Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czechy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czechy. Pokaż wszystkie posty

1 maja 2016

Fleshless – Hate Is Born [2008]

Fleshless - Hate Is Born recenzja okładka review coverMam co najwyżej średnie rozeznanie w dokonaniach Fleshless, ale liznąłem ich już na tyle, żebym mógł bez wahania napisać, że z ich obfitej dyskografii (a raczej tego, co już zasłyszałem) to właśnie "Hate Is Born" trafia do mnie najbardziej, chociaż może akurat dla Czechów nie jest jakoś wyjątkowo reprezentatywnym materiałem. Opisywana płyta to dziesięć (plus intro) niezbyt spójnych wewnętrznie kawałków, w których pomysły na zestawienie z sobą poszczególnych elementów ocierają się nieraz o absurd, a rozmaite rozwiązania kompozycyjne w swej skrajności zwyczajnie nie trzymają się kupy. Paradoksalnie, jako całość "Hate Is Born", te numery spisują się naprawdę nieźle i — jak mi się zdaje — mają niemały potencjał koncertowy, bo trochę kopią, a chwytliwości im nie brakuje. Na monotonię w każdym razie nie można narzekać. Na brzmienie i wykonanie też nie, bo w tych punktach kolesie amatorki nie odstawiają. Znaki zapytania pojawiają się dopiero na poziomie ambicji zespołu oraz idei stojącej za muzyką. Fleshless próbują na "Hate Is Born" dokonać niemożliwego, czyli sprawnie połączyć błyskotliwą technikę Dying Fetus z prostą łupanką w typie Six Feet Under, a brutalność Cryptopsy ze szwedzkimi melodyjkami jak z najgorszej płyty Hypocrisy. Karkołomność tych starań (dodajmy, że nieporadnych) bywa zabawna, może nawet i pocieszna, ale nie na tyle, by wkurwiać. Muzycy porwali się na coś, co ich ewidentnie przerosło, ale mimo wszystko w jakiś dziwny sposób wzbudzają sympatię u słuchacza – cuś jak Krecik. Ja wiem, że brutalni deathmetalowcy powinni wywoływać nieco inne odczucia, ale co poradzić. Przynajmniej nie są tak żenujący, jak religijni emo-blackowcy, których u nas nie brakuje. No i opanowali instrumenty na całkiem przyzwoitym poziomie.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Fleshless-Official/320589007961874
Udostępnij:

5 września 2014

Appalling Spawn – Freedom, Hope & Fury [1998]

Appalling Spawn - Freedom, Hope & Fury recenzja okładka review coverSkoro ostatnio jesteśmy w nieco cięższych klimatach, pozwolę sobie przedstawić wam czeską kapelę o wdzięcznej nazwie Appalling Spawn i jej pierwszy długograj "Freedom, Hope & Fury". Nieco ponad pół godziny porażającej nerwy sieczki w najlepszym stylu powinno zainteresować miłośników Cryptopsy, Gorguts oraz Demilich, choć nie zawiodą się także ci, którzy zwykle stronią a takich klimatów. Appalling Spawn nagrał bowiem krążek ciężki, maltretujący kichy niczym porządny kebab, a jednocześnie przemyślany, wielowymiarowy i ciekawy technicznie. Kilka lat temu opisałem na blogu (jedyne dotychczas) fenomenalne dzieło formacji Lykathea Aflame, której Appalling Spawn jest bezpośrednim poprzednikiem, a co za tym idzie – wiele elementów tworzących niepowtarzalny styl LA, ma swoje źródło właśnie w muzyce AS. Choć chronologia jest przy tym opisie odwrotna, jest w tym pewien sens, albowiem AS jest jeszcze bardziej undergroundowy i nieznany niż, nie tak przecież znowu popularna, Lykathea. O ile jednak ta ostatnia kapela poszła na całość i eksperymentowała ze wszystkim, z czym się tylko dało, o tyle AS jest znacznie bardziej czysty gatunkowo i bezkompromisowy, co nie oznacza jednak, że prosty i głupi. Co to, to nie. "Freedom, Hope & Fury" to prawdziwa uczta dla ucha, rozjebująca bębenki i gniotąca mózg, ale uczta. I przy całej swojej brutalności – melodyjna i dziwnie łagodna. Album utrzymany jest raczej w średnich tempach – bezsprzecznie jednak miażdżących, ze sporą ilością interesujących solówek i technicznych zagrywek, oprawionych nieprzesadnie czystym brzmieniem. Bezspornym atutem są tu riffy, z których kilka masakruje bez pardonu, coś jak bojownicy z Państwa Islamskiego. Jednak tym, co wyróżnia Appalling Spawn spośród podobnych projektów, są kapitalne, wyciszające słuchacza zwolnienia oraz sielankowe (hmmm…) interludia bogato okraszające każdy niemal kawałek. Jeżeli więc oczekujecie od grindu czegoś więcej niż dobywającego się z kiszek bulgotu, luźno wiszących strun i hektolitrów świńskich flaków – Appalling Spawn jest jak znalazł. Warto więc poświęcić Czechom te pół godziny, a wynagrodzą je inteligentną i brutalną sztuką z najwyższej półki.


ocena: 9/10
deaf

podobne płyty:

Udostępnij:

23 marca 2010

Draco Hypnalis – Imagination [2007]

Draco Hypnalis - Imagination recenzja okładka review coverNiech mi nikt nie mówi, że Pepiczki nie są pogrzani w dekiel. Nie ma się jednak czemu dziwić, jeśli można tam legalnie posiadać Podręczny Zestaw Poprawiający Rozluźnienie — w skrócie PZPR — czyli dragi. Choć w sumie ja nie o tym, mimo iż temat wart rozważenia, tylko o muzyce, więc koniec dygresji. Wspomniane pogrzanie skutkuje niemałą ilością niecodziennych brzmień, które w kraju knedliczkami i piwem płynącym, powstają niczym partie przed wyborami – wystarczy wspomnieć opisywane już Lykathea Aflame, Parasophisma, bohatera dzisiejszego materiału, czy choćby czekający na swoją kolej !T.O.O.H.!. W tak doborowym towarzystwie wyczyny Draco Hypnalis wydają się jednak jakby lekko oklepane. Bez specjalnego problemu można bowiem odnaleźć odniesienia do Mozarta, Nocturnusa czy Dimmu Borgir. Niektóre rozwiązania stylistyczne i aranżacje są natomiast niemal bliźniaczo (hehe) podobne do tych, zaserwowanych przez Azure Emote, którego mózgiem jest niejaki Hrubovcak – brzmi czesko, więc nie ma się czemu dziwić, no nie? 'Czeska teoria' ma się więc w najlepsze, nie ma wątpliwości. "Imagination" to przeszło godzina klimatycznego, nieco odjechanego technicznego death/blacku nagranego przez ludzi wybitnie lubiących klawisze i muzykę klasyczną. Jest tego po łupież w kłakach – klasycznych melodii, instrumentalnych interludiów, nawet całych kawałków opartych na muzyce poważnej. Ostatnie dwa tracki to instrumentalne wersje "The Ones In Shelter Know No Evil" i "The Intimate And The Severe", które jeszcze bardziej ciągną klasyką niż ich nieukryte wersje. Mozart może czuć się doceniony. A jeżeli owe klasyczne motywy połączy się z niezłymi umiejętnościami gitarzystów, growlami i blastami, wyjdzie kawałek całkiem świeżego i ciekawego materiału; bardziej niż to wynika z opisu, choćby na ich majpejsie. Podobać się może praca gitar, szczególnie częste i owocne korzystanie z klasycznych melodii i motywów, chociaż na riffy także narzekać nie można. Moje poczucie estetyki urzekła olbrzymia przestrzeń i płynąca w niej linia gitary w "The Fortune That Shall Not End In Disorder". Chłopaków można także pochwalić za dobry programming, bowiem nieobecności pałkera prawie nie czuć. Poprawnie prezentuje się też cała strona elektroniczna, przygotowana z rozmachem i oparta na niegłupim koncepcie – trochę industrialu, trochę tradycji. Tutaj wskazałbym na "The Catacombs Of Wild Passion", gdzie klawisze wypadły niesłychanie melodyjnie i bardzo 'borgirowo', a cała oprawa – industrialnie. Można powiedzieć, że każdy kawałek ma jakiś błyskotliwy fragment, czasami w postaci gitarowej solówki, kiedy indziej nastrojowej melodii bądź klasycznego motywu, albo wszystkiego naraz jak w "United By The Bearers Of Strength". Niestety, czasami to rozbudowanie odbija się czkawką, wszystkiego jest za wiele – mnogości zmian tempa, dziwnych dźwięków i zagrywek. I wszystko zaczyna nużyć do tego stopnia, że chce się płytę wywalić z odtwarzacza. Ale tylko niekiedy, bo generalnie jest w porządku.


ocena: 7,5/10
deaf
oficjalna strona: dracohypnalis.ic.cz
Udostępnij:

Parasophisma – A Variable Invariability Varied In Dependency On Variations Caused... [2007]

Parasophisma - A Variable Invariability Varied In Dependency On Variations Caused... recenzja okładka review coverCzesi z Parasophisma muszą być konkretnie jebnięci. Już na "dzień dobry" przekonuje nas o tym tytuł albumu, który w pełnej krasie brzmi: "A variable invariability varied in dependency on variations caused by the invariability of invariability remains the same when all the variations of fractals of delight have been done" (tym sposobem, nie robiąc nic, dołożyłem kilka linijek tekstu ;]). Wracając do samego tytułu warto zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Po pierwsze — co się natychmiast rzuca w oczy — długość; po drugie – treść, która sugeruje kompletny brak barier myślowych u twórców. Brakowi zahamowań wtóruje, co się dość szybko rzuca (tym razem) na uszy, konkretne zwariowanie muzyczne. Śmiało można powiedzieć, że dostajemy do rąk album eksperymentalny, który całymi garściami czerpie z jazzu, rocka, może nawet popu, a także całej masy innych podgatunków. Awangarda pełną gębą – dziwne instrumentarium (bo jak inaczej nazwać flet zaangażowany do ekstremy), niespotykane w metalu melodie, nawet radość i głupkowaty uśmiech towarzyszący słuchaniu (zdarza się) też jakoś mrokom nie przystaje. Niemniej jednak elementy charakterystyczne dla cięższych odmian metalu także daje się odnaleźć i to nawet nie tak trudno. Takie rzeczy jak growl, agresywne (jak na kapelę) riffy, czy szybkie (patrz wyżej) gary, to elementy, które każdy fan wygrzewu znać musi, a które pojawiają się na albumie i dodają kopa kombinatorstwu i eksperymentom. Wydaje się jednak, że metal jest tu podobnym źródłem inspiracji jak gatunki wspomniane wcześniej – trudno powiedzieć, by death, czy raczej doom, był dla kapeli punktem wyjścia, choć Czesi starają się o tym słuchacza dość często przekonywać. Jak im się udaje – musicie przekonać się sami. Jest tu tak wiele udziwnień, spokojnych, wręcz powolnych temp, damskich wokali, iście jazzowych rytmów, że metalowość albumu nie jest oczywista. Co nie znaczy, że nie ma jej wcale – posłuchajcie "Who Rejoices is Happy, Who Saddens Not Rejoices", "Tips and Tricks for Successful Attaining One's Goal (for Women Only)", czy ostatniego "... with Accuracy Exceeding the Possibility of Its Achieving ...", a łatwo się przekonacie, że podgonić też potrafią. Wydaje się jednak, że najlepiej się czują, gdy mogą kombinować i łamać utarte schematy. Takich kawałków jest zdecydowana większość: począwszy od pierwszego "The Contrariety of Someone’s Generally Recognized "Common Thoughts", który rozpoczyna się jazzową solówką, poprzez prawie folkowy "The vain effort of pedanties", a skończywszy na wspomnianym już "... with Accuracy Exceeding...", który, prócz kopnięcia, ma także nieliniową i połamaną strukturę. Pozostałe utwory, których wymienienie podwoiłoby długość tekstu, tylko potwierdzają takie odczucia. Fani czystości gatunkowej nie mają tu czego szukać – tu trzeba mieć szeroką tolerancję muzyczną. Warto też wspomnieć o technice sąsiadów z południa, bo jest ona niebanalna – jest to coś, co się niekiedy gubi, gdy kapela zbytnio stawia na kombinowanie. Stara się wtedy ukryć braki w umiejętnościach, udziwniając co się da. Tu jest wszystko jak należy. Gdyby jeszcze realizacja była ciut lepsza, szczególnie jeśli chodzi o dolne rejestry, które bywa, że są przesadzone. Generalnie jednak jest nieźle. Jak ktoś lubi.


ocena: 7,5/10
deaf
oficjalna strona: www.parasophisma.com
Udostępnij:

22 marca 2010

Lykathea Aflame – Elvenefris [2000]

Lykathea Aflame - Elvenefris recenzja okładka review coverW poszukiwaniu ekstremalnych doznań muzycznych zapraszam Was dzisiaj do Czech. I to nie jest żaden żart. Czeska Lykathea to jeden z najoryginalniejszych projektów, jakie miałem okazję usłyszeć. Powstały w 2000 roku album na nowo zdefiniował pojęcie brutalnej, technicznej i progresywnej muzycznej wygrzewy. Jest to muzyka dla tych, którzy uważają, że Originowi brakuje atmosfery, a Nile’owi pierdolnięcia. Krótko mówiąc – to piekielnie wybuchowa mieszanka brutalnej siły i mocy z niepowtarzalnym orientalnym klimatem. Słychać tu także pozostałości po grindowej przeszłości chłopaków – wokale potrafią wbić po jaja w ziemię. Sami więc przyznacie, że nie jest to coś, z czym macie na co dzień do czynienia. Tym bardziej, że utwory w swej strukturze zmieniają się tak szybko, jak rządy w Polsce: początkowo mamy klasyczny grind, by chwilę później posłuchać sobie instrumentalnej wstaweczki, a jeszcze za moment usłyszeć recytatorski fragment utworu. I jest to wszystko tak perfekcyjnie dograne, że rumieniec na lico wychodzi. Chciałbym wymienić kilka kawałków, które są, w mej nieskromnej opinii, lepsze od pozostałych, ale się nie da, bo wszystkie trzymają ten sam, niebotycznie wysoki, poziom. Spróbuję może jednak wskazać na te, przy których puszczają zwieracze: "Sadness and Strength" z fenomenalną melodyką i aranżacjami, "A Step Closer", "To Become Shelter and Salvation" z tytanicznymi intrami, czy choćby "On the Way Home" z pojawiającym się w połowie utworu atomowym riffem. Przy pozostałych zwieracze nie mają już czego trzymać. Czy wspominałem już "Shine of Consolation"? Po prostu brakuje słów na opisanie genialności muzyki, jej doskonałego wykonania i bezbłędnego zrealizowania. Spróbuję może to opisać to w języku skretyniałej, plastikowej i pokemoniastej młodzieży, która tłocznie zalega na niezliczonej ilości blogach, fejsbukach czy innych portalach społecznościowych. Uwaga, uwaga! Lykathea Aflame jest: słitaśna, koFFana, LofFcIaNa i krejzolna. A teraz się muszę, qrwa, mentalnie umyć. Ale nic, wracam do normalności. "Elvenefris" to zdecydowanie jeden z najlepiej zagranych krążków w historii bezkompromisowego grania. Absolutnie żadnych niedomówień, a praca gitar, ich siła przebicia i monumentalność riffów oraz helikopterowe bębny siekące podwójnymi stopami jak działko napędowe, są nowym punktem odniesienia. Na koniec perełka: 11 minut wyciszenia i dochodzenia do siebie. No i posprzątania. To jest prawdziwy czeski metal!


ocena: 10/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/lykatheaflame

podobne płyty:

Udostępnij: