Pokazywanie postów oznaczonych etykietą death metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą death metal. Pokaż wszystkie posty

28 marca 2020

Fallujah – Undying Light [2019]

Fallujah - Undying Light recenzja okładka review coverTego się nie spodziewałem! Fallujah, zamiast podążać drogą wyznaczoną na "The Flesh Prevails" i dalej rozwijać tamte tematy, nagle z niej zboczyli, a może nawet i odrobinę zawrócili... Ujmując rzecz jaśniej: Amerykanie na "Undying Light" częściowo odpuścili progresywne oniryczne klimaty na rzecz grania bardziej bezpośredniego, mniej technicznego, a przy okazji także mniej absorbującego. Nowy kierunek sam w sobie wcale nie jest zły, bo muzyka broni się bez problemu, jednak z obecnym wokalistą zespół jedynie straci dotychczasową reputację.

Nie wiem, z jakiej głębokiej dupy wyskoczył Antonio Palermo, ale jestem w stu procentach pewien, że powinien w niej pozostać do końca swego hipsterskiego życia. Jako wokalista Fallujah nie ma do zaoferowania zupełnie nic wartościowego (czyli irytujące deathcore’owe wrzaski i krzyki bez jakiegokolwiek ładu i składu), jest straszliwie jednowymiarowy, swym głosem spłaszcza utwory i sprawia, że praktycznie wszystkie wydają się takie same, przez co nie można się w nie należycie wkręcić. Stąd też każda próba zbudowania klimatu przez instrumentalistów jest z góry skazana na niepowodzenie, bo on oczywiście musi drzeć mordę, psując odbiór nawet najbardziej zachęcających fragmentów.

Przy takim osobniku po prostu cała idea grania urozmaiconej i w jakikolwiek sposób ambitnej muzyki idzie się jebać w krzaki. Tak więc również na nic się zdaje dobra czytelna i mniej skompresowana niż ostatnio produkcja, większa ilość agresywnych partii (czyli z solidnym blastowaniem) czy łatwiejsze do ogarnięcia struktury. Najgorsze w tym jest to, że pomimo korekty stylu "Undying Light" to kawał udanej muzyki, który w innym składzie wchodziłby naprawdę gładko u pozostawiał po sobie dobre wrażenie. W obecnej postaci płyta zbyt często męczy i trzeba się zmuszać, żeby dotrwać do jej końca.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/fallujahofficial

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

23 marca 2020

Tiamat – The Astral Sleep [1991]

Tiamat - The Astral Sleep recenzja okładka review coverW rok po debiucie, w momencie największego rozkwitu szwedzkiego death metalu, Tiamat przypomniał o sobie krążkiem numer dwa; krążkiem, który zapewne niejednego fana wprawił w osłupienie, bo okazał się zupełnie niepodobny do czegokolwiek, co nagrano wcześniej. Na "The Astral Sleep" zespół dokonał niesamowitego przeskoku stylistycznego, a przy okazji również jakościowego – muzyka, którą stworzyli, wykracza poza ramy death czy doom i do dziś jest czymś absolutnie oryginalnym i niepodrabialnym. Dla mnie ten album to ścisłe "top 5" jeśli chodzi o klasyczny death metal (w uproszeniu) ze szwedzkiej ziemi, zaraz obok płyt Dismember czy Entombed.

Już na "Sumerian Cry" pojawiały się drobne elementy przełamujące surowy styl zespołu – były jedynie dodatkiem, ale ciekawym i odświeżającym. Na "The Astral Sleep" zespół przestał się w jakikolwiek sposób ograniczać i władował w muzykę wszystko, na co tylko miał ochotę, a w rezultacie stworzył materiał szalenie zróżnicowany – z mnóstwem zmian tempa, klimatu i aranżacyjnych miszmaszów, kiedy nieokiełznana dzikość przeplata się z romantycznym (?) zawodzeniem. Muzycy Tiamat zaproponowali całkiem sporo nowatorskich (albo przynajmniej niespotykanych na taką skalę) rozwiązań — akustyki, klawisze, ect. — które na tyle umiejętnie włączyli w struktury utworów, że trudno je sobie wyobrazić bez tych dodatków. Jakby odmienności było mało, zespół powierzył produkcję materiału Waldemarowi Sorychcie, który nadał dźwiękom Tiamat większej przestrzeni i czytelności, co akurat nie było domeną Skogsberga.

Tym, co chyba najbardziej mi imponuje na "The Astral Sleep" jest zajebiste zespolenie znanej z debiutu toporności (dotyczy to zwłaszcza perkusji – choć i tak miejcie na uwadze, że bębniarza wymieniono na bardziej ogarniętego) z całym mnóstwem wręcz finezyjnych zagrywek gitarowych, solówek i rozmaitych ornamentów. Czego jak czego, ale ambicji, odwagi i pomysłów zespołowi nie brakowało! Odnoszę wrażenie, że aranżacyjnych szaleństw byłoby więcej (mało tego – stopniem skomplikowania przypominających nawet Disharmonic Orchestra), gdyby tylko zaplecze techniczne im na to pozwalało. Niemniej jednak Szwedzi i tak do śmierci powinni być dumni z tego, co stworzyli, bo "The Astral Sleep" to nie tylko eksperymenty, ale przede wszystkim doskonałe urozmaicone riffy, bogata melodyka i najlepsze wokale (szczególnie te rozpaczliwe), jakie Johan kiedykolwiek nagrał. Aaa, no i jeszcze zestaw mocno zagnieżdżających się w pamięci hitów w typie 'Sumerian Cry (Part III)' (najlepszy numer Tiamat ever!), 'Ancient Entity' (w sumie też najlepszy...), 'Lady Temptress' (...i ten też jest najlepszy, a co!), 'Mountain Of Doom', 'On Golden Wings', 'Angels Far Beyond', że ograniczę się tylko do tych kilku, przy których najbardziej robię pod siebie.

Jedyny problem, jaki widzę w "The Astral Sleep" wynika z tego, że jest to album kompletny – Szwedzi za jednym zamachem stworzyli nową jakość i jednoczenie wyczerpali temat. To dlatego później poszli w zupełnie niezrozumiałym dla mnie kierunku, i to dlatego staram się udawać, że do nagrań "Clouds" w ogóle nie doszło. Za to "The Astral Sleep" polecam gorąco, drugiej takiej płyty nie znajdziecie!


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/tiamat

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

16 marca 2020

Defiled – Infinite Regress [2020]

Defiled - Infinite Regress recenzja okładka review coverJeśli mam być szczery, w ogóle nie wierzyłem w zapowiedzi muzyków Defiled, jakoby ich szósta płyta miała być powrotem do grania, z którego niegdyś zasłynęli. Bądźmy poważni, nikt o zdrowych zmysłach i pamięci sięgającej "Towards Inevitable Ruin" by w to nie uwierzył. W dodatku tytuł krążka aż za dobrze wpisywał się w ciągnące się od dekady pasmo nieszczęść: "W kryzysie" – "Ku nieuchronnej ruinie" – "Nieskończony regres"... Może w tej kwestii nieco nadinterpretuję, ale coś musi być na rzeczy, bo ostatnio u Japończyków tytuły kolejnych albumów doskonale odzwierciedlały poziom muzyki.

Na szczęście tym razem jest inaczej i płyta nie jest świadectwem cofnięcia się w rozwoju. Defiled ogarnęli się na tyle, żeby "Infinite Regress" dało się wysłuchać w całości, nie popadając przy tym w czarną rozpacz – w przeciwieństwie do dwóch poprzednich materiałów. Nie jest to wprawdzie ten sam szybki, brutalny i techniczny zespół, co przed laty, ale i tak fani tamtych nagrań znajdą tu parę powodów do radości. Defiled wrócili do schematu nagrywania u siebie i 'wykończeniówki' w Morrisound, dzięki czemu brzmienie znów ma ręce i nogi, choć próżno szukać w nim czegoś wybitnego; jest po prostu normalne, dość naturalne i na pewno nie przeszkadza w odbiorze muzyki.

"Infinite Regress" składa się z dwunastu kawałków (plus zupełnie nieistotne intro i outro), w większości bardzo krótkich i stosunkowo intensywnych, które każdy miłośnik death metalu powinien łyknąć za pierwszym razem. O ile oczywiście nie przeszkadza mu ich duży rozrzut stylistyczny, a ujmując rzecz dokładniej – ich taka sobie wewnętrzna spójność. Defiled potrafią napierać urozmaicony technicznie łomot (powiedzmy, że w stylu Deivos, tylko przynajmniej o klasę niżej), by już w następnej chwili wyskoczyć z prostymi łupankami charakterystycznymi dla czeskiego grindu – jak gdyby nie do końca wiedzieli, co chcą grać. Te przeskoki bywają gwałtowne, więc całość w kupie trzyma jedynie wokal (albo trochę brakuje mu mocy albo jest zbyt schowany) i brzmienie, które akurat pasuje do wszystkiego.

Koniec końców "Infinite Regress" to jednak miła niespodzianka dla wszystkich, którzy — tak jak ja — spisali Defiled na straty. Co prawda płycie do ideału sporo brakuje, ale biorąc pod uwagę z jakiego bagna zespół się wygrzebał, to i tak jest dobrze. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że znowu im coś nie odbije.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.defiled.info
Udostępnij:

9 marca 2020

God Dethroned – Illuminati [2020]

God Dethroned - Illuminati recenzja okładka review coverDo konsumpcji "Illuminati" przystąpiłem znając jedynie koncertowe wersje kilku świeżych kawałków i mając w pamięci zapewnienia Jeroena Pompera, że ta płyta powinna wynieść zespół na nowy poziom. Wówczas nawet przez myśl mi nie przeszło, że może mu chodzić o poziom komercyjny, a tu proszę... Najwyraźniej God Dethroned na stare lata zapragnęli liznąć nieco sławy. Nie, żebym miał coś przeciwko, wszak po tylu udanych krążkach popularność i uznanie należą im się jak mało komu, jednak sposób, w jaki chcą je osiągnąć... cóż, poszli po linii najmniejszego oporu.

"Illuminati" to najspokojniejszy i najbardziej przystępny materiał Holendrów od czasu bardzo średniego (jak na nich) "The Toxic Touch", a może i w ogóle. Nie przypuszczałem, że zmiana tematyki (po zamknięciu trylogii dotyczącej I wojny światowej) aż tak wpłynie na muzykę; a jeśli już, to powrót God Dethroned do antychrześcijańsko-diabelskich klimatów przełoży się na jeszcze bardziej siarczyste granie. Nic z tych rzeczy! "Illuminati" to płyta utrzymana głównie w średnio-średnich tempach, doprawiona mnóstwem melodii, klawiszowych plam, podniosłych chórków (!) i ładnych technicznie solówek (autorstwa znanego z Apophys Dave’a Meestera). Jakby tego było mało, część utworów jest pozbawiona blastów, w innych pojawiają się tylko krótkie ich sekwencje, a prawdziwy konkret dostajemy jedynie w dwóch numerach – 'Satan Spawn' (brakuje 'The Caco-Daemon', hehe...) i 'Blood Moon Eclipse', które są zdecydowanie najostrzejsze, kipią od agresji i najmniej w nich aranżacyjnych subtelności.

Co ciekawe, w promocji "Illuminati" zespół skupił się przede wszystkim na zaakcentowaniu tej łagodniejszej strony muzyki — jak w 'Book Of Lies' i kawałku tytułowym — jakby chciał w pierwszej kolejności uderzyć do fanów Amon Amarth i podobnych bestsellerów, nie zaś do fanów God Dethroned... Niemniej jednak i ci, którzy są z Holendrami od lat znajdą tu coś dla siebie, zwłaszcza we wspomnianych już petardach oraz 'Eye Of Horus', 'Spirit Of Beelzebub' czy 'Broken Halo'. Nawet wyjątkowo lajtowy 'Gabriel' może się podobać, mimo iż dla mnie był chyba zbyt zaskakujący. Najważniejsze, że "Illuminati" wchodzi naprawdę łatwo i w ogóle nie nudzi, choć trzeba mieć na uwadze, że ciśnienie podnosi tylko w paru mocniejszych fragmentach.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/goddethronedofficial

inne płyty tego wykonawcy:






Udostępnij:

2 marca 2020

Hyperdontia – Nexus Of Teeth [2018]

Hyperdontia - Nexus Of Teeth recenzja okładka review coverStomatologiczny death metal? Tego zdaje się jeszcze nie było. I co ciekawe – to ma nawet sens! Bo cóż jest przerażającego w obdzieraniu ze skóry, ludobójstwach czy Szatanie wobec wizji leczenia kanałowego po tysiaku za ząb? Ha! Nie spodziewajcie się jednak w tekstach przesadnie obrazowych opisów, bo muzycy Hyperdontia postawili na krótkie i niewyszukane formy liryczne na poziomie grafomaństwa, jakie każdy z nas uskuteczniał w podstawówce. I choćby z tego powodu nie należy uznawać oryginalnej tematyki za podstawowy atut "Nexus Of Teeth"; najważniejsza jest tu bez wątpienia muzyka.

Za Hyperdontia odpowiadają członkowie m.in. Decaying Purity, Phrenelith czy Burial Invocation, a zatem zespołów z zupełnie różnych stylistycznie światów (a i geograficznie nie jest to przecież rzut beretem), więc w zasadzie nie było wiadomo, czego można się po nich spodziewać. Bulgoty? Oldskul? Ponury doom? Ta kwestia znajduje wyjaśnienie w pierwszych kilkunastu sekundach 'Purging Through Flesh' – Hyperdontia to kolejna już kapela, która za punkt wyjścia wzięła sobie wczesne dokonania Incantation i paru co sławniejszych grup mocno zainspirowanych... Incantation. Nad "Nexus Of Teeth" przez większość czasu unosi się duch "Onward To Golgotha", ponadto w szybszych partiach zalatuje też starym Morbid Angel... Innymi słowy: oryginalności za grosz.

No prawie, bo muzycy Hyperdontia baaardzo przyłożyli się do brzmienia swojego materiału i to w stopniu daleko wykraczającym poza to, co zrobili dotychczas inni "grający pod Incantation". Mnie "Nexus Of Teeth" imponuje niespotykaną w tym stylu (i tak ogólnie – pozazdroszczenia godną) selektywnością gitar – tu dosłownie KAŻDY riff jest doskonale czytelny i to niezależnie od jego tempa czy stopnia skomplikowania. Dzięki temu słychać, że gitarniak zaserwował wyłącznie dobrze osadzone w klimacie konkrety, bez ratowania się jałowymi wypełniaczami. Stąd też po lepszym wgryzieniu się w utwory okazuje się, że są bogatsze i precyzyjniej skonstruowane, niż by to wynikało z takiej dość barbarzyńskiej estetyki. Jakby tego było mało, chwytliwość "Nexus Of Teeth" nie budzi moich najmniejszych zastrzeżeń – za muzyką podąża się z dużym zaangażowaniem, więc całość przelatuje naprawdę szybko.

Nie da się ukryć, że w ostatnich latach granie "pod Incantation" stało się łatwym sposobem na zdobycie kultu i rozgłosu, co mi już bokiem wychodzi, bo mnożą się te kapele jak grzyby po deszczu, choć większość z nich ma do zaoferowania jedynie odgrzewane po stokroć kotlety. Prawdziwych perełek jest wśród nich niewiele, a Hyperdontia — może i odrobinę na wyrost — byłbym właśnie skłonny zaliczyć do tego grona.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: downtune.link/hyperdontia/

podobne płyty:

Udostępnij:

24 lutego 2020

Deivos – Casus Belli [2019]

Deivos - Casus Belli recenzja okładka review cover"Casus Belli" to od początku do końca brutalny i techniczny death metal bez najmniejszych udziwnień, czyli innymi słowy: materiał, którym Deivos chyba już ostatecznie dają do zrozumienia, że etap eksperymentowania ze stylem mają za sobą. Owszem, nie da się zaprzeczyć, że "Theodicy" miał swoje plusy, ale lepiej dla fanów, żeby zespół trzymał się tego, czego są mistrzami na naszym podwórku – wtedy nikt im nie podskoczy.

Nie chciałbym przez to sugerować, że album jest wierną kopią "Endemic Divine". Niet. "Casus Belli" jest na pewno płytą nieco inaczej skonstruowaną i leci na równiejszym poziomie – tu nie ma miejsca na nabieranie rozpędu czy budowanie napięcia; pierdolnięcie następuje od pierwszej sekundy kawałka tytułowego i trwa już do końca. Warto przy tym zaznaczyć, że zespół potrafi utrzymać intensywność przekazu niezależnie od pojawiających się gdzieniegdzie wolniejszych temp czy fragmentów z mocniej zaznaczonym klimatem (jak w moim ulubionym 'Nuclear Wind'). To jednak nie oznacza, że muzyka powiewa monotonią – nic z tych rzeczy, muzycy Deivos potrafią grać i mają wyrobione mózgowiny, więc każdy utwór oferuje jakieś ciekawe, wybijające się rozwiązania. I nie chodzi wyłącznie o krowie dzwonki; zwróćcie choćby uwagę na bas, który ma odpowiednio dużo przestrzeni i brzmi naprawdę grubo.

Płyta w zasadzie wchodzi od pierwszego przesłuchania i nie wymaga przy tym popitki, a to — przyznacie — nieczęsto się zdarza, zwłaszcza gdy jesteśmy w temacie mocno pokomplikowanego death metalu. I właśnie – gdzieś pomiędzy kolejnymi blastami, rykami wokalisty czy pojebanymi riffami wepchnięto całkiem fajne choć pokręcone melodie, co uczyniło "Casus Belli" bodaj najbardziej chwytliwym krążkiem w historii zespołu. Co najlepsze – nie ma to nic wspólnego z wymiękaniem materiału!

Uwagi mam tylko dwie, w dodatku małego kalibru. Pierwsza dotyczy brzmienia i jest wybitnie subiektywna, bo wydaje mi się, że "Endemic Divine" mógł się poszczycić odrobinę lepiej wyważoną produkcją, Druga kwestia to okładka, która do zakupu raczej nie zachęca i gdyby nie logo Deivos, ominąłbym płytę szerokim łukiem.

Podsumowanie może być tylko jedno. "Casus Belli" to jednoznaczny dowód na to, że grając po staremu (w sumie...) i korzystając z podstaw wypracowanych przez Cryptopsy, Morbid Angel i Immolation można wciąż sporo osiągnąć. Oczywiście trzeba jeszcze umieć i dysponować własnymi pomysłami, bo bez tego bida.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Deivos

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

17 lutego 2020

Vltimas – Something Wicked Marches In [2019]

Vltimas - Something Wicked Marches In recenzja okładka review coverSuperprojekt. Trzy duże nazwiska, w dodatku każde z innej bajki: Rune Eriksen (czego by aktualnie nie robił, najważniejsze są jego dokonania w Mayhem), Flo Mounier (kręgosłup Cryptopsy) oraz David Vincent (który mentalnie jest nie wiadomo gdzie, chyba na Dzikim Zachodzie albo w Las Vegas). Czy po takiej ekipie można oczekiwać czegoś sensownego? Ja byłem zdania, że nie, ale już pierwsza konfrontacja z "Something Wicked Marches In" pozostawiła mnie z rozdziawioną paszczą. Ta konfiguracja jak najbardziej ma sens!

Czy wobec tego Vltimas to wypadkowa Mayhem, Cryptopsy i Morbid Angel? Ano nie. Owszem, w muzyce pojawiają się elementy charakterystyczne dla każdego z tych zespołów (czy raczej osób z nimi związanych), jednak nie mamy do czynienia z polepionym na ślinę zlepkiem klisz i oczywistości. Vltimas wbrew pozorom nie poszli po linii najmniejszego oporu (ani po linii najprostszych skojarzeń) i zaoferowali coś, co w dość dużym stopniu jest oryginalne, podane z pomysłem, zajebiście wykonane i bardzo przyjemne w odbiorze. Niiiby całość można spiąć klamrą pod tytułem "blackujący death metal", ale szybko okazuje się, że dla zespołu ten termin bywa przyciasny.

To, co najbardziej zwraca uwagę na "Something Wicked Marches In" to spójność tej muzyki – to, że każdy fragment od strony kompozytorskiej doskonale trzyma się kupy. Nie trzeba nawet zbyt intensywnie się wsłuchiwać, żeby wyłapać, że przez większość czasu poszczególne instrumenty pogrywają w odmiennych stylistykach — gitary blackowe, perkusja to niemal death/grind ('Total Destroy!'), a bas plumka zupełnie bez napiny — a mimo to zadziwiająco dobrze się uzupełniają. To nic innego jak encyklopedyczny przykład efektu synergicznego, kiedy rezultat współdziałania przekracza sumę poszczególnych czynników.

Blasphemer serwuje riffy jak za czasów "Grand Declaration Of War" i "Chimera" — może nie jakoś superciężkie czy pokręcone, ale odpowiednio chwytliwe i przeszywające — oraz kilka oszczędnych solówek. Flo Mounier napierdala jak cyborg (mordercza praca centralek!), przy czym bliższy jest Sandovalowi w najwyższej formie albo Derekowi Roddy niż temu, co robi na co dzień. Co do Vincenta... chociaż wokalnie nie oddalił się zbytnio od "Illud Divinum Insanus" (trafiają się też echa "Covenant"), to w takiej konwencji sprawdził się naprawdę bardzo dobrze i nie mogę mu niczego zarzucić. Jakby tego było mało, Vltimas zadbali o kilka fragmentów, których chyba nikt by się po nich nie spodziewał, jak np. absolutnie świetne i klimatyczne 'Monolilith' i 'Last Ones Alive Win Nothing' (doskonałe riffy!). Ewentualnie takich, których nikt by NIE chciał się po nich spodziewać – choćby chórki i eksperymenty z czystymi zaśpiewami – o dziwo udane.

Nie ukrywam, że jestem pod sporym wrażeniem "Something Wicked Marches In" – w ogóle nie wypatrywałem tej płyty, jednak kiedy już trafiła w moje ręce, szybko ją zapętliłem. Ostatnimi czasy projekty wspierane znanymi nazwiskami to tylko marketing, więc Vltimas uznaję za krzepiący wyjątek od reguły.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/VLTIMAS/
Udostępnij:

12 lutego 2020

Nile – Vile Nilotic Rites [2019]

Nile - Vile Nilotic Rites recenzja okładka review coverPrzez dwadzieścia ostatnich lat Nile byli w niezłym gazie; dużo się u nich i z nimi działo, a nade wszystko nigdy nie dopuszczali do tego, żeby fani musieli zbyt długo czekać na kolejne wydawnictwa. Aż tu nagle cuś zgrzytnęło i od ostatniego krążka upłynęły aż cztery lata. Zgaduję, że głównej przyczyny tej przerwy należy szukać w odmłodzeniu składu i co za tym idzie – chęci dotarcia się z nowymi ludźmi. Ile by to nie trwało, głód muzyki u słuchaczy był już odczuwalny i w pełni zrozumiały. W dodatku Amerykanie, dość nietypowo, narobili wszystkim apetytu trasą promującą niewydany jeszcze album. Na mnie podziałało, bo na żywo kawałki z "Vile Nilotic Rites" zabrzmiały wyjątkowo zachęcająco.

Jak na moje ucho Nile nagrali płytę równie dobrą co "What Should Not Be Unearthed", ale wyraźnie od niej inną, choć utrzymaną w stylu zapoczątkowanym gdzieś na "Annihilation Of The Wicked". Zespół jest oczywiście rozpoznawalny od pierwszych dźwięków, a mimo to daje się tu wyczuć także powiew świeżości – zrezygnowano z niektórych starych patentów, w innych nieco zamieszano, no i dorzucono odrobinę nowości. Riffy są mniej zagęszczone, inaczej rozłożono zmiany tempa, a całość zabrzmiała mniej hermetycznie. Już na wysokości pierwszej solówki w 'Long Shadows Of Dread' doskonale słychać, że nowi muzycy nie zostali ściągnięci do kapeli tylko po to, żeby wspólnie pozować do zdjęć. Brian Kingsland i Brad Parris dostali spory kredyt zaufania od Sandersa i chyba go nie zawiedli, bo obaj (naturalnie gitarniak bardziej) mieli duży wpływ na ostateczny kształt "Vile Nilotic Rites". Innymi słowy mamy do czynienia z bodaj najbardziej demokratycznym materiałem w historii Nile. Nie mogę niczego zarzucić Dallasowi, ale faktem jest, że dopływ świeżej krwi dobrze zrobił Amerykanom.

Na "Vile Nilotic Rites" dominują raczej krótkie i zajebiście szybkie kawałki w typie 'The Oxford Handbook Of Savage Genocidal Warfare', 'Snake Pit Mating Frenzy' czy tytułowego, co nie znaczy jednak, że płyta jest monotonna. Nawet w taki wygrzew jak 'Revel In Their Suffering' (jeden z najlepszych na krążku) muzycy potrafili wrzucić naprawdę miażdżące partie i fragmenty, które przypominają zbrutalizowany Fleshgod Apocalypse, więc o urozmaicenia można być spokojnym. Ma się rozumieć, że najwięcej atrakcji przygotowano w rozbudowanych aranżacyjnie 'Seven Horns Of War' i 'The Imperishable Stars Are Sickened'. W tym drugim uwagę zwracają zwłaszcza czyste wokale i zajebichne solówki. Problem stanowią dla mnie jedynie wstawki etniczne. I to nawet nie ze względu na ich oklepany charakter (po dwudziestu latach miały prawo się znudzić, trudno), co na brzmienie – są dużo głośniejsze niż death metalowa reszta i niezbyt z nią spójne.

Nile na "Vile Nilotic Rites" to zespół w znacznie lepszej formie, niż wygląda na pierwszy rzut oka – zaskakująco witalny, dobrze zgrany i na dużym luzie. Słychać i widać, że panowie całkiem nieźle bawią się swoim graniem, nie robią tego na odpierdol i mają ochotę na więcej. Wprawdzie po godzinie napierdalania Sanders skarżył się na zmęczenie, ale na moją sugestię, że może by w takim razie zacząć grać wolniej odpowiedział stanowcze – NIE!


ocena: 8,5/10
demo
oficjalna strona: www.nile-official.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

26 stycznia 2020

Fleshgod Apocalypse – Veleno [2019]

Fleshgod Apocalypse - Veleno recenzja okładka review coverDo "Veleno" zabierałem się jak członek PiSu do osławionych ośmiorniczek: zerkałem tylko z ukosa i kręciłem z dezaprobatą nosem, bo nie mogło z tego wyjść nic dobrego. Na "King" bardzo się zawiodłem i nie chciałem powtórki z (braku) rozrywki, a już zwłaszcza nie za takie pieniądze. Nie da się ukryć, że poprzednim razem Nuclear Blast zrobili wokół Fleshgod Apocalypse więcej szumu niż na to obiektywnie zasługiwali, no i teraz chcą zwrotu kosztów. Oczywiście kosztem słuchaczy.

Nie było wyjścia, przełamałem się (czytać: przepłaciłem), dałem "Veleno" szansę i cóż... na pewno nie jest to album tak nudny jak poprzedni, z którego po latach kojarzę jedynie 'The Fool'. Jednocześnie nie ma startu do takiego "Labyrinth", z którym stylistycznie (tak w ogólnym sensie) ma chyba najwięcej wspólnego. Włosi stworzyli coś na kształt... etapu przejściowego między dwoma wcześniejszymi płytami i w ten sposób uzupełnili białe plamy powstałe w wyniku zbyt drastycznego rozrostu elementów symfonicznych. Chronologia z dupy, ale grunt, że "Veleno" można wysłuchać w całości bez zgrzytów i — przynajmniej zbyt częstego — ziewania.

Fleshgod Apocalypse, mimo iż w poważnie okrojonym składzie, zdołali przygotować materiał dostatecznie wyrazisty, szybki i brutalny, żeby nie odstraszyć fanów death metalu, a przy tym na tyle urozmaicony, by pozostali klienci Nuclear Blast też znaleźli tu coś dla siebie. Mnie Włosi przekonują najbardziej, kiedy trzymają się przede wszystkim gwałtownego grzańska, z jakim mamy do czynienia w pierwszych trzech utworach (z wyjątkiem dodanego od czapy intro do 'Carnivorous Lamb') i później w 'Worship And Forget' i 'Pissing On The Score' – wtedy ich muzyka ma odpowiednią moc i może zaciekawić. Orkiestracje, chóry i inne cuda są tylko dodatkiem, nie wybijają się na pierwszy plan i w niczym nie przeszkadzają. Problemy zaczynają się, gdy proporcje (death) metalu i symfonii zostają odwrócone, czego przykłady mamy w 'Monnalisa', 'Absinthe' czy 'The Day We’ll Be Gone' – wówczas napięcie wyraźnie siada i "Veleno" momentami brzmi jak konkurencja dla Nightwish.

Wydaje mi się, że zespół wciąż nie potrafi znaleźć należytego balansu i upycha w struktury utworów więcej niż jest w stanie ogarnąć, co skutkuje zbyt dużym zgiełkiem i przeciętną czytelnością (która swoją drogą pogłębia się później na koncertach). Pod tym względem Septicflesh są jednak bezkonkurencyjni. Fleshgod Apocalypse brakuje charakterystycznej dla Greków finezji i wyczucia dramaturgii, co próbują zamaskować w najprostszy możliwy sposób: przekładańcem ostro-łagodnie, ostro-łagodnie. Oczywiście stać ich na nieco bardziej ambitne rozwiązania, ale nie zawsze starcza im na to odwagi. Weźmy wspomniany już 'The Day We’ll Be Gone', w którym przecież mogli zestawić głos Veronicy Bordacchini z Paolo Rossim (swoją drogą - mniej śpiewa, a jak już śpiewa, to częściej krzyczy) zamiast Francesco Paoliego i uzyskać coś zaskakującego i może w większym stopniu przekonującego niż to, co znalazło się na płycie. Niewykluczone jednak, że gdyby coś by nie pykło, w tej chwili zachodziłbym w głowę, co też oni odpierdalają...

W każdym razie przed Fleshgod Apocalypse jeszcze dużo pracy, żeby ich muzyka była w pełni spójna, dookreślona stylistycznie i brzmiała naturalnie. Przede wszystkim muszą się zdecydować (o ile wytwórnia im na to pozwala), czy chcą być agresywnym i odrobinę oryginalnym death metalowym aktem czy umiarkowanie pitolącym przynudzaczem, który dobrze sprawdzi się na bawarskich festynach. Ja, przyznam szczerze, po wysłuchaniu "Veleno" nie jestem pewien, w jakim kierunku Włosi zmierzają.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/fleshgodapocalypse

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

6 stycznia 2020

Cancer – Shadow Gripped [2018]

Cancer - Shadow Gripped recenzja okładka review coverCancer powrócił na poważnie, w dodatku w oryginalnym składzie. To już nie tylko wspominkowe koncerty w ramach promocji reedycji, ale i nowa płyta, która w tym całym zamieszaniu jest przecież najważniejsza, i która właściwie przeszła bez echa. No cóż, nie znam nikogo, kto by pokładał w tym zespole jakieś większe nadzieje, a to z tej prostej przyczyny, że ich poprzedni "wielki powrót" zakończył się potworną kupą w postaci "Spirit in Flames" – płytą, którą każdy, kto miał z nią styczność, w miarę możliwości starał się wymazać z pamięci.

"Shadow Gripped" aż tak słaby nie jest. Ba, w ogóle nie jest słaby, ale... Angole z pełną premedytacją zaserwowali muzykę w stu procentach w stylu Cancer z pierwszych dwóch krążków – czyli coś, do czego fani klasycznego death metalu wciąż wzdychają. Brzmienie, rytmika, riffy, teksty – wszystko się zgadza, wszystko nawiązuje do starych czasów. Wszystko, z wyjątkiem poziomu samych utworów. Doskonale słychać, że muzycy starali się powtórzyć swoje sprawdzone patenty; problem w tym, że cuś jakby brakowało im sił i wyobraźni, żeby przekuć je w urywającą dupę płytę.

"Shadow Gripped" to jak dla mnie zestaw dziesięciu zwyczajnych i niezbyt wymagających death metalowych przytupów, które tylko w najlepszych fragmentach ('Garrotte', 'Organ Snatcher', 'Thou Shalt Kill') ocierają się o to, co zespół prezentował sobą na "Death Shall Rise". Przy czym przez ocieranie się rozumiem w tym przypadku coś na granicy autoplagiatu. Słucha się tego dość przyzwoicie, co nie zmienia jednak faktu, że zdecydowaną większość czasu "Shadow Gripped" leci w zasadzie w jednym umiarkowanym tempie, bez polotu i znaczących urozmaiceń. Potwierdzenie aktualnej kondycji Cancer znajdujemy także w wokalach. Ogólnie barwa głosu Walkera mi odpowiada, choć więcej w nim dołu niż przed laty i bardziej przypomina ponure pomruki niż growl. Gorzej jest z jego dynamiką, bo John cedzi słowa strasznie monotonnie — jakby w obawie, że przy szybszych tempach po prostu nie wyrobi — czyniąc muzykę bardzo jednostajną.

Trzeba oddać muzykom Cancer, że tym materiałem częściowo zatarli paskudne wrażenie, jakie pozostawili po ostatnim krążku, ale nie jest to nic na tyle fascynującego, by z wypiekami na twarzy wyczekiwać jego następcy. Anglicy udowodnili, że przy odrobinie wysiłku potrafią złożyć do kupy kilka niezłych numerów, tylko to stanowczo za mało na ochy i achy.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/goryend/

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

23 grudnia 2019

Omophagia – 646965 [2019]

Omophagia - 646965 recenzja okładka review coverCzy trzeci album Omophagia będzie dla zespołu tym przełomowym? Ha! Śmiem w to wątpić, choć trzeba jasno i uczciwie przyznać, że Szwajcarzy między kolejnymi materiałami robią odczuwalne postępy, przy czym chodzi raczej o ewolucję stylu aniżeli jakąkolwiek rewolucję w jego obrębie. Niech więc zatem nikogo nie zwiedzie nowoczesna czy tam technologiczna otoczka "646965", bo to wciąż death metal łączącym w sobie wpływy klasyków i paru bardziej współczesnych przedstawicieli gatunku.

Muzycy Omophagia kurczowo trzymają się swoich dotychczasowych źródeł zrzynki/zapożyczeń, co jednak nie znaczy, że niczego nie ruszają w proporcjach. Na nowej płycie wahadło inspiracji mocniej wychyliło się w kierunku bardzo szybkich i technicznych dopierdalaczy w typie Dying Fetus, Cytotoxin czy Origin, co przy masywniejszym niż ostatnio brzmieniu zaowocowało całkiem intensywną ścianą dźwięku. Na swoje (i nasze) szczęście Szwajcarzy dopilnowali, żeby utwory nie zlewały się z sobą – mają stosunkowo przejrzyste struktury i prawie wszystkie posiadają jakieś charakterystyczne elementy, dzięki którym łatwiej je sobie później przywołać. Innymi słowy – nie trzeba wielu przesłuchań, by się w całości jako tako orientować. Dość powiedzieć, że w warunkach koncertowych, przy raczej przeciętnej czytelności, byłem w stanie wyłapać, który numer aktualnie grają.

O braku drastycznych zmian w muzyce już wspomniałem, dlatego teraz poświęcę chwilę umiejętnościom grającej czwórki, bo w ciągu trzech lat nabrali doświadczenia, pewności siebie i wyraźnie się rozwinęli. Nic więc dziwnego, że "646965" jest krążkiem szybszym, bardziej technicznym i urozmaiconym niż "In The Name Of Chaos". Tylko solówki pozostały na tym samym poziomie (i ponownie większość na kilometr zalatuje Vital Remains), ale skoro już wcześniej były zajebiste, to na takie stanie w miejscu można przymknąć oko. Wydaje mi się ponadto, że Szwajcarzy dużo czasu poświęcili stronie rytmicznej materiału – w utworach (choćby 'Radicalized' czy 'Mortal Dissociation') roi się bowiem od partii z rwanym tempem, gwałtownych cięć i nagłych przyspieszeń.

Reasumując, względem poprzedniej płyty muzycy Omophagia wykonali na "646965" krok do przodu i chyba w najwłaściwszym dla siebie kierunku. Słychać, że radzą sobie coraz lepiej, choć nie należy oczekiwać, że któryś z kolei ich materiał wstrząśnie death metalową sceną – to się nigdy nie stanie. Jak na drugoligowca, Szwajcarzy pozostawiają po sobie całkiem dobre wrażenie, czego nie mogę napisać o formie wydania "646965" — jedynie digipak — o której sam zespół dowiedział się dopiero, gdy płyta była już na rynku.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.omophagia.ch

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

14 grudnia 2019

Rebaelliun – Burn The Promised Land [1999]

Rebaelliun –- Burn The Promised Land recenzja okładka review coverRebaelliun jest jednym z zespołów, które walnie przyczyniły się do zwiększenia zainteresowania death metalem na przełomie wieków i to właśnie oni — wraz z Krisiun — odpowiadają za trwającą kilka dobrych chwil modę na brazylijskich przedstawicieli tego gatunku. A to wszystko dzięki wydanemu zaledwie rok po sformowaniu kapeli "Burn The Promised Land", za sprawą którego błyskawicznie trafili do czołówki nowych kapel. To się nazywa mieć siłę przebicia!

Najlepsze jest to, że zachwyty nad debiutem Rebaelliun nie były przesadzone i nawet teraz, po upływie 20 lat od premiery, "Burn The Promised Land" pozostaje albumem wyjątkowo rajcownym. Wydaje mi się, że głównej tego przyczyny należy szukać w olbrzymiej pasji i pełnym zaangażowaniu, jakie płyną z tych dźwięków. W każdej frazie słychać, że panowie Penna, Lima, Marzari, i Moreira byli całkowicie pochłonięci tą muzyką i dali z siebie wszystko, żeby materiał jak najbardziej kopał po dupie. Choćby właśnie z tego powodu "Burn The Promised Land" oferuje coś więcej niż wypadkową wpływów Morbid Angel, Deicide i Krisiun.

Rebaelliun starali się, aby zaczerpnąć wszystko co najlepsze od bardziej utytułowanych kolegów, wymieszać to z autorskimi pomysłami i podać z prawdziwie młodzieńczą (a przy tym latynoską) furią. Rezultat jest dość zajebisty, mimo iż trafiają się momenty, kiedy ambicje zespołu biorą górę nad umiejętnościami technicznymi (zwłaszcza w solówkach – kłania się przykład "Black Force Domain") i do utworów wkrada się chaos, ale i to ma swój urok, no i dodaje muzyce autentyczności. Ponadto kawałki z "Burn The Promised Land" wyróżniają się fajną dynamiką i dużą chwytliwością jak na tak agresywny death metal. W tym miejscu koniecznie muszę wyróżnić 'The Legacy Of Eternal Wrath', 'At War', 'Triumph Of The Unholy Ones' i 'Killing For The Domain', który do dziś pozostaje moim ulubionym numerem Rebaelliun.

Jedynym zauważalnym mankamentem płyty jest wciśnięty w jej połowie instrumentalny 'Flagellation Of Christ (The Revenge Of King Beelzebuth)' – pierwsza część to patetyczne plumkania w typie przerywników z "Formulas Fatal To The Flesh", natomiast druga to gitarowa szarpanina, z której nic nie wynika. Ktoś bardziej wyrozumiały może to potraktować jako chwilę odpoczynku przed 'Hell’s Decree', jednak dla mnie to stracone 4 i pół minuty.

Ten szczegół, mimo iż irytujący, nie może znacząco wpłynąć na ocenę, a ta musi być wysoka, bo materiał z "Burn The Promised Land" z łatwością przetrwał próbę czasu. Brazylijczycy stworzyli osiem mocnych utworów, które po prostu muszą przemawiać do wielbicieli klasycznie pojmowanego death metalu.


ocena: 8,5/10
demo

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

9 grudnia 2019

Napalm Death – Inside The Torn Apart [1997]

Napalm Death - Inside The Torn Apart recenzja okładka review coverNapalmowych eksperymentów część druga. Druga i w zasadzie ostatnia, bo w paru miejscach na "Inside The Torn Apart" pojawiają się jaskółki (europejskie, bez obciążenia) zwiastujące rychły powrót zespołu do grania szybkiego i brutalnego. Jednocześnie z kolejnymi utworami Brytole dają jasno do zrozumienia, że nie należy się po nich spodziewać powtórki ze "Scum", "Harmony Corruption" tudzież "Utopia Banished", że tamta formuła została wyczerpana i nastał czas nowego podejścia do szeroko pojętego death-grindu.

W moich oczach największym plusem "Inside The Torn Apart" jest to, że Napalm Death potrafili zwiększyć ciężar gatunkowy muzyki przy jednoczesnym zachowaniu chwytliwości znanej z "Diatribes". Wprawdzie poziom ekstremy dupy (czy czegokolwiek) nie urywa, ale płyta jest wyraźnie mocniejsza od poprzedniej: stosunkowo agresywna i momentami intensywna (w 'Prelude' i 'Lowpoint' pojawiają się nawet blasty) jak najlepsze numery z "Fear, Emptiness, Despair". Ponadto tym razem materiał jest bardziej spójny wewnętrznie i zamknięty w jasno określonych ramach stylistycznych, a jedynym większym wyjątkiem od death-core’owego (nie mylić ze współczesnym deathcore’m!) nawalania jest wieńczący całość 'The Lifeless Alarm', który ma dużo wspólnego z klimatami uskutecznianymi przez Morgoth na "Odium" i gdyby nie wokale, byłoby łatwo o pomyłkę z Niemcami. A propos wokali, w partiach Barney’a słychać, że kryzys ma już za sobą; więcej w nich życia, siły i zdecydowania – ponownie są ozdobą Napalm Death. I co istotne – Mark w żadnym momencie nie daje powodów, żeby oskarżać go o rapowanie, bo na "Diatribes"... no cóż...

Muszę również pochwalić zespół za wspomnianą już chwytliwość. W porównaniu z poprzednim, materiał z "Inside The Torn Apart" nie szokuje przesadnie odważnym podejściem do muzyki, więc uwagę słuchacza skupiają przede wszystkim bardzo udane kompozycje, spośród których przynajmniej połowę można wrzucić do kategorii "hit". 'Breed To Breathe', 'Reflect On Conflict' czy 'Birth In Regress' wchodzą od pierwszego razu i naprawdę chętnie się do nich wraca. Innymi słowy – album jest łatwy i przyjemny w odbiorze, co jednak nie znaczy, że będzie łatwostrawny dla każdego, zwłaszcza dla fanów pierwotnego oblicza Napalm Death.

Ja nie mam z tym najmniejszego problemu, bo niemal każda płyta Brytoli jest źródłem mojej dużej radochy i nawet dziwactwa w ich wykonaniu przyjmuję ze zrozumieniem. A skoro "Inside The Torn Apart" żadnych dziwactw nie zawiera, to tym bardziej mogę ten krążek szczerze polecić.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.napalmdeath.org

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

2 grudnia 2019

At The Gates – To Drink From The Night Itself [2018]

At The Gates - To Drink From The Night Itself recenzja okładka review coverNie jest łatwo mnie przyłapać na słuchaniu At The Gates, ale raz na ruski rok (w dodatku przestępny) zdarza mi się zarzucić Szwedów na tackę; dzięki "To Drink From The Night Itself" nawet częściej niż to wcześniej bywało. Nie żeby zespół nagle zmienił się nie do poznania i zaczął wycinać jakieś nowatorskie cuda. Nic z tych rzeczy, po prostu trafili u mnie w dobry moment, kiedy melodyjny death metal nie stanowi choćby 1% słuchanej przeze mnie muzyki i przez to jest czymś egzotycznym. Poza tym album wydaje mi się znacznie ciekawszy niż nagrany po reaktywacji — a niemal identyczny objętościowo — "At War With Reality".

Zagorzali fani kapeli przypuszczalnie nie znajdą na "To Drink From The Night Itself" niczego zaskakującego (ani nielubianego – bo to też ważne), czemu zresztą nie ma się co dziwić skoro pierwszy riff wchodzącego zaraz po introdukcji numeru tytułowego jest tak bardzo etdegejtsowy, że już bardziej się chyba nie da. Dalej Szwedzi jadą również po swojemu, pewnie nawet dość wtórnie, jednak bez popadania w typowe dla gatunku wesołe przytupy. Nie ukrywam, że to do mnie przemawia, podobnie jak fakt, że materiał odkrywa przed słuchaczem swoje zalety stopniowo, dzięki czemu wraz z kolejnymi przesłuchaniami bardziej intryguje niż nudzi. W przeciwieństwie do kolegów po fachu, At The Gates nie podali wszystkiego na tacy, więc wyłapanie czegoś fajnego może zająć chwilę lub dwie, a gdy już poświęcimy trochę czasu, okazuje się, że krążek może się poszczycić większą wyrazistością niż poprzedni.

Ja z prawdziwym zdziwieniem skonstatowałem, że na "To Drink From The Night Itself" jest na tyle świetnych numerów, że trudno mi wskazać ten najlepszy. Mimo to z mocnego i obszernego zarazem katalogu hitów 'Palace Of Lepers', 'To Drink From The Night Itself', 'A Labyrinth Of Tombs', 'In Nameless Sleep', 'The Colours Of The Beast' i 'Daggers Of Black Haze' stawiam na dwa ostatnie, które wyróżniają się niestandardowymi zmianami tempa i wyjątkowo melancholijnym klimatem. Co ciekawe, w pozostałych kawałkach At The Gates ani razu nie schodzą poniżej naprawdę dobrego poziomu i żaden z nich nie wydaje się zrobionym na odpierdol zapychaczem.

Jak widać poniżej, oceniam "To Drink From The Night Itself" bardzo wysoko, jednak weźcie poprawkę na to, że mój entuzjazm wynika po części z tego, że na co dzień raczej trzymam się z daleka od melodyjnego death metalu. Płyty słucha mi się bardzo przyjemnie i bez oporów, jednocześnie mam świadomość, że jest to coś w rodzaju miłej odskoczni od brutalnego dopierdalania. I niewykluczone, że niewiele więcej.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: atthegates.se







Udostępnij:

18 listopada 2019

Antropomorphia – Merciless Savagery [2019]

Antropomorphia - Merciless Savagery recenzja okładka review coverPostawmy sprawę jasno, jeśli ktoś wcześniej nie zasmakował w muzyce Antropomorphia, to "Merciless Savagery" nic w tym temacie nie zmieni, może go co najwyżej jeszcze bardziej zniechęcić do zespołu. Od poprzedniej płyty — a w zasadzie od trzech — Holendrzy nie wykonali ani jednego ryzykownego czy nieprzemyślanego kroku i dość kurczowo trzymają się sprawdzonego schematu w obszarach muzyki, brzmienia i imażu; do tego stopnia, że nawet tylna okładka niemal dokładnie powiela układ z "Sermon Ov Wrath".

Czy to źle? Niekoniecznie, bo przecież Antropomorphia ma garstkę oddanych fanów, którzy chcą wyłącznie ciężkiego, prostego i śmierdzącego siarką death metalu w średnich tempach, a na wszelkie udziwnienia patrzą wilkiem. I to dla nich nagrano "Merciless Savagery". Im nie będzie przeszkadzała wtórność niektórych rozwiązań, przewidywalność struktur czy dobrze już znane brzmienie (za produkcję ponownie odpowiada Marco Stubbe, mastering trzasnął tym razem Dan Swanö). Zresztą nawet obiektywnie patrząc, bez znajomości dokonań kapeli, Antropomorphia ma do zaoferowania naprawdę wysokiej jakości muzykę podaną w profesjonalnej oprawie studyjnej, której w zasadzie niczego nie można zarzucić.

Prawie, bo jak dla mnie — czyli już nieobiektywnie — "Merciless Savagery" traci nieco na jebnięciu przez dwa zbyt wolno rozkręcające się numery ('Cathedral Ov Tombs' i 'Wailing Chorus Ov The Damned'), w które dodatkowo niepotrzebnie wkrada się monotonia. Kilka cięć — w studiu — i byłoby OK. Druga kwestia równie mocno rzucająca się w uszy to ogólna chwytliwość płyty. Pod tym względem nowy materiał znacząco ustępuje trzem wcześniejszym i przez to nie wkręca się należycie szybko. Jednocześnie trzeba oddać zespołowi, że jak już zaczyna pocinać bardziej przebojowo, to baniak sam rwie się do młynków. Niestety w ten sposób wyróżniają się tylko trzy kawałki — 'Womb Ov Thorns', 'Merciless Savagery' i 'Luciferian Tempest' — spośród których ten ostatni ma zajebiście bujające riffy i porywający rytm, toteż jest moim zdecydowanym faworytem.

Trochę to jednak mało, żeby popaść w zachwyt, choć z drugiej strony o rozczarowaniu "Merciless Savagery" nie ma mowy. Ewentualny problem Holendrów polega na tym, że za sprawą "Rites Ov Perversion" zawiesili sobie poprzeczkę dość wysoko i chyba nie wiedzą, co zrobić, żeby ponownie do niej doskoczyć. Ja podpowiadam: robić hity.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.antropomorphia-official.com

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

1 listopada 2019

Visceral Disgorge – Slithering Evisceration [2019]

Visceral Disgorge - Slithering Evisceration recenzja okładka review coverVisceral Disgorge zebrali sporo pochlebnych opinii za swój debiut "Ingesting Putridity", ale zamiast pójść za ciosem, z niezrozumiałych dla mnie względów (chyba, że chodziło o śmierć gitarniaka) zamilkli na dobre kilka lat. Wydawnicza przerwa trwała u nich tak długo, że teraz w zasadzie muszą budować pozycję na nowo, jako zespół, który kiedyś ponoć grał fajnie, tylko mało kto już o tym pamięta. Jakby tego było mało, w międzyczasie konkurencja mnożyła się na potęgę, więc nie każdy brutal death ma szansę zaistnieć w szerszej świadomości. Visceral Disgorge powinno się udać, bo ich powrót w barwach Agonii to wyjątkowo brutalny i intensywny ochłap zagrany z nienaganną precyzją.

Sam początek płyty jest nieco mylący, gdyż Amerykanie jako intro zapodali trochę nieskomplikowanego walcowania z takim dość przyciężkawym klimatem, jednak już po chwili (czytać: półtorej minuty później) ruszają z pełnym impetem. "Slithering Evisceration" jest materiałem dużo szybszym, bardziej gwałtownym i technicznym od poprzednika, przy okazji zawiera również znacznie więcej urozmaiceń, dzięki czemu poszczególne kawałki nie zlewają się tak bardzo ze sobą i można spośród nich wyłapać coś wyrastającego ponad średnią gatunkową. Ja wskazałbym szczególnie na środek albumu i numery 'Saprogenic Deformation', 'Absorbed Bby The Swarm' i 'Siphoning Cosmic Sentience', bo w nich akurat dzieje się najwięcej; mają ciekawe struktury, mnóstwo blastów i sensowną porcję zakręconych riffów. Dodatkową pochwałę zespół dostaje ode mnie za ograniczenie wpływów slamu i tym podobnych prymitywnych rozwiązań. Kto wie, może doczekam dnia, kiedy całkowicie z tego gówna zrezygnują.

Póki co wcale nie jest źle i Visceral Disgorge swoim napierdalaniem potrafią się wybronić, a "Slithering Evisceration" przelatuje całkiem sprawnie; także dlatego, że po obcięciu wszelkich dopychaczy, trwa około 25 minut. Nie jest to dużo, ale w przypadku tak grającego zespołu dawka wydaje się wystarczająca.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/visceraldisgorge
Udostępnij:

28 października 2019

Obscure Infinity – Into The Vortex Of Obscurity [2019]

Obscure Infinity - Into The Vortex Of Obscurity recenzja okładka review coverKiedyś już zaliczyłem przelotny kontakt z twórczością Obscure Infinity, ale nie pozostawił on najmniejszego śladu w mojej pamięci, więc zakładam, że cudów wówczas nie usłyszałem. Minęło kilka lat i ponownie trafiłem na Niemców – tym razem przy okazji "Into The Vortex Of Obscurity". Na pewno grają lepiej niż kiedyś, jednak wciąż w ich muzyce jest coś, co sprawia, że następnej płyty nie będę jakoś szczególnie wypatrywał.

Głównym problemem Obscure Infinity jest dla mnie ich stylistyczne niezdecydowanie i brak spójności tego, co wrzucają do utworów i, globalnie na, cały krążek. Ktoś pewnie mógłby zrobić z tego zaletę typu różnorodność, eklektyczność, ect., ale nie widzę sensu, żeby aż tak naciągać fakty. Na świecie jest masa zespołów, które łączą brutalność i melodyjność w death metalu i wychodzi im to cacy. U Obscure Infinity sprawa wygląda nieco inaczej, bo oni grają albo brutalnie albo melodyjnie, a jeśli te dwa elementy w jakiś (w dodatku sensowny) sposób zazębiają się w ich twórczości, to chyba tylko przez przypadek.

Na "Into The Vortex Of Obscurity" Niemcy przeskakują między naprawdę solidnym grzańskiem (mnie się to najbardziej kojarzy z Vomitory z "Revelation Nausea") a lajtowymi przytupami a’la melodeath z Göteborga circa 1996 z dodatkiem heavy metalu. O ile ta szybka i agresywna strona Obscure Infinity bardzo mi się podoba, tak cała reszta niekiedy przyprawia mnie o drgawki obrzydzenia. Zespół lubi ponieść ambicja i chęć zrobienia czegoś epickiego (może nawet pod Edge Of Sanity), jednak rezultat zawsze jest jakiś dziwny, bo z niewiadomych względów panowie z zamiłowaniem korzystają z rozwiązań, których czas już dawno miną. Naciągany patos, deklamacje, akustycznie plumkanie, płaczliwe klimaty... brrr! A najgorsze są chyba te niedorobione solówki, które nie dość, że w zasadzie do niczego nie pasują, to zagrano je w bardzo osobliwy sposób. Brzmią tak, jakby gitarniakom (czy tam któremuś z nich) w kluczowym momencie brakowało hmm... Pomysłów? Techniki? Strun?

Na koniec dodam tylko, że przez wspomniany brak spójności, kombinowanie na siłę i rozmaite dziwne naleciałości "Into The Vortex Of Obscurity" momentami dłuży się i męczy, choć trwa optymalne 41 minut. Jeśli tylko Obscure Infinity zrozumieją, w czym są dobrzy, to może będą z nich ludzie. Ja daję 7 na zachętę.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/obscureinfinitygermany
Udostępnij:

23 października 2019

Sulphurous – Dolorous Death Knell [2018]

Sulphurous - Dolorous Death Knell recenzja okładka review coverPrzy pierwszym przesłuchaniu debiut Sulphurous sprawia wrażenie kolejnego ołtarzyka postawionego ku czci Incantation. Wiecie – odpychający brud, smród i pozbawiona upiększeń death metalowa mielonka w niskich rejestrach. Jednak z każdym kolejnym odpaleniem "Dolorous Death Knell" skojarzenia biegną w kierunku innych kapel, w tym i takich, w których muzycy Sulphurous jeszcze się udzielają. Koniec końców okazuje się, że chociaż Duńczycy nie proponują niczego nowego, grają na tyle atrakcyjnie i po swojemu, że warto mieć na nich ucho.

"Dolorous Death Knell" w muzyce i brzmieniu ma trochę punktów wspólnych z Phrenelith i Hyperdontia — co pewnie było nie do uniknięcia — ale Friborg i Tunkiewicz postarali się, żeby nie było ich za dużo i istnienie takiego tworu jak Sulphurous miało w ogóle sens. Przede wszystkim ich materiał jest wolniejszy (jak mocniej wcisną hamulec, to słychać echa Krypts) i znacznie bardziej przystępny niż u wspomnianych kapel, a to dlatego, że pod skorupą pierwotnego syfu duet upchną mnóstwo całkiem sensownych i bardzo klimatycznych melodii. Sporo z nich pojawia się w riffach, ale te najlepsze, najbardziej wgryzające się w mózg to motywy wplecione w tło w formie solówek. Ten prosty patent w udany sposób urozmaica muzykę, a nie czyni jej wcale przesadnie techniczną. Fajnie się to wszystko komponuje z raczej umiarkowanymi tempami i ponurym, niemal nieczytelnym wokalem. Całość spina naturalne brzmienie bez żadnych wodotrysków; nie wiem, gdzie nagrywali, ale zgaduję, że w tym samym miejscu (celowo nie piszę studiu), co Hyperdontia.

Zgodnie z tytułem najlepszego kawałka, nad "Dolorous Death Knell" unosi się aura rozkładu i to właśnie ten klimat zgnilizny jest, obok wspomnianych melodii, najmocniejszym atutem płyty. Coś takiego zwyczajnie wciąga i zmusza do kolejnych przesłuchań. Strona techniczna jest w tym przypadku całkowicie nieistotna, co nie oznacza, że muzycy Sulphurous mają jakieś problemy z obsługą instrumentów. Nie, oni po prostu grają oszczędnie i z wyczuciem. Rezultat mówi sam za siebie.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Sulphurous-1830777203674450/
Udostępnij:

18 października 2019

Autopsy – After The Cutting [2015]

Autopsy - After The Cutting recenzja okładka review coverCo może być lepszego dla maniaka Autopsy niż kameralny recital swoich ulubieńców oparty na osobiście wyselekcjonowanych kawałkach? Ano nic, niestety. Jednak gdy obniżymy nieco wymagania, mnóstwo radochy może nam sprawić również "After The Cutting", czyli wypasiony box podsumowujący karierę zespołu do roku 2015. W skład tego pięknie wydanego zestawu wchodzą cztery krążki audio oraz — a raczej przede wszystkim — 'książka' autorstwa Dennisa Dreada wzbogacona o mnóstwo archiwalnych zdjęć i znakomitych, nigdzie wcześniej niepublikowanych grafik. Za jednym zamachem możemy zatem nacieszyć i uszy i oczy, przy okazji przyswajając sporo ciekawostek z historii Autopsy.

"After The Cutting" to prawdziwa skarbnica wiedzy o kultowych Amerykanach, bo dzieje zespołu poznajemy nie tylko oczami autora, ale również każdego z ważniejszych muzyków, producentów ich nagrań czy nawet autorów okładek. A i to nie wszystko, bo swoje trzy grosze dorzucili chociażby członkowie Dismember oraz główny orędownik Autopsy na norweskiej ziemi i kolega z tej samej wytwórni – Fenriz. Lektura jest arcyciekawa, bo dowiadujemy się właściwie wszystkiego, co do tej pory było dostępne tylko nielicznym, w tym wielu zaskakujących zdarzeń z baaardzo zamierzchłej przeszłości, zanim Chris Reifert, Eric Cutler i Danny Coralles w ogóle się poznali.

Mamy tu wyczerpujący opis tego, jak zespół powoli rósł w siłę (przynajmniej na płaszczyźnie artystycznej) — z każdym kolejnym wydawnictwem stając się coraz bardziej odpychającym dla przeciętnych fanów death metalu — by w końcu (pierwszego etapu) rozbić się o prozaiczne kwestie organizacyjne przy okazji 'trasy' promującej "Acts Of The Unspeakable". Szczęśliwie dla nas Autopsy byli na tyle bezkompromisowi w realizacji swoich zboczonych pomysłów, że nawet brak znaczących sukcesów (oprócz uwielbienia w Szwecji) nie przeszkodził im w dokończeniu wydanego de facto pośmiertnie "Shitfun".

Następnie Dread pokrótce przypomina, czym członkowie Autopsy zajmowali się po rozpadzie kapeli (Abscess, The Ravenous, Funeral...), by szybko przejść do ich powrotu w nieoczekiwanej glorii i chwale, już jako gwiazdy i legendy brutalnej muzyki. W tej części wspomnienia dotyczące nagrań poszczególnych materiałów są już bardziej szczegółowe, ale nie ma się czemu dziwić – wszak są świeższe. Ponownie dowiadujemy się kilku ciekawostek związanych z trasami, okładkami i pracą w studiu, w tym także takich budzących zdziwienie. Jak się okazuje, Autopsy potrafią być zbyt ekstremalni dla samych siebie, co wyszło przy okazji narywania kawałka 'Sadistic Gratification', z którego wydźwiękiem (dosłownie...) Joe Trevisano miał pewne problemy.

W ostatnich rozdziałach (circa 2015) daje się wyczuć pośpiech autora (sam uczciwie przyznał, że deadline na "After The Cutting" coraz bardziej dawał o sobie znać), stąd też przedstawione informacje mają dość ogólny charakter, ale jest to historia na tyle świeża, że — jeśli komuś mało — ewentualne braki można sobie uzupełnić lekturą aktualnych wywiadów.

Co do załączonych do "After The Cutting" krążków, upchnięto na nich w sumie ponad 5 godzin muzyki, choć z perspektywy kolekcjonera naprawdę ciekawych kawałków nie ma tu zbyt wiele. Nie mam oczywiście na myśli poziomu utworów, co raczej ich wyjątkowość. Mnie najbardziej przekonuje pierwszy dysk, bo zmieszczono na nim świeżą naonczas epkę "Skull Grinder", demówki z 1987 i 1988, przedpotopowy 'Christ Denied', próbę z 1991, na której szlifowano numery na "Fiend For Blood" oraz prymitywny szlagier 'Black Incantations' nagrany w konspiracji pod szyldem Grave Violators.

Dwa kolejne dyski to raczej klasyczny debestof podzielony na część starą (do "Shitfun") i nową (od "Horrific Obsession"). Niczego niezwykłego na nich nie znajdziemy (bo kompilacji Autopsy było już kilka), ale plusem jest na pewno fakt, że nie ograniczono się wyłącznie do utworów z longplejów i dorzucono również co nieco z epek i singli. Ciekawiej robi się na czwartym krążku, bo wciśnięto tam dwa koncerty (czy raczej ich fragmenty) z Oakland z 2012 i 2013. W obu przypadkach jakość dźwięku dupy nie urywa, ale jest akceptowalna. Ostatnie siedem numerów to próba z 1992 roku z materiałem na nadchodzący "Acts Of The Unspeakable".

Czy warto się zainteresować "After The Cutting"? Pytanie, kurwa! To jest absolutny obowiązek dla fanów Autopsy, choć i tacy, którzy z zespołem nie mieli nigdy po drodze znajdą tu dużo fascynujących informacji i masę klasowej muzyki. Zachęcam gorąco do zakupu, mimo iż znalezienie tego cuda w uczciwej cenie w kraju nie jest sprawą prostą.


ocena: -
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Autopsy-Official-162194133792668/

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

19 września 2019

Sulphur Aeon – The Scythe Of Cosmic Chaos [2018]

Sulphur Aeon - The Scythe Of Cosmic Chaos recenzja okładka review coverZaledwie 5 lat zajęło Niemcom z Sulphur Aeon wypracowanie sobie na tyle dobrej renomy w podziemiu, żeby ich trzecia płyta była wydawnictwem naprawdę wyczekiwanym. Sam byłem cholernie ciekaw, co też tym razem przygotują; nastawiłem się bardzo ostro i — jak już widzicie po ocenie — nie zawiodłem się. "The Scythe Of Cosmic Chaos" spełnia wszystkie moje oczekiwania. O jakiejś rewolucji w ramach stylu nie ma oczywiście mowy, jednak zespół z pewnością wykorzystał nowe możliwości wynikające z rozbudowania składu o dwóch muzyków.

Ewolucja Sulphur Aeon jest odczuwalna w każdym elemencie, także w tym, na którym zależało mi najbardziej – w brzmieniu. Zespół nareszcie zadbał o odpowiednią czytelność, aby nie sprowadzić muzyki do nieprzeniknionej ściany dźwięku. Zyskały na tym przede wszystkim gitary. Na poprzednich krążkach bywało, że przy większej zawierusze schodziły gdzieś na dalszy plan i ciężko było wyłapać, co tak naprawdę grają. Na "The Scythe Of Cosmic Chaos" nie ma takiego problemu i nawet w najgęstszych, najbardziej zagmatwanych fragmentach można delektować się każdym dźwiękiem.

A zapewniam, że jest czym, bo trzeci album Sulphur Aeon odznacza się ogromnym rozmachem, wielowątkowymi strukturami utworów, mnogością zmian nastroju i tempa. Jeśli zespół postawił sobie za cel nie zanudzić słuchacza, to w pełni się z tego wywiązał. Ogarnięcie wszystkich niuansów poupychanych w utworach to zabawa na dziesiątki przesłuchań, bo nawet gdy człowiek jest już pewny, że dogłębnie poznał całość, pomiędzy riffami trafia się jakiś niewychwycony wcześniej ornament. Niektórych ta kompleksowość może odstraszać, ale zapewniam, że warto zaryzykować, bo paradoksalnie "The Scythe Of Cosmic Chaos" jest najbardziej przystępną płytą w dorobku Sulphur Aeon.

Poza brzmieniem, duża w tym zasługa świetnych, zapadających w pamięć melodii (na pewno nie takich, by przeklasyfikować zespół na "melodic", jak to już w międzyczasie zrobiono) i bardzo zróżnicowanych partii wokalnych. Do tej ostatniej kwestii Niemcy szczególnie się przyłożyli, żeby były doskonale dopasowane do muzyki – gdy trzeba, są agresywne, innym razem czyste i podniosłe – a zawsze wykonane z pełnym zaangażowaniem. Ponadto mamy też sporo chóralnych zaśpiewów, no bo co innego lepiej pasuje do tajemniczych inkantacji. Na żywo będzie to wszystko dość trudne do odtworzenia, ale z płyty robi duże wrażenie.

Na koniec warto jeszcze wspomnieć, że "The Scythe Of Cosmic Chaos" to nie tylko kapitalnie przemyślana i intrygująca muzyka, ale również (i ponownie!) całkiem wypasiona oprawa graficzna z zajebistą okładką na czele. Jeśli komuś zdarza się kupować płyty tylko dlatego, że pięknie wyglądają, to i ta powinna znaleźć się w jego kolekcji. Lovecraft byłby dumny!


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/SulphurAeon
Udostępnij: