Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2005. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2005. Pokaż wszystkie posty

11 czerwca 2016

Origin – Echoes Of Decimation [2005]

Origin - Echoes Of Decimation recenzja okładka review coverNiewiele współczesnych death’owych zespołów może poszczycić się tym, że wprowadziły do gatunku coś świeżego, że stworzyły nową jakość, no i w końcu, że stały się wzorem do naśladowania dla innych. Origin — o czym muzycy tej kapeli będą pewnie jeszcze wnukom opowiadali — zalicza się właśnie do tego wąskiego grona. Amerykanie od początku kariery stawiali na maksymalnie wyziewny i zakręcony łomot, a swoimi wydawnictwami sukcesywnie przesuwali granice ekstremy. Do czasu. Pod naporem trzeciego krążka, opisywanego "Echoes Of Decimation", granice nie wytrzymały. Origin z zespołu grającego szybki, brutalny i techniczny death metal przekształcił się w zespół grający blastująco-sweepujący świst, który nie miał wówczas precedensu, a i dzisiaj robi niemałe wrażenie. Szybkość (o ironio, to jedyny album Origin, na którym nie grał perkman John Longstreth) i poziom zagmatwania materiału ocierają się tu o absurd, a czysta skomasowana brutalność urywa łeb przy samej dupie. Ten mega intensywny atak na bezbronne narządy słuchu trwa zaledwie 26 minut, jednak dla mniej wyrobionych odbiorców będzie to aż 26 minut – w dodatku niewysłowionej męczarni, bo Amerykanie na "Echoes Of Decimation" nie uznają żadnych przestojów, a jeśli nawet zdarza im się trochę (trochę!) zwolnić, to tempo i tak utrzymują zabójcze. W tym miejscu każdy niezorientowany w temacie osobnik mógłby zarzucić muzykom Origin zorientowanie wyłącznie na szpan szybkością i techniką. A to błąd, bo chociaż oba te składniki są bardzo istotne w ich twórczości, "Echoes Of Decimation" to przecież także furiackie vokillsy i całkiem przyzwoita dawka chwytliwości. Ten ostatni element stanowi o wyjątkowości Origin i wyróżnia zespół spośród masy podobnie grających kapel. Pomimo swej ekstremalności kawałki Amerykanów po prostu wpadają w ucho; może niekoniecznie za pierwszym razem, ale jednak. Człowiek lubi sobie wrócić do tego czy innego fragmentu, przewałkować go naście razy i wyciągnąć z niego jak najwięcej. Nudnymi utworami nikt by sobie tak dupy nie zawracał.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Origin

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

13 kwietnia 2016

Vomit The Soul – Portraits Of Inhuman Abominations [2005]

Vomit The Soul - Portraits Of Inhuman Abominations recenzja okładka review coverKiedy zespół zapożycza sobie nazwę z kawałka Cannibal Corpse, to nie należy się spodziewać, że zależy mu na ululaniu słuchacza swą radosną twórczością. No i cóż, Vomit The Soul specjalnie (a w zasadzie w ogóle) się nie pierdolą w subtelności, grzejąc pozbawiony ozdobników (nie licząc dwuminutowego outra), zupełnie nieoryginalny brutal death metalowy łomot, w którym wszechobecne są wpływy Disgorge, Defeated Sanity i Devourment. Miazga w tym stylu stanowi pewnie jakieś 90% "Portraits Of Inhuman Abominations", ale Włosi nie ograniczają się tylko do takiego dopierdalania, bo na krążku trafiają się również fragmenty nieco bardziej ambitne i zakręcone, kiedy do głosu dochodzą fascynacje starszymi albumami Deeds Of Flesh i Dying Fetus. Takie techniczne urozmaicenia oraz śladowe ilości melodii w paru (paru!) riffach nie mają najmniejszego wpływu na poziom brutalności, za to sprawiają, że płyta zyskuje na dynamice i nie nudzi już po dwóch utworach. Nie zmienia to faktu, że na "Portraits Of Inhuman Abominations" mamy jednak do czynienia z muzyką dość jednorodną, hermetyczną, o jasno sprecyzowanym targecie. Mimo iż jest to materiał stricte podziemny, mile zaskakuje brzmienie i produkcja albumu – masywna, soczysta, niezaprzeczalnie ciężka i z fajnie uchwyconym basem. W ten sposób otrzymujemy pełnowartościowy produkt, którym można się (i sąsiadów) bez żenady katować w niedzielne popołudnie.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Vomit-The-Soul/203301583050187

podobne płyty:

Udostępnij:

14 listopada 2014

My Dying Bride – Sinamorata [2005]

My Dying Bride - Sinamorata recenzja okładka review coverDrugie oficjalne dvd My Dying Bride to bardzo solidny materiał, choć oczywiście pozostawia pewien niedosyt. Ale o tym za chwilę. Trzon wydawnictwa to dość długi (jakieś 86 minut) występ z listopada 2003 roku z Antwerpii. Pewnym zaskoczeniem/ciekawostką może być to, że większość stanowią numery stosunkowo nowe, przede wszystkim z "The Dreadful Hours" i nadchodzącego "Songs Of Darkness, Words Of Light". Największy staroć to zagrany pod koniec 'Sear Me', ale są też trochę nowsze – 'The Cry Of Mankind' (było nie było, największy hit zespołu) oraz 'A Kiss To Remember'. Całość została perfekcyjnie odegrana, a klimat sączący się z każdą minutą jest nie do podrobienia. Jeśli chodzi o muzyków, to zachowują się — jakby to kogoś zdziwiło — raczej statycznie, choć miejscami Ade i Hamish pozwolili sobie na nieco więcej życia. Osobna sprawa to Aaron (kapitalne białe wdzianko stylizowane na kaftan bezpieczeństwa!), któremu — mimo że porusza się (snuje) po scenie z werwą osiemdziesięciolatka po trzech zawałach — nie sposób odmówić ekspresji. Są oczywiście pozy ukrzyżowania, klęczenie pod statywem i — co osobliwe — śpiewanie z pozycji leżącej. Przy okazji bisu nasz bohater rzucił nawet fajny acz niezbyt rozbudowany żarcik. Dobre światła i gęsty dym dopełniają pozytywnego wrażenia. Jedyna wada tej części to baba — Sarah — za klawiszami. Zupełnie zbędna w całym tym przedstawieniu, bo niczym nie przyciąga wzroku, a gra tyle co nic, do tego niespecjalnie. Co do niedosytu – show jest za krótki, dla mnie My Dying Bride mogliby grać nawet pięć godzin i wciąż by mi było mało, ale nie jestem przekonany, czy muzycy przeżyliby coś takiego. Jak już przebrniecie przez koncert, to zostaje pokaźna galeria oraz jeszcze ponad 40 minut materiału wideo. Są tam dwa oficjalne teledyski z "Songs Of Darkness, Words Of Light": 'The Prize Of Beauty' i premierowy 'The Blue Lotus' (świetny pomysł, świetnie wykonany). Do tego dwa wideosy — 'My Hope, The Destroyer' i 'My Wine In Silence' — zrobione przez fanów, które są takie... hmm... no... Cóż, podziwiam zespół, że wyświadczył autorom taką grzeczność i je upublicznił. Na sam koniec trzy kawałki live zarejestrowane amatorskimi kamerami. Nie pozostaje mi nic innego, jak zarekomendować wam "Sinamorata" jako bardzo wartościowe wydawnictwo w — o dziwo! — przystępnej cenie.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalna strona: www.mydyingbride.net

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

2 października 2014

Hate – Anaclasis – A Haunting Gospel Of Malice & Hatred [2005]

Hate - Anaclasis - A Haunting Gospel Of Malice & Hatred recenzja okładka review cover"Anaclasis" to, w zamierzeniach, początek nowego etapu w dziejach Hate – krok ku większej rozpoznawalności i oryginalności, a to wszystko przy zachowaniu — a nawet zwiększeniu — dotychczasowego poziomu ekstremy. Na czym ta cała oryginalność ma polegać? Ano na rozmaitych industrialnych dźwiękach powplatanych tu i ówdzie w struktury utworów. Szczęśliwie nie są to żadne bezmyślne plumkania dla mrocznych samic o wydrążonym kręgosłupie, tylko naprawdę chłodne i 'fabryczne' trzaski-szumy-uderzenia (gdybym miał o tym jakiekolwiek pojęcie, to postarałbym się użyć trafniejszych określeń). Zapowiadało się to zupełnie nieźle, ale jak na moje ucho chłopaki postąpili trochę zachowawczo i nie wykorzystali pomysłu z odpowiednią pompą, nawet na tym wstępnym etapie ewolucji stylistycznych. Bo tak naprawdę, pomijając te drobne industrialne dodatki, muzyka oraz jej brzmieniowa oprawa (ponownie Hertz) niewiele odbiega od tego, co znamy już z "Awakening Of The Liar". Miejscami jest tylko ciut bardziej melodyjna (udany zabieg) czy zakręcona (techniki spod palców powinno być znacznie więcej) – jak więc widać, przełomu brak. Czemu natomiast ma służyć znaczna redukcja solówek – tego nie wiem. 'Malediction', 'Necropolis', 'Hex', 'Euphoria Of The New Breed', 'Immortality' – takich kawałków słucha się najlepiej, bo jest w nich zarówno kurewsko szybkie bębnienie (brawa dla Hellrizera za rozwój – tak szaleńczego blastowania nie powstydziliby się kolesie z Kataklysm na "Serenity In Fire"), nieźle akcentowane chwytliwe riffy, jak i dynamizujące całość zwolnienia (przede wszystkim wtedy do głosu dochodzą sample). Z kolei niewypałem jest 'Razorblade', który — choć najkrótszy na płycie — wlecze się straszliwie i męczy swoją monotonią. Stały atut Hate to cholernie mocny wokal Adama – tym razem jeszcze bardziej wyrazisty i 'zły'. Na plus trzeba zaliczyć także dobrze napisane teksty oraz 'nawiedzoną' oprawę graficzną made by Graal. Nie zmienia to faktu, że jednak trochę się zawiodłem, bo zapowiadało się bardzo ciekawie – wychodzi na to, że w tym przypadku zbyt wysoko zawiesiłem im poprzeczkę.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/HATEOFFICIAL

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

11 października 2013

Hieronymus Bosch – Artificial Emotions [2005]

Hieronymus Bosch - Artificial Emotions recenzja okładka review coverNa zakończenie przygody z Hieronymusem opisywanym pozwoliłem sobie zachować ich dzieło najdoskonalsze, dopieszczone w najdrobniejszych szczegółach, niemal zasługujące na miano arcydzieła, a mianowicie drugi krążek zatytułowany "Artificial Emotions". Przekonanych przekonywać nie trzeba, gdyż – jak już kiedyś pisałem – muzyka Rosjan broni się sama, niezależnie od tego, za który albumu człowiek się zabierze i jaki ma gust. Tak, proponowane przez moskiewski kwartet spojrzenie na muzykę odporne jest na wszelkie braki gustu i rozmaite dewiacje, z jednym wszak założeniem – osoba musi mieć minimalną chociaż wrażliwością muzyczną. Tym zaś, którzy nie mieli jeszcze styczności z Rosjanami, a którzy dumnie podpisują się pod powyższym założeniem, zaproponowanie "Artificial Emotions" to jak podanie wody spragnionemu. Albo sfiksowanej babie – chłopa. Nie było chyba od czasów Death kapeli, która nie siląc się na żadne ekstremy (szczególnie ilościowe), potrafiłaby tak sprawnie zagospodarować czas i przestrzeń w swojej muzyce. Wsłuchując się w drugi album Hieronymusa ma się wrażenie, że pustka stanowi połowę ich muzyki, a mimo tego dzieje się tam naprawdę wiele. Co więcej, dzięki temu zabiegowi słychać doskonale najdrobniejszy detal i najskromniejszy szczegół, a one właśnie decydują o wielkości muzyki i klasie muzyków. Warto przy tym zauważyć, że na tech-deathowe standardy Rosjanie są bardzo stonowani i spokojni, można by nawet rzec – mało metalowi. Dla mnie nie stanowi to jednak najmniejszego problemu, bo nie zwykłem metalowości w metalu mierzyć ilością hałasu. Na co zwykłem zaś zwracać uwagę, to swoboda w obsłudze instrumentów, łatwość w przemieszczaniu się pomiędzy kolejnymi częściami utworu i lekkość kompozycyjna – a tym właśnie krążek stoi. "Third Half", "Escape from Primitivity", "Tired Eyes", "Blind Windows Stare", czy każdy inny kawałek mogą posłużyć za przykład jak należy grać techniczny death i mogą być tymi ulubionymi. Jakkolwiek by do tego podchodzić, lektura "Artificial Emotions" zawsze i w każdych warunkach będzie ciekawa i przyjemna, i każda z niemal 45 minut będzie dobrze spędzonym czasem.


ocena: 9/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/hieronymusboschrussia
inne płyty tego wykonawcy:
Udostępnij:

5 października 2013

Nasum – Grind Finale [2005]

Nasum - Grind Finale recenzja okładka review coverPłyty kompilacyjne rzadko kiedy prezentują sobą coś ciekawego i w obecnych czasach są czymś niezbyt trafionym (tyczy się to zwłaszcza debestofów), ale gdy w łapska wpada takie cudo, to można się tylko zachwycać. To dwupłytowe wydawnictwo robi wrażenie już od początku – formą wydania. Jest to porządny, bardzo estetycznie zrobiony cd-book w twardej okładce, z potężną 80-stronicową książeczką. Mamy w niej ciekawe notki oraz 'biografię', składającą się z opisów zawartości i okoliczności powstania tego, co zespół zarejestrował podczas piętnastu różnych sesji. Poza tym znajdziecie tam: okładki, prawie wszystkie teksty (oj sporo tego...) oraz masę fotek. Jest co oglądać, jest co czytać, szczególnie, że zapiski zawierają informacje, o których nie wszyscy muszą wiedzieć. Ot chociażby, że 'nasum' (fonetycznie: nazum) to po prostu... nos! Dowiadujemy się także — w co dziś trudno uwierzyć — że kapela powstała dla żartu i stąd ta oryginalna nazwa. Co do muzyki – "Grind Finale" to zbiór kawałków z przeróżnych epek, splitów, mcd-ków, składanek, winyli... Są także bonusy z japońskich wersji "Human 2.1", "Helvete" i "Shift" oraz niepublikowane numery, które zostały nagrane przy okazji sesji pełnych albumów. Daje to aż 152 (!!!) piosenki, czyli... ponad dwie, kurwa jego mać!, godziny grindowych wymiotów i napierdalań. I tu ciekawa sprawa – wbrew temu, co można by oczekiwać, wysłuchanie tego łomotu w całości za jednym posiedzeniem wcale nie nudzi (nie przesadzam) i jest — o dziwo! — wykonalne. Mimo to — dla lepszego 'trawienia' i ogarnięcia tematu — jednak najlepiej dawkować sobie w porcjach po 30 tracków. Jako że jest to niemal cały dorobek kapeli (poza nagraniami z prób czy zaginionymi), to trafiły się i te najstarsze twory, ale na szczęście w ich przypadku dokonano niezbędnych poprawek w brzmieniu, przez co obędzie się bez niepotrzebnych drgawek. Cholernie dobrze się tego słucha, przyjemnie jest się przyjrzeć, jak ten zespół zmieniał się na przestrzeni lat i z niemal cover-bandu Napalm Death (no bo trudno inaczej określić początki Nasum) stawał się coraz mocniejszym i ważniejszym (przy okazji posiadającym własny styl) przedstawicielem nowszej generacji grindu. Spośród wydawnictw zebranych na "Grind Finale" moją szczególną uwagę zwróciły: split 7" "Smile When You’re Dead" (sporo carcassowych klimatów i melodyki, taki "Reek Of Putrefaction" na speedzie), mcd "Industrislaven" i "Regressive Hostility" (naprawdę świetny materiał, dzięki któremu podpisali papiery z Relapse). Bardzo dobrze prezentują się oczywiście wszelkie bonusy do ostatnich płyt, numerom niepublikowanym też niczego nie brakuje. Warto jeszcze wspomnieć o paru wyjątkowych utworach. Ciekawe są, inspirowane wiadomo kim, balladki 'Red Tape Suckers' (3 sekundy) i 'Rens' (może ze 2). Prawie śmieszny jest 'The Political Structure Is Not What It Seems In The So Called Lucid View That Man Has Upon Today’s Society. What The Eye Sees Is A Lie.', którego tytuł — jak słusznie zauważono — czyta się dłużej niż trwa ten krótki łomot. Polecam wszystkim pierwotną wersję 'Fury', który jest bez wątpienia najbardziej melodyjnym i chwytliwym tworem w historii Nasum. Sprawdźcie też covery (jest ich kilka) bo wyszły całkiem całkiem, a mam tu szczególnie na myśli 'Unchallenged Hate' (musieli się za nich zabrać, musieli!) i ' Tools Of The Trade'. Hmm... W ten sposób można rozpisywać się właściwie o większej części tego, co na tych dwóch płytach znajdujemy, a to tylko dowód na to, jak wyjątkowym zespołem był Nasum. Inny jest taki, że poprzez własną muzykę wpłynęli na jeden ze swoich ulubionych bandów – to dzięki nim Napalm Death powrócili do tego, co im najlepiej wychodziło. Przyznacie, że często się takie akcje nie zdarzają? Zastrzeżeń nie mam żadnych, więc polecam to wydawnictwo wszystkim miłośnikom muzycznej brutalności – jest warte swojej ceny! Przy tym to doskonały prezent (szkoda tylko, że to w sumie epitafium), dla tych którzy nigdy na oczy nie widzieli nawet ułamka spośród zgromadzonych tu rarytasów. Co prawda nie ma potrzeby oceniać "Grind Finale", ale za cholerę nie mogę się powstrzymać – 10!


ocena: 10/10
demo
oficjalna strona: www.nasum.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

8 listopada 2012

Obituary – Frozen In Time [2005]

Obituary - Frozen In Time recenzja okładka review coverPowrót jednego z moich ulubionych death metalowych aktów — Obituary — do czynnego uprawiania brutalnej sztuki przyjąłem z nieukrywaną radochą. Fani ich poprzednich dokonań (szczególnie tych przed zawieszeniem działalności) będą zadowoleni, zaś ci, którym ten zespół nigdy nie podchodził zdania już raczej nie zmienią. Jest jednak szansa, że Amerykanie podłapią paru nowych zwolenników, zachęconych chociażby pomysłową i świetnie wykonaną okładką autorstwa Andreasa Marschalla. Na swoim szóstym LP, Nekrolog serwuje nam swoistą miksturę wszystkich poprzednich krążków (może za wyjątkiem "Cause Of Death", niestety) z naciskiem na częste i gęste nawiązania do "Back From The Dead" i "The End Complete" (momentami aż nazbyt oczywiste – 'Insane', ale luzzz), delikatne wycieczki do okresu "World Demise" a na koniec szczypta debiutu. Tak ja to słyszę. Słowem – jest klasycznie i bardzo dla Obituary typowo. Tytuł albumu doskonale oddaje ducha tej muzyki – "Frozen In Time" mógłby spokojnie powstać 10 lat wcześniej i nikt by się pewnie nie pokapował. Jedyne większe nowinki to: otwierający płytę utwór instrumentalny (niemniej i tak od pierwszego riffu wiadomo, z kim mamy do czynienia), pojawiająca się w kilku miejscach bardziej kombinowana gra Donalda oraz odrobinkę zmodyfikowane wokalizy. John Tardy oczywiście głosu nie zmienił (nadal jest zachwycający), tylko nieco bardziej się wysila bo stara się wyrabiać przy tekstach! Tak! Prawdziwych tekstach! Takimi z różnymi słowami! U Obituary! Niewiarygodne, ale prawdziwe, choć nie ma się co napalać – we wkładce ich nie umieszczono. Ale żarty na bok. Reszta — riffy, solówki, rytmika, aranżacje, brzmienie — wygląda jak zwykle i już samemu należy osądzić, czy to dobrze czy źle. Ja stawiam na tą pierwszą opcję, wszak Nekrolog nigdy się specjalnie nie zmieniał, tylko nawalał w swoim, dawno wypracowanym i wybitnie rozpoznawalnym stylu. Co prawda ciągle się zastanawiam, czy poniższa ocena jest zasługą samego materiału, czy może raczej mojego sentymentu do Obituary, ale olewać to – mnie ta płyta od razu się spodobała.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.obituary.cc

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

23 lipca 2012

Demise – Torture Garden [2005]

Demise - Torture Garden recenzja okładka review coverEpopei Pecha część trzecia... Oczywiście Demise nie był najbardziej niefartownym zespołem świata, sami też wielkiego ciśnienia na karierę nie mieli, ale ich przygody z oficjalnymi wydawcami można streścić krótko: z deszczu pod rynnę, spod rynny do ścieków. "Torture Garden" to ostatni, najdłuższy (równo 56 minut – jest na czym ucho zawiesić) materiał w zbyt krótkiej historii zespołu, a przy tym najbardziej zróżnicowany. Początek krążka to względnie szybka i całkiem brutalna (na pewno brutalniejsza niż w przeszłości) death metalowa jazda – wystarczy sprawdzić chociażby miażdżący 'Revelation' (ten gęsty riff na początku!) albo okraszony wyjebaną w kosmos solówką znanego w pewnych kręgach Jamesa M. 'Unjust'. 'Ravaged' to też niezły przykład nieco zakręconej jazdy na najwyższym poziomie. Z czasem przychodzi pora na utwory wolniejsze i konkretnie melodyjne, co wcale nie oznacza, że gorsze. Trochę wyłamuje się z tej charakterystyki przedostatni, baaardzo przebojowy 'Ecstasy And Rapture', który ślamazarny z pewnością nie jest, a który najmocniej kojarzy mi się z poprzednią płytą. Jak więc widać, sprytne rozmieszczenie numerów tworzy wyraźny podział na dwie części: z death metalowymi torturami i ogrodem — też death metalowej — melodii. Zresztą, nie trzeba nawet na którąkolwiek z nich wskazywać, bo właściwie o wszystkich kawałkach można powiedzieć, że mają duży potencjał koncertowy – mogę o tym poświadczyć własnym (obolałym) karkiem. W stosunku do "God Insect" zmieniły się wokale – Przemek zmodyfikował skrzeczenie (dało to nieco niższy krzyk) i wprowadził melodyjne partie zaśpiewane (czy coś takiego) czystym głosem. Zaskakujące, nie powiem, ale wyszły bardzo spoko, a przez niewielką ich ilość nawet nie drażnią. Wady... Największą jest bez wątpienia brzmienie. Nagrań dokonano jeszcze w 2003 roku, do tego w upadającym Selani i to niestety zbyt wyraźnie słychać. Masteringu dokonał wspomniany już James M., ale wszystkiego nie uratował – jakość dźwięku jest co najwyżej średnia, a to odbija się niekorzystnie na czytelności muzyki (zwłaszcza w bardziej zagmatwanych partiach). Mimo to czas spędzony z Demise na pewno nie będzie stracony, a zadowoleni powinni być zarówno fani Death jak i Hypocrisy.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/demisepl

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

20 maja 2012

Trauma – Determination [2005]

Trauma - Determination recenzja okładka review coverMoim pierwszym odczuciem po przesłuchaniu "Determination" było... rozczarowanie. Tak, dobrze widzicie – rozczarowanie (choć to może zbyt mocne słowo), co przy tak wspaniałym zespole co najmniej dziwi. Stan ten w pewnym stopniu utrzymuje się do dziś, tyle że jest on połączony z wyraźnym niedosytem. Jest tak, proszę ja was, ponieważ — jak na moje wypaczone ucho — płytę niewiele — a przynajmniej nie tyle, ile bym chciał — dzieli od "Imperfect Like A God". Podobne jest brzmienie (choć tym razem nie aż tak kliniczne), struktury utworów także nie odbiegają od tych z poprzedniczki, a i wrażenia płynące z słuchania są zbliżone. Nie wymagam od chłopaków wpieprzania się na siłę w nie wiadomo jaką awangardę, ale wydaje mi się, że zabrakło tu powiewu jakiejś namacalnej świeżości. Nie mogę jednak przez to tak po prostu zjebać Traumy, powód jest bowiem bajecznie prosty – "Determination" to bezsprzecznie kawał zajebistego, doskonałego warsztatowo death metalu, który po prostu musi się spodobać każdemu miłośnikowi tego elbląskiego zespołu. Muzyka jest gwałtowna, pełna energii i agresji, upakowana pomysłowymi riffami, powalającą pracą sekcji, a przy tym ozdobiona świetnymi solówkami. Osobna sprawa to wokalizy Chudego. Jeśli przy okazji poprzedniej płyty nie przekonywał mnie do końca i liczyłem na szybki powrót Zienkiewicza, to tym razem jestem kupiony. Dokonał dużego postępu, a jego pełne jadu partie są cholernie mocnym elementem albumu. Po kilku, -nastu, -dziesięciu przesłuchaniach 'The Elegy For Doom' (powstał do niego teledysk), 'An Act Of Providence', 'Frozen God' czy numeru tytułowego (konkretnie rozbudowany, bo aż dziesięciominutowy – i właśnie jego długość można uznać za coś nowego) wychodzi, że mamy do czynienia z krążkiem bardzo dobrym, ale w żaden sposób przełomowym czy zaskakującym.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.trauma.art.pl

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

17 września 2011

Immolation – Harnessing Ruin [2005]

Immolation - Harnessing Ruin recenzja okładka review coverSzóste uderzenie bogów technicznej brutalności nastąpiło jak zwykle w glorii i chwale, ale też i w nieco odmienionym składzie, bowiem podupadającego na zdrowiu, a coraz bardziej zainteresowanego rodzinką Alexa Hernandeza zastąpił nieznany w metalowym światku Steve Shalaty z nieznanego w metalowym światku Odious Sanction. Nieznany, ale nie znaczy to od razu, że dużo gorszy, bo z rytmiką Immolation radzi sobie wyśmienicie i najwyraźniej dobrze wpasował się obecne oblicze zespołu. Ujmy im z pewnością nie przynosi, choć na pewno nie miesza tak ostro jak Alex. Sama muzyka także odrobinę się zmieniła w porównaniu z "Unholy Cult" – jest jeszcze bardziej przystępna (naturalnie jak na 'immolationowskie' standardy), chwytliwa (kilka riffów doskonale nadaje się do późniejszego nucenia pod nosem!), więcej w niej przestrzeni, gitary zdają się 'ryczeć' jak nigdy dotąd, a melodiom blisko do tych z "Close To A World Below". Znalazło się również trochę miejsca dla odświeżających eksperymentów (wyróżniają się pod tym względem 'Dead To Me' i 'Son Of Iniquity'), przez co zespół zebrał trochę zjebek od różnej maści ortodoksów z gilami do pasa. Początek płyty to bezwzględna jazda (prawie) na złamanie karku – utwory stosunkowo krótkie, intensywne i bezpośrednie. Dalej następuje wybornie mielący numer tytułowy, a po nim przychodzi czas na kawałki dłuższe, bardziej klimatyczne i rozbudowane. Niestety także przez przesadnie rozwlekłe wyciszenia. Nie zabrakło oczywiście kilkunastu firmowych solówek Roberta Vigny, który z gitarą czyni prawdziwe cuda i należy mu się za to wielki szacuneczek. Przy okazji – jeśli podczas ich nagrywania zachowywał się tak, jak to robi podczas koncertów, to musiał poczynić w studiu niemałe spustoszenie. Ross Dolan także w świetnej formie... tylko to w zasadzie żadna nowina, bo chyba prędzej cały death metal padnie na pysk niż on straci moc w głosie. Jeśli powątpiewacie w potęgę Immolation, nie pozostaje wam nic innego, jak zatopić się w 'Crown The Liar', 'Swarm Of Terror' lub 'At Mourning's Twilight'. Ci Mistrzowie w death metalowym fachu są zbyt wartościowi, żeby tak po prostu odpuścić sobie "Harnessing Ruin".


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.everlastingfire.com

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

8 marca 2011

Aborted – The Archaic Abattoir [2005]

Aborted - The Archaic Abattoir recenzja okładka review coverPo znakomitym "Goremageddon" Aborted poszli w technikę i stali się bardziej melodyjni... Nie ma cudów – coś musiało na tym ucierpieć i w tym przypadku jest to poziom brutalności osiągnięty na "The Archaic Abattoir" – o elementach grindu można zapomnieć. Dupy na szczęście w tym względzie nie dali, choć lista gości udzielających się na płycie mogła sugerować różne rzeczy, w tym także tragedię. Nie zrozumcie mnie źle – Mnemic ujdzie w tłoku (o ile duży ten tłok i w bezpiecznej odległości), ale sama myśl o 'soilworkowych' zaśpiewach w Aborted powoduje u mnie dreszcze zgrozy (prawie jak blackmetalówki, hehe). Jednak muzycy obronili się i żadnych podobnych dziwactw (ani blackmetalówek!) tu nie władowali. Brzmienie nie jest tak mocno zbasowane, jak na poprzedniej produkcji, ale ciężaru odmówić mu nie sposób; stało się czystsze i bardziej wyraźne (zasługa Tue Madsena – mistrza kręcenia gałkami w Beneluxie), co ułatwia wychwytywanie rozmaitych smaczków. Pomagają w tym także tempa, bo grania wolnego i na umiarkowanych obrotach mamy tu znacznie więcej, niż na "Goremageddon". Nie ma się czego obawiać, bo o blastach oczywiście Belgowie nie zapomnieli i nadal jest ich sporo, a właściwie to przeważają. Wspomniałem o melodiach – bardzo ułatwiają rozpoznawanie kolejnych numerów, uatrakcyjniają je, występują przy tym w dużej ilości i są naprawdę niezłe (szczególnie te zakręcone – a’la Immolation), jednakże nie wkurwiają swą nachalnością. Ciągoty w kierunku muzy wybitnie chwytliwej (i motorycznej!) najbardziej dają o sobie znać w 'Threading On Vermillion Deception' – gdyby nie wokale (tradycyjnie bulgoczący growl i wrzask) oraz blastująca napierducha, to można by wciskać kit, że to jakiś niepublikowany numer Hypocrisy z okresu "The Final Chapter". Jakby ktoś się uparł, to mógłby nawet być rozczarowanym, ale 'słuchalność' krążka i świetna oprawa graficzna skutecznie wynagradzają zaniki brutalności. Cholera, tak się składa, że mam słabość do takiego grania i jak dla mnie "The Archaic Abattoir" to płyta warta kilkudziesięciu zeta, zaś dla tych, którzy na ołtarzu trzymają "Heartwork" jest już obowiązkiem.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.goremageddon.be

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

23 lutego 2011

Union – Christ Agony [2005]

Union - Christ Agony recenzja okładka review cover"Christ Agony" od pierwszej sekundy brzmi staro, a to tylko jedna z zalet tej płyty! Większość numerów utrzymana jest w stylistyce i klimacie dobrze znanym przede wszystkim z "Daemoonseth Act II" i "Moonlight" (choć i szczypta "Unholyunion" też się znajdzie), oprócz tego mamy 'Hellfire' i 'Flames Of Hate' – oba krótkie, wściekłe i brutalne, z wyraźnym piętnem Moon, ale — niestety? — bez solówek. Po takiej charakterystyce już wiadomo, czego się spodziewać – 46 minut i 55 sekund porządnie zaaranżowanego black metalu z depresyjnymi melodiami (najlepsze są w 'Eternal Hellbound', 'Evil Curse' i 'Horn Of Sacrifice' – coś pięknego, tego się nie można nauczyć, to trzeba mieć w sobie!), jadowitym wokalem Cezara, wyraźnym chrzęstem basu (Reyash!) i raczej nieskomplikowanymi acz mocno nawalającymi garami (nagrał je Młody z Dissenter, który wystawił Union przy pierwszej okazji). Ja po trzech dniach delektowania się tymi dźwiękami, czułem się, jakbym znał ten krążek od lat, zaś po kilku latach, jakbym znał go od zawsze. Koniecznie trzeba wyróżnić wspomniany już zatęchły klimat albumu i znakomite, nawiązujące do 'starych' czasów, teksty – jest w nich Szatan, jest Piekło i tylko cycków do pełni szczęścia zabrakło. Wszystkich malkontentów, którzy krytykowali rzekomą nudę pierwszych wydawnictw Chrystusowej Agonii, zainteresuje zapewne fakt — o ile w ogóle dobrnęli do tego miejsca — że muzyka Union jest brutalniejsza, bardziej zwarta (najdłuższy numer trwa ledwie 8 minut) i dynamiczna (lecz nie tylko szybsza). Dla takich ludziów płyta ta powinna być znacznie bardziej przyswajalna i dużo łatwiejsza w odbiorze. Zapodajcie sobie na próbę 'Evil Curse' – jeśli ten numer z niczym wam się nie skojarzy, to coś musi być z wami nie tak. Mnie przy tym wspaniałym kawałku kolana miękną, a serducho, z wiadomych względów, wyraźnie przyspiesza. Tym sposobem Union otwiera w umyśle furtkę dostępną tylko nielicznym, przywołując masę ciekawych wspomnień i za to też się plusik zespołowi należy. Brawa dla Cezara za upór, wytrwałość i powrót (choć okrężną drogą) do biznesu ze świetnym materiałem!


ocena: 9/10
demo

podobne płyty:

Udostępnij:

5 lutego 2011

Totem – Day Before The End [2005]

Totem - Day Before The End recenzja okładka review coverDruga płyta — którą z jakichś powodów wydawca uznał za debiut — rozbudowanej ekipy z Bukowna to bardzo melodyjny thrash-death w now(oczesn)ej, cholernie szwedzkiej odmianie – granie bardzo melodyjne, dobre od strony technicznej, przyzwoicie brzmiące, dość skoczne, miejscami nawet wpadające w ucho, ale ostatecznie pozbawione odpowiedniej wyrazistości i jakichś większych atutów, pozwalających mu na dłużej zagościć w świadomości słuchacza. Przynajmniej u kogoś, kto od wspomnianych gatunków oczekuje mocnego uderzenia, bo już miłośnicy późniejszych dokonań Arch Enemy, Soilwork i tym podobnych powinni mieć tu wypas, zwłaszcza, że materiał zdradza pewien potencjał koncertowy. Brutalny Totem na pewno nie jest, owszem – bywa agresywny, ale to dla wielu może być zbyt mało. Poziomu zadziorności nie podnoszą też rozmaite zmiękczacze – a to rockowe naleciałości, to znowu niezidentyfikowane płciowo czyste zaśpiewy (ponoć za wszystkie czyste partie odpowiada Auman, ale momentami trudno w to uwierzyć...), czy przesłodzone melodyjki. Mimo wszystko właściwie w każdym kawałku trafia się przynajmniej jeden godny uwagi patent – riff, solówka, rytm czy zmiana tempa. Dałoby to niezły wynik przy, powiedzmy, 20 utworach; przy siedmiu, a z tyloma mamy do czynienia na "Day Before The End", trudno o przyglebiający wynik. Równa, rzetelna acz nie wybijająca się ponad przeciętność płyta.


ocena: 5/10
demo
oficjalna strona: www.totem.metal.pl
Udostępnij:

20 grudnia 2010

Vesania – God The Lux [2005]

Vesania - God The Lux recenzja okładka review coverW życiu nigdy nie ma tak, żeby wszystko było cacy od początku do końca. I tak na przykład chcąc jak najszybciej dorwać "Torture Garden", musiałem — już nie chcąc — zakupić też "God The Lux" nachalnie promowanej, a niewiele wartej Vesanii. Skoro moje zdanie o tym zespole już znacie, teraz słów kilka na temat samej płyty. Wygląda to tak — i nawet taki black metalowy ignorant jak ja jest w stanie to wychwycić — że kolesie próbują rżnąć z Emperor, głównie tego z okresu "Prometheus" (czasami w sposób wołający o rąbnięcie z liścia w umalowane facjaty), ale przez natłok miernego klawiszowego plumkania i zorientowanie na psucie własnych kompozycji zbliżają się do wojowników o mokre koronki (obojętnie jakiej płci) z Dimmu Borgir. Nie mam nic przeciwko klawiszom w metalu (co paru idiotów próbowało mi nieudolnie zarzucać), ale jak niemal w każdej sekundzie — i wcale nie przesadzam! — 'właściwego' albumu słyszę takie rozmemłane, banalne dźwięki, to mnie odrzuca jak od zwietrzałej wódki. Do tego wymyślili sobie, że to jest "symphonic black metal", a niektórym uroiła się tu nawet awangarda. Nieee, to w żadnym wypadku nie jest "symphonic", a zestawianie tego drugiego terminu z kapelami pokroju Vesanii to już absurd na miarę kariery Macierewicza, Ziobry, Kurskiego czy jeszcze innego buca. Vesaniowcy powinni na próbę (a nawet na próbie) odstrzelić klawiszowca albo poobcinać mu palce, a już przynajmniej odciąć go od prądu, żeby przekonać się, ile tracą z nim w składzie. Tak na dobrą sprawę uwagę mogą zwrócić najwyżej 'Rest In Pain' (tak do połowy, potem się rozjeżdża), 'Posthuman Kind' (ze względu na wyróżniające się wolniejsze tempo) i 'The Mystory' z niezłym riffem na początek. Jako, że nie ma specjalnie na czym ucha zawiesić, to i w głowie po wysłuchaniu "God The Lux" niewiele zostaje. A jeśli nawet, to przy 'Inlustra Nigror' wszystko skutecznie wywietrzeje, bo właśnie w tym 'kawałku' moi kochani piewcy awangardy władowali 25 minut ciszy (to jeden z bardziej wartościowych fragmentów płyty, hehehe) i jakieś bezsensowne bzyczenie na koniec. Jeśli ktoś przy tym nie uśnie, to przynajmniej zdąży o Vesanii zapomnieć. Na tyle w pełni zasługują.


ocena: 3,5/10
demo
oficjalna strona: vesania.pl

podobne płyty:

Udostępnij:

16 czerwca 2010

Animosity – Empires [2005]

Animosity - Empires recenzja okładka review coverŻeby nie trzymać was zbyt długo w niepewności, powiem wprost – przeciętniak w każdym calu. Takich kapel jest na pęczki, kapel, które już nauczyły się grać równo, których brzmienie nie jest garażowe, a wkładka jest w kolorze. Poza tym ciężko znaleźć cokolwiek, co by wyróżniało tych grajków. Nowoczesny death zmieszany z corem – typowy, aż się pachy pocą. Może więc choć teksty mają oryginalne? A gdzież tam – buntownicy, że strach się bać. Że świat jest do dupy, że władza kłamie (no shit, Sherlocks), że pasta do zębów jest za mało miętowa; nic tylko narzekają. Ale za to 'fuck' jest w każdym kawałku, używany wielokrotnie i, jakby, z lubością. Typowa przypadłość młokosów, którzy mając możliwość wykrzyczenia się, klną jak szewcy. Gdyby jeszcze angielski był bogatszy w wulgaryzmy, a tak tylko 'fuck' na prawo i lewo, więc nudą wieje i wrażenia żadnego nie robi. Muzycznie jest także przeciętnie, nie jest źle, ale taaaaak nieoryginalnie. Wokale głównie na deathową modłę, choć wrzaski też się pojawiają – nic nowego. Gitary zupełnie bez wyrazu, tyle że warsztatowo poprawnie. Riffy nawet ujdą, szkoda tylko, że solówek prawie żadnych nie ma. Sekcja jest – nic więcej powiedzieć się nie da. Cieszy za to całkiem solidna dawka napierdówki, nawet łbem ze dwa razy można zakręcić. Generalnie jednak album to stuprocentowy przeciętniacha, z kilkoma lepszymi momentami, kiedy w ogranych motywach można wychwycić jakieś świeższe zagrywki. Zakończę jednak plusem – album trwa poniżej pół godziny, więc od czasu, do czasu można go sobie zapodać. Wsio.


ocena: 5/10
deaf
Udostępnij:

2 czerwca 2010

Hypocrisy – Virus [2005]

Hypocrisy - Virus recenzja okładka review cover"Virus", 10 album Hypocrisy, powstał w błyskawicznym tempie, a także w nomen omen trudnym okresie dla zespołu, ponieważ pokład opuścił jeden z założycieli, Lars Szoke. Larsa zastąpił znany doskonale fanom brutalnych dźwięków Horgh z Immortal. No, taka zmiana mogła wpłynąć na muzykę Szwedów. Wpłynęła i to bardzo pozytywnie! "Virus" jest wielkim albumem, w 100% dopracowanym, pełnym nowych rozwiązań, pomysłów i tysięcy ton energii. "Virus" to 11 soczystych death metalowych tracków. Po arcy krótkim intrze następuje pierwszy atak w postaci "War Path" – druzgocący atak! Szwedzi od dawna nie grali tak szybko i tak brutalnie, przy jednoczesnym zachowaniu tych powalających, firmowych melodii. Kolejny "Scrutinized" jest może ciut wolniejszy, ale za to cięższy i zawierający więcej technicznych smaczków. Przy czwórce czas na jeden z doomowych wolniaków Hypo, czy jak niektórzy wolą epickich utworów. Wspaniały kawałek, bardzo obfity w świdrujące melodie i z porywającym refrenem. Brnąc dalej pod numerem 5 kryje się jeden z najostrzejszych toporów na tej płycie "Craving For Another Killing", bardzo szybki utwór, zarówno gitarowo jak i pod względem bębnów. Do brutalizerów trzeba zdecydowanie zaliczyć jeszcze "Blooddrenched", który jest jednym z najszybszych, a być może i najszybszą kompozycją w całej dyskografii Hypocrisy. Muszę koniecznie wspomnieć o ostatnim numerze "Living To Die", utwór należy do wolniejszych, ma niesamowity klimat, bardzo smutny, wręcz dołujący. Różni się od pozostałych tym, że w całości występuje tu czysty śpiew, większa ilość klawiszy i jakby mały industrialny posmak. Reasumując "Virus" to zarówno jeden z najostrzejszych, najszybszych jak i najbardziej melodyjnych albumów Hypo, obfitujący w dużą ilość technicznych i dzikich kąsków, a także w wiele kapitalnych refrenów. W porównaniu z poprzednikiem jest dla mnie lepszy (choć tamtemu też nic nie brakuje). O ile "The Arrival" posiada mnóstwo urzekających linii melodycznych, o tyle na "Virusie" są one jeszcze lepsze, bardziej pogmatwane i bardziej sondują zmysły. A! zapomniałbym, ten album przynosi nam jeszcze jedną i to bardzo dużą niespodziankę, mianowicie Peter umieścił we wkładce teksty!!! Aby już nie wydłużać zakończę słowami szanownego kolegi Demogorgona "Virus to ich "The Final Chapter" XXI wieku" – i tak niewątpliwie jest.


ocena: 10/10
corpse
oficjalna strona: www.hypocrisy.tv

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

28 kwietnia 2010

Kreator – Enemy Of God [2005]

Kreator - Enemy Of God recenzja okładka review coverStare powiedzenie mówiące, że przemoc rodzi przemoc sprawdza się w 100%, czego dowodem jest "Enemy Of God". Kreatorowi udało się utrzymać bardzo wysoki poziom z "Violent Revolution". Ten album jest równie agresywny i naładowany przemocą jak poprzednik. "Czysty brutalny thrash! Tony szybkiego zapieprzania, chore solówki, konkretne riffowanie..." – tak Mille Petrozza opisywał "Enemy Of God". Już pierwszy, tytułowy utwór jest tego potwierdzeniem: niesamowicie jadowity, szybki, agresywny i brutalny thrash metal z miażdżącymi solówkami, kąsającymi riffami i jak zawsze bardzo mocnym wokalem Mille. W kolejnych dwóch utworach: "Impossible Brutality" i "Suicide Terrorist" agresja narasta jeszcze bardziej, co szczególnie słychać w refrenie "Suicide...". Lepiej nie trzymajcie ostrych narzędzi w ręku, ponieważ olbrzymia dawka przemocy zawarta w tym refrenie jest gwarancją poważnego samookaleczenia. Numerem 4 jest buntowniczy "World Anarchy" – to jest prawdziwe wyznanie nienawiści. Tej nienawiści i graniczącej z obłędem agresji jest na "Enemy Of God" naprawdę dużo, ale trzeba koniecznie wspomnieć o kilku może trochę "spokojniejszych" utworach tj. "Voices Of The Dead", "Dying Race Apocalypse", czy "Under A Total Blackened Sky". W nich zespół postawił na melodyjność. Melodie wspaniale oddają uczucie niepokoju, smutku a także złości. "Under A Total Blackened Sky" posiada dodatkowo kapitalny refren, którego nie da się nie wykrzyczeć. Zresztą, przy jakim utworze z tej płyty emocje nie biorą góry? Nie ma takich! Jak macie okazję posłuchajcie refrenu np. "Murder Fantasies", a przy drugim odsłuchu będziecie już deklamować morderczą deklarację. Dla mnie jest to naprawdę jedna z najlepszych thrash’owych płyt i nr 2 w dyskografii Kreator. Polecam!!!


ocena: 10/10
corpse
oficjalna strona: www.kreator-terrorzone.de

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

6 kwietnia 2010

Lost Soul – Chaostream [2005]

Lost Soul - Chaostream recenzja okładka review coverSkłamałbym, mówiąc, że mam do "Chaostream" jakiś wielki sentyment. Nie chodzi tu w żadnym wypadku o brak sympatii, ale po prostu – za krótko się znamy. Mimo to, odfajkowane pięć lat i setki przesłuchań ani odrobinę nie zmieniły mojego podejścia do tej płyty. Jak rozpierdalała mnie w pył wtedy, tak czyni to i dzisiaj. I w dalszym ciągu z podziwu nad tą rzeźnią wyjść nie mogę. Panowie zdecydowanie przekroczyli granice uprawianego dotąd przez siebie łomotu, bo tak niesamowicie intensywnie jak na "Chaostream" na pewno wcześniej nie grali. Gdzieniegdzie nasuwają się co prawda skojarzenia z motoryką Morbid Angel, szybkościami Hate Eternal i zakręceniem Immolation, ale Lost Soul traktuje death metal jednak trochę inaczej, po swojemu, w sposób mimo wszystko bardziej bezwzględny i dosadny. Jest w tym ogrom brutalności, wielki ciężar (duża w tym zasługa siedmiostrunowych gitar i niskiego stroju – takie brzmienie miażdży!), świetna technika instrumentalistów, diabelskie uczucie i niemała wyobraźnia przy komponowaniu. Solidny wokal Jacka Greckiego (czasami podchodzi pod Vincenta z "Covenant") i ciekawe teksty dopełniają obrazu całości. Czyli — jak by tak nie patrzeć — mamy tu typowe składniki klasycznej death metalowej produkcji. Tylko takie małe, acz istotne ale... Ogólny poziom i umiejętność odpowiedniego złożenia tych elementów daleko odbiegają od standardu. Stworzyć tak długi (46 minut) i agresywny materiał, którym słuchacz przez cały czas jest zaabsorbowany, naprawdę trzeba umieć. Przy "Chaostream" nie ma czegoś takiego, jak w przypadku większości grup grających typowo 'po amerykańsku', gdzie po dwóch kawałkach chce się — wzorem rozmaitych niedźwiadków — spać do wiosny. Tu przez ponad trzy kwadranse jest się zmuszonym siedzieć na dupie, aby móc choćby częściowo ogarnąć te fale zajebiozy gwałtownie wypływające z głośników. Oczywiście prowadzi to do — tak przecież pożądanego — stanu totalnego ocipienia, graniczącego nawet z katatonią – a to nie tylko za sprawą hiperszybkiego blastowania, ale także wspaniałych zwolnień (szczególnie w 'Christian Meat' i 'The Birth Of Babilon', gdzie nawet struny basowe smyrają po podłodze) oraz pięknie rozbudowanych solówek, łączących w sobie techniczne sztuczki i niebanalne melodie. Nie zmienia to faktu, że największe wrażenie robi na mnie wspomniana już wyżej intensywność i bezpośredniość tej muzyki. Sprawdźcie chociażby 'Mortal Cage' lub 'Angel’s Cry' – toż to prawdziwe dźwiękowe bestialstwo! "Chaostream" to absolutna czołówka czołówki death metalowych płyt nagranych kiedykolwiek w tym kraju – rewelacja!


ocena: 10/10
demo
oficjalna strona: www.lostsoul.pl

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

24 marca 2010

Savage Circus – Dreamland Manor [2005]

Savage Circus - Dreamland Manor recenzja okładka review coverW 2005 roku, po ponad dwudziestu latach obecności w Blind Guardian, Thomen Stauch zdecydował się zakończyć współpracę z zespołem (co było dużą i niemiłą niespodzianką, bowiem Thomen zawsze był jedną z podpór zespołu i od kiedy Blinda słucham, czyli jakieś naście lat, zawsze lubiłem jego styl). Powodem odejścia miało być niezadowolenie z nowej linii zespołu. A że założyć dzisiaj band jest łatwiej niż kupić bułkę, więc i Thomen postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i będąc jeszcze w BG, w 2004 roku, wraz z wokalistą Jensem Carlssonem wpadli na pomysł założenia formacji, której dali nazwę Savage Circus. Nietrudno się domyślić, że muzyka zaserwowana na debiutanckim longpleju Cyrkowców to ówczesny Blind Guardian minus 10 lat. Wszystko — począwszy od kroju czcionki w nazwie, a skończywszy na muzyce — wyglądem i brzmieniem przypomina BG z czasów około "SFB" i "IftOS". No, może prawie wszystko, bowiem podrobić wokale Hansiego, czy choćby zbliżyć się do ich geniuszu, jest zgoła niemożliwe. Ale słychać, że Jens próbuje i to z niezłym rezultatem. Jednak pozostałe elementy: kompozycja i układ albumu, mega charakterystyczne linie gitar, niewiarygodnie chwytliwe i porywające melodie, chórki i wielościeżkowe wokale, czy wreszcie styl bębnienia, mogłyby być spokojnie wykorzystane przez kwartet z Krefeld i nikt by się nawet nie zorientował, że to nie ich. Naprawdę – pod względem instrumentalnym chłopaki pokazali klasę i warsztatowe obycie. Niestety, a może stety, znaczy to mniej więcej tyle, że niemal idealnie powtórzyli styl BG, w kilku tylko miejscach wzbogacając go o autorskie elementy. Jakby na to nie patrzyć, to muzycznie SC jest kopią BG, czy to się komuś podoba, czy nie. Z drugiej jednak strony, nikt nie mówił, że ma być oryginalnie – od początku miało być 'po blindowemu'. Zapewne ucieszy to tych fanów Strażników, którzy podobnie jak Thomen, za najlepsze uznają albumy wydane w pierwszej połowie lat 90-tych. Ja osobiście lubię całą ich twórczość, więc moje podejście jest troszkę inne. Otóż traktuję "Dreamland Manor" niemal jako kolejny album Blindów, a że bardzo zajebiście lubię ich styl, każda okazja posłuchanie takiej muzy, jest dla mnie nie lada gratką i radością. Tak też jest w przypadku recenzowanej płyty – niby rżnięte i zgapiane, ale chuj z tym, ważne, że muzyka fantastyczna. Niemniej jednak, ocena jak przy innych, podobnych sytuacjach z naśladowaniem.


ocena: 7/10
deaf
oficjalna strona: www.savage-circus.com

podobne płyty:

Udostępnij:

23 marca 2010

Gorefest – La Muerte [2005]

Gorefest - La Muerte recenzja okładka review coverPoczątek XXI wieku przyniósł wiele powrotów death metalowych gigantów. Jedne były lepsze, drugie średnie, trzecie gorsze. Wiadomo, musiał też być jakiś najlepszy. Moim zdaniem najlepszym powrotem był powrót Gorefest. Death metalowego Gorefest. Pamiętam jak pojawiła się wiadomość o reaktywacji, po której to szybko pojawiły pytania i obawy, jak będzie wyglądała muzyka Holendrów. Czy to oby na pewno będzie ten sam niepowtarzalny, wyjątkowy metal z pierwszej połowy lat 90-tych? Czy zespół da radę nagrać płytę na miarę "False" i "Erase"? We wrześniu 2005 roku uzyskaliśmy ponad 60 minutową odpowiedź w jakiej formie są bogowie europejskiego death metalu. Produkcja wskrzeszonego Gorefest zniszczyła wszystkie plotki. Ale co tam zniszczenie plotek, ta płyta po prostu zabiła wszystkich fanów zespołu i chyba każdego fana death metalu. Na "La Muerte" znalazł się potężny, unikalny gorefestowy death metal. Nie mogę nic innego zrobić jak krzyknąć: CO ZA ALBUM!!! Był to prawdziwy powrót, powrót nie tylko, aby być na scenie, ale i po to aby pokazać, że ten zespół jest jednym z tych, który ustala reguły. 8 lat nieobecności zostało sowicie wynagrodzone fanom 65 minutami najlepszego death metalu, łączącego w sobie przede wszystkim dwa największe dokonania formacji jakim są "False" i "Erase". Wspaniała, niepowtarzalna melodyjność i jednocześnie ciężkość riffów, charakterystyczna gorefestowa motoryka, dynamiczne pojedynki gitarowe i ten wokal... JCDK przybyło lat, ale formę miał jeszcze lepszą niż kiedyś. To chyba jedyny wokalista, który z albumu na album śpiewał coraz bardziej wyraźnie, nie tracąc przy tym brutalności swojego głosu. Na "La Muerte" osiągnął chyba szczyt możliwości, niewiarygodnie czytelny śpiew i ta sama bardzo brutalna praca gardła i przepony. Dał z siebie wszystko, zresztą tak jak pozostała trójka. Pierwsze sekundy albumu zwiastują, a raczej otwarcie pokazują, że "La Muerte" to jedna z najlepszych produkcji zespołu. Brutalny, szybki, blastujacy 'For The Masses' przejeżdża po słuchaczu jak formuła jeden o ciężkości i wielkości walca. Kapitalna melodyka, idealna brutalność i refren – nie da się go zapomnieć już po pierwszym przesłuchaniu. Takich emocjonujących refrenów jest tu naprawdę sporo, chociażby w kawałkach takich jak 'You Could Make Me Kill' (moim zdaniem najlepszy z najlepszych), 'When The Dead Walk The Earth', 'Rogue State' czy 'Exorcism'. Ale je trzeba usłyszeć, aby zrozumieć, o czym piszę. Na "La Muerte" jest także bardzo dużo wspomnianych wyżej pojedynków gitarowych. Wyśmienite, melodyjne sola, takie z jakich Gorefest był znany i noszony przez hordy na rękach są w każdym kawałku. Najlepsza gitarowa jatka, bo aż 8-solówkowa, rozgrywa się w 'Rouge State' – kto nie padnie trupem ten już nim jest. Ciągnąc dalej opis, koniecznie trzeba wspomnieć o blastach. Tych w porównaniu do materiału zawartego na dwóch wcześniej przytoczonych płytach jest tu więcej. Podsumowując, Gorefest na "La Muerte" zawarł naprawdę wiele pomysłów, których do tej pory nie było lub były w niedoborze oraz całą masę rzeczy, za które kochamy ten band. Dla mnie "La Muerte" jest tak samo wielkim albumem jak "False", a tym samym jednym z najlepszych death metalowych albumów jakie posiadam.


ocena: 10/10
corpse
oficjalny profil MySpace: myspace.com/gorefest

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij: