Wraz z wydaniem „Perfect Amber” historia Gridlink ponoć dobiegła końca: pozamiatane, zrobili swoje i już więcej ich nie usłyszymy. Taaa… Na taką ściemę to ja się nie dam nabrać — wszak za pierwszym razem w 2014 też kończyli definitywnie — i będę wypatrywał kolejnego reunionu, choćby miał nastąpić i za kilkanaście lat. Póki co jakąś jego namiastką jest Barren Path – zespół powołany do życia przez Takafumiego Matsubara i Bryana Fajardo (filary Gridlink), którzy dobrali sobie do współpracy dwóch kolegów z… Gridlink, zaś do wydawania odgłosów paszczą zatrudnili znanego z Maruta i Noisear Mitchella Luna. Po takim składzie można było się spodziewać wszystkiego, choć z góry było wiadomo, że to „wszystko” sprowadzi się do ekstremy.
I jeśli chodzi o ekstremę, to Grieving z pewnością nie zawodzi. To wzorowo wyprodukowany nowoczesny grind: szaleńczo szybki, nienaganny technicznie, diablo zróżnicowany i nieprzewidywalny – muzyka, za którą w pierwszej chwili trudno nadążyć i która do pewnego stopnia przytłacza swoją intensywnością, ale absolutnie nie zniechęca do kolejnych przesłuchań i prób rozszyfrowania jej. Członkowie Barren Path zadbali o to, żeby każdy z jedenastu kawałków miał do zaoferowania coś innego, coś wyróżniającego się, zaś całość była czymś znacznie większym niż tylko sumą poszczególnych elementów.
Z oczywistych względów Grieving ma duuużo wspólnego z tym, co już znamy z płyt Gridlink — czego w żadnym wypadku nie należy poczytywać jako zarzutu — ale na pewno nie sprowadza się tylko do powielania wykorzystanych już patentów. Weźmy chociażby wokale – są bardziej urozmaicone — od niskich growli po dzikie wrzaski — czym mocno podbijają dynamikę utworów i sprawiają, że muzyka brzmi ciężej i brutalniej. Poza tym materiał Barren Path wydaje się być (jest!) ponadnormatywnie chwytliwy – sporo riffów można sobie nucić pod nosem pomimo ich pokręconej formy, a praktycznie każdy numer (a już zwłaszcza „No Geneva”, „The Insufferable Weight”, „Subversion Record” i „Lunar Tear”) to potencjalny przebój Lata z Radiem.
Jedyny istotny minus, jaki przychodzi mi do głowy w związku z Grieving, to mówiono-ambientowy „Celestial Bleeding”, z którego nic wielkiego dla świata nie wynika, poza tym, że marnuje cenne sekundy. Że niby umknęło mi to, że płyta jest pierońsko krótka? Nieee, po prostu mam świadomość, że mogłaby być jeszcze krótsza, więc cieszę się nawet z tych 13 minut.
Takafumi Matsubara z kolegami ponownie udowodnili, że mają doskonały patent na tworzenie grindowych albumów, które już w momencie premiery trafiają do kanonu, by za chwilę stać się klasyką gatunku. I to niezależnie od tego, pod jakim szyldem panowie się zbierają. Tu nie ma przypadku, jest za to ogromny talent.
ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/share/1GEhSdin1P/
podobne płyty:
- GRIDLINK – Coronet Juniper
Los bywa przewrotny – mój pierwszy kontakt z Antiversum zakończyłem z mocnym postanowieniem, że więcej kontaktów z Antiversum nie przewiduję. Na „Cosmos Comedenti” z 2017 nie znalazłem kompletnie niczego, co by mnie mogło na dłużej przykuć do głośników albo choćby zmusić do zagłębienia się w tamten materiał. Miała być potęga kosmosu, wyszła pospolita nuda. Przez kolejne kilka lat w ogóle nie zawracałem sobie głowy Szwajcarami, aż w niejasnych okolicznościach trafiłem na De Nemesis Omnes Et Omnia. Zespół dostał zatem drugą szansę; tej już nie zmarnował, aczkolwiek mógł się postarać bardziej.
Źle się dzieje w grindzie polskim, a mam tu na myśli jego najstarszych przedstawicieli, bo z bogatego katalogu ekip znanych na całym świecie ostała nam się ich tylko garstka: Squash Bowels, Neuropathia i Epitome, spośród których tylko ci ostatni są jako tako aktywni wydawniczo. Jest źle, a mogło być jeszcze gorzej, bo po wydaniu profetycznie-złowróżbnie zatytułowanego
Zdążyłem się już pogodzić z tym, że kolejne płyty Testament powstają po dość długich przerwach, jednak z pogodzeniem się z tym, że od dawna żadna nowa nie zrobiła na mnie większego wrażenia, ciągle mam problem. Ciągle też patrzę na ten zespół przez pryzmat
Przez pierwsze kilka (dziesięć?) lat działalności muzykom Qrixkuor nie udało się zainteresować zespołem przesadnie szerokiego audytorium, więc można było dojść do wniosku, że żaden przełom w „karierze” nie jest im pisany i podzielą los typowej obskurnej kapeli z fanklubem liczącym siedemnaście osób rozsianych po całym świecie. Tymczasem wraz z wydaniem debiutanckiego „Poison Palinopsia” w 2021 ich akcje gwałtownie wystrzeliły, bo było to coś świeżego, zaskakującego, niezwykle ambitnego, no i wciągało jak diabli. Nietypowe podejście Brytyjczyków do death metalu sprawiło, że zaczęto się im przyglądać z dużym zainteresowaniem, ale i z pewną obawą, czy przypadkiem nie staną się kapelą jednej, powtarzanej do wyrzygania sztuczki. Otóż nie stali się!
W Unique Leader już od dłuższego czasu dzieją się rzeczy dla mnie niepojęte, choć może Wydział Dociekliwych ze skarbówki miałaby na ten temat inne zdanie… Z boku wygląda to tak: Amerykanie olewają swoje najlepsze zespoły tylko po to, żeby później ładować kasę w wzięte z dupy deathcore’owe i slamowe nieporozumienia, które jak przypuszczam nie pozwalają im nawet wyjść na zero. W tym pozbawionym nadzoru (Erik Lindmark…) burdelu najbardziej marnowali się Cytotoxin, którzy przy odrobinie rzetelnego wsparcia mogli być już na poziomie Aborted i śmigać po świecie jako headlinerzy wielomiesięcznych tras. Tymczasem po 15 latach grania sami muszą wydawać sobie płyty, zupełnie jak na początku „kariery”.
Ten irlandzki kwartet z dorobkiem obejmującym zaledwie demo, epkę i debiutancką płytę szybko wyrósł na jednego z czołowych przedstawicieli chaotycznego death/black metalu. Jak dla mnie – trochę na wyrost, bo skupił się bardziej na sprawnym odgrywaniu patentów podpatrzonych u innych, niż na wprowadzeniu do tego stylu czegoś charakterystycznego tylko dla siebie. Sam zespół chyba też doszedł do podobnych wniosków i coś w tym temacie kombinował, bo prace nad następcą „Across Deaths” zabrały mu szmat czasu. Wreszcie, po siedmiu latach trzymania fanów w niepewności, Malthusian objawił się nieco niespodziewanie w Relapse z krążkiem numer dwa.
Zespół Clairvoyance zaistniał w mojej świadomości przy okazji przekopywania katalogu Blood Harvest kilka lat temu, jednak do pierwszego kontaktu z jego muzyką musiało upłynąć trochę czasu. Teraz pluję sobie w brodę, że tak długo zwlekałem, bo Chasm Of Immurement to kawał porządnego gruz-metalu, który wyraźnie, w dodatku z łatwością, wybija się ponad średnią gatunkową, a jest to o tyle duże osiągnięcie, że większość kapel tego nurtu wydaje się robić wszystko, byle tylko od tej średniej w żaden sposób nie odstawać i nie być posądzonym o zdradę ideałów.
Ehhh… lata mijały, rozczarowanie narastało, no i w końcu proroctwo z recenzji
Udany debiut sprawił, że byłem dość pozytywnie nastawiony do młodych obwiesiów z Morbific, ale moje podejście szybko uległo zmianie po wydaniu przez nich koszmarnie brzmiącego „Squirm Beyond The Mortal Realm”. Byłem przekonany, że po takiej wtopie Finowie już się nie podniosą i ze wstydu zakończą działalność gdzieś w pobliskim lesie. Nie zakończyli. Mało tego, wydali trzeci album, który sprawdziłem tylko po to, żeby z typowo polskiej troski upewnić się, że dalej im w życiu nie wychodzi. I nastąpiło zdziwko: zespół cofną się do korzeni, a potem zrobił krok naprzód, tym razem we właściwym kierunku. Dzięki temu znów jest słuchalny.
Wydawać by się mogło, że skoro po wielu latach Diabolizer wreszcie dorobił się debiutu — który w dodatku został ciepło przyjęty — to występujący pod tym szyldem muzycy poświęcą zespołowi więcej czasu i uwagi, spróbują go rozruszać i postarają się wyrobić mu markę na międzynarodowej scenie. Jeeednak równie dobrze Turcy mogli na powrót zająć się swoimi pozostałymi kapelami, z którymi już coś osiągnęli i które dorobiły się przyzwoitej rozpoznawalności. No i cóż, właśnie z tej drugiej opcji skorzystali, stąd też na następcę
Gridlink zakończyli działalność niedługo po wydaniu
Może i jestem niesprawiedliwy w swoich ocenach, ale uważam, że Bloodtruth załapali się na debiut w Unique Leader bardziej dzięki koneksjom z Fleshgod Apocalypse niż ze względu na poziom uprawianej muzyki. Później, przy okazji „Martyrium”, było już z nimi wyraźnie lepiej, jednak, jak się okazuje, nie na tyle, żeby „kariera” zespołu nabrała rozpędu – stąd też na płytę numer trzy przyszło nam czekać aż 7 lat. W międzyczasie konkurencja Włochów — nawet patrząc tylko na ich krajowe poletko — nie spała, więc na pewno nie będzie im łatwo przebić się do głównego nurtu.
Warbringer już od ponad dekady znajduje się u mnie w czołówce współczesnego thrash’u, choć tak naprawdę przez całą swą karierę zespół nie zrobił niczego przełomowego, wizjonerskiego czy choćby zaskakującego, aby w takiej czołówce się znaleźć. Amerykanom wystarczyło umiejętnie połączyć to, co w tym gatunku najlepsze, zadbać o odpowiednią produkcję i wysoki poziom wykonania – niby to takie proste, a jednak niewielu zespołom to się udaje. Warbringer udało się po raz kolejny, bo Wrath And Ruin to dowód ich konsekwencji i następna mocna pozycja w dyskografii; płyta, która tą najlepszą/ulubioną pewnie nie zostanie, ale tak na dobrą sprawę nie ma jej czego zarzucić.
Steve DiGiorgio i Jeroen Paul Thesseling – dwóch magików czterech (domyślnie) strun, którzy trwale — choć w różnych okolicznościach przyrody — zmienili postrzeganie roli bezprogowego basu w ekstremalnym metalu. Gdyby nie oni, scena technicznego, a już zwłaszcza progresywnego death metalu wyglądałaby zapewne zupełnie inaczej, zaś wielu spośród wielbionych dziś muzyków w ogóle nie sięgnęłoby po instrument. Zasługi oraz umiejętności tej dwójki są niepodważalne, a za to, co zrobili w swoich karierach, należy im się szacunek i może jakaś „czerwona” data w kalendarzu.
Nie sądziłem, że po średnim jak na Beheaded
Z roku na rok coraz mniej jest kapel, na których nowe płyty czeka się ze szczególnym napięciem, a nawet jeśli już któraś rozbudzi nadzieje na coś naprawdę spektakularnego, rozczarowuje w momencie premiery. Igorrr jest tu chlubnym wyjątkiem, bo nie dość, że od momentu przedzierzgnięcia się z solowego projektu w zespół z krwi i kości regularnie podnosi i tak już wysoki poziom muzyki, to jeszcze za każdym razem potrafi zaskoczyć czymś zupełnie niespodziewanym. Amen jest tego doskonałym potwierdzeniem, chociaż pewne obawy mogły budzić zmiany w składzie, zwłaszcza te dotyczące wokalistów. Jak się okazało – niesłusznie; odświeżona ekipa zaprezentowała się na Amen z jak najlepszej strony.
Przez długi czas byłem na diecie pisowskiej i często-gęsto karmiłem się Nienawiścią, aż na wysokości
Ominous Ruin zadebiutowali w nimbie „nowej nadziei technicznego death metalu” i chociaż było w tym duuużo przesady, krążek
Sadist ma swój rozpoznawalny styl, który w pewnych okresach zachwycał fanów, zaś wszelkie odstępstwa od niego były przyjmowane hmm… w najlepszym razie bez entuzjazmu. Nie powstrzymało to jednak zespołu przed zapuszczaniem się w grząskie rejony, co dawało oczywiste rezultaty. Koniec końców muzycy najwyraźniej zrozumieli, w czym są mistrzami (czytaj: są akceptowani) i od jakiegoś czasu grają to, co trzeba, czy tego chcą, czy nie. W związku z tym Something To Pierce jest bezpiecznie sadistowy i zupełnie niczym nie zaskakuje, więc nie ma obaw, że takim materiałem Włosi komuś się narażą. Wiadomo, do topowych pozycji z dyskografii sporo mu brakuje, ale z tymi słabszymi nie ma nic wspólnego.


