Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Belgia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Belgia. Pokaż wszystkie posty

8 lutego 2017

Aborted – Retrogore [2016]

Aborted - Retrogore recenzja okładka review coverAborted jaki jest, każdy widzi. Belgijskie komando od wydania "Global Flatline" i powrotu na właściwe tory już niczym specjalnie nie zaskakuje — pewnie nawet nie ma niczego takiego w planach — ale przynajmniej utrzymuje równą, a przy okazji dość wysoką formę. "Retrogore" tylko ją potwierdza. Ba, zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że to ich najlepszy, najbardziej przekonujący album od czasu "The Archaic Abattoir", choć oczywiście nie jest aż tak dobry i do historii brutalnej muzyki nie przejdzie. Miejcie przy tym na uwadze, że różnice między "Retrogore" a dwiema poprzednimi płytami nie są kolosalne, mimo iż każdą nagrano w nieco innym składzie. Wszystko kręci się wokół nowocześnie (czyli przede wszystkim czysto) wyprodukowanego, nienagannego technicznie i dość wybuchowego death metalu ze sporą — dla mnie wciąż za dużą — dawką melodii, średnio do nich pasującymi krwawymi lirykami (ten dysonans mogli zniwelować czystym napierdalaniem) i nieco już irytującymi samplami z rozmaitych filmów czy czegoś tam. Jeśli ktoś łyknął tamte krążki, to "Retrogore" też nie sprawi mu problemu ani przykrości, bo jest utrzymany w tym samym sprawdzonym stylu i ramach czasowych. Belgowie postarali się tym razem o odrobinę bardziej rozbudowane aranżacje, w poszczególnych utworach więcej się dzieje, a na mielizny zwyczajnie nie ma miejsca. Mimo to nie wszystkie kawałki zapadają w pamięć, co ma związek z tym, że zespół trzyma się wciąż tych samych schematów i niespecjalnie garnie się do ich rozwijania. Stąd też "Retrogore" od strony artystycznej bardziej zalatuje koniecznością wypełnienia zobowiązań kontraktowych i musem wyrobienia się w cyklu wydawniczym aniżeli potrzebą stworzenia czegoś ambitnego. To z kolei stanowi mocny argumentem dla przeciwników zespołu, którzy zarzucają Aborted rutynę, zatracenie się w perfekcjonizmie i wynikający z nich brak wartości "duchowych". Ja mam z tym luz, bo od tej kapeli wymagam tylko ostrej sieczki, nie zaś wydumanej ideologii i zajebiście poważnej postawy – to dlatego w przypadku "Retrogore" doceniam nie tylko jego muzyczną zawartość, ale również potraktowany z przymrużeniem oka image, który z tego wszystkiego ma najwięcej wspólnego z tytułem krążka.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.goremageddon.be

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

6 października 2016

Fractured Insanity – Man Made Hell [2016]

Fractured Insanity - Man Made Hell recenzja okładka review cover"Mass Awakeless", poprzednią płytę Fractured Insanity, opisywałem w słodkim przeświadczeniu, że po upublicznieniu recki już nigdy nie będę musiał wracać do tego zespołu. I nie wracałem. Aż tu niedawno los spłatał mi psikusa i niemal na siłę wcisnął mi w łapy "Man Made Hell", który chcąc nie chcąc (nie chcąc, zdecydowanie nie chcąc) musiałem przesłuchać. Ze zgrozą (i zdziwieniem) przyznaję, że dobrze się stało, bo Belgowie uczynili spory krok naprzód i poprawili się w każdym elemencie swojego rzemiosła. Nie sugeruję przez to bynajmniej, że dokonali starłorsowego skoku w nadprzestrzeń, bo to ciągle przedstawiciele drugiej ligi, ale na pewno awansowali na wyższy jej szczebel. Najważniejsze jest to, że w czasie dzielącym oba albumy Fractured Insanity rozwinęli umiejętności kompozytorskie, nauczyli się sensownie dawkować technikę oraz dotarło do nich, jak ważna jest w tej muzyce dynamika. "Man Made Hell" pod względem ekstremalności jakoś szczególnie nie przebija "Mass Awakeless" — ot, momentami jest tylko szybsza — ale dzięki dużo częstszym zmianom tempa i zgrabnym strukturom wypada gwałtowniej, ma odczuwalnie większego kopa. No i nie zamula od pierwszego kawałka. Nie ma co, doświadczenie procentuje. Osobną sprawą są melodie wplecione w ciekawiej skonstruowane riffy – nie ma ich wprawdzie wiele, ale nawet w takiej ilości są miłym urozmaiceniem ciągłej sieczki, ożywiają ją i czynią bardziej rozpoznawalną – choćby w pierwszym z brzegu 'Habitual Killer'. Brzmienie – spoko; mniej skondensowane, za to z odrobiną przestrzeni dla wszystkich instrumentów. Po tak przygotowaną płytę można sięgnąć bez obawy przed szokiem estetycznym. Jeszcze kilka lat wytężonej pracy i Fractured Insanity mają szansę dobić do poziomu Emeth, któremu już teraz praaawie zaczynają deptać po piętach.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/fractured-insanity/32305916220

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

24 kwietnia 2016

Dehuman – Graveyard Of Eden [2015]

Dehuman - Graveyard Of Eden recenzja okładka review coverTo lubię. Młodzieńcy z belgijskiego Dehuman nie dość, że dokonali dużego postępu względem debiutanckiego "Black Throne Of All Creation", to jeszcze rozwinęli się w kierunku, który mnie osobiście bardzo rajcuje. Chłopaki zaliczyli przy tym podobny przeskok jakościowy co zbliżony stażem szwajcarski Defaced – z zespołu niby solidnego, acz nieskładnego i raczej przeciętnego na pierwszej płycie awansowali na porządnego dopierdalatora na krążku numer dwa. Przepis na sukces, artystyczny, w obu przypadkach wyglądał tak samo: skonkretyzować styl, pozbyć się zapchajdziur i uwypuklić główne atuty. Dehuman postawili na konkretne riffy, bardzo zwartą perkusję i wspaniały klasyczny wokal. Nie bez znaczenia jest czystość gatunkowa "Graveyard Of Eden" – tradycyjny death metal w amerykańsko-europejskim stylu, bez zbędnych dupereli i ciśnienia na awangardę. O ile na debiucie było dużo przeróżnych wpływów i zapożyczeń (nie zawsze spójnych), tak na "Graveyard Of Eden" mamy już do czynienia z udaną syntezą Pestilence ("Consuming Impulse"), Asphyx ("Last One On Earth"), Gorguts ("The Erosion Of Sanity") i Malevolent Creation (obojętnie z jakiej płyty, byle tylko z Culrossem za garami), której słucha się po prostu wybornie. Proporcje szybkiego dopierdalania (Laye Louhenapessy lubi i potrafi poblastować), zwolnień, chwytliwych melodii i technicznych zagrywek są niemal idealnie wyliczone, dzięki czemu album może pochwalić się rzadko dziś spotykaną dynamiką. Dorzućcie do tego pięknie wymiotny wokal w typie van Drunen/Lemay, wpadające w ucho refreny (najlepsze są w 'Sepulcher Of Malevolence' i 'Obedience To Pestilence') oraz niby surową, choć bardzo czytelną produkcję, a w rezultacie otrzymacie krążek, który po prostu musi się spodobać wielbicielom klasycznego death metalu. Jeśli mi nie wierzycie, sprawdźcie tylko 'Invocation Of Sublime Death', 'Temple Of Lust And Fire', wspomniany już 'Sepulcher Of Malevolence' czy klimatyczny 'Goddess Of Sins', którym Dehuman kończą płytę. Taaak, to jest zespół z niezłym potencjałem; tylko co z tego, skoro Kaotoxin ma kretyńską politykę wydawniczą i bawi się w jakieś śmiesznie limitowane nakłady. Gdyby nie ta kłoda pod nogami muzyków, o Dehuman pisano by równie często, co o Skeletal Remains, niczego oczywiście nie ujmując Amerykanom.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/dehumanDM
Udostępnij:

13 sierpnia 2015

Fractured Insanity – Mass Awakeless [2010]

Fractured Insanity - Mass Awakeless recenzja okładka review coverJak by Xtreem Music nie czarowali rzeczywistości pięknymi sloganami, Fractured Insanity w najlepszym wypadku jestem w stanie określić jedynie jako drugoligowego średniaka. To tak globalnie i tylko ode mnie, bo w swojej ojczyźnie robią ponoć za przedstawicieli ścisłej czołówki. Problem w tym, że nikt normalny nie jedzie wyłącznie na belgijskim death metalu, więc niemożebnie rozdmuchany lokalny status kapeli należy włożyć między półdupki i przypatrzeć się im z oddali – a dystans im nie służy. Choć to może krzywdzące, od nich dosłownie zalatuje drugą ligą, trzymającą się kupy, solidną i dość profesjonalną, ale ciągle drugą. Grać potrafią, momentami nawet nieźle im to wychodzi, mają rozeznanie w arkanach death metalowej sztuki, ale jako całości "Mass Awakeless" brakuje jakiegoś haczyka, dzięki któremu chciałoby się do tej płyty wrócić. Naprawdę trudno doszukać się w ich twórczości jakichkolwiek charakterystycznych elementów, czegoś wciągającego czy niepospolitego. Na potwierdzenie tezy o nierozpoznawalności Fractured Insanity mam dwa dowody dużego kalibru. Pierwszy: najbardziej wpada w ucho i robi najlepsze wrażenie instrumentalny 'Breed Of Nothingless' zagrany na... klawiszach. Drugi, hardkorowy: już w trakcie pierwszego utworu (zlepionego z intrem) można zapomnieć, co to za zespół wrzuciło się do odtwarzacza... Czasy mamy wymagające, toteż szybkie tempa, przyzwoita brutalność, dobre (ale najbardziej typowe z typowych) brzmienie z Hertza i instrumentalna sprawność, to trochę za mało, żeby wzbudzić zachwyt u słuchaczy, którzy mają więcej niż trzy płyty na półce. Mniej wybredni mogą się jednak na "Mass Awakeless" skusić.


ocena: 6/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/fractured-insanity/323059162201

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

8 czerwca 2014

Aborted – The Necrotic Manifesto [2014]

Aborted - The Necrotic Manifesto recenzja okładka review coverO to właśnie mi chodziło! Aborted może i powoli, ale jednak idzie we właściwym kierunku, czyli ku efektownemu technicznemu napieprzaniu, jakim kiedyś wgniatali w ziemię. Do "Global Flatline" miałem trochę uwag, które wykluczały zachwyty nad tamtym krążkiem, do "The Necrotic Manifesto" mam mniej, choć ciągle podobnej natury. Belgowie (umownie – teraz większość składu stanowią Holendrzy – Schengen pełną gębą) poprawili brzmienie, zredukowali melodie i władowali więcej blastów, co im się chwali, ale ciągle muszą popracować nad paroma szczegółami. Po pierwsze: jeszcze mniej melodii. "The Necrotic Manifesto" nie jest na pewno materiałem przesłodzonym ani mdłym, jednak co nieco można by jeszcze odjąć, zwłaszcza z indywidualnych popisów panów gitarniaków – wszak techniczna solówka nie musi bazować na ładnych melodyjkach, równie dobrze może być popieprzona i zmolestowana. Po drugie: wolne partie. Muzycy Aborted mają wielkie umiejętności i tu nie ma o czym dyskutować, bo zagrać potrafią pewnie wszystko, ale niekoniecznie to "wszystko" musi pasować do stylu zespołu; przynajmniej takiego, jaki zakodowałem sobie w głowie. Zwolnienia w morbidowo-immolationowskim sosie to fajna sprawa, ale u Aborted (zwłaszcza w 'Die Verzweiflung') zamulają, nudzą i wywołują chęć przeskakiwania do następnych numerów. To przede wszystkim te dwa elementy zaniżają końcową ocenę. Jest jeszcze jedna kwestia, na krawędzi minusa, ale o niej za chwilę. Z powyższego tekstu wynika, że Belgowie najlepsze wrażenie sprawiają, gdy napierdalają gęsto, bez opamiętania, ze wszech miar brutalnie i chwytliwie w granicach rozsądku. Tak właśnie wygląda większość materiału na "The Necrotic Manifesto" i to po prostu musi się podobać – są stworzeni do takiego repertuaru. Pozytywny wpływ na odbiór albumu ma również fakt, że te najbardziej intensywne kawałki mogą poszczycić się zwartymi aranżacjami, dzięki którym materiał przelatuje szybko i sprawnie, a wraca się do niego chętniej niż do "Global Flatline". No i jest tu więcej wybijających się utworów: 'Coffin Upon Coffin' (reaktywowany Carcass się kłania, a przynajmniej powinien... w pas), 'Cenobites' (zajebistemu głównemu riffowi nie zaszkodziły nawet zwolnienia wokół), 'The Davidian Deceit', 'Your Entitlement Means Nothing, 'Excremental Veracity'... wszystkie fajne, dobrze zamiatające i znajome. W tym miejscu można doszukać się minusa numer trzy. Aborted jedzie na dość przewidywalnych schematach, które sami sobie przez lata wypracowali, i które stanowią ich znak rozpoznawczy, ale nadal pozostają schematami. Nowości na "The Necrotic Manifesto" nie należy się w żadnym wypadku doszukiwać, bo i nic nowego tu nie ma. Ja jednak wolę, żeby grzali na całego to, co już znam i co świetnie im wychodzi, niż mieliby się znowu babrać w klimatach znanych ze "Strychnine.213".


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.goremageddon.be

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

17 marca 2012

Aborted – Global Flatline [2012]

Aborted - Global Flatline recenzja okładka review coverJupi! No, pół-jupi, żeby być precyzyjnym. Po kilku zdecydowanie chudych latach błądzenia po omacku w nieznanym, Aborted powrócił do grona zespołów słuchalnych. Przyznaję to z pewnym zaskoczeniem, bo byłem już skłonny postawić na Belgach krzyżyk (zresztą zasłużony), a tu nagle stanęli na nogi i prą przed siebie niczym zombiaki, które zgodnie z duchem czasów straszą z okładki. Natomiast z krążka straszy... niiic. Na "Global Flatline" niestety nie znajdujemy nawiązań do szaleńczych klimatów "Goremageddon", czy mięsistej miazgi w typie "The Archaic Abattoir", jednak odejście od mdłej stylistyki dwóch poprzednich, dobijających płyt i tak cieszy. Chłopaki przypomnieli sobie, jak grzmocić szybko, brutalnie, efektywnie i bez irytujących ekstrawagancji. Całość perfekcyjnie opracowali od strony technicznej i podali w bardzo efektownej (co tyczy się raczej riffów niż struktur) formie. Jednak tak odpicowany materiał nie porywa tak, jak powinien. "Global Flatline" słucha się naprawdę sprawnie, album czasem potrafi nawet zaimponować, ale na krwawe strzępy nie roznosi. Na pewno za ten stan po części odpowiada brzmienie – niezaprzeczalnie wysokiej jakości (w końcu to Jacob Hansen kręcił gałami), ale jakby czegoś w nim brakuje, przez co wydaje mi się, że nie oddaje w pełni mocy tych kawałków. Inna sprawa to nadmiar melodii w paru momentach, a już przede wszystkim w trzaskanych z rozmachem solówkach. Pewnie to tylko mój problem, bo jestem zdania, że optymalny poziom melodyjności Aborted osiągnęli na "The Archaic Abattoir" i wszystko ponad jest już pewną przesadą. Jednocześnie rozumiem, że gitarniacy potrafią cuda i chcą się zaprezentować w pełnej krasie. Niestety, nie każda lukrowana zagrywka musi pasować do takiej muzyki. Mimo to album w wielu fragmentach dobrze do mnie przemawia, chociaż życzyłbym sobie więcej lunatycznej sieczki na najwyższych obrotach. Ba! Samą pozbawioną zmiękczeń i przestojów sieczkę. Jeśli następny materiał będzie zbudowany wyłącznie na napieprzaniu (a przy okazji odrobinę krótszy), to wtedy może pozamiatają, jak za dawnych lat. Na razie jest tak, jak napisałem na początku – pół-jupi.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.goremageddon.be

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

8 marca 2011

Aborted – The Archaic Abattoir [2005]

Aborted - The Archaic Abattoir recenzja okładka review coverPo znakomitym "Goremageddon" Aborted poszli w technikę i stali się bardziej melodyjni... Nie ma cudów – coś musiało na tym ucierpieć i w tym przypadku jest to poziom brutalności osiągnięty na "The Archaic Abattoir" – o elementach grindu można zapomnieć. Dupy na szczęście w tym względzie nie dali, choć lista gości udzielających się na płycie mogła sugerować różne rzeczy, w tym także tragedię. Nie zrozumcie mnie źle – Mnemic ujdzie w tłoku (o ile duży ten tłok i w bezpiecznej odległości), ale sama myśl o 'soilworkowych' zaśpiewach w Aborted powoduje u mnie dreszcze zgrozy (prawie jak blackmetalówki, hehe). Jednak muzycy obronili się i żadnych podobnych dziwactw (ani blackmetalówek!) tu nie władowali. Brzmienie nie jest tak mocno zbasowane, jak na poprzedniej produkcji, ale ciężaru odmówić mu nie sposób; stało się czystsze i bardziej wyraźne (zasługa Tue Madsena – mistrza kręcenia gałkami w Beneluxie), co ułatwia wychwytywanie rozmaitych smaczków. Pomagają w tym także tempa, bo grania wolnego i na umiarkowanych obrotach mamy tu znacznie więcej, niż na "Goremageddon". Nie ma się czego obawiać, bo o blastach oczywiście Belgowie nie zapomnieli i nadal jest ich sporo, a właściwie to przeważają. Wspomniałem o melodiach – bardzo ułatwiają rozpoznawanie kolejnych numerów, uatrakcyjniają je, występują przy tym w dużej ilości i są naprawdę niezłe (szczególnie te zakręcone – a’la Immolation), jednakże nie wkurwiają swą nachalnością. Ciągoty w kierunku muzy wybitnie chwytliwej (i motorycznej!) najbardziej dają o sobie znać w 'Threading On Vermillion Deception' – gdyby nie wokale (tradycyjnie bulgoczący growl i wrzask) oraz blastująca napierducha, to można by wciskać kit, że to jakiś niepublikowany numer Hypocrisy z okresu "The Final Chapter". Jakby ktoś się uparł, to mógłby nawet być rozczarowanym, ale 'słuchalność' krążka i świetna oprawa graficzna skutecznie wynagradzają zaniki brutalności. Cholera, tak się składa, że mam słabość do takiego grania i jak dla mnie "The Archaic Abattoir" to płyta warta kilkudziesięciu zeta, zaś dla tych, którzy na ołtarzu trzymają "Heartwork" jest już obowiązkiem.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.goremageddon.be

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

12 kwietnia 2010

Aborted – Goremageddon: The Saw And The Carnage Done [2003]

Aborted - Goremageddon: The Saw And The Carnage Done recenzja okładka review coverJuż przy okazji płyty "Engineering The Dead" — nota bene w prasie każdorazowo objeżdżanej — wszędzie zamiast "Belgowie z Aborted" czytałem: "Bogowie z Abotred"... No i miałem, kurwa mać!, rację, bo to był pieprzony OMEN! A jeśli jeszcze ktoś będzie śmiał wątpić w wartość tej płyty to... mam go głęboko w dupie, bo z takimi typami w ogóle nie ma sensu się zadawać! Oczekiwałem po tym albumie porządnej napierduchy, a spotkał mnie maksymalny, soczysty i nader krwawy napierdol. "Goremageddon" to odegrany z chirurgiczną precyzją (to akurat nie powinno specjalnie zaskakiwać – wystarczy rzut okiem na teledysk) kurewsko szybki i brutalny gore death/grind z wpływami perełek w postaci "Necroticism: Descanting The Insalubrious" (czyżby jakaś analogia w tytułach?) oraz "Heartwork" wiadomego zespołu (jak to fajnie jest sobie poudawać, że wie się więcej niż inni he, he...). Wspomniane inklinacje słychać przede wszystkim w konstrukcji niektórych riffów, a już szczególnie w solówkach, które oprócz tego, że są niesamowicie odpierdolone, to do tego zaskakująco melodyjne (vide popisy Barta w pierwszym z brzegu 'Meticulous Invagination'). O charakterystycznych introdukcjach chyba nie muszę wspominać? Prawdę mówiąc, to nawet nie spodziewałem się po Aborted takiej ilości chwytliwych melodii wplecionych w masywny fundament szaleńczych blastów. Obok ogólnej nawałnicy, kilka razy przejedzie po słuchaczu konkretnych rozmiarów walec, bowiem od trzeciego kawałka chłopaki zaczynają bawić się w urozmaicanie zawrotnego tempa ostrymi zwolnieniami. Wychodzi im to całkiem sprawnie, muzyka zyskuje sporo na atrakcyjności, przez co można katować się tym albumem non stop, bez najmniejszych objawów znudzenia. Wokale — już standardowo — podzielone na niski growl i patologiczny wrzask, przy czym tylko ten drugi niesie w miarę zrozumiałe przesłanie płynące z tekstów. Nic innowacyjnego, ale i tak musi się podobać. Do tego brzmienie — prawdziwy wzór dla wszystkich death/grind’ów — zdołowane i ciężarne; dźwięk jest odpowiednio dla gatunku zanieczyszczony, a mimo to nadal wyjątkowo przejrzysty i 'nasycony'. Na zakończenie — oprócz coveru owego 'wiadomego zespołu' — urocza prezentacja kapeli w środku książeczki – no i jak tu ich, kurna, nie kochać? Jedna z najlepszych płyt 2003, co do tego nie mam wątpliwości!


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.goremageddon.be

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

22 marca 2010

Fleshmould – The Lazarus Breed [2006]

Fleshmould - The Lazarus Breed recenzja okładka review coverBelgijska scena metalowa nie należy do jakoś specjalnie zasłużonych. Niemniej jednak zdarzają się tam projekty naprawdę warte uwagi. Tak jest właśnie z Fleshmould. Ta, powstała w 1999 roku, kapelka to bardzo dobry przykład tego, że można grać techniczny death metal, a jednocześnie nie popadać w jakieś niepotrzebne ultra-techniczne łomoty. W przypadku opisywanego dziś "The Lazarus Breed" nie ma mowy o zbędnych ekwilibrystykach na gryfie, ani o próbach bicia rekordu szybkości i popierdolenia na garach. Basista jakoś też nie używa 12-strunowca, bo i po co? Jest za to coś, czego brakuje tym wszystkim kapelom, które uważają, że jak wiedzą jak obsłużyć sprzęt, to od razu z nich wielcy muzycy – a mianowicie dobrych pomysłów na granie. Muzyka Belgów nie jest ani specjalnie odkrywcza, ani jakoś nad wyrost oryginalna, a jednak słuchanie kolejnych kawałków idzie całkiem sprawnie. Choć tak na prawdę mogliby album skrócić o kilka dobrych minut, a wtedy byłoby po prostu rewelacyjnie. Generalnie jednak, kompozycje są dobrze przemyślane – akcenty padają w odpowiednich miejscach, melodie nadają się do machania łbem, solóweczki są całkiem zgrabne, a niektóre riffy mają po prostu mocarne. Byłbym zapomniał dodać, że do tego technicznego kociołka udało się dodać kilka eleganckich zwolnień i progowych zagryweczek. Zaskoczeniem jest też "Eternal Shifting Portals", który zaczyna się bardzo spokojnie, balladowo bez mała. No czegóż chcieć więcej? Moi prywatni faworyci to: "Argus" (niezły refrenik i behemothowawe melodie, poważnie), "Apocalyptus Rexx" (solidne riffowanie i powalający motyw kończący) oraz "Structures In Decline" (ogólnie praca gitar i fajniusie grindowe patenty). Patrząc na album całościowo nie można nie odnieść wrażenia, że czasami niepotrzebnie wydłużają utwór. I to jest właśnie to, o czym wcześniej wspomniałem – kilka minut mniej i byłoby luks. A tak jest "tylko" bardzo dobrze, tak na 4+.


ocena: 7/10
deaf
oficjalna strona: www.fleshmould.com
Udostępnij: