facebook
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2005. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2005. Pokaż wszystkie posty

11 czerwca 2016

Origin – Echoes Of Decimation [2005]

Origin - Echoes Of Decimation recenzja okładka review cover
Niewiele współczesnych death’owych zespołów może poszczycić się tym, że wprowadziły do gatunku coś świeżego, że stworzyły nową jakość, no i w końcu, że stały się wzorem do naśladowania dla innych. Origin — o czym muzycy tej kapeli będą pewnie jeszcze wnukom opowiadali — zalicza się właśnie do tego wąskiego grona. Amerykanie od początku kariery stawiali na maksymalnie wyziewny i zakręcony łomot, a swoimi wydawnictwami sukcesywnie przesuwali granice ekstremy. Do czasu. Pod naporem trzeciego krążka, opisywanego "Echoes Of Decimation", granice nie wytrzymały. Origin z zespołu grającego szybki, brutalny i techniczny death metal przekształcił się w zespół grający blastująco-sweepujący świst, który nie miał wówczas precedensu, a i dzisiaj robi niemałe wrażenie.

13 kwietnia 2016

Vomit The Soul – Portraits Of Inhuman Abominations [2005]

Vomit The Soul - Portraits Of Inhuman Abominations recenzja okładka review cover
Kiedy zespół zapożycza sobie nazwę z kawałka Cannibal Corpse, to nie należy się spodziewać, że zależy mu na ululaniu słuchacza swą radosną twórczością. No i cóż, Vomit The Soul specjalnie (a w zasadzie w ogóle) się nie pierdolą w subtelności, grzejąc pozbawiony ozdobników (nie licząc dwuminutowego outra), zupełnie nieoryginalny brutal death metalowy łomot, w którym wszechobecne są wpływy Disgorge, Defeated Sanity i Devourment. Miazga w tym stylu stanowi pewnie jakieś 90% "Portraits Of Inhuman Abominations", ale Włosi nie ograniczają się tylko do takiego dopierdalania, bo na krążku trafiają się również fragmenty nieco bardziej ambitne i zakręcone, kiedy do głosu dochodzą fascynacje starszymi albumami Deeds Of Flesh i Dying Fetus.

14 listopada 2014

My Dying Bride – Sinamorata [2005]

My Dying Bride - Sinamorata recenzja okładka review cover
Drugie oficjalne dvd My Dying Bride to bardzo solidny materiał, choć oczywiście pozostawia pewien niedosyt. Ale o tym za chwilę. Trzon wydawnictwa to dość długi (jakieś 86 minut) występ z listopada 2003 roku z Antwerpii. Pewnym zaskoczeniem/ciekawostką może być to, że większość stanowią numery stosunkowo nowe, przede wszystkim z "The Dreadful Hours" i nadchodzącego "Songs Of Darkness, Words Of Light". Największy staroć to zagrany pod koniec 'Sear Me', ale są też trochę nowsze – 'The Cry Of Mankind' (było nie było, największy hit zespołu) oraz 'A Kiss To Remember'. Całość została perfekcyjnie odegrana, a klimat sączący się z każdą minutą jest nie do podrobienia. Jeśli chodzi o muzyków, to zachowują się — jakby to kogoś zdziwiło — raczej statycznie, choć miejscami Ade i Hamish pozwolili sobie na nieco więcej życia. Osobna sprawa to Aaron (kapitalne białe wdzianko stylizowane na kaftan bezpieczeństwa!), któremu — mimo że porusza się (snuje) po scenie z werwą osiemdziesięciolatka po trzech zawałach — nie sposób odmówić ekspresji. Są oczywiście pozy ukrzyżowania, klęczenie pod statywem i — co osobliwe — śpiewanie z pozycji leżącej.

2 października 2014

Hate – Anaclasis – A Haunting Gospel Of Malice & Hatred [2005]

Hate - Anaclasis - A Haunting Gospel Of Malice & Hatred recenzja okładka review cover
"Anaclasis" to, w zamierzeniach, początek nowego etapu w dziejach Hate – krok ku większej rozpoznawalności i oryginalności, a to wszystko przy zachowaniu — a nawet zwiększeniu — dotychczasowego poziomu ekstremy. Na czym ta cała oryginalność ma polegać? Ano na rozmaitych industrialnych dźwiękach powplatanych tu i ówdzie w struktury utworów. Szczęśliwie nie są to żadne bezmyślne plumkania dla mrocznych samic o wydrążonym kręgosłupie, tylko naprawdę chłodne i 'fabryczne' trzaski-szumy-uderzenia (gdybym miał o tym jakiekolwiek pojęcie, to postarałbym się użyć trafniejszych określeń). Zapowiadało się to zupełnie nieźle, ale jak na moje ucho chłopaki postąpili trochę zachowawczo i nie wykorzystali pomysłu z odpowiednią pompą, nawet na tym wstępnym etapie ewolucji stylistycznych.

11 października 2013

Hieronymus Bosch – Artificial Emotions [2005]

Hieronymus Bosch - Artificial Emotions recenzja okładka review cover
Na zakończenie przygody z Hieronymusem opisywanym pozwoliłem sobie zachować ich dzieło najdoskonalsze, dopieszczone w najdrobniejszych szczegółach, niemal zasługujące na miano arcydzieła, a mianowicie drugi krążek zatytułowany "Artificial Emotions". Przekonanych przekonywać nie trzeba, gdyż – jak już kiedyś pisałem – muzyka Rosjan broni się sama, niezależnie od tego, za który albumu człowiek się zabierze i jaki ma gust. Tak, proponowane przez moskiewski kwartet spojrzenie na muzykę odporne jest na wszelkie braki gustu i rozmaite dewiacje, z jednym wszak założeniem – osoba musi mieć minimalną chociaż wrażliwością muzyczną. Tym zaś, którzy nie mieli jeszcze styczności z Rosjanami, a którzy dumnie podpisują się pod powyższym założeniem, zaproponowanie "Artificial Emotions" to jak podanie wody spragnionemu.

5 października 2013

Nasum – Grind Finale [2005]

Nasum - Grind Finale recenzja okładka review cover
Płyty kompilacyjne rzadko kiedy prezentują sobą coś ciekawego i w obecnych czasach są czymś niezbyt trafionym (tyczy się to zwłaszcza debestofów), ale gdy w łapska wpada takie cudo, to można się tylko zachwycać. To dwupłytowe wydawnictwo robi wrażenie już od początku – formą wydania. Jest to porządny, bardzo estetycznie zrobiony cd-book w twardej okładce, z potężną 80-stronicową książeczką. Mamy w niej ciekawe notki oraz 'biografię', składającą się z opisów zawartości i okoliczności powstania tego, co zespół zarejestrował podczas piętnastu różnych sesji. Poza tym znajdziecie tam: okładki, prawie wszystkie teksty (oj sporo tego...) oraz masę fotek. Jest co oglądać, jest co czytać, szczególnie, że zapiski zawierają informacje, o których nie wszyscy muszą wiedzieć. Ot chociażby, że 'nasum' (fonetycznie: nazum) to po prostu... nos!

8 listopada 2012

Obituary – Frozen In Time [2005]

Obituary - Frozen In Time recenzja okładka review cover
Powrót jednego z moich ulubionych death metalowych aktów — Obituary — do czynnego uprawiania brutalnej sztuki przyjąłem z nieukrywaną radochą. Fani ich poprzednich dokonań (szczególnie tych przed zawieszeniem działalności) będą zadowoleni, zaś ci, którym ten zespół nigdy nie podchodził zdania już raczej nie zmienią. Jest jednak szansa, że Amerykanie podłapią paru nowych zwolenników, zachęconych chociażby pomysłową i świetnie wykonaną okładką autorstwa Andreasa Marschalla. Na swoim szóstym LP, Nekrolog serwuje nam swoistą miksturę wszystkich poprzednich krążków (może za wyjątkiem "Cause Of Death", niestety) z naciskiem na częste i gęste nawiązania do "Back From The Dead" i "The End Complete" (momentami aż nazbyt oczywiste – 'Insane', ale luzzz), delikatne wycieczki do okresu "World Demise" a na koniec szczypta debiutu. Tak ja to słyszę. Słowem – jest klasycznie i bardzo dla Obituary typowo.

23 lipca 2012

Demise – Torture Garden [2005]

Demise - Torture Garden recenzja okładka review cover
Epopei Pecha część trzecia... Oczywiście Demise nie był najbardziej niefartownym zespołem świata, sami też wielkiego ciśnienia na karierę nie mieli, ale ich przygody z oficjalnymi wydawcami można streścić krótko: z deszczu pod rynnę, spod rynny do ścieków. "Torture Garden" to ostatni, najdłuższy (równo 56 minut – jest na czym ucho zawiesić) materiał w zbyt krótkiej historii zespołu, a przy tym najbardziej zróżnicowany. Początek krążka to względnie szybka i całkiem brutalna (na pewno brutalniejsza niż w przeszłości) death metalowa jazda – wystarczy sprawdzić chociażby miażdżący 'Revelation' (ten gęsty riff na początku!) albo okraszony wyjebaną w kosmos solówką znanego w pewnych kręgach Jamesa M. 'Unjust'. 'Ravaged' to też niezły przykład nieco zakręconej jazdy na najwyższym poziomie. Z czasem przychodzi pora na utwory wolniejsze i konkretnie melodyjne, co wcale nie oznacza, że gorsze.

20 maja 2012

Trauma – Determination [2005]

Trauma - Determination recenzja okładka review cover
Moim pierwszym odczuciem po przesłuchaniu "Determination" było... rozczarowanie. Tak, dobrze widzicie – rozczarowanie (choć to może zbyt mocne słowo), co przy tak wspaniałym zespole co najmniej dziwi. Stan ten w pewnym stopniu utrzymuje się do dziś, tyle że jest on połączony z wyraźnym niedosytem. Jest tak, proszę ja was, ponieważ — jak na moje wypaczone ucho — płytę niewiele — a przynajmniej nie tyle, ile bym chciał — dzieli od "Imperfect Like A God". Podobne jest brzmienie (choć tym razem nie aż tak kliniczne), struktury utworów także nie odbiegają od tych z poprzedniczki, a i wrażenia płynące z słuchania są zbliżone. Nie wymagam od chłopaków wpieprzania się na siłę w nie wiadomo jaką awangardę, ale wydaje mi się, że zabrakło tu powiewu jakiejś namacalnej świeżości. Nie mogę jednak przez to tak po prostu zjebać Traumy, powód jest bowiem bajecznie prosty

17 września 2011

Immolation – Harnessing Ruin [2005]

Immolation - Harnessing Ruin recenzja okładka review cover
Szóste uderzenie bogów technicznej brutalności nastąpiło jak zwykle w glorii i chwale, ale też i w nieco odmienionym składzie, bowiem podupadającego na zdrowiu, a coraz bardziej zainteresowanego rodzinką Alexa Hernandeza zastąpił nieznany w metalowym światku Steve Shalaty z nieznanego w metalowym światku Odious Sanction. Nieznany, ale nie znaczy to od razu, że dużo gorszy, bo z rytmiką Immolation radzi sobie wyśmienicie i najwyraźniej dobrze wpasował się obecne oblicze zespołu. Ujmy im z pewnością nie przynosi, choć na pewno nie miesza tak ostro jak Alex. Sama muzyka także odrobinę się zmieniła w porównaniu z "Unholy Cult" – jest jeszcze bardziej przystępna (naturalnie jak na 'immolationowskie' standardy), chwytliwa (kilka riffów doskonale nadaje się do późniejszego nucenia pod nosem!), więcej w niej przestrzeni, gitary zdają się 'ryczeć' jak nigdy dotąd, a melodiom blisko do tych z "Close To A World Below".

8 marca 2011

Aborted – The Archaic Abattoir [2005]

Aborted - The Archaic Abattoir recenzja okładka review cover
Po znakomitym "Goremageddon" Aborted poszli w technikę i stali się bardziej melodyjni... Nie ma cudów – coś musiało na tym ucierpieć i w tym przypadku jest to poziom brutalności osiągnięty na "The Archaic Abattoir" – o elementach grindu można zapomnieć. Dupy na szczęście w tym względzie nie dali, choć lista gości udzielających się na płycie mogła sugerować różne rzeczy, w tym także tragedię. Nie zrozumcie mnie źle – Mnemic ujdzie w tłoku (o ile duży ten tłok i w bezpiecznej odległości), ale sama myśl o 'soilworkowych' zaśpiewach w Aborted powoduje u mnie dreszcze zgrozy (prawie jak blackmetalówki, hehe). Jednak muzycy obronili się i żadnych podobnych dziwactw (ani blackmetalówek!) tu nie władowali. Brzmienie nie jest tak mocno zbasowane, jak na poprzedniej produkcji, ale ciężaru odmówić mu nie sposób; stało się czystsze i bardziej wyraźne (zasługa Tue Madsena – mistrza kręcenia gałkami w Beneluxie), co ułatwia wychwytywanie rozmaitych smaczków.

23 lutego 2011

Union – Christ Agony [2005]

Union - Christ Agony recenzja okładka review cover
"Christ Agony" od pierwszej sekundy brzmi staro, a to tylko jedna z zalet tej płyty! Większość numerów utrzymana jest w stylistyce i klimacie dobrze znanym przede wszystkim z "Daemoonseth Act II" i "Moonlight" (choć i szczypta "Unholyunion" też się znajdzie), oprócz tego mamy 'Hellfire' i 'Flames Of Hate' – oba krótkie, wściekłe i brutalne, z wyraźnym piętnem Moon, ale — niestety? — bez solówek. Po takiej charakterystyce już wiadomo, czego się spodziewać – 46 minut i 55 sekund porządnie zaaranżowanego black metalu z depresyjnymi melodiami (najlepsze są w 'Eternal Hellbound', 'Evil Curse' i 'Horn Of Sacrifice' – coś pięknego, tego się nie można nauczyć, to trzeba mieć w sobie!), jadowitym wokalem Cezara, wyraźnym chrzęstem basu (Reyash!) i raczej nieskomplikowanymi acz mocno nawalającymi garami

5 lutego 2011

Totem – Day Before The End [2005]

Totem - Day Before The End recenzja okładka review cover
Druga płyta — którą z jakichś powodów wydawca uznał za debiut — rozbudowanej ekipy z Bukowna to bardzo melodyjny thrash-death w now(oczesn)ej, cholernie szwedzkiej odmianie – granie bardzo melodyjne, dobre od strony technicznej, przyzwoicie brzmiące, dość skoczne, miejscami nawet wpadające w ucho, ale ostatecznie pozbawione odpowiedniej wyrazistości i jakichś większych atutów, pozwalających mu na dłużej zagościć w świadomości słuchacza. Przynajmniej u kogoś, kto od wspomnianych gatunków oczekuje mocnego uderzenia, bo już miłośnicy późniejszych dokonań Arch Enemy, Soilwork i tym podobnych powinni mieć tu wypas, zwłaszcza, że materiał zdradza pewien potencjał koncertowy. Brutalny Totem na pewno nie jest, owszem – bywa agresywny, ale to dla wielu może być zbyt mało.

20 grudnia 2010

Vesania – God The Lux [2005]

Vesania - God The Lux recenzja okładka review cover
W życiu nigdy nie ma tak, żeby wszystko było cacy od początku do końca. I tak na przykład chcąc jak najszybciej dorwać "Torture Garden", musiałem — już nie chcąc — zakupić też "God The Lux" nachalnie promowanej, a niewiele wartej Vesanii. Skoro moje zdanie o tym zespole już znacie, teraz słów kilka na temat samej płyty. Wygląda to tak — i nawet taki black metalowy ignorant jak ja jest w stanie to wychwycić — że kolesie próbują rżnąć z Emperor, głównie tego z okresu "Prometheus" (czasami w sposób wołający o rąbnięcie z liścia w umalowane facjaty), ale przez natłok miernego klawiszowego plumkania i zorientowanie na psucie własnych kompozycji zbliżają się do wojowników o mokre koronki (obojętnie jakiej płci) z Dimmu Borgir.

16 czerwca 2010

Animosity – Empires [2005]

Animosity - Empires recenzja okładka review cover
Żeby nie trzymać was zbyt długo w niepewności, powiem wprost – przeciętniak w każdym calu. Takich kapel jest na pęczki, kapel, które już nauczyły się grać równo, których brzmienie nie jest garażowe, a wkładka jest w kolorze. Poza tym ciężko znaleźć cokolwiek, co by wyróżniało tych grajków. Nowoczesny death zmieszany z corem – typowy, aż się pachy pocą. Może więc choć teksty mają oryginalne? A gdzież tam – buntownicy, że strach się bać. Że świat jest do dupy, że władza kłamie (no shit, Sherlocks), że pasta do zębów jest za mało miętowa; nic tylko narzekają. Ale za to 'fuck' jest w każdym kawałku, używany wielokrotnie i, jakby, z lubością. Typowa przypadłość młokosów, którzy mając możliwość wykrzyczenia się, klną jak szewcy. Gdyby jeszcze angielski był bogatszy w wulgaryzmy, a tak tylko 'fuck' na prawo i lewo, więc nudą wieje i wrażenia żadnego nie robi.

2 czerwca 2010

Hypocrisy – Virus [2005]

Hypocrisy - Virus recenzja okładka review cover
"Virus", 10 album Hypocrisy, powstał w błyskawicznym tempie, a także w nomen omen trudnym okresie dla zespołu, ponieważ pokład opuścił jeden z założycieli, Lars Szoke. Larsa zastąpił znany doskonale fanom brutalnych dźwięków Horgh z Immortal. No, taka zmiana mogła wpłynąć na muzykę Szwedów. Wpłynęła i to bardzo pozytywnie! "Virus" jest wielkim albumem, w 100% dopracowanym, pełnym nowych rozwiązań, pomysłów i tysięcy ton energii. "Virus" to 11 soczystych death metalowych tracków. Po arcy krótkim intrze następuje pierwszy atak w postaci "War Path" – druzgocący atak! Szwedzi od dawna nie grali tak szybko i tak brutalnie, przy jednoczesnym zachowaniu tych powalających, firmowych melodii. Kolejny "Scrutinized" jest może ciut wolniejszy, ale za to cięższy i zawierający więcej technicznych smaczków. Przy czwórce czas na jeden z doomowych wolniaków Hypo, czy jak niektórzy wolą epickich utworów.

28 kwietnia 2010

Kreator – Enemy Of God [2005]

Kreator - Enemy Of God recenzja okładka review cover
Stare powiedzenie mówiące, że przemoc rodzi przemoc sprawdza się w 100%, czego dowodem jest "Enemy Of God". Kreatorowi udało się utrzymać bardzo wysoki poziom z "Violent Revolution". Ten album jest równie agresywny i naładowany przemocą jak poprzednik. "Czysty brutalny thrash! Tony szybkiego zapieprzania, chore solówki, konkretne riffowanie..." – tak Mille Petrozza opisywał "Enemy Of God". Już pierwszy, tytułowy utwór jest tego potwierdzeniem: niesamowicie jadowity, szybki, agresywny i brutalny thrash metal z miażdżącymi solówkami, kąsającymi riffami i jak zawsze bardzo mocnym wokalem Mille. W kolejnych dwóch utworach: "Impossible Brutality" i "Suicide Terrorist" agresja narasta jeszcze bardziej, co szczególnie słychać w refrenie "Suicide...".

6 kwietnia 2010

Lost Soul – Chaostream [2005]

Lost Soul - Chaostream recenzja okładka review cover
Skłamałbym, mówiąc, że mam do "Chaostream" jakiś wielki sentyment. Nie chodzi tu w żadnym wypadku o brak sympatii, ale po prostu – za krótko się znamy. Mimo to, odfajkowane pięć lat i setki przesłuchań ani odrobinę nie zmieniły mojego podejścia do tej płyty. Jak rozpierdalała mnie w pył wtedy, tak czyni to i dzisiaj. I w dalszym ciągu z podziwu nad tą rzeźnią wyjść nie mogę. Panowie zdecydowanie przekroczyli granice uprawianego dotąd przez siebie łomotu, bo tak niesamowicie intensywnie jak na "Chaostream" na pewno wcześniej nie grali. Gdzieniegdzie nasuwają się co prawda skojarzenia z motoryką Morbid Angel, szybkościami Hate Eternal i zakręceniem Immolation, ale Lost Soul traktuje death metal jednak trochę inaczej, po swojemu, w sposób mimo wszystko bardziej bezwzględny i dosadny. Jest w tym ogrom brutalności, wielki ciężar (duża w tym zasługa siedmiostrunowych gitar i niskiego stroju – takie brzmienie miażdży!),

24 marca 2010

Savage Circus – Dreamland Manor [2005]

Savage Circus - Dreamland Manor recenzja okładka review cover
W 2005 roku, po ponad dwudziestu latach obecności w Blind Guardian, Thomen Stauch zdecydował się zakończyć współpracę z zespołem (co było dużą i niemiłą niespodzianką, bowiem Thomen zawsze był jedną z podpór zespołu i od kiedy Blinda słucham, czyli jakieś naście lat, zawsze lubiłem jego styl). Powodem odejścia miało być niezadowolenie z nowej linii zespołu. A że założyć dzisiaj band jest łatwiej niż kupić bułkę, więc i Thomen postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i będąc jeszcze w BG, w 2004 roku, wraz z wokalistą Jensem Carlssonem wpadli na pomysł założenia formacji, której dali nazwę Savage Circus. Nietrudno się domyślić, że muzyka zaserwowana na debiutanckim longpleju Cyrkowców to ówczesny Blind Guardian minus 10 lat. Wszystko — począwszy od kroju czcionki w nazwie, a skończywszy na muzyce — wyglądem i brzmieniem przypomina BG z czasów około "SFB" i "IftOS".

23 marca 2010

Gorefest – La Muerte [2005]

Gorefest - La Muerte recenzja okładka review cover
Początek XXI wieku przyniósł wiele powrotów death metalowych gigantów. Jedne były lepsze, drugie średnie, trzecie gorsze. Wiadomo, musiał też być jakiś najlepszy. Moim zdaniem najlepszym powrotem był powrót Gorefest. Death metalowego Gorefest. Pamiętam jak pojawiła się wiadomość o reaktywacji, po której to szybko pojawiły pytania i obawy, jak będzie wyglądała muzyka Holendrów. Czy to oby na pewno będzie ten sam niepowtarzalny, wyjątkowy metal z pierwszej połowy lat 90-tych? Czy zespół da radę nagrać płytę na miarę "False" i "Erase"? We wrześniu 2005 roku uzyskaliśmy ponad 60 minutową odpowiedź w jakiej formie są bogowie europejskiego death metalu. Produkcja wskrzeszonego Gorefest zniszczyła wszystkie plotki. Ale co tam zniszczenie plotek, ta płyta po prostu zabiła wszystkich fanów zespołu i chyba każdego fana death metalu.