Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2018. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2018. Pokaż wszystkie posty

30 czerwca 2018

Feto In Fetus – From Blessing To Violence [2018]

Feto In Fetus - From Blessing To Violence recenzja okładka review coverNiedługo po wydaniu "Condemned To The Torture" po Feto In Fetus praktycznie ślad zaginął. Cisza wokół zespołu była przerywana jedynie epizodycznymi koncertami, gdzieś tam przemknął temat splitu, ale poważniejszych niusów nie odnotowałem, toteż powoli zacząłem wątpić w potencjał twórczy chłopaków. Aż tu nagle wyskoczyli jak diabeł z pudełka – nie dość, że z trzecim krążkiem, to w dodatku w barwach Selfmadegod. Na "From Blessing To Violence" zespół trzyma się i poniekąd rozwija swoją wizję zamerykanizowanego death-grindu, a czyni to w sposób dla siebie dość charakterystyczny, więc miłośnicy poprzednich materiałów raczej nie będą zawiedzeni 'trójką'. Feto In Fetus dorobili się już rozpoznawalnego brzmienia, oprawy graficznej, a także patentów na kompozycje, ale nie zatracili przy tym świeżości muzyki, która wciąż może imponować dużym ładunkiem energetycznym. Wprawdzie niektóre schematy na "From Blessing To Violence" trudno uznać za przypadkowe (jak choćby ostatni numer mocno różniący się od pozostałych), jednak widzę w tym bardziej próby ugruntowania stylu aniżeli przymiarki do wpieprzenia własnego ogona. Żeby nie było, na płycie pojawiają się również nowe rozwiązania, spośród których większość fajnie wtopiła się w utwory. Większość, ale nie wszystkie, bo wpływy niezbyt ambitnego slamu (w 'The Order To Destroy', 'Evil Will Seek You Out' czy w kawałku tytułowym) nieprzyjemnie drażnią co wrażliwsze uszy i negatywnie wpływają na ocenę całości. No naprawdę, potrzebne to chłopakom jak Warszawie kolejne pomniki smoleńskie. Zdecydowanie bardziej mi odpowiada, jak zespół, tak po ludzku, napierdala konkretnymi riffami z pełnym wsparciem sekcji rytmicznej i nie ogląda się na boki, bo tam ciekawych wzorców dla nich nie ma. Jestem przekonany, że Feto In Fetus stać na generowanie wartościowego hałasu bez przesadnego oglądania się na innych, co zresztą udowodnili w wielu punktach bardzo udanego "From Blessing To Violence". Nie ukrywam jednak, że poprzedni materiał sponiewierał mnie nieco mocniej. Po części dlatego, że wówczas wzięli mnie z zaskoczenia, natomiast tym razem byłem nastawiony dość ostro.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/FetoInFetus

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

31 maja 2018

Rapture – Paroxysm Of Hatred [2018]

Rapture - Paroxysm Of Hatred recenzja okładka review coverJakie to fajne! Nie znałem wcześniej tego zespołu, natomiast po wysłuchaniu "Paroxysm Of Hatred" już wiem, że na przyszłość warto mieć ich na oku. Grecy napieprzają klasyczny death-thrash, którego źródeł należy szukać w końcówce lat 80. ubiegłego wieku. Trzeba przy tym jednak zaznaczyć, że poziom brutalności, jaki utrzymują przez te 41 minut, jest już jak najbardziej współczesny, bo mocno podparty gęstymi blastami. Muzyka, jaką serwuje nam Rapture, to świetnie brzmiąca wypadkowa rozkręcających się powoli Death, Morbid Angel i Massacra z będącymi w szczytowej formie Kreator, Morbid Saint czy Sadus. Zatem nikogo nie powinno dziwić, że cały materiał można spiąć i podsumować zaledwie dwoma słowami: szybkość i agresja. I chociaż Rapture mają do zaoferowania także niezłą technikę, dobrą produkcję i sporą dawkę chwytliwości (nie należy jej mylić z przesadną melodyjnością, bo chodzi raczej o czepliwe refreny), nie da się ukryć, że interesuje ich przede wszystkim zintensyfikowany i co ważne przemyślany atak na narządy słuchu niewinnych odbiorców – tak charakterystyczny dla kapel sprzed 30 lat. Na "Paroxysm Of Hatred" furiackie partie gitar i bębnów niemal rozsadzają każdy kawałek, jednak ten pozorny instrumentalny amok jest cały czas pod kontrolą zespołu – Grecy nie pozostawiają niczego przypadkowi; tu każda zmiana tempa czy solówka ma swoje miejsce i zgrabnie trzyma się kupy, dzięki czemu album tworzy monolit i przelatuje bez najmniejszych zgrzytów. Mimo iż cały zespół prezentuje tutaj naprawdę bardzo równy poziom, na szczególną pochwałę zasługują dwaj kolesie, których wysiłek nadał muzyce Rapture odrobiny oryginalności i indywidualnego charakteru. Pierwszym jest drący ryja z dużym zaangażowaniem wokalista (najlepiej wypadają te jego wściekle rozpaczliwe wrzaski w 'Vanishing Innocence' i 'Paroxysm of Hatred: Revelation'), drugim zaś wyjątkowo sprawy basman, którego grę wyraźnie słychać nawet w najszybszych momentach. Z takimi ludźmi Rapture ma szansę całkiem sensownie się rozwinąć i uczynić swój przekaz jeszcze mocniejszym. A Memento Mori zapewne ucieszy zarobiona na chłopakach kasiora.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ThrashRapture

podobne płyty:

Udostępnij:

25 maja 2018

Behemoth – Messe Noire [2018]

Behemoth - Messe Noire recenzja okładka review coverZa sprawą "Messe Noire" Behemoth zamyka rozdział pod tytułem "The Satanist", bo nie ulega wątpliwości, że opisywane wydawnictwo stanowi właśnie suplement do ostatniego krążka. Płytę audio można pominąć, ewentualnie odpalić raz dla przyzwoitości – zawiera bowiem wyłącznie numery z "The Satanist" zagrane w oryginalnej kolejności. To samo, plus wiele więcej, mamy na drugim krążku, w zależności od preferencji – diwidi albo blurej. Pierwsza, zasadnicza część programu to kameralny, około 80-minutowy szoł z 2016 z warszawskiej Progresji, który obejmuje cały materiał z "The Satanist" oraz zestaw kilku sprawdzonych hitów. Tu pierwsze spostrzeżenie – publika znacznie lepiej i żywiej reaguje na starsze, dobrze już znane numery. Trochę mnie to dziwi, bo jak Behemoth udowodnił – wszystkie nowe utwory znakomicie sprawdzają się na żywo. I to niezależnie od tego, czy to mamy do czynienia z brutalnym wygarem, oldskulowym popylaniem czy partią bardziej klimatyczną. A tak na dobrą sprawę, ludziska wykazali się zaangażowaniem dopiero przy okazji komunii (w połowie 'In The Absence Ov Light'), na którą rzucili się jak chytra baba z Radomia. Od strony wykonawczej zespołowi nie można niczego zarzucić, bo doświadczenie i kilkanaście lat docierania się ze sobą robią swoje. Behemoth to dobrze naoliwiona machina, w której nic nie ma prawa zgrzytać. Co do wizerunku, to tu też widać upływające lata, ale w innym sensie – panowie się wyraźnie oszczędzają i nie pozwalają już sobie na tyle machania bańkami, co kiedyś. Czas na spostrzeżenie numer dwa – niech Orion zainwestuje w bas w kształcie topora, bo z daleka zaczyna wyglądać jak Gene Simmons... Techniczna realizacja tego nagrania nie powoduje opadu kopary, choć powinna. Dźwięku się nie czepiam, ale obrazu już muszę, bo jego jakość stoi na dość przeciętnym poziomie. Sytuacji nie poprawiają pojawiające się w paru miejscach przebitki z teledysków – ani to ładne ani potrzebne. Chwała Cthulhu, że przynajmniej montaż jest na tyle sensowny, że całość można przetrwać bez epilepsji (teraz to się nazywa napadami fotogennymi), co nie było takie łatwe w przypadku "Evangelia Heretika". Druga część "Messe Noire" to koncert z Brutal Assault, który miał miejsce dwa miesiące wcześniej niż ten w Progresji. Setlista, zgodnie z wymogami festiwalu, została okrojona, jednak zespół miał dość czasu, żeby zaprezentować w całości "The Satanist", a na koniec dorzucić trzy obowiązkowe hity. W każdym razie dramaturgia występu została zachowana, więc wszyscy pod sceną powinni być zadowoleni. Wszyscy przed telewizorami także, bo mimo iż brzmienie jest trochę słabsze niż w Warszawie, strona wizualna wypada atrakcyjniej – oprawa świetlna jest bogatsza, a ujęcia ciekawsze i bardziej urozmaicone. A propos oprawy — i dotyczy to obu koncertów — mam spostrzeżenie numer trzy: konfetti wystrzelone przy 'O Father O Satan O Sun! ' wygląda jak spadająca na ludzi szarańcza, czyli zajebiście! Ostatnia sekcja płyty to zbiór wszystkich sześciu teledysków, jakie Behemoth nakręcił do "The Satanist", więc każdy leń będzie miał je już pod ręką. Wydawnictwo uzupełnia bogata książeczka z porządnymi zdjęciami i ledwie czytelnymi informacjami – to ostatnie, bo ktoś postanowił zaszaleć z kalką. Na koniec trzeba przyznać zespołowi, że całkiem nieźle się wstrzelił z "Messe Noire" w sezon komunijny...


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.behemoth.pl

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

7 maja 2018

Skeletal Remains – Devouring Mortality [2018]

Skeletal Remains - Devouring Mortality recenzja okładka review coverWystarczyły dwie bardzo dobre i entuzjastycznie przyjęte w podziemiu płyty, żeby włodarze Century Media uznali Skeletal Remains za zespół godny ich zainteresowania. Czuć piniondz? A jak! Nie mam jednak wątpliwości, że na dłuższą metę chłopaki nie spełnią wymagań wytwórni i po dwóch krążkach (to wersja optymistyczna) zostaną wywaleni na bruk. Zatem póki mają okazję, niech promują się na wszystkich frontach i wyciskają z Niemców ile się tylko da. Już przy okazji "Devouring Mortality" dostali dość kasy, żeby starczyło na mix i mastering od Dana Swanö oraz okładkę od Dana Seagrave’a, co jeszcze bardziej przybliżyło zespół do oldskulowego ideału. Kto wie, może następnym razem wskrzeszą dla death metalu Scotta Burnsa i nagrają album w Morrisound? Marzenia... Tyle o oprawie. Co do muzyki, to dla mnie sprawa jest prosta, oczywista i nie podlegająca dyskusji – za sprawą "Devouring Mortality" Skeletal Remains potwierdzili, że w tej chwili są najbardziej przekonywającą kapelą łojącą klasyczny death metal z Florydy. Chłopaki z każdym kolejnym materiałem doskonalą i nieznacznie rozwijają ten styl, ale ani przez moment nie robią niczego nienaturalnego czy wymuszonego. Death metal w ich wykonaniu charakteryzuje wierność tradycji, a jednocześnie polot i duża świeżość. Może to tylko moje uwielbienie dla takiej muzyki, ale po analizie wszystkich elementów składowych tej płyty, wychodzi mi, że nie ma się tu absolutnie do czego przypieprzyć – wszystko trybi jak należy i "Devouring Mortality" brzmi po prostu przezajebiście. Sami zresztą popatrzcie: jest tu cudny wokal (van Drunen nie nagrał takiego wymiotu od czasów "Last One On Earth"), tnące ostrym tremolem gitary, większa niż ostatnio dawka brutalności (Johnny Valles na stanowisku perkmana nieco sobie poblastował), no i cała masa doskonałych technicznie solówek, w których pobrzmiewają echa geniuszu Jamesa Murphy. Ponadto materiał Skeletal Remains może się pochwalić czymś, czego trochę brakowało mi u Rude – dużą chwytliwością. Większej zachęty już mi nie potrzeba. Ocena wygenerowała się automatycznie.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/SkeletalRemainsDeathMetal

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

8 marca 2018

Ataraxy – Where All Hope Fades [2018]

Ataraxy - Where All Hope Fades recenzja okładka review coverDebiut tej hiszpańskiej załogi spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem ze strony krytyków i słuchaczy — czemu nie ma się co dziwić, bo to fajna płyta — toteż naiwnie sądziłem, że muzycy zepną poślady i szybko uderzą z krążkiem numer dwa, żeby wykorzystać wzmożone zainteresowanie zespołem. Nic bardziej mylnego, bo z takich czy innych powodów kwartet nagrał "Where All Hope Fades" dopiero pod koniec 2016, a Dark Descent wypuściła go na początku tego roku. Tak długie przerwy/opóźnienia zdecydowanie nie służą kapelom, które nie są jeszcze odpowiednio znane – niektórzy fani o nich zapomną, inni natomiast napompują balon oczekiwań do jakichś pojebanych rozmiarów. Ataraxy stali się ofiarą tej drugiej grupy – lista życzeń i wymagań była spora, jednak nie jestem przekonany, że Hiszpanie w pełni im sprostali. Na pewno nie stworzyli słabizny, bo "Where All Hope Fades" słucha się więcej niż dobrze, aaale... nieco inaczej sobie ten album wyobrażałem. To, co mnie najbardziej rzuciło się w uszy, to znaczące stonowanie brzmienia i samych kompozycji w stosunku do agresywnego przecież debiutu. Ma to zapewne związek z mocniejszym zaakcentowaniem wpływów doom metalu – w wyniku tych zmian utwory Ataraxy stały się spokojniejsze, wolniejsze (wolniej, jeśli w ogóle, się też rozkręcają – 'A Matter Lost in Time' zdaje się wygasać już w połowie), no i momentami są dość rozwlekłe, a przez to nie ekscytują tak jak te z "Revelations Of The Ethereal". Ponadto zauważalnie więcej uwagi poświęcono tu melodiom, jednakże, co tu ściemniać, nie wszystkie są na tyle udane, żeby uczynić płytę wyjątkowo chwytliwą czy porywającą. Jak dla mnie na "Where All Hope Fades" trochę za rzadko do głosu dochodzi ekstremalne (a przynajmniej zadziorne) oblicze zespołu, więc materiał nie ma ani ciężaru ani siły uderzeniowej poprzednika, i to nawet mimo tego, iż wokal Javiego stał się jeszcze bardziej vandrunenowski. W rezultacie otrzymaliśmy album stosunkowo przyjemny i niezaprzeczalnie łatwy w odbiorze, a jednocześnie niekładący na łopatki.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/ATARAXY/281047751876
Udostępnij: