Patrick Mameli nic sobie nie zrobił z żenującej wtopy, jaką okazało się poskładane naprędce wydawnictwo „Levels Of Perception” i, jak gdyby nigdy nic, konsekwentnie prowadzi zespół ku samozagładzie i utracie resztek szacunku – tym razem oddając w ręce fanów produkt livepodobny. Bangkok Bloodshed ma być zapisem koncertu, jaki Pestilence zagrali 16 maja 2025 roku w Mr.FOX Live House wraz z Massacre, Subconscious Terror, Zygoatsis i Straenge, ale czy tak jest w istocie? Ta moja nieufność co do tego, co tu tak naprawdę się znalazło, wynika z braku jakichkolwiek informacji na krążku (nagano w Tajlandii w 2025 – to wszystko), braku jakichkolwiek zdjęć oraz bootlegowej jakości dźwięku. No, ale załóżmy optymistycznie, że to koncertówka z krwi i kości.
Płytka trwa ledwie 50 minut, znalazło się na niej tylko 12 utworów (plus intra do kawałków z „Testimony Of The Ancients”, najwyraźniej doklejone w studiu), co przekreśla nadzieje na jakąś wypasioną, zaskakującą i super przekrojową ucztę z masą hitów, których dawno nie słyszeliśmy. Ba, jest chyba nawet gorzej niż zwykle, bo brakuje tu dwóch numerów z „Exitivm” (nie wzdycham do nich, narzekam na ilość), które od pewnego czasu były częścią standardowego setu Pestilence. Zespół skupił się na największych klasykach z „Consuming Impulse” i „Testimony Of The Ancients” i doprawił je, co dla niektórych może być zaskoczeniem, trzema strzałami z „Resurrection Macabre” oraz „Morbvs Propagationem” z ostatniej płyty. Jak więc widać, jest skromie. A to tylko jedna z bolączek Bangkok Bloodshed.
Kolejną jest, no… tego… specyficznie pojmowana autentyczność tego materiału… Nagranie bowiem dość dobrze oddaje aktualną formę zespołu, a że ta nie jest najwyższa, to momentami ciężko się tego słucha. Razi niechlujne wykonanie starych szlagierów, do szału doprowadzają zmasakrowane solówki, a i wokal potrafi denerwować jakimiś bełkotami w miejscach oryginalnych tekstów. No i baaardzo przeciętne brzmienie ma się nijak do wcale nietaniego sprzętu, jakiego na co dzień używają muzycy Pestilence. Zupełnie jakby sami siebie nie słyszeli albo pozwolili kolesiowi za konsoletą na samowolkę. Nie potrafię tego zrozumieć ani niczym usprawiedliwić.
Pomijając wszystko inne, główną wadą Bangkok Bloodshed jest dla mnie całkowity brak koncertowego klimatu. Nie ma tu choćby szczątkowej konferansjerki, nie słychać też reakcji tajskiej publiki (oprócz dwóch sekund gwizdów na początku „The Secrecies Of Horror”), która (A) słynie z wyjątkowej żywiołowości i (B) powinna przecież szaleć, słysząc pierwszy raz na żywo takie sztosy, jak „Twisted Truth”, „Chronic Infection”, „Land Of Tears” czy „The Process Of Suffocation”. Otwarciu siedemdziesiątej Żabki na osiedlu towarzyszy większy entuzjazm.
Tak na dobrą sprawę Bangkok Bloodshed można kupić wyłącznie dla tych ośmiu klasyków Pestilence, które zawsze, nawet w najpodlejszym wykonaniu, potrafią dostarczyć sporo radości. Jeśli jednak kogoś interesuje jakość, niech się lepiej zastanowi nad przeznaczeniem pieniędzy na „Presence Of The Pest”.
ocena: 4/10
demo
oficjalny profil facebook: www.facebook.com/Pestilenceofficial
inne płyty tego wykonawcy:
Wbrew temu, co tu i ówdzie próbowano nam, obywatelom, w mało wybredny sposób wciskać, debiutancki krążek Godslut niczym się na tle lokalnej sceny nie wyróżniał, a bajdurzenie o jego jakiejkolwiek wyjątkowości było naprawdę grubą przesadą. Na swoje szczęście zespół nie podchwycił tej narracji — czy może strategii marketingowej — i nie robił z siebie wizjonerów polskiego death metalu. I słusznie, bo kolejne potwierdzenie tego, że nimi nie są, dostaliśmy na The Art Of Deconstruction – owszem, słychać tu naturalny rozwój, ale na pewno nie zapędy rewolucyjne, choć w pewnych kwestiach chłopakom odwagi nie brakuje.
Czy zespół grający od ponad trzydziestu lat w bardzo hermetycznym stylu (to taki eufemizm na „ciągle to samo”) może jeszcze czymś zaskoczyć na którejśnastej z kolei płycie? Przy okazji
Powrót Anasarca przeszedł niemalże bez echa, więc naprawdę dobry materiał, jakim był
Czekałem, wypatrywałem, upewniałem się, czy aby na pewno Hysteria jeszcze istnieje, czekałem, wypatrywałem… I tak przez kilka ostatnich lat. W końcu z deka leniwi Francuzi wzięli się za siebie i uraczyli fanów krążkiem numer
Nie tak dawno temu Banisher odbębnił dwudziestolecie działalności w branży rozrywkowej, co samo w sobie jest całkiem niezłym wynikiem, jednak gdy przeliczymy czas spędzony na scenie na dorobek płytowy, wygląda to raczej skromnie. Oczywiście, nie ilość się liczy, tylko jakość… Nooo… i tu mamy problem, bo nie dość, że na Metamorphosis zespół zaliczył wyraźny spadek formy, to jeszcze mocno pogubił się stylistycznie – jakby kompletnie nie wiedział, za co się złapać, w jakim pójść kierunku i właściwie dlaczego.
Czy macie może tak, że jakiś zespół lub jakiś utwór są żywcem wycięte z waszego życiorysu? Szczególnie gdy skupicie się na warstwie lirycznej. U mnie to właśnie krakowskie Biesy (a w sumie bies [Osoba biesowa? – przyp. demo] zwany PR) i debiut Noc Lekkich Obyczajów sprawił, że powróciłem pamięcią 20 lat do tyłu, do czasów studiów akurat w Krakowie. Kiedy to człowiek zostawał „Rzucony w przestrzeń”, gdzie w Noc Lekkich Obyczajów „Czerń nas prosi”, a takie hulanki wchodzą nam „W krew” i tak „Każdego dnia” powtarzały się ciężkie „Powroty”.
Wyjątkowo entuzjastyczne przyjęcie debiutu sprawiło, że czterej młodzieńcy z Martyr jeszcze mocniej przyłożyli się do prac nad kolejnym materiałem; tak mocno, że w rezultacie stworzyli jeden z absolutnie najlepszych deathmetalowych krążków, jakie kiedykolwiek powstały w Kanadzie. Krążek, który pomimo upływu ponad 25 lat od premiery nie stracił niczego ze swojej świeżości, i który wciąż zachwyca rozmachem i wizjonerstwem rozwiązań aranżacyjnych. To nie lada wyczyn zważywszy na to, że zespół miał ostro pod górkę – raz, że już na
Los bywa przewrotny – mój pierwszy kontakt z Antiversum zakończyłem z mocnym postanowieniem, że więcej kontaktów z Antiversum nie przewiduję. Na „Cosmos Comedenti” z 2017 nie znalazłem kompletnie niczego, co by mnie mogło na dłużej przykuć do głośników albo choćby zmusić do zagłębienia się w tamten materiał. Miała być potęga kosmosu, wyszła pospolita nuda. Przez kolejne kilka lat w ogóle nie zawracałem sobie głowy Szwajcarami, aż w niejasnych okolicznościach trafiłem na De Nemesis Omnes Et Omnia. Zespół dostał zatem drugą szansę; tej już nie zmarnował, aczkolwiek mógł się postarać bardziej.
Od pierwszego zetknięcia z Descent byłem przekonany, że spłodzony na tę okazję tekst będzie raczej formą rozliczenia się z tym, co napisałem na temat
U zespołów parających się muzyką ekstremalnie ekstremalną po paru latach generowania dość jednorodnego hałasu często pojawia się chęć zrobienia czegoś inaczej, wyjścia poza dotychczasową formułę i poeksperymentowania – jakby wyczerpały im pomysły na takie granie albo zwyczajnie się nim znudziły. Właśnie wtedy dają sobie dłuższą chwilę na wymyślenie siebie na nowo, zmianę podejścia do słuchaczy, badania w grupach fokusowych i tym podobne dyrdymały, które później są podciągane pod kategorię „rozwój”. Z radością spieszę donieść, że Mylingar do takich kapel się nie zaliczają, a ich trzeci pełny krążek jest potwierdzeniem konsekwencji w dążeniu do totalnego i niekoniecznie kontrolowanego chaosu.
Przez pierwsze kilka (dziesięć?) lat działalności muzykom Qrixkuor nie udało się zainteresować zespołem przesadnie szerokiego audytorium, więc można było dojść do wniosku, że żaden przełom w „karierze” nie jest im pisany i podzielą los typowej obskurnej kapeli z fanklubem liczącym siedemnaście osób rozsianych po całym świecie. Tymczasem wraz z wydaniem debiutanckiego „Poison Palinopsia” w 2021 ich akcje gwałtownie wystrzeliły, bo było to coś świeżego, zaskakującego, niezwykle ambitnego, no i wciągało jak diabli. Nietypowe podejście Brytyjczyków do death metalu sprawiło, że zaczęto się im przyglądać z dużym zainteresowaniem, ale i z pewną obawą, czy przypadkiem nie staną się kapelą jednej, powtarzanej do wyrzygania sztuczki. Otóż nie stali się!
Quentin Tarantino to utytułowany amerykański scenarzysta oraz reżyser, znany z nieliniowej narracji, zamiłowania do łączenia różnych gatunków, licznych odwołań do popkultury, rozbudowanych dialogów czy wyjątkowo pomysłowych i krwawych scen przemocy. Jest kultowy, jest podziwiany, ale nie jest święty, bo i jemu zdarzył się gniot okrutny w postaci „Grindhouse: Death Proof”. Czy będący w dobrej formie Exhumed byłby w stanie uratować tamten film? Oj nie sądzę, jednak z Red Asphalt — którego tematyka kręci się właśnie wokół makabrycznych wypadków drogowych — jako soundtrackiem seans na pewno nie byłby aż tak usypiający.
Pierwszy album Brytyjczyków narobił sporego zamieszania w kręgach wielbicieli technicznego thrash/death jako materiał doskonale zagrany, cechujący się niepowtarzalnym kosmicznym klimatem, a w swej złożoności niemal wizjonerski. Cóż… dobra to była płyta, taka nawet ambitna (choć w oczywistych miejscach zalatywało od niej przerostem formy nad treścią) i do posłuchania, ale stanowczo zbyt przehajpowana. W każdym razie ja nie doszukałem się na „Visitations From Enceladus” tego, co u innych wywoływało tyle podniety. Enyłej, jadąc na tym hajpie, Cryptic Shift załapali się na kontrakt z Metal Blade i to właśnie dla nich po przydługiej przerwie nagrali Overspace & Supertime, materiał również przehajpowany…
Przez dobre kilka miesięcy byliśmy zewsząd atakowani tematem pożegnalnej płyty Megadeth i jej znaczenia dla dalszych losów ludzkości. Wiadomo, to przecież taki wzruszający moment, koniec epoki i nieśmiertelne dziedzictwo pozostawione maluczkim – ogólnie podziw i smuteczek bardzo. O będącym w tym samym punkcie „kariery” Monstrosity jest natomiast cicho… Nie ma się bowiem co oszukiwać, przy tak niemożebnie rozciągniętym procesie twórczo-wydawniczym Screams From Beneath The Surface może się okazać ostatnim krążkiem w dorobku tego zasłużonego, acz niezbyt pracowitego zespołu, nawet jeśli Lee Harrison jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy.
W Unique Leader już od dłuższego czasu dzieją się rzeczy dla mnie niepojęte, choć może Wydział Dociekliwych ze skarbówki miałaby na ten temat inne zdanie… Z boku wygląda to tak: Amerykanie olewają swoje najlepsze zespoły tylko po to, żeby później ładować kasę w wzięte z dupy deathcore’owe i slamowe nieporozumienia, które jak przypuszczam nie pozwalają im nawet wyjść na zero. W tym pozbawionym nadzoru (Erik Lindmark…) burdelu najbardziej marnowali się Cytotoxin, którzy przy odrobinie rzetelnego wsparcia mogli być już na poziomie Aborted i śmigać po świecie jako headlinerzy wielomiesięcznych tras. Tymczasem po 15 latach grania sami muszą wydawać sobie płyty, zupełnie jak na początku „kariery”.
Po paru latach błądzenia w stylistycznej mgle Fleshgod Apocalypse wreszcie wyszli na prostą i chyba znaleźli optymalną dla siebie niszę, bo Opera to zdecydowanie ich najlepszy, najbardziej przekonujący i dopracowany album od czasu
Chłopaki z Vitur mogą tego nie pamiętać, ale ćwierć wieku temu death metal był najbardziej rozpoznawalnym na świecie polskim towarem eksportowym zaraz po wódzie i ceramice z Bolesławca, a nasze kapele wespół z amerykańskimi rządziły w rankingach i były stawiane za wzór. Z czasem sytuacja uległa znacznemu pogorszeniu, bo część starych wyjadaczy się wykruszyła, zaś nieliczni młodzi gniewni w większości jakością swych poczynań nie potrafili nawet nawiązać do chlubnych tradycji. Tak doszliśmy do stanu obecnego, kiedy, co przyznaję z bólem, znalezienie wartościowego debiutanta graniczy z cudem. W tych okolicznościach Transcending The Self napawa pewnym, acz nieprzesadnym optymizmem.
Ten irlandzki kwartet z dorobkiem obejmującym zaledwie demo, epkę i debiutancką płytę szybko wyrósł na jednego z czołowych przedstawicieli chaotycznego death/black metalu. Jak dla mnie – trochę na wyrost, bo skupił się bardziej na sprawnym odgrywaniu patentów podpatrzonych u innych, niż na wprowadzeniu do tego stylu czegoś charakterystycznego tylko dla siebie. Sam zespół chyba też doszedł do podobnych wniosków i coś w tym temacie kombinował, bo prace nad następcą „Across Deaths” zabrały mu szmat czasu. Wreszcie, po siedmiu latach trzymania fanów w niepewności, Malthusian objawił się nieco niespodziewanie w Relapse z krążkiem numer dwa.
Zespół Clairvoyance zaistniał w mojej świadomości przy okazji przekopywania katalogu Blood Harvest kilka lat temu, jednak do pierwszego kontaktu z jego muzyką musiało upłynąć trochę czasu. Teraz pluję sobie w brodę, że tak długo zwlekałem, bo Chasm Of Immurement to kawał porządnego gruz-metalu, który wyraźnie, w dodatku z łatwością, wybija się ponad średnią gatunkową, a jest to o tyle duże osiągnięcie, że większość kapel tego nurtu wydaje się robić wszystko, byle tylko od tej średniej w żaden sposób nie odstawać i nie być posądzonym o zdradę ideałów.


