Pokazywanie postów oznaczonych etykietą death metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą death metal. Pokaż wszystkie posty

23 stycznia 2021

Infiltration – Point Blank Termination [2020]

Infiltration - Point Blank Termination recenzja okładka review coverO pochodzącym z Petersburga Infiltration dużo się pisze w kontekście klasycznego death metalu, padają takie nazwy jak Bolt Thrower, Cannibal Corpse, Napalm Death... których jednak w ich muzyce w ogóle nie słychać. No chyba, że wojenna tematyka ma się koniecznie kojarzyć z Boltami, a sama obecność blastów i ze trzech riffów pod "Utopia Banished" to wielkie wpływy Napalmów – tylko to trochę naciągane, nie sądzicie? "Point Blank Termination" to, a owszem, death metal, ale taki dość uniwersalny i inspiracjami raczej niewykraczający poza 2000 rok – wszystkiego tu po trochu, choć na szczęście te lepsze fragmenty/wpływy przeważają.

Początek płyty jest całkiem obiecujący, bo utwory są bezpośrednie, mają odpowiedniego kopa i w zasadzie wszystko w nich siedzi jak należy. No, może feeling solówek daje trochę do myślenia, ale kto by się tym przejmował... do czasu. W tych trzech kawałkach Infiltration stosunkowo blisko do brutalniejszej Szwecji (Vomitory, Nominon) z domieszką Ameryki (Malevolent Creation), więc tak podane granie musi się podobać i wchodzi bez problemu. Pierwszy poważny zgrzyt pojawia się dopiero w 'Collateral Damage', w którym Rosjanie przymulają czymś na kształt death 'n' rolla, którego źródeł należy szukać na płytach Entombed, Gorefest czy Disgrace. Nie jestem przesadnym miłośnikiem tego stylu nawet w wykonaniu najlepszych kapel, a Infiltration do tego grona z pewnością się nie zaliczają – wyszedł im drętwy, rozwlekły i nieprzekonujący kloc. Kolejna wtopa to ambientowy 'Missiles Over The Minefields' – nie wiem do czego to pasuje, ale na pewno nie do tego, co leciało z głośników raptem chwilę wcześniej. Te dwa numery rozbijają spójność albumu, z niczego logicznie nie wynikają i upchnięto je chyba tylko po to, żeby "Point Blank Termination" przekraczał pół godziny. Album zamykają dwa kawałki, w których zespół wraca do mocniejszego grania, ale nie na tyle ekstremalnego, żeby się w pełni zrehabilitować za wspomniane potknięcia. Owszem, oba są dość udane, ale przez to, że wyraźniej zaakcentowano w nich groove, za szybko tracą impet – jakby Infiltration nie do końca wiedzieli, czy chcą bujać, czy napierdalać.

Od pewnego czasu na rosyjskiej scenie death panuje dość duży tłok, a bohaterowie tej recki na tle konkurencji niczym specjalnym się nie wybijają. Mają warsztat i solidne brzmienie, ale gorzej u nich z tożsamością i ogólnym pomysłem na zespół. Na szczęście dla nich są na tyle młodzi, że mają szansę jeszcze się wyrobić.


ocena: 6/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/infiltrationdeath
Udostępnij:

19 stycznia 2021

Loudblast – Manifesto [2020]

Loudblast - Manifesto recenzja okładka review coverFrancuska stara gwardia — a przynajmniej ta jej część, która jest jako tako aktywna — trzyma się zadziwiająco dobrze. Może i nie z dużą częstotliwością, ale z dobrym rezultatem weterani od lat udowadniają, że warto im było wygrzebać się z grobów i dać sobie jeszcze jedną szansę. W tym niewielkim gronie Loudblast zawsze byli tą większą, popularniejszą i bardziej utytułowaną kapelą i to po trzech dekadach raczej się nie zmieniło – dla Listenable są priorytetem. Pod względem muzyki nie stawiałbym ich aż tak wysoko – dla mnie byli solidnym numerem dwa i "Manifesto" tylko mnie w tym utwierdził.

Ósma płyta Francuzów to kawał zadziornego klasycznego (niektóre motywy gitarowe sięgają "Leprosy" i "Spiritual Healing") death metalu mocno doprawionego równie klasycznym thrash’em i paroma bardziej współczesnymi rozwiązaniami. Loudblast na pewno nie są tak oldskulowi i obskurni jak Mercyless, nie dorównują im także ekstremalnością (co akurat jest pewnym zaskoczeniem – jako garowego zatrudnili Kevina Foley’a, więc można było oczekiwać intensywnego wygrzewu), ale te ewentualne braki nadrabiają pomysłami na chwytliwe i wyraziste riffy. W tym kwestii muzycy pokazują prawdziwą klasę! Ja rozumiem, że po tylu latach grania doświadczenie procentuje i zróżnicowanie przychodzi samo, jednak to, że każdy kawałek różni się od pozostałych — a właśnie z tym mamy do czynienia na "Manifesto" — jest już pewnym wyczynem. Nawet jeśli któryś numer nie musi nam podchodzić, to na pewno jest on "jakiś", ma w sobie coś charakterystycznego.

Następna pochwała należy się zespołowi za solówki. Wprawdzie nie pojawiają się zbyt często, ale jeśli już, to naprawdę jest na czym ucho zawiesić. I nie tyle chodzi o ich stronę techniczną (choć i tej nie można niczego zarzucić), co o świetne umiejscowienie w utworze i ich wpływ na ogólny klimat – doskonały tego przykład znajdziecie w złowieszczym 'Into The Greatest Of Unknowns'. Kontynuując temat chwytliwości "Manifesto", muszę jeszcze dodać, że część tekstów napisano tak, żeby możliwie szybko podłapać ich refreny i przez to łatwiej się w nie wkręcić. Mała rzecz, a cieszy.

Loudblast na "Manifesto" nie zawodzą, choć też jakoś specjalnie nie zachwycają. To bardzo solidny krążek stworzony przez zawodowców, którzy doskonale wiedzą, jak poskładać dźwięki do kupy, żeby wyszło z nich coś fajnego, a przy tym potrafią dopilnować całej oprawy: brzmienie jest spoko (zostawiono trochę przyjemnego brudu), produkcja czytelna (z wyczuwalnym basem), a okładka całkiem nieźle pasuje do klimatu całości. Mnie to wystarcza.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Loudblast.official



Udostępnij:

10 stycznia 2021

Nawabs Of Destruction – Rising Vengeance [2020]

Nawabs Of Destruction - Rising Vengeance recenzja okładka review coverZ Nawabs Of Destruction wszystko było oczywiste od samego początku. Zespół pochodzący z Bangladeszu, składający się zaledwie z dwóch kolesi, a wydawany przez Pathologically Explicit – to musi być jakiś bulgotliwy, slammujący brutal death, po prostu musi. Okazało się, że to jedynie nic niewarte pozory, a "Rising Vengeance" szybko stał się dla mnie jednym z dwóch największych łotefaków 2020 roku. Nastawiałem się na popłuczyny po Devourment, a pierwsza nazwa, jaka po minucie wpadła mi do głowy to... Edge Of Sanity. Nie ma co, Nawabs Of Destruction potrafią zaskoczyć, ale na tym ich zalety się nie kończą, bo mają do zaoferowania 40 minut naprawdę ciekawego i nieszablonowego grania.

W wielkim uproszczeniu i przymykając oko na to i owo, "Rising Vengeance" można określić mianem melodyjnego i progresywnego death metalu. Jeeednak każdy, kto po zobaczeniu takiej etykiety nastawi się na drętwe pitolonko w typie In Mourning czy innego Insomnium, będzie srogo rozczarowany, bo Nawabs Of Destruction są od tych bendów znacznie brutalniejsi i techniczni, a przy tym wykazują więcej klasy przy wplataniu w muzykę lajtowych rozwiązań. No i na pewno nie grają na jedno kopyto przez całą długość płyty. Materiał na "Rising Vengeance" jest szalenie zróżnicowany i do pewnego stopnia nieprzewidywalny. Chłopaki nie cofają się przed niczym, co w jakiś sposób pasuje im do wizji, stąd też trafiają się tu wstawki pop-death’owe (a’la późny Dark Tranquillity, Soilwork czy Kalmah), odrobina deathcore’a (w 'Sleep Paralysis'), klawisze (w tym także stylizowane na hammondy – w 'Rise Of The Warlords') oraz — i to robi największe wrażenie — bardzo udane i pewnie wykonane czyste wokale, które występują w większości utworów.

Momentami ciężko uwierzyć, że za tak rozbudowany i skontrastowany album odpowiadają tylko dwie osoby, ale skoro Dan Swanö dawał sobie radę... Saad Anwar (teksty i wokale) i Taawkir Tajammul ('żywe' instrumenty i programowanie – obstawiam, że gary są właśnie z komputera) odwalili kawał naprawdę porządnej roboty, bo w niepojęty dla mnie sposób udało im się zachować spójność wszystkich elementów i uczynić muzykę niezwykle łatwą w odbiorze. Niestandardowa konstrukcja kawałków Nawabs Of Destruction i urozmaicone jak cholera wokale sprawiają, że do "Rising Vengeance" wraca się z dużą przyjemnością, nie tylko na zasadzie ciekawostki przyrodniczej. Świetny debiut!


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/NawabsOfDestruction
Udostępnij:

2 stycznia 2021

Profanity – Fragments Of Solace [2020]

Profanity - Fragments Of Solace recenzja okładka review coverProfanity to już uznana marka na polu niemieckiego death metalu, prawdziwi weterani tamtejszej sceny, choć ani dorobkiem płytowym, ani aktywnością nigdy nie grzeszyli. Gdzie zatem szukać źródeł ich wysokiego statusu? Ano grają od dawna, co za naszą zachodnią granicą chyba wystarczy do sukcesu. To jednak wcale nie oznacza, że grają dobrze. Ich poprzedni album "The Art Of Sickness" zupełnie mnie nie ruszył, zaś wydany rok później split z Sinister z coverem Suffocation jedynie zniesmaczył. Na "Fragments Of Solace" jest nieco lepiej, ale wciąż nie na tyle, żebym komukolwiek polecał ten materiał.

Podstawowy problem Profanity polega chyba na tym, że ich ambicje znacznie przerastają umiejętności komponowania. Zespół chce grać brutalny i techniczny death metal z wieloma superskomplikowanymi partiami, zadziwiającymi aranżacjami, fantastycznymi melodiami i ogólnie – z efektem WOW. Bardzo chce. Bardzo, bardzo. Tak bardzo, że osiąga efekt odwrotny do zamierzonego: Niemcy są w stanie stworzyć jedynie jako-tako trzymające się kupy zlepki różnych zrzynek i zapożyczeń. W dodatku ciężko doszukać się w tych poczynaniach jakiejś konsekwencji – Profanity nie za bardzo wiedzą, czy by chcieli być drugim Necrophagist ('The Autopsy' to praktycznie cover 'Foul Body Autopsy' – a twierdzą, że są autorami całej muzyki), Decrepit Birth, Suffocation a może Anata (zwłaszcza w 'Where Forever Starts'), i w rezultacie próbują być wszystkimi naraz. Muzyce z "Fragments Of Solace" brakuje przez to płynności i spójności, a już szczytem wszystkiego są solówki wstrzelone w zupełnie przypadkowych miejscach.

Nie da się ukryć, że Niemcy potrafią grać — wszak po tylu latach wyrobienie sobie techniki wydaje się czymś oczywistym — ale niestety nie idzie za tym nic więcej. Jeśli jedynym pomysłem Profanity na muzykę ma być "gramy technicznie", to nie należy oczekiwać, że taki materiał zapadnie w pamięć na długo. I nie zapada. W przypadku tego albumu naprawdę trzeba się zmuszać, żeby dotrwać do końca, a magia nazwisk zaproszonych gości (Dave Suzuki i Terrance Hobbs plus paru innych, mniej istotnych) niewiele w tym pomaga. "Fragments Of Solace" to płyta przekombinowana, nudna i irytująca.


ocena: 5/10
demo
oficjalna strona: www.profanity.de
Udostępnij:

29 grudnia 2020

Goratory – Sour Grapes [2020]

Goratory - Sour Grapes recenzja okładka review coverNigdy nie było mi po drodze z Goratory, chociaż robiłem do kapeli kilka podejść i naprawdę, może nawet trochę na siłę próbowałem się do niej przekonać. A to wszystko z powodu jednego niepozornego człowieka o nazwisku Darren Cesca, który od lat należy do grona moich ulubionych perkmanów. Wszak nie bujałby się z resztą składu, gdyby nie byli w jakiś sposób fajni, no nie? Może gra z nimi z litości? A może mają na niego teczkę? Przynajmniej część tych wątpliwości rozwiewa wydany po 16 latach przerwy "Sour Grapes".

Nie sądzę, żeby zespół miał jakąś ogromną rzeszę fanów śliniących się na myśl o nowych utworach (choć mogę się mylić) tudzież był aż tak atrakcyjnym biznesowo kąskiem, by wytwórnie proponowały im miliony za reaktywację. Przychodzi mi do głowy tylko jeden logiczny powód, dla którego Goratory mogli wrócić z niebytu po tak długim okresie nicnierobienia: poczuli, że mają jeszcze coś do powiedzenia. Mimo to podchodziłem do "Sour Grapes" nieufnie – nie spodziewałem się po Amerykanach absolutnie niczego ponad to, co już słyszałem w ich wykonaniu, w dodatku miałem nawet dość dokładną wizję tego, jak pokracznie ta płyta będzie brzmiała. A tu proszę – dupa ze mnie, nie jasnowidz!

"Sour Grapes", pomijając jej głupawą otoczkę (która pewnie odstraszy wielu potencjalnych słuchaczy), naprawdę zaskakuje. Żadne to mistrzostwo świata, ale w swojej kategorii Goratory nie mają się (już) czego wstydzić. Zespół w dalszym ciągu wycina brutalny i techniczny death metal, z tą drobną różnicą, że teraz muzyka nabrała większego sensu, bardzo ładnie trzyma się kupy i nie sprawia wrażenia klejonej na siłę. Materiał jest dynamiczny, w miarę urozmaicony, a co najważniejsze upakowany naprawdę wyrazistymi riffami i szaleńczo szybkimi partiami perkusji (tu nie ma lipy). Całość zamknięto w rozsądnych 26 minutach, więc nikt nie zdąży pomyśleć o ziewaniu. W paru miejscach Amerykanie zapędzają się w rejony bliskie drugiej płycie Severed Savior, a to już jednoznacznie pokazuje, jakie zrobili postępy i zarazem stanowi jakąś rekomendację.

Produkcja "Sour Grapes" nie urywa dupy, jednak i tak jest co najmniej o klasę lepsza od tego, co miałem w głowie przed wysłuchaniem płyty. Na plus na pewno wypada czytelność, bo nawet bas utrzymuje się na powierzchni przy najbardziej zagęszczonej napierdusze.

Jeśli na widok okładki "Sour Grapes" przychodzi wam na myśl jedynie: "no kurwaaa, litościii", to polecam się przełamać i dać Goratory szansę (najlepiej zacząć od 'I Shit Your Pants'), bo inaczej stracicie kawał całkiem udanej i radosnej napierdalanki (bez śladu slamu!) w amerykańskim stylu.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/OfficialGoratory/
Udostępnij:

27 grudnia 2020

Faceless Burial – Speciation [2020]

Faceless Burial - Speciation recenzja okładka review coverW Australii rośnie nam nowa gwiazda klasycznie pojmowanego death metalu. Faceless Burial pojawili się w zasadzie znikąd, zadebiutowali zaledwie trzy lata temu całkiem udanym "Grotesque Miscreation", a już teraz łokciami przepychają się do czołówki takiego grania. Ja im kibicuję, bo wraz z kolejnymi wydawnictwami chłopaki robią ogromne postępy, a ich ciężka praca zdecydowanie przynosi efekty – "Speciation" to dla mnie jedna z najciekawszych płyt 2020 roku.

To imponujące, jak w tak krótkim czasie Australijczycy przeskoczyli na wyższy poziom, by z pierwotnego i mocno podziemnego death metalowego bendu przekształcić się w twór stosunkowo wyrafinowany i ambitny. Najlepsze jest jednak to, że Faceless Burial nie poszli na żadne kompromisy ani nie sięgnęli po sztuczne zapychacze. Zespół w każdym kawałku na "Speciation" stara się, by z klasycznej formuły wycisnąć jak najwięcej, by znane już elementy poskładać w intrygujący sposób i utrzymać tym samym świeżość muzyki. Cały materiał jest przesycony tym, co najlepsze w death metalu z lat 1989-1994 z naciskiem na Death i Morbid Angel. Ponadto na "Speciation" przewijają się również wpływy Immolation, Gorguts, Incantation, Autopsy czy Suffocation, ale żadna z tych nazw nie dominuje, chodzi raczej o zbieżność pojedynczych riffów czy podobne rozwiązania aranżacyjne.

Utwory na drugim albumie Faceless Burial w porównaniu do tych z debiutu są na pewno bardziej rozbudowane, wielowątkowe, urozmaicone, bogate w detale i po prostu ciekawsze. Nie ma mowy o klepaniu jednego motywu przez kilka minut – tu ciągle coś się zmienia: tempa, riffy, klimat, melodie... Doskonale słychać, że muzykom zależy na tym, żeby także dla nich to granie było atrakcyjne i stanowiło jakieś wyzwanie, żeby zbyt szybko się nim nie znudzili. Analizując materiał od strony technicznej można stwierdzić, że Australijczycy nie robią niczego nadzwyczajnego (może z wyjątkiem perkusisty, dla którego 10 sekund jednostajnego nawalania to coś uwłaczającego), pod progresję też ciężko to podciągnąć, a jednak "Speciation" w paru miejscach jednoznacznie kojarzy się z cudami, jakie robią Blood Incantation (z nimi dodatkowo mają dużo wspólnego w kwestii wokali) oraz Horrendous.

Zajebistość "Speciation" podkreśla przykuwająca wzrok okładka oraz świetnie dopasowane do muzyki brzmienie, które dzięki doskonałej selektywności pozwala się delektować każdym aranżacyjnym niuansem. Właśnie tak powinien wyglądać klasyczny death metal we współczesnej odsłonie!


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/facelessburial/

podobne płyty:

Udostępnij:

15 grudnia 2020

Arsebreed – Butoh [2020]

Arsebreed - Butoh recenzja okładka review coverTen działający nieco na uboczu holenderski zespół podjął wyzwanie rzucone kilka miesięcy wcześniej przez ich kolegów (i samych siebie) z Disavowed i powrócił z nowym albumem po aż 15 latach milczenia. Wynik to zaiste imponujący, lecz niestety – w tym przypadku większe wrażenie robi długość przerwy, niż muzyka zawarta na ich drugim krążku. Arsebreed zawsze byli poziom niżej niż Disavowed (ta nazwa powróci nie raz), Pyaemia, Severe Torture czy Caedere i "Butoh" nic w tej materii nie zmienia, choć być może chłopaki nawet bardzo się starali. Nie pojmuję na czym to polega, bo skład mają naprawdę porządny, doświadczenia również im nie brakuje, a jednak w takiej konfiguracji nie potrafią wykrzesać z siebie niczego wyrastającego ponad średnią gatunkową.

"Butoh", podobnie jak "Munching The Rotten", wypada całkiem nieźle i jako żwawa napierdalanka w tle sprawdza się nawet OK, ale nie zachwyca na tyle, żeby siedzieć nad nim godzinami i analizować pod każdym możliwym kątem. To bardzo rzetelnie zagrany nieoryginalny brutalny death metal, bardziej zaawansowany technicznie i urozmaicony, niż na debiucie (choć i wtedy stronili od prostego grania), jednak ciągle w typie "supportu". Z takim materiałem Arsebreed można spokojnie puścić na rozgrzewkę przed kimś sławnym bez obaw, że narobią wiochy, ale oczekiwanie, że tylko ich nazwa ściągnie tłumy przed scenę, to już nadmiar optymizmu.

Wydaje mi się, że zespół na zbyt wielu płaszczyznach ma zbyt dużo wspólnego z Disavowed (na pięciu ludzi tylko Marco Pranger nigdy nie grał pod tym szyldem, w dodatku wydaje ich ta sama firma), a przez to wywołuje jednoznaczne — i jak się później okazuje, błędne — skojarzenia. Tymczasem styl Arsebreed jest na pewno nieco nowocześniejszy, pozbawiony klasycznego feelingu, a produkcja cyfrowa i sterylna. To wersja obiektywna.

Wersja subiektywna, przynajmniej moja, jest natomiast taka, że Arsebreed nie potrafią pisać wyrazistych kawałków. W ich muzyce sporo się dzieje — na modłę Deeds Of Flesh, Continuum czy Incinerate — jednak nic z tego niestety trwale nie osiada w pamięci. Póki słuchamy "Butoh" – jest OK, ale zaraz po wyłączeniu krążka ciężko przywołać jakikolwiek wybijający się fragment. Jakby tego było mało, zespół wystawił cierpliwość odbiorców na próbę, sklejając utwory ambientowymi popierdywaniami (nazwali to górnolotnie intermezzo), których na tej niespełna półgodzinnej płycie uzbierało się ponad 5 minut. Komu to potrzebne?

W ogólnym rozrachunku "Butoh" to niezła, momentami nawet dobra, choć nie pozbawiona niedociągnięć, płyta i jako taka może się podobać. Żal tylko dupę ściska, jak sobie człowiek pomyśli, do czego Arsebreed byliby zdolni, gdyby w pełni wykorzystali swój potencjał.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Arsebreed/155456037799381
Udostępnij:

12 grudnia 2020

Disavowed – Revocation Of The Fallen [2020]

Disavowed - Revocation Of The Fallen recenzja okładka review coverTrzynaście lat w brutalnym death metalu to szmat czasu, a właśnie taką przerwę zrobili sobie Holendrzy z Disavowed. W międzyczasie stali się klasykami takiego grania, punktem odniesienia dla innych – stąd też można by się spodziewać, że wraz z premierowym materiałem będą chcieli za jednym zamachem przeskoczyć konkurencję i wytyczyć nowe standardy dla bezwzględnego napierdalania. A tu niespodzianka – zespół w zasadzie zaczyna tam, gdzie skończył na "Stagnated Existence", bo i w sumie po co poprawiać coś, co dobrze działa.

Disavowed grają dokładnie tak, jakby od poprzedniej płyty upłynęło raptem kilka(naście) miesięcy a nie lat – z całkowitym pominięciem trendów, jakie przewaliły się przez gatunek. "Revocation Of The Fallen" nie ma nic wspólnego z bezmyślnym slamem, ultratechincznymi wygibasami i pozbawioną pierwiastka ludzkiego produkcją. Zespół na pewno podciągnął umiejętności, jednak nie uznał za stosowne, by nimi na siłę szpanować, zagęszczając struktury bardziej, niż to jest do czegokolwiek potrzebne tudzież wprowadzając rozwiązania, które się nijak mają do ich stylu. Ważniejsza okazała się dynamika kompozycji i obecny już u nich wcześniej pierwiastek chwytliwości, które sprawiają, że płyty słucha się bez oznak znudzenia.

O ile na pierwszy rzut ucha "Revocation Of The Fallen" sprawia wrażenie dość jednorodnego, materiał jest należycie urozmaicony wewnętrznie (szczególne brawa dla basmana), zawiera trochę fajnych odwołań do Suffocation, Cannibal Corpse czy nawet Death (w riffach i melodiach) oraz wiele rwanych partii, które powinny doskonale sprawdzać się na żywo. Co ciekawe, całość jest bliższa klasycznemu death metalowi, komponowanemu z myślą o scenicznej prezentacji, niż można by się było po Holendrach spodziewać. Oczywiście forma jest znacznie brutalniejsza, ale odczucia, jakie wywołuje muzyka Disavowed (a które zresztą pogłębia surowe brzmienie), są zaskakująco podobne.

"Revocation Of The Fallen" to bez wątpienia bardzo udany materiał, który powinien zamknąć mordy (zdradzieckie) wszystkim, którzy wątpili w sens powrotu i formę Disavowed. Holendrzy wymiatają aż miło, ani przez sekundę nie odwalają fuszerki, więc ta płyta powinna im zagwarantować miejsce w czołówce europejskiej sceny brutal death.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Disavowedofficial

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

9 grudnia 2020

Odious Mortem – Synesthesia [2020]

Odious Mortem - Synesthesia recenzja okładka review coverNastępcę "Cryptic Implosion" zapowiadano od tak dawna — przypominam, że same nagrania rozpoczęto bodaj w 2015 — że można było z łatwością o nim zapomnieć tudzież zwątpić, że kiedykolwiek w ogóle się ukaże. No i nie wiem, jak wy, ale ja zwątpiłem. A gdy już Amerykanie wreszcie dali o sobie znać, potwierdziły się wszystkie moje obawy co do tego, jak ten krążek będzie wyglądał. Odious Mortem na "Synesthesia" nie zrobili niczego, żeby wymyślić zespół na nowo czy też w jakikolwiek sposób zaskoczyć słuchacza, zamiast tego skupili się wyłącznie na rozwijaniu — swoją drogą w mniej brutalny sposób — formuły poprzednika. Bez ryzyka i kombinowania na siłę.

Czy to mało? Jak na zespół tej klasy, na pewno. Tym bardziej, że od dłuższego czasu mam w stosunku do nich ogromne wymagania. Tymczasem na "Synesthesia" nie mogę się przyczepić jedynie do umiejętności technicznych, bo te momentami zwalają z nóg – swoboda, z jaką wycinają te swoje łamańce i zawijasy z neoklasycznym zacięciem musi budzić respekt. Zresztą wystarczy posłuchać solówek w 'Condemnation Foretold' – toż to jest, kurwa, mistrzostwo świata! Pomysłów również im nie brakuje i sypią nimi jak z rękawa; gorzej, że w żaden sposób owe pomysły nie wyrastają ponad to, co już robili w przeszłości. Jakość — w dodatku bardzo wysoka — jest, ale to nie nowa jakość i o przebiciu "Cryptic Implosion" nie ma mowy.

Na niekorzyść "Synesthesia" wpływają ponadto jeszcze dwie kwestie: wokal i brzmienie. Jak na moje ucho, Anthony Trapani zaliczył zbyt długą przerwę w graniu, bo w niczym nie przypomina kolesia, który zdzierał gardło na "Cryptic Implosion" i "Servile Insurrection". Ewidentnie brakuje mu mocy i większej dynamiki. Natomiast brzmienie, choć ogólnie jest dość czytelne, ciężarem nie zabija, toteż oceniam je przynajmniej na poziom niżej niż ostatnio. Nie uwierzę, że chłopaki mieli za mało czasu albo waluty, żeby je porządnie dopieścić.

Jako że na razie głównie narzekałem, więc teraz należy się słówko wyjaśnienia tym, którzy dotąd z Odious Mortem się nie zetknęli i nie kapują poniższej oceny. Amerykanie są zajebiści, a "Synesthesia" to wielce atrakcyjny, wymagający i pokombinowany death metal, który szybko wpada w ucho i zapewnia sporo radochy z rozkminiania aranżacyjnych niuansów. Jeeednak, skoro nie dorównuje leciwemu poprzednikowi, oceniam go na nędzne 8.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Odious-Mortem/134874569903774

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

2 grudnia 2020

Blood Incantation - Hidden History Of The Human Race [2019]

Blood Incantation - Hidden History Of The Human Race recenzja okładka review coverDawno żadna kapela nie zrobiła na w death metalu takiego zamieszania jak Blood Incantation z debiutanckim "Starspawn". Połączenie klasycznego podejścia do grania, kosmicznego klimatu i zaskakujących rozwiązań technicznych musiało robić wrażenie. Nic więc dziwnego, że oczekiwania w stosunku do następcy tego krążka były naprawdę ogromne - nic poniżej płyty dekady nie wchodziło w grę. Stąd też przy pierwszym kontakcie "Hidden History Of The Human Race" okazał się dla mnie pewnym rozczarowaniem, a wszystko to za sprawą riffu żywcem przeniesionego z 'Immortal Rites', który Amerykanie wrzucili na początku 'Slave Species Of The Gods'. Miało być oryginalnie i nietuzinkowo, a tu taki rip off? Cuś jest nie teges... Uprzedzę podsumowanie i już teraz podzielę się refleksją na temat "Hidden History Of The Human Race", którą później spróbuję uzasadnić: Amerykanie nagrali album równie dobry, co "Starspawn", wyraźnie od niego inny, lecz raczej go nieprzewyższający.

Styl zespołu z grubsza pozostał bez zmian - to techniczny death metal z analogowym brzmieniem (tym razem jest potężniejsze), w którym kosmos spotyka się z cuchnącą grzybem piwnicą, a pierwotna brutalność z wyrafinowanymi i subtelnymi melodiami. Słychać postęp, jaki dokonał się u Blood Incantation w ciągu trzech lat dzielących "Hidden History Of The Human Race" od debiutu, każdy element ich muzyki jest lepiej dopracowany - aranżacje są bogatsze i bardziej rozbudowane, a całość jeszcze lepiej się zazębia. Amerykanie w miarę możliwości uciekają od tradycyjnych struktur, unikają powtórzeń i powrotu do wcześniej wykorzystanych motywów. Jeśli mają w zanadrzu jakiś świetny patent, korzystają z niego z umiarem lub wplatają w tło. Takie podejście do komponowania sprawia, że materiał nie jest jednowymiarowy i przewidywalny, a w związku z tym wymaga więcej czasu i przesłuchań, by go należycie dobrze poznać. A czy przez to muzyka staje się trudna w odbiorze - wydaje mi się, że nie. "Hidden History Of The Human Race" śledzi się z przyjemnością i dużym zainteresowaniem, tym bardziej, że muzykom Blood Incantation nie brakuje ani pomysłów ani umiejętności.

Wszystko powyższe składa się na naprawdę doskonały album, który nawet jeśli jest trochę lepszy od "Starspawn", to za mało lepszy, żeby pisać o deklasacji, że pozwolę sobie na taki bełkot. Innymi słowy Blood Incantation zawiesili sobie poprzeczkę baaardzo wysoko, więc teraz wypadałoby, by każda ich kolejna płyta była zdumiewająca, olśniewająca i niepodobna do niczego, co już powstało w death metalu, a "Hidden History Of The Human Race" trochę w tej kwestii brakuje. Drugi minus dotyczy jałowych wypełniaczy, bez których wszystkim żyłoby się lepiej. Na debiucie był to akustyczny instrumental, tutaj - ambienty. Rozwlekły początek 'Inner Paths (To Outer Space)' (przez który numer zbyt wolno się rozkręca) i półtoraminutowa przerwa po pierwszej części 'Awakening From The Dream Of Existence To The Multidimensional Nature Of Our Reality (Mirror Of The Soul)' to elementy całkowice zbędne.

Nie ma sensu jojczyć, bo nie zmieni to faktu, że Blood Incantation już dobili do czołówki death metalu, a "Hidden History Of The Human Race" na pewno trafi do wymagających fanów. Na tę chwilę wystarczy mi, żeby zespół zrezygnował ze wspomnianej waty i rozważył nagrywanie nieco dłuższych płyt. Pełna rekomendacja!


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/astralnecrosis/

podobne płyty:




Udostępnij:

20 listopada 2020

Death - Live In L.A. (Death & Raw) [2001]

Death - Live In L.A. (Death & Raw) recenzja okładka review coverNa pierwsze wydawnictwo koncertowe Death przyszło nam czekać długo, bardzo długo... zbyt długo. Już nawet mniejsza o to, że inni herosi death metalu dużo wcześniej zaliczyli ten etap kariery, a w przypadku ekipy Chucka sprawa przeciągała się w nieskończoność. Chodzi mi raczej o to, że gdyby "Live In L.A. (Death & Raw)" ukazała się przynajmniej zgodnie z planem, to może udałoby się zdobyć więcej forsy na leczenie Chucka i sytuacja wyglądałaby inaczej. To tylko domysły, ale kto wie...

Koncert, który wtłoczono w srebrne rowki, zespół zagrał 5 grudnia 1998 roku w ramach trasy promującej "The Sound Of Perseverance", kiedy Death występowali razem z Hammerfall (kto kogo wtedy promował - polityka Nuclear Blast do dziś daje do myślenia), a wybrano go, ponieważ... był pod ręką i nadawał się do wydania. Tamtego dnia nikt nie miał żadnych specjalnych planów w związku z akurat tym występem, nie poczyniono też żadnych dodatkowych przygotowań. Zwykły koncert w typowych dla trasy warunkach. Tak się jednak zabawnie złożyło, że w klubie Whisky A Go-Go siedział koleś bez oporów nagrywający kogo popadnie, o ile dostał 75 dolców. Stąd też cały występ brzmi niezwykle autentycznie, a już bez owijania w bawełnę - po prostu surowo, co zresztą jednoznacznie sugeruje tytuł. Co i jak zagrali, w takiej formie trafiło na "Live In L.A. (Death & Raw)" - bez poprawek i dopieszczania.

Ze zrozumiałych względów zespół postawił na nowszy materiał (z nadreprezentacją "Symbolic"), redukując starocie do minimum (niestety nie znajdziemy tu ani jednego numeru ze "Spiritual Healing"), więc setlista nie jest przesadnie przekrojowa ani tym bardziej wyczerpująca, co nie każdego zadowoli, ale cóż - ciągle mówimy o koncertówce z przypadku. Wykonanie to oczywiście pierwsza klasa, nikomu nie można zarzucić fuszerki, chociaż solówkom Andy’ego w wykonaniu Hamma brakuje trochę lepszego feelingu. Ponadto uwagę zwracają dwie kwestie - wyższe niż na płytach wokale Chucka oraz wyraźnie podkręcone tempo większości utworów. Tej nocy Death zagrali szybciej (dobrze to słychać chociażby w 'Spirit Crusher', 'Zombie Ritual', 'Crystal Mountain'), bo... Richard Christy miał grypę (ponoć rzygał między numerami) i chciał czym prędzej przespać się w autokarze. Jako ciekawostkę mogę dorzucić, że przed 'Pull The Plug' zespół zagrał czołówkę z "Aniołków Charliego" - zgaduję, że to oko puszczone do miejscowej publiki.

Czy Death zasługiwał na lepszą, bardziej spektakularną i wypasioną koncertówkę? Wiadomo. Musimy się jednak cieszyć z tego, co mamy, a tak się składa, że "Live In L.A. (Death & Raw)" wcale nie jest słabym materiałem. Osobną kwestią jest to, że słucha się go ze ściśniętym gardłem.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/DeathOfficial

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

9 listopada 2020

Gorephilia - In The Eye Of Nothing [2020]

Gorephilia - In The Eye Of Nothing recenzja okładka review coverJak to miło, że wraz z upływem lat Finowie z Gorephilia nie ulegli panującym w ich kraju tendencjom do grania pod Incantation – choć i takie wpływy u nich występują – i zamiast tego dzielnie trzymają się grania... pod Morbid Angel. Wiadomo, że takie podejście do death metalu nie czyni ich najbardziej oryginalną kapelą na świecie, ale mimo to w ich muzyce jest coś odświeżającego, naturalnego i przykuwającego uwagę. "In The Eye Of Nothing" to dowód na to, że namacalna wtórność wcale nie musi być przeszkodą, jeśli tylko zaangażowanie ze strony zespołu jest odpowiednio duże.

Gorephilia na swoim trzeci krążku serwują niemalże czysty w formie klasyczny death metal w typie amerykańskim, który po prostu musi spasować fanom Morbid Angel z okresu "Covenant", bo inspiracje Amerykanami słychać na "In The Eye Of Nothing" praktycznie w każdym elemencie (motoryka, riffy, solówki, klimat, formuła brzmieniowa...), czego najbardziej jaskrawym przykładem jest 'Devotion Upon The Worm', który zbudowano na fundamencie 'God Of Emptiness'. Oczywiście w tym miejscu mogą się pojawić pytania, na ile to fascynacja, a na ile bezczelna zrzynka, ale wydaje mi się, że zawartość krążka jest na tyle spójna, dynamiczna i dobrze przemyślana, iż powinna rozwiewać wszelkie wątpliwości. To raczej rezultat konsekwentnie (i w konkretnym kierunku) rozwijanego stylu i wzrostu umiejętności technicznych, aniżeli ślepego zapatrzenia w idoli.

Jako że nie samymi Morbidami death metal stoi, muzycy Gorephilia dorzucili też coś charakterystycznego dla rodzimego podwórka (niektóre melodie oraz wokalne pomruki, które nie mają nic wspólnego z Vincentem), a ponadto zadbali, żeby bas był czytelny i cokolwiek wnosił do utworów, a nie tylko plątał się bez sensu w tle. Niby to detale, ale pozytywnie wpływają na odbiór całości. Niestety na "In The Eye Of Nothing" trafiły również rzeczy, które w ogóle nie są tej płycie potrzebne. Mam na myśli dwa przerywniki instrumentalne, których obecności nie można niczym uzasadnić - to 3 minuty wyrzucone w błoto.

Nawet pobieżne przesłuchanie "In The Eye Of Nothing" pozwala stwierdzić, że to porządny death metalowy ochłap w jednoznacznie zdefiniowanym stylu - nieoryginalnym, ale za to rajcownym. Czy przy wszystkich swoich zaletach nowy materiał Gorephilia przebija poprzedni album? Odnoszę wrażenie, że jednak nie, co najwyżej się z nim zrównuje - a i to przy odrobinie wyrozumiałości. Z jednej strony takich Morbidów nigdy za wiele, z drugiej zaś na "Severed Monolith" inspiracje nimi były przemycone nieco subtelniej.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/gorephilia

podobne płyty:

Udostępnij:

31 października 2020

Incantation – Sect Of Vile Divinities [2020]

Incantation - Sect Of Vile Divinities recenzja okładka review coverDożyliśmy ciekawych czasów. Granie pod Incantation jest czymś dobrze widzianym (i niemal bez wyjątku takoż ocenianym), zewsząd atakują nas setki kapel mielących smrodliwy i ponury death metal w starym stylu, ociężały kult sączy się z głośników... Tymczasem Incantation na stare lata próbują liznąć sławy i maksymalnie (żeby nie napisać – rozpaczliwie) zwiększyć grono swoich odbiorców. A jako że ekipa pod wodzą Johna McEntee raczej nigdy nie miała potencjału, by hurtowo pisać hity, panowie skupili się na tym, co było w ich zasięgu – skondensowali struktury utworów i złagodzili brzmienie. Właśnie takie dziwne wnioski pojawiają się u mnie po parudziesięciu sesjach z "Sect Of Vile Divinities".

Coś musi być na rzeczy, skoro Relapse dość intensywnie promuje zespół w mediach (wszak z marszu wypuścili im dwa klipy), a nowy album już przy pierwszym z nim zetknięciu sprawia wrażenie najbardziej przystępnego w historii Amerykanów. Wydaje mi się, że "Sect Of Vile Divinities" ma być dla Incantation czymś na zasadzie "teraz albo nigdy" – ostatnią okazją, żeby wreszcie przekonać do siebie nowych/wahających się słuchaczy, którzy wiele dobrego o nich słyszeli, ale zawsze odstraszała ich obskurność muzyki. Czy to wypali, nie jestem przekonany, bo w tej muzyce brakuje mi przede wszystkim trzech rzeczy: spójności, płynności i świeżości.

Nie da się ukryć, że pod wypolerowanym jak nigdy brzmieniem (zbyt sterylnym i nie pasującym do stylu Amerykanów) dostajemy bardzo typowe dla Incantation granie. Zespół nawet nie próbuje wyjść poza wypracowane schematy, nie licząc tego, że tym razem często chadza na aranżacyjnie skróty i zbyt gwałtownie przeskakuje między kolejnymi partiami. Przez takie zabiegi utwory wydają się chaotyczne i dziwnie pocięte, a ich poszczególne części nie mają czasu należycie wybrzmieć. Napięcie narasta, robi się ciekawie, a tu "ciach" i lecimy z kompletnie innym motywem. Szczególnie dużo tracą na tym solówki. Na "Profane Nexus" były fajnie wplecione w utwory, natomiast na "Sect Of Vile Divinities" w większości przypadków nie przewidziano dość miejsca, żeby w ogóle mogły się odpowiednio rozwinąć – jakby Sonny Lombardozzi (niezależnie od swoich pomysłów) dostał wytyczne typu: "streszczaj się brachu, bo psa trzeba jeszcze wyprowadzić".

Problem braku spójności dotyczy również wokalu – zasyfione charczenie McEntee po prostu nie pasuje do takiej formuły brzmieniowej. Wokal i muzyka istnieją obok siebie, na zupełnie innych płaszczyznach. Wyraźniej to słychać, kiedy Incantation zwalniają obroty – dźwięk staje się wręcz delikatny (werbel pykający jak kubek po jogurcie...), a John wciąż zapodaje niskie pomruki, które są brutalniejsze od wszystkiego wokół. Cuś tu nie teges... Na duży plus zasługuje za to praca basu, bo bardzo przyjemnie przebija się na powierzchnię i dodaje całości głębi.

Pomimo powyższego zrzędzenia, "Sect Of Vile Divinities" wcale nie jest kompletną porażką i można z niej wyciągnąć kilka naprawdę udanych fragmentów. Właśnie – fragmentów, nie utworów. W ogólnym rozrachunku daje to rozczarowanie, ale miejcie na uwadze, że rzecz dotyczy zespołu z zajebiście rozbudowaną dyskografią, której część to już pozycje kultowe – w stosunku do nich wymagania muszą być wysokie.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.incantation.com

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

28 października 2020

Lost Soul – Forgotten Past [2020]

Lost Soul - Forgotten Past recenzja okładka review coverDobry wieczór państwu. W recenzji "Genesis: XX Years Of Chaoz" wspominałem, że chciałbym dostać antologię demówek Lost Soul. Oto jest. To fajnie, cieszę się. Dziękuję wszystkim za uwagę.

Wypuszczona nakładem wydawnictwa Szataniec dwupłytowa kompilacja "Forgotten Past" przybliża fanom (chyba) wszystko, co zespół nagrał za młodu, a zatem od mizernie brzmiącego "Necrophil" po świetne "...Now Is Forever", na którym potencjał Lost Soul wreszcie eksplodował. Co ważne, wbrew tytułowi jest to raczej przeszłość nieznana niż zapomniana, bo jak przypuszczam, większość obecnych entuzjastów zespołu nigdy z tymi nagraniami nie miało styczności. A czy zechcą to teraz nadrobić – tu mam pewne wątpliwości, co na moje oko czyni target "Forgotten Past" dość wąskim.

Z każdym kolejnym materiałem słychać, jak zespół powoli wychodzi z głębokiej piwnicy, by w końcu dochrapać się zasłużonego kontraktu z Relapse. Na pierwszych nagraniach uwagę zwracają ogromne różnice jeśli chodzi o umiejętności techniczne poszczególnych członków (słowo muzyków byłoby nadużyciem), którzy dopiero po paru latach zdają się grać w jednej lidze. Tu wyjątkiem jest oczywiście Jacek Grecki, który bryluje prawie od początku.

To, że ta kompilacja się ukazała, ogólnie uważam za coś pozytywnego. Szkoda tylko, że komuś nie chciało się należycie przyłożyć, żeby naprawdę była ozdobą tych paru kolekcji, do których trafi. Bo co my tu mamy: teksty, okładki, składy, trakclisty (w tym każdorazowo błędnie podana do drugiego wydania "Superior Ignotum"). To tyle, jeśli chodzi o atrakcje. Komu by przeszkadzały jakieś archiwalne zdjęcia i wspominkowe notki Jacka Greckiego o okolicznościach powstawania tych materiałów, no komu? Skromne toto, bardzo skromne. Dlatego traktuję "Forgotten Past" jako ciekawostkę dla bardziej wkręconych fanów Lost Soul, pozostali mogą się srogo rozczarować.


ocena: -
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/lost.soul.poland

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

24 października 2020

Desecravity – Anathema [2019]

Desecravity - Anathema recenzja okładka review coverMuzycy Desecravity zrobili sobie całkiem przyzwoitą przerwę po wydaniu "Orphic Signs", jednak niezależnie od tego, jak długo by siedzieli na dupach, ich pozycja najlepszej japońskiej kapeli death’owej była niezagrożona. "Anathema" jest potwierdzeniem tego, że oni już nie muszą oglądać się na boki – za bardzo odjechali konkurencji, żeby ją w ogóle dostrzegać. Zastanawia mnie tylko, skąd Yuichi Kudo bierze kolejnych gitarniaków biegłych w rzemiośle chaotycznego śmigania po gryfie – wszak ci zmieniają się co płytę, a w ryżu przecież nie rosną.

Intro do "Anathema" to... oklepany jak jasna cholera symfoniczny death metal, który jak mniemam ma wprowadzić nieco zamieszania i robić za zmyłkę. Pseudo zmyłkę, bo nikt normalny nie nabierze się na to, że zespół nagle naszło na aż taki zwrot stylistyczny – to poniżej ich godności. Jednakowoż nie mam wątpliwości, że gdyby tylko chcieli, i w tym gatunku pokazaliby prawdziwą klasę. Pierwsze pięć sekund następnego w kolejce 'Impure Confrontation' daje jasno do zrozumienia nawet największym sceptykom, że Desecravity nie mają zamiaru odpuszczać, a interesuje ich wyłącznie ekstremalnie szybki i skomplikowany stuff, za którym naprawdę ciężko nadążyć. Japończycy udanie rozwijają popieprzone pomysły z poprzedniej płyty, choć już bez takiego skoku jakościowego, jaki miał miejsce między "Implicit Obedience" a "Orphic Signs", a to z tej prostej przyczyny, że na tym poziomie bardzo trudno o kolejne ulepszenia. Stąd też na pierwszy rzut ucha wyraźniejsze zmiany dotyczą przede wszystkim brzmienia – jest trochę bardziej masywne, na ile to oczywiście osiągalne przy takich tempach. Niuanse techniczno-aranżacyjne — a jest ich całe mnóstwo — przebijają się dopiero z kolejnymi przesłuchaniami.

Co takiego siedzi w głowach muzyków Desecravity, że produkują tak posrane dźwięki – trudno zgadnąć; wiadomo natomiast, co chcą za ich pomocą osiągnąć – doprowadzić do stopienia zwojów mózgowych niewinnych słuchaczy. I to najlepiej już na wysokości trzeciego-czwartego kawałka. Zatem jeśli uważacie, że Dying Fetus ostatnio wymiękają, a Misery Index są zbyt monotonni, spokojnie możecie sięgnąć po "Anathema".


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.desecravity.net

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

10 października 2020

Nomad – Transmogrification (Partus) [2020]

Nomad - Transmogrification (Partus) recenzja okładka review coverMam nadzieję, że wraz z wydaniem opisywanej płyty Nomad wyswobodzili się spod rynny o nazwie Witching Hour Productions i w końcu trafią do poważnego wydawcy, który nie będzie rzucał zespołowi kłód pod nogi i z należytą rzetelnością (i finansami) przystąpi do promocji, a przede wszystkim nie dopuści do tak skandalicznych opóźnień. Jeśli jeszcze tego nie wiecie, materiał na "Transmogrification (Partus)" nagrywano między 2014 a 2016 (z udziałem Inferno i Oriona z Behemoth, którego logo na pudełku jest większe niż logo Nomad...), przez kolejne dwa lata był on dopieszczany studyjnie z pomocą Malty i braci Wiesławskich, natomiast z wydaniem zwlekano aż do marca bieżącego roku. A powinien się ukazać zaraz po "Tetramorph".

Ze względu na czas powstania "Transmogrification (Partus)" stylistycznie najwięcej wspólnego ma ze wspomnianą epką, jednak całościowo jest od niej śmielszy, bardziej złożony, urozmaicony i masywny. Od pierwszych taktów 'A Wanderer Without A Shadow' słychać, że to Nomad, a jednocześnie nie mamy wrażenia, że muzyka jest kalką poprzednich dokonań. Zespół wyraźnie przyspieszył względem "Transmigration Of Consciousness", przez co może będzie bardziej strawny dla przeciętnego fana death metalu, ale wciąż to nie jest granie wyjątkowo przystępne czy szybko wpadające w ucho. Owszem, w utworach jest trochę więcej powietrza, ale klimat albumu i tak przytłacza gęstością. Duża w tym zasługa wokali Bleyzabela, z których — nawet bez zaglądania do tekstów — na pewno nie powiewa optymizmem.

Już przy pierwszych przesłuchaniach na "Transmogrification (Partus)" ujawnia się podział płyty na dwie części charakteryzujące się innym podejściem do dźwięków. Pierwsze trzy utwory są stosunkowo szybkie, bezpośrednie i agresywne ('In The Hands Of Progression' wydaje się w tym gronie najbardziej ekstremalny i techniczny), zaś ostatnia trójka to granie nastawione na trans, dobrze pojętą monotonię i dużą dramaturgię (tu szczególnie wybija się doskonały 'The Graceful Abyss'). 'Nomadeus' jest czymś na zasadzie pomostu, w którym przenikają się wszystkie elementy, choć może na różnych płaszczyznach – zwróćcie uwagę na to, co się dzieje w tle.

Ciekawostką może być fakt, że "Transmogrification (Partus)" wydaje się płytą dłuższą niż jest w istocie (trwa jedynie 33 minuty), a zawdzięcza to dużej różnorodności i subtelnym zmianom nastroju. Utwory są dalekie od banału i często rozwijają się w niekoniecznie oczywistym kierunku, a poza tym każdy oferuje coś innego. W tym tkwi sekret muzyki Nomad – nie ma w niej miejsca na nudę. Najwyższy czas, żebyście się wreszcie o tym przekonali.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/NomadNomadichellY

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

23 września 2020

Pyrrhon – Abscess Time [2020]

Pyrrhon - Abscess Time recenzja okładka review coverJak skutecznie zryć sobie beret niskim koszem? Należy regularnie oglądać główne wydanie wiadomości. Jeśli jednak nie posiadacie telewizora tudzież nie kręci was Holecka, możecie zainwestować kilka dych w czwarty longplej Pyrrhon – zadziała równie dobrze, a obędzie się bez poczucia wstydu. Z płyty na płytę Amerykanie idą w kierunku... no... w sobie tylko znanym kierunku. A przynajmniej zakładam, że znanym. W każdym razie gdzieś przed siebie, bo na "Abscess Time" dostaliśmy prawie godzinę charakterystycznego już dla nich zagmatwanego death metalu wymieszanego ze sludge i grindem, przy czym jeszcze więcej w nim hałasu i dźwięków co najmniej schizolskich.

Pyrrhon już nie raz udowodnili, że nie interesują ich utarte schematy, granie od szablonu i bycie Gorguts wannabe, a "Abscess Time" jest tego kolejnym potwierdzeniem. Najnowszy materiał Bruklińczyków jest pogięty jak widelec w mlecznym barze, nieprzewidywalny jak Korwin przy mównicy i absolutnie daleki od death metalowego banału spod znaku Six Feet Under. O chwytliwych melodiach i jakimkolwiek groove możecie zapomnieć. W muzyce Amerykanów coraz trudniej doszukać się nawet wyraźniejszych struktur czy czegoś, za czym można by podążać, więc ogarnięcie całości wymaga sporo czasu i nie lada czujności/cierpliwości. Miejcie przy tym na uwadze to, że u Pyrrhon granica pomiędzy regularnym graniem a improwizacją zdaje się powoli zacierać, stąd też momentami trudno się połapać, czy oni w ten chaos brną tak na serio czy tylko robią sobie jaja ze słuchaczy. I co najlepsze – ta niepewność towarzyszy odbiorcy do końca płyty.

Słuchając "Abscess Time" z pewnością nabierzecie przekonania, że Amerykanie robią naprawdę sporo, żeby ich muzyka nie była dla wszystkich — albo nawet, żeby niekoniecznie uznawano te dźwięki za muzykę — i mają w głębokim poważaniu, czy z tego powodu ktoś zapała do zespołu uczuciem. Pyrrhon sprawnie mieszają skrajne elementy różnych stylistyk, ale niczego przy tym nie wygładzają – mnóstwo tu kaleczących uszy dysonansów, odhumanizowanych wrzasków i męczących rozjazdów poszczególnych instrumentów. Inne kapele w tym miejscu podejrzewałbym pewnie o braki warsztatowe i budżetowe, ale skoro "Abscess Time" zajmował się Marston, to wiadomo, że materiał celowo wyprodukowano w ten właśnie sposób. Colin z własnej woli fuszerki by nie przepuścił, a sam krążek brzmi tak, że mucha nie siada – przynajmniej w swojej niszy to już wyższa półka.

Czwarty album Pyrrhon to z jednej strony ciekawe wyzwanie dla wytrwałych maniaków oryginalnego grania, z drugiej zaś niewykluczone, że ostatnia szansa posłuchania zespołu zanim całkowicie wypnie się na death metal i pogrąży w chaosie. Cieszmy się zatem, że z "Abscess Time" można cokolwiek zrozumieć.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pyrrhonband

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

14 września 2020

Defeated Sanity – The Sanguinary Impetus [2020]

Defeated Sanity - The Sanguinary Impetus recenzja okładka review coverAż siedem długich lat kazali nam czekać na pełnoprawnego następcę "Passages Into Deformity" Niemcy z Defeated Sanity, w dodatku do końca nie było wiadomo, czego można się po nich aktualnie spodziewać. Wprawdzie podwójna epka "Disposal Of The Dead // Dharmata" miała być jednorazowym eksperymentem, aaale jako że do nagrań "The Sanguinary Impetus" zespół przystępował bez nominalnego gitarniaka, to wątpliwości co do kierunku, w jakim podążają, tylko rosły. Coś musiało się zmienić. Potwierdzenie tych obaw dostajemy już w pierwszych sekundach 'Phytodigestion' – łoj, nie jest dobrze...

Defeated Sanity stracili swoje miażdżące dołem brzmienie, uprościli muzykę i niedomagają w sferze brutalności! Jak tego słuchać, panie premierze, no jak?! Ano z dużą uwagą, bo im dalej w płytę, tym bardziej w pytę i nowy koncept Niemców nabiera sensu i wyrazistości. I tak jak ze złagodzeniem brzmienia na "The Sanguinary Impetus" nie można polemizować, bo jest niezaprzeczalnym faktem (co nie znaczy, że jest kiepskie, oj nie!), tak inne elementy charakterystyczne dla death metalu Defeated Sanity wciąż są obecne, choć mocniej przebijają się do świadomości dopiero z kolejnymi przesłuchaniami.

Obowiązki gitarzysty wziął na siebie perkusista Lille Gruber, który o dziwo podołał wyzwaniu i stworzył całkiem solidne i momentami mocno popieprzone partie, jakkolwiek jego mniej radykalne podejście do instrumentu jest nieco odmienne od tego, co zespół prezentował na wcześniejszych materiałach. Wydaje mi się, że podstawowa różnica dotyczy wprowadzenia pewnych subtelnych zagrywek, które z natury nie są brutalne, bo... wcale takie być nie muszą, a jednak jako urozmaicenie sprawdzają się doskonale. Naturalnie Gruber zadbał też, żeby gitary pięknie zazębiały się i uzupełniały z pracą sekcji rytmicznej – struktury utworów są tak pomyślane, aby każdy z muzyków mógł się wykazać umiejętnościami. Brzmi to zacnie i spójnie, bo Colin Marston dopilnował dobrego balansu całości, szczególnie dużo przestrzeni zostawiając dla basu, jak to zresztą często ma w zwyczaju.

Warto dodać — bo nie każdy zwróci na to uwagę — że przy okazji rewolucji w składzie zmienił się także wokalista, ale to... akurat niczego nie zmienia, bo Josh Welshman sprawnie kontynuuje jedynie słuszną tradycję zupełnie niezrozumiałych bulgotów w możliwie najniższych rejestrach. Tak więc o ile sama muzyka może nie jest aż tak brutalna, jak na poprzednich krążkach, to wokalne wyziewy trzymają zadowalający poziom. Wprawdzie Josh debiut w szeregach Defeated Sanity zaliczył w bonusach na reedycji "Chapters of Repugnance", ale dopiero na "The Sanguinary Impetus" pokazał pełnię swoich możliwości.

Reasumując mamy do czynienia z bardzo dobrym materiałem w odrobinę odświeżonym stylu, który mimo wszystko wymaga od słuchacza (a konkretnie – od frakcji zakochanej w ciągłych blastach) trochę otwartości, może nawet cierpliwości Moim zdaniem wytrwałość w kontakcie z "The Sanguinary Impetus" się opłaca, bo Defeated Sanity po raz kolejny pokazali, że są w ścisłej czołówce takiego grania. Osobną kwestią jest to, że pod nieobecność Niemców konkurencja — a mam tu na myśli zwłaszcza Cenotaph i Disentomb — nie próżnowała i na szczycie zrobił się spory tłok.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/DefeatedSanity

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

7 września 2020

Unmerciful – Wrath Encompassed [2020]

Unmerciful - Wrath Encompassed recenzja okładka review coverDo czego to doszło! Unmerciful niesamowicie usprawnili proces powstawania nowej muzyki — albo przeprowadzania kolejnych zmian w składzie — dzięki czemu udało im się poskładać "Wrath Encompassed" w zaledwie 4 lata od wydania poprzedniego materiału, nie zaś w 10, jak to było z krążkiem numer dwa. Pracowitość i ambicje godne pochwały, bo brutalnego death metalu nigdy za wiele, a zwłaszcza kiedy nie bierze on jeńców i jest zagrany na tak zajebiście wysokim poziomie.

Już na początku warto odnotować, że choć nowa płyta Amerykanów jest najdłuższa w ich skromnej dyskografii i trwa prawie 40 minut, to muzycy jakoś nie zawracają sobie głów dawaniem dłuższej chwili na złapanie oddechu (obojętnie – sobie czy słuchaczom) i napierają przede wszystkim w szybkich i baaardzo szybkich ('Blazing Hatred', 'Carnage Unleashed', 'Furious Precision' – ugh!) tempach. Nie przeczę, że tak skomasowany atak w większej dawce może być męczący, jednak u mnie budzi wyłącznie respekt (no, i momentami niedowierzanie), bo osiągnięcie takiej intensywności wymaga niemal nieludzkiej wytrzymałości i precyzji. W tym miejscu szczególne słowa uznania dla Trynta Kelly’ego, który nie ma tak dużego nazwiska jak choćby Longstreth, ale jak dalej będzie napierdalał z takim rozmachem, to na pewno je sobie wyrobi. Na "Wrath Encompassed" dał z siebie chyba wszystko, żeby nie wypaść blado w porównaniu z utytułowanym poprzednikiem. A że koledzy nie zostali w tyle, to jest na czym ucho zawiesić.

Nie da się ukryć, że płyty na płytę Unmerciful korygują rozłożenie akcentów w muzyce, większy nacisk kładąc na technikę, złożoność aranżacji i czytelność brzmienia (o soundzie z debiutu można zapomnieć) niż na jednowymiarowe naparzanie na oślep, a przez to bardzo zbliżają się do tego, co za swoich najlepszych czasów robił Origin. Innymi słowy: esencja zagmatwanego (acz nie do przesady) napierdolu bez śladu eksperymentów. Nie każdemu ta ewolucja pewnie spasuje, ale skoro całość wypada w stu procentach naturalnie, to chyba nie ma sensu zrzędzić. Mnie w każdym razie "Wrath Encompassed" wszedł lepiej niż "Ravenous Impulse", co jednak może mieć związek z mniejszymi oczekiwaniami w stosunku do tej płyty. Bywa, że czasem trzeba dać się zaskoczyć na plus.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/officialunmerciful/

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

29 sierpnia 2020

Brutally Deceased - Satanic Corpse [2016]

Brutally Deceased - Satanic Corpse recenzja okładka review coverCzesi z Brutally Deceased wybrali sobie niezbyt oryginalną drogę do kariery: wzorem tysięcy kapel z całego świata rypią klasyczny death metal rodem ze Sztokholmu. W tak oklepanym stylu łatwo zginąć w tłumie, zwłaszcza tak gęstym tłumie, jednak nasi południowi sąsiedzi z płyty na płytę udowadniają, że przy odpowiednim podejściu można z takiego grania jeszcze sporo wyciągnąć, znaleźć w nim miejsce na rozwój, a przy okazji zabrzmieć świeżo i ekscytująco. Żeby nie było wątpliwości, zespół na "Satanic Corpse" nie robi absolutnie niczego niezwykłego, po prostu z dużym wyczuciem korzysta ze sprawdzonych wzorców i miesza je w różnych fajnych proporcjach.

Główna inspiracja Brutally Deceased od lat wydaje się niezagrożona, a wraz z kolejnymi krążkami zmieniają się tylko zapożyczenia poboczne, stąd też na "Satanic Corpse" mamy do czynienia z hołdem dla grania a’la wczesny Dismember (tak do trzeciej płyty), który często i gęsto doprawiono pierdolnięciem znanym z albumów Vomitory i miazgą w typie Bloodbath. Słucha się tego fantastycznie, bo Czesi mają dobre wyczucie konwencji, odpowiednie umiejętności techniczne i dość pomysłów, żeby do muzyki na żadnym etapie nie wkradła się nuda. Death metal w ich wykonaniu jest żwawy, chwytliwy (w 'At One With The Dead' sprytnie dorzucili 'okołomaidenowskie' patenty, jak to Dismember miał kiedyś w zwyczaju), treściwy (wyrobili się w pół godziny) i ma solidnego kopa (większego, niż kiedykolwiek wcześniej), więc nawet najbardziej wymagający miłośnicy "Indecent And Obscene", "Nightmares Made Flesh" czy "Blood Rapture" powinni być tym materiałem wielce uchachani. Tak na dobrą sprawę "Satanic Corpse" poziomem zmiata większość gwiazdorskich superprojektów z Entombed A.D. na czele.

Jeśli już można się do czegoś w kontekście "Satanic Corpse" przyczepić, to chyba tylko wokalu, który sam w sobie nie jest zły i daje radę, ale tak ogólnie brakuje mu większej wyrazistości. Ot growl jakich wiele. Co innego brzmienie, bo chociaż zalatuje Szwecją na kilometr, to nie słychać w nim rozpaczliwego silenia się na oldskul, jak to bywa u innych kapel. Dźwięk na płycie Brutally Deceased jest naturalny i dobrze pasuje do muzyki, ale jest też w pełni współczesny, co nie znaczy, że całość wypolerowano do przesady.

Brutally Deceased po raz trzeci (i najlepszy) dostarczyli kawał znakomitego, nieskazitelnego szwedzkiego death metalu, z którym mogliby brylować na salonach, gdyby tylko Doomentia nieco bardziej przyłożyła się do promocji zespołu. Ode mnie mają pełną rekomendację!


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/brutallydeceased/

podobne płyty:

Udostępnij: