyło się bez dramatu. Nie zmienia to faktu, że pierwszy kontakt z "Latent" jest dużym rozczarowaniem. Płyta wywołuje ambiwalentne odczucia, trudno się do niej przekonać i wymaga to sporo walki, choć sam materiał, już po rozgryzieniu, okazuje się naprawdę udany. Najbliżej mu do tego, co przed laty proponowały kapele typu Illogicist czy Sceptic, czyli totalny Death-worshipping ze śmigającymi gitarami, żwawym tempem i skrzeczącym wokalem – wszystko znane i ograne. Ja liczyłem, ba! – byłem przekonany, że Hiszpanie zaproponują coś świeżego, potężnego i bardziej pokręconego niż na "False Welfare", toteż zawartość "Latent" przyjmuję z umiarkowanym entuzjazmem; zwyczajnie wiem, że stać ich na więcej. Nie powiem, jest tu kilka fragmentów, które potrafią podnieść ciśnienie i dowodzą technicznej biegłości muzyków (zwłaszcza 'Rusted Supremacy'), ale jako całość album to muzyka, przynajmniej w tej formie, nieco już przestarzała, nic nie wnosząca. Na poprzednich krążkach Unreal Overflows również całymi garściami czerpali z dorobku Schuldinera, ale miało to trochę więcej polotu i finezji, poza tym zawsze dodawali coś od siebie. Teraz własnego wkładu jest zdecydowanie za mało, a że brzmienie i automat raczej irytują niż podniecają, to "Latent" mogę ocenić najwyżej na 7.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/unreal.overflowsmetal/

Udostępnij:

10 kwietnia 2019

Rotheads – Sewer Fiends [2018]

Rotheads - Sewer Fiends recenzja okładka review cover"Sewer Fiends" to sensacyjny debiut z Rumunii. Debiut się zgadza, Rumunia także, ale z tą sensacją to co najmniej gruba przesada. Owszem — i temu nie można zaprzeczyć — krążka słucha się całkiem przyjemnie, sam poświęciłem mu sporo czasu, jednak do opadu kopary nie doszło ani za pierwszym ani za setnym przesłuchaniem. Może to moja wina, że jestem nieczuły na ich wdzięki, a może po prostu w oldskulowym graniu zrobiła się już zbyt duża konkurencja? Nie ważne. Rotheads przenosi nas w czasie do momentu, kiedy death metal dopiero nabierał kształtu i rozpędu, więc na "Sewer Fiends" nie uświadczymy ultratechnicznych łamańców, bezlitosnych blastów czy krystalicznie czystej produkcji. Krążek zawiera starą muzykę i brzmi odpowiednio po staremu, choć akurat nie wiem, na ile był to intencjonalny zabieg, a na ile kwestia skromnych funduszy (zerknijcie na ich sprzęt...). Załóżmy jednak, że chłopakom od początku chodziło o czytelny acz przysyfiony sound (w tym ten piękny pogłos w solówkach). Taki, który pasuje do muzyki korzeniami tkwiącej w Autopsy ("Severed Survival"), Death ("Leprosy"), Obituary ("Slowly We Rot"), Asphyx ("Embrace The Death") czy Incantation ("Onward To Golgotha"), że wymienię tylko kilku klasyków, od których Rotheads czerpią oczywiste inspiracje. Jeśli chodzi o klimat, to o powiewach świeżości należy zapomnieć, natomiast stęchlizna pełnej martwych szczurów piwnicy unosi się nad "Sewer Fiends" cały czas i jest to jeden z głównych atutów krążka. Nie znaczy to jednak, że Rumuni proponują jakąś prymitywną, opartą na dwóch riffach łupankę. W tych siedmiu utworach doskonale słychać, że muzycy poświęcili dużo czasu zarówno pracy nad warsztatem jak i nad aranżacjami – materiał jest przemyślany, stosunkowo urozmaicony (szczególnie jedenastominutowy 'The Mad Oracle Of Seweropolis') i całkiem miło się wkręca, ale nie na tyle, żeby paść przed nim na kolana. Przynajmniej dla mnie to ciągle za mało. Niemniej doceniam wysiłki Rotheads i na pewno będę miał na nich oku w przyszłości.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/rotheads/
Udostępnij:

6 kwietnia 2019

Equipoise – Demiurgus [2019]

Equipoise - Demiurgus recenzja okładka review coverJeden rzut oka na rozbudowany skład tego projektu powinien wystarczyć, by co wrażliwsi wielbiciele progresywnego death metalu popuścili strużkę z radości. Magia takich nazw jak Beyond Creation, Hate Eternal, Vale Of Pnath, Inferi, First Fragment, Cosmic Atrophy, Zealotry, The Faceless czy Serocs robi swoje – po Equipoise po prostu trzeba spodziewać się wodotrysków z kosmosu. Zresztą spójrzmy prawdzie w oczy, tacy muzycy zbierają się do kupy tylko w jednym celu – żeby sobie powymiatać bez specjalnych ograniczeń. I wymiatają, och jak wymiatają! I to godzinę z okładem, przez co muzyka zespołu wcale nie staje się łatwiejsza do ogarnięcia dla nieprzygotowanego słuchacza. Przy takim nagromadzeniu wpływów i pomysłów, z jakim mamy do czynienia na "Demiurgus", nawet kilka wnikliwych przesłuchań to za mało, żeby wyłapać choćby część tego, co ekipie Equipoise chodziło po głowach. A chodziły różne rzeczy, w dodatku coś mi się wydaje, że każdy z muzyków (a przynajmniej ci, którzy mieli najwięcej do powiedzenia przy produkcji) miał z lekka odmienną wizję tego, jak powinna wyglądać i brzmieć ta płyta. Stąd też wciśnięto tu wszystko, co jest w jakiś sposób ambitne i skomplikowane: progresywny i techniczny death metal, neoklasyczne pasaże, flamenco, jazz, klawiszowe kosmosy... Mają rozmach skurwiesyny! Różnorodności nie można "Demiurgus" odmówić, eklektyczności również, szkoda tylko, że nie zawsze wymienione przeze mnie elementy/wpływy są spójne i odpowiednio się zazębiają, a całości brakuje jakiejś myśli przewodniej. Innymi słowy album nieco kuleje od strony kompozytorskiej i nie przyciąga należycie uwagi. Nie dziwi mnie to jednak, bo — jak już wspomniałem — takie projekty jak Equipoise powstają po to, żeby każdy zaproszony mógł się do woli wytrzepać; inne kwestie są drugorzędne, o ile w ogóle są brane pod uwagę. Utwierdza mnie w tym szczególnie długaśna lista gości (oczywiście nie mogło wśród nich zabraknąć Christiana Münznera), którzy dorzucili na krążku coś od siebie, aż 6 pełnoprawnych instrumentali oraz dwa ośmiominutowe utwory do granic absurdu wypakowane popisami: 'Cast Into Exile' (23 solówki) i 'Dualis Flamel' (24 solówki, przy okazji wcisnęli tu najlepszy riff) – ktoś wspominał o rozmachu? Stąd też "Demiurgus" to przede wszystkim (a może wyłącznie?) gratka dla wielbicieli szaleńczego przebierania paluchami. Innych taka gimnastyka raczej nie ruszy.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/PoiseOfficial/

podobne płyty:

