Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1995. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1995. Pokaż wszystkie posty

31 sierpnia 2018

My Dying Bride – The Angel And The Dark River [1995]

My Dying Bride - The Angel And The Dark River recenzja okładka review cover"The Angel And The Dark River" = 10. Dla mnie jest to kwestia całkowicie oczywista, nie wymagająca żadnego tłumaczenia, absolutna – jebany dogmat. A jak to z wyznawcami dogmatów bywa – nie toleruję innych opinii. Zupełnie nie pojmuję, jak można mieć tu odmienne zdanie, tudzież potrzebować jakichś klaryfikacji. Przecież Anglicy podali swój geniusz na złotej (bo srebrna jest dla plebsu) tacy! Po ki grzyb coś tu na siłę dodawać? Zresztą słowa i tak nie są w stanie oddać w pełni majestatu tej płyty. My Dying Bride zrobili tu odważny krok nie tylko do przodu, ale i odrobinę w bok, dzięki czemu "The Angel And The Dark River" zawiera w sobie niektóre cechy starszych materiałów (przesądzające o rozpoznawalności zespołu), a przy okazji proponuje wiele nowych rozwiązań. No i kładzie na łopatki oprawą i poziomem wykonania. Jeśli chodzi o zmiany, najbardziej w uszy rzuca się radykalne złagodzenie muzyki przy jednoczesnym wzmocnieniu jej depresyjnego klimatu – nastrój smutku i rezygnacji emanuje tu z każdego dźwięku. W odstawkę poszły wszystkie patenty charakterystyczne dla death metalu, których na "Turn Loose The Swans" było jeszcze sporo – od szybkich temp, przez brutalne riffy po wściekłe growle. Teraz, jeśli Anglicy w ogóle się rozpędzają — jak w doskonałych 'Your Shameful Heaven' i 'A Sea To Suffer In' (solówka na skrzypcach to mistrzostwo świata!) — to najwyżej do (praaawie) średniego tempa. Mimo to miazga jest okrutna, bo "The Angel And The Dark River" brzmi znacznie potężniej i bardziej przestrzennie niż poprzednie krążki. Dzięki wypasionej, w pełni profesjonalnej produkcji My Dying Bride mogli tu uwypuklić aranżacyjne smaczki i nawet najsubtelniejsze melodie, które w przypadku gorszego dźwięku po prostu by przepadły. Wystarczy wspomnieć tylko motyw grany tappingiem, który przewija się przez cały 'The Cry Of Mankind' – nie ma to nic wspólnego z technicznym graniem, a jednak wyraźnie wzbogaca utwór i czyni go niesłychanie wciągającym. Takich ornamentów jest na płycie więcej i co najlepsze – nie są ograniczone tylko do gitar i perkusji (swoją drogą – mają tu najlepsze przejścia w doom metalu), bo fantastycznie spisał się również Martin Powell. Szczególną uwagę należy zwrócić na partie skrzypiec w wykonaniu tego dżentelmena – są rozbudowane i świetnie współgrają, w dodatku na równych prawach, z resztą instrumentów. Chwała My Dying Bride, że nie sprowadzili ich udziału wyłącznie do 'robienia klimatu' gdzieś w tle, bo w przeciwnym razie "The Angel And The Dark River" wiele by stracił ze swojej wyjątkowości. W tej pozbawionej brutalności formule doskonale odnalazł się także Aaron, choć mogło się wydawać, że wpasowanie się w tak spokojną muzykę będzie dla niego nie lada wyzwaniem. Nic z tych rzeczy – jego przejmujący, nieco monotonny głos i dołujące teksty tylko potęgują klimat albumu, dając kolejny pretekst do tego, żeby stanąć na parapecie i śmiało ruszyć przed siebie... Coś wspaniałego! My Dying Bride stworzyli wielkie, poruszające dzieło, które od ponad 20 lat należy do mojego ścisłego topu.


ocena: 10/10
demo
oficjalna strona: www.mydyingbride.net

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

11 grudnia 2013

Malevolent Creation – Eternal [1995]

