23 września 2020

Pyrrhon – Abscess Time [2020]

Pyrrhon - Abscess Time recenzja okładka review coverJak skutecznie zryć sobie beret niskim koszem? Należy regularnie oglądać główne wydanie wiadomości. Jeśli jednak nie posiadacie telewizora tudzież nie kręci was Holecka, możecie zainwestować kilka dych w czwarty longplej Pyrrhon – zadziała równie dobrze, a obędzie się bez poczucia wstydu. Z płyty na płytę Amerykanie idą w kierunku... no... w sobie tylko znanym kierunku. A przynajmniej zakładam, że znanym. W każdym razie gdzieś przed siebie, bo na "Abscess Time" dostaliśmy prawie godzinę charakterystycznego już dla nich zagmatwanego death metalu wymieszanego ze sludge i grindem, przy czym jeszcze więcej w nim hałasu i dźwięków co najmniej schizolskich.

Pyrrhon już nie raz udowodnili, że nie interesują ich utarte schematy, granie od szablonu i bycie Gorguts wannabe, a "Abscess Time" jest tego kolejnym potwierdzeniem. Najnowszy materiał Bruklińczyków jest pogięty jak widelec w mlecznym barze, nieprzewidywalny jak Korwin przy mównicy i absolutnie daleki od death metalowego banału spod znaku Six Feet Under. O chwytliwych melodiach i jakimkolwiek groove możecie zapomnieć. W muzyce Amerykanów coraz trudniej doszukać się nawet wyraźniejszych struktur czy czegoś, za czym można by podążać, więc ogarnięcie całości wymaga sporo czasu i nie lada czujności/cierpliwości. Miejcie przy tym na uwadze to, że u Pyrrhon granica pomiędzy regularnym graniem a improwizacją zdaje się powoli zacierać, stąd też momentami trudno się połapać, czy oni w ten chaos brną tak na serio czy tylko robią sobie jaja ze słuchaczy. I co najlepsze – ta niepewność towarzyszy odbiorcy do końca płyty.

Słuchając "Abscess Time" z pewnością nabierzecie przekonania, że Amerykanie robią naprawdę sporo, żeby ich muzyka nie była dla wszystkich — albo nawet, żeby niekoniecznie uznawano te dźwięki za muzykę — i mają w głębokim poważaniu, czy z tego powodu ktoś zapała do zespołu uczuciem. Pyrrhon sprawnie mieszają skrajne elementy różnych stylistyk, ale niczego przy tym nie wygładzają – mnóstwo tu kaleczących uszy dysonansów, odhumanizowanych wrzasków i męczących rozjazdów poszczególnych instrumentów. Inne kapele w tym miejscu podejrzewałbym pewnie o braki warsztatowe i budżetowe, ale skoro "Abscess Time" zajmował się Marston, to wiadomo, że materiał celowo wyprodukowano w ten właśnie sposób. Colin z własnej woli fuszerki by nie przepuścił, a sam krążek brzmi tak, że mucha nie siada – przynajmniej w swojej niszy to już wyższa półka.

Czwarty album Pyrrhon to z jednej strony ciekawe wyzwanie dla wytrwałych maniaków oryginalnego grania, z drugiej zaś niewykluczone, że ostatnia szansa posłuchania zespołu zanim całkowicie wypnie się na death metal i pogrąży w chaosie. Cieszmy się zatem, że z "Abscess Time" można cokolwiek zrozumieć.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pyrrhonband

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

14 września 2020

Defeated Sanity – The Sanguinary Impetus [2020]

Defeated Sanity - The Sanguinary Impetus recenzja okładka review coverAż siedem długich lat kazali nam czekać na pełnoprawnego następcę "Passages Into Deformity" Niemcy z Defeated Sanity, w dodatku do końca nie było wiadomo, czego można się po nich aktualnie spodziewać. Wprawdzie podwójna epka "Disposal Of The Dead // Dharmata" miała być jednorazowym eksperymentem, aaale jako że do nagrań "The Sanguinary Impetus" zespół przystępował bez nominalnego gitarniaka, to wątpliwości co do kierunku, w jakim podążają, tylko rosły. Coś musiało się zmienić. Potwierdzenie tych obaw dostajemy już w pierwszych sekundach 'Phytodigestion' – łoj, nie jest dobrze...

Defeated Sanity stracili swoje miażdżące dołem brzmienie, uprościli muzykę i niedomagają w sferze brutalności! Jak tego słuchać, panie premierze, no jak?! Ano z dużą uwagą, bo im dalej w płytę, tym bardziej w pytę i nowy koncept Niemców nabiera sensu i wyrazistości. I tak jak ze złagodzeniem brzmienia na "The Sanguinary Impetus" nie można polemizować, bo jest niezaprzeczalnym faktem (co nie znaczy, że jest kiepskie, oj nie!), tak inne elementy charakterystyczne dla death metalu Defeated Sanity wciąż są obecne, choć mocniej przebijają się do świadomości dopiero z kolejnymi przesłuchaniami.

Obowiązki gitarzysty wziął na siebie perkusista Lille Gruber, który o dziwo podołał wyzwaniu i stworzył całkiem solidne i momentami mocno popieprzone partie, jakkolwiek jego mniej radykalne podejście do instrumentu jest nieco odmienne od tego, co zespół prezentował na wcześniejszych materiałach. Wydaje mi się, że podstawowa różnica dotyczy wprowadzenia pewnych subtelnych zagrywek, które z natury nie są brutalne, bo... wcale takie być nie muszą, a jednak jako urozmaicenie sprawdzają się doskonale. Naturalnie Gruber zadbał też, żeby gitary pięknie zazębiały się i uzupełniały z pracą sekcji rytmicznej – struktury utworów są tak pomyślane, aby każdy z muzyków mógł się wykazać umiejętnościami. Brzmi to zacnie i spójnie, bo Colin Marston dopilnował dobrego balansu całości, szczególnie dużo przestrzeni zostawiając dla basu, jak to zresztą często ma w zwyczaju.

Warto dodać — bo nie każdy zwróci na to uwagę — że przy okazji rewolucji w składzie zmienił się także wokalista, ale to... akurat niczego nie zmienia, bo Josh Welshman sprawnie kontynuuje jedynie słuszną tradycję zupełnie niezrozumiałych bulgotów w możliwie najniższych rejestrach. Tak więc o ile sama muzyka może nie jest aż tak brutalna, jak na poprzednich krążkach, to wokalne wyziewy trzymają zadowalający poziom. Wprawdzie Josh debiut w szeregach Defeated Sanity zaliczył w bonusach na reedycji "Chapters of Repugnance", ale dopiero na "The Sanguinary Impetus" pokazał pełnię swoich możliwości.

Reasumując mamy do czynienia z bardzo dobrym materiałem w odrobinę odświeżonym stylu, który mimo wszystko wymaga od słuchacza (a konkretnie – od frakcji zakochanej w ciągłych blastach) trochę otwartości, może nawet cierpliwości Moim zdaniem wytrwałość w kontakcie z "The Sanguinary Impetus" się opłaca, bo Defeated Sanity po raz kolejny pokazali, że są w ścisłej czołówce takiego grania. Osobną kwestią jest to, że pod nieobecność Niemców konkurencja — a mam tu na myśli zwłaszcza Cenotaph i Disentomb — nie próżnowała i na szczycie zrobił się spory tłok.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/DefeatedSanity

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

7 września 2020

Unmerciful – Wrath Encompassed [2020]

Unmerciful - Wrath Encompassed recenzja okładka review coverDo czego to doszło! Unmerciful niesamowicie usprawnili proces powstawania nowej muzyki — albo przeprowadzania kolejnych zmian w składzie — dzięki czemu udało im się poskładać "Wrath Encompassed" w zaledwie 4 lata od wydania poprzedniego materiału, nie zaś w 10, jak to było z krążkiem numer dwa. Pracowitość i ambicje godne pochwały, bo brutalnego death metalu nigdy za wiele, a zwłaszcza kiedy nie bierze on jeńców i jest zagrany na tak zajebiście wysokim poziomie.

Już na początku warto odnotować, że choć nowa płyta Amerykanów jest najdłuższa w ich skromnej dyskografii i trwa prawie 40 minut, to muzycy jakoś nie zawracają sobie głów dawaniem dłuższej chwili na złapanie oddechu (obojętnie – sobie czy słuchaczom) i napierają przede wszystkim w szybkich i baaardzo szybkich ('Blazing Hatred', 'Carnage Unleashed', 'Furious Precision' – ugh!) tempach. Nie przeczę, że tak skomasowany atak w większej dawce może być męczący, jednak u mnie budzi wyłącznie respekt (no, i momentami niedowierzanie), bo osiągnięcie takiej intensywności wymaga niemal nieludzkiej wytrzymałości i precyzji. W tym miejscu szczególne słowa uznania dla Trynta Kelly’ego, który nie ma tak dużego nazwiska jak choćby Longstreth, ale jak dalej będzie napierdalał z takim rozmachem, to na pewno je sobie wyrobi. Na "Wrath Encompassed" dał z siebie chyba wszystko, żeby nie wypaść blado w porównaniu z utytułowanym poprzednikiem. A że koledzy nie zostali w tyle, to jest na czym ucho zawiesić.

Nie da się ukryć, że płyty na płytę Unmerciful korygują rozłożenie akcentów w muzyce, większy nacisk kładąc na technikę, złożoność aranżacji i czytelność brzmienia (o soundzie z debiutu można zapomnieć) niż na jednowymiarowe naparzanie na oślep, a przez to bardzo zbliżają się do tego, co za swoich najlepszych czasów robił Origin. Innymi słowy: esencja zagmatwanego (acz nie do przesady) napierdolu bez śladu eksperymentów. Nie każdemu ta ewolucja pewnie spasuje, ale skoro całość wypada w stu procentach naturalnie, to chyba nie ma sensu zrzędzić. Mnie w każdym razie "Wrath Encompassed" wszedł lepiej niż "Ravenous Impulse", co jednak może mieć związek z mniejszymi oczekiwaniami w stosunku do tej płyty. Bywa, że czasem trzeba dać się zaskoczyć na plus.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/officialunmerciful/

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij: