facebook

29 kwietnia 2011

Gama Bomb – Tales From The Grave In Space [2009]

Gama Bomb - Tales From The Grave In Space recenzja okładka review cover
Klasyczny thrash zagrany podług najlepszych wzorców zawartych na starych płytach Metallicy, Exodus czy Forbidden. Praktycznie każdy element "Tales From The Grave In Space" świadczy o tym, że twórcy tej płyty spędzili duuużo czasu na kombinowaniu, jak najlepiej wstrzelić się w kanony amerykańskiej odnogi gatunku. Jeśli o to chodzi, to nawet osiągnęli sukces, bo w zasadzie wszystko się tu zgadza – tempa, riffowanie, wokale, solówki, brzmienie... Nie zgadza się za to sztywność tej muzyki – album jest niczym innym, a nieruchawym zlepkiem bardziej lub jeszcze bardziej wytartych schematów i klisz. Owszem, chłopaki mają umiejętności, ale wyobraźni, swobody kompozytorskiej czy pazura już za grosz. Mnie to zalatuje sztucznością i graniem na siłę – z linijką i kalkulatorem w ręku.

26 kwietnia 2011

Vital Remains – Dechristianize [2003]

Vital Remains - Dechristianize recenzja okładka review cover
Jak łatwo wywnioskować po ocenie, piąty album Vital Remains uważam za mocarną i absolutnie wyjątkową pozycję. Założę się, że macie podobnie. Nie ma w tym wszakże nic dziwnego, bowiem "Dechristianize" to wybitny death’owy akt, a zarazem kolejny przykład doskonałych możliwości tego zespołu, czy raczej jego filarów w osobach Tonyego Lazaro i Dave’a Suzuki. Płyta powstała w zmienionym już któryś raz składzie: poprzedniego wokalistę zastąpił sam Diabeł pod nieświętą postacią Glena "śmierć chrześcijanom" Bentona. Przyznaję, że byłem pełen obaw właśnie w związku z wokalnym obliczem Vital Remains, bo to, co lider Deicide odstawił na kiepskich — delikatnie rzecz ujmując — "Insineratehymn" i "In Torment In Hell", w ogóle do mnie nie przemawia. I tu następuje niezłe zaskoczenie, bo odwalił kawał naprawdę wyśmienitej roboty, wyśpiewując liryki Dave’a (świetne swoją drogą) maksymalnie nienawistnie i z pełnym oddaniem sprawie.

23 kwietnia 2011

Aghora – Formless [2006]

Aghora - Formless recenzja okładka review cover
Długo kazała na siebie czekać ekipa pod wezwaniem Santiago Dobelsa, ekipa zupełnie odmieniona, zbudowana całkowicie od podstaw. Do wymiany poszli wszyscy poza samym Dobelsem, który — parafrazując Ludwika XIV — powiedział "Aghora to ja". Tym sposobem z zespołem pożegnała wokalistka Danishta, Cyniczna sekcja rytmiczna z oraz drugi wiosłowy Charlie. Biorąc pod uwagę zajebistość debiutu, takie roszady mogły budzić pewne zdziwienie (w końcu nie zmienia się zwycięskich składów) oraz obawy o poziom nowego albumu. Ubiegając jednak fakty powiem, że po dobrych dziesiątkach przesłuchań i mimo początkowego rozczarowania, udało się zespołowi wyjść z personalnych zawieruch obronną ręką i nagrać album, który, może nie tak wybitny, wciąż jednak dla miłośników progowo-jazzowych nut w orientalnych klimatach powinien być nie lada kąskiem. Ale po kolei.

20 kwietnia 2011

Nomad – Transmigration Of Consciousness [2011]

Nomad - Transmigration Of Consciousness recenzja okładka review cover
Wolny, posępny, monotonny, odważny – taki właśnie jest nowy krążek Nomad. Poza tym jest w równym stopniu odmienny i zaskakujący, co rozpoznawalny. Głos Bleyzabela, praca gitar i w sumie nietypowa rytmika są już wyróżnikami zespołu z Opoczna, zaś wspomniana inność dotyczy przede wszystkim radykalnego wyhamowania i związanych z nim ciekawych następstw. Nomad zwalniając, spoważniał, zyskał na podniosłości oraz — paradoksalnie — brutalności, nie tracąc nic ze specyficznej chwytliwości obecnej na poprzednich płytach. Na tym 35-minutowym albumie (pozostałe 6 minut to introsy i outro) odrobina typowo death’owego napierdalania ostała się jedynie w 'The Demon’s Breath' i 'Flames Of Tomorrow', przy czym nie ma to nic wspólnego z wielką ekstremą, bo i nie o to tu chodzi. Esencją "Transmigration Of Consciousness" jest niespieszne, mocno transowe mielenie okraszone subtelnymi klawiszami i zróżnicowanymi wokalami.

17 kwietnia 2011

Wolf Spider – Kingdom Of Paranoia [1990]

Wolf Spider - Kingdom Of Paranoia recenzja okładka review cover
Aż się wierzyć nie chce, że od wydania tego dzieła minęło już dwadzieścia jeden lat. Na wrzesień tego roku przypada zaś dwudziesta rocznica rozwiązania zespołu. Śmiem twierdzić, że w ciągu tych dwóch dekad nie dorobiliśmy się lepszej kapeli thrashowej i tylko kilku kapel metalowych w ogóle, które mógłbym z czystym sumieniem postawić na tej samej, ociekającej zajebistością, półce. Ale to moja prywatna opinia, więc nie musicie się z nią zgadzać; możecie wręcz twierdzić, że lepszych kapel było w pizdu, np. Vader, Azarath, czy inny Hunter. Mam to jednak głęboko w dupie i wszystkich takich pozdrawiam serdecznie środkowym palcem lewej ręki. Wrócę jednak do muzyki, wszak o nią się rozbija. Wolf Spider, bo tak brzmiała oficjalna nazwa od roku 1988, przeszedł w okresie od selftajtla do "Kingdom of Paranoia" kilka zmian. Zespół opuścili Mariusz oraz Leszek, więc trzeba było się trochę przetasować. Obowiązki basisty przejął Maciek, zaś nowym wiosłowym został Darek Popowicz.

14 kwietnia 2011

Death – Leprosy [1988]

Death - Leprosy recenzja okładka review cover
Szybko, bo w rok po "Scream Bloody Gore" pojawiła się dwójka wewnętrznie przemeblowanego Death, "Leprosy" – płyta, która jest jedną z najważniejszych w historii zespołu i metalu w ogóle. Można nawet zaryzykować w tym miejscu stwierdzenie, iż recenzowany album to niczym nie skalany, najczystszy i najbardziej 'death metalowy' krążek death metalowy! Brzmi to trochę jak masło maślane, jednak nikomu nie udało się nagrać czegoś równie magicznego, a zapewniam – próbowało wielu. Do rzeczy. Utwory, w porównaniu z debiutem, są zdecydowanie bardziej rozbudowane (tytułowy trwa ponad 6 minut), więcej w nich zmian tempa, riffów, solówek zarówno Chucka jak i Ricka – po prostu więcej trawiącego zmysły metalowego ognia. Teoretycznie nie ma się czemu dziwić, wszak kawałki ze "Scream Bloody Gore" były już dość stare, ale mimo to rozwój (zarówno techniczny, jak i ogólna brutalizacja), jaki dokonał się w Death budzi uznanie.

11 kwietnia 2011

Sadist – Crust [1997]

Sadist - Crust recenzja okładka review cover
Po dwóch genialnych wydawnictwach, Sadist zrobił krok w bok, krok w tył, po czym z lekka się zakręcił. Aż dziw bierze, że przy czymś takim nie pizdnął z hukiem o glebę. Tym właśnie sposobem światło dzienne ujrzał album zatytułowany "Crust". Album, który, z jednej strony, pokazał szerokie horyzonty Włochów, a z drugiej – że nie o takie horyzonty wszak chodzi. Bo za cholerę nie jestem w stanie zrozumieć, czemu taki potencjał marnować na core, w dodatku takich se lotów. "Gdzie się podziały tamte prywatki?" pytał Wojciech Gąsowski, a ja się pytam, gdzie się podziały te wszystkie techniczne cudeńka, kompozycyjne kostki Rubika i ześwirowany, orientalny feeling. No, gdzie? Bo znakomitą większość tego, trwającego niemal 40 minut, albumu zapychają ostro przesterowane gitary i prostawe riffy.

8 kwietnia 2011

Gorguts – The Erosion Of Sanity [1993]

Gorguts - The Erosion Of Sanity recenzja okładka review cover
"The Erosion Of Sanity" ukazała się w dwa lata po debiucie, w czasie, kiedy scenę death metalową zaczęły dotykać pierwsze objawy poważnego kryzysu (wiecie, brata Ramzesa). O kryzysie — przynajmniej artystycznym — nie można mówić w przypadku stojącego nieco na uboczu Gorguts. Zmiany w stosunku do debiutu są wyraźne i to nie tylko ze względu na bardziej 'ostre' brzmienie (zamienili słaaawne Morrisound na — też sławne, ale później — Studio Victor w Kanadzie) bo i w muzyce pojawiło się kilka zaskakujących i jakże mile widzianych nowinek. Najważniejszą sprawą jest z pewnością odejście od czystej klasyczności gatunkowej "Considered Dead" i pójście w formalne eksperymenty. Bez obaw, nadal jest to death metal z wyczuwalnym pierwiastkiem histerii, ale tym razem znacznie bardziej zaawansowany technicznie i pokopany aranżacyjnie.

5 kwietnia 2011

Abriosis – Tattered And Bound [2011]

Abriosis - Tattered And Bound recenzja okładka review cover
Następna świeża kanadyjska kapela z ambicjami do zamieszania na scenie technicznego (a może i progresywnego) death metalu. Są młodzi i teoretycznie dużo przed nimi, ale nie postawiłbym pięciu zeta na to, że im się powiedzie. Nie zrozumcie mnie źle – chłopaki grać potrafią więcej niż dobrze, brzmią nawet spoko i ogólnie wiochą nie zalatują. Każdy chyba jednak zdaje sobie sprawę, że obecnie to zdecydowanie za mało, bo kapel sprawnych technicznie i z dostępem do przyzwoitego studia mamy zatrzęsienie, także w u nas. Moje mało optymistyczne przewidywania odnośnie przyszłości Abriosis wynikają przede wszystkim z tego, że ich muzyka nie zawiera żadnego zauważalnego haczyka, jakiegoś charakterystycznego elementu pozwalającego stwierdzić, że kiedyś się wyrobią i wybiją – co było udziałem choćby Neuraxis.

2 kwietnia 2011

Cephalic Carnage – Exploiting Dysfunction [2000]

Cephalic Carnage - Exploiting Dysfunction recenzja okładka review cover
Gdzie jest ten kotek, co wlazł na płotek? Mój palec się złamał, a pomimo to jem spaghetti. Idę spać i liczyć owoce. Dym płynie po rzece, woda wyparowała, a ja nie mogę znaleźć keczupu. Co ja piszę? Sam nie wiem, w tle leci Cephalic Carnage"Exploiting Dysfunction" Pszczółka maja odleciała, a Kubuś bawi się z hefalumpami. To jest jakieś dziwne. Hefalumpy, hefalump. Dzieci rzucają kamieniami w króliczka, króliczek skacze po moście, biedny króliczek. Nie rozumiem tego co teraz robię, po co to robię, ale wiem, że słucham Cephalic Carnage"Exploiting Dysfunction". To mnie chyba usprawiedliwia? Nie? FUCK YOU rabbit, fuck you, fuck you!