Malevolent Creation - Eternal recenzja okładka review coverMożna było zwątpić w Malevolent Creation po tym, co zaprezentowali na dość miernym "Stillborn". Sam zespół też nie czuł się z tym najlepiej (zwłaszcza, że stracił wydawcę), stąd też konieczne były zmiany w składzie – przede wszystkim wykopanie Bretta Hoffmanna. Z nowym nabytkiem za garami w osobie Dave’a Culrossa (eks-Disgorged) i Jasonem Blachowiczem w podwójnej roli wokalisty i basisty Malevolenci zmajstrowali "Eternal" – krążek, na którym praktycznie wszystkie elementy stylu grupy wróciły na właściwe miejsce, zaś sama kapela – do światowej czołówki. Szybka, brutalna i chwytliwa sieczka to coś, co zapewniło klasykom z Buffalo wielu zwolenników, i właśnie z tym (w dużych ilościach – płyta trwa ponad trzy kwadranse) mamy do czynienia na czwartym — przez wielu uważanym za ten najlepszy — albumie Amerykanów. Materiał w odsłuchu powoduje podobne odczucia co znakomity "Retribution", a to za sprawą morderczej rytmiki i zbliżonego feelingu, choć na pewno nie jest aż tak techniczny i zakręcony. Najważniejsze, że w stosunku do "Stillborn" muzyka odzyskała właściwego dla death metalu kopa — bo z napędzającym wszystko Dave’m nie mogło być inaczej — i można jej słuchać z prawdziwą przyjemnością. Otwierający album 'No Salvation' pokazuje, że Malevolenci mają się dobrze, 'Blood Brothers' – że lekko nie będzie, zaś Infernal Desire' – że zdarzy im się dopierdolić nawet szybciej niż w przeszłości. I taki schemacik leci już do końca: utwory motoryczne przeplatają się z ociężałymi i bardzo szybkimi; większość przyprawiona jest popieprzonymi solówkami i rozmaitymi elementami mającymi 'robić klimat' – samplami z filmów czy przesterami na wokalu. Może i nie ma na "Eternal" wielu wodotrysków, ale krążek jest na tyle urozmaicony, dobrze zagrany i zrealizowany (brzmienie znów ma ręce i nogi, gdyż Amerykanie sami zajęli się produkcją), że przebrnięcie przez niego nie sprawi problemu żadnemu miłośnikowi death metalu. Ja w dyskografii Malevolent Creation mam innych faworytów, ale skłamałbym pisząc, że "Eternal" omijam szerokim łukiem.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/malevolentcreation

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

20 stycznia 2013

Blind Guardian – Imaginations From The Other Side [1995]

Blind Guardian - Imaginations From The Other Side recenzja okładka review coverNajlepszy album w całym dorobku Strażników – tak zapewne mogłoby powiedzieć wielu fanów zespołu. Ja się pod tym nie podpisuję, co nie znaczy, że uważam krążek za słaby. Co to, to nie! Bo jakby na to nie spojrzeć "Imaginations from the Other Side" to dzieło wielkie, arcydzieło ośmielę się stwierdzić. Arcy-kurwa-dzieło! Dziewięć kawałków, a jeden lepszy od drugiego. Tym razem nie ośmielę się wskazać, który jest lepszy, który bardziej do mnie przemawia, którego słucham częściej niż pozostałe. Się po prostu nie da. Były takie czasy, kiedy album nie schodził z tapety przez całe tygodnie, słuchałem go bez przerwy, a kiedy nie słuchałem, to i tak słuchałem – tyle że na sieci w wersjach koncertowych, akustycznych, na budzik i piszczałkę, etc. Swoją drogą, w wydaniu koncertowym utwory wydają się jeszcze bardziej epickie i przejmujące – wiem, przekonałem się na sobie. I zajebiste. Generalnie trudno pisać o czymś używając tylko superlatywów, samych ochów i achów, ale kiedy sobie przypominam tamten koncert... Musicie uwierzyć – nie jest łatwo tak się odciąć i zdobyć na całkowitą neutralność. Ale czy aby na pewno o to chodzi? Tu i teraz stwierdzę, że nie! Nie można przejść obok tego albumu obojętnie i nieważne co się lubi, bowiem słuchając "Imaginations from the Other Side" wszystkie preferencje znikają i jedyne co pozostaje to rozpłynięcie się w muzyce. Dla każdego coś miłego – są tu i ballady i numery speed metalowe, partie bardzo operowe i odarte ze zbędnych ozdobników marsze, gitary akustyczne oraz wwiercające się w mózgownicę melodie. Brakuje w tym tyglu tylko jednej rzeczy: zbędności. Od początku do końca trwania płyty ma się przeświadczenie, ba, pewność, że nie ma tu ani jednej niepotrzebnej nutki. Jest to coś, co można określić mianem "stylu Blind Guardian". Jeśli ktokolwiek miał po "Somewhere Far Beyond" wątpliwości, czy można w tej stylistyce stworzyć coś lepszego, to "Imaginations from the Other Side" udowodnił to niepodważalnie – można. Można nagrać krążek, który nie będąc tylko powerowym, będzie miał jego moc i melodyjność, nie będąc progowym, będzie wielowarstwowy i kompleksowy, nie będąc speedowym będzie miał niesamowitą motorykę i wyczucie rytmu. "Imaginations from the Other Side" to coś więcej niż style, więcej niż przynależność do tego bądź innego gatunku. I chyba właśnie dlatego zawsze uważałem, że Blind Guardian to najlepsza kapela pod Słońcem.


ocena: 10/10
deaf
oficjalna strona: www.blind-guardian.com

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

5 grudnia 2012

Morbid Angel – Domination [1995]

Morbid Angel - Domination recenzja okładka review coverCzwarty krążek Morbidów, a pierwszy z Erikiem Rutanem jako drugim gitarzystą, przyniósł światu kilka niespodzianek. Różnie je co prawda interpretowano, więc obok głosów zachwytu pojawiły się także oskarżenia o zdradę pierwotnych ideałów, czy też popularne 'danie dupy'. Oczywiście wszystko to zależy od humoru komentujących, ale mimo to wydaje mi się, że ciężko nie zauważyć progresywnego charakteru tej płyty. Sprawa pierwsza to rozwijane szybkości i ogólne tempo "Domination". Pod tym względem album z pewnością nie należy do najbardziej ekstremalnych w dorobku grupy – dominują (sic!) średnie tempa, coraz częściej wpadające w miażdżące morbidowe zwolnienia; nie brakuje też i blastów. Dzięki takiemu zróżnicowaniu płyta stała się bardziej dynamiczna, co sprawia, że w ogóle nie nudzi. Kolejna kontrowersyjna sprawa to melodyjność "Domination". Na pewno duża w tym zasługa Erika Rutana i jego dość znacznego udziału w komponowaniu materiału. Część riffów jest naprawdę bardzo melodyjna (ale nie za bardzo!) i przyjemnie uatrakcyjnia muzykę, choć ta straciła na brutalności – także przez niezbyt mocne brzmienie. O solówkach wspominać chyba nie wypada, bo albo są genialne, albo prawie genialne; wszystkie natomiast zwalają z nóg. Jedyna rzecz jaka mi tu nie pasuje to dwa numery 'instrumentalne' — 'Melting' i 'Dreaming' — które są niczym innym, jak niepotrzebnymi 'zapchajdziurami' i nie widzę najmniejszego sensu w ich umieszczaniu pośród tylu wspaniałości – zmarnowane 4 minuty, tyle można o nich powiedzieć. Łatwo przychodzi mi w tym przypadku wskazanie kilku ulubionych kawałków; będą to: absolutnie niesamowity 'Dawn Of The Angry' (niejako odpowiednik 'Rapture' z poprzedniej płyty – czyli ostro dojebany), porywający 'Dominate', mielący 'Where The Slime Live', wyziewny 'This Means War' i eksperymentalny 'Hatework'. Nie ma potrzeby wymieniać dalej, bo wyrecytuję wszystkie. Aby opisać czwarte oficjalne wydawnictwo Morbid Angel w sposób możliwie najprostszy wystarczy użyć trzech słów – znakomity death metal.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.morbidangel.com

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

8 lutego 2012

Deicide – Once Upon The Cross [1995]

Deicide - Once Upon The Cross recenzja okładka review coverTrzeci, trwający zaledwie 28 minut 'longplay' Deicide — wbrew temu, co się może niektórym, zwłaszcza oponentom, wydawać — nie jest przesadnie podobny do "Legion" czy "Deicide", a jedyne większe cechy, które je łączą to pełne nienawiści diabelskie przesłanie (tym razem doprowadzone do maksimum – wystarczy rzut oka do wkładki) oraz brutalność zawarta w dźwiękach. "Once Upon The Cross" jest na pewno dużo — a przynajmniej odczuwalnie — wolniejszy niż poprzednie albumy i to chyba największa zmiana. Blastów oczywiście nie porzucono, ale nie występują już w takim zagęszczeniu jak na drugiej płycie. Dużo więcej jest za to partii zagranych w średnich tempach, czy nawet dość wolno jak na Deicide. A skoro już panowie przyhamowali, to musiało pójść w ciężar. Sound jest mocny, tłusty, dość masywny ale i wyraźniejszy niż poprzednio, co tyczy się szczególnie gitar. Łatwiej można wyodrębnić poszczególne riffy, lepiej wybijają się też nieliczne (buuu!) solówki. Co ciekawe, nawet obecność basu jest odczuwalna przez cały czas. Trochę słabiej niż zwykle wypadają za to wokale Bentona, które — jak na mój gust — są zbyt niewyraźne, przytłumione i nie aż tak szalone, jak na wcześniejszych produkcjach. Podobnie jak na innych albumach Bogobójstwa, tak i tutaj mamy solidny zestaw koncertowych killerów: porywający numer tytułowy, miażdżący motorycznym napierdolem 'Christ Denied', klasycznie rytmiczny 'They Are The Children Of The Underworld', poniekąd melodyjny 'When Satan Rules His World', czy bezlitośnie wymowny 'Kill The Christian'. Jeśli kogoś nie rajcuje bluźniercza oprawa, to i tak powinien się z tą płytą zapoznać, wszak to pierwszoligowy death metal!


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/theofficialdeicidemyspacepage

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

17 listopada 2011

Suffocation – Pierced From Within [1995]

Suffocation - Pierced From Within recenzja okładka review coverNajlepsza płyta Suffocation przed rozpadem! Czyżbym się omylił? Raczej nie, bo z 'trójką' może konkurować tylko epka "Despise The Sun". Amerykanie skoncentrowali się jak trzeba i nagrali kurewsko brutalny, niezwykle masywny, bardzo zaawansowany technicznie, a przy tym tylko odrobinę melodyjny materiał. Od pierwszych sekund daje się odczuć, że nie będzie lekko, łatwo i przyjemnie. No dobra, odrobinę się zagalopowałem – bowiem przyjemność, którą "Pierced From Within" pompuje w żyły słuchacza, sprawia, że momentalnie kultowe kurwiki w oczach stają, a wszystko co nie Suffocation przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Każda sekunda tej muzyki wgniata w fotel, zaciska się wokół mózgu i masakruje narządy słuchu – nieważne, czy to chorobliwie technicznymi zawijasami w 'Depths Of Depravity', czy seriami blastów i przyspieszeń w 'Torn Into Enthrallment'. Żadne tempa dla 'hamburgerojadów' nie stanowią problemu – panowie doskonale radzą sobie z miażdżącym kości, mozolnym walcowaniem, pokazują też klasę w przypadku gęstego wygrzewu na najwyższych obrotach (którego wbrew pozorom nie ma na "Pierced From Within" aż tak wiele). Fantastycznie zaprezentował się Frank Mullen – jego pochrząkiwania i bulgoty na żadnym wcześniejszym wydawnictwie nie robiły aż takiego wrażenia. Ciekawie wobec powyższego przedstawia się fakt, że niekiedy można wychwycić pojedyncze słowa tekstów. Mnogość zakręconych riffów i zmian rytmiki sprawiają, że nikt nie powinien narzekać na nudę, jest to wręcz wykluczone. Świetnie wypadają także popieprzone solówki Cerrito i Hobbsa, zwłaszcza wtedy, gdy pojawiają się ich dłuższe serie. Morduje praca sekcji – tak zgiełk generowany za garami przez Douga Bohna, jak i mocno pracujący, a przy tym odpowiednio wyeksponowany bas Chrisa Richardsa. Dobrze się stało, że łosie z Roadrunner pofatygowały się tym razem wysłać zespół do Morrisound, aby przy pomocy Scotta Burnsa przygotował prawdziwą perełkę. Brzmienie jest baaardzo ciężkie, mocne, przejrzyste, z charakterystycznym dla Suffocation dołem. Wszystkie instrumenty są idealnie słyszalne i nawet w tych najbardziej zagmatwanych partiach można spokojnie wychwycić najdrobniejsze smaczki. Na koniec dostajemy numer 'Breeding The Spawn' z poprzedniej płyty, z tym że już solidnej nagrany i wyprodukowany, nie odbiegający przez to od normalnej zawartości "Pierced From Within". Jeśli ktoś szuka brutalnego i przy tym bardzo dojrzałego albumu z klasycznym death metalem, trzecia płyta Suffocation będzie dlań znakomitą propozycją.


ocena: 10/10
demo
oficjalna strona: www.suffocationofficial.com

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

20 września 2011

Dark Tranquillity – The Gallery [1995]

Dark Tranquillity - The Gallery recenzja okładka review coverA więc melodyjnie... – tak właśnie zareagował demo, kiedy dowiedział się, co mam zamiar wrzucić. Melodyjnie – odparłem. W końcu inaczej się tego nazwać nie da, chociaż to wcale nie jest obelgą, gdyby ktoś pytał. Drugi album goteborczyków to już w pełni rozwinięty styl, który na debiucie mógł, co najwyżej, kiełkować. To, co na debiucie trzeszczało i szumiało, tu brzmi klarownie i melodyjnie. Tam, gdzie debiut oferował prosty przekaz, tutaj ów przekaz staje się bardziej niedosłowny. W końcu tam, gdzie na debiucie było chłodno i sztywno, na "The Gallery" jest ciepło i na luzie. Słychać, że w ciągu trzech lat chłopaki trochę dopieścili brzmienie, klimat i — ogólnie — koncepcję muzyki. Poszli w kierunku mniejszej agresji, a większego nacisku na melodie i przez to – większej przystępności. Nie ma się więc co dziwić, że scena goteboruska, której niewątpliwie przedstawicielem jest Dark Tranquillity, jest tak łapczywie oblepiona przez babeczki oraz co mniej odważnych faciów, którzy na death niemelodyjny mają za małe cojones. Muszę jednak przyznać, że mimo swojej przystępności, wcale nie jest prostacka. Wsłuchując się w poszczególne kawałki można odnaleźć wiele ciekawych rozwiązań: a to jakaś podwójna stopa, a to tremolo, tu i ówdzie jakieś blackowe naleciałości albo zaskakująca pomysłem solówka. Jest więc na czym ucho zawiesić, choć — przyznam się bez bicia — kiedyś robiło to na mnie większe wrażenie. Tym niemniej sentyment do "The Gallery" pozostał i ma się nieźle, a że album zachował wiele ze swej początkowej fajności – tym lepiej dla mnie. Zwłaszcza, że te, co ongiś robiło na mnie największe wrażenie, nadal kopie. Pamiętam, że "The Gallery" nabyłem dla jednego utworu – kończącego płytę "...of Melancholy Burning". Po kilku razach okazało się, że takich mocniejszych akcentów jest na płycie więcej, że wspomnę jeno "Punish My Heaven" oraz kapitalny, klasyczny "Mine Is the Grandeur...". Nie jest to pierwszy taki klasyk w wykonaniu Szwedów, jednak dopiero ten pokazał ich klasę. Kawałek po prostu rozpierdala. Więc jest dobrym zwieńczeniem porządnego albumu.


ocena: 8/10
deaf
oficjalna strona: www.darktranquillity.com

podobne płyty:

Udostępnij:

23 listopada 2010

Moonspell – Wolfheart [1995]

Moonspell - Wolfheart recenzja okładka review coverW przeciwieństwie do teraźniejszego syfu, który serwuje nam Moonspell, a którym dzielnie się nie kalam, początki tej portugalskiej formacji były o niebo (że tak sobie zażartuję) lepsze. Obracający się w wampiryczno-wilkołaczych klimatach album przez wiele lat nie wychodził u mnie poza ścisłe grono wydawnictw zajebistych. Teraz, po kilku latach odpoczynku, powrót do Moonspellowego "Wolfhearta" okazał się zbawienny (hehe) i bardzo odświeżający. Nic tak bowiem nie pomaga na zniesmaczenie pańszczyzną odstawianą przez wszelakie dzisiejsze formacje, jak porcja nietuzinkowego i nieprzeżutego iberyjskiego blacku. Jest to muzyka tak różna, tak odległa od skandynawskiej szkoły, że niemal należąca do innej kategorii. Jak na południowców przystało jest pełna temperamentu i do cna przesiąknięta emocjami. Nie ma w niej nic z północnej surowości i chłodu i może właśnie dlatego rzesze niewyedukowanych podlotków uważają, że nadaje się na ich wieczorki okultystyczne, Castle Party albo podobne pedalskie imprezki. Jest to jednak tylko połowa prawdy – połowa dla półgłówków. Historia z "Wolfheart" polega na tym, że oprócz — widocznej na pierwszy rzut oka — ciut naiwnej stylistyki, jest w niej sporo dogłębnie przemyślanych rozwiązań aranżacyjnych i kompozycyjnych. Nie trzeba geniusza, żeby odnaleźć w muzyce Portugalczyków folkowe motywy, trzeba jednak mieć nieco oleju w głowie i ogólnej wrażliwości, by docenić ich znaczenie. Bez nich Moonspell byłby suchy, poobdzierany i na wskroś ciotowaty. Obecność wzorów folkowych sprawia jednak, że muzyka nabiera barw, staje się żywa i autentyczna. Powiedziałbym nawet, że to właśnie one warunkują całą muzykę i mają wpływ na wszystko – począwszy od wokali, a na tempach skończywszy. Jest więc raczej spokojnie, z okazjonalnymi tylko przyśpieszeniami, raczej oszczędnie z dźwiękami niźli nawałnicą decybeli oraz bardzo, ale to bardzo melodyjnie. To, co szczególnie mnie urzekło, to bardzo głęboko brzmiące i czytelne instrumenty. Imponują również umiejętności wokalne pana Ribeiro, który sprawnie porusza się pomiędzy stylami i bez większych spinek serwuje tak czyste linie, jak growle oraz blackowe skrzeki. Wspomnę jeszcze moich faworytów: "Trebaruna" oraz "Alma Mater", bez których "Wolfheart" straciłby połowę swojej wyrazistości i większość klimatu, a na zakończenie dodam, że do krążka warto sięgnąć nawet, jeśli nie jest się wielkim fanem klawiszowo-blackowej sztuki.


ocena: 8/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/moonspell
Udostępnij:

29 października 2010

Vital Remains – Into Cold Darkness [1995]

Vital Remains - Into Cold Darkness recenzja okładka review coverCałkiem trafnie i zabawnie wyraził się ongiś o "Let Us Pray" szanowny kolega Trup. Otóż skonstatował on, iż rzeczona płytka jest... "mało witalna"... Na szczęście z "Into Cold Darkness" sprawa wygląda zdecydowanie inaczej. Poprawie uległo właściwie wszystko, co poprawie ulec mogło, przy jednoczesnym zachowaniu wcześniejszego klimatu. Słychać, że Vitalom przydarzyła się możliwość przywalenia mocniej i ze zdecydowanym death’owym wykopem. Co prawda w 'Immortal Crusade' — nota bene jednym z lepszych na krążku — nie rzucają się jeszcze do szaleńczych blastów, stawiając bardziej na strukturę kawałka i nastrój, ale w kolejnych numerach brutalnego napieprzania jest już sporo i nikt nie powinien mieć powodów do narzekań. Zwłaszcza utwory krótsze ukierunkowane są na szybkości i bezpośrednie atakowanie falą bluźnierczego wymiotu. Warto chwilę przysiąść i dokładniej się przysłuchać, bo w kilku miejscach — np. w 'Crown Of The Black Hearts' — pojawiają się przebłyski ich późniejszej genialności oraz patenty stosowane przez nich do dziś. Lepsze, w porównaniu z debiutem, jest brzmienie materiału – dużo cięższe i bardziej przejrzyste, choć niektóre solówki są jak dla mnie za cicho. Jedna większa wada to stosunkowo krótki czas trwania płyty – muza jest naprawdę dobra, więc chciałoby się więcej. Na sam koniec Vital Remains proponują numer 'Dethroned Emperor' z repertuaru nudnych dziadków z Celtic Frost. Wypadł całkiem nieźle, ja jednak wolałbym zamiast niego jedną kompozycję autorską więcej. Co innego z 'Countess Bathory' (sie ma digipacka, se można poszpanować), bo to wykonanie jest już całkiem zajebiste, szczególnie za sprawą fajnego feelingu i świetnych wokali. Zdecydowanie polecam!


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/vitalremains

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

11 września 2010

Dead Infection – A Chapter Of Accidents [1995]

Dead Infection - A Chapter Of Accidents recenzja okładka review coverDruga duża płyta polskich bogów gore-grind to przyjemny zbiór 18 czystych gatunkowo wałków, których tematykę stanowią opisy różnych, mniej lub bardziej zabawnych, ale zawsze jednak w jakiś sposób tragicznych zdarzeń. Jak na koncept-album, teksty (jak z podupczonych wokali wychwycicie choć jedno normalne słowo, to moje najszczersze gratulacje!) nie są ze sobą ściśle powiązane, jednak można je uznać za wciągające (a nawet słitaśne) i godne polecenia, szczególnie 'The End Of Love' i 'Her Heart In Your Hands'... Muzyka zawarta na "A Chapter Of Accidents" to podręcznikowy przykład jak łoić brutalny, bezkompromisowy grindowy stuff – tu wszystko jest w jak najlepszym porządku. Dodać należy, że Dead Infection wyzbyli się elementów death metalu obecnych na debiucie. Płyta jest idealnym kąskiem dla tych maniaków, którzy popłakali się po tym, jak Carcass dali dupy na "Necroticism" (sic!), a Napalm Death porzucili hałas a’la "Scum" czy "From Enslavement To Obliteration". Wesoła (patataj, patataj, patatataj...) ekipa z Białegostoku nie bawi się w smętne zawodzenie i napierdala bez opamiętania przez trzy numery na jednym riffie... Blastów jest oczywiście zatrzęsienie, do tego kilka miażdżących zwolnień, obowiązkowe nienormalne 'charczenie' i popieprzone wrzaski – w skrócie: cała 'muzyka' opiera się na jednym wielkim, wyziewnym, chaotycznym łomocie. Album nagrano w Izabelinie (m.in. KAT, Maryla Rodowicz, Acid Drinkers), przez co jest dość czytelny przy zachowaniu typowo grindowego zasyfienia. Jeśli kogoś taka raczej jednostajna — choć bardzo energiczna i wesoła — mordownia nie męczy (tudzież nudzi), to gorąco polecam! Reszta tylko się zniechęci. Albo porzyga.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: deadinfection.info

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

20 sierpnia 2010

Death – Symbolic [1995]

Death - Symbolic recenzja okładka review coverJak każda szanująca się religia, tak i wyznawcy Schuldineryzmu mają swoje święte ewangelie. A zwą się one (jak nagrano): "Individual Thought Patterns", "Symbolic" oraz "The Sound of Perseverance". Co światlejsi wskazują wprawdzie na "Human", niemniej jednak ma on zwykle status albumu apokryficznego, bliższego co prawda owemu triumwiratowi niż wcześniejszym, ale wciąż zapominanego przez mniej oświeconych. Prawda jest jednak taka, że mamy tu do czynienia raczej z tetrawiratem. I niech to zapamiętane w końcu będzie! Nie ma to wszakże większego znaczenia, albowiem każdy z wymienionych jest dziełem Schuldinerowego geniuszu i każdy jest przepustką do wieczności w Death. Zbierzcie się więc tłumnie i wysłuchajcie z uwagą przekazu skierowanego do was przez samego Chucka, niech będzie po trzykroć zblastowany. Corpus Schuldinerum Secundum "Symbolic" to dzieło równie wielkie, co zaskakujące; Koelble, Conlon – kimże byliby ci muzycy, gdyby nie udział w nagraniu? Zapewne nikim – a tak zapisali się w wieczności, choć — jak głosi leprozjusz demo SC — ich udział był czystko odtwórczy, acz bezbłędny. "Symbolic" CSS to album prawdziwych przebojów; utwór po utworze do uszu dochodzą, na wskroś Deathowe, dźwięki. Słyszane po tysiąckroć wydają się tak oczywiste, tak oswojone, że ma się wrażenie ich odwieczności. I tak właśnie jest, bracia i siostry w Death. "Symbolic" "Zero Tolerance", "Empty Words", "1,000 Eyes", "Crystal Mountain", "Perennial Quest" – to tylko niektóre z arcydzieł "Symbolic" CSS. Czegóż chcieć więcej? Otwórzcie uszy i usłyszcie muzykę Chucka, niech mu BC Rich po wieki podpiętym będzie.


ocena: 9,5/10
deaf
oficjaln a strona: www.emptywords.org

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

24 marca 2010

Die Verbannten Kinder Evas – Die Verbannten Kinder Evas [1995]

Die Verbannten Kinder Evas - Die Verbannten Kinder Evas recenzja okładka review coverCzas odetchnąć od łomotu siekących blastów, wrzasku bluźnierczych manifestów i nieustannej akceleracji. Czas zatrzymać się na moment i dać ponieść wyobraźni. Czas na Die Verbannten Kinder Evas. Więc zaparzcie sobie herbatkę, zamknijcie siostrę/żonę/dziewczynę w piwnicy (Trzymamy się austryiackich standardów, co? – przyp. demo), wyłączcie komórkę i wygodnie rozsiądźcie się w fotelu. Play... W ciągu najbliższej godziny wasza wrażliwość i poczucie piękna zostaną naładowane potężnymi ładunkami wykwintności i dość ponurawej melancholii. Godzina ta wystarczy na rozluźnienie się i mentalne odpoczęcie. Po niej nawet (całkiem uzasadnione) ujadania wkurzonej siostry/żony/dziewczyny nie będą miały większego znaczenia. W pamięci bowiem wciąż będą się tliły resztki dźwięków i melodii wcześniej usłyszanych. Melodii nienatarczywych, delikatnych i ujmujących. Melodii powstałych po to, by uwznioślać, ale i odprężać. Szlachetnych. Nie wiem, czy taki właśnie zamiar przyświecał twórcom, ale dla mnie Die Verbannten Kinder Evas to esencja spokoju i opanowania. Ich muzyka przypomina mi niekiedy spokojne morze – majestatyczne i bezkresne. Szczególnie silne wrażenie sprawia olbrzymia pustka obecna w każdym utworze. Wydaje się ona kluczowym elementem muzyki, wokół którego budowane są rozliczne, acz ażurowe, byty dźwiękowe. Pojedyncze plamy i delikatne konstrukcje. Chyba dzięki temu właśnie muzyka ta tak silnie oddziałuje na słuchacza – nie napada na niego, nie zmusza do wysiłku. Muzyka jest niezaprzeczalnie obecna, ale dominująca w niej pustka sprawia, że człowiek wycisza się i budzi swoją wyobraźnię. Cały niezagospodarowany obszar zostaje oddany pod władzę słuchacza, który uzupełnia go według własnego uznania. Gdzie nie ma poznania, budzi się wyobraźnia. I to właśnie poczytuję sobie za największą zaletę Die Verbannten Kinder Evas.


ocena: 8,5/10
deaf
oficjalna strona: www.dvke.info
Udostępnij:

Hieronymus Bosch – The Human Abstract [1995]

Hieronymus Bosch - The Human Abstract recenzja okładka review coverJak się okazuje, dobrą muzykę tworzą też na wschodzie. I to niekoniecznie dalekim, lecz taki po sąsiedzku – powiedzmy lot rakiety balistycznej średniego zasięgu. Znaczy się Rosjanie. Jakiś czas temu pisałem o innych ruskich grajkach, ale powiedzmy sobie szczerze – była to jeno przystawka. Wydaje się bowiem, że dziś w Rosji niepodzielnie panuje pewien Niderlandczyk – Hieronymus Bosch. Debiutancki album tej formacji ujrzał światło dzienne w 1995, czyli dokładnie w 479. rocznicę śmierci malarza. Ujrzał i pozamiatał, co było do pozamiatania. A dziadostwa było sporo, o czym sami przekonacie się próbując przypomnieć sobie jakąś godną uwagi ruską kapelę. No po prostu nic, zero, null (jak macie coś fajnego, to zarzućcie w komentach). Moskiewski kwartet nie bawiąc się z żadne wieloletnie rozpędy i badania rynku, jebnął z grubej rury już od pierwszego longpleja, gładko torując sobie drogę na szczyty i jednocześnie ustawiając sobie wysoką poprzeczkę na przyszłość. Świat ujrzała muzyka wyśmienicie skomponowana, zagrana z solidną dawką techniki i agresji, a jednocześnie stosunkowo spokojna i melodyjna. Muzyka, którą chce się słuchać raz po razie. Na szczególną uwagę zasługuje niemal doskonały feeling gitar. Gitar, które budują cały klimat wydawnictwa. Techniczne, a jednak melodyjne i chwytliwe riffy, uzupełnione o przeróżne solówki, czasami bardziej zakręcone, jazzowe, a czasami neoklasyczne. A wszystko, jak już wspomniałem, z doskonałym wyczuciem. Z ciekawostek, warto się także przysłuchać pojawiającym się tu i ówdzie partiom klawiszy, które przydają numerom głębi i nastroju, że odwołam się tylko do dwóch utworów: "The Apogee" oraz "The Human Abstract". Innym kuriozum jest kawałek zatytułowany "Black Lake Blues", ale chyba nie trzeba wiele mówić, bo wszystko zdradza tytuł. Tak, tak – póltoraminutowy, instrumentalny bluesowy standardzik. Po jego przesłuchaniu nie ma się już żadnych wątpliwości, co do klasy zespołu. Tym bardziej, że — koniec końców — mamy do czynienia z zespołem tech deathowym. Zespołem dojrzałym, znającym się na swoim rzemiośle, i, co najważniejsze, bajecznie utalentowanym. Muzyka Rosjan broni się sama – wystarczy jej na to nieco ponad cztery i pół minuty – tyle bowiem trwa pierwszy kawałek. I na koniec myśl: Bosch mógłby być dumny, że pod jego sztandarami tworzona jest taka muzyka.


ocena: 8/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/hieronymusboschrussia

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

23 marca 2010

Summoning – Minas Morgul [1995]

Summoning - Minas Morgul recenzja okładka review coverTym albumem Summoning narodził się po raz drugi. Sporo się zmieniło: ze składu wykopano bębniarza Trifixiona, którego zastąpił automat, poprawiono też brzmienie, które w końcu przestało przypominać bzyczenie komara w studni nagrane na Kasprzaku. Największą jednak zmianą było odejście od stylu prezentowanego na poprzednim "Lugburz" – surowego, trzeszczącego i trochę komicznego blacku (posłuchajcie sobie "Where Winters Forever Cry" i spróbujcie się nie roześmiać). Wraz z "Minas Morgul" narodził się Summoning jakim go znamy do dziś – epicki, bombastyczny black, podpadający niekiedy pod dark ambient. Trzeba jednak pamiętać, że od wydania "Lugburz" minęło ledwie kilka miesięcy i w muzyce nadal słychać wiele pozostałości po tym pierwotnym okresie. Albumem wciąż rządzą blackowe tremolo, nieludzkie skrzeki i chłodna atmosfera, jednak zmiany, które się dokonały w okresie między oboma wydawnictwami, wpłynęły na zupełnie inny charakter muzyki. "Minas Morgul", pomimo iż jest na wskroś blackowy, jest jednocześnie równie monumentalny i ambientowy. Częstsze wykorzystanie syntezatorów i dźwięków tła, większy nacisk położony na melodię, bardziej zdecydowane eksperymenty z nastrojem i emocjami, a także wykorzystanie samplowanych perkusji, dodało muzyce nowego wymiaru. Jest to pewnym zaskoczeniem, gdyż zwykle przesiadka na automat nie skutkuje niczym pozytywnym. W przypadku Summoning jest zupełnie inaczej – program pozwolił na użycie brzmień zwykle przez metal niewykorzystywanych: dawnych, bojowych i cholernie napuszonych, które wspaniale podbiły — i tak już wysoki — stopień nabzdyczenia. Niemniej jednak należy to poczytywać jako zwrot w dobrym kierunku, bo choć słowa wydają się być nieco pejoratywne, to opisują one prawdziwy przełom i wycieczkę w dziewicze rejony metalu. Summoning, tym razem już jako duet, przeobraził się z surowej, blackmetalowej sieczki (choć z małymi zajawkami) w kapelę świadomą własnych oczekiwań względem tworzonej muzyki. Śmielsze operowanie melodią oraz częstsze wykorzystanie syntezatorów, poprawiły odbiór muzyki, która teraz mogła śmiało wyjść na światło dzienne (co brzmi dość śmiesznie w odniesieniu do blacku). Pewnie część fanów norweskiej zimy i czarno-białych wkładek poczuła się taką zmianą dotknięta i wyrzuciła Summoning poza swój (nie)święty krąg słuchanych kapel, jednak osobiście mam to w dupie. Melodie przestały bawić, zaczęły natomiast płynąć, kreślić fantastyczne wizje, budować nastrój. Mój absolutny faworyt "The Passing of the Grey Company" doskonale prezentuje to, o czym piszę. Utwór ten ukazuje także kolejną zmianę... a właściwie dwie. O pierwszej już pisałem, lecz nie zaszkodzi wspomnieć raz jeszcze. Najpewniej chłopaki doszli do wniosku, że nie będą się bawić w półśrodki, tylko walną z grubej rury i jak już mają się taplać w syntezatorach, to niech to przynajmniej ma ręce i nogi. Powiem więc tak – kawałek ten to absolutnie najdoskonalsze wykorzystanie klawesynowego brzmienia w historii, jest po prostu idealne, cacane i book wie, jakie jeszcze. Druga nowość to długość ścieżki; co prawda na "Lugburz" znalazło się kilku długodystansowców, to dopiero na "MM" długość stała się kolejnym budulcem muzyki. Cały album trwa prawie 70 minut, a kawałków dłuższych niż siedem minut jest cztery, dwa kolejne tylko nieznacznie nie przekraczają tej magicznej granicy. Monumentalność, rozmach, epatowanie wielkością – taki właśnie jest "Minas Morgul". Owa długość ma także wpływ na teatralność albumu oraz jego wielopłaszczyznową strukturę – współistniejące ze sobą wokale, perkusję i gitary oraz elektronikę. Warstwy te przenikają się, zmienia się ich znaczenie, więc czasami utwór będzie krążył wokół linii syntezatora – jak choćby we wspomnianym "The Passing...". Poza nim, jako godne uwagi, poleciłbym jeszcze "Marching Homewards" (imponujący koniec) oraz "Dagor Bragollach" (ponadprzeciętna, jak na album, dynamika i szybkość i przyjemny 'filmowy' rozmach). Podsumuję tak: jeśli lubisz nieśpieszny pompatyczne black a’la Summoning, to album jest dla ciebie. Jeśli jednak męczą cię instrumentalne dłużyzny, skrzeczenie i epicka otoczka, to możesz sobie podarować.


ocena: 8,5/10
deaf
oficjalna strona: www.summoning.info

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij: