facebook
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hard rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hard rock. Pokaż wszystkie posty

17 grudnia 2013

Kat – Rarities [2013]

Kat - Rarities recenzja okładka review cover
"Rarities" to po angielsku rarytasy... Ciekawostki – taki, moim zdaniem, byłby dużo trafniejszy tytuł dla tego kompilacyjnego wydawnictwa. Za podstawę tracklisty robią tu ładnie wyczyszczone nagrania popełnione w studiu Radia Katowice w 1982 oraz kawałki z Jarocina z 1984. Towarzyszą im utwory dotąd niepublikowane, jak choćby niepowodujący uniesień instrumental z sesji "Róż" (ponoć jeden z dwóch – ja się pytam, czemu nie zamieszczono drugiego?) czy — najbardziej zwracająca uwagę — angielska wersja 'Porwanego Obłędem'. W sekcji multimedialnej dorzucono nawet teledysk do tego ostatniego – nic nie widać, nic nie słychać, ale fajnie, że jest. Zebrane w jednym miejscu archiwalne numery Kata na pewno mają niemałą wartość historyczną, edukacyjną i w końcu kolekcjonerską, ale nie sądzę, żebym wracał do tej płyty częściej niż raz na rok.

29 września 2013

Oliva – Raise The Curtain [2013]

Oliva - Raise The Curtain recenzja okładka review cover
Bóg jeden raczy wiedzieć, co siedzi w głowie Jona Olivy. Konia z rzędem temu, kto wytłumaczy mi, dlaczego "Raise the Curtain" wydano pod szyldem Oliva, a nie Jon Oliva's Pain na przykład. Jeżeli jest ktoś, kto jest w stanie dowieść bez cienia wątpliwości, że "to przecież zupełnie inna muzyka, inne emocje i w ogóle nowa jakość" i nie leci przy tym w chuja, to ma ode mnie kratę browara. Słowo się rzekło. Ale nie o problemach artysty z określeniem własnej tożsamości miało być, lecz o najnowszym dziecku Jona Olivy — wywołanym już do tablicy albumie — "Raise the Curtain". Jedenaście utworów w stylu bardziej JOP niż Savatage, choć to przecież prawie jedno i to samo, niemal godzina raczej rockowego niż metalowego grania, choć to też żadna nowość, a wszystko to w arcy charakterystycznym stylu amerykańskiego muzyka i kompozytora.

8 lipca 2013

Megadeth – Super Collider [2013]

Megadeth - Super Collider recenzja okładka review cover
Zacznę, coś mi się tak zdaje, od końca, tzn. od wystawienia oceny. Potem będę ocenę uzasadniał próbując tak manewrować faktami, żeby się zgadzało z oceną. A uczynię tak dlatego, że płyta jest w swej istocie cholernie dwuznaczna i łatwo się zagalopować w jedną stronę całkowicie zapominając o drugiej. A więc do dzieła. Jakże skromnym zdaniem autora, płyta pt. "Super Collider" zespołu Megadeth zasługuje na... na 6. No może 7. I chuj i tak strzelił cały pomysł z reverse writing, więc pójdzie tradycyjnie od początku. A początek krążka jest wyborny. "Kingmaker" wpisuje się wyśmienicie w klimat dwóch poprzednich wydawnictw, które — w powszechnym mniemaniu — dają radę i za które Mustainowi należy się medal, litr (może 0,75 litra) i nowy egzemplarz Biblii.

8 maja 2010

Carcass – Swansong [1996]

Carcass - Swansong recenzja okładka review cover
Z ocenianiem albumów pokroju "Swansong" i z zespołami tak zasłużonymi jak Carcass, które wydadzą taki album, będzie zawsze duży problem. Dlaczego? Kto zna muzykę ze "Swansong" ten wie, jaka jest odpowiedź lub szybko ją znajdzie. Formacja, która była jedną z tych, które reformowały scenę grind/death nagrywa album hard rockowy, czy jak kto woli death&roll-owy. To właśnie jest powodem rodzącym trudności w ocenie. Muzyka ze "Swansong" jest naprawdę świetna, ale gdy dochodzi do konfrontacji z wcześniejszymi albumami nietrudno o jakieś zawiedzenie. Dlatego ja uważam, że takiego albumu jak "Swansong" nie należy porównywać z poprzednimi dokonaniami. Bo jak porównywać rock z ekstremalnym patologicznym grindowaniem? Nie da się! a więc jak się nie da, to nawet nie będę próbował tego robić. Może taki album należałoby traktować jako odrębny projekt muzyków Carcass?

23 marca 2010

Gorefest – Soul Survivor [1996]

Gorefest - Soul Survivor recenzja okładka review cover
Gorefest na "Soul Survivor" tak samo jak Carcass na "Swansong" zerwał z death metalem i podobnie jak Brytyjczycy, obrał drogę death rocka. Musiał być to mocny wstrząs dla wielu konserwatywnych fanów death metalu i zapewne do dziś dla takowych płyta ta jest nie do zaakceptowania. Ja też potrzebowałem czasu, aby ją polubić, ale wynikało to raczej z młodzieńczej przekory. Teraz słucham gorefestowego hard rocka bardzo często. Ten album jest klasą samą w sobie i kto wie, czy nie jest najlepszym nagraniem spośród wszystkich death rockowych płyt. Z death metalowego Gorefest został w sumie tylko growl Jana Chrisa, już nie tak brutalny, lecz nie jest to istotne, ponieważ do tej muzyki pasuje idealnie. W sumie pozostała jeszcze jedna rzecz ze starego Gorefest: genialne kompozycje.