11 listopada 2015

Hate – Crusade:Zero [2015]

Hate - Crusade:Zero recenzja okładka review coverNie przypominam sobie takiej sytuacji, nawet z lat 90-tych, żeby nowa płyta Hate przeszła praktycznie bez echa. Nie wiem, kto dał dupy bardziej, wytwórnia czy dystrybutor, ale faktem jest, że na chwilę obecną — czyli spory kawał czasu od premiery — "Crusade:Zero" to wśród gawiedzi album raczej słabo rozpowszechniony i ponad wszystko niedoceniony. Trochę to dziwne, trochę przykre, bo tak obiektywnie patrząc, "Crusade:Zero" — jako świadectwo ciągłej progresji zespołu — może być nawet uznany za najlepszy krążek w historii kapeli — tak jak w swoim czasie najlepsze były "Morphosis", "Erebos" i "Solarflesh" — a już na pewno za najbardziej dopracowany. Styl i formuła brzmieniowa, które na dobre (?) okrzepły na "Erebos", teraz są jedynie dopracowywane i lekko korygowane (także poprzez zmiany w składzie), co z kolei oznacza, że chcąc przybliżyć wam ten album, niestety będę musiał powtarzać frazesy z poprzednich recek. Zacznę od tego, że na "Crusade:Zero" słychać maniakalne wręcz — czyli jeszcze większe niż na "Solarflesh" — dążenie do perfekcji i tytaniczną pracę u podstaw nad techniką i konstrukcją utworów. Każda nuta ma swoje miejsce, choć jak na mój gust niektórych mogłoby w ogóle nie być, ale o tym za chwilę. W każdym razie pod względem poziomu aranżacji, wykonania i produkcji jest to światowa ekstraklasa – temu nie można zaprzeczyć. Inna sprawa, że coś za coś – ciągłe dopieszczanie muzyki odbyło się kosztem spontaniczności i — co może być rozczarowujące dla części fanów — ekstremalności. Materiał obraca się głównie w średnio-wolnych (zwłaszcza jak na ekipę Adama) tempach, a ponadto jest nasycony melodiami (naprawdę dobrymi, tak swoją drogą) jak żadna wcześniejsza płyta Hate. Jest tu też zdecydowanie więcej przestrzeni i klimatu, co — nawet pomimo rozbudowanych struktur — czyni "Crusade:Zero" kąskiem przystępniejszym dla przeciętnego słuchacza. Szkoda tylko, że dla wielbicieli szybszego dopierdalania przygotowano zaledwie kilka — i nie ukrywam, że to trochę mało — intensywniejszych partii w drugiej części albumu. Nie zmienia to faktu, że "Crusade:Zero", jako całość, robi bardzo dobre wrażenie i z dumą można ją postawić na półce. Jeśli zaś chodzi o minusy, to już standardowo zaliczyłbym do nich wszystkie ambientowe miniatury. Ponadto nie kapuję sensu umieszczania podwójnego intra w sytuacji, gdy pierwszy właściwy utwór rozkręca się raczej powoli – jedno ('Lord, Make Me An Instrument Of Thy Wrath!') wystarczyłoby w zupełności. Także nadmierna ilość powtórzeń w tekstach (jak choćby w 'Leviathan') to coś, co bardziej irytuje i wprowadza niepotrzebny sztywny schemat niż podnieca i zachęca do skandowania. Przeciwwagą są dynamiczne i brutalne 'Rise Omega The Consequence!' (tak powinno wyglądać połączenie wyziewu i klimatu), 'Crusade:Zero' i 'Dawn Of War', których mogę słuchać w kółko. Gdy następny krążek Hate będzie wypełniony takimi killerami, to z niżej podpisanego zostanie jedynie dymiąca mięsna papka.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/HATEOFFICIAL

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

0 komentarze:

Prześlij komentarz