Udostępnij:

12 marca 2019

Spectral – Neural Correlates Of Hate [2018]

Spectral - Neural Correlates Of Hate recenzja okładka review coverRok 2018 upłyną nam w kraju pod znakiem nieco na siłę nakręcanego hype’u na punkcie Rotheads. Kwartet z Bukaresztu odpowiedzialny za "Sewer Fiends" szybko urósł do rangi objawienia, jednak na mnie znacznie większe wrażenie zrobił inny, ciut starszy debiutant z rumuńskiej ziemi – Spectral. W ciągu 15 lat (sic!) działalności przez skład tego zespołu przewinęło się kilka mniej lub bardziej znanych postaci, więc na "Neural Correlates Of Hate" siłą rzeczy słychać spore doświadczenie, nienaganną technikę oraz — i to akurat jest ciekawe — pomysły od dawna już nieobecnych członków. Utwory na potrzeby krążka powstawały na przestrzeni ostatniej dekady (co najmniej!), stąd też nie powalają oryginalnością czy natłokiem innowacyjnych rozwiązań, ale są zajebiście solidnie dopracowane (co nie powinno dziwić), brzmią zaskakująco świeżo i szybko zapadają w pamięć, głównie ze względu na dynamiczne struktury, dobre melodie i mnogość wypieszczonych solówek. Swoją drogą tak bardzo rozciągnięty w czasie proces twórczy wyszedł zespołowi na dobre, bo właśnie dzięki temu Spectral szczęśliwie rozminęli się z popularnymi ostatnio tendencjami do przedkładania progresywnych plumkań nad czystą brutalność. Na krążku nie znajdziecie astralnych klimacików (aczkolwiek kosmicznego przebierania paluchami nie brakuje), czystych wokali czy symfonicznych wtrąceń. "Neural Correlates Of Hate" to konkretne dopieprzanie w szybkich tempach oraz dowód na to, że w technicznym death metalu można jeszcze komponować muzykę, której duża złożoność (mamy tu dwa ośmiominutowe kolosy) nie zabija czytelności i nie wpływa negatywnie na jej odbiór. To dlatego fani porządnego wymiatania spod znaku Necrophagist (w Spectral popyla ich ostatni perkman, Romain Goulon), Spawn Of Possession, Obscura i Ophidian I powinni bez chwili wahania sięgnąć po "Neural Correlates Of Hate" – materiał chwyta od pierwszego przesłuchania i długo nie pozwala się od siebie uwolnić. Jako ciekawostkę (a być może i wabik) dorzucę, że album ubarwili swoimi solówkami Calin Paraschiv (Necrovile, teraz także Pestilence) oraz wszędobylski Christian Münzner. Jednak nawet bez ich udziału krążek niewiele by stracił, bo mamy tu prawie trzy kwadranse atrakcyjnego death metalu.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/SpectralOfficial/

podobne płyty:

Udostępnij:

8 marca 2019

Lividity – Perverseverance [2018]

Lividity - Perverseverance recenzja okładka review coverAż 9 długich lat zajęło muzykom Lividity przygotowanie nowego krążka. Krążka, który chociaż nie jest najlepszym w ich karierze, w tym właśnie momencie jest światu niezmiernie potrzebny. Amerykanie ze swoim humanitarnym przesłaniem "Kill Then Fuck" jawią mi się teraz jako ostoja normalności i zdroworozsądkowa odpowiedź na bzdurne zjawiska scenowe typu feministyczny death metal. Gdzie polityczna poprawność, parytety i mizandria wpieprzają się drzwiami i oknami, tam Lividity kierują firmowy humor, czystą pogardę, wywieszone fujary oraz... blasty. "Perverseverance" od strony technicznej jest materiałem prostszym i mniej wyszukanym niż dwa poprzednie, jednak w ogóle nie ustępuje im pod względem jebnięcia. Nie wiem czy to zasługa łykanej potajemnie viagry, ale w tej kwestii Amerykanie nie wymiękają – grają ciężko, brutalnie i dość szybko, więc pomimo sporej przerwy wydawniczej ciągle należy im się zaszczytne miejsce w gronie zboków z Gorgasm, Prostitute Disfigurement czy Broken Hope. Płyta jest stosunkowo krótka (zwłaszcza kiedy obedrzemy ją z wesołych sampli), cztery numery przelatują wręcz ekspresowo (każdy poniżej 2 minut), więc na pierwszy rzut ucha całość może wydawać się nieco zbyt jednowymiarowa, ale to tylko pozory. Lividity upchnęli na "Perverseverance" dość urozmaiceń — oczywiście w ramach klasycznego brutalnego death metalu — żeby nie powiewało nudą ani zdradą ideałów. Naturalnie nie mamy tu do czynienia z materiałem, który jest w stanie czymkolwiek zaskoczyć, bo ekipa Dave’a Kiblera korzysta wyłącznie ze sprawdzonych i — co tu ukrywać — typowych dla gatunku zagrywek. Lividity doskonale znają swój fach, produkcję mają masywną jak nigdy wcześniej, więc nie ma opcji, żeby takim graniem zawiedli oczekiwania swoich zwolenników. Mnie nie zawiedli, w związku z czym uznaję "Perverseverance" za kolejną dobrą płytę w ich dorobku.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/lividityofficial

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

20 lutego 2019

Ectoplasma – Cavern Of Foul Unbeings [2018]

Ectoplasma - Cavern Of Foul Unbeings recenzja okładka review coverGrecy potrafią w stary death metal, co udowodnili już nie raz, że wspomnę tylko o Dead Congregation, Abyssus czy Resurgency. Nie tak dawno temu za sprawą "Cavern Of Foul Unbeings" do tego zaszczytnego grona dołączyli kolesie z Ectoplasma. Podopieczni Memento Mori z łatwością przebili i tak już niezły debiut, więc, jak myślę, warto poświęcić im przynajmniej kilka przesłuchań. O ile oczywiście lubicie pierwotne wyziewy pierwszej i drugiej fali amerykańskiego death metalu z domieszką co bardziej żwawych załóg europejskich, bo muzycy Ectoplasma dołożyli starań, żeby ich granie jednoznacznie kojarzyło się z tamtym pięknym okresem, kiedy to na listach przebojów królowały Death, Obituary Autopsy, Malevolent Creation, Morbid Angel, Massacra czy Morta Skuld. "Cavern Of Foul Unbeings" niemal w każdym aspekcie idealnie imituje krążki nagrane najpóźniej do 1992 roku. Z oczywistych względów materiał Greków nie dorównuje klasykom – wtedy (prawie) wszyscy starali się grać i brzmieć po swojemu, niepowtarzalnie, natomiast Grecy hurtowo ściągają pomysły od innych i niewiele (jeśli w ogóle) dodają od siebie. Nie powiem, żeby mi to strasznie przeszkadzało, bo "Cavern Of Foul Unbeings" poskładano bardzo rzetelnie, a obcuje się z nim naprawdę przyjemnie (nawet pomimo sporawej długości), ale na przyszłość powinni zastanowić się nad jakimiś wyróżnikami, inaczej zginą w tłumie podobnych kapel. Opcji rozwoju mają kilka, ja na ich miejscu postawiłbym na większą zgniliznę brzmienia (kierunek – Autopsy z "Mental Funeral") i mocniejsze zaakcentowanie partii perkusji, które akurat są najjaśniejszym punktem tego albumu. Odpowiadający za gary Giannis Botsis doskonale wie, jak korzystać z zestawu i w dodatku gra tak, jak lubię najbardziej – nie żałuje gęstych przejść, rozsądnie korzysta z blastów i utrzymuje porządną dynamikę. Doświadczenia mu, jak mniemam, nie brakuje, skoro przewinął się chyba przez połowę greckich kapel. Z gitarami, tak ogólnie, też jest nieźle, chociaż stopniem urozmaicenia na pewno nie dorównują garom. Poza tym gitarniacy proponują ciut za dużo typowych i ogranych motywów, które można usłyszeć u wieeelu innych kapel, zarówno starych, jak i nowych. Na plus trzeba im zaliczyć, że oldskulowy feeling utrzymują bez najmniejszego problemu. Resztę powinni z czasem dopracować. Na koniec ciekawostka – "Cavern Of Foul Unbeings" dopchnięto coverem jednego z większych hitów Unleashed – 'The Immortals'. Pod względem wykonania nie można Ectoplasma niczego zarzucić, jednak spójność bonusa z autorskim materiałem jest co najmniej dyskusyjna.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Ectoplasma-1579524392276613/

Udostępnij:

13 lutego 2019

Horrendous – Idol [2018]

Horrendous - Idol recenzja okładka review coverDebiutancki album Horrendous narobił na scenie sporego zamieszania; dla niektórych Amerykanie wręcz na nowo odkryli obskurny europejski death metal. Zachwyty nie trwały jednak długo, bo na kolejnych płytach chłopaki zaczęli sukcesywnie odpływać w kierunku czegoś mniej oklepanego, a bardziej kompleksowego i oryginalnego. W rezultacie początkowi entuzjaści zespołu wykruszali się z roku na rok, zniechęceni eksperymentami (choć to za duże słowo) i stopniowym łagodzeniem oblicza. Ta tendencja pewnie jeszcze się utrzyma, bo "Idol" to kolejny krok ku muzyce progresywnej, wielowymiarowej i nieprzesadnie brutalnej. Horrendous ciągle trzymają się pierwotnego, organicznego brzmienia (mimo iż jest znacznie czystsze niż w przeszłości) i obleśnie rozpaczliwego wokalu, ale już misternie skonstruowane aranżacje z wieloma zmianami nastroju dają jasno do zrozumienia, że chłopaki ambicjami mocno wyrastają ponad typową młodą kapelę grającą "po staremu". Wystarczy choćby przysłuchać się temu, jak na "Idol" pracuje sekcja rytmiczna Horrendous – to jest naprawdę wyższa szkoła jazdy, jednak nie łączyłbym tego ze szpanowaniem umiejętnościami. W partiach perkusji Jamie Knox do minimum ograniczył powtarzalne i oklepane w death metalu zagrania, kombinując z rytmami, nietypowymi przejściami i ogólnym feelingiem – byle tylko nie popaść w typową łupankę. Wprawdzie tempa nie należą do zabójczych (Horrendous nigdy nie spidowali) — krótka sekwencja blastów pojawia się jedynie w 'Devotion (Blood For Ink)' — ale pod względem gęstości upakowania dźwięków "Idol" i tak wypada dość intensywnie. Ponadto zespół dużo zyskał na zatrudnieniu prawdziwego basmana, który ma w dupie opinie innych i wszystko robi po swojemu albo po prostu dostał wolną rękę. Niezależnie od wersji, chłop ani przez chwilę się nie ogranicza, a słychać to od pierwszych sekund 'Prescience'. Bas pracuje sobie całkowicie indywidualnie, w oderwaniu od reszty instrumentów i praktycznie nawet nie próbuje trzymać się struktur utworów. Fajna sprawa, chociaż pojawia się tu pewna pułapka – śledzenie poczynań basmana może skutecznie odwrócić uwagę od zmyślnie przygotowanych i bardzo urozmaiconych partii gitar. Pokręcone riffy i odjechane melodie robią naprawdę dobre wrażenie i z dużą łatwością wwiercają się w mózg (do tego gitarniacy już nas przyzwyczaili), ale przez ten cały pęd zespołu ku progresji brakuje im trochę zadziorności, która cechowała poprzednie nagrania. Listę minusów "Idol" muszę uzupełnić o bezbarwny instrumental 'Threnody' (nie ma startu do majstersztyku z "Anareta") oraz pojawiające się w 'Divine Anhedonia', 'Devotion (Blood For Ink)' i 'Obolus' czyste wokale, które nie są ani udane ani w jakikolwiek sposób potrzebne. Te dwie kwestie sprawiają, że w moim rankingu płyt Horrendous "Idol" plasuje się poza podium, co nie zmienia faktu, że i na nim nie brakuje świetnych fragmentów, do których warto wracać.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/HorrendousDeathMetal
Udostępnij:

3 lutego 2019

Nasty Surgeons – Infectious Stench [2018]

Nasty Surgeons - Infectious Stench recenzja okładka review coverDobrze grający hiszpański zespół w barwach Xtreem to dla mnie nie lada zaskoczenie, wszak kapele ze swojego podwórka Rotten wydaje chyba wyłącznie z pobudek patriotycznych, zupełnie nie zważając na poziom muzyki. To dlatego początkowo Nasty Surgeons również budzili moje wątpliwości, bo powstali niedawno (2016), a zaskakująco szybko dorobili się kontraktu i debiutanckiej płyty. O dziwo akurat ich materiał wyrastał ponad przeciętność – nie było to nic wielkiego, ale w swojej kategorii dawał radę i zdradzał pewien potencjał drzemiący w tym duecie. W rok po pierwszym krążku Hiszpanie zaserwowali opisywany właśnie "Infectious Stench", który to stanowi pewny krok naprzód i potwierdza ambitne podejście zespołu do wykonywanej młócki, bo to muzyka, do której naprawdę chce się wracać. W stosunku do debiutu poprawie uległo w zasadzie wszystko, więc mamy do czynienia z fajnie (i profesjonalnie!) podanym death-grindem, w którym wciąż przewijają się inspiracje i odniesienia do starych nagrań bogów z Carcass. Nie ma w tym nic odkrywczego, ale z drugiej strony kapel pielęgnujących spuściznę Anglików ostatnio pojawia się jakby mniej, toteż działalność Nasty Surgeons w moich oczach znajduje uzasadnienie. Przemawia za nimi szczególnie to, że ich rozwój jest wręcz namacalny. Zgaduję, że zespół sporo zyskał na rozbudowaniu składu do normalnych rozmiarów — o gitarzystę i basmana — bo nowe utwory stały się ciekawsze, a ich struktury bardziej urozmaicone i czytelne. Mniej tu przypadkowych dźwięków i chaosu, a więcej konkretnych, żyjących własnym życiem riffów i chwytliwych solówek tudzież motywów melodycznych. Wprawdzie "Infectious Stench" nie kasuje słuchacza ekstremalnością (jak choćby Disgorge), jednak ma do zaoferowania duże pokłady fajności – muzyka Nasty Surgeons jest skoczna i łatwo przyswajalna. W tym miejscu cisną mi się na klawiaturę skojarzenia z wczesnymi płytami Gorerotted i Exhumed, które przy całej swojej krwistości wpadały w ucho już przy pierwszym kontakcie. Jeśli takie podejście do death-grindu wam pasuje, to polecam się rozejrzeć za "Infectious Stench". Na pewno nie przepłacicie.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/nastysurgeons

podobne płyty:

Udostępnij:

26 stycznia 2019

Revolting - Monolith Of Madness [2018]

Revolting - Monolith Of Madness recenzja okładka review coverSzwedzki death metal jest fajny, więc nic dziwnego, że ma spore grono oddanych fanów... Nie wiem, czy spece od księga rekordów Guinnessa już to zweryfikowali, ale można w ciemno zakładać, że największym maniakiem tego gatunku jest niejaki Rogga Johansson. Rozumiecie, do czego zmierzam... "Monolith Of Madness" to kolejna już płyta z typowym 'Rogga death metalem'. Nie znam poprzednich dokonań Revolting, nigdy nie próbowałem ich szukać, ale zawartość opisywanego właśnie krążka dostarcza mi dość wrażeń i informacji, żebym już więcej do tego projektu nie wracał. Nie zrozumcie mnie źle, to wcale nie jest kiepski materiał; jest po prostu makabrycznie wtórny i typowy. Rogga gra to, co lubi najbardziej — czyli wariacje na temat wczesno-średniego Dismember z dodatkiem mielonek Grave — a czyni to w ten sam sposób, co w większości ze swoich ośmiuset czterdziestu trzech zespołów. Takie podejście sprawia, że nie idzie odróżnić jeden od drugiego, a w związku z tym gromadzenie kolejnych identycznie brzmiących płyt zwyczajnie mija się z celem. Równie bezsensowne jest produkowanie co 3-4 miesiące tego samego pod różnymi nazwami. Sorki, mnie to nie podnieca. Wiadomo, że Rogga to chłop obdarzony wielkim talentem i niezłymi umiejętnościami, jednak niepotrzebnie aż do tego stopnia rozmienia się na drobne. O ile świat (szwedzkiego) death metalu byłby piękniejszy, gdyby dał sobie na wstrzymanie i raz na rok-dwa nagrywał płyty tylko z topowym materiałem. Pomarzyć...


ocena: 6,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Revolting/144322252254789
Udostępnij:

21 stycznia 2019

Eroded – Necropath [2018]

Eroded - Necropath recenzja okładka review coverNie samą Ameryką miłośnik death metalu żyje. Dobrze to wiedzą muzycy Eroded, którzy dali się poznać za sprawą całkiem niezłego "Engravings Of A Gruesome Epitaph", a po sześciu latach przypomnieli o sobie za sprawą "Necropath". Tak długa przerwa między kolejnymi płytami może dziwić w kontekście tego, co i jak Włosi grają (wszak wodotrysków nikt się u nich z pochodnią nie doszuka), ale ma to głębszy sens. Po prostu w większych dawkach i przy większej aktywności wydawniczej muzyka Eroded najprawdopodobniej stałaby się nużąca. Póki co umiar (tym razem zmieścili się w 36 minutach) przemawia na korzyść zespołu, więc każdy fan starego europejskiego death metalu, a zwłaszcza Grave (do "You'll Never See...") i Benediction nie powinien czuć się zawiedziony zawartością krążka. "Necropath" to średnie tempa, nieskomplikowane rytmy, oszczędne melodie i ryczące wokale – klasyczna mielonka w standardowym wydaniu. W stosunku do debiutu nie odnotowałem żadnych poważniejszych zmian (choć z pewnością grają lepiej), w uszy rzuca się jedynie potężniejsze brzmienie. Mnie to nawet pasuje, ale zdaję sobie sprawę, że wielu osobom będzie tu czegoś brakowało – odrobiny oryginalności. Pod tym względem Eroded w ogóle się nie wybija spośród masy podobnych (mimo że zwykle bardziej zapatrzonych w Entombed) kapel, a samo ich poważne i profesjonalne podejście do tematu zostanie docenione jedynie, jeśli ktoś będzie miał dość fuksa, żeby trafić akurat na "Necropath". Jako że Włosi są pod opieką F.D.A. Records, to można zakładać, że tu i ówdzie zaistnieją, więc ja bym ich tak szybko nie skreślał. W końcu nie zrażali się dotychczasowymi niepowodzeniami.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/erodeditaly/
Udostępnij:

13 stycznia 2019

Posthuman Abomination – Transcending Embodiment [2018]

Posthuman Abomination - Transcending Embodiment recenzja okładka review coverBrutalny włoski death metal w amerykańskim stylu. Chyba już każdy osobnik jako tako orientujący się w gatunku doskonale wie, czego można (należy!) się po takiej etykiecie spodziewać? A już zwłaszcza, gdy w skład zespołu wchodzą ludzie umoczeni w Vomit The Soul, Devangelic czy Natrium... Tu nie ma miejsca na domysły. W dodatku Posthuman Abomination nie robią absolutnie niczego, żeby wyjść poza najpopularniejsze gatunkowe schematy czy choćby w minimalnym stopniu nadać muzyce indywidualny rys. Nic z tych rzeczy – oni tylko napierdalają, jak bogowie zza oceanu — zwłaszcza z okolic Nowego Jorku — przykazali. I chociaż kawałki z "Transcending Embodiment" dość szybko (czytać: od drugiego) zaczynają się ze sobą zlewać w jeden wielki bulgotliwy łomot, to ich intensywność, wylewająca się z każdej sekundy czysta brutalność rekompensują znikomą rozpoznawalność i całkowity brak oryginalności. Nie ma się co oszukiwać, po takie granie nie sięga się, by poszerzać horyzonty albo dla wyjątkowo estetycznych doznań (tak na marginesie, technicznie są całkiem obcykani), tylko by poczuć solidne jebnięcie w twarz, by zostać przytłoczonym. Z tak postawionego zadania Posthuman Abomination wywiązują się naprawdę dobrze – "Transcending Embodiment" miażdży, co nie zmienia faktu, że opisane na początku podejście do tematu skazuje ich na zapomnienie. W ten sposób chłopaki w jakimś stopniu marnują swój potencjał, bo choć nie ma wśród nich wielkich gwiazd, to umiejętności mają akurat na tyle, żeby zaproponować światu coś bardziej wyrazistego niż przewidywalna symfonia bulgotów i blastów. Może następnym razem? O ile w ogóle do niego dojdzie...


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Posthumanabomination/
Udostępnij:

5 stycznia 2019

Requiem – Global Resistance Rising [2018]

Requiem - Global Resistance Rising recenzja okładka review coverPrzyszło nam cholernie długo czekać na szósty album Requiem, ale wytrwałość się opłaciła, bo Szwajcarzy nagrodzili swych fanów znakomitym death metalowym ochłapem, który można nawet rozpatrywać w kategoriach najlepszego w ich historii, choć to akurat najmniej ważne. Istotne jest natomiast to, że Requiem nie wymiękają, a tym samym nie zawodzą. Od "Within Darkened Disorder" upłynęło aż siedem lat, w międzyczasie zespół rozrósł się do kwintetu (o nowego gitarzystę i wokalistę), jednak w ogóle nie wpłynęło to na podejście do grania i ogólny kształt "Global Resistance Rising". Requiem w zasadzie od debiutu trzymają się prostej — i sprawdzonej, jak się okazało — formuły: tremolo, blast i do przodu. Bez wielkich komplikacji, bez udziwnień, bez ozdobników, no i bez wytchnienia. Bezpośrednia i zajebiście chwytliwa jazda od początku do końca, która w ich wykonaniu zawsze trafia do mnie z taką samą łatwością. Tu naprawdę nie trzeba rozkładać muzyki na czynniki pierwsze czy gmerać w poszukiwaniu drugiego dna, żeby załapać, o co chłopakom chodzi. "Global Resistance Rising" to kopiący w dupę szybki death metal, którego nie powstydziliby się weterani z Malevolent Creation w latach 2000-2004. No, może Szwajcarzy grają trochę brutalniej i nie przywiązują szczególnej wagi do popisów solowych, niemniej jednak muzyka wywołuje bardzo podobne wrażenia. Liczy się konkretny wygar, co zresztą Szwajcarzy sprytnie podkreślili dwoma niespełna półtoraminutowymi strzałami. Pozytywny obraz "Global Resistance Rising" dopełnia odpowiednio ciężkie brzmienie i czytelna, choć nie krystalicznie czysta produkcja. Jeśli o mnie chodzi, takie płyty mogą się ukazywać codziennie.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.requiem-net.com

podobne płyty:

Udostępnij:

30 grudnia 2018

Beyond Creation – Algorythm [2018]

Beyond Creation - Algorythm recenzja okładka review coverNa długo przed premierą "Algorythm" byłem przekonany, że w korespondencyjnym pojedynku Obscura–Beyond Creation to Kanadyjczycy będą górą i bez trudu zmiotą jakiś tam "Diluvium". A tu zonk. Wychodzi bowiem na to, że tym razem to Niemcy zrobili na mnie lepsze wrażenie, mimo iż ogólnym ciężarem ciągle przegrywają z kolegami zza oceanu. Z Beyond Creation stało się coś niedobrego. Chodzi mi o przypadłość/tendencję — która dotknęła już niejedną kapelę spod znaku technicznego death metalu — polegającą na rozbudowaniu i mocniejszym zaakcentowaniu progresywnej strony muzyki, co zawsze odbywa się kosztem jej brutalności. Przekładając to na ludzki język: więcej plumkania, a mniej napierdalania. [miejsce na zrobienie pełnego dezaprobaty "buuuu"] Spodziewałem się, że po czterech latach przerwy Kanadyjczycy zaproponują coś więcej niż tylko zestaw sprawdzonych schematów plus kilka aktualnie popularnych rozwiązań, ale się przeliczyłem. O ile odrobinę djentu można na "Algorythm" przeboleć, to kolejna nowość, elementy symfoniczne, to porażka na całej linii. Mnie odrzucają zwłaszcza dwa instrumentale wciśnięte na początku i w środku krążka – raz, że w ogóle nie pasują do normalnych utworów, a dwa, że brzmią potwornie tanio i naiwnie. Oba te potworki kaleczą uszy, ale mają tę zaletę, że można je przeklikać. Z wszechogarniającą progresją nie ma tak lekko, bo wyziera niemal z każdej frazy. Wszystko jest oczywiście zagrane przepięknie i z wielkim rozmachem, ale po dokładniejszym wsłuchaniu się sporo tych partii sprawia wrażenie jałowych wypełniaczy, pozbawionego treści i klimatu pitolonka, które tylko niepotrzebnie wydłuża płytę. Jako że za lwią część muzyki (w tym orkiestracje), tekstów, zdjęć i grafiki we wkładce odpowiada Simon Girard, to wiadomo gdzie szukać problemu, a przynajmniej w czyim ego... Reszta chłopaków powinna, dla dobra ogółu i własnego, zawalczyć o nieco bardziej demokratyczne podejście do komponowania, bo w przeciwnym razie Beyond Creation może skończyć jako zespół jednej, powtarzanej do wyrzygania sztuczki. Wystarczająco do myślenia powinien dawać fakt, że najlepszy numer na "Algorythm", górujący nad pozostałymi 'Surface’s Echoes' (zwróćcie uwagę na te doskonałe riffy od 4 minuty, solówkę i ogólny ogień), jako jedyny powstał przy udziale drugiego gitarniaka. Girard przypomina mi w tej chwili Kummerera sprzed kilku lat: zafiksowany na własnych widzimisiach i raz wyuczonych schematach, dość drastycznie ogranicza olbrzymi potencjał kolegów. Najbardziej traci na tym perkusista, bo akurat on — w przeciwieństwie do nowego basmana (który, co trzeba przyznać, godnie zastąpił Foresta) — dostał najmniej okazji, by w pełni rozwinąć skrzydła. Z powyższego tekstu jak na razie wynika, że Beyond Creation nagrali gniota. Tak bynajmniej nie jest. "Algorythm" zawiera wiele świetnych, kosmicznych wręcz rozwiązań i intrygujących pomysłów, ale jako całość album za bardzo rozmija się z moimi oczekiwaniami, żebym padł na kolana i piał z zachwytu.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/BeyondCreationOfficial

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

25 grudnia 2018

Krisiun – Scourge Of The Enthroned [2018]

Krisiun - Scourge Of The Enthroned recenzja okładka review coverTrzy lata temu akcje Krisiun straciły sporo na wartości, czemu zresztą nie ma się co dziwić, bo zachwytów nad "Forged In Fury" nigdzie się nie doszukałem. Tym razem opinie powinny być już bardziej entuzjastyczne, gdyż Brazylijczycy poszli po rozum do głowy i przywalili ze zdecydowanie większym pałerem. "Scourge Of The Enthroned" nie jest oczywiście powtórką z "Conquerors Of Armageddon", na którą wielu naiwnie czeka od tak dawna, ale i tak potrafi ucieszyć, bo pokazuje, że zespół jeszcze do końca nie zarzucił szybkiego i brutalnego grania. Za to na granie odkrywcze kompletnie położył już lachę. Mamy tu zatem coś na kształt dość zgrabnego miksu patentów charakterystycznych dla "Ageless Venomous" i "Works Of Carnage" z brzmieniem, któremu najbliżej do tego z "The Great Execution" (ponownie nagrywali w Stage One) i dużą dawką chwytliwości. Krisiun nie zaproponowali absolutnie niczego nowego (przynajmniej ja się takich cudów nie doszukałem), na wyżyny ekstremy również się nie wspięli, jednak dzięki rozsądnej długości materiału (38 minut – miła odmiana po dwóch ostatnich kolosach) i jego wspomnianej przystępności "Scourge Of The Enthroned" wchodzi naprawdę dobrze. Tempa są urozmaicone (z przewagą tych szybkich), melodie kąśliwe i nienachalne, a całości pikanterii dodają zaskakująco często występujące szaleńcze riffy i zabójczo gęste solówki. Stąd też jestem przekonany, że mniej radykalni fani zespołu łykną ten krążek bez popitki, natomiast hardkorowi zaakceptują go — przy akompaniamencie jojków, że to 'nie to samo, co "Conquerors Of Armageddon"' — gdzieś na wysokości piątego przesłuchania. Ponadto wydaje mi się, że "Scourge Of The Enthroned" może być ciekawym kąskiem także dla ludzi, dla których wszystkie dotychczasowe numery Krisiun były takie same – teraz choćby bardzo się starali, nie pomylą 'Demonic III' z 'A Thousand Graves' czy 'Devouring Faith'. Duża w tym zasługa bardzo przejrzystej produkcji, która dosłownie każdy szczegół podaje słuchaczowi na tacy. Ma to swoje zalety, ale brakuje jej trochę kopa. Ja jednak wolałbym brzmienie bardziej masywne i przybrudzone – brutalne samo z siebie. Niemniej to kwestia możliwa do poprawienia przy następnej płycie. Póki co odbieram "Scourge Of The Enthroned" jako krok we właściwym kierunku.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.krisiun.com.br

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

19 grudnia 2018

Deicide – Overtures Of Blasphemy [2018]

Deicide - Overtures Of Blasphemy recenzja okładka review coverW ciągu ostatnich nastu lat Deicide przechodzili przez najróżniejsze zawirowania, ale nigdy nie były one na tyle poważne, żeby znacząco wpłynąć na cykl wydawniczy zespołu. Tym razem przerwa między kolejnymi płytami urosła do pięciu lat, choć w międzyczasie wyparował 'tylko' niezadowolony z procesu (prze)twórczego Owen. Wprawdzie Jack miał spory wpływ na kształt "In The Minds Of Evil", ale nie przypuszczałem, że jego odejście aż tak przystopuje Amerykanów. Niewykluczone jednak, że zmiana gitarzysty wyszła Deicide na dobre, bo Mark English z Monstrosity całkiem zgrabnie wpasował się do składu, a przy okazji dołożył swoje świeże spojrzenie na gotowe już utwory. O stylistycznej wolcie nie ma zatem mowy — zespół trzyma się muzyczno–brzmieniowej formuły zapoczątkowanej na "To Hell With God" — ale poziom dopracowania detali i drobne nowalijki pojawiające się w strukturach bardzo dobrze świadczą o aktualnej formie Bogobójstwa. Podobnie jak fakt, że "Overtures Of Blasphemy" mimo swojej ponadprzeciętnej długości (38 minut) i tak koniec końców wydaje się materiałem zbyt krótkim. Kawałków mamy aż 12 (spośród nich tylko dwa wykraczają ponad trzy i pół minuty), jednak przelatują naprawdę szybko, co sprawia, że trzeba je przesłuchać kilka razy, żeby się nimi w pełni nasycić. Spora w tym zasługa klasycznej chwytliwości materiału (w ucho wpadają szczególnie refreny 'Consumed By Hatred' i 'Excommunicated') i jego dynamiki, która w paru miejscach jest podbijana wokalem Bentona. Możecie wierzyć lub nie, ale w niektórych numerach Glen próbuje się trzymać linii melodycznej, co mu się wcześniej nie zdarzało. Z początku brzmi to z lekka osobliwie, niemniej samą inicjatywę mogę zaliczyć na plus. Ponadto świetnym pomysłem było nasycenie "Overtures Of Blasphemy" mistrzowskimi solówkami. Obaj gitarniacy potrafią wymiatać na wysokim poziomie, więc dobrze się stało, że nikt ich nie ograniczał na siłę. Szczególne wrażenie robią ich pojebane popisy na początku 'Anointed In Blood', bo to dla Deicide coś zupełnie nowego, a przy okazji dość nietypowego. Następną perełką w zestawie jest 'Defying The Sacred', w którym motyw przewodni oparto właśnie na solówkach – patent wręcz banalny, a sprawdził się znakomicie. Pozostałe utwory zaaranżowano raczej tradycyjnie, co jednak nie oznacza, że są pozbawione mniej lub bardziej finezyjnych partii. Jedynie zamykający płytę 'Destined To Blasphemy' wydaje się być zorientowany na prostotę i surowość, choć i w niego wciśnięto krótką trzepankę. Na koniec, jak tradycja nakazuje, przyczepię się do brzmienia, bo Jason Suecof ponownie się nie popisał (zachodzę w głowę, czy on się kiedykolwiek popisał). Brakuje mi basu, mięska w gitarach (bzyczą po thrash’owemu) i odpowiednio mocnych garów. Zastanawiam się nad wystosowaniem do mózgów Deicide petycji, żeby wrócili do Morrisound i tamtejszych fachowców – wtedy wszystko będzie cacy. Na razie naprawdę cacy jest tylko muzyka.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/OfficialDeicide/

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

5 grudnia 2018

Unleashed – The Hunt For White Christ [2018]

Unleashed - The Hunt For White Christ recenzja okładka review coverMoże to i smutna konstatacja, ale Unleashed niczego ponad to, co nagrali, już nie wymyślą. Ba! Oni nawet nie próbują. To nic, bo przynajmniej ciągle ich stać na zupełnie przyzwoite płyty, którymi spokojnie można dociągnąć do emerytury. Na przykład takie jak "The Hunt For White Christ". Po raz kolejny nie mamy do czynienia z mistrzostwem świata (ani Szwecji), jednak w porównaniu z "Dawn Of The Nine" nowy album wypada nieco korzystniej, choć o przepaści między nimi nie ma naturalnie mowy. Do rzeczy – materiał jest szybszy, bardziej mięsisty i agresywny, a przy okazji odrobinę krótszy, więc ma większą siłę rażenia, a dzięki temu wchłania się go bez najmniejszego problemu. Odczuwalny wpływ na ogólną zadziorność krążka ma warstwa tekstowa, w której Johnny ponownie — i chyba jaskrawiej niż kiedykolwiek wcześniej — daje wyraz swemu obrzydzeniu chrześcijańską zarazą panoszącą się na Północy. Tytuły takie jak 'Terror Christ' czy 'They Rape The Land' mówią same za siebie. Gdyby tylko muzyka dorównywała radykalnością treściom głoszonym przez zespół... gdyby. Mimo wszystko nie jest źle, a blasty na szczęście nie należą do rzadkości. Bojowy klimat krążka do czegoś w końcu zobowiązuje – jak napierdalać wroga, to przy odpowiednio gęstym i mocnym podkładzie. Następna kwestia pozytywnie wpływająca na odbiór "The Hunt For White Christ" to równiejszy poziom poszczególnych kompozycji; nie ma wśród nich kawałka, który byłby ewidentnym potknięciem, jak tytułowy na poprzedniej płycie. Tym razem obyło się bez takich zgrzytów i nawet jeśli któryś fragment niespecjalnie porywa, to jest obudowany na tyle udanymi riffami, że całość płynie bardzo sprawnie. No i chwytliwość materiału (zarówno melodie i refreny) nie budzi najmniejszych zastrzeżeń, bo wraz z kolejnymi przesłuchaniami krążek tylko zyskuje, choć może nie na tyle, żeby zagrozić kilku wcześniejszym dokonaniom Unleashed. W każdym razie Fredrik Folkare jako jedyny kompozytor (to już trzeci album wyłącznie jego autorstwa) spisał się naprawdę dobrze, korzystając w pełni z przysługujących mu praw. A te prawa, po krótkim namyśle, sprowadzają się do tego, że jeśli chce się solidnie wytrzepać, to się wytrzepuje – i stąd mamy te wyjątkowo rozbudowane solówki w 'Lead Us Into War', 'The City Of Jorsala Shall Fall' czy wspomnianym 'Terror Christ'. Jeśli komuś Unleashed jeszcze nie wychodzi bokiem (to już ich trzynasta płyta, a ósma utrzymana w podobnym stylu), to i tym razem może zainwestować w zespół kilka zyli – niech chłopaki mają za co kupić bimber i fajki.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.unleashed.se

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

1 grudnia 2018

Monstrosity – The Passage Of Existence [2018]

Monstrosity - The Passage Of Existence recenzja okładka review coverJedenaście lat to szmat czasu, zwłaszcza dla aktywnie działającego zespołu. Tylko czy za taki można uznać Monstrosity? Amerykanie zawsze robili sobie solidne przerwy między kolejnymi płytami, ale tym razem już przesadzili. Właśnie dlatego nie łudziłem się, że po tak długim okresie nicnieróbstwa będą w stanie należycie spiąć dupy i nagrać album równie wspaniały co "Spiritual Apocalypse". To się nie mogło udać. No i się nie udało, stąd moje pierwsze przesłuchania "The Passage Of Existence" to nieco rozpaczliwe próby pogodzenia się z przewidywanym rozczarowaniem. Nie jest to — i być nie może — zawód totalny, bo ten zespół byle gówna nigdy nie stworzył, jednak po cichu i całkowicie wbrew zdrowemu rozsądkowi liczyłem, że mimo wszystko będzie lepiej, dużo lepiej. Tymczasem narzekam, że jest tylko bardzo dobrze... Wszystkie składniki muzyki, którą Monstrosity imponowali przy okazji ostatniego longa, pozostały w zasadzie bez zmian, ale brakuje im trochę świeżości i nie dorównują poziomem hajlajtom z "Spiritual Apocalypse". Zespół gra to, co doskonale znamy i lubimy: raz szybciej, raz wolniej, z mocnym wokalem Hrubovcaka, kompletnie wypasionymi solówkami i jak zwykle precyzyjnym bębnieniem Harrisona. Tak podany death metal po prostu musi przypaść do gustu wielbicielom klasyki z Florydy — co do tego nie mam wątpliwości — ale na łopatki rozłoży naprawdę nielicznych. W utworach roi się od rozmaitych smaczków aranżacyjnych — nic dziwnego, bo materiał trwa prawie godzinę — i praktycznie z każdym przesłuchaniem można wyłapać w nich coś nowego. Z wyjątkiem czegokolwiek zaskakującego. Żal dupę ściska, że tak doświadczeni muzycy dysponujący taaakim warsztatem nie pokusili się o choćby odrobinę eksperymentów czy mniej standardowych rozwiązań... Kariery i tak już nie zrobią, więc co im szkodziło zaszaleć? Oczywiście nie ma potrzeby, żeby Monstrosity wywracali swój styl do góry nogami (tego bym nie chciał), ale wpuszczenie nawet małego powiewu świeżego powietrza dobrze by im zrobiło. Na przyszłość zalecam też inną konfigurację ludzko-studyjną, bo brzmienie "The Passage Of Existence" w porównaniu z "Spiritual Apocalypse" jest zdecydowanie lżejsze, bardziej stonowane i wyraźnie brakuje mu masywności. Jim i Tom Morris za konsoletą potrafią czynić cuda, natomiast Jason Suecof i Mark Lewis – nie. Po kilkudziesięciu godzinach spędzonych z "The Passage Of Existence" wydaje mi się, że sensowne będzie postawienie tej płyty na równi z "Rise To Power" – obie są naprawdę fajne i dają sporo radochy, jednak nie robią takiego wrażenia, jak materiały je poprzedzające i mają marne szanse zostać tymi ulubionymi.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.monstrosity.us

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

21 listopada 2018

Hate Eternal – Upon Desolate Sands [2018]

Hate Eternal - Upon Desolate Sands recenzja okładka review coverPotrafię wskazać przynajmniej cztery krążki Hate Eternal, po których wydawało mi się, że zespół dotarł do ściany i nie będzie w stanie nagrać niczego lepszego. Ostatni raz takie wrażenie miałem stosunkowo niedawno, bo przy okazji odsłuchu znakomitego "Infernus", na którym Amerykanie wprowadzili kilka świeżych patentów na uprzestrzennienie swojej muzyki. Mimo tych eksperymentów to był rasowy killer i ja tam naprawdę nie zauważyłem żadnych istotnych elementów wymagających poprawy. Rutan postanowił jednakowoż udowodnić, że w ramach klasycznego (i dość konserwatywnego) death metalu ciągle pewne rzeczy można ulepszyć, zrobić inaczej, pobawić się z dynamiką, z rozłożeniem akcentów... Czary-mary i sruuu – tak powstał "Upon Desolate Sands", kolejny fascynujący materiał Hate Eternal: szybki, brutalny, techniczny, urozmaicony... Kto wie, może to nawet najmocniejszy materiał w historii zespołu. A jeśli nawet nie, to i tak niewiele tegorocznych płyt może się z nim równać. Ja w każdym razie jestem pod wielkim wrażeniem pracy, jaką bohaterowie tej recenzji wykonali przy komponowaniu i nagrywaniu, bo "Upon Desolate Sands" spełnia właściwie wszystkie wymagania, jakie można postawić przed death metalową płytą z najwyższej (amerykańskiej) półki. Zaprawiony w bojach tandem Rutan-Hrubovcak (to już ich trzeci krążek) uzupełnił znany wszystkim doskonale Hannes Grossmann, więc o jakość partii perkusji można było być spokojnym. Jednocześnie obecność jegomościa mogła nieco mylnie sugerować tempo i stopień skomplikowania materiału. Pod tym względem nowy album Hate Eternal nie odbiega znacząco od poprzednich. Owszem, Grossmann robi cuda niewidy, jednak nie wykracza poza formułę przyjętą przez Rutana dwadzieścia lat temu – jest bardziej efektywny niż efektowny, choć oczywiście te najgęstsze fragmenty w jego wykonaniu powodują opad kopary. Czego by nie napisać o wyczynach sekcji, najważniejsze w Hate Eternal i tak są gitary. Tutaj Rutan pozwolił sobie na dużo urozmaiceń, co tylko wyszło muzyce na dobre, bo nie ma tu absolutnie miejsca na nudę, a i na wytchnienie przewidziano raptem kilka chwil. Od początku mamy do czynienia z wygrzewem na najwyższych obrotach, który w kilku momentach (w 'What Lies Beyond' czy 'All Hope Destroyed') jest sprytnie równoważony melodyjnymi/klimatycznymi solówkami. A propos tych gitarowych popisów, sprawne ucho wyłapie w nich inspiracje Vital Remains – szczegół, a cieszy i fajnie ożywia muzykę. Następna warta uwagi ciekawostka to bliskowschodnie akcenty i towarzyszący im damski wokal (made in Poland) w utworze tytułowym – toż to Nile w najlepszym wydaniu. A skoro już jestem przy innych zespołach, to nie sposób nie wspomnieć o Morbid Angel. Na "Upon Desolate Sands" nie brakuje partii o jednoznacznie morbidowym charakterze (choćby wszystko, co się dzieje wokół solówki w 'Portal Of Myriad'), tyle że za cholerę nie można ich podciągnąć pod zrzynkę. Hate Eternal w ten — co tu ukrywać: chamski — sposób pokazuje, jak dziś powinni brzmieć Morbidzi, ale nie brzmią, bo Trey najwyraźniej nie ma pomysłu na siebie. Natomiast po Hate Eternal żadnego niezdecydowania nie widać. Przez ponad dwie dekady zespół pewnie prze przed siebie, nie zważając ani na mody, ani na wymagania typowych słuchaczy, ani w końcu na sztucznie tworzone bariery, na których inni już się wyjebali. Moje gratulacje!


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.hateeternal.net

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

10 listopada 2018

Tiamat – Sumerian Cry [1990]

Tiamat - Sumerian Cry recenzja okładka review coverNiektórzy pewnie nie zdają sobie z tego sprawy, ale właśnie tak wyglądał prawdziwy szwedzki death metal zanim (czytać: rok później) gatunek sprowadzono do "grania jak Entombed". Tiamat, jako jedni z pionierów takiego grania, mogli mieć naprawdę duży wpływ na szereg nowych kapel, jednak drastycznymi zmianami stylu chyba tylko odstraszyli potencjalnych naśladowców i nie załapali się na kult. Przynajmniej na jakiś czas, bo obecnie łatwiej trafić na zespoły powołujące się na wpływy Szwedów niż to miało miejsce jeszcze dekadę czy dwie temu. Dlatego też z perspektywy czasu "Sumerian Cry" sprawia wrażenie krążka znacznie bardziej oryginalnego, znaczącego i nieskażonego ślepym naśladownictwem niż to było w momencie wydania. Choć i wówczas materiał prezentował się niczego sobie. Wprawdzie krążek nie powala brutalnością jak pierwsze nagrania Carnage czy wspomnianego Entombed, ale w żadnym wypadku nie można o nim napisać, że to muzyka dla lalusiów. "Sumerian Cry" to głównie żwawe tempa, proste (niekiedy wręcz pierwotne!) rytmy, nieźle pomyślane agresywne riffy i gardłowy wokal, tyle że priorytetem dla Tiamat wydaje się być górujący nad wszystkim iwoliczny klimat potęgowany przez zajebiście ciężkie (i zaskakująco przejrzyste) brzmienie Sunlight. Naturalnie tę specyficzną atmosferę najlepiej słychać, gdy zespół zwalnia i dorzuca do gitar odrobinę melodii (jak w 'Where The Serpents Ever Dwell'), ale i te szybsze partie nie pozostawiają złudzeń, że chłopakom tylko piekielne opary w głowach, zresztą jak przystało na ekipę stylizowaną na Celtic Frost. A propos oparów, choć niekoniecznie z diabelskiego kotła... niezależnie od tempa "Sumerian Cry" leci sobie sprawnie w death metalowej manierze (z małymi urozmaiceniami w postaci akustyków), aż tu nagle w połowie 'Evilized' znienacka wchodzi ni to jazzowa, ni to bluesowa wstawka z ksylofonem (to ten instrument podobny do ławki w parku) na pierwszym planie. Progresja, awangarda, dziwactwo – nazwijcie to według własnego uznania. Dla mnie to poziom pojebaństwa godny płyt Xysma. Dobrze, że po tym jednominutowym wybryku zespół wraca do normalnego nawalania i nie odpuszcza go do ostatnich dźwięków 'The Sign Of The Pentagram'. Inna sprawa, że tak czysty death metal Tiamat porzucił ledwie chwilę później. Choć może to i dobrze, bo inaczej nie powstałby "The Astral Sleep"...


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/tiamat
Udostępnij: