Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty

20 sierpnia 2020

Christ Agony – Darkside [1997]

Christ Agony - Darkside recenzja okładka review coverPasmo sukcesów artystyczno-komercyjnych Christ Agony — czyli innymi słowy pierwsze trzy albumy — zostało brutalnie przerwane w momencie wydania "Darkside" – płyty eksperymentalnej i kontrowersyjnej, a po fanowsku rzecz ujmując: po prostu nieudanej. Rok wcześniej Samael zelektryzował świat metalu śmiałym użyciem elektroniki i kosmicznym klimatem, co dla zespołu Cezara (czy raczej dla jego studyjnej namiastki) mogło być jakimś impulsem do wprowadzenia zmian w muzyce, jednak bądźmy szczerzy – przejście z bogatego aranżacyjnie black metalu do mariażu techno, poezji śpiewanej i przesterowanych gitar nikomu nie mogło wyjść na dobre.

I nie wyszło. Na "Darkside" trudno się doszukać jakichś punktów wspólnych z kultową trylogią, bo płyta jako całość jest potwornie niespójna stylistycznie, struktury utworów zostały drastycznie uproszczone, brzmienie jest sztuczne (kłania się automat perkusyjny) i niezbyt dopasowane do muzyki (w dodatku 'The Key' pod względem produkcji odstaje od pozostałych), diabelski klimat Christ Agony uleciał całkowicie i nawet wokale Cezara (zwłaszcza te czyste i płaczliwe) momentami są bardzo odległe od tego, co z powodzeniem robił wcześniej przez kilka lat. Ja rozumiem, że poprzednia formuła mogła się ojcu założycielowi znudzić, ale robienie z płyty śmietnika nieprzystających do siebie pomysłów nie jest najlepszym rozwiązaniem.

Jakby tego było mało, na "Darkside" jest aż jeden rasowy metalowy numer — 'Kingdom Of Abyss' — w szybkim tempie i z agresywnymi riffami, i właściwie tylko on zasługuje na szczere wyróżnienie. Poza nim trochę sensownego grania można wyłuskać jedynie z 'Darkside' (część 'Eternal' jest dużo ciekawsza niż 'Beauteous Death') i 'The Triangle' (ale dopiero jak się rozkręci) oraz — już w mniejszym stopniu — z 'Dark Goddes' (udana melodia) i 'Heredity' (ze dwa spoko riffy). Nie ma co ściemniać, to niewiele jak na zespół z takimi dokonaniami, tym bardziej, że w pozostałych kawałkach gitary robią wyłącznie za niemrawy wypełniacz tła. 'My Spirit Seal' (w obu wersjach) najlepiej przepstrykać zanim w ogóle się zacznie – szkoda waszych nerwów na taką awangardę.

Wydaje mi się, że kiedyś byłem bardziej wyrozumiały dla tej płyty i siłą rzeczy jakiś sentyment do "Darkside" mi pozostał, jednak nie na tyle silny, żeby sięgnąć po nią częściej niż raz na kilka lat. W katalogu Christ Agony jest kilka lepszych albumów, a precyzując – wszystkie.


ocena: 5,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ChristAgony

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

9 sierpnia 2020

Kat – Somewhere In Poland 2003 [2004]

Kat - Somewhere In Poland 2003 recenzja okładka review coverCzy to się komuś podoba, czy nie, ostatnia płyta Kata w relatywnie oryginalnym (czy też najbardziej 'klasycznym') składzie to koncertówka, w dodatku dość osobliwa. W normalnych warunkach takie wydawnictwo stanowi wypasione ukoronowanie jakiegoś okresu i prezentację dotychczasowego dorobku, w przypadku "Somewhere In Poland 2003" można mówić raczej o chęci odkreślenia przeszłości grubą linią. No i nie ma to nic wspólnego z wypasem, bo na płytę wepchnięto ledwie 65 minut materiału zarejestrowanego we Wrocławiu, więc sami przyznacie, że to okrutnie mało, jak na ponad dwudziestoletni dorobek.

Koncert jest zapisem z Mystic Festival, który odbył się 28 listopada 2003 roku, kiedy Kat robił za rozgrzewkę przed Iron Maiden. Nagrane wówczas utwory poddano później solidnej obróbce w studiu (łącznie z dogrywkami), stąd też całość brzmi niemal imponująco – potężnie, ciężko i czysto. A że kryje się w tym drobne oszustwo? "Wszyscy tak robią" – Piotr Luczyk. Ten sam Luczyk Piotr z sobie tylko znanych powodów pokusił się o odegranie koncertu na jedną gitarę (gdzieniegdzie tylko oficjalnie wspomagając się technicznym), co jest o tyle ciekawe, że pod ręką był Valdi Moder, który grał z Katem na trasach poprzedzających ten festiwal. Ja wiem, że Piotr ma wielkie umiejętności, ale z tak utalentowanym kompanem mógłby osiągnąć znacznie lepsze rezultaty, a przede wszystkim sięgnąć po bardziej wymagający repertuar. Niczego w zasadzie nie można zarzucić sekcji rytmicznej (tworzy zwarty i cholernie mocny fundament całości) oraz formie wokalnej Romana, choć jakość jego zapowiedzi bywa dyskusyjna.

Setlista jest... taka sobie — i już abstrahując od tego, że krótka — bo zawiera sporo niezbyt koncertowych utworów i zapychacz w postaci motywu z filmu "Mission Impossible". Owszem, 'Płaszcz Skrytobójcy', 'Purpurowe Gody' i 'Niewinność' bronią się w wersjach studyjnych (ten ostatni najmniej), ale na żywo jakoś specjalnie pulsu nie przyspieszają, no i wyraźnie zaburzają dynamikę występu. Dobrze chociaż, że zespół zadbał o kilka największych hiciorów z 'Wyrocznią', 'Killerem', 'Wierzę' i 'Diabelskim Domem' na czele. Mnie jednak najbardziej brakuje porządnej reprezentacji "Bastarda", bo 'Łza Dla Cieniów Minionych' (swoją drogą – dziwnie tu brzmi gitara rytmiczna) i zajawka 'W Bezkształtnej Bryle Uwięziony' to zdecydowanie za mało. I jeszcze coś – w intrze zachowano trzysekundową zapowiedź rodem z PRLu, jakbyśmy, kurwa, nie wiedzieli, czyja płyta trafiła do odtwarzacza.

Jako bonus, do płyty dorzucono nową wersję klasycznego 'Ostatniego Taboru' (plus w najlepszym przypadku półprofesjonalny teledysk do tego utworu). Numer zachwyca gitarowymi ornamentami i ślicznym brzmieniem, ale czy jest przez to lepszy od oryginału? Moim zdaniem jednak nie.

I tak właśnie wygląda pożegnanie z Katem. Z jednej strony "Somewhere In Poland 2003" robi bardzo dobre wrażenie, z drugiej natomiast pozostawia ogromny niedosyt i zniesmacza całym cyrkiem, który towarzyszył wydaniu tej płyty.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: kat-band.com

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

3 lipca 2020

Uerberos – Stand Over Your Grave [2020]

Uerberos - Stand Over Your Grave recenzja okładka review coverUerberos to taka ciekawostka przyrodnicza z Discovery – rzadki przykład zespołu, który nie zawodzi pokładanych w nim nadziei. Na potwierdzenie tych słów mam "Stand Over Your Grave" – następcę i tak już udanego "Tormented By Faith", którym młodzieńcy z Żor trzy lata temu zaznaczyli swoją obecność na polskiej scenie. Do drugiego ataku przystąpili w rozbudowanym składzie, lepiej przygotowani i — sądząc po sączącej się zewsząd agresji — zdeterminowani jak nigdy wcześniej. Poprawili się dosłownie w każdym aspekcie, więc jeśli z jakiegoś powodu przeoczyliście ich debiut, to teraz nie będzie dla was żadnych wymówek.

Przede wszystkim Uerberos nie zafundowali swoim — jak dotąd nielicznym (ale to się wkrótce zmieni) — fanom powtórki z rozrywki, a zatem kalki "Tormented By Faith". Choć ogólne założenia muzyki wydają się takie, jak poprzednio, "Stand Over Your Grave" jest materiałem zdecydowanie innym – bardziej intensywnym, cięższym, szybciej wpadającym w ucho, a przy tym szybkim jak skurwysyn. Chłopaki nie komplikują specjalnie przekazu, skupiają się raczej na grzaniu w okrutnych tempach, a czynią to na tyle inteligentnie, że nie ma tutaj mowy o monotonnych czy jednowymiarowych kompozycjach. Jeśli lubicie podejście do grania szwajcarskiego Requiem, to wizja death metalu według Uerberos z pewnością przypadnie wam do gustu, bo to napierdol sprawiający podobną radochę.

Mimo iż przez 40 minut zespół praktycznie napiera od blastu do blastu (wyrazy współczucia dla perkusisty), w muzyce jest dość smaczków i skoków dynamiki, żeby utrzymać uwagę słuchacza i zmusić go do kolejnych przesłuchań. Z jednej strony to zasługa zdobytego doświadczenia i rozwinięcia zmysłu kompozytorskiego, a z drugiej naprawdę solidnego podciągnięcia warsztatu technicznego, bez którego wielu z zawartych na "Stand Over Your Grave" pomysłów Uerberos nie byliby w stanie zrealizować. Na debiucie nie było przecież aż tak gęstych i wyrazistych numerów jak chociażby 'Beautiful Crimson Of Your Blood', 'Flaming Darkness' (oba zdradzają duży potencjał koncertowy), 'Putrescine' czy 'To Make You Suffer!' (z kolei do tej dwójki udanie wprowadzono motoryczne partie).

Jakby tego było mało, Uerberos weszli na wyższy poziom również jeśli chodzi o produkcję. Zespół skorzystał z usług tego samego studia i realizatora co przy okazji debiutu, jednak uzyskał zupełnie inne rezultaty. "Stand Over Your Grave" brzmi znacznie nowocześniej, masywnie, z zajebistym mięskiem w gitarach i dostatecznie czytelnie, żeby nie zatracić aranżacyjnych niuansów w jednolitej ścianie dźwięku. Mały problem mam tylko z wokalami, bo czasami wydaje mi się, że nie są odpowiednio zespolone z muzyką, że nie do końca dobrze je zbalansowano w miksie.

Nie licząc tego szczegółu — urojonego bądź nie — muszę przyznać, że Uerberos odwalili kawał dobrej roboty, za którą należą im się szczere pochwały. Zespół otrząsnął się z wcześniejszych wpływów (tym razem nawet z lupą nie doszukałbym się zbieżności z Sinister), nabrał pewności siebie i pokazał prawdziwy potencjał ekstremalnego nakurwiacza. Fani bezlitosnej młócki z pewną dozą chwytliwości w typie Hour Of Penance, Mass Infection czy Antropofagus powinni być "Stand Over Your Grave" usatysfakcjonowani.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/uerberosband/

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

20 kwietnia 2020

Trauma – Ominous Black [2020]

Trauma - Ominous Black recenzja okładka review coverPo siedmioletniej przerwie Trauma powróciła z nowym albumem "Ominous Black", który z miejsca stał się przedmiotem zbiorowego hype’u. Wszyscy nagle sobie przypomnieli jaki to zajebisty i zasłużony zespół... choć niespecjalnie palą się do tego, żeby go na co dzień słuchać. Z podobną zbiorową podnietą mieliśmy do czynienia przy okazji "Karma Obscura", która okazała się tak wspaniałą płytą, że aż trzeba było jak najszybciej o niej zapomnieć. Niestety, w naszym wymiarze elbląska ekipa nie będzie wzbudzała zainteresowania, dopóki Mister z kolegami nie zaczną regularnie świecić dupami na instagramie tudzież błaźnić się na inne sposoby.

Póki co Trauma ma do zaoferowania jedynie muzykę. Muzykę na bardzo wysokim poziomie, typową dla siebie, choć mimo wszystko nie dorównującą najlepszym pozycjom w dyskografii. Nie widzę w tym problemu, bo na pewnym pułapie przebicie siebie nie należy do łatwych zadań, a na dobre płyty też jest przecież zapotrzebowanie, tym bardziej jeśli prezentują tak wyrazisty styl. Na przestrzeni całego "Ominous Black" słychać wyraźnie, że Mister jest na bieżąco z tym, co się dzieje we współczesnym death metalu (choćby pierwszy riff 'The Black Maggots' do złudzenia przypomina Decapitated), co wcale nie znaczy, że ładuje w muzykę każdy modny patent. Nowinki, jeśli już się pojawiają, są przefiltrowane przez 30 lat doświadczeń, stąd też gładko wtapiają się w utwory i brzmią w pełni naturalnie.

Trzon płyty to klasyczne dla Traumy dość szybkie strzały, choć do mnie tym razem najlepiej trafiły utwory wolniejsze i bardziej motoryczne (jak 'I Am Universe' czy 'Astral Misanthropy'), które oprócz dużego urozmaicenia oferują jeszcze naprawdę nastrojowe partie okraszone pierwszorzędnymi solówkami (szczyt zajebiozy mamy we wspomnianym 'The Black Maggots'). A propos gitarowych popisów – więcej w nich klimatu i wyczucia niż technicznych sztuczek dla samego przebierania palcami, a melodie w nie wplecione po prostu kładą na łopatki. Warto również wspomnieć o partiach basu, bo tak aktywny i mocno wyeksponowany nie był od czasów Firany.

Na koniec zostawiłem sobie realizację "Ominous Black". Materiał został nagrany w przystosowanej do tego kanciapie Traumy, po czym na miksy i mastering powędrował do Hertza. Rezultat jest całkiem niezły, ale brzmienie albumu odbieram jako krok (malutki) wstecz w stosunku do "Karma Obscura" i poprzednich płyt w całości nagrywanych w Białymstoku. Jeśli jednak nie macie pierdolca na tym punkcie, to przypuszczalnie nawet tej różnicy nie odczujecie, zaś sam krążek łykniecie raz-dwa.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/TraumaOfficialPage

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

24 lutego 2020

Deivos – Casus Belli [2019]

Deivos - Casus Belli recenzja okładka review cover"Casus Belli" to od początku do końca brutalny i techniczny death metal bez najmniejszych udziwnień, czyli innymi słowy: materiał, którym Deivos chyba już ostatecznie dają do zrozumienia, że etap eksperymentowania ze stylem mają za sobą. Owszem, nie da się zaprzeczyć, że "Theodicy" miał swoje plusy, ale lepiej dla fanów, żeby zespół trzymał się tego, czego są mistrzami na naszym podwórku – wtedy nikt im nie podskoczy.

Nie chciałbym przez to sugerować, że album jest wierną kopią "Endemic Divine". Niet. "Casus Belli" jest na pewno płytą nieco inaczej skonstruowaną i leci na równiejszym poziomie – tu nie ma miejsca na nabieranie rozpędu czy budowanie napięcia; pierdolnięcie następuje od pierwszej sekundy kawałka tytułowego i trwa już do końca. Warto przy tym zaznaczyć, że zespół potrafi utrzymać intensywność przekazu niezależnie od pojawiających się gdzieniegdzie wolniejszych temp czy fragmentów z mocniej zaznaczonym klimatem (jak w moim ulubionym 'Nuclear Wind'). To jednak nie oznacza, że muzyka powiewa monotonią – nic z tych rzeczy, muzycy Deivos potrafią grać i mają wyrobione mózgowiny, więc każdy utwór oferuje jakieś ciekawe, wybijające się rozwiązania. I nie chodzi wyłącznie o krowie dzwonki; zwróćcie choćby uwagę na bas, który ma odpowiednio dużo przestrzeni i brzmi naprawdę grubo.

Płyta w zasadzie wchodzi od pierwszego przesłuchania i nie wymaga przy tym popitki, a to — przyznacie — nieczęsto się zdarza, zwłaszcza gdy jesteśmy w temacie mocno pokomplikowanego death metalu. I właśnie – gdzieś pomiędzy kolejnymi blastami, rykami wokalisty czy pojebanymi riffami wepchnięto całkiem fajne choć pokręcone melodie, co uczyniło "Casus Belli" bodaj najbardziej chwytliwym krążkiem w historii zespołu. Co najlepsze – nie ma to nic wspólnego z wymiękaniem materiału!

Uwagi mam tylko dwie, w dodatku małego kalibru. Pierwsza dotyczy brzmienia i jest wybitnie subiektywna, bo wydaje mi się, że "Endemic Divine" mógł się poszczycić odrobinę lepiej wyważoną produkcją, Druga kwestia to okładka, która do zakupu raczej nie zachęca i gdyby nie logo Deivos, ominąłbym płytę szerokim łukiem.

Podsumowanie może być tylko jedno. "Casus Belli" to jednoznaczny dowód na to, że grając po staremu (w sumie...) i korzystając z podstaw wypracowanych przez Cryptopsy, Morbid Angel i Immolation można wciąż sporo osiągnąć. Oczywiście trzeba jeszcze umieć i dysponować własnymi pomysłami, bo bez tego bida.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Deivos

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

15 września 2019

Moon – Daemon’s Heart [1997]

Moon - Daemon’s Heart recenzja okładka review coverPo wielkim sukcesie "Moonlight" Cezar zaczął się rozwijać w różnych dziwnych kierunkach, co skończyło się dla niego muzyczną schizofrenią, natomiast dla fanów – sporym bólem głowy. Z jednej strony dostaliśmy bowiem syntetyczny i zalatujący techniawą "Darkside", z drugiej zaś black metalowy i w zamyśle symfoniczny (czytać: z klawiszami) "Daemon’s Heart". Na obu płytach można wyczuć chęć załapania się na koniunkturę oraz niewielki wysiłek włożony w ich powstanie. Obie w równym stopniu rozczarowują, choć to debiut Moon jest z tej dwójki materiałem słabszym.

Wprawdzie nie potępiam "Daemon’s Heart" w czambuł, ale wszystkie zalety tej płyty jestem w stanie streścić w jednym krótkim akapicie, bo naprawdę jest tego bardzo mało. Plus numero uno: nie mogę się przyczepić do wokalu Cezara, jak zwykle jest znakomitego. Plus numero due: podoba mi się kilka sensownych riffów (średnia wynosi mniej niż jeden na kawałek!) i melodia na początku 'The Curse'. Plus numero tre: logo jest fajne. I to by było na tyle, jeśli o atuty debiutu Moon.

Półgodzinny krążek rozpoczyna długie, nic nie wnoszące i całkowicie zbędne intro, po którym wchodzi 'The Suffering' – numer niby to rozbudowany i urozmaicony, a po dokładniejszym wsłuchaniu się – nudny, naciągany i monotonny. Dalej wcale nie jest lepiej, bo praktycznie wszystkie utwory przygotowano na jedno kopyto, z klepiącym w jednym tempie automatem, przypadkowymi plamami klawiszy i doprowadzającymi do szału powtórzeniami riffów i tekstów. Kulminację wtórności mamy w 'The Shining', który jest przynajmniej o 4 minuty za długi (a trwa 5 i pół). W tym kawałku najbardziej rzuca się w uszy to, z czego uczyniłbym mój główny zarzut w stosunku do całego "Daemon’s Heart" – brak pomysłów. Wygląda mi na to, że zespół miał przygotowane może z 10 minut muzyki, ale uparł się zrobić z tego longpleja.

I zrobił – takiego, który nudzi, męczy, usypia i w dodatku brzmi sztucznie i dość mizernie (koszmarne trzaski-praski wszystkiego, co ma imitować talerze). Jednocześnie jest to krążek, który daje do myślenia – wszak na okładce mamy motyw znany z "The Ultimate Incantation" autorstwa Dana Seagrave’a, a we wkładce nie ma na ten temat nawet słowa... Jako zagorzały fan twórczości Cezara polecam nabyć ten album jedynie do kolekcji, do słuchania już niekoniecznie.


ocena: 4/10
demo

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

15 lipca 2019

Kat – Without Looking Back [2019]

Kat - Without Looking Back recenzja okładka review coverOd czego tu zacząć, żeby za szybko nie rzucać kurwami... Może tak. Jeśli wierzyć informacjom zawartym we wkładce "Without Looking Back", materiał został nagrany w 2016, a rok później dokonano mixów, masteringu i innych upiększeń. Z premierą natomiast zwlekano aż do tegorocznych wakacji... Tylko czy na pewno zwlekano? Nie żebym się tu bawił w dziennikarza śledczego rodem z Faktu, ale ta dwuletnia przerwa śmierdzi mi niemożnością znalezienia wydawcy. Jakiś się w końcu trafił – Pure Steel Records, czyli label specjalizujący się przede wszystkim w trzecioligowym heavy-power na rynek niemiecki. No i cóż, w porównaniu z 'kolegami' z wytwórni Kat wcale nie wygląda źle, jednakowoż na tle swoich klasycznych dokonań wypada zawstydzająco blado. Ba, z kolejnymi utworami okazuje się, że również poziom "Mind Cannibals" jest dla zespołu nie do przeskoczenia.

Nie wiem, czy ktokolwiek oczekiwał od Kata przeciętnego heavy metalu zaprawionego topornym hard rockiem, ale właśnie takiego potworka dostaliśmy na "Without Looking Back". Płyta jest szalenie nierówna, zadziwiająco nijaka, nierozsądnie rozciągnięta, a dzięki wokalom także męcząca. Pomimo dziesiątek przesłuchań nie udało mi się znaleźć na tym materiale jakiejkolwiek wyraźniej zarysowanej myśli przewodniej, haczyka czy czegoś, co w logiczny sposób spajałoby wszystkie kawałki i czyniło z nich monolit. Strasznie dużo tu niepotrzebnych powtórzeń, całkowicie chybionych pomysłów (zwłaszcza hammondy są potrzebne jak Gargamelowi jednorożec) i wciśniętych na siłę ozdobników.

Zespół dużo śpiewa o ogniu, jednak w muzyce wiele tego ognia nie znajdziecie. 'Black Night In My Chair' (niewypał na otwarcie), 'The Race For Life' (w sam raz na czołówkę "Barw szczęścia") czy 'Let There Be Fire' (parodia Deep Purple) to w ogóle proste i niemrawe przytupy, które ratują jedynie solówki Piotra Luczyka. Naprawdę dobrym numerem wydaje mi się tylko 'More', bo jako jedyny ma w sobie dość życia, żeby utrzymać uwagę od początku do końca, najmniej w nim aranżacyjnych bzdur, no i jest najlepiej zaśpiewany. W pozostałych utworach fragmenty sensownego grania można natomiast policzyć na palcach jednej ręki (choć tyle, że nie stolarza z 30-letnim doświadczeniem), więc okazji do podniety na "Without Looking Back" nie ma zbyt wiele. W tym gronie szczególnie ciekawym przypadkiem jest ballada 'The Promised Land', która po 4 minutach nudy (akustyków, smyczków i płaczliwego zawodzenia) przechodzi w największy konkret na płycie – rasowe riffy i solidne popierdalanie. Przez te niespełna 2 minuty Kat udowadnia, że gdy tylko chce, to jest w stanie zagrać tak, jak wszyscy oczekują - szybko, agresywnie i z jajami. A czemu nie chce tak grać – oto jest pytanie!

Teraz słów kilka o człowieku, który na "Without Looking Back" wydaje odgłosy paszczą. Nie mam zielonego pojęcia skąd się wziął i czym przekonał do siebie Piotra, ale co do tego, że do metalu się nie nadaje, nie mam najmniejszych wątpliwości. Jakub Weigel śpiewa na jakieś 40 sposobów (bywa, że każdy wers inaczej), ale koniec końców gówno z tego, skoro może ze 2-3 z nich nie wywołują odruchu wymiotnego. Trudno mi to nazwać wszechstronnością, raczej niezdecydowaniem albo kiepskim panowaniem nad głosem. Ponadto nie dość, że — tak ogólnie — dysponuje dość irytującą barwą, pozwala sobie na dużo niczym nieuzasadnionych ozdobników (w tym 'jeahowania'), które wymagają naturalnego luzu w głosie, bo inaczej wypadają sztucznie. U Jakuba wypadają bardzo sztucznie. Pozostaje jeszcze kwestia tekstów — Qbek nie miał na nie wielkiego wpływu, na swoje szczęście — co do których mam dwie hipotezy. Albo są wypakowane idiomami i super skomplikowanymi związkami frazeologicznymi i dlatego ich nie ogarniam, albo to pozbawione konkretnej treści pieprzenie o niczym w sam raz dla pierwszej lepszej domokulturowej kapelki. Hmmm...

Kat tym materiałem powinien pokazać światu, że wciąż ma sporo do powiedzenia i należy się z nim liczyć, tymczasem "Without Looking Back" można się czepiać w tylu punktach, że to aż przestaje być śmieszne. Zespół miał kilkanaście lat na przygotowanie urywającej dupę i przede wszystkim dopracowanej płyty, a oto co mamy: przeciętna muzyka z niewielkimi przebłyskami, niepasujący do niczego wokal, słabiutkie teksty i potraktowana po macoszemu oprawa (recycling na okładce, brak polskich znaków diakrytycznych w użytych fontach). Broni się jedynie klasowe brzmienie, choć nie dorównuje ciężarem temu z "Mind Cannibals". Nie chciałbym niczego sugerować (a co mi tam, chciałbym), ale to chyba dobry moment, żeby się poważnie zastanowić nad sensem dalszego grania pod tą nazwą.


ocena: 5/10
demo
oficjalna strona: kat-band.com

inne płyty tego wykonawcy:






Udostępnij:

4 listopada 2018

Behemoth – I Loved You At Your Darkest [2018]

Behemoth - I Loved You At Your Darkest recenzja okładka review coverCztery lata temu Behemoth odfajkował płytę numer dziesięć, następnie odtrąbił (zasłużony) komercyjny sukces, a dzięki temu... mógł wrzucić na luz. To słychać na "I Loved You At Your Darkest", który jest najbardziej stonowanym krążkiem w historii zespołu. Wprawdzie Nergal próbuje nadrobić ubytki w ekstremalności muzyki jakąś wyjątkowo bluźnierczą otoczką, ale powiedzmy sobie szczerze – więcej w tym elementów humorystycznych (choćby stylizacja zdjęć – kulturoznawcy będą mieli radochę) aniżeli szokujących – przynajmniej trzeźwo myślącego człowieka. Do oprawy jeszcze wrócę, a na razie pochylę się nad zawartością stricte muzyczną. Pod tym względem płyta prezentuje się naprawdę nieźle, jednak na pewno nie robi tak dużego wrażenia jak "The Satanist", choć kontynuuje większość zapoczątkowanych wówczas wątków. Oznacza to jeszcze mocniejszą synergię oszczędnego w techniczne ozdobniki blackowego nawalania z klimatami sakralnymi w estetyce wschodniego obrządku. Oprócz tego, także w ramach lajtowizny, mamy tu więcej wpływów klasycznego rocka – czy to w spokojnych riffach czy solówkach zagranych z charakterystycznym feelingiem. Wszystko to zebrane do kupy sprawia, że "I Loved You At Your Darkest" jest materiałem łatwym i dość przyjemnym w odbiorze, mimo iż niekiedy nieco się rozjeżdża w skrajnych elementach. Stąd też obok bardzo udanych 'God = Dog', 'Rom 5:8' czy 'Bartzabel' (ten bym nawet wskazał jako najlepszy w zestawie) trafia się 'Sabbath Mater', w którym mamy kumulację nietrafionych pomysłów z tragicznymi chóralnymi zaśpiewami w refrenie na czele. Na szczęście dla Behemoth większa część albumu to utwory bardzo rzetelnie skomponowane – może i bez wodotrysków i wielu szczególnie zapadających w pamięć fragmentów, ale w sam raz na kilka(naście) uważniejszych przesłuchań. Trochę to mało? Ano tak, bo odnoszę wrażenie, że nowe kawałki tak "na sucho" nie są w stanie w pełni przekazać wszystkiego, co Nergalowi chodziło po głowie, że zaplanowano je na coś więcej. I tu wracam do oprawy – w muzyce pojawiają się miejsca, które bez obrazu wydają się niekompletne, które aż proszą się o uzupełnienie odpowiednio sugestywną wizualizacją. Przeciętny zjadacz chleba, znający zespół głównie z jutjuba, pewnie nie zwróci na to uwagi, bo wszystko ma podane na tacy, ale dla bardziej wymagających odbiorców, którzy lubią pobyć z płytą sam na sam, może to być pewien problem. Behemoth na własne życzenie stał się tworem wielowymiarowym; oddziałuje różnymi kanałami na różne zmysły i to jest nawet w porządku, tylko czy przypadkiem muzyka nie zaczyna na tym tracić? "I Loved You At Your Darkest" zdradza takie symptomy...


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.behemoth.pl

inne płyty tego wykonawcy:












Udostępnij:

26 października 2018

Reinfection – Breeding Hate [2018]

Reinfection - Breeding Hate recenzja okładka review coverNa pełnoprawnego następcę "They Die For Nothing" czekałem długo, bardzo długo. Tak długo, że w pewnym momencie zatraciłem wszelką nadzieję, że kiedykolwiek będzie mi dane usłyszeć drugą płytę Reinfection. Tymczasem rzeźnicy z Przysuchy, jak na prawdziwych patoli przystało, powoli i dyskretnie dłubali nad nowym materiałem, zaś do samych nagrań przystąpili w... 2015 roku, w dodatku w... Kalifornii. Rezultat tych paruletnich wysiłków ukazał się niedawno nakładem Deformeathing Production, którzy trochę wcześniej przypomnieli gawiedzi doskonały debiut zespołu, co zresztą tylko ułatwiło bezpośrednią konfrontację obu płyt.

Jak wobec tego "Breeding Hate" wypada na tle "They Die For Nothing"? Czy go przebija? Eee, nie. Czy mu dorównuje? Eee, no cóż, też nie. Ale to jest akurat dla mnie w pełni zrozumiałe – balon oczekiwań w stosunku do tego albumu był pompowany przez kilkanaście lat i nawet muzycy Reinfection nie mieli szans sprostać tak absurdalnym wymaganiom słuchaczy. To po pierwsze. Po drugie wydaje mi się, że tylko raz w karierze można zaznaczyć swoją obecność na scenie z takim pierdolnięciem, jak to chłopaki uczynili przy okazji debiutu – a mowa o bodaj najbrutalniejszej płycie nagranej w Polsce.

Odrobinę zrzędzę, nie znaczy to jednak, że ekipa Reinfection w jakikolwiek sposób dała dupy! "Breeding Hate" to wciąż zajebiście dziki i wyziewny gore-death-grindowy wymiot na najwyższym poziomie – rozpoznawalny, choć nie da się ukryć, że nieco inny niż przed laty. Podstawowa różnica jak dla mnie dotyczy stopnia skomplikowania materiału. Nowe kawałki składają się z prostszych riffów i mają dużo czytelniejsze struktury, dzięki czemu łatwiej się w nie wgryźć i potem szybciej zapamiętać. Z jednej strony jest to fajne, bo muzyka stała się bardziej nośna i koncertowa, a z drugiej jednak trochę brakuje mi wykręcających jelita łamańców, które sprawiały, że "They Die For Nothing" w swoim czasie był tak wyjątkowy.

Kolejna kwestia odróżniająca "Breeding Hate" od poprzednika dotyczy zróżnicowania kawałków. Oczywiście wszystkie można bez problemu spiąć hasłem "bezlitosne napierdalanie dla psychopatów", ale i ono ma przecież swoje odcienie. Naturalnie najbardziej wybija się tu 'Inversion/Implosion' łączący niepokojące noise’owe brudy z łomotem, ale równie dużo dobrego można napisać o okraszonym bujającymi riffami 'Conflict Of Interest', kojarzącym się miejscami z śp. Nasum 'To See Your World Collapse' czy 'Gradually Erased', który gitarowo tu i ówdzie podlatuje 'eksperymentalnymi' Napalmami.

Te i inne wpływy przemycono bardzo umiejętnie – dyskretnie i na drugim planie, więc każdy ekstremista będzie miał trochę zabawy z ich wyłapywaniem. Nie zaryzykowałbym stwierdzenia, że w ten sposób "Breeding Hate" stał się krążkiem bardziej uniwersalnym i przystępnym, bo za bardzo zionie z niego brutalnością, ale i tak powinien przysporzyć zespołowi nowych fanów. Uznanie ze strony starych wielbicieli Reinfection mają jak w banku!


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/reinfectionband

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

30 czerwca 2018

Feto In Fetus – From Blessing To Violence [2018]

Feto In Fetus - From Blessing To Violence recenzja okładka review coverNiedługo po wydaniu "Condemned To The Torture" po Feto In Fetus praktycznie ślad zaginął. Cisza wokół zespołu była przerywana jedynie epizodycznymi koncertami, gdzieś tam przemknął temat splitu, ale poważniejszych niusów nie odnotowałem, toteż powoli zacząłem wątpić w potencjał twórczy chłopaków. Aż tu nagle wyskoczyli jak diabeł z pudełka – nie dość, że z trzecim krążkiem, to w dodatku w barwach Selfmadegod. Na "From Blessing To Violence" zespół trzyma się i poniekąd rozwija swoją wizję zamerykanizowanego death-grindu, a czyni to w sposób dla siebie dość charakterystyczny, więc miłośnicy poprzednich materiałów raczej nie będą zawiedzeni 'trójką'. Feto In Fetus dorobili się już rozpoznawalnego brzmienia, oprawy graficznej, a także patentów na kompozycje, ale nie zatracili przy tym świeżości muzyki, która wciąż może imponować dużym ładunkiem energetycznym. Wprawdzie niektóre schematy na "From Blessing To Violence" trudno uznać za przypadkowe (jak choćby ostatni numer mocno różniący się od pozostałych), jednak widzę w tym bardziej próby ugruntowania stylu aniżeli przymiarki do wpieprzenia własnego ogona. Żeby nie było, na płycie pojawiają się również nowe rozwiązania, spośród których większość fajnie wtopiła się w utwory. Większość, ale nie wszystkie, bo wpływy niezbyt ambitnego slamu (w 'The Order To Destroy', 'Evil Will Seek You Out' czy w kawałku tytułowym) nieprzyjemnie drażnią co wrażliwsze uszy i negatywnie wpływają na ocenę całości. No naprawdę, potrzebne to chłopakom jak Warszawie kolejne pomniki smoleńskie. Zdecydowanie bardziej mi odpowiada, jak zespół, tak po ludzku, napierdala konkretnymi riffami z pełnym wsparciem sekcji rytmicznej i nie ogląda się na boki, bo tam ciekawych wzorców dla nich nie ma. Jestem przekonany, że Feto In Fetus stać na generowanie wartościowego hałasu bez przesadnego oglądania się na innych, co zresztą udowodnili w wielu punktach bardzo udanego "From Blessing To Violence". Nie ukrywam jednak, że poprzedni materiał sponiewierał mnie nieco mocniej. Po części dlatego, że wówczas wzięli mnie z zaskoczenia, natomiast tym razem byłem nastawiony dość ostro.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/FetoInFetus

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

25 maja 2018

Behemoth – Messe Noire [2018]

Behemoth - Messe Noire recenzja okładka review coverZa sprawą "Messe Noire" Behemoth zamyka rozdział pod tytułem "The Satanist", bo nie ulega wątpliwości, że opisywane wydawnictwo stanowi właśnie suplement do ostatniego krążka. Płytę audio można pominąć, ewentualnie odpalić raz dla przyzwoitości – zawiera bowiem wyłącznie numery z "The Satanist" zagrane w oryginalnej kolejności. To samo, plus wiele więcej, mamy na drugim krążku, w zależności od preferencji – diwidi albo blurej.

Pierwsza, zasadnicza część programu to kameralny, około 80-minutowy szoł z 2016 z warszawskiej Progresji, który obejmuje cały materiał z "The Satanist" oraz zestaw kilku sprawdzonych hitów. Tu pierwsze spostrzeżenie – publika znacznie lepiej i żywiej reaguje na starsze, dobrze już znane numery. Trochę mnie to dziwi, bo jak Behemoth udowodnił – wszystkie nowe utwory znakomicie sprawdzają się na żywo. I to niezależnie od tego, czy to mamy do czynienia z brutalnym wygarem, oldskulowym popylaniem czy partią bardziej klimatyczną. A tak na dobrą sprawę, ludziska wykazali się zaangażowaniem dopiero przy okazji komunii (w połowie 'In The Absence Ov Light'), na którą rzucili się jak chytra baba z Radomia.

Od strony wykonawczej zespołowi nie można niczego zarzucić, bo doświadczenie i kilkanaście lat docierania się ze sobą robią swoje. Behemoth to dobrze naoliwiona machina, w której nic nie ma prawa zgrzytać. Co do wizerunku, to tu też widać upływające lata, ale w innym sensie – panowie się wyraźnie oszczędzają i nie pozwalają już sobie na tyle machania bańkami, co kiedyś. Czas na spostrzeżenie numer dwa – niech Orion zainwestuje w bas w kształcie topora, bo z daleka zaczyna wyglądać jak Gene Simmons...

Techniczna realizacja tego nagrania nie powoduje opadu kopary, choć powinna. Dźwięku się nie czepiam, ale obrazu już muszę, bo jego jakość stoi na dość przeciętnym poziomie. Sytuacji nie poprawiają pojawiające się w paru miejscach przebitki z teledysków – ani to ładne ani potrzebne. Chwała Cthulhu, że przynajmniej montaż jest na tyle sensowny, że całość można przetrwać bez epilepsji (teraz to się nazywa napadami fotogennymi), co nie było takie łatwe w przypadku "Evangelia Heretika".

Druga część "Messe Noire" to koncert z Brutal Assault, który miał miejsce dwa miesiące wcześniej niż ten w Progresji. Setlista, zgodnie z wymogami festiwalu, została okrojona, jednak zespół miał dość czasu, żeby zaprezentować w całości "The Satanist", a na koniec dorzucić trzy obowiązkowe hity. W każdym razie dramaturgia występu została zachowana, więc wszyscy pod sceną powinni być zadowoleni. Wszyscy przed telewizorami także, bo mimo iż brzmienie jest trochę słabsze niż w Warszawie, strona wizualna wypada atrakcyjniej – oprawa świetlna jest bogatsza, a ujęcia ciekawsze i bardziej urozmaicone. A propos oprawy — i dotyczy to obu koncertów — mam spostrzeżenie numer trzy: konfetti wystrzelone przy 'O Father O Satan O Sun! ' wygląda jak spadająca na ludzi szarańcza, czyli zajebiście!

Ostatnia sekcja płyty to zbiór wszystkich sześciu teledysków, jakie Behemoth nakręcił do "The Satanist", więc każdy leń będzie miał je już pod ręką. Wydawnictwo uzupełnia bogata książeczka z porządnymi zdjęciami i ledwie czytelnymi informacjami – to ostatnie, bo ktoś postanowił zaszaleć z kalką. Na koniec trzeba przyznać zespołowi, że całkiem nieźle się wstrzelił z "Messe Noire" w sezon komunijny...


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.behemoth.pl

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

30 kwietnia 2018

Hate – Cain’s Way [2001]

Hate - Cain’s Way recenzja okładka review coverNa przestrzeni ponad 25 lat działalności Hate dorobili się pokaźnej dyskografii, w której wskazanie tej obiektywnie najlepszej/najważniejszej płyty może być pewnym problemem. Sam pewnie musiałbym się poważnie zastanowić, jakimi kryteriami się tu kierować, na co zwrócić szczególną uwagę, bla bla bla... Co innego płyta ulubiona – tu bez chwili namysłu wskazuję na "Cain’s Way". I chociaż czas, który upłyną od premiery, brutalnie obnażył i uwypuklił wszystkie realizatorskie braki krążka, to w ogóle nie naruszył naturalnej fajności tego materiału. Po prostu, ekipa Hate miała wówczas bardzo dobre pomysły na utwory, a przy okazji potrafiła je całkiem sprawnie wcielić w życie, więc materiał broni się do dziś. W porównaniu z wcześniejszymi albumami "Cain’s Way" jest na pewno nowocześniej zaaranżowany – żadna to awangarda, ale nawet taki powiew świeżości zrobił muzyce dobrze. W odstawkę poszła część starych i zbyt często wykorzystywanych schematów, a co za tym idzie także wpływów Deicide (co nie znaczy, że zredukowano je do zera), toteż całość zabrzmiała nieco ambitniej i nabrała większej dynamiki, a bardziej niż kiedykolwiek wcześniej zróżnicowane (i złożone) utwory zyskały sporo indywidualnych wyróżników, dzięki którym łatwo je zapamiętać. Ponadto — co też oceniam na plus — na "Cain’s Way" mocniej zaakcentowano te 'koncertowe' — motoryczne i zarazem chwytliwe — partie występujące chociażby w 'Sectarian Murder', 'Cain’s Way' czy 'Shame Of The Creator'. Poza tym styl Hate przeszedł normalną w death metalu ewolucję, która wyniosła zespół na wyższy poziom: ku większej szybkości, brutalności i lepszej technice. Wprawdzie te najszybsze tempa to ponoć bardziej zasługa studyjnych sztuczek niż kończyn Mittloffa, ale liczy się rezultat – a ten jest jak najbardziej zadowalający. A propos umiejętności, warto również zwrócić uwagę na riffy i solówki Ralph’a, który swoimi odjechanymi zagrywkami tchnął w muzykę Hate trochę progresywnych rozwiązań i uczynił ją mniej przewidywalną. Szkoda, że odszedł z kapeli jeszcze przed premierą płyty a co za tym idzie – jego niebagatelny wkład w muzykę nie został należycie doceniony. Adam ze swojej roli wywiązał się bez zarzutu, więc wokal jest mocny i wyraźny, choć jak dla mnie wrzasków jest odrobinę za mało, ale to szczegół. Prawdziwym problem "Cain’s Way" jest natomiast brzmienie: płaskie, suche i 'buczące'. Wydaje mi się, że chciano je podciągnąć pod produkcję Hate Eternal z debiutu, ale realizatorom zabrakło wiedzy, jak uzyskać mięso w gitarach i odpowiednią głębię sekcji rytmicznej. Jednak nawet mimo tych niedoróbek album ma w sobie coś, co potrafi przykuć mnie do głośników na wiele zapętlonych przesłuchań. I to nie żadne niezidentyfikowane 'coś', a porządny zestaw brutalnych szlagierów.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/HATEOFFICIAL

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

26 lutego 2018

In Silent – Martwy Dopływ Wisły [2017]

In Silent - Martwy Dopływ Wisły recenzja okładka review coverIn Silent zaczynali w połowie lat 90., a pomimo tego, że poważniej rozkręcili się dopiero dekadę później i oficjalnie debiutowali w 2013, w muzyce zespołu słychać przede wszystkim klimaty charakterystyczne dla polskich death’owców właśnie sprzed dwudziestu lat. Trochę mnie tym zaskoczyli, bo spodziewałem się — zwłaszcza po takim tytule jak 'Southern Blast' — zmasowanego grzańska w stylu, powiedzmy, Convent czy Azarath, a tymczasem zawartość "Martwego Dopływu Wisły" kojarzy mi się choćby z Calvarią i innymi, mocno zainteresowanymi Deicide i Vader wesołkami. Konotacje z tymi zamierzchłymi czasami pogłębia ponadto brzmienie materiału, które kiedyś było w Polsce czymś typowym, zaś w obecnych realiach trudno je określić inaczej niż jako "demówkowe". Do pewnego stopnia ma to swój urok, jednak wolę dźwięk trochę bardziej na czasie, bo ten made by Janusz Bryt momentami nieco kaleczy uszy. Gdyby w realizację studyjną tchnąć więcej mięsa (i pieniędzy, zwłaszcza pieniędzy... i może innego realizatora), zespół na pewno by na tym zyskał, a sama muzyka nabrałaby wyrazistości i większego kopa. Póki co nawet te lepsze, najbardziej jadowite riffy po prostu przelatują; nie robią należytego wrażenia i zlewają się z tymi mniej udanymi. Przy (następnej) okazji warto również popracować nad aranżacjami, żeby pozbawione mielizn kawałki kosiły od początku do końca. Jak mi się wydaje, In Silent mają ku temu wystarczające umiejętności i doświadczenie, więc do trzeciego krążka powinni ładnie ogarnąć temat. Ciekawą sprawą jest, że zespół wciąż trzyma się polskojęzycznych, podszytych humorem ('Satandomierz', 'Niech będzie podpalony') tekstów. Wprawdzie nie znajdziemy ich na płycie, ale są wyśpiewywane na tyle wyraźnie, że z załapaniem treści tej (nieszczególnie subtelnej) poezji nikt nie będzie miał problemu, co na koncertach powinno zachęcić publikę do udzielania się przynajmniej w refrenach. A propos tekstów – ufam, iż za motto In Silent posłuży ostatnie zdanie 'Necrofucker Zwei': "to dopiero początek, bo stać mnie na więcej". Trzymam za słowo!


ocena: 6/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/In-Silent/144051922326331
Udostępnij:

13 lutego 2018

Anus Magulo – Assophilia [2015]

Anus Magulo - Assophilia recenzja okładka review coverDo dupy z czymś takim! Ledwie się człowiek wkręci, a tu sruuu i koniec płyty. Gdyby chodziło o jakichś hipsterskich blekofców w kapturkach ponaciąganych na puste łby, to nawet bym temu przyklasnął, ale akurat Anus Magulo pocinają całkiem sensowny i urozmaicony grind, więc niedosyt jest spory i trochę wkurwia. Tak się bowiem składa, że zespół z Warszawy dzielnie kultywuje tradycje wielkich polskich załóg — z naciskiem na Parricide czy Dead Infection — co w skrócie oznacza, że hałasu robią dużo (mimo iż preferują co najwyżej średnie tempa), instrumenty opanowali na dobrym poziomie, a muzyce towarzyszy popierdolone, ocierające się o wsiurność (choćby w 'Januszku, napij się') poczucie humoru. Zabawa jest zatem naprawdę niezła, realizacja płyty spełnia wszelkie standardy (Malta kręcił gałkami), tylko czemu, ach czeeemu trwa to wszystko tak krótko?! Moi mili, "Assophilia" (podejrzany ten tytuł, biorąc pod uwagę, że pod albumem podpisały się trzy samce i jedna kobieta...) to tylko 10 utworów, które dają ledwie 20 minut plus kilka chwil ciszy przed 'ukrytym' kawałkiem z próby. Nie uwierzę, że zespół nie był w stanie wykrzesać z siebie więcej materiału! Tym bardziej, że to, co słychać na krążku, wcale nie sprawia wrażenia wymuszonego, a niektóre pomysły — vide saksofon i jazzowa wstawka w 'Rzucili kurwy na PGR' — świadczą o dużej odwadze zespołu i nieszablonowym podejściu do tematu. Anus Magulo równie dobrze radzą sobie z takimi ambitnymi zagrywkami co z prostym acz miażdżącym bujaniem w typie 'Kill Life', więc przynajmniej w teorii mogą sobie pozwolić na wiele. I właśnie tego "wiele" oczekuję od następnej płyty, bo "Assophilia" przelatuje zdecydowanie zbyt szybko.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/AnusMagulo

podobne płyty:

Udostępnij:

30 stycznia 2018

Redemptor – Arthaneum [2017]

Redemptor - Arthaneum recenzja okładka review coverRedemptor nigdy nie miał dość komercyjnego potencjału, by zapełniać stadiony, nawet te krakowskie; egzystował sobie raczej na uboczu – bez szumu, skromny i niespecjalnie doceniony. Po wydaniu "Arthaneum" sytuacja pewnie się nie zmieni, mimo iż to ich bezsprzecznie najlepszy album i zarazem bardzo mocna pozycja w top 3 za 2017 rok. Patrząc bowiem na ten materiał z perspektywy realisty-cynika, wydaje mi się, że Redemptor zejdzie do jeszcze głębszego podziemia, a jego status jedynie się pogorszy.

Wszystko dlatego, że "Arthaneum" w swej zajebistości to płyta nieszablonowa, odważna, nietypowa i w dużym stopniu oryginalna. Panowie Kesler i Loranc przestali się ograniczać do nowoczesnego technicznego death metalu i poszerzyli swój koncept o masę nowych, niekoniecznie oczywistych i przewidywalnych elementów, a przede wszystkim jak nigdy dotąd zwrócili uwagę na klimat muzyki i jej stronę emocjonalną. Rezultat jest zachwycający, jednak przypuszczalnie zespół zapłaci za to niezrozumieniem dla swoich poczynań – podobnie jak Nomad przy okazji "Transmigration Of Consciousness".

Czy ta artystyczna fanaberia była tego warta? Tak! Po trzykroć, kurwa, tak! Poprzedni krążek Redemptor, jak nieliczni pamiętają, był jedną wielką popisówką – napierdalali aż iskry leciały od tej całej pirotechniki i ogólnie trudno było za nimi nadążyć. Na "Arthaneum" słychać natomiast więcej umiaru, subtelności i dojrzałości kompozytorskiej. Oczywiście stronie instrumentalnej nie można absolutnie niczego zarzucić, bo wszyscy wymiatają wprost przepięknie, ale tym razem technika to wyłącznie środek do celu, nie zaś cel sam w sobie. Przy okazji skręcono również poziom intensywności, więc album nie ma aż tak ofensywnego charakteru jak poprzedni – jest wolniejszy, mniej brutalny, oszczędny w solówki, uzupełniony o partie klawiszy – jednakowoż wcale na tym nie traci.

O sile "Arthaneum" stanowią przede wszystkim doskonale przemyślane i dopracowane struktury — pełne zaskakujących zmian i naprawdę wgniatających fragmentów (lubią zapachnieć miksem Gojira i Immolation, ugh!) — w których wszystko znakomicie ze sobą współgra, a nawet najbardziej zróżnicowane wewnętrznie utwory nie sprawiają wrażenia klejonych na siłę. Kolejnym plusem płyty i elementem mocno wpływającym na jej nastrój są wokale Michała. Xaay dokonał ogromnego postępu względem poprzednich wydawnictw i typowe death metalowe ryki uzupełnił jakimiś ponurymi pomrukami, niepokojącymi szeptami i cholera wie, czym jeszcze, co zbliżyło go niekiedy do industrialnych brzmień. Duże brawa! Nie co ściemniać – ze zwykłym growlem kogoś przypadkowego "Arthaneum" byłby odczuwalnie uboższy.

Do pełni szczęścia brakuje mi tylko głębszego brzmienia perkusji. Same partie Pavulona są bardzo dobrze wstrzelone, jednak przy ciężkich gitarach wydają mi się zbyt miękkie, 'plackowate' i niedostatecznie uwypuklone – ciśnie mi się na klawiaturę casus "Kingdom Of Conspiracy". Nawet mając na uwadze ten realizacyjny zgrzyt, nie mam problemu z uznaniem "Arthaneum" za absolutnie wciągający materiał, dzięki któremu Redemptor trafił do ekstraklasy. Przynajmniej tak teoretycznie...


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/RedemptorPL

podobne płyty:

Udostępnij:

18 września 2017

Hate – Tremendum [2017]

Hate - Tremendum recenzja okładka review coverBrawa dla Adama, dorobił się dziesiątego longpleja pod szyldem Hate! Zaiste okazały to wynik, ale czy przełoży się w jakiś widoczny sposób na pozycję zespołu na scenie i w świadomości słuchaczy? W mojej ocenie – nie. Kilka lat temu Hate stanął w miejscu jeśli chodzi o popularność — co po części na pewno jest winą wytwórni zorientowanej na pitolenie — i nawet gdyby nagle nagrali dzieło przełomowe, epokowe i wstrząsające, przypuszczalnie mało kto w ogóle zwróciłby na ten fakt uwagę. To po pierwsze. Po drugie Hate stanął w miejscu także pod względem muzycznym, więc dzieła przełomowe, epokowe i wstrząsające są w tej chwili poza ich zasięgiem. Styl, który nabrał wyraźniejszych kształtów na "Erebos", przez kolejne lata był już tylko udoskonalany w obrębie detali aranżacyjnych i produkcji — co zresztą trwa do dziś — nie ma się zatem co dziwić, że z czasem nieco spowszedniał i stał się zbyt przewidywalny. "Tremendum" zawiera bowiem dokładnie to, czego można było się po tej ekipie spodziewać, zanim w ogóle weszła do studia. Wszystkie utwory zbudowano według dobrze znanych schematów i choć każdy prezentuje wysoki poziom, to doszukiwanie się w nich nowych rozwiązań, niespodzianek czy śladów progresji jest jak dla mnie bezcelowe. Warto natomiast wspomnieć o czymś na kształt ciekawostki – końcowy fragment 'Walk Through Fire' Adam zaśpiewał po polsku i to z co najmniej dobrym rezultatem. Więcej jubileuszowych atrakcji nie odnotowałem, dlatego w kontekście "Tremendum" najbardziej cieszy mnie prosty fakt, że album w wielu miejscach (choćby w 'Indestructible Pillar' czy 'Into Burning Gehenna') jest znacznie szybszy od poprzednich, a przez to mocniej trafia do głowy. Cała reszta — struktury utworów, sposób budowania klimatu, patenty na riffy, itd. — pozostała w zasadzie bez zmian. A jako że opisywanie (oraz czytanie) po raz kolejny tego samego jest strasznie męczące, spróbuję zasugerować kilka zmian, które na powrót mogłyby uczynić muzykę Hate ekscytującą. Co znamienne, wszystkie mają związek z objętością utworów, a w konsekwencji całej płyty. Na początek poważnie rozważyłbym rezygnację z przydługich wstępów – owszem, budują napięcie, ale raczej na zasadzie "kiedy to się, kurwa, wreszcie rozkręci", a chyba nie to chodziło. Kolejna uwaga dotyczy zbyt częstych powtórzeń – może się mylę, ale nachalnie wałkowane motywy (nawet te dobre) prędzej zaczną irytować aniżeli intrygować, więc umiar w tej kwestii byłby wskazany. Podobnie sprawa ma się z klimatem – rzecz w death metalu mile widziana pod warunkiem, że ma swoje granice i nie dominuje nad brutalnością. A propos, czystego napierdalania mogłoby być znacznie więcej, zwłaszcza że zespół dysponuje naprawdę uzdolnionym i szybkim perkmanem, którego na to stać. Czy ja oczekuję rzeczy niemożliwych? Wystarczy kilka prostych modyfikacji, a z utworów znikną dłużyzny, staną się one bardziej treściwe i bezpośrednie, zaś cała płyta zyska na spójności i jebnięciu. Dlatego "Tremendum" podsumowuję tak: w oderwaniu od reszty dyskografii Hate to bardzo dobry materiał, jednak po zestawieniu go z poprzednimi dostajemy jedynie kontynuację znajomych wątków.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/HATEOFFICIAL

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

21 maja 2017

Deivos – Endemic Divine [2017]

Deivos - Endemic Divine recenzja okładka review coverTo rozumiem! Już po piętnastu sekundach otwierającego album 'Daimonion' człowiek wie, że Deivos powrócił. Nie tyle do wysokiej formy — bo tą zespół utrzymuje od dawna — co do tego, co wychodziło mu najlepiej i czym zasłynął, czyli — dla niewtajemniczonych — do pokomplikowanego technicznie, szybkiego i brutalnego zarazem death metalu. Chwała im za to, bo właśnie w takim graniu potrafią pokazać pełnię swoich niekwestionowanych umiejętności i talentu kompozytorskiego. W odstawkę poszły próby eksperymentów i ulepszania czegoś, co ulepszeń nie potrzebuje, a udział elektroniki ograniczono na "Endemic Divine" do minimum, więc materiał automatycznie zyskał na spójności i wyrazistości, jest przy tym także bardziej energetyczny, zaczepny, nabuzowany. A w kwestii stylu rozpoznawalny, jak za czasów "Gospel Of Maggots" i "Demiurge Of The Void". W każdym utworze (a już zwłaszcza w tytułowym) doskonale słychać, że tym razem ekipie Deivos nie brakowało pomysłów, że nie byli zmuszeni do chodzenia na aranżacyjne skróty czy robienia czegoś wbrew sobie – raz, że w riffach mamy same konkrety, a dwa, że sekcja w urozmaicony sposób intensyfikuje każdy patent podany przez gitarzystów. To w oczywisty sposób przełożyło się odczucie doznawanego jebnięcia z każdym kolejnym kawałkiem, a że są one sprytnie ułożone — od szybkich i krótkich strzałów do coraz bardziej rozbudowanych i wielowątkowych, choć wciąż kopiących — to słuchacz jest sprawnie prany po mordzie do wielkiego (dosłownie) finału. Nie chcę przez to sugerować, że "Endemic Divine" sprowadza się tylko do szybkiej sieczki, bo na płycie nie brakuje wolniejszych partii, jednak są one dużo ciekawiej zaaranżowane niż na "Theodicy" – brzmią naturalnie i płynniej przechodzą w dopierduchy. To wszystko sprawia, że krążek powinien zadowolić wszystkich fanów dotychczasowej twórczości zespołu, zwłaszcza tych, których poprzedni rozczarował. Gdybym miał się czegoś czepiać (na siłę), to chyba tylko tego, że w muzyce Deivos dążenie do perfekcji (technicznej, produkcyjnej, itp.) dominuje już nad dzikością – nad tym pierwotnym imperatywem czynienia sonicznego rozpierdolu. Rozumiem jednak, że tego zespół już nie przeskoczy, bo jest zbyt ukształtowany, doświadczony i... stary. A w muzyce na to ani viagra ani botoks nie pomogą.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Deivos

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

21 kwietnia 2017

Uerberos – Tormented By Faith [2017]

Uerberos - Tormented By Faith recenzja okładka review coverUerberos to stosunkowa nowa nazwa na polskiej scenie, choć muzycy za nią stojący mogą się pochwalić pewnym doświadczeniem w robieniu hałasu – może nie jest/było to nic wielkiego, ale podstawy death metalowego fachu opanowali na tyle, żeby z tą kapelą już na początku drogi ruszyć ostro z kopyta. Lata pracy i ćwiczeń nie poszły na marne, czego potwierdzenie znajdujemy na "Tormented By Faith", debiutanckim krążku ekipy z Żor. Przebrnąłem przez ten album na spokojnie kilkadziesiąt razy i tak się zastanawiam, czy jest w ogóle sens chwalić zespół za to, co udało mu się na nim osiągnąć. Bo kogo tak naprawdę obchodzi kolejna dobra płyta?

No właśnie... Gdyby nagrali kupę, to przynajmniej można by ich wyśmiać, ozdabiając wypowiedź kilkoma tradycyjnymi dla mowy polskiej kurwami, a na koniec zasugerować spierdalanie z czymś takim na drzewo – takie recki wzbudzają zainteresowanie. "Tormented By Faith", ze względu na wysoki poziom, najprawdopodobniej nie będzie mieć tyle szczęścia. Niestety, bo mamy tu do czynienia z bardzo rzetelnie przygotowanym materiałem spod znaku niespecjalnie nowoczesnego death metalu z antychrześcijańskim przesłaniem.

Pierwsze, co uderza w uszy przy kontakcie z "Tormented By Faith", to duże, a przy tym mocno zaskakujące podobieństwo brzmienia, motoryki i ogólnych patentów na riffy do późnego Sinister (czyli od "The Silent Howling" w górę). Zbyt wiele tu punktów wspólnych, żeby to mógł być przypadek. Swoją drogą nie przypominam sobie żadnego innego polskiego zespołu, który by tak obficie czerpał z muzyki Holendrów, więc jakby nie patrzeć, Uerberos grają coś stosunkowo oryginalnego. Nie jest to czysta, bezmyślna zrzynka, bo ekipa z Żor jest w swym napierdalaniu żwawsza, bardziej energetyczna, chwytliwa i na pewno nie aż tak jednowymiarowa (trudno pomylić np. 'To Be Seen And Heard' z 'Black Emissary'). Ponadto w utworach Uerberos jest więcej świeżości (co można interpretować jako młodzieńczy entuzjazm) i fajnych technicznych niespodzianek, które wykluczają monotonię. Podoba mi się także urozmaicona praca gitar i umiejętnie wplatane patenty w stylu Immolation czy God Dethroned.

Ogólnie "Tormented By Faith" sprawia bardzo dobre wrażenie, słychać tu poważne podejście do tematu, dbałość o szczegóły i ogrom włożonej w powstanie tej muzyki pracy. Niemniej jednak po krążku numer dwa będę oczekiwał bardziej indywidualnego podejścia do tematu. Ten zespół zdecydowanie stać na więcej niż bycie zamiennikiem Sinister.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/uerberosband/

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

15 kwietnia 2017

Anthem – Praeposterum [2016]

Anthem - Praeposterum recenzja okładka review coverBezpretensjonalny death metalowy atak – w przypadku "Praeposterum" to powinno wystarczyć za całą recenzję. Tu naprawdę nie ma sensu dodawać czegokolwiek więcej, bo już po okładce wiadomo, o co chodzi. Nooo, chyba że ktoś nie miał dotąd styczności z twórczością Anthem. Poznańskie komando reprezentuje przepięknie konserwatywne podejście do gatunku – ma być szybko, brutalnie i diabelsko. Te trzy punkty mamy odhaczone już w pierwszym kawałku, i chociaż na blasty trzeba czekać aż 9 sekund, to napierduchy w nim nie brakuje. Dalej to już praktycznie samo konkretne napierdalanie z jednym drobnym urozmaiceniem w postaci instrumentalnego (i krótkiego) '666', w który wciśnięto odrobinę melodii i klimatu. Anthem trzymają się formuły zapoczątkowanej na "Phosphorus", delikatnie ją tylko korygując (nie mylić z kombinowaniem!), toteż album jest bardziej zwarty i dopracowany, a przez to również bardziej rajcowny od poprzednika. Wszystko, co mogło się podobać na debiucie, teraz jest jeszcze lepsze, a to, co drażniło – poprawiono. Dotyczy to przede wszystkim brzmienia, które zyskało odpowiednią moc, jest przyjemnie mięsiste i wreszcie charakterem w pełni pasuje do muzyki. Nie bez znaczenia jest także fakt, że na "Praeposterum" słychać nie tylko intensywne grzańsko, ale i duże zaangażowanie zespołu, które sprawia, że "Praeposterum" odbiera się niezwykle pozytywnie – jako płytę powstałą z czystej death metalowej pasji, nie zaś pod presją albo z obowiązku. Ponadto na plus zaliczam całkiem udane zakamuflowanie wpływów Deicide i Morbid Angel, które na debiucie co chwilę rzucały się w uszy. Teraz mamy do czynienia z zespołem naprawdę grającym swoje. W każdym z dziesięciu utworów znajdujemy dowody na to, że przez dwa lata dzielące oba albumy Anthem zyskał sporo doświadczenia oraz rozwinął się technicznie i kompozytorsko. Wzrost umiejętności zespołu nie przełożył się jednak (czytać: na szczęście) na chęć zabłyśnięcia jakimiś sztuczkami czy uwspółcześnienie formy – jedynie w 'Liber al ve Legis' pojawiają się cięcia gitar, które na tle wcześniejszych kawałków można od biedy nazwać czymś nowoczesnym. Podsumowując, drugi longplej Poznaniaków to materiał z dużym potencjałem, który powinien się doskonale sprawdzać na scenicznych deskach.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/anthemdeathmetal
Udostępnij:

15 stycznia 2017

Christ Agony – Legacy [2016]

Christ Agony - Legacy recenzja okładka review coverJeśli wydawca sam ładuje na front płyty naklejkę z tekstem "powrót do wysokiej formy", to wiedz, że coś się dzieje! A dzieje się źle. Niestety, "Legacy" nie jest ani kolejnym bardzo dobrym krążkiem Christ Agony, ani — jak niektórzy sugerują — nawiązaniem do najlepszych tradycji Trylogii, ani też materiałem wnoszącym cokolwiek nowego do dorobku grupy. Muzyka z tej przydługiej (nie przydługiej, tylko nudnawej – jak sam siebie poprawiam) płyty w zasadzie w niczym nie odbiega od tej znanej z "Nocturn" (weźcie pod uwagę, iż dzieli je pięć długich lat), może z wyjątkiem tego, że więcej w niej jednoznacznych odniesień do

  • "Darkside", bo tak ogólnie jest jeszcze bardziej schematyczna, przewidywalna i odtwórcza. Wałkowanie w kółko tych samych oklepanych motywów znudzi się w końcu każdemu, więc i ja powoli zaczynam wymiękać, słysząc po raz kolejny cięcia gitar a’la 'Diaboli Necronasti' czy 'Devilish Sad'. To było rajcowne jeszcze kilkanaście lat temu, ale od tamtego czasu te (zbyt) mocno eksploatowane patenty po prostu się zestarzały, straciły dawną magię i nieprzyjemnie drażnią ucho. Co z tego, że w każdym utworze trafiają udane i ciekawe riffy (czasem nawet więcej niż jeden), skoro reszta balansuje na granicy autoplagiatu i rodzi uzasadnione pytania o sens nagrywania czegoś takiego. Wszechobecna monotonia wynika także z tego, że Ceza ponownie źle dobrał perkusistę – Daray, podobnie jak Inferno, nie za bardzo odnajduje się w wolnym graniu i całą jego ideę sprowadza do klepania prostych i niezbyt urozmaiconych rytmów. A wystarczyło tylko uważnie posłuchać debiutu Union... Konfrontując "Legacy" z moją listą uwag i zażaleń zawartych w recce "Black Blood", na plus jestem w stanie odnotować jedynie nieznaczną, naprawdę minimalną poprawę brzmienia, bo skład pozostał dwuosobowy (w dodatku studyjny), 'Black Blood Ov The Universe' i 'Coronation' powtórzono z tejże epki, a o nowalijkach i wartości artystycznej wspomniałem już wyżej. Jedynym zaskakującym elementem na "Legacy" jest tajemniczy utwór numer osiem (zalatuje "Darkside" na kilometr), i to tylko dlatego, że nie uwzględniono go nawet na okładce (a propos oprawy graficznej – Gustave Doré w grobie się przewraca, znowu...). Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek chciał jak najszybciej odfajkować płytę z muzyką Cezara, tym razem było niestety inaczej. Coś mi się wydaje, że czasy, kiedy w ciemno kupowałem każde wydawnictwo z logo Christ Agony, powoli się kończą.


    ocena: 6/10
    demo
    oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ChristAgony

    inne płyty tego wykonawcy:

  • Udostępnij: