Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2005. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2005. Pokaż wszystkie posty

13 czerwca 2023

Beheaded – Ominous Bloodline [2005]

Beheaded - Ominous Bloodline recenzja reviewO Ominous Bloodline można śmiało napisać, że z przytupem wieńczy drugi etap kariery Beheaded – te kilka lat od przełomu wieków, kiedy zespół był totalnie zafascynowany nowoczesnym (wówczas) brutalnym death metalem z Ameryki. Maltańczycy nagrali wtedy najmocniejszy materiał na jaki było ich stać, po czym zrobili sobie dłuuugą przerwę, by powrócić w odmienionym składzie i z zupełnie inną muzyką. Czyżby w międzyczasie zabrakło im pary do napierdalania na najwyższych obrotach? Mało prawdopodobne. To może znudził ich taki styl? To akurat całkiem możliwe. Ja jednak jestem przekonany, że po prostu doszli do wniosku, że w jego ramach zrobili już wszystko i później tylko by się powtarzali.

Od pierwszych taktów „Crowned With Repression” słychać, że opisywanym krążkiem Beheaded w praktyce doszli do ściany – raz, że stworzyli album pod każdym względem lepszy od poprzedniego: brutalniejszy, znacznie szybszy, bardziej techniczny, sprawniej wybulgotany i lepiej zrealizowany, a dwa, że dobili do poziomu sławniejszych kapel zza wielkiej wody. Niemal każdy element Ominous Bloodline wpisuje się w kanon wypracowany w okolicach Nowego Jorku i Kalifornii, wszystko jest wykonane w zgodzie z brutal-death’ową sztuką – fachowo, precyzyjnie i z dużą dbałością o szczegóły. Tempa większości utworów są szybkie i bardzo szybkie, choć nie brakuje tu również groove, który przebija się zwłaszcza w ostatnich trzech kawałkach. Ogólnie zespół zadbał o dynamikę, więc o zamulaniu nie ma mowy nawet w tych wolniejszych fragmentach. Moim faworytem jest urozmaicony „Conceived To Dominate” – pewnie dlatego, że zespół zaszalał z rozbudowaną solówką i upchnął w nim dużo wpływów Suffocation.

No właśnie, wpływy… Oprócz wspomnianego Suffocation, na Ominous Bloodline wyraźnie słychać Disgorge, Dying Fetus, Misery Index, Pyrexia czy Deeds Of Flesh. Na tyle wyraźnie, że przy odrobinie nieuwagi można stracić orientację, kogo i jakiej płyty właściwie słuchamy. I to jest dla mnie największy problem tego albumu. Pod względem wykonania i brzmienia nie można mu w zasadzie niczego zarzucić, ale oryginalność… Nie ma tu ani śladu własnej tożsamości i naprawdę trudno odróżnić materiał Beheaded od dziesiątków innych utrzymanych w podobnym stylu. Jedyne, co na siłę można określić jako nietypowe, to podejście do solówek, bo zespół pozwala sobie w nich na odrobinę melodii, a może nawet próbuje robić jakiś klimat. Mało? Zależy dla kogo…

Myślę, że trzeci krążek Beheaded powinien spasować większości fanów brutalnego death metalu, przynajmniej tym, którzy nie oczekują od muzyki niczego rewolucyjnego. Ominous Bloodline to materiał utrzymany na wysokim poziomie, mimo to ma głównie wartość użytkową – odpala się go wtedy, gdy chce się posłuchać czegoś co po prostu rzetelnie napierdala, a doznania estetyczne nie mają specjalnego znaczenia.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/BeheadedMT

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

10 września 2022

Disgorge – Parallels Of Infinite Torture [2005]

Disgorge - Parallels Of Infinite Torture recenzja reviewParallels Of Infinite Torture, trzeci i jak dotąd ostatni etap Disgorge w ustanawianiu standardów dla brutalnego death metalu, jak na stosunkowo stary materiał brzmi zaskakująco świeżo i aktualnie. Z jednej strony wynika to z tego, że Amerykanie zawiesili tu poprzeczkę dla wszelkiej konkurencji (czy tam następców) naprawdę wysoko i tylko nielicznym z nich udało się wejść na podobny poziom, a z drugiej w trzy kwadranse właściwie wyczerpali temat, bo od premiery tego krążka niewiele kapel było w stanie dodać do tej formuły cokolwiek nowego.

Podobnie jak pomiędzy dwoma pierwszymi albumami, tak między „Consume The Forsaken” a Parallels Of Infinite Torture nie ma wielkiej przepaści czy skoku jakościowego, o eksperymentalnym podejściu również można zapomnieć. Wszystkie różnice wynikają z naturalnego rozwoju, zdobytego doświadczenia oraz większych możliwości wynikających z rozbudowania składu. Disgorge dokooptowali drugiego gitarniaka, co przełożyło się na rozbudowane i zagęszczone struktury, bardziej techniczne partie gitar i wiele pomniejszych urozmaiceń, choć do solówek dalej nikt się nie wyrywa. Poza tym momentami materiał jest brutalniejszy, szybszy i gwałtowniejszy od poprzedniego, zwłaszcza kiedy zespół robi młyn w stylu znanym z „She Lay Gutted” („Enthroned Abominations”, „Atonement”, „Ominous Sigils Of Ungodly Ruin”), ale w odrobinę nowocześniejszej formie.

Obiektywnie patrząc Disgorge stworzyli wzorcowy brutal death metalowy album, którego praktycznie nie można już ulepszyć, bo zawiera absolutnie wszystko, czego można od takiego grania wymagać. Również obiektywnie — i ze zrozumiałych względów — płyta nie robi już takiego wrażenia jak debiut i trudno uznać ją za w jakikolwiek sposób innowacyjną. Natomiast subiektywnie, od siebie, pozbyłbym się instrumentalnej zapchajdziury, która zupełnie niczego nie wnosi oraz wymienił wokalistę na nieco bardziej charakterystycznego, bo z czystą wyziewznością jest u niego OK.

Dla niektórych problemem może być przytłaczająca objętość Parallels Of Infinite Torture — 44 minuty — która zdecydowanie wykracza ponad średnią gatunkową, a w zestawieniu z debiutem jest czymś wręcz szokującym. Mnie to nie przeszkadza ze względu na ciągłe zmiany tempa i dużą dynamikę utworów, ale dla mniej wyrobionego ucha pod koniec krążek staje się nieco jednowymiarowy.

Jeśli szkoda wam miejsca i kasy na kupowanie setek kolejnych płyt z brutalnym death metalem, a chcecie być nieźle zorientowani w tym stylu – wybierzcie Parallels Of Infinite Torture. Zdecydowana większość z tych „setek kolejnych płyt” to przecież i tak zrzynka z Disgorge.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/OfficialDisgorge/

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

14 maja 2022

Mortal Decay – Cadaver Art [2005]

Mortal Decay - Cadaver Art recenzja reviewMortal Decay, mimo bardzo dużego stażu, ma skromną dyskografię, a łatka brutalno-technicznej odmiany Death Metalu prawdopodobnie u wielu osób wywoła stereotypowe reakcje, dopóty człowiek się nie zanurzy w rozkoszne dźwięki rzezi.

Muzyka się podoba od pierwszego odsłuchu, niezależnie od tego, jaką formę Death Metalu ktoś preferuje bardziej, bo można odnaleźć tu bardzo wiele różnorakich wpływów, zarówno starych, nowoczesnych, jak i również niestandardowych. Obojętnie, czy będzie to pomysłowy motyw w „The Ravenous Addiction”, interesująco podzielone „Cadaverous Sculptures” na dwie osobne, logiczne uzupełniające się części, czy nieco od czapy wymyślony „Exit Mortality”, formacja zachwyca swoim polotem i zgrabnością przy doborze riffów i struktur. Zespół kombinuje aż miło, ale nie popada w ekscesy i ciężkostrawność.

Trudno jest mi dokładniej określić zawartość Cadaver Art bez pisania nadmiernych i niepotrzebnych elaboratów. Niech wam więc wystarczy, że każda kompozycja idzie sobie w różne rejony, tempa, długość oraz inspiracje. Bardzo wiele dobrodziejstwa inwentarza można znaleźć w tym zaledwie 36-minutowym krążku. Nie potrzeba też IQ na poziomie Mensy, żeby zrozumieć i ogarnąć zawartość.

Płyta ma mały fuck-up, mianowicie track nr 5 ma ostatnie 4 sekundy podzielone na osobny, następny track. Dlatego też, mimo iż album ma 9 utworów, jest 10 tracków. Błąd ten nie został nigdy naprawiony, w żadnym następnym tłoczeniu, więc może tak miało być?

Jedyne co mnie lekko irytowało, to co najwyżej głośność perkusji, solówek i wokalu w stosunku do reszty instrumentów. Produkcja jednakże jest bardzo ciepła i domowa, więc bynajmniej nie mam powodów do większych narzekań. Całościowo też muzyka ma charakter garażowo/imprezowy, gdzie muzycy robią to co im w duszy gra, jakby grali tylko dla kumpli.

Jak najbardziej więc zachęcam do poświęcenia Mortal Decay odrobinę waszego czasu, bo może się okazać, że będziecie się całkiem nieźle przy tym bawić, nawet jeśli nie lubicie Brutalnego Death Metalu.


ocena: 8/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/mortaldecayusa

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

14 kwietnia 2022

Belphegor – Goatreich – Fleshcult [2005]

Belphegor - Goatreich – Fleshcult recenzja reviewDo momentu wydania „Lucifer Incestus” Belphegor był dla mnie zespołem, który niebezpiecznie balansował na granicy żenady i aż do przesady przedkładał wizerunek i szokującą (w założeniach) otoczkę ponad wykonywaną muzykę, bo ta była niedookreślona i w najlepszym wypadku przeciętna – ekstremalna, owszem, ale w nieporadnym wydaniu. Czwarta płyta Austriaków okazała się przełomem i krokiem we właściwym kierunku, natomiast Goatreich – Fleshcul jest już konkretnym rozwinięciem tamtej formuły – dużo bardziej zróżnicowanym, dopracowanym, lepiej zagranym i przede wszystkim dojrzale skomponowanym.

Skok jakościowy, do jakiego doszło u Belphegor w ciągu dwóch lat dzielących te płyty, ma duży związek z rozwinięciem umiejętności przez poszczególnych muzyków oraz korektą w ramach stylu, a dokładnie z położeniem większego nacisku na elementy death metalu, w tym na baaardzo wyraźne inspiracje Morbid Angel i Deicide. Zespół odpuścił jawne „mardukowanie” i dość jednowymiarowe napierdalanie na rzecz ciekawiej zaaranżowanych i bogatszych struktur, zabaw z dynamiką i większym ciężarem. Austriacy stworzyli materiał pozbawiony przypadkowych pomysłów i jałowych zapychaczy. Oczywiście na krążku nie brakuje charakterystycznych dla zespołu petard, które sprowadzają się do dzikiego blastowania (choćby „Fornicationium et Immundus Diabolus”), ale i one są wyładowane wyrazistymi riffami i zagrane z lepszym feelingiem, przez co w ogóle nie nudzą.

Największą niespodzianką i jednocześnie nowością dla Belphegor jest kapitalny „Sepulture Of Hypocrisy”, który jest… niemal klasycznym death/doomowym walcem z porządnymi melodiami, gęstym klimatem i wpadającym w ucho tekstem – coś takiego od razu się wybija i zwraca uwagę. Niespiesznymi tempami i mocniej zaakcentowanym ciężarem odznacza się również bardzo morbidowy „Kings Shall Be Kings”. W ogóle wolne partie zostały (udanie) wprowadzone w niespotykanej wcześniej ilości i stanowią istotną część Goatreich – Fleshcul, który — wbrew pozorom — nie stał się przez nie mniej ekstremalny. Rozpisując się o najlepszych utworach, nie mogę pominąć mojego faworyta – diabelsko chwytliwego „Swarm Of Rats”, którego intensywność i specyficzna melodyjność powinny każdemu potargać jelita. To murowany hit koncertowy (gdyby tylko chętniej go grali), a także kolejny przykład na wybitnie czepliwy i odpowiednio bluźnierczy refren. Swoją drogą, mimo upływu lat przynajmniej jedna trzecia kawałków z Goatreich – Fleshcul wciąż należy do moich ulubionych w katalogu Belphegor, a to tylko świadczy o ich jakości.

Duże wrażenie robi w pełni profesjonalna produkcja Goatreich – Fleshcul, bo również pod tym względem album przewyższa „Lucifer Incestus”. Z jednej strony jest bardzo czytelna, można wyłapać niemal każdy dźwięk, a z drugiej jest daleka od sterylnej i brudu w niej co nie miara. Zespół ponownie nagrywał z Alexem Krullem, więc doświadczenia zebrane podczas poprzedniej sesji na pewno tu zaprocentowały.

Jeśli miałbym wskazać płytę Belphegor, od której najlepiej zacząć, żeby łatwo i przyjemnie wkręcić się w styl i przekaz Austriaków, wybrałbym Goatreich – Fleshcul. Chociaż nie jest to największe osiągnięcie zespołu, przystępność oraz świetnie dobrane proporcje wszystkich charakterystycznych dla nich elementów sprawiają, że to materiał stworzony do katowania na okrągło.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: /www.facebook.com/belphegor

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

22 lutego 2022

Odious Mortem – Devouring The Prophecy [2005]

Odious Mortem - Devouring The Prophecy recenzja okładka review coverOdious Mortem mieli dużo szczęścia, że ze swoim debiutem trafili akurat do Unique Leader Records, bo Amerykanie naówczas bardzo chętnie wyciągali z podziemia i promowali ponadprzeciętnie utalentowane kapele z nurtu brutal death, zwłaszcza takie, których ambicją było przesuwanie granic ekstremy. Wytwórnia zyskiwała uznanie, rosła w siłę i stawała się gwarantem jakości, a ludzie w ciemno kupowali płyty z jej logo, więc siłą rzeczy sporo egzemplarzy Devouring The Prophecy trafiło pod strzechy. Dopiero po głębszej analizie materiału niektórzy dochodzili do wniosku, że to już może być za dużo, że chłopaki przeginają.

Odious Mortem wycinają brutalny, gęsty i chaotyczny w strukturach death metal, który w dużym stopniu czerpie z dokonań Dying Fetus, Deeds Of Flesh, Cryptopsy, Origin czy Suffocation, jednak żadnej z tych nazw nie można wskazać jako podstawy brzmienia zespołu. Słychać, że Amerykanie potrafią wyciągnąć pewne elementy z muzyki innych kapel, ale nie próbują ich usilnie kopiować, starają się za to stworzyć coś swojego. Moim zdaniem całkiem nieźle im się to udało, bo obok typowej dla gatunku intensywnej jazdy na wysokich obrotach, Devouring The Prophecy obfituje w szalone i pojebane motywy zagrane… również na wysokich obrotach. Czy fascynacje gitarniaka progresywnym rockiem miały jakiś wpływ na ten materiał – trudno powiedzieć, natomiast faktem jest, że dziwacznych riffów wykraczających daleko poza metal tu nie brakuje.

Intensywność tego krążka naprawdę robi wrażenie; wydaje się, że wszystko jest jej podporządkowane. Technika, tempa, wokale, brzmienie – to tylko środki, narzędzia, celem jest przytłoczenie słuchacza. Tu nie ma upiększeń – solówek, sztucznego przeciągania motywów czy czegokolwiek, co mogłoby osłabić siłę przekazu. Devouring The Prophecy to jedna z tych płyt, których odsłuch może fizycznie zmęczyć, szczególnie kiedy kogoś poniesie ambicja i będzie starał się nadążyć za zespołem. Mniej wytrwali/wyrobieni pewnie ucieszą się z długości albumu – debiut Odious Mortem trwa niecałe 24 minuty, od których i tak trzeba odliczyć po minucie na intro i outro.

A co z koneserami brutalnego death metalu? Czy w ogóle powinni zainteresować się tak krótkim materiałem? Przy tym, co Devouring The Prophecy ma do zaoferowania, nie mam wątpliwości, że tak. Tyle muzyki nie uzbierałoby się z piętnastu płyt Six Feet Under.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Odious-Mortem/134874569903774

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

20 marca 2021

Suffocation – The Close Of A Chapter: Live In Quebec City [2005]

Suffocation - The Close Of A Chapter: Live In Quebec City recenzja reviewWydawać by się mogło, że tak duży i wpływowy band powinien się dorobić porządnej koncertówki jeszcze w połowie lat 90. ubiegłego wieku, u szczytu formy i popularności, ale o dziwno do tego nie doszło. Trzeba było rozpadu i reaktywacji zespołu oraz kolejnego wybuchu zainteresowania jego poczynaniami, żeby ktoś wreszcie wpadł na pomysł uwiecznienia scenicznych popisów mistrzów brutalnego death metalu na kawałku błyszczącego plastiku. I to był strzał w dziesiątkę, bo to, z czym mamy do czynienia na The Close Of A Chapter, to soniczna miazga w najlepszym wydaniu.

Koncert, który trafił na płytę, zarejestrowano w klubie w Quebecu w 2005 podczas trasy promującej wydany rok wcześniej „Souls To Deny”. Suffocation zagrali nieco ponadgodzinny set, w którym udało im się zmieścić aż 13 utworów stanowiących stosunkowo wyczerpujący przekrój przez ich dyskografię. Z oczywistych względów istotny procent stanowią kawałki z najnowszego longa, kosztem przede wszystkim „Breeding The Spawn”, ale w kontekście tego, ile innych zajebistości tu upchnięto („Catatonia”, „Funeral Inception”, „Infecting The Crypts”, „Thrones Of Blood”…) i jak wgniatająco wszystko brzmi, nie powinno być to dla nikogo problemem. Warto zaznaczyć, że na tle starszych numerów te nagrane po reunionie wypadają bardzo melodyjnie, ale są też odczuwalnie szybsze, co doskonale słychać w zabijającym „Tomes Of Acrimony”.

Death metal Suffocation pomimo dużego stopnia skomplikowania wydaje się być stworzony do grania na żywo i co najważniejsze – w scenicznych warunkach nie traci niczego ze swej selektywności i pierdolnięcia. Wiadomo, to nie tylko zasługa świetnych aranżacji, ale również doskonałych umiejętności technicznych poszczególnych muzyków – uwijają się jak w ukropie bez chwili wytchnienia, udowadniając wszem i wobec, że w brutalnym death metalu nie mają sobie równych. To po prostu maszyny do napierdalania!

Na szczególne uznanie zasługuje Frank Mullen, bo z jednej strony cacanie wyrzyguje jelita w najniższych rejestrach, z drugiej zaś utrzymuje świetny kontakt z publiką. Konferansjerka jest prowadzona na luzie, bez zbędnej napinki i odwoływania się do jakichś górnolotnych haseł, dzięki czemu zgromadzeni w klubie ludziska szybko się rozkręcają i aktywnie uczestniczą w imprezie, a klimat występu z każdym kolejnym kawałkiem tylko gęstnieje. No i te konkursy z nagrodami… Być pochwalonym przez Mullena, to jak dostać Nobla z fizyki!

Tak powinien wyglądać prawdziwy koncert! Praktycznie nieustający napierdol, zestaw sprawdzonych hiciorów i wyczuwalny przepływ energii na linii zespół-fani. To wszystko sprawia, że nawet w domowym zaciszu ciarki chodzą po grzbiecie, więc nikt nie ma prawa narzekać na nudę.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.suffocationofficial.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

11 czerwca 2016

Origin – Echoes Of Decimation [2005]

Origin - Echoes Of Decimation recenzja okładka review coverNiewiele współczesnych death’owych zespołów może poszczycić się tym, że wprowadziły do gatunku coś świeżego, że stworzyły nową jakość, no i w końcu, że stały się wzorem do naśladowania dla innych. Origin — o czym muzycy tej kapeli będą pewnie jeszcze wnukom opowiadali — zalicza się właśnie do tego wąskiego grona. Amerykanie od początku kariery stawiali na maksymalnie wyziewny i zakręcony łomot, a swoimi wydawnictwami sukcesywnie przesuwali granice ekstremy. Do czasu. Pod naporem trzeciego krążka, opisywanego Echoes Of Decimation, granice nie wytrzymały. Origin z zespołu grającego szybki, brutalny i techniczny death metal przekształcił się w zespół grający blastująco-sweepujący świst, który nie miał wówczas precedensu, a i dzisiaj robi niemałe wrażenie. Szybkość (o ironio, to jedyny album Origin, na którym nie grał perkman John Longstreth) i poziom zagmatwania materiału ocierają się tu o absurd, a czysta skomasowana brutalność urywa łeb przy samej dupie. Ten mega intensywny atak na bezbronne narządy słuchu trwa zaledwie 26 minut, jednak dla mniej wyrobionych odbiorców będzie to aż 26 minut – w dodatku niewysłowionej męczarni, bo Amerykanie na Echoes Of Decimation nie uznają żadnych przestojów, a jeśli nawet zdarza im się trochę (trochę!) zwolnić, to tempo i tak utrzymują zabójcze. W tym miejscu każdy niezorientowany w temacie osobnik mógłby zarzucić muzykom Origin zorientowanie wyłącznie na szpan szybkością i techniką. A to błąd, bo chociaż oba te składniki są bardzo istotne w ich twórczości, Echoes Of Decimation to przecież także furiackie vokillsy i całkiem przyzwoita dawka chwytliwości. Ten ostatni element stanowi o wyjątkowości Origin i wyróżnia zespół spośród masy podobnie grających kapel. Pomimo swej ekstremalności kawałki Amerykanów po prostu wpadają w ucho; może niekoniecznie za pierwszym razem, ale jednak. Człowiek lubi sobie wrócić do tego czy innego fragmentu, przewałkować go naście razy i wyciągnąć z niego jak najwięcej. Nudnymi utworami nikt by sobie tak dupy nie zawracał.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Origin

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

13 kwietnia 2016

Vomit The Soul – Portraits Of Inhuman Abominations [2005]

Vomit The Soul - Portraits Of Inhuman Abominations recenzja reviewKiedy zespół zapożycza sobie nazwę z kawałka Cannibal Corpse, to nie należy się spodziewać, że zależy mu na ululaniu słuchacza swą radosną twórczością. No i cóż, Vomit The Soul specjalnie (a w zasadzie w ogóle) się nie pierdolą w subtelności, grzejąc pozbawiony ozdobników (nie licząc dwuminutowego outra), zupełnie nieoryginalny brutal death metalowy łomot, w którym wszechobecne są wpływy Disgorge, Defeated Sanity i Devourment. Miazga w tym stylu stanowi pewnie jakieś 90% "Portraits Of Inhuman Abominations", ale Włosi nie ograniczają się tylko do takiego dopierdalania, bo na krążku trafiają się również fragmenty nieco bardziej ambitne i zakręcone, kiedy do głosu dochodzą fascynacje starszymi albumami Deeds Of Flesh i Dying Fetus. Takie techniczne urozmaicenia oraz śladowe ilości melodii w paru (paru!) riffach nie mają najmniejszego wpływu na poziom brutalności, za to sprawiają, że płyta zyskuje na dynamice i nie nudzi już po dwóch utworach. Nie zmienia to faktu, że na "Portraits Of Inhuman Abominations" mamy jednak do czynienia z muzyką dość jednorodną, hermetyczną, o jasno sprecyzowanym targecie. Mimo iż jest to materiał stricte podziemny, mile zaskakuje brzmienie i produkcja albumu – masywna, soczysta, niezaprzeczalnie ciężka i z fajnie uchwyconym basem. W ten sposób otrzymujemy pełnowartościowy produkt, którym można się (i sąsiadów) bez żenady katować w niedzielne popołudnie.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/vomitthesoulbrutal

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

14 listopada 2014

My Dying Bride – Sinamorata [2005]

My Dying Bride - Sinamorata recenzja okładka review coverDrugie oficjalne dvd My Dying Bride to bardzo solidny materiał, choć oczywiście pozostawia pewien niedosyt. Ale o tym za chwilę. Trzon wydawnictwa to dość długi (jakieś 86 minut) występ z listopada 2003 roku z Antwerpii. Pewnym zaskoczeniem/ciekawostką może być to, że większość stanowią numery stosunkowo nowe, przede wszystkim z „The Dreadful Hours” i nadchodzącego „Songs Of Darkness, Words Of Light”. Największy staroć to zagrany pod koniec „Sear Me”, ale są też trochę nowsze – „The Cry Of Mankind” (było nie było, największy hit zespołu) oraz „A Kiss To Remember”. Całość została perfekcyjnie odegrana, a klimat sączący się z każdą minutą jest nie do podrobienia. Jeśli chodzi o muzyków, to zachowują się — jakby to kogoś zdziwiło — raczej statycznie, choć miejscami Ade i Hamish pozwolili sobie na nieco więcej życia. Osobna sprawa to Aaron (kapitalne białe wdzianko stylizowane na kaftan bezpieczeństwa!), któremu — mimo że porusza się (snuje) po scenie z werwą osiemdziesięciolatka po trzech zawałach — nie sposób odmówić ekspresji. Są oczywiście pozy ukrzyżowania, klęczenie pod statywem i — co osobliwe — śpiewanie z pozycji leżącej. Przy okazji bisu nasz bohater rzucił nawet fajny acz niezbyt rozbudowany żarcik. Dobre światła i gęsty dym dopełniają pozytywnego wrażenia. Jedyna wada tej części to baba, Sarah, za klawiszami. Zupełnie zbędna w całym tym przedstawieniu, bo niczym nie przyciąga wzroku, a gra tyle co nic, do tego niespecjalnie. Co do niedosytu – show jest za krótki, dla mnie My Dying Bride mogliby grać nawet pięć godzin i wciąż by mi było mało, ale nie jestem przekonany, czy muzycy przeżyliby coś takiego. Jak już przebrniecie przez koncert, to zostaje pokaźna galeria oraz jeszcze ponad 40 minut materiału wideo. Są tam dwa oficjalne teledyski z „Songs Of Darkness, Words Of Light”: „The Prize Of Beauty” i premierowy „The Blue Lotus” (świetny pomysł, świetnie wykonany). Do tego dwa wideosy — „My Hope, The Destroyer” i „My Wine In Silence” — zrobione przez fanów, które są takie… hmm… no… Cóż, podziwiam zespół, że wyświadczył autorom taką grzeczność i je upublicznił. Na sam koniec trzy kawałki live zarejestrowane amatorskimi kamerami. Nie pozostaje mi nic innego, jak zarekomendować wam Sinamorata jako bardzo wartościowe wydawnictwo w — o dziwo! — przystępnej cenie.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalna strona: www.mydyingbride.net

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

2 października 2014

Hate – Anaclasis – A Haunting Gospel Of Malice & Hatred [2005]

Hate - Anaclasis - A Haunting Gospel Of Malice & Hatred recenzja okładka review coverAnaclasis to, w zamierzeniach, początek nowego etapu w dziejach Hate – krok ku większej rozpoznawalności i oryginalności, a to wszystko przy zachowaniu — a nawet zwiększeniu — dotychczasowego poziomu ekstremy. Na czym ta cała oryginalność ma polegać? Ano na rozmaitych industrialnych dźwiękach powplatanych tu i ówdzie w struktury utworów. Szczęśliwie nie są to żadne bezmyślne plumkania dla mrocznych samic o wydrążonym kręgosłupie, tylko naprawdę chłodne i „fabryczne” trzaski-szumy-uderzenia (gdybym miał o tym jakiekolwiek pojęcie, to postarałbym się użyć trafniejszych określeń). Zapowiadało się to zupełnie nieźle, ale jak na moje ucho chłopaki postąpili trochę zachowawczo i nie wykorzystali pomysłu z odpowiednią pompą, nawet na tym wstępnym etapie ewolucji stylistycznych. Bo tak naprawdę, pomijając te drobne industrialne dodatki, muzyka oraz jej brzmieniowa oprawa (ponownie Hertz) niewiele odbiega od tego, co znamy już z „Awakening Of The Liar”. Miejscami jest tylko ciut bardziej melodyjna (udany zabieg) czy zakręcona (techniki spod palców powinno być znacznie więcej) – jak więc widać, przełomu brak. Czemu natomiast ma służyć znaczna redukcja solówek – tego nie wiem. „Malediction”, „Necropolis”, „Hex”, „Euphoria Of The New Breed”, „Immortality” – takich kawałków słucha się najlepiej, bo jest w nich zarówno kurewsko szybkie bębnienie (brawa dla Hellrizera za rozwój – tak szaleńczego blastowania nie powstydziliby się kolesie z Kataklysm na „Serenity In Fire”), nieźle akcentowane chwytliwe riffy, jak i dynamizujące całość zwolnienia (przede wszystkim wtedy do głosu dochodzą sample). Z kolei niewypałem jest „Razorblade”, który — choć najkrótszy na płycie — wlecze się straszliwie i męczy swoją monotonią. Stały atut Hate to cholernie mocny wokal Adama – tym razem jeszcze bardziej wyrazisty i „zły”. Na plus trzeba zaliczyć także dobrze napisane teksty oraz „nawiedzoną” oprawę graficzną made by Graal. Nie zmienia to faktu, że jednak trochę się zawiodłem, bo zapowiadało się bardzo ciekawie – wychodzi na to, że w tym przypadku zbyt wysoko zawiesiłem im poprzeczkę.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/HATEOFFICIAL

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

11 października 2013

Hieronymus Bosch – Artificial Emotions [2005]

Hieronymus Bosch - Artificial Emotions recenzja reviewNa zakończenie przygody z Hieronymusem opisywanym pozwoliłem sobie zachować ich dzieło najdoskonalsze, dopieszczone w najdrobniejszych szczegółach, niemal zasługujące na miano arcydzieła, a mianowicie drugi krążek zatytułowany Artificial Emotions. Przekonanych przekonywać nie trzeba, gdyż – jak już kiedyś pisałem – muzyka Rosjan broni się sama, niezależnie od tego, za który albumu człowiek się zabierze i jaki ma gust. Tak, proponowane przez moskiewski kwartet spojrzenie na muzykę odporne jest na wszelkie braki gustu i rozmaite dewiacje, z jednym wszak założeniem – osoba musi mieć minimalną chociaż wrażliwością muzyczną. Tym zaś, którzy nie mieli jeszcze styczności z Rosjanami, a którzy dumnie podpisują się pod powyższym założeniem, zaproponowanie Artificial Emotions to jak podanie wody spragnionemu. Albo sfiksowanej babie – chłopa. Nie było chyba od czasów Death kapeli, która nie siląc się na żadne ekstremy (szczególnie ilościowe), potrafiłaby tak sprawnie zagospodarować czas i przestrzeń w swojej muzyce. Wsłuchując się w drugi album Hieronymusa ma się wrażenie, że pustka stanowi połowę ich muzyki, a mimo tego dzieje się tam naprawdę wiele. Co więcej, dzięki temu zabiegowi słychać doskonale najdrobniejszy detal i najskromniejszy szczegół, a one właśnie decydują o wielkości muzyki i klasie muzyków. Warto przy tym zauważyć, że na tech-deathowe standardy Rosjanie są bardzo stonowani i spokojni, można by nawet rzec – mało metalowi. Dla mnie nie stanowi to jednak najmniejszego problemu, bo nie zwykłem metalowości w metalu mierzyć ilością hałasu. Na co zwykłem zaś zwracać uwagę, to swoboda w obsłudze instrumentów, łatwość w przemieszczaniu się pomiędzy kolejnymi częściami utworu i lekkość kompozycyjna – a tym właśnie krążek stoi. „Third Half”, „Escape from Primitivity”, „Tired Eyes”, „Blind Windows Stare”, czy każdy inny kawałek mogą posłużyć za przykład jak należy grać techniczny death i mogą być tymi ulubionymi. Jakkolwiek by do tego podchodzić, lektura Artificial Emotions zawsze i w każdych warunkach będzie ciekawa i przyjemna, i każda z niemal 45 minut będzie dobrze spędzonym czasem.


ocena: 9/10
deaf
inne płyty tego wykonawcy:
Udostępnij:

5 października 2013

Nasum – Grind Finale [2005]

Nasum - Grind Finale recenzja okładka review coverPłyty kompilacyjne rzadko kiedy prezentują sobą coś ciekawego i w obecnych czasach są czymś niezbyt trafionym (tyczy się to zwłaszcza debestofów), ale gdy w łapska wpada takie cudo, to można się tylko zachwycać. To dwupłytowe wydawnictwo robi wrażenie już od początku – formą wydania. Jest to porządny, bardzo estetycznie zrobiony cd-book w twardej okładce, z potężną 80-stronicową książeczką. Mamy w niej ciekawe notki oraz „biografię”, składającą się z opisów zawartości i okoliczności powstania tego, co zespół zarejestrował podczas piętnastu różnych sesji. Poza tym znajdziecie tam: okładki, prawie wszystkie teksty (oj sporo tego…) oraz masę fotek. Jest co oglądać, jest co czytać, szczególnie, że zapiski zawierają informacje, o których nie wszyscy muszą wiedzieć. Ot chociażby, że „nasum” (fonetycznie: nazum) to po prostu… nos! Dowiadujemy się także — w co dziś trudno uwierzyć — że kapela powstała dla żartu i stąd ta oryginalna nazwa. Co do muzyki – Grind Finale to zbiór kawałków z przeróżnych epek, splitów, mcd-ków, składanek, winyli… Są także bonusy z japońskich wersji „Human 2.1”, „Helvete” i „Shift” oraz niepublikowane numery, które zostały nagrane przy okazji sesji pełnych albumów. Daje to aż 152 (!!!) piosenki, czyli… ponad dwie, kurwa jego mać!, godziny grindowych wymiotów i napierdalań. I tu ciekawa sprawa – wbrew temu, co można by oczekiwać, wysłuchanie tego łomotu w całości za jednym posiedzeniem wcale nie nudzi (nie przesadzam) i jest — o dziwo! — wykonalne. Mimo to — dla lepszego „trawienia” i ogarnięcia tematu — jednak najlepiej dawkować sobie w porcjach po 30 tracków. Jako że jest to niemal cały dorobek kapeli (poza nagraniami z prób czy zaginionymi), to trafiły się i te najstarsze twory, ale na szczęście w ich przypadku dokonano niezbędnych poprawek w brzmieniu, przez co obędzie się bez niepotrzebnych drgawek. Cholernie dobrze się tego słucha, przyjemnie jest się przyjrzeć, jak ten zespół zmieniał się na przestrzeni lat i z niemal cover-bandu Napalm Death (no bo trudno inaczej określić początki Nasum) stawał się coraz mocniejszym i ważniejszym (przy okazji posiadającym własny styl) przedstawicielem nowszej generacji grindu. Spośród wydawnictw zebranych na Grind Finale moją szczególną uwagę zwróciły: split 7" „Smile When You’re Dead” (sporo carcassowych klimatów i melodyki, taki „Reek Of Putrefaction” na speedzie), mcd „Industrislaven” i „Regressive Hostility” (naprawdę świetny materiał, dzięki któremu podpisali papiery z Relapse). Bardzo dobrze prezentują się oczywiście wszelkie bonusy do ostatnich płyt, numerom niepublikowanym też niczego nie brakuje. Warto jeszcze wspomnieć o paru wyjątkowych utworach. Ciekawe są, inspirowane wiadomo kim, balladki „Red Tape Suckers” (3 sekundy) i „Rens” (może ze 2). Prawie śmieszny jest „The Political Structure Is Not What It Seems In The So Called Lucid View That Man Has Upon Today’s Society. What The Eye Sees Is A Lie.”, którego tytuł — jak słusznie zauważono — czyta się dłużej niż trwa ten krótki łomot. Polecam wszystkim pierwotną wersję „Fury”, który jest bez wątpienia najbardziej melodyjnym i chwytliwym tworem w historii Nasum. Sprawdźcie też covery (jest ich kilka) bo wyszły całkiem całkiem, a mam tu szczególnie na myśli „Unchallenged Hate” (musieli się za nich zabrać, musieli!) i „Tools Of The Trade”. Hmm… W ten sposób można rozpisywać się właściwie o większej części tego, co na tych dwóch płytach znajdujemy, a to tylko dowód na to, jak wyjątkowym zespołem był Nasum. Inny jest taki, że poprzez własną muzykę wpłynęli na jeden ze swoich ulubionych bandów – to dzięki nim Napalm Death powrócili do tego, co im najlepiej wychodziło. Przyznacie, że często się takie akcje nie zdarzają? Zastrzeżeń nie mam żadnych, więc polecam to wydawnictwo wszystkim miłośnikom muzycznej brutalności – jest warte swojej ceny! Przy tym to doskonały prezent (szkoda tylko, że to w sumie epitafium), dla tych którzy nigdy na oczy nie widzieli nawet ułamka spośród zgromadzonych tu rarytasów. Co prawda nie ma potrzeby oceniać Grind Finale, ale za cholerę nie mogę się powstrzymać – 10!


ocena: 10/10
demo
oficjalna strona: www.nasum.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

2 lipca 2013

Pitbulls In The Nursery – Lunatic [2005]

Pitbulls In The Nursery - Lunatic recenzja reviewJak się chce, to się da i nawet Francuzi potrafią nagrać album, który zachwyci nawet najbardziej wybrednego fana deathu. Nie jest, i nie może być, zaskoczeniem fakt, że kapela raczej nie święci tryumfów grając ogólnoświatowe tournée, a co za tym idzie – zna ją 25 osób wliczając rodziny muzyków; wytłumaczenie jest proste do bólu – wszak to death metal i to dla wymagających. Ciężej byłoby pewnie tylko eskimoskim progowcom coverujacym przeboje ludowe na kościanych piszczałkach. Na szczęście są takie strony jak nasza, na której — poza mainstreamem — staramy się wygrzebać i zapromować twory eskimoskie i nie tylko, kapele, na których zalega warstwa kurzu grubości przeciętnej Amerykanki, kapele, które wzbudzają wręcz paniczny strach zawiłością swoich utworów (także u wydawców) i wszelkie inne, raczej mało znane cudeńka – słowem: kapele dobre. W najbardziej podstawowym tego słowa znaczeniu. A cóż takiego serwują Francuzi, że podpadają pod jedną z powyższych kategorii? Ni mniej, ni więcej tylko prog death utrzymany w klimacie zaawansowanego Neuraxis, czyli to, co demo lubi jak piraci rum i abordaże. Takiej muzyki nie da się pomylić z niczym innym, nie da się jej źle zinterpretować – Francuzi nakurwiają muzę, pod którą Kanadyjczycy podpisaliby się w ciemno i to jeszcze z wypiekami na twarzy. Tak dobre są Żabojady – serio serio. Od samego początku, od najpierwszych sekund ma się pewność, ze następne minuty będą jednymi z najlepiej spożytkowanych od czasów pierwszego seksiku (oczywiście w wersji dwuosobowej). A to kurwa coś znaczy, czyż nie? Równie szybko pojawiają się refleksje w klimacie „gdzie żeście byli całe moje życie”, po których następują kolejne, w typie „sprzedam nerkę (najlepiej kogoś innego) byle tylko mieć ten album”. Może się nieco rozpędziłem, ale clue pozostaje bez zmian – kapela rządzi. Nagranie longpleja zajęło muzykom 5 lat i każda sekunda krążka jest głośnym dowodem na to, że nagrano coś niesamowitego, niecodziennego, zamykającego usta niedowiarkom, Marsyliankę metal i chuj wie, co jeszcze. Nie ma rzeczy pozostawionych przypadkowi, muzycy dali z siebie stachanowskie 1500% normy, kompozycje zachwycają jak widok dziecka, któremu z patyka spada lód, realizacja zachwyca, skomplikowanie materiału zachwyca – trudno się do czegokolwiek przyczepić. Dawno nie słyszałem tak gęstego, a jednocześnie tak klarownego materiału, który z taką swobodą łączyłby deathowe galopady z jazzowymi interludiami, brutalność z dźwiękami sitaru, podwójne stopy z rockową motoryką i feelingiem – istne mulki-kulti, tyle że działające. Wśród grona faworytów umieściłbym: „Lunatic Factory”, „Impact”, „Strong”, „Monkey’s Masturbation”, „La Norme” oraz, oczywiście „In My Veins” choć prawdę powiedziawszy każdy utwór zasługuje na pochwały i laurkę z wierszykiem. Ochów i achów nie ma końca, kilku mniej wytrawnych słuchaczy mogło już do tego czasu szczytować, ale prawda jest właśnie taka, ze krążek jest fantastyczny. Na Lunatic można znaleźć wszystko, co najlepsze w technicznym prog death metalu. Jeśli wiec ktoś mianuje się fanem Death, Atheist, Neuraxis, Gorguts i całej kanadyjskiej sceny, jazzu i ambitnego grania, to ten album jest dla niego. I to chyba stanowi największy problem wydawnictwa – przy tak kompleksowej muzyce, i zdurnowaciałym społeczeństwie z drugiej strony, takie krążki nie maja prawa bytu. Niestety. Możemy się na to wkurzać ile wlezie, tupać nogami a nawet wstrzymywać oddech, a i tak to się nie zmieni. Możemy jednak, nieco naiwnie, promować takie albumy. I to właśnie czynię.


ocena: 9/10
deaf
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pitbullsinthenursery
Udostępnij:

8 listopada 2012

Obituary – Frozen In Time [2005]

Obituary - Frozen In Time recenzja reviewPowrót jednego z moich ulubionych death metalowych aktów — Obituary — do czynnego uprawiania brutalnej sztuki przyjąłem z nieukrywaną radochą. Fani ich poprzednich dokonań (szczególnie tych przed zawieszeniem działalności) będą zadowoleni, zaś ci, którym ten zespół nigdy nie podchodził zdania już raczej nie zmienią. Jest jednak szansa, że Amerykanie podłapią paru nowych zwolenników, zachęconych chociażby pomysłową i świetnie wykonaną okładką autorstwa Andreasa Marschalla. Na swoim szóstym LP, Nekrolog serwuje nam swoistą miksturę wszystkich poprzednich krążków (może za wyjątkiem „Cause Of Death”, niestety) z naciskiem na częste i gęste nawiązania do „Back From The Dead” i „The End Complete” (momentami aż nazbyt oczywiste – „Insane”, ale luzzz), delikatne wycieczki do okresu „World Demise” a na koniec szczypta debiutu. Tak ja to słyszę. Słowem – jest klasycznie i bardzo dla Obituary typowo. Tytuł albumu doskonale oddaje ducha tej muzyki – Frozen In Time mógłby spokojnie powstać 10 lat wcześniej i nikt by się pewnie nie pokapował. Jedyne większe nowinki to: otwierający płytę utwór instrumentalny (niemniej i tak od pierwszego riffu wiadomo, z kim mamy do czynienia), pojawiająca się w kilku miejscach bardziej kombinowana gra Donalda oraz odrobinkę zmodyfikowane wokalizy. John Tardy oczywiście głosu nie zmienił (nadal jest zachwycający), tylko nieco bardziej się wysila bo stara się wyrabiać przy tekstach! Tak! Prawdziwych tekstach! Takimi z różnymi słowami! U Obituary! Niewiarygodne, ale prawdziwe, choć nie ma się co napalać – we wkładce ich nie umieszczono. Ale żarty na bok. Reszta — riffy, solówki, rytmika, aranżacje, brzmienie — wygląda jak zwykle i już samemu należy osądzić, czy to dobrze czy źle. Ja stawiam na tą pierwszą opcję, wszak Nekrolog nigdy się specjalnie nie zmieniał, tylko nawalał w swoim, dawno wypracowanym i wybitnie rozpoznawalnym stylu. Co prawda ciągle się zastanawiam, czy poniższa ocena jest zasługą samego materiału, czy może raczej mojego sentymentu do Obituary, ale olewać to – mnie ta płyta od razu się spodobała.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.obituary.cc

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

23 lipca 2012

Demise – Torture Garden [2005]

Demise - Torture Garden recenzja reviewEpopei Pecha część trzecia… Oczywiście Demise nie był najbardziej niefartownym zespołem świata, sami też wielkiego ciśnienia na karierę nie mieli, ale ich przygody z oficjalnymi wydawcami można streścić krótko: z deszczu pod rynnę, spod rynny do ścieków. Torture Garden to ostatni, najdłuższy (równo 56 minut – jest na czym ucho zawiesić) materiał w zbyt krótkiej historii zespołu, a przy tym najbardziej zróżnicowany. Początek krążka to względnie szybka i całkiem brutalna (na pewno brutalniejsza niż w przeszłości) death metalowa jazda – wystarczy sprawdzić chociażby miażdżący „Revelation” (ten gęsty riff na początku!) albo okraszony wyjebaną w kosmos solówką znanego w pewnych kręgach Jamesa M. „Unjust”. „Ravaged” to też niezły przykład nieco zakręconej jazdy na najwyższym poziomie. Z czasem przychodzi pora na utwory wolniejsze i konkretnie melodyjne, co wcale nie oznacza, że gorsze. Trochę wyłamuje się z tej charakterystyki przedostatni, baaardzo przebojowy „Ecstasy And Rapture”, który ślamazarny z pewnością nie jest, a który najmocniej kojarzy mi się z poprzednią płytą. Jak więc widać, sprytne rozmieszczenie numerów tworzy wyraźny podział na dwie części: z death metalowymi torturami i ogrodem — też death metalowej — melodii. Zresztą, nie trzeba nawet na którąkolwiek z nich wskazywać, bo właściwie o wszystkich kawałkach można powiedzieć, że mają duży potencjał koncertowy – mogę o tym poświadczyć własnym (obolałym) karkiem. W stosunku do „God Insect” zmieniły się wokale – Przemek zmodyfikował skrzeczenie (dało to nieco niższy krzyk) i wprowadził melodyjne partie zaśpiewane (czy coś takiego) czystym głosem. Zaskakujące, nie powiem, ale wyszły bardzo spoko, a przez niewielką ich ilość nawet nie drażnią. Wady… Największą jest bez wątpienia brzmienie. Nagrań dokonano jeszcze w 2003 roku, do tego w upadającym Selani i to niestety zbyt wyraźnie słychać. Masteringu dokonał wspomniany już James M., ale wszystkiego nie uratował – jakość dźwięku jest co najwyżej średnia, a to odbija się niekorzystnie na czytelności muzyki (zwłaszcza w bardziej zagmatwanych partiach). Mimo to czas spędzony z Demise na pewno nie będzie stracony, a zadowoleni powinni być zarówno fani Death jak i Hypocrisy.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/DemisePoland

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

20 maja 2012

Trauma – Determination [2005]

Trauma - Determination recenzja okładka review coverMoim pierwszym odczuciem po przesłuchaniu Determination było… rozczarowanie. Tak, dobrze widzicie – rozczarowanie (choć to może zbyt mocne słowo), co przy tak wspaniałym zespole co najmniej dziwi. Stan ten w pewnym stopniu utrzymuje się do dziś, tyle że jest on połączony z wyraźnym niedosytem. Jest tak, proszę ja was, ponieważ — jak na moje wypaczone ucho — płytę niewiele — a przynajmniej nie tyle, ile bym chciał — dzieli od „Imperfect Like A God”. Podobne jest brzmienie (choć tym razem nie aż tak kliniczne), struktury utworów także nie odbiegają od tych z poprzedniczki, a i wrażenia płynące z słuchania są zbliżone. Nie wymagam od chłopaków wpieprzania się na siłę w nie wiadomo jaką awangardę, ale wydaje mi się, że zabrakło tu powiewu jakiejś namacalnej świeżości. Nie mogę jednak przez to tak po prostu zjebać Traumy, powód jest bowiem bajecznie prosty – Determination to bezsprzecznie kawał zajebistego, doskonałego warsztatowo death metalu, który po prostu musi się spodobać każdemu miłośnikowi tego elbląskiego zespołu. Muzyka jest gwałtowna, pełna energii i agresji, upakowana pomysłowymi riffami, powalającą pracą sekcji, a przy tym ozdobiona świetnymi solówkami. Osobna sprawa to wokalizy Chudego. Jeśli przy okazji poprzedniej płyty nie przekonywał mnie do końca i liczyłem na szybki powrót Zienkiewicza, to tym razem jestem kupiony. Dokonał dużego postępu, a jego pełne jadu partie są cholernie mocnym elementem albumu. Po kilku, -nastu, -dziesięciu przesłuchaniach „The Elegy For Doom” (powstał do niego teledysk), „An Act Of Providence”, „Frozen God” czy numeru tytułowego (konkretnie rozbudowany, bo aż dziesięciominutowy – i właśnie jego długość można uznać za coś nowego) wychodzi, że mamy do czynienia z krążkiem bardzo dobrym, ale w żaden sposób przełomowym czy zaskakującym.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/TraumaOfficialPage

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

17 września 2011

Immolation – Harnessing Ruin [2005]

Immolation - Harnessing Ruin recenzja okładka review coverSzóste uderzenie bogów technicznej brutalności nastąpiło jak zwykle w glorii i chwale, ale też i w nieco odmienionym składzie, bowiem podupadającego na zdrowiu, a coraz bardziej zainteresowanego rodzinką Alexa Hernandeza zastąpił nieznany w metalowym światku Steve Shalaty z nieznanego w metalowym światku Odious Sanction. Nieznany, ale nie znaczy to od razu, że dużo gorszy, bo z rytmiką Immolation radzi sobie wyśmienicie i najwyraźniej dobrze wpasował się obecne oblicze zespołu. Ujmy im z pewnością nie przynosi, choć na pewno nie miesza tak ostro jak Alex. Sama muzyka także odrobinę się zmieniła w porównaniu z „Unholy Cult” – jest jeszcze bardziej przystępna (naturalnie jak na „immolationowskie” standardy), chwytliwa (kilka riffów doskonale nadaje się do późniejszego nucenia pod nosem!), więcej w niej przestrzeni, gitary zdają się „ryczeć” jak nigdy dotąd, a melodiom blisko do tych z „Close To A World Below”. Znalazło się również trochę miejsca dla odświeżających eksperymentów (wyróżniają się pod tym względem „Dead To Me” i „Son Of Iniquity”), przez co zespół zebrał trochę zjebek od różnej maści ortodoksów z gilami do pasa. Początek płyty to bezwzględna jazda (prawie) na złamanie karku – utwory stosunkowo krótkie, intensywne i bezpośrednie. Dalej następuje wybornie mielący numer tytułowy, a po nim przychodzi czas na kawałki dłuższe, bardziej klimatyczne i rozbudowane. Niestety także przez przesadnie rozwlekłe wyciszenia. Nie zabrakło oczywiście kilkunastu firmowych solówek Roberta Vigny, który z gitarą czyni prawdziwe cuda i należy mu się za to wielki szacuneczek. Przy okazji – jeśli podczas ich nagrywania zachowywał się tak, jak to robi podczas koncertów, to musiał poczynić w studiu niemałe spustoszenie. Ross Dolan także w świetnej formie… tylko to w zasadzie żadna nowina, bo chyba prędzej cały death metal padnie na pysk niż on straci moc w głosie. Jeśli powątpiewacie w potęgę Immolation, nie pozostaje wam nic innego, jak zatopić się w „Crown The Liar”, „Swarm Of Terror” lub „At Mourning's Twilight”. Ci Mistrzowie w death metalowym fachu są zbyt wartościowi, żeby tak po prostu odpuścić sobie Harnessing Ruin.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/immolation

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

8 marca 2011

Aborted – The Archaic Abattoir [2005]

Aborted - The Archaic Abattoir recenzja reviewPo znakomitym „Goremageddon” Aborted poszli w technikę i stali się bardziej melodyjni… Nie ma cudów – coś musiało na tym ucierpieć i w tym przypadku jest to poziom brutalności osiągnięty na The Archaic Abattoir – o elementach grindu można zapomnieć. Dupy na szczęście w tym względzie nie dali, choć lista gości udzielających się na płycie mogła sugerować różne rzeczy, w tym także tragedię. Nie zrozumcie mnie źle – Mnemic ujdzie w tłoku (o ile duży ten tłok i w bezpiecznej odległości), ale sama myśl o „soilworkowych” zaśpiewach w Aborted powoduje u mnie dreszcze zgrozy (prawie jak blackmetalówki, hehe). Jednak muzycy obronili się i żadnych podobnych dziwactw (ani blackmetalówek!) tu nie władowali. Brzmienie nie jest tak mocno zbasowane, jak na poprzedniej produkcji, ale ciężaru odmówić mu nie sposób; stało się czystsze i bardziej wyraźne (zasługa Tue Madsena – mistrza kręcenia gałkami w Beneluxie), co ułatwia wychwytywanie rozmaitych smaczków. Pomagają w tym także tempa, bo grania wolnego i na umiarkowanych obrotach mamy tu znacznie więcej, niż na „Goremageddon”. Nie ma się czego obawiać, bo o blastach oczywiście Belgowie nie zapomnieli i nadal jest ich sporo, a właściwie to przeważają. Wspomniałem o melodiach – bardzo ułatwiają rozpoznawanie kolejnych numerów, uatrakcyjniają je, występują przy tym w dużej ilości i są naprawdę niezłe (szczególnie te zakręcone – a’la Immolation), jednakże nie wkurwiają swą nachalnością. Ciągoty w kierunku muzy wybitnie chwytliwej (i motorycznej!) najbardziej dają o sobie znać w „Threading On Vermillion Deception” – gdyby nie wokale (tradycyjnie bulgoczący growl i wrzask) oraz blastująca napierducha, to można by wciskać kit, że to jakiś niepublikowany numer Hypocrisy z okresu „The Final Chapter”. Jakby ktoś się uparł, to mógłby nawet być rozczarowanym, ale „słuchalność” krążka i świetna oprawa graficzna skutecznie wynagradzają zaniki brutalności. Cholera, tak się składa, że mam słabość do takiego grania i jak dla mnie The Archaic Abattoir to płyta warta kilkudziesięciu zeta, zaś dla tych, którzy na ołtarzu trzymają „Heartwork” jest już obowiązkiem.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.goremageddon.be

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

23 lutego 2011

Union – Christ Agony [2005]

Union - Christ Agony recenzja okładka review coverChrist Agony od pierwszej sekundy brzmi staro, a to tylko jedna z zalet tej płyty! Większość numerów utrzymana jest w stylistyce i klimacie dobrze znanym przede wszystkim z „Daemoonseth Act II” i „Moonlight” (choć i szczypta „Unholyunion” też się znajdzie), oprócz tego mamy „Hellfire” i „Flames Of Hate” – oba krótkie, wściekłe i brutalne, z wyraźnym piętnem Moon, ale — niestety? — bez solówek. Po takiej charakterystyce już wiadomo, czego się spodziewać – 46 minut i 55 sekund porządnie zaaranżowanego black metalu z depresyjnymi melodiami (najlepsze są w „Eternal Hellbound”, „Evil Curse” i „Horn Of Sacrifice” – coś pięknego, tego się nie można nauczyć, to trzeba mieć w sobie!), jadowitym wokalem Cezara, wyraźnym chrzęstem basu (Reyash!) i raczej nieskomplikowanymi acz mocno nawalającymi garami (nagrał je Młody z Dissenter, który wystawił Union przy pierwszej okazji). Ja po trzech dniach delektowania się tymi dźwiękami, czułem się, jakbym znał ten krążek od lat, zaś po kilku latach, jakbym znał go od zawsze. Koniecznie trzeba wyróżnić wspomniany już zatęchły klimat albumu i znakomite, nawiązujące do „starych” czasów, teksty – jest w nich Szatan, jest Piekło i tylko cycków do pełni szczęścia zabrakło. Wszystkich malkontentów, którzy krytykowali rzekomą nudę pierwszych wydawnictw Chrystusowej Agonii, zainteresuje zapewne fakt — o ile w ogóle dobrnęli do tego miejsca — że muzyka Union jest brutalniejsza, bardziej zwarta (najdłuższy numer trwa ledwie 8 minut) i dynamiczna (lecz nie tylko szybsza). Dla takich ludziów płyta ta powinna być znacznie bardziej przyswajalna i dużo łatwiejsza w odbiorze. Zapodajcie sobie na próbę „Evil Curse” – jeśli ten numer z niczym wam się nie skojarzy, to coś musi być z wami nie tak. Mnie przy tym wspaniałym kawałku kolana miękną, a serducho, z wiadomych względów, wyraźnie przyspiesza. Tym sposobem Union otwiera w umyśle furtkę dostępną tylko nielicznym, przywołując masę ciekawych wspomnień i za to też się plusik zespołowi należy. Brawa dla Cezara za upór, wytrwałość i powrót (choć okrężną drogą) do biznesu ze świetnym materiałem!


ocena: 9/10
demo

podobne płyty:

Udostępnij:

5 lutego 2011

Totem – Day Before The End [2005]

Totem - Day Before The End recenzja okładka review coverDruga płyta — którą z jakichś powodów wydawca uznał za debiut — rozbudowanej ekipy z Bukowna to bardzo melodyjny thrash-death w now(oczesn)ej, cholernie szwedzkiej odmianie – granie bardzo melodyjne, dobre od strony technicznej, przyzwoicie brzmiące, dość skoczne, miejscami nawet wpadające w ucho, ale ostatecznie pozbawione odpowiedniej wyrazistości i jakichś większych atutów, pozwalających mu na dłużej zagościć w świadomości słuchacza. Przynajmniej u kogoś, kto od wspomnianych gatunków oczekuje mocnego uderzenia, bo już miłośnicy późniejszych dokonań Arch Enemy, Soilwork i tym podobnych powinni mieć tu wypas, zwłaszcza, że materiał zdradza pewien potencjał koncertowy. Brutalny Totem na pewno nie jest, owszem – bywa agresywny, ale to dla wielu może być zbyt mało. Poziomu zadziorności nie podnoszą też rozmaite zmiękczacze – a to rockowe naleciałości, to znowu niezidentyfikowane płciowo czyste zaśpiewy (ponoć za wszystkie czyste partie odpowiada Auman, ale momentami trudno w to uwierzyć…), czy przesłodzone melodyjki. Mimo wszystko właściwie w każdym kawałku trafia się przynajmniej jeden godny uwagi patent – riff, solówka, rytm czy zmiana tempa. Dałoby to niezły wynik przy, powiedzmy, 20 utworach; przy siedmiu, a z tyloma mamy do czynienia na Day Before The End, trudno o przyglebiający wynik. Równa, rzetelna acz nie wybijająca się ponad przeciętność płyta.


ocena: 5/10
demo
oficjalna strona: www.totem.metal.pl
Udostępnij: