Pokazywanie postów oznaczonych etykietą death metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą death metal. Pokaż wszystkie posty

13 lutego 2019

Horrendous – Idol [2018]

Horrendous - Idol recenzja okładka review coverDebiutancki album Horrendous narobił na scenie sporego zamieszania; dla niektórych Amerykanie wręcz na nowo odkryli obskurny europejski death metal. Zachwyty nie trwały jednak długo, bo na kolejnych płytach chłopaki zaczęli sukcesywnie odpływać w kierunku czegoś mniej oklepanego, a bardziej kompleksowego i oryginalnego. W rezultacie początkowi entuzjaści zespołu wykruszali się z roku na rok, zniechęceni eksperymentami (choć to za duże słowo) i stopniowym łagodzeniem oblicza. Ta tendencja pewnie jeszcze się utrzyma, bo "Idol" to kolejny krok ku muzyce progresywnej, wielowymiarowej i nieprzesadnie brutalnej. Horrendous ciągle trzymają się pierwotnego, organicznego brzmienia (mimo iż jest znacznie czystsze niż w przeszłości) i obleśnie rozpaczliwego wokalu, ale już misternie skonstruowane aranżacje z wieloma zmianami nastroju dają jasno do zrozumienia, że chłopaki ambicjami mocno wyrastają ponad typową młodą kapelę grającą "po staremu". Wystarczy choćby przysłuchać się temu, jak na "Idol" pracuje sekcja rytmiczna Horrendous – to jest naprawdę wyższa szkoła jazdy, jednak nie łączyłbym tego ze szpanowaniem umiejętnościami. W partiach perkusji Jamie Knox do minimum ograniczył powtarzalne i oklepane w death metalu zagrania, kombinując z rytmami, nietypowymi przejściami i ogólnym feelingiem – byle tylko nie popaść w typową łupankę. Wprawdzie tempa nie należą do zabójczych (Horrendous nigdy nie spidowali) — krótka sekwencja blastów pojawia się jedynie w 'Devotion (Blood For Ink)' — ale pod względem gęstości upakowania dźwięków "Idol" i tak wypada dość intensywnie. Ponadto zespół dużo zyskał na zatrudnieniu prawdziwego basmana, który ma w dupie opinie innych i wszystko robi po swojemu albo po prostu dostał wolną rękę. Niezależnie od wersji, chłop ani przez chwilę się nie ogranicza, a słychać to od pierwszych sekund 'Prescience'. Bas pracuje sobie całkowicie indywidualnie, w oderwaniu od reszty instrumentów i praktycznie nawet nie próbuje trzymać się struktur utworów. Fajna sprawa, chociaż pojawia się tu pewna pułapka – śledzenie poczynań basmana może skutecznie odwrócić uwagę od zmyślnie przygotowanych i bardzo urozmaiconych partii gitar. Pokręcone riffy i odjechane melodie robią naprawdę dobre wrażenie i z dużą łatwością wwiercają się w mózg (do tego gitarniacy już nas przyzwyczaili), ale przez ten cały pęd zespołu ku progresji brakuje im trochę zadziorności, która cechowała poprzednie nagrania. Listę minusów "Idol" muszę uzupełnić o bezbarwny instrumental 'Threnody' (nie ma startu do majstersztyku z "Anareta") oraz pojawiające się w 'Divine Anhedonia', 'Devotion (Blood For Ink)' i 'Obolus' czyste wokale, które nie są ani udane ani w jakikolwiek sposób potrzebne. Te dwie kwestie sprawiają, że w moim rankingu płyt Horrendous "Idol" plasuje się poza podium, co nie zmienia faktu, że i na nim nie brakuje świetnych fragmentów, do których warto wracać.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/HorrendousDeathMetal
Udostępnij:

3 lutego 2019

Nasty Surgeons – Infectious Stench [2018]

Nasty Surgeons - Infectious Stench recenzja okładka review coverDobrze grający hiszpański zespół w barwach Xtreem to dla mnie nie lada zaskoczenie, wszak kapele ze swojego podwórka Rotten wydaje chyba wyłącznie z pobudek patriotycznych, zupełnie nie zważając na poziom muzyki. To dlatego początkowo Nasty Surgeons również budzili moje wątpliwości, bo powstali niedawno (2016), a zaskakująco szybko dorobili się kontraktu i debiutanckiej płyty. O dziwo akurat ich materiał wyrastał ponad przeciętność – nie było to nic wielkiego, ale w swojej kategorii dawał radę i zdradzał pewien potencjał drzemiący w tym duecie. W rok po pierwszym krążku Hiszpanie zaserwowali opisywany właśnie "Infectious Stench", który to stanowi pewny krok naprzód i potwierdza ambitne podejście zespołu do wykonywanej młócki, bo to muzyka, do której naprawdę chce się wracać. W stosunku do debiutu poprawie uległo w zasadzie wszystko, więc mamy do czynienia z fajnie (i profesjonalnie!) podanym death-grindem, w którym wciąż przewijają się inspiracje i odniesienia do starych nagrań bogów z Carcass. Nie ma w tym nic odkrywczego, ale z drugiej strony kapel pielęgnujących spuściznę Anglików ostatnio pojawia się jakby mniej, toteż działalność Nasty Surgeons w moich oczach znajduje uzasadnienie. Przemawia za nimi szczególnie to, że ich rozwój jest wręcz namacalny. Zgaduję, że zespół sporo zyskał na rozbudowaniu składu do normalnych rozmiarów — o gitarzystę i basmana — bo nowe utwory stały się ciekawsze, a ich struktury bardziej urozmaicone i czytelne. Mniej tu przypadkowych dźwięków i chaosu, a więcej konkretnych, żyjących własnym życiem riffów i chwytliwych solówek tudzież motywów melodycznych. Wprawdzie "Infectious Stench" nie kasuje słuchacza ekstremalnością (jak choćby Disgorge), jednak ma do zaoferowania duże pokłady fajności – muzyka Nasty Surgeons jest skoczna i łatwo przyswajalna. W tym miejscu cisną mi się na klawiaturę skojarzenia z wczesnymi płytami Gorerotted i Exhumed, które przy całej swojej krwistości wpadały w ucho już przy pierwszym kontakcie. Jeśli takie podejście do death-grindu wam pasuje, to polecam się rozejrzeć za "Infectious Stench". Na pewno nie przepłacicie.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/nastysurgeons

podobne płyty:

Udostępnij:

26 stycznia 2019

Revolting - Monolith Of Madness [2018]

Revolting - Monolith Of Madness recenzja okładka review coverSzwedzki death metal jest fajny, więc nic dziwnego, że ma spore grono oddanych fanów... Nie wiem, czy spece od księga rekordów Guinnessa już to zweryfikowali, ale można w ciemno zakładać, że największym maniakiem tego gatunku jest niejaki Rogga Johansson. Rozumiecie, do czego zmierzam... "Monolith Of Madness" to kolejna już płyta z typowym 'Rogga death metalem'. Nie znam poprzednich dokonań Revolting, nigdy nie próbowałem ich szukać, ale zawartość opisywanego właśnie krążka dostarcza mi dość wrażeń i informacji, żebym już więcej do tego projektu nie wracał. Nie zrozumcie mnie źle, to wcale nie jest kiepski materiał; jest po prostu makabrycznie wtórny i typowy. Rogga gra to, co lubi najbardziej — czyli wariacje na temat wczesno-średniego Dismember z dodatkiem mielonek Grave — a czyni to w ten sam sposób, co w większości ze swoich ośmiuset czterdziestu trzech zespołów. Takie podejście sprawia, że nie idzie odróżnić jeden od drugiego, a w związku z tym gromadzenie kolejnych identycznie brzmiących płyt zwyczajnie mija się z celem. Równie bezsensowne jest produkowanie co 3-4 miesiące tego samego pod różnymi nazwami. Sorki, mnie to nie podnieca. Wiadomo, że Rogga to chłop obdarzony wielkim talentem i niezłymi umiejętnościami, jednak niepotrzebnie aż do tego stopnia rozmienia się na drobne. O ile świat (szwedzkiego) death metalu byłby piękniejszy, gdyby dał sobie na wstrzymanie i raz na rok-dwa nagrywał płyty tylko z topowym materiałem. Pomarzyć...


ocena: 6,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Revolting/144322252254789
Udostępnij:

21 stycznia 2019

Eroded – Necropath [2018]

Eroded - Necropath recenzja okładka review coverNie samą Ameryką miłośnik death metalu żyje. Dobrze to wiedzą muzycy Eroded, którzy dali się poznać za sprawą całkiem niezłego "Engravings Of A Gruesome Epitaph", a po sześciu latach przypomnieli o sobie za sprawą "Necropath". Tak długa przerwa między kolejnymi płytami może dziwić w kontekście tego, co i jak Włosi grają (wszak wodotrysków nikt się u nich z pochodnią nie doszuka), ale ma to głębszy sens. Po prostu w większych dawkach i przy większej aktywności wydawniczej muzyka Eroded najprawdopodobniej stałaby się nużąca. Póki co umiar (tym razem zmieścili się w 36 minutach) przemawia na korzyść zespołu, więc każdy fan starego europejskiego death metalu, a zwłaszcza Grave (do "You'll Never See...") i Benediction nie powinien czuć się zawiedziony zawartością krążka. "Necropath" to średnie tempa, nieskomplikowane rytmy, oszczędne melodie i ryczące wokale – klasyczna mielonka w standardowym wydaniu. W stosunku do debiutu nie odnotowałem żadnych poważniejszych zmian (choć z pewnością grają lepiej), w uszy rzuca się jedynie potężniejsze brzmienie. Mnie to nawet pasuje, ale zdaję sobie sprawę, że wielu osobom będzie tu czegoś brakowało – odrobiny oryginalności. Pod tym względem Eroded w ogóle się nie wybija spośród masy podobnych (mimo że zwykle bardziej zapatrzonych w Entombed) kapel, a samo ich poważne i profesjonalne podejście do tematu zostanie docenione jedynie, jeśli ktoś będzie miał dość fuksa, żeby trafić akurat na "Necropath". Jako że Włosi są pod opieką F.D.A. Records, to można zakładać, że tu i ówdzie zaistnieją, więc ja bym ich tak szybko nie skreślał. W końcu nie zrażali się dotychczasowymi niepowodzeniami.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/erodeditaly/
Udostępnij:

13 stycznia 2019

Posthuman Abomination – Transcending Embodiment [2018]

Posthuman Abomination - Transcending Embodiment recenzja okładka review coverBrutalny włoski death metal w amerykańskim stylu. Chyba już każdy osobnik jako tako orientujący się w gatunku doskonale wie, czego można (należy!) się po takiej etykiecie spodziewać? A już zwłaszcza, gdy w skład zespołu wchodzą ludzie umoczeni w Vomit The Soul, Devangelic czy Natrium... Tu nie ma miejsca na domysły. W dodatku Posthuman Abomination nie robią absolutnie niczego, żeby wyjść poza najpopularniejsze gatunkowe schematy czy choćby w minimalnym stopniu nadać muzyce indywidualny rys. Nic z tych rzeczy – oni tylko napierdalają, jak bogowie zza oceanu — zwłaszcza z okolic Nowego Jorku — przykazali. I chociaż kawałki z "Transcending Embodiment" dość szybko (czytać: od drugiego) zaczynają się ze sobą zlewać w jeden wielki bulgotliwy łomot, to ich intensywność, wylewająca się z każdej sekundy czysta brutalność rekompensują znikomą rozpoznawalność i całkowity brak oryginalności. Nie ma się co oszukiwać, po takie granie nie sięga się, by poszerzać horyzonty albo dla wyjątkowo estetycznych doznań (tak na marginesie, technicznie są całkiem obcykani), tylko by poczuć solidne jebnięcie w twarz, by zostać przytłoczonym. Z tak postawionego zadania Posthuman Abomination wywiązują się naprawdę dobrze – "Transcending Embodiment" miażdży, co nie zmienia faktu, że opisane na początku podejście do tematu skazuje ich na zapomnienie. W ten sposób chłopaki w jakimś stopniu marnują swój potencjał, bo choć nie ma wśród nich wielkich gwiazd, to umiejętności mają akurat na tyle, żeby zaproponować światu coś bardziej wyrazistego niż przewidywalna symfonia bulgotów i blastów. Może następnym razem? O ile w ogóle do niego dojdzie...


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Posthumanabomination/
Udostępnij:

5 stycznia 2019

Requiem – Global Resistance Rising [2018]

Requiem - Global Resistance Rising recenzja okładka review coverPrzyszło nam cholernie długo czekać na szósty album Requiem, ale wytrwałość się opłaciła, bo Szwajcarzy nagrodzili swych fanów znakomitym death metalowym ochłapem, który można nawet rozpatrywać w kategoriach najlepszego w ich historii, choć to akurat najmniej ważne. Istotne jest natomiast to, że Requiem nie wymiękają, a tym samym nie zawodzą. Od "Within Darkened Disorder" upłynęło aż siedem lat, w międzyczasie zespół rozrósł się do kwintetu (o nowego gitarzystę i wokalistę), jednak w ogóle nie wpłynęło to na podejście do grania i ogólny kształt "Global Resistance Rising". Requiem w zasadzie od debiutu trzymają się prostej — i sprawdzonej, jak się okazało — formuły: tremolo, blast i do przodu. Bez wielkich komplikacji, bez udziwnień, bez ozdobników, no i bez wytchnienia. Bezpośrednia i zajebiście chwytliwa jazda od początku do końca, która w ich wykonaniu zawsze trafia do mnie z taką samą łatwością. Tu naprawdę nie trzeba rozkładać muzyki na czynniki pierwsze czy gmerać w poszukiwaniu drugiego dna, żeby załapać, o co chłopakom chodzi. "Global Resistance Rising" to kopiący w dupę szybki death metal, którego nie powstydziliby się weterani z Malevolent Creation w latach 2000-2004. No, może Szwajcarzy grają trochę brutalniej i nie przywiązują szczególnej wagi do popisów solowych, niemniej jednak muzyka wywołuje bardzo podobne wrażenia. Liczy się konkretny wygar, co zresztą Szwajcarzy sprytnie podkreślili dwoma niespełna półtoraminutowymi strzałami. Pozytywny obraz "Global Resistance Rising" dopełnia odpowiednio ciężkie brzmienie i czytelna, choć nie krystalicznie czysta produkcja. Jeśli o mnie chodzi, takie płyty mogą się ukazywać codziennie.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.requiem-net.com

podobne płyty:

Udostępnij:

30 grudnia 2018

Beyond Creation – Algorythm [2018]

Beyond Creation - Algorythm recenzja okładka review coverNa długo przed premierą "Algorythm" byłem przekonany, że w korespondencyjnym pojedynku Obscura–Beyond Creation to Kanadyjczycy będą górą i bez trudu zmiotą jakiś tam "Diluvium". A tu zonk. Wychodzi bowiem na to, że tym razem to Niemcy zrobili na mnie lepsze wrażenie, mimo iż ogólnym ciężarem ciągle przegrywają z kolegami zza oceanu. Z Beyond Creation stało się coś niedobrego. Chodzi mi o przypadłość/tendencję — która dotknęła już niejedną kapelę spod znaku technicznego death metalu — polegającą na rozbudowaniu i mocniejszym zaakcentowaniu progresywnej strony muzyki, co zawsze odbywa się kosztem jej brutalności. Przekładając to na ludzki język: więcej plumkania, a mniej napierdalania. [miejsce na zrobienie pełnego dezaprobaty "buuuu"] Spodziewałem się, że po czterech latach przerwy Kanadyjczycy zaproponują coś więcej niż tylko zestaw sprawdzonych schematów plus kilka aktualnie popularnych rozwiązań, ale się przeliczyłem. O ile odrobinę djentu można na "Algorythm" przeboleć, to kolejna nowość, elementy symfoniczne, to porażka na całej linii. Mnie odrzucają zwłaszcza dwa instrumentale wciśnięte na początku i w środku krążka – raz, że w ogóle nie pasują do normalnych utworów, a dwa, że brzmią potwornie tanio i naiwnie. Oba te potworki kaleczą uszy, ale mają tę zaletę, że można je przeklikać. Z wszechogarniającą progresją nie ma tak lekko, bo wyziera niemal z każdej frazy. Wszystko jest oczywiście zagrane przepięknie i z wielkim rozmachem, ale po dokładniejszym wsłuchaniu się sporo tych partii sprawia wrażenie jałowych wypełniaczy, pozbawionego treści i klimatu pitolonka, które tylko niepotrzebnie wydłuża płytę. Jako że za lwią część muzyki (w tym orkiestracje), tekstów, zdjęć i grafiki we wkładce odpowiada Simon Girard, to wiadomo gdzie szukać problemu, a przynajmniej w czyim ego... Reszta chłopaków powinna, dla dobra ogółu i własnego, zawalczyć o nieco bardziej demokratyczne podejście do komponowania, bo w przeciwnym razie Beyond Creation może skończyć jako zespół jednej, powtarzanej do wyrzygania sztuczki. Wystarczająco do myślenia powinien dawać fakt, że najlepszy numer na "Algorythm", górujący nad pozostałymi 'Surface’s Echoes' (zwróćcie uwagę na te doskonałe riffy od 4 minuty, solówkę i ogólny ogień), jako jedyny powstał przy udziale drugiego gitarniaka. Girard przypomina mi w tej chwili Kummerera sprzed kilku lat: zafiksowany na własnych widzimisiach i raz wyuczonych schematach, dość drastycznie ogranicza olbrzymi potencjał kolegów. Najbardziej traci na tym perkusista, bo akurat on — w przeciwieństwie do nowego basmana (który, co trzeba przyznać, godnie zastąpił Foresta) — dostał najmniej okazji, by w pełni rozwinąć skrzydła. Z powyższego tekstu jak na razie wynika, że Beyond Creation nagrali gniota. Tak bynajmniej nie jest. "Algorythm" zawiera wiele świetnych, kosmicznych wręcz rozwiązań i intrygujących pomysłów, ale jako całość album za bardzo rozmija się z moimi oczekiwaniami, żebym padł na kolana i piał z zachwytu.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/BeyondCreationOfficial

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

25 grudnia 2018

Krisiun – Scourge Of The Enthroned [2018]

Krisiun - Scourge Of The Enthroned recenzja okładka review coverTrzy lata temu akcje Krisiun straciły sporo na wartości, czemu zresztą nie ma się co dziwić, bo zachwytów nad "Forged In Fury" nigdzie się nie doszukałem. Tym razem opinie powinny być już bardziej entuzjastyczne, gdyż Brazylijczycy poszli po rozum do głowy i przywalili ze zdecydowanie większym pałerem. "Scourge Of The Enthroned" nie jest oczywiście powtórką z "Conquerors Of Armageddon", na którą wielu naiwnie czeka od tak dawna, ale i tak potrafi ucieszyć, bo pokazuje, że zespół jeszcze do końca nie zarzucił szybkiego i brutalnego grania. Za to na granie odkrywcze kompletnie położył już lachę. Mamy tu zatem coś na kształt dość zgrabnego miksu patentów charakterystycznych dla "Ageless Venomous" i "Works Of Carnage" z brzmieniem, któremu najbliżej do tego z "The Great Execution" (ponownie nagrywali w Stage One) i dużą dawką chwytliwości. Krisiun nie zaproponowali absolutnie niczego nowego (przynajmniej ja się takich cudów nie doszukałem), na wyżyny ekstremy również się nie wspięli, jednak dzięki rozsądnej długości materiału (38 minut – miła odmiana po dwóch ostatnich kolosach) i jego wspomnianej przystępności "Scourge Of The Enthroned" wchodzi naprawdę dobrze. Tempa są urozmaicone (z przewagą tych szybkich), melodie kąśliwe i nienachalne, a całości pikanterii dodają zaskakująco często występujące szaleńcze riffy i zabójczo gęste solówki. Stąd też jestem przekonany, że mniej radykalni fani zespołu łykną ten krążek bez popitki, natomiast hardkorowi zaakceptują go — przy akompaniamencie jojków, że to 'nie to samo, co "Conquerors Of Armageddon"' — gdzieś na wysokości piątego przesłuchania. Ponadto wydaje mi się, że "Scourge Of The Enthroned" może być ciekawym kąskiem także dla ludzi, dla których wszystkie dotychczasowe numery Krisiun były takie same – teraz choćby bardzo się starali, nie pomylą 'Demonic III' z 'A Thousand Graves' czy 'Devouring Faith'. Duża w tym zasługa bardzo przejrzystej produkcji, która dosłownie każdy szczegół podaje słuchaczowi na tacy. Ma to swoje zalety, ale brakuje jej trochę kopa. Ja jednak wolałbym brzmienie bardziej masywne i przybrudzone – brutalne samo z siebie. Niemniej to kwestia możliwa do poprawienia przy następnej płycie. Póki co odbieram "Scourge Of The Enthroned" jako krok we właściwym kierunku.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.krisiun.com.br

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

19 grudnia 2018

Deicide – Overtures Of Blasphemy [2018]

Deicide - Overtures Of Blasphemy recenzja okładka review coverW ciągu ostatnich nastu lat Deicide przechodzili przez najróżniejsze zawirowania, ale nigdy nie były one na tyle poważne, żeby znacząco wpłynąć na cykl wydawniczy zespołu. Tym razem przerwa między kolejnymi płytami urosła do pięciu lat, choć w międzyczasie wyparował 'tylko' niezadowolony z procesu (prze)twórczego Owen. Wprawdzie Jack miał spory wpływ na kształt "In The Minds Of Evil", ale nie przypuszczałem, że jego odejście aż tak przystopuje Amerykanów. Niewykluczone jednak, że zmiana gitarzysty wyszła Deicide na dobre, bo Mark English z Monstrosity całkiem zgrabnie wpasował się do składu, a przy okazji dołożył swoje świeże spojrzenie na gotowe już utwory. O stylistycznej wolcie nie ma zatem mowy — zespół trzyma się muzyczno–brzmieniowej formuły zapoczątkowanej na "To Hell With God" — ale poziom dopracowania detali i drobne nowalijki pojawiające się w strukturach bardzo dobrze świadczą o aktualnej formie Bogobójstwa. Podobnie jak fakt, że "Overtures Of Blasphemy" mimo swojej ponadprzeciętnej długości (38 minut) i tak koniec końców wydaje się materiałem zbyt krótkim. Kawałków mamy aż 12 (spośród nich tylko dwa wykraczają ponad trzy i pół minuty), jednak przelatują naprawdę szybko, co sprawia, że trzeba je przesłuchać kilka razy, żeby się nimi w pełni nasycić. Spora w tym zasługa klasycznej chwytliwości materiału (w ucho wpadają szczególnie refreny 'Consumed By Hatred' i 'Excommunicated') i jego dynamiki, która w paru miejscach jest podbijana wokalem Bentona. Możecie wierzyć lub nie, ale w niektórych numerach Glen próbuje się trzymać linii melodycznej, co mu się wcześniej nie zdarzało. Z początku brzmi to z lekka osobliwie, niemniej samą inicjatywę mogę zaliczyć na plus. Ponadto świetnym pomysłem było nasycenie "Overtures Of Blasphemy" mistrzowskimi solówkami. Obaj gitarniacy potrafią wymiatać na wysokim poziomie, więc dobrze się stało, że nikt ich nie ograniczał na siłę. Szczególne wrażenie robią ich pojebane popisy na początku 'Anointed In Blood', bo to dla Deicide coś zupełnie nowego, a przy okazji dość nietypowego. Następną perełką w zestawie jest 'Defying The Sacred', w którym motyw przewodni oparto właśnie na solówkach – patent wręcz banalny, a sprawdził się znakomicie. Pozostałe utwory zaaranżowano raczej tradycyjnie, co jednak nie oznacza, że są pozbawione mniej lub bardziej finezyjnych partii. Jedynie zamykający płytę 'Destined To Blasphemy' wydaje się być zorientowany na prostotę i surowość, choć i w niego wciśnięto krótką trzepankę. Na koniec, jak tradycja nakazuje, przyczepię się do brzmienia, bo Jason Suecof ponownie się nie popisał (zachodzę w głowę, czy on się kiedykolwiek popisał). Brakuje mi basu, mięska w gitarach (bzyczą po thrash’owemu) i odpowiednio mocnych garów. Zastanawiam się nad wystosowaniem do mózgów Deicide petycji, żeby wrócili do Morrisound i tamtejszych fachowców – wtedy wszystko będzie cacy. Na razie naprawdę cacy jest tylko muzyka.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/OfficialDeicide/

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

5 grudnia 2018

Unleashed – The Hunt For White Christ [2018]

Unleashed - The Hunt For White Christ recenzja okładka review coverMoże to i smutna konstatacja, ale Unleashed niczego ponad to, co nagrali, już nie wymyślą. Ba! Oni nawet nie próbują. To nic, bo przynajmniej ciągle ich stać na zupełnie przyzwoite płyty, którymi spokojnie można dociągnąć do emerytury. Na przykład takie jak "The Hunt For White Christ". Po raz kolejny nie mamy do czynienia z mistrzostwem świata (ani Szwecji), jednak w porównaniu z "Dawn Of The Nine" nowy album wypada nieco korzystniej, choć o przepaści między nimi nie ma naturalnie mowy. Do rzeczy – materiał jest szybszy, bardziej mięsisty i agresywny, a przy okazji odrobinę krótszy, więc ma większą siłę rażenia, a dzięki temu wchłania się go bez najmniejszego problemu. Odczuwalny wpływ na ogólną zadziorność krążka ma warstwa tekstowa, w której Johnny ponownie — i chyba jaskrawiej niż kiedykolwiek wcześniej — daje wyraz swemu obrzydzeniu chrześcijańską zarazą panoszącą się na Północy. Tytuły takie jak 'Terror Christ' czy 'They Rape The Land' mówią same za siebie. Gdyby tylko muzyka dorównywała radykalnością treściom głoszonym przez zespół... gdyby. Mimo wszystko nie jest źle, a blasty na szczęście nie należą do rzadkości. Bojowy klimat krążka do czegoś w końcu zobowiązuje – jak napierdalać wroga, to przy odpowiednio gęstym i mocnym podkładzie. Następna kwestia pozytywnie wpływająca na odbiór "The Hunt For White Christ" to równiejszy poziom poszczególnych kompozycji; nie ma wśród nich kawałka, który byłby ewidentnym potknięciem, jak tytułowy na poprzedniej płycie. Tym razem obyło się bez takich zgrzytów i nawet jeśli któryś fragment niespecjalnie porywa, to jest obudowany na tyle udanymi riffami, że całość płynie bardzo sprawnie. No i chwytliwość materiału (zarówno melodie i refreny) nie budzi najmniejszych zastrzeżeń, bo wraz z kolejnymi przesłuchaniami krążek tylko zyskuje, choć może nie na tyle, żeby zagrozić kilku wcześniejszym dokonaniom Unleashed. W każdym razie Fredrik Folkare jako jedyny kompozytor (to już trzeci album wyłącznie jego autorstwa) spisał się naprawdę dobrze, korzystając w pełni z przysługujących mu praw. A te prawa, po krótkim namyśle, sprowadzają się do tego, że jeśli chce się solidnie wytrzepać, to się wytrzepuje – i stąd mamy te wyjątkowo rozbudowane solówki w 'Lead Us Into War', 'The City Of Jorsala Shall Fall' czy wspomnianym 'Terror Christ'. Jeśli komuś Unleashed jeszcze nie wychodzi bokiem (to już ich trzynasta płyta, a ósma utrzymana w podobnym stylu), to i tym razem może zainwestować w zespół kilka zyli – niech chłopaki mają za co kupić bimber i fajki.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.unleashed.se

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

1 grudnia 2018

Monstrosity – The Passage Of Existence [2018]

Monstrosity - The Passage Of Existence recenzja okładka review coverJedenaście lat to szmat czasu, zwłaszcza dla aktywnie działającego zespołu. Tylko czy za taki można uznać Monstrosity? Amerykanie zawsze robili sobie solidne przerwy między kolejnymi płytami, ale tym razem już przesadzili. Właśnie dlatego nie łudziłem się, że po tak długim okresie nicnieróbstwa będą w stanie należycie spiąć dupy i nagrać album równie wspaniały co "Spiritual Apocalypse". To się nie mogło udać. No i się nie udało, stąd moje pierwsze przesłuchania "The Passage Of Existence" to nieco rozpaczliwe próby pogodzenia się z przewidywanym rozczarowaniem. Nie jest to — i być nie może — zawód totalny, bo ten zespół byle gówna nigdy nie stworzył, jednak po cichu i całkowicie wbrew zdrowemu rozsądkowi liczyłem, że mimo wszystko będzie lepiej, dużo lepiej. Tymczasem narzekam, że jest tylko bardzo dobrze... Wszystkie składniki muzyki, którą Monstrosity imponowali przy okazji ostatniego longa, pozostały w zasadzie bez zmian, ale brakuje im trochę świeżości i nie dorównują poziomem hajlajtom z "Spiritual Apocalypse". Zespół gra to, co doskonale znamy i lubimy: raz szybciej, raz wolniej, z mocnym wokalem Hrubovcaka, kompletnie wypasionymi solówkami i jak zwykle precyzyjnym bębnieniem Harrisona. Tak podany death metal po prostu musi przypaść do gustu wielbicielom klasyki z Florydy — co do tego nie mam wątpliwości — ale na łopatki rozłoży naprawdę nielicznych. W utworach roi się od rozmaitych smaczków aranżacyjnych — nic dziwnego, bo materiał trwa prawie godzinę — i praktycznie z każdym przesłuchaniem można wyłapać w nich coś nowego. Z wyjątkiem czegokolwiek zaskakującego. Żal dupę ściska, że tak doświadczeni muzycy dysponujący taaakim warsztatem nie pokusili się o choćby odrobinę eksperymentów czy mniej standardowych rozwiązań... Kariery i tak już nie zrobią, więc co im szkodziło zaszaleć? Oczywiście nie ma potrzeby, żeby Monstrosity wywracali swój styl do góry nogami (tego bym nie chciał), ale wpuszczenie nawet małego powiewu świeżego powietrza dobrze by im zrobiło. Na przyszłość zalecam też inną konfigurację ludzko-studyjną, bo brzmienie "The Passage Of Existence" w porównaniu z "Spiritual Apocalypse" jest zdecydowanie lżejsze, bardziej stonowane i wyraźnie brakuje mu masywności. Jim i Tom Morris za konsoletą potrafią czynić cuda, natomiast Jason Suecof i Mark Lewis – nie. Po kilkudziesięciu godzinach spędzonych z "The Passage Of Existence" wydaje mi się, że sensowne będzie postawienie tej płyty na równi z "Rise To Power" – obie są naprawdę fajne i dają sporo radochy, jednak nie robią takiego wrażenia, jak materiały je poprzedzające i mają marne szanse zostać tymi ulubionymi.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.monstrosity.us

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

21 listopada 2018

Hate Eternal – Upon Desolate Sands [2018]

Hate Eternal - Upon Desolate Sands recenzja okładka review coverPotrafię wskazać przynajmniej cztery krążki Hate Eternal, po których wydawało mi się, że zespół dotarł do ściany i nie będzie w stanie nagrać niczego lepszego. Ostatni raz takie wrażenie miałem stosunkowo niedawno, bo przy okazji odsłuchu znakomitego "Infernus", na którym Amerykanie wprowadzili kilka świeżych patentów na uprzestrzennienie swojej muzyki. Mimo tych eksperymentów to był rasowy killer i ja tam naprawdę nie zauważyłem żadnych istotnych elementów wymagających poprawy. Rutan postanowił jednakowoż udowodnić, że w ramach klasycznego (i dość konserwatywnego) death metalu ciągle pewne rzeczy można ulepszyć, zrobić inaczej, pobawić się z dynamiką, z rozłożeniem akcentów... Czary-mary i sruuu – tak powstał "Upon Desolate Sands", kolejny fascynujący materiał Hate Eternal: szybki, brutalny, techniczny, urozmaicony... Kto wie, może to nawet najmocniejszy materiał w historii zespołu. A jeśli nawet nie, to i tak niewiele tegorocznych płyt może się z nim równać. Ja w każdym razie jestem pod wielkim wrażeniem pracy, jaką bohaterowie tej recenzji wykonali przy komponowaniu i nagrywaniu, bo "Upon Desolate Sands" spełnia właściwie wszystkie wymagania, jakie można postawić przed death metalową płytą z najwyższej (amerykańskiej) półki. Zaprawiony w bojach tandem Rutan-Hrubovcak (to już ich trzeci krążek) uzupełnił znany wszystkim doskonale Hannes Grossmann, więc o jakość partii perkusji można było być spokojnym. Jednocześnie obecność jegomościa mogła nieco mylnie sugerować tempo i stopień skomplikowania materiału. Pod tym względem nowy album Hate Eternal nie odbiega znacząco od poprzednich. Owszem, Grossmann robi cuda niewidy, jednak nie wykracza poza formułę przyjętą przez Rutana dwadzieścia lat temu – jest bardziej efektywny niż efektowny, choć oczywiście te najgęstsze fragmenty w jego wykonaniu powodują opad kopary. Czego by nie napisać o wyczynach sekcji, najważniejsze w Hate Eternal i tak są gitary. Tutaj Rutan pozwolił sobie na dużo urozmaiceń, co tylko wyszło muzyce na dobre, bo nie ma tu absolutnie miejsca na nudę, a i na wytchnienie przewidziano raptem kilka chwil. Od początku mamy do czynienia z wygrzewem na najwyższych obrotach, który w kilku momentach (w 'What Lies Beyond' czy 'All Hope Destroyed') jest sprytnie równoważony melodyjnymi/klimatycznymi solówkami. A propos tych gitarowych popisów, sprawne ucho wyłapie w nich inspiracje Vital Remains – szczegół, a cieszy i fajnie ożywia muzykę. Następna warta uwagi ciekawostka to bliskowschodnie akcenty i towarzyszący im damski wokal (made in Poland) w utworze tytułowym – toż to Nile w najlepszym wydaniu. A skoro już jestem przy innych zespołach, to nie sposób nie wspomnieć o Morbid Angel. Na "Upon Desolate Sands" nie brakuje partii o jednoznacznie morbidowym charakterze (choćby wszystko, co się dzieje wokół solówki w 'Portal Of Myriad'), tyle że za cholerę nie można ich podciągnąć pod zrzynkę. Hate Eternal w ten — co tu ukrywać: chamski — sposób pokazuje, jak dziś powinni brzmieć Morbidzi, ale nie brzmią, bo Trey najwyraźniej nie ma pomysłu na siebie. Natomiast po Hate Eternal żadnego niezdecydowania nie widać. Przez ponad dwie dekady zespół pewnie prze przed siebie, nie zważając ani na mody, ani na wymagania typowych słuchaczy, ani w końcu na sztucznie tworzone bariery, na których inni już się wyjebali. Moje gratulacje!


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.hateeternal.net

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

10 listopada 2018

Tiamat – Sumerian Cry [1990]

Tiamat - Sumerian Cry recenzja okładka review coverNiektórzy pewnie nie zdają sobie z tego sprawy, ale właśnie tak wyglądał prawdziwy szwedzki death metal zanim (czytać: rok później) gatunek sprowadzono do "grania jak Entombed". Tiamat, jako jedni z pionierów takiego grania, mogli mieć naprawdę duży wpływ na szereg nowych kapel, jednak drastycznymi zmianami stylu chyba tylko odstraszyli potencjalnych naśladowców i nie załapali się na kult. Przynajmniej na jakiś czas, bo obecnie łatwiej trafić na zespoły powołujące się na wpływy Szwedów niż to miało miejsce jeszcze dekadę czy dwie temu. Dlatego też z perspektywy czasu "Sumerian Cry" sprawia wrażenie krążka znacznie bardziej oryginalnego, znaczącego i nieskażonego ślepym naśladownictwem niż to było w momencie wydania. Choć i wówczas materiał prezentował się niczego sobie. Wprawdzie krążek nie powala brutalnością jak pierwsze nagrania Carnage czy wspomnianego Entombed, ale w żadnym wypadku nie można o nim napisać, że to muzyka dla lalusiów. "Sumerian Cry" to głównie żwawe tempa, proste (niekiedy wręcz pierwotne!) rytmy, nieźle pomyślane agresywne riffy i gardłowy wokal, tyle że priorytetem dla Tiamat wydaje się być górujący nad wszystkim iwoliczny klimat potęgowany przez zajebiście ciężkie (i zaskakująco przejrzyste) brzmienie Sunlight. Naturalnie tę specyficzną atmosferę najlepiej słychać, gdy zespół zwalnia i dorzuca do gitar odrobinę melodii (jak w 'Where The Serpents Ever Dwell'), ale i te szybsze partie nie pozostawiają złudzeń, że chłopakom tylko piekielne opary w głowach, zresztą jak przystało na ekipę stylizowaną na Celtic Frost. A propos oparów, choć niekoniecznie z diabelskiego kotła... niezależnie od tempa "Sumerian Cry" leci sobie sprawnie w death metalowej manierze (z małymi urozmaiceniami w postaci akustyków), aż tu nagle w połowie 'Evilized' znienacka wchodzi ni to jazzowa, ni to bluesowa wstawka z ksylofonem (to ten instrument podobny do ławki w parku) na pierwszym planie. Progresja, awangarda, dziwactwo – nazwijcie to według własnego uznania. Dla mnie to poziom pojebaństwa godny płyt Xysma. Dobrze, że po tym jednominutowym wybryku zespół wraca do normalnego nawalania i nie odpuszcza go do ostatnich dźwięków 'The Sign Of The Pentagram'. Inna sprawa, że tak czysty death metal Tiamat porzucił ledwie chwilę później. Choć może to i dobrze, bo inaczej nie powstałby "The Astral Sleep"...


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/tiamat
Udostępnij:

4 listopada 2018

Behemoth – I Loved You At Your Darkest [2018]

Behemoth - I Loved You At Your Darkest recenzja okładka review coverCztery lata temu Behemoth odfajkował płytę numer dziesięć, następnie odtrąbił (zasłużony) komercyjny sukces, a dzięki temu... mógł wrzucić na luz. To słychać na "I Loved You At Your Darkest", który jest najbardziej stonowanym krążkiem w historii zespołu. Wprawdzie Nergal próbuje nadrobić ubytki w ekstremalności muzyki jakąś wyjątkowo bluźnierczą otoczką, ale powiedzmy sobie szczerze – więcej w tym elementów humorystycznych (choćby stylizacja zdjęć – kulturoznawcy będą mieli radochę) aniżeli szokujących – przynajmniej trzeźwo myślącego człowieka. Do oprawy jeszcze wrócę, a na razie pochylę się nad zawartością stricte muzyczną. Pod tym względem płyta prezentuje się naprawdę nieźle, jednak na pewno nie robi tak dużego wrażenia jak "The Satanist", choć kontynuuje większość zapoczątkowanych wówczas wątków. Oznacza to jeszcze mocniejszą synergię oszczędnego w techniczne ozdobniki blackowego nawalania z klimatami sakralnymi w estetyce wschodniego obrządku. Oprócz tego, także w ramach lajtowizny, mamy tu więcej wpływów klasycznego rocka – czy to w spokojnych riffach czy solówkach zagranych z charakterystycznym feelingiem. Wszystko to zebrane do kupy sprawia, że "I Loved You At Your Darkest" jest materiałem łatwym i dość przyjemnym w odbiorze, mimo iż niekiedy nieco się rozjeżdża w skrajnych elementach. Stąd też obok bardzo udanych 'God = Dog', 'Rom 5:8' czy 'Bartzabel' (ten bym nawet wskazał jako najlepszy w zestawie) trafia się 'Sabbath Mater', w którym mamy kumulację nietrafionych pomysłów z tragicznymi chóralnymi zaśpiewami w refrenie na czele. Na szczęście dla Behemoth większa część albumu to utwory bardzo rzetelnie skomponowane – może i bez wodotrysków i wielu szczególnie zapadających w pamięć fragmentów, ale w sam raz na kilka(naście) uważniejszych przesłuchań. Trochę to mało? Ano tak, bo odnoszę wrażenie, że nowe kawałki tak "na sucho" nie są w stanie w pełni przekazać wszystkiego, co Nergalowi chodziło po głowie, że zaplanowano je na coś więcej. I tu wracam do oprawy – w muzyce pojawiają się miejsca, które bez obrazu wydają się niekompletne, które aż proszą się o uzupełnienie odpowiednio sugestywną wizualizacją. Przeciętny zjadacz chleba, znający zespół głównie z jutjuba, pewnie nie zwróci na to uwagi, bo wszystko ma podane na tacy, ale dla bardziej wymagających odbiorców, którzy lubią pobyć z płytą sam na sam, może to być pewien problem. Behemoth na własne życzenie stał się tworem wielowymiarowym; oddziałuje różnymi kanałami na różne zmysły i to jest nawet w porządku, tylko czy przypadkiem muzyka nie zaczyna na tym tracić? "I Loved You At Your Darkest" zdradza takie symptomy...


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.behemoth.pl

inne płyty tego wykonawcy:








Udostępnij:

26 października 2018

Reinfection – Breeding Hate [2018]

Reinfection - Breeding Hate recenzja okładka review coverNa pełnoprawnego następcę "They Die For Nothing" czekałem długo, bardzo długo. Tak długo, że w pewnym momencie zatraciłem wszelką nadzieję, że kiedykolwiek będzie mi dane usłyszeć drugą płytę Reinfection. Tymczasem rzeźnicy z Przysuchy, jak na prawdziwych patoli przystało, powoli i dyskretnie dłubali nad nowym materiałem, zaś do samych nagrań przystąpili w... 2015 roku, w dodatku w... Kalifornii. Rezultat tych paruletnich wysiłków ukazał się niedawno nakładem Deformeathing Production, którzy trochę wcześniej przypomnieli gawiedzi doskonały debiut zespołu, co zresztą tylko ułatwiło bezpośrednią konfrontację obu płyt. Jak wobec tego "Breeding Hate" wypada na tle "They Die For Nothing"? Czy go przebija? Eee, nie. Czy mu dorównuje? Eee, no cóż, też nie. Ale to jest akurat dla mnie w pełni zrozumiałe – balon oczekiwań w stosunku do tego albumu był pompowany przez kilkanaście lat i nawet muzycy Reinfection nie mieli szans sprostać tak absurdalnym wymaganiom słuchaczy. To po pierwsze. Po drugie wydaje mi się, że tylko raz w karierze można zaznaczyć swoją obecność na scenie z takim pierdolnięciem, jak to chłopaki uczynili przy okazji debiutu – a mowa o bodaj najbrutalniejszej płycie nagranej w Polsce. Odrobinę zrzędzę, nie znaczy to jednak, że ekipa Reinfection w jakikolwiek sposób dała dupy! "Breeding Hate" to wciąż zajebiście dziki i wyziewny gore-death-grindowy wymiot na najwyższym poziomie – rozpoznawalny, choć nie da się ukryć, że nieco inny niż przed laty. Podstawowa różnica jak dla mnie dotyczy stopnia skomplikowania materiału. Nowe kawałki składają się z prostszych riffów i mają dużo czytelniejsze struktury, dzięki czemu łatwiej się w nie wgryźć i potem szybciej zapamiętać. Z jednej strony jest to fajne, bo muzyka stała się bardziej nośna i koncertowa, a z drugiej jednak trochę brakuje mi wykręcających jelita łamańców, które sprawiały, że "They Die For Nothing" w swoim czasie był tak wyjątkowy. Kolejna kwestia odróżniająca "Breeding Hate" od poprzednika dotyczy zróżnicowania kawałków. Oczywiście wszystkie można bez problemu spiąć hasłem "bezlitosne napierdalanie dla psychopatów", ale i ono ma przecież swoje odcienie. Naturalnie najbardziej wybija się tu 'Inversion/Implosion' łączący niepokojące noise’owe brudy z łomotem, ale równie dużo dobrego można napisać o okraszonym bujającymi riffami 'Conflict Of Interest', kojarzącym się miejscami z śp. Nasum 'To See Your World Collapse' czy 'Gradually Erased', który gitarowo tu i ówdzie podlatuje 'eksperymentalnymi' Napalmami. Te i inne wpływy przemycono bardzo umiejętnie – dyskretnie i na drugim planie, więc każdy ekstremista będzie miał trochę zabawy z ich wyłapywaniem. Nie zaryzykowałbym stwierdzenia, że w ten sposób "Breeding Hate" stał się krążkiem bardziej uniwersalnym i przystępnym, bo za bardzo zionie z niego brutalnością, ale i tak powinien przysporzyć zespołowi nowych fanów. Uznanie ze strony starych wielbicieli Reinfection mają jak w banku!


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/reinfectionband

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

19 października 2018

Irreversible Mechanism – Immersion [2018]

Irreversible Mechanism - Immersion recenzja okładka review coverPierwszy album tego białoruskiego projektu pozostawił po sobie bardzo dobre wrażenie, choć odnoszę wrażenie, że nie dotarł wszędzie, gdzie powinien. Techniczny death metal o wysokim współczynniku wytrzepania — nie tak znowu daleki od tego, co proponuje choćby Sophicide — ma swoich oddanych fanów, ale dla reszty społeczeństwa tak zagęszczona jazda w pewnym momencie może stać się niestrawna tudzież nieczytelna. Niewykluczone, że właśnie tym była podyktowana zmiana stylu przy okazji "Immersion" – na klimatyczny i progresywny death metal. Tym albo poważnymi roszadami w składzie. Aaalbo doprowadzającą mnie już do szału modą na granie jak Fallujah, bo wpływy ostatnich płyt Amerykanów słychać w muzyce Irreversible Mechanism dosłownie na każdym kroku, a już na pewno częściej, niżbym chciał. Ja rozumiem, że to fajne i w sensie globalnym nawet dość oryginalne, aaale tylko w sensie globalnym, bo gdy porównać te wszystkie Fallujah-podobne kapele, to wychodzi, że brzmią niemal identycznie, a na domiar złego nie próbują odróżnić się od oryginału. I dupa. Większość patentów użytych na potrzeby "Immersion" można bez problemu wskazać na "The Flesh Prevails" i "Dreamless". Ba!, niektóre fragmenty wyrwane z kontekstu byłbym skłonny uznać za zajawki nowego materiału Amerykanów! Z jednej strony świadczy to o dużych umiejętnościach muzyków Irreversible Mechanism, z drugiej zaś o tym, że nieco zatracili swoją tożsamość. Czy było warto? Nie jestem przekonany. Na "Immersion" uchowało się wprawdzie jeszcze sporo brutalności znanej z debiutu — dotyczy to głównie pracy perkusji i większości wokali (nie wszystkich, bo w czyste też się bawią) — jednak całość jest zatopiona w takim nieco rozmarzonym senno-kosmicznym klimacie, który sprawia, że płyta po paru chwilach staje się "ładna", wchodzi gładko i stosunkowo łatwo się w niej zatopić, na co zresztą wskazuje tytuł. Niestety odbywa się to kosztem wyrazistości utworów, bo te może nawet zbyt płynnie przechodzą jeden w drugi, więc po wybrzmieniu ostatniego trudno przywołać z pamięci coś szczególnie wyrastającego ponad ogólny — dla sprawiedliwości dodam, że wysoki — poziom albumu. Posłuchać można, ale bardziej bym zachęcał sięgnąć po "Infinite Fields".


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/IrreversibleMechanism

podobne płyty:


Udostępnij:

21 września 2018

Aborted Fetus – The Ancient Spirits Of Decay [2018]

Aborted Fetus - The Ancient Spirits Of Decay recenzja okładka review coverOśmieliłem się zażartować z epickości "The Art Of Violent Torture", to mam za swoje... Na "The Ancient Spirits Of Decay" ekipa Aborted Fetus zaszalała jak nigdy wcześniej (i oby nigdy później!), a rezultatem jest album, który trwa prawie 50 minut. Nie ukrywam, że dla mnie to już lekkie przegięcie, bo nawet najwybitniejsi przedstawiciele brutalnego death metalu mają duże problemy z utrzymaniem zainteresowania słuchacza przez ponad 30 minut, a że Rosjanie do czołówki gatunku jeszcze nie należą, to wniosek nasuwa się sam – już w połowie krążka mogą trochę męczyć. Zespół kontynuuje w tekstach tematykę mniej lub bardziej skutecznych tortur i — świadomie czy nie — pewną ich namiastkę zawarł także w muzyce. Oczywiście to nie tak, że grają tak miernie, że uszy więdną — bo w ciągu roku przecież się nie uwstecznili — chodzi wyłącznie o objętość płyty. I choć Aborted Fetus trzymają się swojego stylu, w nowych utworach pojawia się sporo urozmaiceń, jak choćby stosunkowo częste solówki (czyżby jakaś inspiracja "Throne Of Reign" Pathology?) czy rozbudowane ponad średnią partie instrumentalne. Tempa większość kawałków są dość zróżnicowane (wbrew pozorom wcale nie dominują te najszybsze), wokal nie odbiega od normy, a brzmieniu w zasadzie niczego nie brakuje. Mimo to materiał nie mieli tak mocno, jakby mógł, gdyby podano go w mniejszych porcjach. I to jest mój jedyny zarzut pod adresem "The Ancient Spirits Of Decay", bo każdy brutalista zaznajomiony z Aborted Fetus znajdzie tu wszystko, co tak u nich lubi.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Abortedfetusbrutality/

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

7 września 2018

Alterbeast – Feast [2018]

Alterbeast - Feast recenzja okładka review coverDebiut Alterbeast uznałem ongiś za nie lada zaskoczenie, więc oczekiwania w stosunku do jego następcy miałem dość wygórowane, choć na dobrą sprawę wystarczyłoby mi, gdyby podłubali tylko przy paru detalach. W sumie niewiele roboty, żeby było git. Andrew Lamb miał nieco inny pomysł na zmiany w zespole... Ze składu, który podpisał się pod "Immortal", został bowiem tylko on, więc na potrzeby "Feast" samodzielnie zajął się gitarą i basem, a dla przyzwoitości dokooptował wokalistę oraz skorzystał z usług sesyjnego perkmana. Odnoszę wrażenie, że nie była to najlepsza decyzja, bo z bardziej zgranymi (czy nie tak przypadkowymi) ludźmi mógłby wycisnąć z tego materiału zdecydowanie więcej. Nie mam absolutnie nic do zarzucenia perkmanowi (napieprzał choćby w Arkaik), wszak wymiata naprawdę zacnie i nie szczędzi gęstych blastów, ale już osobnika dającego odgłosy paszczą traktuję jako pomyłkę, bo to właśnie on odpowiada za zdecydowaną większość negatywnych odczuć związanych z "Feast". Na debiucie wokale były utrzymane raczej w normalnych dla gatunku (tzn. jego nowocześniejszego oblicza) ramach, gdzie podstawą jest brutalny growl, a uzupełnieniem skrzeczenie. Michael Alvarez odwrócił proporcje i drze ryja w typowo deathcore'wej manierze, ograniczając się niemal wyłącznie do wrzasków, co — oprócz tego, że jest irytujące — niespecjalnie pasuje mi do tak urozmaiconej muzyki. Problem pogłębiają także teksty, bo są cholernie długie jak na 3- 4-minutowe utwory, więc chcąc nie chcąc jesteśmy zmuszeni słyszeć kolesia zdecydowanie za często. Na szczęście dla nas i dla Alterbeast nie ma go już w składzie. Skoro już pobiadoliłem, wypada wreszcie pochwalić zespół — a przynajmniej jego studyjną namiastkę — za stronę instrumentalną, bo materiał z "Feast" jest więcej niż zacny. Wprawdzie krążek nie ma tej świeżości i nie zaskakuje jak "Immortal" (a w zasadzie to w ogóle), ale jest bardziej "doprecyzowany" stylistycznie i zaaranżowany z większym rozmachem. Andrew Lamb nie miał wokół siebie nikogo, kto by mu się wpieprzał w muzykę, więc zgodnie ze swoimi zapatrywaniami mocniej pchnął Alterbeast w neoklasyczne rejony. Szybkość i brutalność – a owszem, występują, jednak tym, co dominuje na płycie, są ubrane w ostrą trzepankę melodie. Gitary wycinają tu nieliche cuda i momentami trudno za nimi nadążyć, a już zwłaszcza, gdy pojawiają się wypasione palcołomne solówki. Innymi słowy pirotechniki na "Feast" nie powinno nikomu brakować, szczególnie jeśli mieni się fanem Arsis czy The Black Dahlia Murder, bo wpływy akurat tych kapel słychać tu częściej niż na debiucie. Jednocześnie Alterbeast ciągle grają z większym pazurem niż wymienione zespoły, a przez to powinni być strawni dla wielbicieli brutalnych dźwięków. Jako ciekawostkę dodam, że Amerykanie uzupełnili autorski repertuar coverem Dissection. 'Where Dead Angels Lie' w ich wykonaniu brzmi co najmniej przyzwoicie, ale kompletnie rozwala spójność płyty — bo do pozostałych kawałków nie pasuje ani stylistyką ani klimatem — więc nie mogę tego pomysłu zaliczyć do udanych. I to kolejny powód, dla którego jestem bardziej skłonny polecić wam "Immortal".


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ALTERBEASTofficial

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

24 sierpnia 2018

Oblivion - The Path Towards... [2017]

Oblivion - The Path Towards... recenzja okładka review coverPierwszy album Amerykanów wzbudził tu i ówdzie spore poruszenie – że taki genialny, techniczny, nowatorski, nietuzinkowy... A prawda wyglądała tak, że był równie oryginalny co nazwa zespołu i nie wnosił kompletnie nic do reprezentowanego (pod)gatunku. "The Path Towards..." tego stanu rzeczy nie zmieni, bo chociaż Oblivion starali się zaprezentować z ciekawszej strony, w dalszym ciągu prezentują dość oklepany średnio brutalny i średnio techniczny death metal w typie kalifornijskim. Podobnych kapel jest w tamtym rejonie co najmniej kilkanaście, a ze wskazaniem tych lepszych, na nieszczęście Oblivion, nikt nie powinien mieć specjalnego problemu. Nie oznacza to jednak, że chłopaki odwalają jakiś syf, bo w paru fragmentach "The Path Towards..." potrafi naprawdę zaciekawić fajnym riffem czy sprytnie poprowadzoną linią melodyczną. Na klawiaturę w tym miejscu ciśnie się szczególnie przypadek 'Concrete Thrones', który bez zbędnego zastanowienia mogę nazwać najlepszym, najbardziej wyróżniającym się kawałkiem na płycie, także pod względem chwytliwości. Gdyby cały album był zbudowany z podobnych utworów, pewnie zachęcałbym do zakupu i częstego słuchania w celach rekreacyjnych. Gdyby... Większość materiału to granie raczej typowe, na którym trzeba się porządnie skupić, żeby nie zlało się z odgłosami w tle – pralką, odkurzaczem czy passatem sąsiada-złodzieja dogorywającym za oknem. Jak dla mnie "The Path Towards..." niewiele pomagają urozmaicenia ogólnej formuły, które zaproponował zespół, tym bardziej, że większość jest z importu. Oblivion zaprosili do nagrań wokalistów z kilku mniej lub bardziej znanych kapel, ale żaden z nich nie dysponuje na tyle rozpoznawalnym głosem, żeby wynieść utwory na wyższy poziom albo chociaż stanowić wabik na fanów. No, chyba że kogoś kręci syf pokroju Suicide Silence, bo koleżkę z tej niby-deathcore’owej żenady też ściągnęli. Czymś osobliwym jest ponadto wkład w "The Path Towards..." Karla Sandersa, który... napisał dla Oblivion 'Awaiting Autochthon', swoją drogą numer zupełnie nie w jego stylu. Trochę mi to pachnie robieniem 'sellingpointów' na siłę, jakby kapela zdawała sobie sprawę z tego, że bez pomocy kogoś sławnego wiele nie nawojuje. Od siebie dodam, że z takim wsparciem też cudów nie będzie.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/OBLlVlON

Udostępnij:

17 sierpnia 2018

Hypocrisy – Into The Abyss [2000]

Hypocrisy - Into The Abyss recenzja okładka review coverNa "Into The Abyss" Hypocrisy zrobili coś, czego nikt się po nich nie spodziewał, w każdym razie nikt o zdrowych zmysłach – wrócili do brutalnego grania, czym przynajmniej częściowo zatarli paskudne wrażenie pozostawione przez "Hypocrisy". Poprzedni krążek był straszliwie męczącym melodyjnym klocem, który trudno było dosłuchać do końca, zaś wszystkie dobre riffy można było tam policzyć na palcach jednej ręki. Co ciekawe, czego do dziś nie potrafię pojąć, w niektórych kręgach uchodził za genialny. Na "Into The Abyss" Szwedzi nawet nie próbują do niego nawiązać i od pierwszych sekund 'Legions Descend' napieprzają jak... jak w sumie nigdy. Mamy tu do czynienia z surowo brzmiącym szwedzkim death metalem, jakiego pełno było na początku lat 90. i jaki bohaterowie tej recenzji sami próbowali łoić na pierwszych płytach. W dodatku całość polano sosem amerykańskim, więc nie raz i nie dwa zalatuje tu wczesnym Deicide. Muzyka jest szybka, agresywna, a momentami nawet nieokrzesana – zaskakująca. Po kilku minutach tej terapii szokowej do uszu zaczynają docierać również patenty charakterystyczne dla późniejszych albumów zespołu, jednak wciąż podane na ostro, bez pitolenia. Prawdziwa chwila wytchnienia (albo podniety, zależy jak spojrzeć) pojawia się dopiero przy fantastycznym 'Fire In The Sky', który pięknie nawiązuje do epickich opusów z "Abducted" i "The Final Chapter". Melodie, wokale Petera, klimat, nawet tekst – wszystko najlepsze z najlepszych! Chwytliwość tego kawałka powala, a orkiestracja w połowie sprawia, że ciarki chodzą po plechach. Dla mnie to kwintesencja stylu Hypocrisy i największy hajlajt "Into The Abyss". Nic dziwnego, że numer na stałe trafił do setlisty zespołu. Później mamy jeszcze mały przekładaniec utworów szybkich i brutalnych ('Total Eclipse', 'Sodomized') z nieco bardziej stonowanymi. Do tych drugich należy zaliczyć kończący album 'Deathrow (No Regrets)', który choć niezaprzeczalnie ciężki, dołującym nastrojem jednoznacznie przypomina 'Slippin' Away'. Hypocrisy pokazali tym krążkiem, że jak chcą, to potrafią zagrać ostro i dość nieprzewidywalnie. Szwedzi zgrabnie wyważyli tu proporcje między surowym napieprzaniem a klimatem i melodią, więc 42 minuty "Into The Abyss" mijają niepostrzeżenie.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.hypocrisy.cc

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij: