Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2016. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2016. Pokaż wszystkie posty

15 czerwca 2018

Omophagia – In The Name Of Chaos [2016]

Omophagia - In The Name Of Chaos recenzja okładka review coverPierwsza dekada działalności Omophagia to okres pozbawiony znaczących sukcesów. Wystarczy tylko wspomnieć o wydanym własnym sumptem debiucie, z którym mało kto miał faktycznie do czynienia. Szwajcarzy mogli co najwyżej uzbroić się w cierpliwość i nucić za Kazikiem, że "los się musi odmienić"... No i w końcu się odmienił – za sprawą Unique Leader, którzy postanowili dać zespołowi szansę i wypchnąć go na szersze wody. Czy ta inwestycja się zwróci, czas pokaże. Moim zdaniem warto się "In The Name Of Chaos" zainteresować – choćby dlatego, że płyta jest cholernie niewymagająca i słucha się jej nad wyraz lajtowo. Mamy tu bowiem do czynienia z przeglądem tego, co się aktualnie wyrabia w death metalu, a więc materiałem typu "wszystko w jednym". Znajdziemy tu zatem zabarwione klasyczną Florydą riffy (Malevolent Creation, Cannibal Corpse, ect.), brutalne zawijasy (Dying Fetus, Hate Eternal), trochę mechanicznego napierdalania (Soreption, Arkaik), aktywnie pracujący bas (skoro już skorzystali z 'ósemki', to postarali się, żeby było go słychać) oraz całą masę wyjątkowo rozbudowanych solówek (Vital Remains się kłania, kuuurwaaa!). Płyta została nagrana w prywatnym studiu zespołu, natomiast do obróbki oddano ją braciom Wiesławskim, dzięki którym nabrała nowoczesnego szlifu – nowocześniejszego, aniżeli wynikałoby to z samej muzyki. Jak szybko można się przekonać, Omophagia nie ograniczają się do zrzynania z jednej konkretnej kapeli; raczej korzystają ze wszystkiego, co w jakikolwiek sposób pasuje im do utworów. Niekiedy na takim podejściu do komponowania muzyka traci na spójności i zdarza się, że coś zgrzytnie w jej strukturach, ale Szwajcarzy i tak wychodzą z tego obronną ręką, bo "In The Name Of Chaos" jako całość sprawia lepsze wrażenie niż poszczególne kawałki w oderwaniu od siebie. Pod tym względem Omophagia mają sporo wspólnego z Abysmal Dawn, którzy na podobnych wzorcach i z podobnym rezultatem uprawiają kolażowy death metal. Ponadto obie grupy łączy również to, że z tak odtwórczą muzyką nigdy nie przebiją się do pierwszej ligi; będą raczej rozpatrywani w kategorii solidnego supportu. Taka jest brutalna prawda, Omophagia wyżej dupy nie podskoczy — w czym im na pewno nie pomoże oklepany image i przeciętny wokalista — ale jest na tyle sprawna, że potrafi zapewnić słuchaczowi kilkadziesiąt minut rzetelnego łomotu.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.omophagia.ch

podobne płyty:


Udostępnij:

10 stycznia 2018

Abbath – Abbath [2016]

Abbath - Abbath recenzja okładka review coverNie ma bata na Abbath’a – takie oto krótkie hasło reklamowe wpadło mi do łba przy okazji odsłuchu jego debiutanckiej płyty wydanej pod własną ksywą. Jeśli któryś ze speców od marketingu Season Of Mist byłby zainteresowany jego odkupieniem, to żadna poważna oferta w euronymusach nie zostanie przeze mnie zlekceważona. A tak serio (A dupa, tamto też było serio!), to Abbath po raz kolejny udowodnił, że potrafi stworzyć kawał porządnej muzyki charakterystycznej tylko dla niego. Jak mi się wydaje, takie potwierdzenie było mu szczególnie potrzebne po tym, jak został wywalony z Immortal, którego nota bene "powrotny" krążek zupełnie nie zachwycał. Z "Abbath" sytuacja wygląda inaczej, bo powiew świeżości czuć już w pierwszych taktach 'To War!'. Później z tą świeżością bywa różnie, ale zarówno jej jak i chęci do grania jest na płycie znacznie więcej niż na wtórnym i nudnym "All Shall Fall". Abbath skupił się na tym, co mu najlepiej wychodziło — i co przy okazji miało niezłe branie u fanów — więc krążek jest utrzymany w stylu, który najłatwiej można określić jako wypadkową "Sons Of Northern Darkness" i "At The Heart Of Winter". Dodatkowo mamy tu trochę nowych rozwiązań, które czynią muzykę Norwega ciekawszą, mniej przewidywalną, a nawet dość współcześnie brzmiącą. Jestem przekonany, że duża w tym zasługa Kevina Foley’a, który technicznie przerasta Horgh’a przynajmniej o głowę i potrafi zagrać gęsto nawet w wolniejszych partiach, wypełniając kolejne takty mnóstwem rozmaitych przejść. Zajebiście to wpływa na ogólną dynamikę "Abbath", zatem pozostaje mi tylko pogratulować inwencji i wyczucia. Nie zmienia to jednak faktu, że pełnię swoich możliwości mr. Creature pokazuje mieszając przy intensywnych blastach, których akurat na płycie nie brakuje. Dobrze spisuje się także King ov Hell. Wprawdzie aż takich cudów nie dokonuje, ale na szczęście nie ogranicza się jedynie do plumkania pod gitarę, więc relatywnie często daje o sobie znać. U spiritus movens tego przedsięwzięcia słychać natomiast niemal młodzieńczy zapał i dużą pewność siebie, dlatego "Abbath" opiera się wyłącznie na solidnie poskładanych kompozycjach; nie ma tu żadnych wypełniaczy. Każdy z utworów mógłby zostać wybrany na singla, bo generalnie trzymają bardzo zbliżony wysoki poziom, jednak inną kwestią jest to, które najszybciej trafiają do kategorii ulubionych. Ja stawiam przede wszystkim na ekstremalny 'Ashes Of The Damned' (z oczywistych względów kojarzy się z 'One By One'), fajnie klimatyczny 'Ocean Of Wounds' (z oczywistych względów kojarzy się z 'Tyrants'), chwytliwy 'Count The Dead', zaskakujący nietypowym rytmem i riffami 'To War!' oraz kończący z hukiem całość 'Endless'. Jak zatem widać – jest na czym ucho zawiesić, brzmienie wydaje się być w pełni naturalne, a oprawa albumu skutecznie przyciąga wzrok. Demonaz i Horgh będą musieli naprawdę się postarać, żeby przebić ten materiał, bo Abbath wysoko zawiesił poprzeczkę.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalna strona: www.abbath.net

podobne płyty:


Udostępnij:

31 sierpnia 2017

Ossuary Anex – Mutilation Through Prayer [2016]

Ossuary Anex - Mutilation Through Prayer recenzja okładka review coverDebiut tej rosyjskiej ekipy nie był krążkiem przesadnie zajmującym i całkiem zasłużenie przepadł w rankingach, podsumowaniach i pamięci słuchaczy. Chłopaki chyba wzięli sobie to do serca i uczciwie przepracowali cztery lata przerwy między płytami, toteż "Mutilation Through Prayer" jest już materiałem o niebo lepszym i jeszcze mocniej zatopionym w brutalnym amerykańskim death metalu, zatem każdy miłośnik takiej dość technicznej sieczki w (najwyżej) średnich tempach znajdzie tu coś dla siebie. Chodzi mi naturalnie o maniaków szperających w zasobach podziemia, bo właśnie stamtąd pochodzi większość inspiracji Ossuary Anex, natomiast poziom uprawianego przez nich hałasu sytuuje ich gdzieś na granicy drugiej i trzeciej ligi. Na "Mutilation Through Prayer" słychać echa m.in. Inherit Disease, Gorgasm czy Pyrexia, jednak po uważniejszej analizie wyszło mi, że Rosjanie baaardzo by chcieli być jak Visceral Bleeding. Problem w tym, że Szwedzi udowodnili, że oprócz wgniatającego brzmienia i wielkich umiejętności mają też ostro najebane we łbach. Ossuary Anex póki co dysponują tylko solidnym brzmieniem i dobrą techniką, kompozytorsko są tacy sobie, czyli bardzo standardowi, choć ambicje mają zauważalnie większe. Największy plus "Mutilation Through Prayer" widzę w tym, że cały zespół dokłada starań, żeby odróżnić się od swych pobratymców grających typowy wyeksploatowany brutal death. Najbardziej to słychać w pracy gitary basowej, bo akurat ten instrument uwypuklili tak mocno, żeby nikt przypadkiem nie przeoczył, jak bardzo Sergey potrafi zaszaleć. No i szaleje, tylko po pewnym czasie (zbyt krótkim, jeśli chcecie znać moje zdanie) wszystkie wygibasy zaczynają się zlewać w jedno i trudno tak naprawdę wskazać, czym poszczególne utwory (przydługie swoją drogą) różnią się od siebie. W imię oryginalności (?) postawiono na bas kosztem gitary i, niestety, czytelności samych utworów. Natłok dźwięków jest duży, pomysłów zespołowi też nie brakuje, ale Ossuary Anex poruszają się w bardzo wąskich ramach i chyba jeszcze nie wiedzą, jak je odrobinę ponaginać do swoich potrzeb. Jeśli starczy im wytrwałości, to i twórcza odwaga przyjdzie z czasem. Na razie nie jest źle, ale mimo wszystko "Mutilation Through Prayer" to jednak pozycja dla mocno wkręconych rzeźników.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/OssuaryAnex/
Udostępnij:

28 czerwca 2017

Inanimate Existence – Calling From A Dream [2016]

Inanimate Existence - Calling From A Dream recenzja okładka review coverW recenzji "Dreamless" zdarzyło mi się wspomnieć o wpływie, jaki muzyka Fallujah wywarła na inne, zwłaszcza młode kapele. Wtedy myślałem głównie o Rivers Of Nihil, ale jak się okazało inni zachłysnęli się "The Flesh Prevails" jeszcze bardziej. Inanimate Existence, bo o nich mowa, dotychczas zajmowali się normalnym amerykańskim technicznym death metalem, w takim też stylu były utrzymane ich pierwsze krążki. Nie robili nic niezwykłego, ale mnie się podobało. Przy okazji "Calling From A Dream" wzięło ich na progresję, wokalistkę i klimaty aż za bardzo kojarzące się z ostatnimi dokonaniami Fallujah. Rozumiem chęć zmian, rozumiem rozwój, ale ten nagły przeskok stylistyczny budzi u mnie pewien niesmak, wszak mowa o kompozytorach z pewnym doświadczeniem. Nie znaczy to jednak, że "Calling From A Dream" jest albumem słabym czy stricte kopiatorskim. Muzycy Inanimate Existence zapożyczyli sobie sporo elementów charakterystycznych dla ich kolegów po fachu i wymieszali je z tym, co grali dotychczas. Rezultat jest naprawdę niezły, choć kilka rzeczy można było zrobić lepiej, no i oczywiście z oryginalnością nie ma to nic wspólnego. Mnie na "Calling From A Dream" najbardziej podoba się to, że Amerykanie zadbali o dość wysoki stopień brutalności (na poziomie zbliżonym do "A Never-Ending Cycle Of Atonement"), którego na szczęście nie rozmiękczyły progresywne zapędy – na płycie zdecydowanie dominują agresywne, odpowiednio ciężkie, a przy okazji przyjemnie pokręcone partie. Im większy i gęstszy wygar, tym zespół lepiej sobie radzi, a przynajmniej jest najbardziej przekonywający. Kolejnym istotnym atutem krążka jest jego rozsądna długość – tylko 35 minut. Dzięki temu poszczególne kawałki są łatwiejsze do rozróżnienia, a ich indywidualne wyróżniki szybciej rzucają się w uszy, więc album jako całość z jednej strony nie odstraszy ekstremistów, a z drugiej może być do przełknięcia nawet dla miłośników lżejszych dźwięków. Głównym problemem "Calling From A Dream" są natomiast dodatki czy patenty mające uczynić płytę bardziej nowoczesną i eklektyczną: nieco zbyt lajtowo potraktowane solówki, strasznie nierówny poziom partii wokalistki (od przyjemnych po irytujące), tak sobie wstrzelone klawisze i skłonność zespołu do częstego cięcia utworów pauzami. Wygląda mi na to, że Inanimate Existence bardzo chcieli ruszyć z muzyką do przodu, a przy okazji zwiększyć swoją atrakcyjność w oczach potencjalnych dużych wydawców, jednak chyba nie wszystko do końca przemyśleli, bo część zmian sprawia wrażenie wdrażanych na siłę i w ostatniej chwili. Nie zmienia to na szczęście tego, że podstawę "Calling From A Dream" stanowi bardzo udany techniczny death metal, który bez wątpienia spasuje fanom poprzednich dokonań kapeli.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/TheInanimateExistence

podobne płyty:

Udostępnij:

15 czerwca 2017

My Dying Bride – Meisterwerk III [2016]

My Dying Bride - Meisterwerk III recenzja okładka review coverRoman Rogowiecki – kojarzycie typa? Dziennikarz muzyczny, wielki autorytet i coś tam coś tam. Jakieś dwadzieścia lat temu brylował w teleszopach, zagadując gospodynie domowe hasłem: jakie płyty są najlepsze?, na co miał niezawodną odpowiedź: oczywiście składanki! Z podobnego założenia wychodzą wytwórnie. A gdy jeszcze nadarzy się okazja połączenia składanki z reedycją albo jakimś jubileuszem, to już w ogóle szał pały. "Meisterwerk III" to zebrane do kupy dwa debestofy My Dying Bride sprzed piętnastu lat oraz uzupełniająca zestaw płyta z — jak nazwa mylnie sugeruje — przebojami spłodzonymi przez Anglików w tak zwanym międzyczasie. W tym miejscu co bardziej dociekliwi zapytają, czemu tej nowej nie wydano osobno? Ha! Bo jako taka nie ma racji bytu – to produkt całkowicie chybiony, oderwany od realiów i przy okazji dość poważnie rozmijający się z ideą "best of". Nie znaczy to, że w pakiecie ze starymi "Meisterwerkami" nabiera jakichś cudownych właściwości. Wręcz przeciwnie, spora część upchniętych tu utworów wypada naprawdę blado w konfrontacji z klasykami. Ba, nawet w obrębie trzeciego krążka różnice poziomu poszczególnych utworów bywają drastyczne — zestawcie sobie choćby 'My Hope, The Destroyer' z 'Feel The Misery' albo 'Deeper Down' z 'I Almost Loved You' — stąd też odbieram go jedynie jako drenujący kieszeń składak obrazujący przykry spadek formy zespołu. Jakby tego było mało, dla zagorzałych fanów Anglików (bo niby kto inny skusi się na "Meisterwerk III"?) nie ma tu zupełnie nic ciekawego – żadnych niespodzianek, alternatywnych wersji, coverów, demówek, czy czegokolwiek godnego uwagi z perspektywy szperacza. Wszystkie te utwory były bez problemu osiągalne, więc kto był jako tako zainteresowany, ma je już na innych wydawnictwach. Dwie pierwsze płyty prezentują się pod tym względem znacznie atrakcyjniej. Plus części trzeciej widzę tylko w fakcie, że postarano się o maksymalną przekrojowość tej zbieraniny – zamieszczono tu bowiem zarówno numery z longplejów, epek jak i eksperymentu o tytule "Evinta". Niewielka to jednak pociecha, skoro przynajmniej połowa tych utworów w ogóle nie podnosi ciśnienia. Po stokroć odradzam nawet napaleńcom.


ocena: -
demo
oficjalna strona: www.mydyingbride.net

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

15 kwietnia 2017

Anthem – Praeposterum [2016]

Anthem - Praeposterum recenzja okładka review coverBezpretensjonalny death metalowy atak – w przypadku "Praeposterum" to powinno wystarczyć za całą recenzję. Tu naprawdę nie ma sensu dodawać czegokolwiek więcej, bo już po okładce wiadomo, o co chodzi. Nooo, chyba że ktoś nie miał dotąd styczności z twórczością Anthem. Poznańskie komando reprezentuje przepięknie konserwatywne podejście do gatunku – ma być szybko, brutalnie i diabelsko. Te trzy punkty mamy odhaczone już w pierwszym kawałku, i chociaż na blasty trzeba czekać aż 9 sekund, to napierduchy w nim nie brakuje. Dalej to już praktycznie samo konkretne napierdalanie z jednym drobnym urozmaiceniem w postaci instrumentalnego (i krótkiego) '666', w który wciśnięto odrobinę melodii i klimatu. Anthem trzymają się formuły zapoczątkowanej na "Phosphorus", delikatnie ją tylko korygując (nie mylić z kombinowaniem!), toteż album jest bardziej zwarty i dopracowany, a przez to również bardziej rajcowny od poprzednika. Wszystko, co mogło się podobać na debiucie, teraz jest jeszcze lepsze, a to, co drażniło – poprawiono. Dotyczy to przede wszystkim brzmienia, które zyskało odpowiednią moc, jest przyjemnie mięsiste i wreszcie charakterem w pełni pasuje do muzyki. Nie bez znaczenia jest także fakt, że na "Praeposterum" słychać nie tylko intensywne grzańsko, ale i duże zaangażowanie zespołu, które sprawia, że "Praeposterum" odbiera się niezwykle pozytywnie – jako płytę powstałą z czystej death metalowej pasji, nie zaś pod presją albo z obowiązku. Ponadto na plus zaliczam całkiem udane zakamuflowanie wpływów Deicide i Morbid Angel, które na debiucie co chwilę rzucały się w uszy. Teraz mamy do czynienia z zespołem naprawdę grającym swoje. W każdym z dziesięciu utworów znajdujemy dowody na to, że przez dwa lata dzielące oba albumy Anthem zyskał sporo doświadczenia oraz rozwinął się technicznie i kompozytorsko. Wzrost umiejętności zespołu nie przełożył się jednak (czytać: na szczęście) na chęć zabłyśnięcia jakimiś sztuczkami czy uwspółcześnienie formy – jedynie w 'Liber al ve Legis' pojawiają się cięcia gitar, które na tle wcześniejszych kawałków można od biedy nazwać czymś nowoczesnym. Podsumowując, drugi longplej Poznaniaków to materiał z dużym potencjałem, który powinien się doskonale sprawdzać na scenicznych deskach.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/anthemdeathmetal
Udostępnij:

3 kwietnia 2017

Gorguts – Pleiades’ Dust [2016]

Gorguts - Pleiades’ Dust recenzja okładka review coverKiedy zespół pokroju Gorguts bierze się za coś w swoim mniemaniu eksperymentalnego, to można się spodziewać dosłownie wszystkiego. Luc Lemay wymyślił sobie epkę o akademii-bibliotece, Domu Mądrości, która istniała od IX do XIII wieku w Bagdadzie. Hmm... Epkę z jednym utworem. Hmmmm... Utworem trwającym 33 minuty. Hmmmmmm... Już na samą myśl o takim kolosie w stylu Gorguts serce zaczyna szybciej pracować, a mózgowinie grozi przegrzanie. Czym jest jednak perspektywa apopleksji wobec palącej potrzeby sprawdzenia wytworu zwichrowanej wyobraźni Kanadyjczyka! Już po kilku taktach "Pleiades’ Dust" staje się jasne, że dla tego materiału warto poświęcić nieco zdrowia. I czasu. Wbrew pozorom nie mamy tu wcale do czynienia z "Colored Sands" w pigułce, a czymś zdecydowanie bardziej przestrzennym, nastawionym na nieco inny klimat, nieprzewidywalne zwroty i duże kontrasty. Mamy tu zatem chaotyczne, zbudowane na blastach wybuchy technicznej brutalności (duże brawa za rozmach dla znanego z Martyr Patrice’a Hamelin’a), typowo gorgutsowskie pokręcone jak diabli partie w wolnych tempach, kosmiczne odjazdy przywodzące na myśl Mastodon z "Crack The Skye", jak i momenty niemal ambientowe – wyciszone, oszczędne i dziwnie niepokojące. Zróżnicowanie poszczególnych części utworu jest zatem ogromne, więc żaden wymagający słuchacz nie powinien narzekać na nudę i banalne podejście do tematu. Warto przy tym zaznaczyć, że muzycy Gorguts wykazali się odpowiednim wyczuciem przy komponowaniu tego materiału, dzięki czemu "Pleiades’ Dust" zaskakuje, intryguje i bardzo udanie wciąga słuchacza w swoje coraz głębsze i bardziej popieprzone warstwy. Utwór, mimo iż długi i szalenie pokomplikowany w warstwie instrumentalnej, ma zaskakująco czytelną strukturę i nie wkurwia nieskoordynowanymi przeskokami z jednej skrajności w drugą – podzielono go bowiem na siedem części (rozdziałów), które łatwo wyodrębnić nawet bez posiłkowania się wkładką. Zamiast jednak rozkminiać wirtualną tracklistę lepiej skupić się na tych wszystkich przepływających pod powierzchnią schizolskich dźwiękach, a jest ich bez liku, bo każdy z muzyków dołożył sporo od siebie. Jakby tego było mało, okładkę "Pleiades’ Dust" zdobi bodaj najlepsza praca Zbigniewa M. Bielaka. Takim "zapchajdziurom" mówię zdecydowane tak!


ocena: -
demo
oficjalna strona: www.gorguts.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

26 lutego 2017

Omnihility – Dominion Of Misery [2016]

Omnihility - Dominion Of Misery recenzja okładka review coverOmnihility to zespół, którego nie podejrzewałem o jakiekolwiek tendencje rozwojowe, a tymczasem było ich stać na to, żeby w ciągu półtora roku od premiery "Deathscapes Of The Subconscious" zrobić wyraźny krok naprzód. Zwracam więc honor, choć zaznaczam, że także tym razem nie jestem na kolanach. Niemniej jednak "Dominion Of Misery" to całkiem przyzwoity materiał, po który można sięgnąć z własnej nieprzymuszonej woli. Początek płyty to długie, wciągające i bardzo klimatyczne intro (mnie się kojarzy z My Dying Bride, ale to chyba taki pierdolec), które bez ostrzeżenia przechodzi w nowoczesną death metalową jazdę w furiackich tempach. Już dwie pierwsze sekundy 'Psychotic Annihilation' dają jasno do zrozumienia, że Amerykanie chcą popylać jak Origin w swoich najlepszych latach, a może nawet jeszcze bardziej ekstremalnie – jak Desecravity. Cel ambitny, ciekawe tylko, czy muzykom wystarczy determinacji, by go zrealizować? W nowych utworach Omnihility słychać przede wszystkim znaczną poprawę umiejętności oraz większą świadomość obranego kierunku, dlatego są dużo szybsze, sprawniej zaaranżowane, brutalniejsze i więcej w nich technicznych zawiłości. Na plus zespołowi należy zaliczyć również odczuwalną chwytliwość nowych kawałków – dzięki temu nie są tak bezbarwne jak te z poprzedniego krążka i znacznie łatwiej przez nie przebrnąć. Wszystko to sprawia, że na obecne oblicze Omnihility można spojrzeć przychylnym okiem, a na przyszłość dać im większy kredyt zaufania – zasłużyli sobie. Jednak na awans do wyższej ligi ciągle nie mają najmniejszych szans. I nie chodzi tu wcale o szczątkową oryginalność muzyki, a o coś tak prozaicznego jak realizacja studyjna. "Dominion Of Misery" brzmi zatrważająco słabo, gorzej od "Deathscapes Of The Subconscious", momentami (zwłaszcza w najszybszych partiach) nawet fatalnie, a odpowiada za to... Zack Ohren. Napisać o nim, że się nie przyłożył to eufemizm; to jego najgorsza, najbardziej płaska produkcja, jaką słyszałem w ostatnich latach. To dlatego zamieszczone we wkładce podziękowania pod jego adresem — "amazing work, critical ear, suggestions and contributions" — odbieram jako kiepski żart. Dzięki takiej fuszerce Omnihility są póki co skazani bytność w (dość) głębokim podziemiu.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Omnihility/226909030653774

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

14 lutego 2017

Gutted – Martyr Creation [2016]

Gutted - Martyr Creation recenzja okładka review coverGutted to jeden z najdłużej działających zespołów na węgierskiej scenie, ale na świecie poza jako taką rozpoznawalnością nazwy bohaterowie tej recki wiele dotąd nie osiągnęli. Ta sytuacja powinna się jednak wkrótce zmienić za sprawą kontraktu z hiszpańską Xtreem Music, która końcem 2016 wydała ich czwarty krążek. Dave Rotten może się poszczycić całkiem przyzwoitą dystrybucją swoich wydawnictw, więc siłą rzeczy "Martyr Creation" ma szansę trafić do szerokiego (jak na podziemie) audytorium. Bardzo bym się cieszył, gdyby tak się stało, bo dosłownie wszyscy by na tym zyskali: wytwórnia – kasę, kapela – zasłużone uznanie, a fani – kawał porządnego napierdalania. Gutted proponują słuchaczom zaledwie pół godziny muzyki (wliczając intro i outro), ale za to na naprawdę topowym europejskim poziomie – dobrym punktem odniesienia będą w tym przypadku zwłaszcza dwie pierwsze płyty Hour Of Penance. Technice Węgrów trudno cokolwiek zarzucić, bo panowie wymiatają precyzyjnie, intensywnie i z dużą swobodą – wszak bez odpowiednich umiejętności nie porywaliby się na inkorporowanie do swoich kawałków zakręconych patentów Origin, Deeds Of Flesh czy Hate Eternal. Do strony kompozytorskiej również nie można się przyczepić; aranżacjom nie brakuje płynności, poszczególne elementy ładnie się zazębiają, a współczynnik chwytliwości albumu przy jego ogólnej brutalności jest zaskakująco wysoki, toteż kawałki w typie 'Cosmos Of Humans', 'False Happiness' (ta solówka!), 'Fades Away' czy 'Hell Dwells Inside' można zapętlać do wyrzygania. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że Gutted nie poszli z duchem czasu i nie unowocześnili swojego stylu – "Martyr Creation" ani nie brzmi sterylnie ani nie straszy banalnymi melodyjkami. Ponadto na próżno tu szukać slammujących partii, prostackich breakdownów czy innych nowomodnych gówien. W tym napieprzaniu wyraźnie słychać zaangażowanie i więź z death metalową tradycją, dzięki której płyta nabrała przyjemnej i coraz rzadziej spotykanej w gatunku gwałtowności. Uwierzcie mi na słowo – takiego jebnięcia może pozazdrościć Gutted wiele bardziej znanych kapel, które z biegiem lat rozmieniły na drobne swoje główne przymioty. Wielkie brawa dla tych panów!


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/guttedhorde
Udostępnij:

8 lutego 2017

Aborted – Retrogore [2016]

Aborted - Retrogore recenzja okładka review coverAborted jaki jest, każdy widzi. Belgijskie komando od wydania "Global Flatline" i powrotu na właściwe tory już niczym specjalnie nie zaskakuje — pewnie nawet nie ma niczego takiego w planach — ale przynajmniej utrzymuje równą, a przy okazji dość wysoką formę. "Retrogore" tylko ją potwierdza. Ba, zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że to ich najlepszy, najbardziej przekonujący album od czasu "The Archaic Abattoir", choć oczywiście nie jest aż tak dobry i do historii brutalnej muzyki nie przejdzie. Miejcie przy tym na uwadze, że różnice między "Retrogore" a dwiema poprzednimi płytami nie są kolosalne, mimo iż każdą nagrano w nieco innym składzie. Wszystko kręci się wokół nowocześnie (czyli przede wszystkim czysto) wyprodukowanego, nienagannego technicznie i dość wybuchowego death metalu ze sporą — dla mnie wciąż za dużą — dawką melodii, średnio do nich pasującymi krwawymi lirykami (ten dysonans mogli zniwelować czystym napierdalaniem) i nieco już irytującymi samplami z rozmaitych filmów czy czegoś tam. Jeśli ktoś łyknął tamte krążki, to "Retrogore" też nie sprawi mu problemu ani przykrości, bo jest utrzymany w tym samym sprawdzonym stylu i ramach czasowych. Belgowie postarali się tym razem o odrobinę bardziej rozbudowane aranżacje, w poszczególnych utworach więcej się dzieje, a na mielizny zwyczajnie nie ma miejsca. Mimo to nie wszystkie kawałki zapadają w pamięć, co ma związek z tym, że zespół trzyma się wciąż tych samych schematów i niespecjalnie garnie się do ich rozwijania. Stąd też "Retrogore" od strony artystycznej bardziej zalatuje koniecznością wypełnienia zobowiązań kontraktowych i musem wyrobienia się w cyklu wydawniczym aniżeli potrzebą stworzenia czegoś ambitnego. To z kolei stanowi mocny argumentem dla przeciwników zespołu, którzy zarzucają Aborted rutynę, zatracenie się w perfekcjonizmie i wynikający z nich brak wartości "duchowych". Ja mam z tym luz, bo od tej kapeli wymagam tylko ostrej sieczki, nie zaś wydumanej ideologii i zajebiście poważnej postawy – to dlatego w przypadku "Retrogore" doceniam nie tylko jego muzyczną zawartość, ale również potraktowany z przymrużeniem oka image, który z tego wszystkiego ma najwięcej wspólnego z tytułem krążka.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.goremageddon.be

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

2 lutego 2017

The Zenith Passage – Solipsist [2016]

The Zenith Passage - Solipsist recenzja okładka review coverWielu fachowców z Zachodu upatruje w The Zenith Passage następców ponoć już pogrzebanego The Faceless i rozpływa się w zachwytach nad "Solipsist", który ich zdaniem ma być w prostej linii oczywistą kontynuacją "Autotheism". Ja, przyznam szczerze, źródła tych podniet zupełnie nie rozumiem. Po pierwsze, umknął mi moment, kiedy The Faceless stali się dużą i wpływową kapelą, której dziedzictwo (jakie by ono nie było) koniecznie trzeba kontynuować. Po drugie, w muzyce The Zenith Passage naprawdę nie ma aż tak wielu bezpośrednich nawiązań do twórczości ich bardziej znanych ziomków z Kalifornii; mamy raczej do czynienia z dość podobnym podejściem do komponowania polegającym na mieszaniu wszystkiego, co tylko wpadnie im do głów. W pełni natomiast zgadzam się co do tego, że "Solipsist" jest nad wyraz udanym debiutem. Mało tego, jest krążkiem, który wprowadza co nieco świeżego powietrza do świata technicznego i progresywnego death metalu. Amerykanie w swej wybitnie eklektycznej muzyce zespolili mnóstwo najrozmaitszych elementów — w tym mniej lub bardziej charakterystyczne dla Fallujah, Obscura, Veil Of Pnath, Cynic, Arkaik, Inanimate Existence, The Faceless — jednak uczynili to z należytym wyczuciem, którego akurat często brakowało ostatniej z wymienionych kapel. Jak zatem nietrudno zgadnąć, "Solipsist" jest materiałem chooolernie urozmaiconym, wielowymiarowym, nieszablonowym i pokręconym; trudno zliczyć, ile patentów przypada na kawałek, podobnie jak trudno je wszystkie ogarnąć, a niekiedy i przyporządkować do konkretnego stylu. Obok nowoczesnej death metalowej jazdy na wysokim poziomie znajdziemy tu m.in. czyste wokale, podniosłe chórki, symfoniczne wstawki, elektronikę, progresywne pasaże... Bywa, że większość tych składników występuje w obrębie jednego utworu – mają rozmach skurwiesyny! The Zenith Passage uniknęli przy tym pułapki przerostu formy nad treścią – "Solipsist" jest pierońsko zróżnicowany, ale i zaskakująco spójny, więc w rezultacie można go słuchać bez zgrzytania zębami, co nie oznacza, że bez pewnego wysiłku. W porównaniu choćby z debiutem First Fragment, który w całości jest szalenie przyjemny w odbiorze, nad albumem The Zenith Passage trzeba się mocniej skupić, żeby wyłapać te mocniej wpadające w ucho motywy. To oczywiście nie jest żadną wadą, wszak mówimy o technicznym death metalu, a nie o czołowych artystach Polo TV. Produkcja "Solipsist" nie budzi większych zastrzeżeń i jest dobrze dopasowana do stylu zespołu, choć jak w przypadku muzyki, nie należy do najoryginalniejszych – wyraźnie słychać tu rękę i nawyki Zacka Ohrena. Komu to jednak nie przeszkadza i ma pojemną głowę, ten pewnie nie raz wróci do debiutu Amerykanów.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/TheZenithPassage

podobne płyty:


Udostępnij:

27 stycznia 2017

Obscenity – Retaliation [2016]

Obscenity - Retaliation recenzja okładka review coverByłem święcie przekonany — choć tak naprawdę nie wiem, na jakiej podstawie — że Obscenity już od dawna zżerają robaki. Okazuje się jednak, że zespół trzyma się całkiem dzielnie, mimo iż ciągle nie donosi znaczących/dostrzegalnych sukcesów. I chociaż "Retaliation" niczego w karierze Niemców już nie zmieni, potwierdza ich mocną pozycję na death metalowej mapie Europy. Oczywiście mam tu na myśli poziom drugiej ligi, ponad którą Obscenity nigdy nie mieli szczęścia awansować. Na plus trzeba im zapisać, że swoją postawą i wytrwałością osiągnęli status bardzo solidnej, odpornej na trendy firmy, na której fan brutalnej sieczki zawsze może polegać. Tak jest i tym razem. "Retaliation" to kawał porządnego death metalu w stylu, do którego niemieccy weterani już nas przyzwyczaili – po prostu klasyka w ich wykonaniu. Muzyka jest zatem nienagannie zagrana i wyprodukowana, choć pozbawiona finezyjnych rozwiązań (no, może z wyjątkiem niektórych solówek) i zadziwiających zwrotów akcji. Obscenity pozostają wierni tradycji i sprawdzonym patentom, toteż "Retaliation" właściwie nijak ma się do tego, co wyczyniają współczesne kapele. Progresja, technika z kosmosu i symfoniczny rozmach? To pojęcia raczej nieznane tym Niemcom. Mam nawet wątpliwości, czy oni w ogóle wiedzą o istnieniu innych gitar niż sześciostrunowe... Stąd też łatwo oskarżyć Obscenity o wtórność, przewidywalność i kompletny brak rozwoju, co przy dziewiątym albumie studyjnym może już być kłopotliwe dla wymagającego odbiorcy. Nie będę wam wciskał, że nie ma w tym odrobiny racji, ale jestem przekonany, że zarówno zespół jak i jego najwytrwalsi fani takie zarzuty mają głęboko w dupach. Tu chodzi o porządny, nieskażony obcymi wpływami death metal, w którym wszystko — czyli w skrócie konkretna dawka brutalności — jest na swoim miejscu. Szczerość przekazu rekompensuje tu brak zaskakujących rozwiązań – jeśli dla kogoś to za mało, uciech może szukać na płytach Allegaeon.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Obscenity.Official
Udostępnij:

21 stycznia 2017

Mercyless – Pathetic Divinity [2016]

Mercyless - Pathetic Divinity recenzja okładka review coverPrzy okazji wydanego w 2013 roku "Unholy Black Splendor" wielu fanów klasycznego death metalu zachodziło w głowę, czy powrót Mercyless to tylko jednorazowy wybryk z opcją szybkiego zarobku czy też może coś poważniejszego, dającego nadzieje na jeszcze więcej klasowej muzyki. Po premierze "Pathetic Divinity" wszystko stało się jasne. Wiecznie niedoceniani Francuzi przyjebali z grubej rury, potwierdzając tym samym bardzo wysoką formę i całkowite oderwanie od współczesnych trendów. Co ciekawe, w ich przypadku powrót do korzeni oznacza ogólnie powrót do korzeni gatunku, nie zaś tylko do własnych, czyli bezpośrednio do klimatów "Abject Offerings" i "Coloured Funeral". Nie żeby mi to w jakikolwiek sposób przeszkadzało, co to to nie – w takim obskurnym i wulgarnym graniu Mercyless wypadają nad wyraz (zadziwiająco?) wiarygodnie. Nic złego jednak by się nie stało, gdyby Francuzi dorzucili trochę nieszablonowych pomysłów i technicznych zawiasów na poziomie wspomnianych już płyt. Tymczasem ponadprzeciętne umiejętności muzyków dają o sobie znać tylko w zagranych z wyczuciem — i trzeba dodać, że bardzo udanych — solówkach. Zawsze to coś. Pozbawiony lukru "Pathetic Divinity" to podręcznikowy przykład na to, jak w XXI wieku być kompletnie nie na czasie: mocno zanieczyszczone brzmienie, obleśny wokal, przestarzałe struktury i prosty antychrześcijański przekaz. Do mnie przemawia to z ogromną łatwością! Tym bardziej, że mamy tu prawdziwe zatrzęsienie super chwytliwych riffów w najlepszej europejskiej tradycji Pestilence, Bolt Thrower czy Grave oraz bezecnych refrenów (choćby w 'My Name Is Legion' czy 'Left to Rot'), które podłapuje się już przy pierwszym przesłuchaniu. Ponadto "Pathetic Divinity" imponuje dużym zróżnicowaniem tempa i przede wszystkim zajebistą motoryką, dzięki której głowa nie przestaje się kiwać przez bite 31 minut (tylko tyle zostaje po okrojeniu z intra i outra). Zgaduję w ciemno, że te kawałki muszą się doskonale sprawdzać na żywo. Dla najbardziej czujnych fanów Mercyless Kaotoxin, tradycyjnie już dla siebie, przygotował niezłą niespodziankę – do pierwszego nakładu dorzucono bowiem bonusowy dysk z trzema kawałkami ze splitu "Blast From The Past". Ponoć jest to wynik błędu w produkcji (na odwrocie digisleeve’a uwzględniono te utwory w trackliście), ale mnie to akurat pasuje, bo dzięki temu zachowano spójność nowego materiału. Z dodatkiem czy bez, za "Pathetic Divinity" warto się rozejrzeć, bo to najlepszy oldskulowy ochłap, jaki wyszedł w 2016 roku.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/mercylesscult

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

15 stycznia 2017

Christ Agony – Legacy [2016]

Christ Agony - Legacy recenzja okładka review coverJeśli wydawca sam ładuje na front płyty naklejkę z tekstem "powrót do wysokiej formy", to wiedz, że coś się dzieje! A dzieje się źle. Niestety, "Legacy" nie jest ani kolejnym bardzo dobrym krążkiem Christ Agony, ani — jak niektórzy sugerują — nawiązaniem do najlepszych tradycji Trylogii, ani też materiałem wnoszącym cokolwiek nowego do dorobku grupy. Muzyka z tej przydługiej (nie przydługiej, tylko nudnawej – jak sam siebie poprawiam) płyty w zasadzie w niczym nie odbiega od tej znanej z "Nocturn" (weźcie pod uwagę, iż dzieli je pięć długich lat), może z wyjątkiem tego, że więcej w niej jednoznacznych odniesień do "Darkside", bo tak ogólnie jest jeszcze bardziej schematyczna, przewidywalna i odtwórcza. Wałkowanie w kółko tych samych oklepanych motywów znudzi się w końcu każdemu, więc i ja powoli zaczynam wymiękać, słysząc po raz kolejny cięcia gitar a’la 'Diaboli Necronasti' czy 'Devilish Sad'. To było rajcowne jeszcze kilkanaście lat temu, ale od tamtego czasu te (zbyt) mocno eksploatowane patenty po prostu się zestarzały, straciły dawną magię i nieprzyjemnie drażnią ucho. Co z tego, że w każdym utworze trafiają udane i ciekawe riffy (czasem nawet więcej niż jeden), skoro reszta balansuje na granicy autoplagiatu i rodzi uzasadnione pytania o sens nagrywania czegoś takiego. Wszechobecna monotonia wynika także z tego, że Ceza ponownie źle dobrał perkusistę – Daray, podobnie jak Inferno, nie za bardzo odnajduje się w wolnym graniu i całą jego ideę sprowadza do klepania prostych i niezbyt urozmaiconych rytmów. A wystarczyło tylko uważnie posłuchać debiutu Union... Konfrontując "Legacy" z moją listą uwag i zażaleń zawartych w recce "Black Blood", na plus jestem w stanie odnotować jedynie nieznaczną, naprawdę minimalną poprawę brzmienia, bo skład pozostał dwuosobowy (w dodatku studyjny), 'Black Blood Ov The Universe' i 'Coronation' powtórzono z tejże epki, a o nowalijkach i wartości artystycznej wspomniałem już wyżej. Jedynym zaskakującym elementem na "Legacy" jest tajemniczy utwór numer osiem (zalatuje "Darkside" na kilometr), i to tylko dlatego, że nie uwzględniono go nawet na okładce (a propos oprawy graficznej – Gustave Doré w grobie się przewraca, znowu...). Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek chciał jak najszybciej odfajkować płytę z muzyką Cezara, tym razem było niestety inaczej. Coś mi się wydaje, że czasy, kiedy w ciemno kupowałem każde wydawnictwo z logo Christ Agony, powoli się kończą.


ocena: 6/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ChristAgony

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

9 stycznia 2017

Murder Made God – Enslaved [2016]

Murder Made God - Enslaved recenzja okładka review coverDebiutancki album Murder Made God spotkał się z dość chłodnym przyjęciem, toteż nic dziwnego, że przy okazji prac nad kolejnym materiałem Grecy byli już bardziej czujni i pilnowali się, by nie powtarzać tych samych błędów. Wysiłek zdecydowanie się opłacił, bo "Enslaved" jest materiałem dużo lepszym od poprzednika, mimo iż utrzymanym w tym samym stylu. Takim krążkiem panowie na pewno poprawią swoje notowania u fanów szybkiego i stosunkowo brutalnego death metalu, choć nie jestem przekonany, że trafią do tych, na których akurat najbardziej im zależy. Coś mi bowiem podpowiada, że Murder Made God najchętniej widzieliby się w towarzystwie takich kapel jak Origin, Brain Drill, Unfathomable Ruination czy Abnormality — czyli technicznych rzeźników — jednak ich muzyka, po rozłożeniu na czynniki pierwsze, budzi nieco inne skojarzenia. Mnie w czasie lektury "Enslaved" przed oczami stają przede wszystkim dwie nazwy: Mass Infection oraz Man Must Die. Pierwsza ma związek z wysuniętą do przodu perkusją i tempami osiąganymi przez Tolisa. Album jest szybki, momentami nawet bardzo szybki — i ta intensywność oczywiście może się podobać — jednak pod względem dynamiki plasuje się przynajmniej poziom niżej niż ostatnie płyty ich rodaków. Mimo wszystko perkman ma potencjał i może się w przyszłości fajnie rozwinąć. Ze Szkotami bohaterów recenzji łączy natomiast nadspodziewanie duża melodyjność, podobny schemat konstruowania riffów oraz fakt, że obie kapele starają się sprawiać wrażenie bardziej ekstremalnych niż są w rzeczywistości. Aby zyskać na upragnionej wyziewności, Grecy powinni na początek pozbyć się wszystkich cuchnących deathcore’m naleciałości – powtarzalnych breakdownów i prostych rwanych riffów, bo to środki prowadzące donikąd. Jest jeszcze jedna kwestia, która oddala Murder Made God od Origin i pochodnych – nie są aż tak techniczni, jak im się wydaje. Niemniej jednak nawet bez instrumentalnej ekwilibrystyki "Enslaved" jest albumem mocnym i treściwym, a przy okazji dostatecznie lekkim w odbiorze, żeby raz na jakiś czas użyć go do wybudzania sąsiadów z poobiedniej drzemki.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/mmgofficial

podobne płyty:

Udostępnij:

3 stycznia 2017

Carnophage – Monument [2016]

Carnophage - Monument recenzja okładka review coverJak na moje ucho, Carnophage trafili pod skrzydła Unique Leader tylko i wyłącznie na zasadzie egzotycznej ciekawostki, bo debiutancki "Deformed Future//Genetic Nightmare" nie zawierał niczego, co mogłoby w jakikolwiek sposób wyróżniać ten zespół na tle innych. Ot, płyta jakich wiele – poprawnie zagrany hałas w amerykańskim stylu. Po ośmiu latach przerwy tureckie komando uderzyło po raz drugi z albumem buńczucznie zatytułowanym "Monument". Sprawdziłem go dla zasady... i zostałem wgnieciony w podłoże! Takiego skoku jakościowego absolutnie się po nich nie spodziewałem, nie podejrzewałem ich także o tak imponujące umiejętności. Panowie odczuwalnie poprawili brzmienie i technikę, ale przede wszystkim nabrali świadomości tego, co chcą grać i rozwinęli się w zajebiście dla nich odpowiednim kierunku. "Monument" to mocno zakręcona nowoczesna deah metalowa jazda, która właściwie daje zespołowi miejsce w czołówce takiego grania. Fani Odious Mortem, Posthumous Blasphemer, Severed Savior czy Deeds Of Flesh już powinni sięgać do portfela, bo kasa wydana na ten krążek na pewno nie będzie się nikomu śniła po nocach. Carnophage prezentują tutaj poziom wyżej wymienionych kapel — więc ogólnie wiadomo, czego można po nich oczekiwać — a przy okazji starają się dodać coś od siebie, co zapewni im trochę oryginalności. Tym czymś, jak mi się wydaje, jest śmielsze inkorporowanie wolniejszych i bardziej melodyjnych partii. Żaden to slam, żadne pitu-pitu – Carnophage po prostu nie pędzą na złamanie karku przez całą płytę, tylko zostawiają między dźwiękami odrobinę powietrza, przygotowując tym samym słuchacza na kolejny zmasowany atak. Nie doszukiwałbym się w tym na siłę klimatu, ale dzięki takim zabiegom "Monument" brzmi świeżo i dynamicznie, nie zatracając przy tym naturalnej brutalności. Turcy osiągnęli już taki pułap zajebistości, że nie muszą nikomu udowadniać na co ich stać, więc skupiają się na egoistycznym graniu tego, na co mają ochotę. A że jest to wysokiej klasy techniczny death metal, to nie ma co narzekać. Mnie w każdym razie kupili bez trudu.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/CARNOPHAGE/9765924066

podobne płyty:

Udostępnij:

28 grudnia 2016

Dormant Ordeal – We Had It Coming [2016]

Dormant Ordeal - We Had It Coming recenzja okładka review coverDormant Ordeal zaliczyli bardzo udany start; odzew na debiutancki album był — przynajmniej patrząc z boku — co najmniej dobry, więc można było się spodziewać, że wkrótce żądne łakomego kąska wytwórnie zaczną się do nich ustawiać w dłuuugiej kolejce. A tu dupa, minęło kilka lat i również drugą płytę zespół musiał wydać samodzielnie. Tak właśnie wygląda dobra zmiana, o której trąbią narodowe media... Syfność sytuacji polega na tym, że "We Had It Coming" to krążek, który przy odpowiednim zapleczu mógłby wbić się klinem między rozmaite przereklamowane szity i trochę namieszać na lokalnej scenie. Skończy się jednak na tym, że mało kto w ogóle będzie wiedział o jego istnieniu. Ci nieliczni (obym się mylił co do ilości), którzy odrobinę się wysilą i położą łapy na digipaku, dostaną materiał odczuwalnie lepszy od "It Rains, It Pours": dojrzalszy, rozsądnie zawężony stylistycznie i bardziej wymagający. Dormant Ordeal strząsnęli z siebie większą część dawnych wpływów (aczkolwiek ciągle mocno słychać Immolation w gitarach i reaktywowany Decapitated w rytmice) i wyraźnie idą w kierunku nowoczesnego klimatycznego i technicznego przy okazji death metalu, którego najlepszym reprezentantem jest obecnie Ulcerate. U nas podobne rejony penetruje chyba tylko Embrional, choć — żeby nie było niedomówień — do celu podążają nieco inną drogą. W każdym razie muzyka na "We Had It Coming" w stosunku do debiutu zyskała na oryginalności, stała się bardziej zwarta, intensywna, a miejscami nawet zaskakująca. Rozwój słychać szczególnie w podejściu do aranżacji – stały się mniej szablonowe i oczywiste; zespół coraz śmielej miesza motywy w obrębie jednego utworu, bardzo przyjemnie zagęszcza klimat i tworzy nieco przytłaczającą, duszną atmosferę. Mnie szczególnie rozpieprza końcówka 'Derangement Zone, Pt. 1' – od takich riffów włosy na karku się jeżą, coś wspaniałego! Dormant Ordeal z biegiem lat poprawili technikę i grają coraz lepiej, jednak nie grają coraz więcej. Stąd też na "We Had It Coming" nie znajdziecie efektownych sztuczek i patentów pokomplikowanych ponad ludzkie możliwości. Ta płyta to świadomie stworzony, wewnętrznie spójny monolit, który takich ozdobników w ogóle nie potrzebuje. Niektórzy chyba tego nie zauważają i na siłę podciągają zawartość albumu pod bliżej niesprecyzowaną awangardę. Na to jest stanowczo za wcześnie, bo kapela ciągle nogą postawną (i elementami powiewającymi) twardo stoi w tradycyjnym death metalu. Czy to kiedyś im się znudzi? Czas pokaże. Póki co bardzo dobrze radzą sobie w ramach gatunku ze śmiercią w nazwie.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/dormant.ordeal

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

25 grudnia 2016

Blasphemer – Ritual Theophagy [2016]

Blasphemer - Ritual Theophagy recenzja okładka review coverNigdy nie miałem styczności z debiutem Blasphemer, wiec nie wiem, co początkowo sobą prezentowali, ale wydana 6 lat temu króciutka epka "Devouring Deception" była już czymś, co pozwoliło mi zwrócić na nich uwagę. Teraz nadszedł czas drugiego albumu, który jest materiałem dojrzalszym i jeszcze ciekawszym. Włosi wprawdzie nie grają niczego, czego byśmy już nie słyszeli z Półwyspu Apenińskiego, wyróżniają się za to większym zaangażowaniem ideologicznym. "Ritual Theophagy" to brutalny i dość techniczny death metal — który niedaleko pada od Septycal Gorge czy Inherit Disease — z pozytywnym antychrześcijańskim przesłaniem na poziomie wczesnego Deicide. W końcu nazwa do czegoś zobowiązuje! Miła to odmiana po tych wszystkich gore’owych historyjkach albo pseudofilozoficznym bełkocie, który nic nie wnosi. Żeby nie było nieporozumień, mało finezyjna poezja Blasphemer też nie wnosi, ale znacznie lepiej nadaje się do śpiewania pod prysznicem, czego doskonały przykład mamy w pierwszym z brzegu 'Suicide For Satan'. Diabelskość krążka pogłębia okładka, liczne sample (w tym kilka straaaszliwie oklepanych – vide z "Omena") oraz kawałek tytułowy utrzymany w klimacie depresyjnego (czy jakoś tak) blacku, który umieszczono na końcu. Panowie dopierdalają nad wyraz sprawnie i intensywnie, łącząc fanatyczną dzikość z uporządkowanymi strukturami. Co ciekawe, jest to jedna z niewielu włoskich death’owych kapel, w których nie gra Davide Billia. To znaczy, jeszcze nie gra. Za partie perkusji na "Ritual Theophagy" odpowiada inny mistrz – Darren Cesca, który zgodził się gościnnie nieco pokombinować za zestawem. O jego umiejętnościach pisałem już nie raz, więc tylko dla przyzwoitości zaznaczę, że odwalił kawał dobrej roboty na swoim zwyczajowym poziomie. Regularny skład Blasphemer stara się dotrzymywać mu kroku, a wychodzi im to co najmniej nieźle; na tyle, że płyty można słuchać raz za razem. Sprzyja temu także długość krążka – 28 minut. Brzmienie "Ritual Theophagy" to najwyżej średnia półka; brakuje mu nieco dołów, choć jeśli chodzi o selektywność, to wszystko jest w najlepszym porządku... i mocno kojarzy się z 'dwójką' wspomnianego już Inherit Disease. Ogólnie mamy tu całkiem solidny kawałek podziemnego death metalu w bezbożnej otoczce.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/blasphemerbrutal/

podobne płyty:

Udostępnij:

22 grudnia 2016

Entombed A.D. – Dead Dawn [2016]

Entombed A.D. - Dead Dawn recenzja okładka review coverNie ukrywam, że wszelkie zajawki poprzedzające "Dead Dawn" brzmiały bardzo obiecująco i narobiły mi na ten album sporego apetytu. Do tego stopnia, że zaraz po premierze pędziłem do sklepu jak pojebany. A w domu: płyta w odtwarzaczu, poślady napięte, zespół rusza z kopyta i... jest fajnie. Nooo, takiego Entombed (A.D.) można słuchać, po prostu klasyka zafajdanego punkiem death metalu. Problem pojawił się, gdy po jakimś czasie "Dead Dawn" powędrowała na półkę. Całkowicie o tym materiale zapomniałem; po kilkudziesięciu przesłuchaniach zupełnie nic mi z niego w głowie nie zostało. Pustka jak na indywidualnych kontach w ZUSie. Niewiele brakowało, a kupiłbym ten album jeszcze raz. I to w nieskalanym wątpliwościami przekonaniu, że jeszcze nie miałem z nim styczności... W ten sposób chciałbym wam zakomunikować główną wadę "Dead Dawn" – płyta jest fajna, żwawa, rzetelna i chwytliwa (momentami nawet bardzo – vide 'Silent Assassin'), ale tylko wtedy, kiedy się jej słucha. Chwila przerwy i człowiek w ogóle nie wie, co o niej konkretnego powiedzieć, oprócz tego, że jest całkowicie w stylu Entombed (A.D.). Różnic w porównaniu z "Back To The Front" nie ma tu zbyt wielu, choć wskazać można przede wszystkim te na plus – mocniejsze brzmienie, znośniejszą objętość (41 minut) i dość dużą spójność. Cała reszta to — zgodnie ze zdrowym rozsądkiem i przewidywaniami — kontynuacja poprzednika z lekkimi tylko zmianami w aranżacjach i częstszymi solówkami. Niby oczywista oczywistość, a jednak niektórzy z niewiadomych względów oczekiwali powrotu do stylistyki "Clandestine". Tymczasem Entombed A.D. wielkich zmian ani gwałtownych ruchów w obrębie swojego poletka nie przewidują. I tu pojawia się drugi problem, który być może nie jest problemem dla wszystkich. Zespół na dobre stanął w miejscu. Szwedzi konsekwentnie dostarczają nam tylko to, co już doskonale znamy i mamy na innych płytach. Bardziej twórczo do entombedowskich wzorców podchodzą choćby weterani z Nominon albo Sorcery, nie mówiąc już o młodych gniewnych z Horrendous, Morbus Chron, Revel In Flesh czy Corrosive Carcass, którzy (z naciskiem na dwie pierwsze nazwy) mieli dość odwagi, żeby zrobić kilka kroków naprzód. "Dead Dawn" można kupić, można posłuchać, ale bodźców do podniety lepiej poszukać gdzie indziej.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/EntombedAD

podobne płyty:


Udostępnij:

16 grudnia 2016

Gojira – Magma [2016]

Gojira - Magma recenzja okładka review coverDziwna to płyta. Dziwna, ale ciekawa i w ogólnym rozrachunku lepsza od poprzedniej, mimo iż praktycznie pozbawiona ekstremalnych elementów. Po czterech latach przerwy Francuzi powracają odmienieni – nie tylko muzycznie, ale może przede wszystkim mentalnie. To słychać od pierwszego kawałka, bo trudno go nazwać żywiołowym, a jego nastrój wesołym. I choć później zdarza się, że zespół nieco mocniej uderzy w struny, to "Magma" ani na chwilę nie traci refleksyjnego i raczej smutnego charakteru. Zmiana tematyki i bardziej uduchowione teksty nie powinny dziwić w kontekście tego, co ostatnio spotkało braci Duplantier, a o czym przeczytacie w każdej innej recce. W samej muzyce również sporo się pozmieniało, choć nie na tyle, żeby miało to jakikolwiek wpływ na rozpoznawalność zespołu, bo zarówno brzmienie (odczuwalnie lżejsze niż ostatnio) i wokale Joe są dla nich szalenie charakterystyczne. W miejsce starych i już zbyt często wykorzystywanych schematów pojawiły się mniejsze lub większe eksperymenty i próby wykreowania czegoś nowego. I chociaż muzykom Gojira nie wszystko wyszło tip-top, "Magma" może się spodobać, szczególnie miłośnikom tej łagodniejszej, klimatycznej strony zespołu. Szkoda tylko, że album jest bardzo nierówny. 'Stranded', 'Silvera', 'Pray', 'Low Lands', 'Magma' i 'Only Pain' to utwory wspaniałe, pomysłowe, kapitalnie skomponowane i bez reszty wciągające; niektóre ocierają się nawet o geniusz. Gojira w takim wydaniu zachwyca i przeciera nowe szlaki, a jakby tego było mało – błyskawicznie wpada w ucho. Chwytliwość 'Silvera', 'Only Pain', 'Stranded' czy 'Low Lands' (druga część ma bujnięcie prawie jak 'Flying Whales') budzi podziw także dlatego, że osiągnięto ją odwołując się do klimatu i pokręconych riffów, nie zaś pospolitych melodyjek. Oprócz tego szalenie mocnego zestawu mamy też dwa kawałki, które są tylko dobre i na łopatki w żadnym wypadku nie kładą. Może akurat w nich schematów jest za dużo. Najwięcej zastrzeżeń mam jednak do instrumentalnych 'Yellow Stone' i 'Liberation', które z perspektywy słuchacza są zupełnie niepotrzebne, nie wnoszą nic konkretnego. Zwłaszcza ten drugi, będący nijakim i przydługim outrem, jest potrzebny jak świni dezodorant w kulce. Na szczęście siła tych najlepszych numerów jest na tyle duża, że potrafią zniwelować negatywne odczucia wywołane przez wspomniane wypadki przy pracy. Realizacja płyty to oczywiście najwyższa światowa półka, niczego nie pozostawiono przypadkowi i dlatego "Magma" — w konsekwencji zmian w muzyce — nie brzmi tak chłodno i mechanicznie jak poprzednie krążki. Tym razem nacisk położono na czynnik ludzki, więc dźwięk jest cieplejszy i łagodniejszy, co — jak myślę — pozytywnie wpłynęło na odbiór zespołu. Pozostaje tylko pytanie, w którym kierunku pójdzie teraz Gojira – czy wrócą do brutalniejszych brzmień, czy dadzą się ponieść eksperymentom na polu stonowanej muzyki?


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.gojira-music.com

inne płyty tego wykonawcy:










Udostępnij: