19 września 2021

Obsidian Mantra – Minds Led Astray [2020]

Obsidian Mantra - Minds Led Astray recenzja okładka review coverNie jestem specem od marketingu i Kotlera kojarzę jedynie z nazwiska, aaale wydaje mi się, Obsidian Mantra powinni zaniechać używania etykiety „progressive death metal” do opisu swojej muzyki. Wiecie, to się jakoś tak źle kojarzy… Tym bardziej, że Minds Led Astray” nie ma nic wspólnego z rozmemłanym pitolonkiem, jałową trzepanką, wesołymi melodyjkami i udziwnianiem wszystkiego na siłę. Jednocześnie absolutnie nie można wrzucić zespołu do szuflady z „typowym polskim death metalem”, bo i takiej charakterystyce kapela całkiem zgrabnie się wymyka. Czyżby zatem Obsidian Mantra to twór oryginalny?

Ano nie, droga do tego daleka, co nie zmienia faktu, że zespół stara się podejść do gatunku po swojemu – korzystając z mniej popularnych/oczywistych patentów i nie odwołując się do banalnych zagrywek. Obsidian Mantra ani nie forsują tempa (wszelkie przyspieszenia to raczej dodatek) ani nie proponują wyjątkowo zakręconych struktur; stawiają za to na specyficzny nastrój i wgniatający, niemal djentowy ciężar. A brutalni są przy okazji. Baza muzyki wywodzi się jednoznacznie z death metalu, jednak już jej nadbudowa jest uzupełniona wieloma obcymi wpływami, zwłaszcza czarnej materii, co przekłada się na dużo niestandardowego riffowania oraz mnogość dźwięków dziwnych i niepokojących, które drażnią uszy z głębszych warstw. Tu brawa dla zespołu, bo chłopaki nie wyręczyli się klawiszami i wszystko — z pominięciem dwóch krótkich instrumentali — wycisnęli z gitar. Dzięki temu całość jest należycie spójna, brzmi naturalnie (bo i realizacja trzyma dobry poziom), a ze względu na bogactwo faktur jest wewnętrznie urozmaicona.

Jedyny problem z takim graniem polega na jego mizernym potencjalne komercyjnym. „Minds Led Astray” to na swoje nieszczęście materiał, nad którym trzeba przysiąść, skupić się, a niekiedy nawet pogłówkować. Owszem, tu i ówdzie trafia się fragment z chwytliwym riffem czy bardziej nośnym groovem, ale to nie to samo, co radosne patataj, czyż nie? Rozpracowywanie takiego albumu daje sporo satysfakcji, jednak nie każdy słuchacz będzie miał dość ciekawości/samozaparcia, by przebić się przez jego pozorną nieprzystępność. W związku z powyższym Obsidian Mantra niejako skazują się na brak sukcesów i działalność poza głównym nurtem, podobnie jak Dormant Ordeal, Symbolical, Nomad czy Redemptor.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ObsidianMantra
Udostępnij:

12 września 2021

Beneath – Ephemeris [2017]

Beneath - Ephemeris recenzja okładka review coverTrzy lata przerwy, drobna korekta składu i… większa korekta w muzyce. Islandczycy trochę niespodziewanie odeszli od stylu dwóch poprzednich płyt i przerzucili się na granie odrobinę nowocześniejsze: bardziej mechaniczne, chłodne, podporządkowane rytmowi i w większym stopniu techniczne. Pomimo iż nie zrezygnowali ze wszystkich wykorzystywanych wcześniej przez siebie patentów, na pewno nie można uznać Ephemeris za oczywistą i bezpośrednią kontynuację „Enslaved By Fear” i „The Barren Throne”. Trzeci album Beneath to materiał mocniej skondensowany, nastawiony na uderzenie i przytłoczenie słuchacza.

Należy docenić zespół za to, że miał dość odwagi, by wyjść poza wypracowane wcześniej schematy i nieco inaczej podejść do konstruowania utworów – by były możliwie zwarte, treściwe i nie zawierały (zbyt wielu) rozpraszających przeszkadzajek. Ponadto niezmiernie mnie cieszy, że Islandczycy poszli po rozum do głowy i przestali rozbudowywać aranżacje ponad miarę i swoje możliwości; na Ephemeris dłużyzn i zapychaczy jest naprawdę niewiele, dzięki czemu całość jest o kwadrans krótsza od poprzedniego krążka, a przez to wchodzi lepiej. Niestety, Beneath wciąż nie do końca radzą sobie z ogarnięciem zwolnień i partii, które mają „robić klimat”. W ich wykonaniu niespecjalnie to rajcuje – takie fragmenty wydają się być nie na miejscu, wręcz dołożone na siłę. Jeśli o mnie chodzi, mogą z tego zupełnie zrezygnować i skupić się wyłącznie na szybkim, brutalnym i opartym na dość chwytliwych riffach graniu, bo to im wychodzi najlepiej.

Mniejsze lub większe zmiany w stylu Beneath nie ominęły i wokali, jednak w przeciwieństwie do muzyki, w kwestii odgłosów paszczą jedynie na minus. Wokalista jest ten sam, co ostatnio, jednak z jakiegoś tajemniczego powodu postanowił ograniczyć się do jednostajnych i bezbarwnych pomruków. Zero dynamiki, zero wyrazistości, zero ekspresji, a i prawdziwej głębi — co po części może być również winą produkcji — brakuje. Na czym to polega, że na „The Barren Throne” wokale mogły być urozmaicone, a na Ephemeris już nie – ot zagadka.

Ostatnią rzeczą, na którą chciałbym zwrócić uwagę, jest brzmienie. Zespół sięgnął głębiej do kieszeni i skorzystał z usług mainstreamowego producenta Fredrika Nordströma, który spisał się no… nieźle, po prostu nieźle. Jak dla mnie Szwed nie do końca odnajduje się w aż tak brutalnej muzyce (bo i nie ma z nią wielkiego doświadczenia) i nie wszystko potrafi należycie uwypuklić. Dźwięk jest mocno skomasowany na zasadzie „ustawimy wszystko głośno i będzie git”, więc niuansów (zwłaszcza gitarowych) trzeba się doszukiwać na własną rękę.

Beneath chcą się zmieniać, iść do przodu i to się chwali. Na mnie stopniowo robią coraz lepsze wrażenie, ale mam przeczucie, że minie jeszcze sporo czasu, zanim będą wymieniani obok Björk jako główne towary eksportowe islandzkiej kultury. No i nie ukrywam, że bardziej przemawiają do mnie Ophidian I.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.beneath.is

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

3 września 2021

Burial In The Sky – The Consumed Self [2021]

Burial In The Sky - The Consumed Self recenzja okładka review coverLudzka pamięć bywa zawodna, zwłaszcza moja, ale akurat w przypadku Burial In The Sky dość szybko skojarzyłem, że już kiedyś miałem styczność z tym zespołem i że zupełnie nie trafił w mój gust. W związku z tym przezornie odkładałem przesłuchanie The Consumed Self ile się tylko dało, bo — proszę o zrozumienie — nie ciągnie mnie do nieskładnego pitolenia. Pierwszy kawałek, rozbudowane intro z pseudoklimatycznym brandzlowaniem i mizernym czystym wokalem, potwierdził moją opinię o muzyce kapeli – to jest odpychające. Drugi numer już nieco mi zamieszał, a trzeci sprawił, że zacząłem się temu wnikliwie przysłuchiwać… Czyżby nagle wyszli na ludzi?

Nawet jeśli na The Consumed Self nie do końca wszystko im wyszło, to trzeba przyznać, że w ciągu trzech lat Amerykanie zrobili naprawdę duże postępy i poprawili się właściwie na każdej płaszczyźnie, a przy okazji dość wyraźnie określili kierunek rozwoju. Mamy zatem do czynienia z nowoczesnym progresywnym death metalem z rozbudowanymi (niekiedy aż za bardzo – o czym później) aranżacjami, mnóstwem zmian tempa i nastroju, wieloma technicznymi urozmaiceniami i zróżnicowanymi wokalami. Całość jest znacznie bardziej spójna i dopracowana niż poprzedni materiał, który również był ambitny (przynajmniej w założeniach), ale kompletnie niedorobiony od strony kompozytorskiej i do tego topornie wykonany. Poza tym poprawę można odnotować w kwestii brzmienia i produkcji, które tym razem znacząco lepiej dopasowano do stylu zespołu.

Wszystkie wspomniane zmiany oraz, co ważne, zagęszczenie i uwypuklenie partii saksofonu jednoznacznie świadczą o ogromnym wpływie „Where Owls Know My Name” na podejście Burial In The Sky do pisania własnej muzyki. Amerykanie to i owo mogli podpatrzeć bezpośrednio u źródeł — wszak to Zach Strouse nagrywał saksofon dla Rivers Of Nihil — więc starali się zaadaptować niektóre patenty na potrzeby The Consumed Self; z różnym skutkiem. Czyste wokale? A owszem, są, tylko strasznie nierówne, niestety z przewagą tych słabych. Aranżacyjny rozmach? No tak, tylko nie zawsze użyte elementy pasują do siebie tak, jak powinny; niektóre służą chyba tylko temu, żeby nabijać licznik minut. I właśnie, długości The Consumed Self – album trwa niemal godzinę i to już jest lekka przesada. Dobrym rozwiązaniem byłoby wycięcie około kwadransa progresywnych smętów i przesadnego kombinowania (czyli przede wszystkim „Anatomy Of Us”) – całość stałaby się bardziej zwarta i komunikatywna.

Wraz z kolejnymi przesłuchaniami The Consumed Self utwierdza w przekonaniu, że Burial In The Sky bardzo by chcieli być jak Rivers Of Nihil i trochę jak Fallujah. I robią sporo, żeby ich w ten sposób postrzegano, jednak na razie brzmią jak uboższa wersja swoich znanych kolegów. Amerykanie wygrzebali się z poziomu bagna poprzednich płyt i awansowali do kategorii zespołów słuchalnych, ale czy wybiją się wyżej – to zależy, czy starczy im talentu i pieniędzy.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/burialinthesky

Udostępnij:

25 sierpnia 2021

Ominous Ruin – Amidst Voices That Echo In Stone [2021]

Ominous Ruin - Amidst Voices That Echo In Stone recenzja okładka review coverOminous Ruin to jedni z wieeelu przedstawicieli technicznego death metalu z Kalifornii, a ich debiutancki Amidst Voices That Echo In Stone przynosi trzy kwadranse dokładnie takiej muzyki, jakiej można (należy!) się spodziewać po zespołach z zachodniego wybrzeża USA. Nie da się ukryć, że tamtejsze kapele wypracowały sobie bardzo charakterystyczne patenty na granie i trzymają się ich na tyle kurczowo, że swoje pochodzenie zdradzają po kilku sekundach odsłuchu. Z Ominous Ruin jest podobnie, chociaż akurat sam zespół ma na ten temat nieco inne zdanie. Stąd też zanim przejdę do opisu moich wrażeń, pierwej odniosę się do tego, co chłopaki sami mają o sobie do powiedzenia.

Po pierwsze i chyba najważniejsze, Amidst Voices That Echo In Stone rzekomo ma być powiewem świeżego powietrza na scenie technicznego death metalu. [miejsce, żeby się pobrechtać] Tego… Gają tak, jak się gra w Kalifornii, a wpływy Deeds Of Flesh, Odious Mortem, Severed Savior, Arkaik, Continuum, Inanimate Existence, Decrepit Birth czy bardziej egzotycznego Spawn Of Possession są w ich muzyce wszechobecne. Niezależnie od górnolotnych deklaracji, Ominous Ruin w żaden sposób nie próbują rewolucjonizować tego stylu ani też wprowadzać do niego czegoś od siebie. Przynajmniej ja nie usłyszałem na krążku niczego, czego bym nie znał z twórczości wieeelu innych kapel. Po drugie, Amerykanom uroiło się, że wokale Adama Rosado są wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju. [miejsce, żeby się pobrechtać, znowu] Cóż, wokale jak wokale. Wiochy nie ma, ale żeby od razu miały zwracać uwagę czymś szczególnym? No nie, nieee… Poza tym trochę dziwne wydaje mi się częste podkreślanie przez zespół, że korzystają z 8-stunowych gitar i 6-strunowego basu – jakby nie byli przekonani, że to wszystko słychać na płycie. I prawdę mówiąc – tych dodatkowych strun właśnie nie słychać, bo ogólnie Ominous Ruin nie zapędzają się zbytnio w niższe rejestry i raczej stronią od djentu. Co do basu – ten po prostu bywa obecny; to absolutnie nie ta intensywność co u Beyond Creation czy Obscura.

Jak łatwo wywnioskować z powyższego akapitu, Amidst Voices That Echo In Stone nie ma w zasadzie nic wspólnego z oryginalnością czy nowatorstwem. Ale to akurat nie stanowi dla mnie problemu, bo to naprawdę bardzo dobry i znakomicie zagrany materiał. Ominous Ruin w niczym nie ustępują bardziej znanym kolegom – tak jeśli chodzi o umiejętności techniczno-kompozytorskie (sesyjnie za garami zasiadł znany z Fallujah Andrew Baird), poziom brutalności, jak i produkcję albumu. Dziesięć lat zbierania doświadczeń zaowocowało w pełni przekonującymi utworami, spośród których każdy wyróżnia się jakimiś ciekawymi zagrywkami i naprawdę dużą dynamiką – jest szybko, efektownie i bez popadania w progresję. Napisałbym, że nie ma tu miejsca na przestoje, ale niestety do paru kawałków doklejono nawet po kilkadziesiąt sekund „nica” (zwłaszcza w numerze tytułowym), więc całość nieco straciła na płynności.

Amidst Voices That Echo In Stone mogę śmiało polecić wielbicielom wszystkich wymienionych na początku kapel – znajdą tu dokładnie to, co lubią. Krążek nie zawiedzie także fanów szeroko pojętego nowoczesnego death metalu z Ameryki (szczególnie tego z Willowtip i złotego okresu Unique Leader) – Ominous Ruin grzeją, że mucha nie siada. A jak siada, to zaraz zdycha.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/OminousRuin
Udostępnij:

20 sierpnia 2021

Cannibal Corpse – Violence Unimagined [2021]

Cannibal Corpse - Violence Unimagined recenzja okładka review coverGdyby złośliwie uznać, że na „Red Before Black” Kanibalom noga się powinęła, że zaliczyli spadek formy i ogólnie cusik im nie wyszło, to wtedy Violence Unimagined można traktować jako rehabilitację zespołu. Gdyby. Bo nie ma potrzeby, by sztucznie podnosić wartość nowej płyty – broni się sama. Na poprzednim krążku zabrakło jedynie powiewu świeżości, natomiast na Violence Unimagined jest jej pod dostatkiem, co w głównej mierze ma związek z wymuszoną przez amerykański wymiar (nie)sprawiedliwości zmianą w składzie. Wieloletniego gitarzystę Pata O'Briena zastąpił Erik Rutan, z którym panowie znają się jak łyse konie, więc przypuszczalnie do nagrań mogli przystąpić z marszu.

Nie chciałbym, żeby ta recka zamieniła się w hymn pochwalny ku czci Rutana, ale nie da się ukryć, że jego wkład w piętnasty (dżizasie!) album Cannibal Corpse jest dość znaczący. Z roli producenta wywiązał się jak zwykle znakomicie, mimo iż w studiu nie wykręcił niczego spektakularnego czy wykraczającego ponad kanibalistyczne standardy. Trzeba mieć jednak na uwadze, że tym razem miał dużo trudniej, bo musiał zachować chłodne podejście do procesu nagrań i pilnować się, by w jakiejś kwestii nie przedobrzyć. To raz. Dwa jest takie, że Rutan nie przyszedł do zespołu tylko po to, żeby pozować do zdjęć; dorzucił od siebie aż trzy utwory wraz z tekstami – z jednej strony gładko wpasował je w styl kapeli (spójność ponad wszystko), a z drugiej przemycił w nich kilka zupełnie nietypowych dla kolegów riffów i technicznych zagrywek. Jest jeszcze trzy – solówki. Okazuje się, że popisy Rutana (w skali płyty większość wyszła spod jego palców!) doskonale pasują do stylu Cannibal Corpse i przy okazji wzbogacają go o charakterystyczne melodie. Stwierdziłbym nawet, że wydają się tym czymś, czego w muzyce Amerykanów zawsze brakowało.

Na jednym gitarzyście zajebistość Violence Unimagined jednakże się nie kończy, bo cały skład pokazał się z naprawdę bardzo dobrej strony i na pewno nie można nikomu zarzucić opierdalania się tudzież problemów z kreatywnością. Weźmy taki „Surround, Kill, Devour” — jeden z najlepszych na krążku — który ma idealny do młynka groove i jest tak skoczny, że powinien się świetnie sprawdzać na żywo. Innym hajlajtem jest „Inhumane Harvest” z masakrycznym zwolnieniem w połowie i fajną zmyłką, kiedy po pierwszej solówce powinno być przyspieszenie, a oni dalej uskuteczniają mielonkę. Warto również zwrócić uwagę na wypakowany solówkami „Bound And Burned”, bo o ile kojarzę wcześniej Cannibal Corpse na aż takie szaleństwa sobie nie pozwalali – spróbowali i było warto. Poza tym na płycie mamy więcej niż ostatnio (a może i kiedykolwiek) bezpośrednio chwytliwych riffów oraz wolniejszych, „nastrojowych” fragmentów, kiedy bas wychodzi na powierzchnię (jak w „Follow The Blood” czy „Overtorture”). Stanowią one niezły kontrast dla paru dłuższych partii z gęstą nawalanką (w „Inhumane Harvest” i „Ritual Annihilation”) – chyba właśnie to miał na myśli Mazurkiewicz, kiedy przekonywał, że Violence Unimagined to dla niego najbardziej jak dotąd wymagający materiał.

Album mogę podsumować tylko w jeden sposób. Cannibal Corpse potwierdzili, że w lidze oldbojów/długodystansowców (jak zwał, tak zwał) nie mają sobie równych i ciągle nie brakuje im pomysłów ani motywacji do grania na najwyższym poziomie. A z młodymi nie muszą się liczyć. Rispekt!


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.cannibalcorpse.net

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

12 sierpnia 2021

Ika Johannesson, Jon Jefferson Klingberg – Krew ogień śmierć. Historia szwedzkiego metalu [2015]

Ika Johannesson, Jon Jefferson Klingberg - Krew ogień śmierć. Historia szwedzkiego metalu recenzja okładka review coverIka Johannesson i Jon Jefferson Klingberg podjęli się ambitnej próby opisania historii i fenomenu szwedzkiego metalu i za to na pewno należą im się pochwały, ale… dokonali tego na niewielu ponad 300 stronach, co jak na tak rozległy temat jest dość skromną objętością. Siłą rzeczy autorzy Krew ogień śmierć całe zagadnienie potraktowali powierzchownie, bez wchodzenia w szczegóły (zwłaszcza tam, gdzie to najbardziej wskazane), a skupili się raczej na tych zjawiskach, które mają szansę zainteresować ludzi spoza metalowych kręgów: skandalach i sensacjach. Stąd też poziom książki jest nierówny, bo obok naprawdę ciekawych rozdziałów z wartościowymi informacjami pojawiają się i takie, które wyglądają jak wycięte z drugiej strony jakiegoś tabloidu tudzież gazetki szkolnej.

Autorzy nie starali się trzymać w książce jakiejkolwiek chronologii, więc czegoś o absolutnych początkach ciężkiej muzyki na szwedzkiej ziemi dowiadujemy się dopiero po kilkudziesięciu stronach lektury. Piszę „czegoś”, bo jeśli spodziewacie się szczegółowych kronik z przełomu lat 70. i 80. ubiegłego wieku, to wiele z tego rozdziału nie wyniesiecie. Ja rozumiem, że nie każda kapela z tamtych lat zapisała się złotymi zgłoskami w historii muzyki, jednak można było się pokusić o szersze opisy paru przedstawicieli pokolenia wikingów z Heavy Load. Nawet kultowemu Candlemass poświęcono najwyżej dwa zdania… Podoba mi się za to, że fajnie zarysowano tło społeczne i różnice w zainteresowaniach muzycznych młodych ludzi w zależności od ich pochodzenia – coś, co będzie jeszcze wyraźniejsze w czasie rozkwitu death metalu. Temat początków metalu w Szwecji zamyka osobny rozdział o Bathory, który w dużej mierze oparto na rozmowach z ojcem Quorthona. Wszystkie zawarte tu informacje pochodzą z wiarygodnego źródła, więc to doskonała okazja, żeby sobie uzupełnić wiedzę o mózgu Bathory; tym bardziej, że jest tu sporo ciekawostek, których nie znajdziecie w innych publikacjach – choćby z okresu dzieciństwa Thomasa. Jak dla mnie to jeden z dwóch najciekawszych rozdziałów książki.

Ledwie kilkanaście stron poświęcono rozkwitowi, supremacji i upadkowi szwedzkiego death metalu. Mam świadomość, że ten nurt to tylko część większego zjawiska, ale skrótowość tych opisów woła o pomstę do Sztokholmu. Pada tutaj kilka nazw kapel, kilka nazwisk, jakieś powszechnie znane anegdoty i w zasadzie tyle. Cała wiedza, jaką wyniesie z tej części gospodyni domowa — bo nie wiem, do kogo innego to może być skierowane — sprowadza się do tego, że Nicke Andersson i że Entombed. Swoją drogą Entombed powraca później w osobnym rozdziale, który jest czymś na kształt relacji/reportażu z jednego dnia z trasy, kiedy grali jako support Amon Amarth. Ponownie nie dowiadujemy się niczego konkretnego (piją, śpią, noszą własne graty – po prostu szok i niedowierzanie), więc ten fragment można traktować jako zapchajdziurę. Znacznie mocniej autorzy przyłożyli się do tematu black metalu, bo sensacje + kontrowersje = zainteresowanie czytelnika; już pal licho, że ponad połowa materiału dotyczy Norwegii – sceny obu krajów mocno się tutaj przenikały, więc można im wybaczyć te dygresje. Dostajemy tu skrótowo opisany black metalowy kanon: Euronymous, Vikernes, kółka wzajemnej adoracji, walka o wpływy, popularność i kasę, pogróżki, podpalenia, morderstwa i robienie „kultu”. I szmatowate zachowanie Fenriza w stosunku do muzyków Entombed. Poza tym Ika i Jon zadali sobie trochę trudu, żeby w miarę obiektywnie przybliżyć postać Deada i rzucić trochę światła na jego „pozazespołowy” wizerunek. Szczególnie dużo można się dowiedzieć z rozmów z jego bratem, bo koledzy z Morbid i Mayhem głównie powtarzają znane od dawna historie, choć i z nich da się co nieco wyłuskać. Rozdziały dotyczące muzyki ekstremalnej mogę podsumować słowami mojej polonistki z liceum: ogólniki, ogólniki, ogólniki. Zatem jeśli chcecie czegoś więcej, sięgnijcie po „Szwedzki death metal” Daniela Ekeroth’a i „Black metal. Ewolucja kultu” Dayala Pattersona.

Ozdobą Krew ogień śmierć jest rozdział dotyczący Dissection, mimo iż napisano go bardziej ze względu na przeszłość Jona Nödtveidta niż muzykę. Autorzy z bliska relacjonują powrót zespołu, przygotowania do tras oraz nagrań, a przy okazji starają się także wyciągnąć od muzyków jak najwięcej informacji o ich podejściu do grania, ideologii i otoczce, która im towarzyszy. Czyta się to z dużym zainteresowaniem, bo Nödtveidt, choć oszczędnie w słowa, spokojnie i na chłodno wyjaśnia jaki jest i do czego dąży. A w tym, co robił, był autentyczny do samego końca. I właśnie do tej książki udzielił ostatniego wywiadu przed śmiercią. Przeciwieństwem Jona jest opisany później Niklas Kvarforth (rozdział „Lekcja samobójstwa”), który nie ma ręki do muzyki, ale za to ma dużo do powiedzenia, choć to, co mówi, sprowadza się do narkomańskiego bełkotu i kompletnych kretynizmów. Jak to oceniła jego znajoma: na pokaz i dla efektu. Trzynastolatki, drżyjcie! Galerię postaci ekstremalnych zamyka Erik Danielsson z Watain, który dzielnie podtrzymuje ideały blackowego dualizmu: jeśli my coś robimy, to kult; jeśli inni coś robią, to komercha. Swoją drogą trzeba przyznać, że ogromy sukces zespołu zupełnie go nie zmienił i w wywiadach pierdoli te same głupoty, co piętnaście lat wcześniej – ale na to przymykam oko, bo przynajmniej Watain potrafi zadbać o muzykę.

Krew ogień śmierć uzupełniono jeszcze kilkoma rozdziałami, spośród których tylko te o mediach, pieniądzach i pociesznych bliźniakach z Nifelheim coś wnoszą, bo pozostałe — metal i naziole, metal i kobiety (z jakiegoś powodu jest tu Gaahl i jego coming out…), odrodzenie wąsatego heavy metalu — wrzucono chyba tylko po to, żeby były, a autorzy mogli o sobie powiedzieć, że podeszli do zjawiska z każdej strony. Pomimo mojej krytyki i dość średniego warsztatu Iki i Jona, książka wypada całkiem nieźle jako wprowadzenie do tematu i dla młodszych słuchaczy powinna być punktem wyjścia do dalszych poszukiwań. Mnie po jej przeczytaniu chyba najbardziej uderzył ogromny wpływ KISS na szwedzkich hardrockowców, bo o Amerykanach wspominają prawie wszyscy przepytywani ze swoich inspiracji.


demo
oficjalna strona wydawcy: www.kagra.com.pl
Udostępnij:

8 sierpnia 2021

Ghastly – Mercurial Passages [2021]

Ghastly - Mercurial Passages recenzja okładka review coverNie znam debiutu tego zespołu, ale już wydana trzy lata temu „dwójka” zwróciła moją uwagę specyficzną okładką i takim nie do końca oczywistym podejściem do death metalowej materii. Z jednej strony było to granie brudne i pierwotne, z drugiej zaś Finowie wzbogacili je paroma dość ambitnymi rozwiązaniami, które na pierwszy rzut ucha niekoniecznie pasowały do całości, a sprawdziły się całkiem nieźle. Po kilkudziesięciu sesjach z „Mercurial Passages” mogę śmiało stwierdzić, że wraz z upływem czasu muzyka Ghastly nabiera kolorów, wyrazistości i rozwija się w naprawdę ciekawym kierunku.

Fundament brzmienia Finów stanowi mieszanka wpływów najwcześniejszych surowych nagrań Autopsy czy Death z tym, z czego zasłynęli ongiś rodacy Ghastly z Purtenance i Demigod oraz gitarowego piłowania typowego dla Sztokholmu i okolic. Innymi słowy jest w tym pierwotna moc, brzydota i ciężar, ale również charakterystyczne melodie i sporo intrygującego klimatu, który niekiedy przebija się na pierwszy plan. Tę klasycznie death metalową jazdę muzycy Ghastly coraz chętniej uzupełniają rozbudowanymi strukturami (jak w „Dawnless Dreams” i „Mirror Horizon”) oraz spokojniejszymi partiami o bardziej progresywnym zabarwieniu, które nie tylko dają chwilę oddechu od mielonki, ale przede wszystkim wprowadzają do utworów niepokojący nastrój. Podobne pomysły na wyjście poza schemat można znaleźć na „przełomowych” płytach Tribulation, Morbus Chron i Horrendous, przy czym z tymi ostatnimi Finowie mają chyba najwięcej wspólnego.

Na „Mercurial Passages” Ghastly proponują sporo dość wysublimowanego grania i chociaż nie ma ono nic wspólnego z techniczną ekwilibrystyką ani wybitnie skomplikowanymi aranżacjami, wymaga skupienia i paru wnikliwych przesłuchań. Nadrzędny, jednoznacznie death metalowy styl zespołu oraz daleka od krystalicznej produkcja (jakkolwiek krążek i tak brzmi mniej piwnicznie od poprzedniego) sprawiają, że można łatwo przeoczyć niektóre niuanse, które sprytnie poupychano między najbardziej typowymi dla gatunku patentami. W każdym razie album jest znacznie bardziej urozmaicony, niż to się początkowo wydaje.

Biorąc pod uwagę fakt, że za całość muzyki (kompozytorsko i wykonawczo) odpowiada w Ghastly tylko jeden człowiek, bardzo interesujące będą dalsze losy tego zespołu. Na Mercurial Passages daje się odczuć, że Ian J. D'Waters nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, ale trudno zgadywać, w jakim kierunku podąży – czy wytrwa przy mocnym graniu, czy też, wzorem wspomnianych wyżej młodych kapel, niedługo ucieknie w lajtowe i progresywne dźwięki. Obie opcje wydają się prawdopodobne i obu z ciekawością posłucham.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ghastlydeathmetal
Udostępnij:

31 lipca 2021

Grave Miasma – Abyss Of Wrathful Deities [2021]

Grave Miasma - Abyss Of Wrathful Deities recenzja okładka review coverObstrukcja bardzo! Aż ośmiu lat potrzebowali muzycy Grave Miasma, żeby wreszcie wydusić z siebie następcę gorąco przyjętego debiutu. I chociaż w międzyczasie „jakieś coś” się u nich działo — epka i zmiany w składzie — to można było mieć pewne obawy, co do kreatywności i przyszłości zespołu. Jednocześnie, niezależnie od wszystkiego, niebezpiecznie rosły wymagania w stosunku do ewentualnego następcy „Odori Sepulcrorum”, bo na tamtym albumie Anglicy zawiesili sobie poprzeczkę naprawdę wysoko, więc każdy fan obleśnego death metalu chciałby więcej takiego grania. Tylko może podanego trochę inaczej…

Czy wobec powyższego „Abyss Of Wrathful Deities” miał szansę przebić debiut i zaspokoić rozbuchane oczekiwania słuchaczy? Nie sądzę. I raczej nie ma to nic wspólnego z poziomem samej muzyki, a z wcześniejszymi wyobrażeniami na jej temat. Z jednej strony chciano czegoś nowego i zaskakującego, z drugiej zaś, żeby zbytnio nie odbiegała od „Odori Sepulcrorum” – pogodzić się tego nie da(ło), mimo to krążek brzmi, jakby Grave Miasma próbowali. No i cóż, zważywszy na to, w jak hermetycznej stylistyce się obracają, Anglicy stworzyli materiał nieco inny, z inaczej rozłożonymi akcentami, choć wciąż mający dość punktów wspólnych z pierwszą płytą, żeby można było mówić o ciągłości. W mojej opinii rezultat jest co najmniej bardzo dobry, ale nie zdziwię się, gdy znajdą się i tacy, dla których zespół w pewnych kwestiach zwyczajnie dał dupy.

Pierwsze, co się rzuca w uszy, to fakt, że Abyss Of Wrathful Deities nie jest albumem tak surowym i ponurym jak debiut, jest natomiast bardziej zniuansowany i wyraźnie szybszy, jednak o ekstremalnych tempach nie ma tutaj mowy. Zespół uwypuklił groove (w tym taki w stylu klasycznego death metalu), wprowadził rozbudowane i ściśle zespojone ze strukturami partie solowe (fajnie podkreślają klimat i dynamikę utworów) oraz mocniej niż kiedykolwiek zarysował linie melodyczne. Ponadto Grave Miasma nagrali całość zadziwiająco czysto i przejrzyście, choć mogli znacznie, znacznie głośniej. Dzięki tym zabiegom płyta, która ma źródła w z założenia dość odpychającej stylistyce, jest bardzo przystępna i wchodzi bez najmniejszego problemu od pierwszego przesłuchania. Czy to dowód na dojrzałość kompozytorską czy raczej wymiękanie – oceńcie sobie sami. Jedno jest pewne – zespół już tak chętnie nie będzie wymieniany w jednym rzędzie z Dead Congregation i Cruciamentum.

Jak dla mnie, Grave Miasma za sprawą Abyss Of Wrathful Deities udowodnili, że nie stoją w miejscu, że mają jakiś pomysł na siebie i wcale nie muszą się ograniczać do wałkowania riffów pod Incantation. Nie szukałem na tej płycie nowej jakości ani eksperymentów, toteż nie mam tutaj specjalnych powodów do narzekań.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.gravemiasma.co.uk

Udostępnij:

18 lipca 2021

Degial – Death’s Striking Wings [2012]

Degial - Death’s Striking Wings recenzja okładka review coverSzwedzi zaczynali przygodę z muzyką jako Degial Of Embos, który to pogrzebali po zaledwie dwóch demówkach, by chwilę później wystartować od początku, już jako Degial. Trudno stwierdzić, co też się z chłopakami działo w tak zwanym międzyczasie, ale wywarło to na nich niezatarte wrażenie, bo zamienili trampki i niebieskie jeansy na skóry, łańcuchy i pasy amunicyjne. A w muzyce, no cóż… Death’s Striking Wings rozpoczyna się dość typowo i niewinnie, więc w pierwszych chwilach można posądzić chłopaków wyłącznie o fascynacje rodakami z Dissection, Sacramentum czy Necrophobic, ale z minuty na minutę materiał staje się coraz mniej oczywisty i nabiera fajnej wyrazistości.

Degial łoją pierwotny i surowo brzmiący death metal, w którym mieszają się wpływy amerykańskich protoplastów gatunku w postaci Possessed, Morbid Angel (najdalej do „Covenant”), Death (do „Scream Bloody Gore” i basta) czy Necrovore z bardziej melodyjnymi przedstawicielami szwedzkiej szkoły, których wymieniłem powyżej; przy czym w utworach zdecydowanie dominują inspiracje kapelami zza oceanu. Oczywiście tak poskładana muzyka jest zajebiście oklepana i nic nie wnosi do stylu jako takiego, aaale zagrano ją z odczuwalną pasją i zaangażowaniem, że budzi uznanie i po prostu musi się podobać. I chociaż Death’s Striking Wings charakteryzuje się większym pierdolnięciem niż większość wspomnianych klasyków, to wiernie odtwarza obskurną i przesyconą śmiercią atmosferę nagrań sprzed 20-25 lat i brzmi (za nagrania odpowiada ikona szwedzkiej sceny Fred Estby) w pełni autentycznie.

Z brakiem ogólnej oryginalności Death’s Striking Wings wiąże się pewien paradoks, bo z jednej strony można bez trudu wskazać, od kogo kolesie z Degial zapożyczyli sobie konkretny element, a z drugiej wcale nie ma wielu kapel, które by potrafiły w najdrobniejszych niuansach tak jednoznacznie i sprawnie nawiązać do klasyków. Weźmy na przykład „Serpent’s Tide” czy „Temple in Whirling Darkness”, w których pojawiają się riffy jakby żywcem wyjęte z „Seven Churches” – czegoś takiego nie słyszy się codziennie. Jeszcze ciekawiej wyglądają wpływy Morbid Angel, bo te z każdym kolejnym kawałkiem przebijają się coraz mocniej, by w połowie płyty przybrać absurdalne rozmiary. Niektóre utwory („Perpetual Fire” albo wolniejszy i bardziej rozbudowany „Death’s Striking Wings”) to niemalże medley’e polepione z przebojów Morbidów. Czy to źle? Nie przy tym poziomie wykonania i chwytliwości! Wcześniej na szwedzkiej ziemi chyba tylko Luciferion i Soulreaper tak wyraźnie inspirowali się Morbid Angel, przy czym ten drugi zespół był też personalnie powiązany z Dissection i Sacramentum…

Death’s Striking Wings to szybkie tempa, ostre riffowanie, solówkowe szarpidructwo i wściekłe darcie mordy (Pete Helmkamp z Angelcorpse się kłania), a to wszystko bez udziwnień, komplikowania na siłę i słodzenia, w dodatku zamknięte w błyskawicznie umykających 36 minutach. Jeśli tak podany death metal do was przemawia, to debiut Degial sprawi wam mnóstwo radości. Bardzo dobra płyta!


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/profile.php?id=100063464230015

podobne płyty:

Udostępnij:

14 lipca 2021

Gojira – Fortitude [2021]

Gojira - Fortitude recenzja okładka review coverPięć lat oczekiwania na nowy album Gojira wypełniały mi rozmaite zapowiedzi, spośród których szczególny nacisk położono na te — a przynajmniej ja to właśnie na nich najbardziej się skupiłem — o powrocie do stylistyki znanej z „The Way Of All Flesh”, więc jako wielbiciel tamtego krążka byłem podjarany, że znowu będzie ciężko, technicznie i stosunkowo brutalnie. Tymczasem pierwsze upublicznione single, abstrahując od ich poziomu, nie miały z takim graniem nic wspólnego. A zatem kłamali, oszusty jedne? Nooo nie. Nie do końca, bo w paru (dosłownie) ostatnich utworach takie nawiązania istotnie się pojawiają, ale wydaje mi się, że ich głównym zadaniem jest zainteresowanie/utrzymanie zainteresowania fanów tego bardziej ekstremalnego oblicza kapeli.

Czy się to komuś podoba czy nie, Fortitude to w ogromnej części bezpośrednia i dość bezpieczna kontynuacja poprzedniej płyty wraz z niemal wszystkimi jej zaletami i niektórymi wadami, lecz pozbawiona eksperymentów, zauważalnych nowinek i świeżości tamtego materiału. Trochę to mało jak na pięcioletnią przerwę, czyż nie? Tym bardziej, że „Magma” była dla Gojira pewnym przełomem – zespół pokazał się światu z zaskakująco przystępnej/łagodnej strony i to chwyciło, bo trafił do wielu odbiorców spoza metalowych kręgów. Teraz Francuzi przede wszystkim starają się wykorzystać komercyjny potencjał i często-gęsto powielają znane i sprawdzone patenty, ale na szczęście dla siebie czynią to na tyle rozsądnie i z umiarem, że Fortitude jako całość broni się całkiem nieźle i — jak to piszą w anonsach — zyskuje przy bliższym poznaniu.

Album charakteryzuje się bardziej wyrównanym poziomem utworów niż „Magma” i słucha się go nieco łatwiej (czyli bez totalnych zgrzytów), co jednak nie oznacza, że wszystkie kawałki są równie udane. Jak na moje ucho niektóre fragmenty są zbyt rozwlekłe (w „Hold On”, „New Found”, „The Trails”), inne niepotrzebne (jak tytułowy, będący „mruczankowym” wstępem do mruczanki w „The Chant”) i w rezultacie w muzykę wkrada się za dużo monotonii. Ponadto odnoszę wrażenie, że w paru miejscach ideologia staje się dla Gojira ważniejsza niż same dźwięki, na czym traci wyrazistość utworów. Przeciwwagą dla pojawiających się zmiękczeń i przynudzania jest zestaw numerów zajebiście chwytliwych („Born For One Thing” i „Another World”) oraz mocnych i dynamicznych (jak „Into The Storm”, „Grind” czy „Sphinx”) – to właśnie dzięki nim przez 52 minuty Fortitude brnie się z dużą przyjemnością i naprawdę szkoda, że takich kompozycji nie znalazło się tu więcej. Po stronie plusów warto również wymienić zróżnicowane wokale. Mimo iż Joe coraz częściej stosuje czyste zaśpiewy, to są one na tyle urozmaicone i pewnie wykonane, że zupełnie nie przeszkadzają.

Chociaż pod pewnymi względami Fortitude jest płytą lepszą i bardziej spójną od poprzedniej, wydaje mi się, że to jednak „Magma” będzie częściej wspominana po latach jako materiał, który wniósł do dorobku Gojira coś nowego i niespodziewanego. Opisywany album to po prostu kolejna pozycja w ich dyskografii. Solidna, to fakt, ale bez szału.


ocena: 8/10
demoe
oficjalna strona: www.gojira-music.com

inne płyty tego wykonawcy:








Udostępnij:

4 lipca 2021

Pestilence – Exitivm [2021]

Pestilence - Exitivm recenzja okładka review cover„Ale to już było i nie wróci więcej”… Nic z tych rzeczy – to powraca wciąż i wciąż, a ja powoli mam już tego dość. Na Exitivm — obowiązkowo nagranym w całkowicie nowym składzie — Patrick Mameli po raz kolejny próbuje w muzyce nawiązać do wielkości „Testimony Of The Ancients” i „Spheres” i ożenić ten wiekowy już styl z nowoczesnym (czy po prostu – współczesnym) brzmieniem, w którym zasmakował zaraz po pierwszej reaktywacji zespołu. Czy ta synteza się udała czy nie – ta kwestia w zasadzie schodzi na dalszy plan, bo na pierwszy wysuwa się niestety wtórność takich zabiegów oraz to, że sprawiają wrażenie przeprowadzanych na siłę. Uprzedzając pytania – to nie jest najgorszy album Pestilence, choć do najlepszych bardzo dużo mu brakuje.

Exitivm rozpoczyna rozwlekłe i niepotrzebne intro, które przechodzi w… intro do „Morbvs Propagationem” – utworu, który wraz z następującym po nim „Deificvs” (również z intrem) wskazałbym jako najbardziej udane na płycie. W tych dwóch kawałkach Pestilence pokazują wszystkie swoje atuty, absolutnie wszystko, co mają do zaoferowania i to właśnie nimi wyczerpują temat. Dzięki licznym urozmaiceniom zespołowi udaje się całkiem nieźle utrzymywać uwagę słuchacza, zainteresować go i to jest jakiś sukces, bo już kolejne utwory nie wprowadzają niczego nowego, nie zaskakują, jadą za to na ogranych schematach i skutecznie się rozmywają. Słuchając piątego numeru, nie pamiętam już, co było w czwartym. Słuchając szóstego, nie pamiętam, co było w piątym… I tak dalej. Exitivm brakuje wyrazistych riffów czy zapamiętywalnych melodii, a konstrukcja sporej części kawałków jednoznacznie wskazuje, na jakich utworach z przeszłości Mameli się wzorował. Oczywiście w drugiej części płyty (czyli od 10 minuty w gorę) również trafiają się jakieś lepsze momenty — w „Pericvlvm Externvm”, „Exitivm” czy „Dominatvi Svbmissa” — ale żeby je wyłapać trzeba trochę wysiłku i skupienia.

Aby pogłębić i tak już oczywiste nawiązania „Testimony Of The Ancients”, Mameli zdecydował się na użycie klawiszy, których plamy w zamyśle miały „robić klimat” oraz podkreślać niektóre partie. Piszę „w zamyśle”, bo w rzeczywistości są dość przypadkowo porozpieprzane po całym materiale, bez wielkiego związku z death metalowym trzonem, więc spokojnie mogłoby się bez nich obejść. Równanie do „Testimony Of The Ancients” dotyczy również ogólnego tempa materiału – jest średnio-średnie. Na Exitivm blasty zredukowano do minimum (pojawiają się jedynie w „Morbvs Propagationem”) i tego w ogóle nie rozumiem, bo Michiel van der Plicht specjalizuje się w szybkim i intensywnym graniu, a tymczasem w większości utworów nie ma nawet szansy solidnie rozruszać kończyn. Mimo wszystko i tak jego wkład w muzykę jest bardziej odczuwalny niż Joosta van der Graafa, którego bas przebija się na powierzchnię może przez kilka sekund.

O wykonaniu nie ma sensu się wiele rozpisywać, bo z jednej strony wysoki poziom jest „oczywistą oczywistością”, z drugiej zaś Patrick nie postawił kolegów przed wyjątkowo wymagającym technicznie materiałem, który mógłby im sprawić jakiekolwiek problemy. Więcej uwagi warto poświęcić brzmieniu, bo w tym aspekcie nowy krążek Pestilence mocno różni się od poprzedniego. Exitivm bliżej do przytłaczającego i mechanicznego soundu „Doctrine” i „Obsideo”, więc ogólnie jest cieżko, brutalnie i tak dalej, jednak kosztem spójności z muzyką. „Hadeon” miał dużo lepiej dopasowane brzmienie do stylu i w związku z tym całość wypadała po prostu naturalnie, a przy okazji również była bardziej dynamiczna.

Jak już wspomniałem na początku, Exitivm nie jest najgorszym albumem Pestilence, choć dla mnie na pewno słabszym i mniej przekonującym od poprzedniego. Podobnie jednak jak na „Hadeon”, nie ma tu ani jednego kawałka, który mógłby zostać ze mną na dłużej, i o który mógłbym drzeć mordę na ewentualnym koncercie. Pewien problem widzę także i w tym, że jeśli mnie nachodzi na muzykę w stylu „Testimony Of The Ancients”, to biorę się za „Testimony Of The Ancients”, tanie substytuty zaś pomijam.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalna strona: www.pestilence.nl

inne płyty tego wykonawcy:






Udostępnij:

27 czerwca 2021

3rd War Collapse – Damnatus [2021]

3rd War Collapse - Damnatus recenzja okładka review coverNazwa tego brazylijsko-fińskiego projektu budzi nieprzyjemne skojarzenia z jakimś tęczowym deathcore’owym syfem, jednak zdjęcia chłopaków i pierwsze sekundy „Eyes Of Deception" rozwiewają wszelkie wątpliwości. 3rd War Collapse całkiem sprawnie nawalają bezpośredni i dość brutalny death metal w amerykańskim stylu, ale — i to jest bardzo ciekawe i poniekąd odświeżające — w takiej no… niderlandzkiej odmianie. Tak podany materiał wchodzi gładko, więc należy się cieszyć, że zespół zdecydował się go ujawnić już po… 5 latach od nagrania.

Na Damnatus roi się od wpływów Prostiture Disfigurement, Severe Torture, Sinister czy Caedere; pojawiają się dosłownie na każdym kroku, czy to jeśli chodzi o dynamikę, riffy, czy struktury, ale nie robię z tego żadnego problemu, bo wszystko jest zgrabnie poskładane i doprawione grindowymi zapędami a’la wczesny Dying Fetus. W muzyce nie ma ani grama innowacji, słychać za to kupę zaangażowania i naprawdę niezły zmysł kompozytorski. Kawałki są krótkie, brutalne i treściwe, a przy tym zaskakująco chwytliwe, choć bazują niemal wyłącznie na blastach. Odstępstwa od ogólnej formuły pojawiają się w zasadzie tylko w „Forced To Suffer" (trochę egzotycznie brzmiących riffów) i „Headshot" (jest najwolniejszy w stawce) i to jedyne wyraźniejsze urozmaicenia, z jakimi mamy do czynienia na Damnatus. Czy to mało? Może i tak, ale przy takiej objętości albumu (niespełna 27 minut) wydają się wystarczające – pojawiają się akurat wtedy, gdy trzeba wprowadzić trochę miejsca na oddech, ale bez rozpraszania uwagi słuchacza.

Najmniejszych urozmaiceń nie ma za to w wokalach, które są brutalne od początku do końca płyty. W ich aranżacjach można się doszukać pewnych fascynacji Fleshgrind czy Lividity, więc wiadomo na co należy się przygotować – niski i niezrozumiały bulgot. Miejscami odgłosy wydawane paszczą wydają się nawet brutalniejsze niż sama muzyka, ale to po części wynika z brzmienia, bo chłopaki postawili na dużą czytelność instrumentów przy ograniczeniu niższych rejestrów.

Jeśli szukacie niewymuszonego death’owego napierdalania na dobrym poziomie i w nie do końca oklepanej formie, to śmiało możecie sięgnąć po debiut 3rd War Collapse – raczej się nie zawiedziecie. Ja na pewno będę wypatrywał następcy Damnatus. Kto wie – może już został nagrany kilka lat temu?


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/3rdwarcollapse

podobne płyty:

Udostępnij:

20 czerwca 2021

Aborted Fetus – Pyramids Of Damnation [2020]

Aborted Fetus - Pyramids Of Damnation recenzja okładka review coverZa sprawą Pyramids Of Damnation Aborted Fetus weszli na nowy poziom brutalności i sprawili, żeby odbiorcom kolana uginały się jeszcze przed pierwszym odpaleniem płyty. Nie widzę opcji, kiedy osoba zaznajomiona z twórczością zespołu widząc na wyświetlaczu 15 utworów w 65 minut nie stęknie z niemocy na myśl o konfrontacji z takim potworem. Co z tego, że Rosjanie nagrali swój najbardziej ambitny, urozmaicony i zaskakujący materiał, skoro już w połowie (opcja optymistyczna) duża część słuchaczy powie sobie – „dość!”?

Pyramids Of Damnation to zapewne najlepszy i najmocniej dopracowany album Aborted Fetus, choć od strony muzycznej ma najmniej wspólnego, z tym, z czego ten zespół był znany od początku. Czy to dobrze czy źle – trudno jednoznacznie stwierdzić; część fanów może być zawiedziona taką transformacją, inni natomiast docenią chęć rozwoju i odwagę przy wkraczaniu na nowe terytoria. Rosjanie ograniczyli czystą brutalność, zwolnili i wprowadzili do swej twórczości mnóstwo wpływów klasycznego death metalu oraz… elementy etniczne. Te ostatnie mają oczywiście związek z konceptem zawartym w tekstach (mitologiczne plagi egipskie), a sprowadzają się do plumkania bliskowschodnich melodyjek. Aborted Fetus nie mają tego wyczucia i rozmachu co Nile, bo nie skorzystali z żadnych egzotycznych instrumentów, ale skojarzenia z Amerykanami nasuwają się same. To jednak tylko dodatek (mimo iż zaskakująco często serwowany) do death metalowego rdzenia.

Zmianę podejścia do komponowania widać u Aborted Fetus chociażby w tym, jak bardzo urozmaicili i rozbudowali struktury utworów, już nawet abstrahując od ich ilości. Rosjanie w miarę możliwości mieszają w tempach i stylach, więc obok nowojorskiej nawalanki w typie Internal Bleeding czy wczesnego Dying Fetus trafiają się nawiązania do motorycznej mielonki a’la Bolt Thrower, Obituary czy Morta Skuld. Żeby było ciekawiej, w riffach częściej niż ostatnio pojawiają się jakieś melodie (albo ich zalążki), jest więcej solówek i momentów wytchnienia – po prostu sensownego grania. I chociaż słucha się tego całkiem fajnie, to z każdym kolejnym kawałkiem z coraz większą niecierpliwością zerka się na zegarek.

Z płyty na płytę Aborted Fetus starają się pokazać z coraz lepszej strony, podkreślić swoje rosnące umiejętności, ale na Pyramids Of Damnation jednak przedobrzyli. Albo przecenili wytrzymałość odbiorców, bo i taka opcja wchodzi w grę. Ja w każdym razie liczę, że następnym razem się opamiętają, bo 25 minut to dla nich optimum.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Abortedfetusbrutality/

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

14 czerwca 2021

Ad Nauseam – Imperative Imperceptible Impulse [2021]

Ad Nauseam - Imperative Imperceptible Impulse recenzja okładka review coverWłosi wyjątkowo wysoko zawiesili sobie poprzeczkę na „Nihil Quam Vacuitas Ordinatum Est”, toteż nikogo nie powinno dziwić, że na opracowanie następcy tamtego świetnego materiału potrzebowali sporo czasu. Minęło sześć lat, świat pognał do przodu, a wraz z nim Ad Nauseam. Czyżby zespół unowocześnił się na siłę? A skąd, po prostu nie poszedł na łatwiznę i nie nagrał kopii debiutu. Miast tego rozszerzył formułę swojego grania o nowe elementy, udowadniając wszem i wobec, że nie chce ograniczać się do powielania pomysłów innych kapel, bo zależy mu stworzeniu czegoś charakterystycznego tylko dla siebie.

Oczywiście Imperative Imperceptible Impulse nie jest albumem totalnie oryginalnym i niepozbawionym obcych wpływów, bo wiele z nich można bez trudu wskazać: Gorguts, Ulcerate, Gigan, które już były obecne na debiucie oraz Deathspell Omega, Pyrrhon czy Imperial Triumphant, które mocniej uwidoczniły się dopiero teraz. Chodzi bardziej o to, że Ad Nauseam potrafili na bazie tych inspiracji wykreować coś świeżego. Tym razem zespół skupił się wyłącznie na długich (choć niekiedy tylko pozornie – o czym za moment) utworach, w których zgrabnie połączył techniczną maestrię z ryjącym beret klimatem, a gwałtowne wybuchy brutalności z wysublimowanymi pasażami. Na Imperative Imperceptible Impulse nie ma mowy o kurczowym trzymaniu się jednego tempa czy nastroju dłużej niż przez kilkanaście sekund; dosłownie co chwilę musi pojawić się jakiś nowy skupiający uwagę motyw, który nagle zostaje zastąpiony innym, niekoniecznie nawet wynikającym z poprzedniego. Jak mieszać, to na całego!

Włosi odpowiedzialni za Ad Nauseam znakomicie utrzymują napięcie wewnątrz utworów i pilnują, żeby były atrakcyjne, nieszablonowe i wymagające, a przy tym częściej niż na „Nihil Quam Vacuitas Ordinatum Est” drażnią się ze słuchaczem, robiąc nagłe zwroty o 180 stopni i zarzucając go popieprzonymi rozwiązaniami aranżacyjnymi. Co istotne – dopiero ze słuchawkami na głowie można się przekonać, jak bardzo złożona i bogata w niuanse to muzyka; w zasadzie do każdego ucha dobiega coś innego. Imperative Imperceptible Impulse zapewnia fascynujące doznania i w piękny sposób nadpala zwoje mózgowe, a mimo to — podobnie jak debiut — ma zaskakująco niski próg wejścia, więc radochę z płyty można czerpać od pierwszego przesłuchania.

Długi proces powstawania Imperative Imperceptible Impulse miał związek nie tylko ze stopniem skomplikowania muzyki, ale również ze specyficznym podejściem do jej produkcji. Ad Nauseam ponownie postawili na zbudowany przez siebie sprzęt oraz tradycyjne techniki nagrywania – bez równania śladów, komputerowych poprawek czy korzystania z sampli. W dodatku całość nagrano i zmasterowano w HDR, więc krążek oferuje naprawdę bogate brzmienie, choć trzeba pamiętać, żeby dla odpowiedniego efektu solidnie podkręcić potencjometr.

Na Imperative Imperceptible Impulse przeszkadza mi tylko jedna rzecz – przydługie, sięgające nawet kilkudziesięciu sekund ambientowe wypełnienia między kolejnymi utworami. Owszem, niektóre z nich odpowiadają za klimat i początkowo budują napięcie, aaale po przekroczeniu pewnej granicy zaczynają zwyczajnie mierzić. To raz. Dwa jest takie, że przez nie całość wytraca jakże potrzebny impet, zwalnia – zamiast płynnie lecieć od uderzenia do uderzenia. Ten minus nie przesłania na szczęście plusów, bo tych jest na krążku bez liku. Ad Nauseam nagrali kapitalny, wyróżniający się materiał i byłoby zbrodnią, gdyby nie został należycie doceniony.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.adnauseam.it

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

4 czerwca 2021

Altarage – Succumb [2021]

Altarage - Succumb recenzja okładka review coverSuccumb był jednym z bardziej wyczekiwanych przeze mnie tegorocznych krążków, toteż nastawiłem się na coś wyjątkowego i w sumie coś wyjątkowego dostałem, choć chyba niedokładnie o to mi chodziło. Liczyłem na rozwinięcie formuły z „The Approaching Roar” – na większy rozmach, wyrazistość utworów i odrobinę wyrafinowania; że muzycy Altarage dorzucą do tej stylistyki coś od siebie, w końcu to już ich czwarty album. Tymczasem Baskowie podeszli to tematu zupełnie inaczej i stworzyli ponad godzinę gęstego i średnio czytelnego hałasu, w którym przede wszystkim rządzą skrajności i brak kompromisów. Czy to dobrze – tego nie wiem, bo płyta sprawia trochę kłopotów, niemniej jednak to na pewno nie jest kiepski materiał.

Pierwsze, co zwraca uwagę i w pewien sposób drażni, to nagłe, nieuzasadnione muzycznie przeskoki w „Negative Arrival”. Aż musiałem się upewnić, czy płyta nie jest porysowana – nie była. A może mój egzemplarz jest felerny? Porównałem z innymi – wszyscy tak mają. Na tym jednym kawałku się nie kończy, bo na Succumb Hiszpanie ochoczo korzystają z takich gwałtownych cięć – czy to wewnątrz utworów czy pomiędzy nimi. Jeśli ten zabieg miał rozpraszać, dezorientować i pogłębiać dźwiękowy mętlik, to spełnił swoje zadanie. Ponadto zespół nie uznaje półśrodków, więc albo napiera szybko i chaotycznie albo wolno i monotonnie, albo szaleńczo mieszają albo mielą w sposób jednowymiarowy. Momentami naprawdę trudno się połapać, o co im chodzi, ale jako że muzycy Altarage mają już sporo doświadczenia (o ile oczywiście to ciągle ci sami), należy założyć, że grają tak bo chcą, a nie dlatego, że tak im akurat wychodzi.

W każdym razie target Succumb wydaje się być dość wąski i są to głównie zapaleni miłośnicy Portal, Abyssal czy Mitochondrion, czyli zespołów, które nie przywiązują wielkiej wagi do przejrzystości struktur, melodii, technicznych ornamentów czy krystalicznego brzmienia. Pod tymi względami „The Approaching Roar” był albumem znacznie bardziej przystępnym i dookreślonym. Z perspektywy fana death metalu na Succumb najbardziej pasuje mi „Magno Evento”, bo w nim dzieje się najwięcej ciekawych rzeczy, jest najlepiej poukładany wewnętrznie, ma trochę fajnych nawiązań do Morbid Angel, a nawet quasi-solówkę. Innymi słowy jest najbliższy temu, co kojarzymy z terminem death metal. Podobny poziom trzymają bardzo mocne „Inwards” i „Drainage Mechanism”, natomiast już „Maneuvre”, „Lavath” czy „Watcher Witness” (ach, te piękne dzikie przyspieszenia!) trzeba pierwej oddzielić od hałasu, żeby dotrzeć do ich ciekawego rdzenia. Interesującym przypadkiem jest jeszcze 21-minutowy „Devorador de mundos”, który zaczyna się naprawdę potężnie i rozbudza apetyt na coś epickiego (może i nowatorskiego), ale po kilku minutach rozmywa się w monotonny noise i jest z tego tyle pożytku, co z gender studies. Altarage mogli zakończyć Succumb z przytupem, a jednak postawili na usypianie.

Wspomniane już wyżej skrajności sprawiają, że ocena tej płyty nie należy do najłatwiejszych. Obok siebie występują fragmenty wgniatające w ziemię i niemal (intencjonalnie?) denerwujące, w dodatku całość brzmi dość mętnie i niechlujnie (nigdzie nie chwalą się, gdzie i z kim nagrywali Succumb), no i ciężko się połapać, według jakiego klucza muzycy Altarage składali ten materiał do kupy.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ALTARAGE/

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

26 maja 2021

The Beast Of Nod – Multiversal [2021]

The Beast Of Nod - Multiversal recenzja okładka review coverAmerykanie z The Beast Of Nod swoim debiutem sprzed trzech lat narobili w pewnych kręgach sporego zamieszania, choć tak naprawdę nie wybiegali zbytnio ponad to, co z powodzeniem robią kapele z The Artisan Era, a wyróżniać ich mógł co najwyżej rozbudowany koncept sci-fi w tekstach. Minęło trochę czasu, zespół baaardzo wyraźnie rozwinął się technicznie i kompozytorsko i dlatego Multiversal początkowo może… odpychać. Jestem w stanie to zrozumieć i myślę, że wcale nie jest to powód do wstydu, więc jeśli dla kogoś synonimem „na bogato” jest zestaw powiększony w maku, to może sobie bez żalu odpuścić ten krążek.

Na „Vampira: Disciple Of Chaos” The Beast Of Nod zaproponowali muzykę na wysokim poziomie, ale w stosunkowo powszechnej stylistyce – coś, co podłapywało się raczej z marszu, bo wyglądało i brzmiało znajomo; natomiast w przypadku Multiversal nie ma już tak lekko – na tej płycie wykonali krok ku oryginalności. Zespół zagęścił i rozbudował struktury utworów znacznie ponad średnią gatunkową (szczególnie pilnując się, żeby nie powracać do już raz wykorzystanych motywów), ponadto wprowadził do nich masę nowych elementów, podkręcił tempo (co nie było specjalnie trudne – za perkusją usiadł Marco Pitruzzella) i dopakował całość szalonymi popisami solowymi.

Wszystko śmiga, pizga i robi masę zamętu. Innymi słowy na Multiversal dzieje się dużo, bardzo dużo, a momentami chyba nawet za dużo, więc materiał może niekiedy przytłaczać. Muzyka The Beast Of Nod jest zajebiście urozmaicona, wręcz przeładowana rozmaitymi frazami, które przenikają się na kilku płaszczyznach, a co za tym idzie – bywa mało komunikatywna. Czegoś takiego nie słucha się w celach rekreacyjnych. Przedarcie się przez kolejne warstwy i wyrobienie sobie lepszego oglądu całości wymaga trochę czasu, a nie każdy będzie w stanie poświęcić płycie aż tyle uwagi i cierpliwości (zwłaszcza, że trwa 50 minut), więc haczyki w postaci solówek Joe Satrianiego czy Michaela Angelo Batio (postarali się, trzeba im to przyznać) mogą być za małą zachętą nawet dla wielbicieli trzepanki.

Muzycy The Beast Of Nod stworzyli kawał ambitnej i dość nieprzystępnej (świadomie lub nie – trudno zgadnąć) jazdy, która powinna zapewnić co bardziej wytrwałym odbiorcom sporo okazji do rozkminy, a później – do estetycznych uniesień. Mniej wkręceni fani pewnie po pierwszej minucie „Flight Of The Quetzalcoatlus” zatęsknią za wolniejszym i mniej pojebanym graniem z debiutu.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: thebeastofnod.com
Udostępnij:

19 maja 2021

Thoren – Gwarth II [2020]

Thoren - Gwarth II recenzja okładka review coverTrzecia płyta w dorobku Thoren to materiał, któremu nie poświęcę zbyt dużo miejsca i to wcale nie dlatego, że trwa zaledwie 26 minut. Problemem nie jest również jego jakaś wyjątkowa kupiastość, bo kupą sensu stricto nie jest. W przypadku Gwarth II rozchodzi się o to, jak niewiele zawartość krążka ma wspólnego z celami, jakie postawił przed sobą zespół. Amerykanie wymyślili sobie, że muzyka na tym wydawnictwie będzie szalona, skomplikowana, niesamowicie urozmaicona i zaskakująca (tylko przez grzeczność nie wspomnę, do kogo chcą być porównywani), a jest – po prostu boleśnie nijaka.

Jako że nigdy nie miałem styczności z Thoren, podszedłem do zespołu bez uprzedzeń i… zostałem całkiem pozytywnie zaskoczony, bo chaotyczna jazda w pierwszym kawałku zapachniała szaleństwami w stylu Cephalic Carnage. Będzie ostro! Niestety, wszystko co dobre, szybko się kończy, więc po upływie dwóch minut (!) fajne wrażenie rozmyło się w cholerę. Zespół nielicho kombinuje, tego mu nie można odmówić, momentami (liczonymi dosłownie w sekundach) gra nawet jak zbrutalizowana Dysrhythmia, sęk w tym, że całości brakuje wyraźniej zaznaczonej myśli przewodniej czy choćby dostępnych dla słuchacza punktów zaczepienia, więc koniec końców trudno stwierdzić, czemu służą i dokąd prowadzą te wymyślne wygibasy. Praktycznie cały Gwarth II to jałowe rzeźbienie w może i technicznych, ale nieciekawych i niemożliwych do zapamiętania riffach, z których nic konkretnego nie wynika. Brzmi to jak nagrywany na kaseciaku (swoją drogą produkcja jest wyjątkowo płaska) zestaw niepowiązanych z sobą ćwiczeń na rozgrzanie paluchów.

Z zasady nie mam nic przeciwko instrumentalnym płytom z progresywnym death metalem — choćby taki Essence Of Datum bardzo mi się podoba — jednak w wykonaniu Thoren to się w ogóle nie sprawdza. Mam za sobą przynajmniej kilkanaście przesłuchań Gwarth II, a i tak nie potrafię przywołać z pamięci nawet jednego motywu. I to niekoniecznie jakiegoś dobrego – po prostu jakiegoś. Kompletnie bezbarwny album.


ocena: 3/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ThorenDeath
Udostępnij:

13 maja 2021

Carcass – Despicable [2020]

Carcass - Despicable recenzja okładka review coverZdążyliśmy już niestety przywyknąć do tego, że Wielkie Zespoły lubią w jakiś czas po premierze płyty wydać tzw. materiał „uzupełniający”, będący w istocie odpadami z sesji longpleja. Carcass nie są tu żadnym chlubnym wyjątkiem. W chwilę po nieudanym „Surgical Steel” wypuścili służący nie wiadomo czemu (czyli wiadomo czemu) „Surgical Remission / Surplus Steel”, by później zebrać to wszystko do kupy (słowo-klucz) jako „complete edition”. Teraz Brytole poszli w awangardę i opublikowali zlepek odpadów z… nadchodzącej płyty – rzekomo po to, żeby przeczekać pandemię.

Niezależnie od tego, jak bardzo byłby naciągany pomysł na Despicable, najważniejsza w tym wszystkim powinna być muzyka, a z tą naprawdę nie jest za wesoło. Ja rozumiem, że cały sens odpadów polega na tym, że są gorsze od tego, co ostatecznie trafia na płytę, więc nie należy spodziewać się po nich cudów, no ale, kurwa, są jakieś granice. Z pewnym trudem mogę wybaczyć Wielkim Zespołom granie na sentymentach i ucieczkę w autoplagiat, ale nie autoparodię, a właśnie w coś takiego bawi się tutaj Carcass. Podobnie jak na „Surgical Steel”, trzon Despicable stanowi kaleki death ’n’ roll z rozmemłanymi melodyjkami i nawalanymi od czapy blastami, które mają nadawać tym baaardzo nieskładnym popierdółkom pozory brutalności. Zupełnie nie pojmuję, czemu Anglicy w dalszym ciągu nie potrafią się zdecydować, co konkretnie grać, więc z uporem maniaka próbują wszystkiego po trochu. Niestety, jest to podane w tak ułomnej i groteskowej formie — zwłaszcza te nawiązania do „Swansong” w „The Long And Winding Bier Road” i „Slaughtered In Soho” — że ręce opadają.

Plusy Despicable? Ech… produkcja jest w porządku (choć jak na mój gust gitarom brakuje ciężaru), warsztatowo muzycy Carcass dają radę, wokal Walkera to ciągle pierwsza klasa, a w „Under The Scalpel Blade” (podpisany jako „album version” – to chyba miał być wabik na fanów) są ze dwa niezłe riffy i spoko przyspieszenie. To jednak w żaden sposób nie nastraja mnie optymistycznie przed nadchodzącym materiałem. Pewne pocieszenie znajduję w tym, że może niedługo na Ojców Założycieli spłynie opamiętanie i rozwiążą zespół, zanim dojdzie do premiery.


ocena: -
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/OfficialCarcass

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

8 maja 2021

Asphyx – Necroceros [2021]

Asphyx - Necroceros recenzja okładka review coverHmm… może to i niespecjalnie true-oldskulowa postawa, ale jakoś nie wypatrywałem następcy „Incoming Death”. Przez ostatnie lata doszedłem bowiem do wniosku, że mam dostatecznie dużo starych krążków Asphyx, więc nowe wcale nie są mi potrzebne do szczęścia. Zwłaszcza że nie mam co liczyć na muzykę w stylu i na poziomie „The Rack”, „On The Wings Of Inferno” czy „Asphyx” – to se ne vrati. W związku z powyższym premiera Necroceros zupełnie nie podniosła mi ciśnienia, a sam album nabyłem z ociąganiem i w zasadzie tylko celem uzupełnienia kolekcji. Niech będzie pochwalone moje zblazowanie, bo z zaskoczenia dostałem najlepszy materiał Holendrów od momentu ich powrotu na scenę!

Dość długa przerwa między kolejnymi wydawnictwami — pogłębiona przez pandemię — paradoksalnie wyszła zespołowi na zdrowie. Asphyx mogli bez pośpiechu zająć się selekcją riffów i dopracowywaniem pomysłów w najmniejszych szczegółach – i to słychać w tych wyrazistych utworach. Mimo iż album trwa aż 50 minut, trudno tu wskazać na kawałki czy nawet fragmenty będące ewidentnymi zapychaczami. Na Necroceros każdy motyw wydaje się mieć uzasadnienie i być na swoim miejscu, a wszystkie jako całość dobrze zazębiają się ze sobą i nie raz przynoszą coś odświeżającego. Ma to związek z tym, że momentami w muzyce jest niewiele grania typowego dla Asphyx, a jego miejsce zajmują bezpośrednie odniesienia do Hail Of Bullets (czyżby to niewykorzystane pomysły Baayensa?) czy Bolt Thrower, co przejawia się głównie w odmiennym feelingu. Nie potrafię jednoznacznie ocenić, czy to dobrze czy źle, ale słucha się tego z przyjemnością. Oczywiście wciąż mamy do czynienia z klasycznym dla Holendrów podziałem na numery szybkie, wolne i te w średnich tempach, przy czym tych ostatnich jest chyba najwięcej, są też melodyjne jak nigdy dotąd. Swoją drogą ta bezpośrednia chwytliwość rzuca się w uszy już od pierwszych taktów „The Sole Cure Is Death”, a najmocniej daje o sobie znać w rozbudowanym i może nawet progresywnym jak na Asphyx „Three Years Of Famine” (to o chińskich metodach walki z otyłością) oraz w krótkim, treściwym i dla odmiany głupawym „Botox Implosion”. Ponadto ciekawym przypadkiem jest tytułowy „Necroceros”, którego początek baaardzo kojarzy się z venomowskim „Warhead”.

Kolejna wyraźna zmiana zaszła w kwestii produkcji. Necroceros to pierwszy od wielu lat album Asphyx, którym nie zajmował się Dan Swanö. Miks i masteing powierzono Sebastianowi Levermannowi, czyli człowiekowi siedzącemu na co dzień w… niemieckim power metalu. Ryzyko się opłaciło, bo dźwięk nie jest tak skompresowany, jak na trzech wcześniejszych płytach, zyskał natomiast na klarowności. Ciężar pozostał raczej bez zmian, choć akurat van Drunen upiera się, że to ich najbardziej wgniatający materiał.

Nie byłem o tym przekonany, ale okazuje się, że Asphyx na stare lata (to już 30 od debiutu!) wcale nie wymięka i wciąż potrafi dać sporo radości. Fakt, nie zawsze w duchu klasycznych dokonań, ale ciągle na naprawdę wysokim poziomie.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: asphyx.nl

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

2 maja 2021

Therion – Leviathan [2021]

Therion - Leviathan recenzja okładka review coverNo, no, no… zanim się człowiek obejrzał, od ostatniej normalnej płyty Therion upłynęło ponad dziesięć lat! Ech, trzeba było przeszło dekady mniej lub bardziej nieudanych eksperymentów i mnożenia zapchajdziur, żeby Christofer wreszcie przypomniał sobie, że gdzieś tam istnieją także normalni fani, którzy niekoniecznie są wielbicielami francuskiego vintage popu tudzież są skłonni przez trzy godziny siedzieć z nosem w libretcie. To właśnie dla takich ludzi przedsiębiorczy Szwed przygotował 45 minut materiału jednoznacznie nawiązującego do tego, co kiedyś podobało się wszystkim, a jemu przyniosło bodaj najwięcej kasiorki – bliźniaków „Lemuria” i „Sirius B”.

W rezultacie dostaliśmy powrót do „piosenkowego” oblicza Therion, z niemal wszystkimi jego charakterystycznymi cechami, tyle że niestety na niższym poziomie i w rażąco budżetowej oprawie. Leviathan jest dość spójny od strony muzycznej (bo lirycznie to miszmasz dorównujący bliźniakom), ale przy tym nierówny i mocno odtwórczy. W odstawkę poszły rozbudowane formy i rozmach znane z „Sitra Ahra”; praktycznie wszystkie utwory oparto na prostym schemacie zwrotka-refren z jakimś, nie zawsze obecnym, minimum urozmaiceń. Oczywiście nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że zespół zbyt często popada w straszne banały, balansuje na granicy autoplagiatu albo zalewa słuchacza słodkimi melodiami.

Poza tym odnoszę wrażenie, że Leviathan to krążek z lekka przegadany, co znajduje odbicie zwłaszcza w przydługiej liście zaproszonych (opłaconych?) wokalistek i wokalistów. Ponadto Christofer do dyspozycji miał jeszcze (półamatorski?) chór składający się z około 30 osób płci obojga. W tym także nie widziałbym problemu, gdyby nie dyskusyjny poziom niektórych gości. W „Tuonela” zespół sięgnął po fińską tematykę, skoczne fińskie klimaty, więc z rozpędu i wokalistę ściągnął stamtąd – padło na Marco Hietalę (tak, to ten z Tarot i Nightwish) z jego wkurwiającymi zaśpiewami. Dalej – niejaka Taida Nazraić chyba nie do końca radzi sobie z angielskim, bo jej akcent (szczególnie w „Die Wellen der Zeit” – to taka ogniskowa mruczanka) jest co najmniej zastanawiający. Jeszcze gorzej wypada Rosalía Sairem, która ewidentne braki w technice próbuje zamaskować forsując głos, a zaangażowano ją chyba tylko ze względu na znajomość hiszpańskiego. Co znamienne – to właśnie ją słychać w dwóch najsłabszych numerach na płycie. Najbardziej do myślenia daje jednak to, że dla nominalnej wokalistki Lori Lewis — najlepszej, jaką Therion kiedykolwiek miał w składzie — znalazło się miejsce tylko w czterech utworach. Żeby tak marnować jej potencjał? Niepojęte!

Sama muzyka z Leviathan broi się nawet nieźle, choć niektóre fragmenty mają tyle wspólnego ze świeżością co Bosak z Ludowym Frontem Wyzwolenia Judei. Naprawdę dobrze wypadają „Psalm Of Retribution” i „Nocturnal Light”, czyli utwory, w których zachowano przynajmniej pozory poważnego klimatu – są dłuższe niż wynosi średnia albumu, mają kiedy się rozwinąć, więcej w nich subtelności i są ciekawiej zaaranżowane. Na plus zaliczam także stosunkowo żwawy „Aži Dahaka” z fajnymi odniesieniami do „Theli” (i pomimo odniesień do disneyowskich kreskówek) oraz dość ciężki jak na standardy Leviathan „Eye Of Algol” (pomimo wycia wokalistki). Zgodnie z tradycją „Vovin” i „Deggial” wciśnięto tu także kawałek powerowy, „Great Marquis Of Hell”, który na pewno spasuje miłośnikom patataj spod znaku Rhapsody. Ogólnie muzyka jest miła, lajtowa, bardzo melodyjna i niezbyt wymagająca – taka dla mas. No i niestety, jak na produkt dla mas, brzmi… tanio; zwłaszcza cała symfonika, którą wyciśnięto z klawiszy, nie zaś z żywej orkiestry. Jakoś mi to nie pasuje do zespołu tej klasy.

Skoro nadszedł czas na podsumowanie, to podzielę się z wami pewną zaskakującą ciekawostką. Leviathan wchodzi całkiem dobrze – z każdym kolejnym przesłuchaniem coraz lepiej. I choć te słabsze numery niczego z czasem nie zyskują, to łatwiej przejść nad nimi do porządku dziennego, by cieszyć się z garstki hajlajtów. Koniec końców cały materiał jest czymś na kształt guilty pleasure – w sumie wstyd go słuchać w obecności świadków, jednak ogólnej przystępności odmówić mu nie można.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.therion.se

inne płyty tego wykonawcy:






Udostępnij:

24 kwietnia 2021

Cerebral Effusion – Idolatry Of The Unethical [2014]

Cerebral Effusion - Idolatry Of The Unethical recenzja okładka review coverCerebral Effusion, jeśli bierzemy pod uwagę aktywne kapele, należy do najbardziej znanych i cenionych na świecie przedstawicieli hiszpańskiego death metalu. U siebie w kraju są już weteranami, dorobili się statusu mistrzów gatunku i niewiele brakuje, żeby ludzie nosili ich na rękach. Wszystkie te peany pod ich adresem są, a i owszem, do zaakceptowania, ale tylko pod warunkiem, że stosuje się punkty za pochodzenie. U nas takie lewackie wynalazki nie przechodzą, a średniak pozostaje średniakiem, choćby nawet wykiełkował z kokosa na Zanzibarze.

Idolatry Of The Unethical to czwarty i obiektywnie najlepszy album w dorobku Hiszpanów. Jeeednak… znaczy to po prostu tyle, że można go słuchać bez większego bólu, ale i bez nadziei na jakiekolwiek estetyczne uniesienia. Dostajemy tu 33 minuty poprawnie poskładanych fascynacji Disgorge i Devourment i w zasadzie niewiele więcej, bo ambicje Cerebral Effusion najwyraźniej kończą się na możliwie wiernym odgrywaniu cudzych patentów. Muzycy dysponują niezłym warsztatem (zwłaszcza perkusista Eihar), mają niczego sobie produkcję i łapią ogólną ideę takiego grania, ale nie potrafią (albo nie chcą) w jej ramach stworzyć czegoś wychodzącego poza najbardziej oklepane schematy.

W każdym z siedmiu utworów na Idolatry Of The Unethical trafiają się jeden-dwa naprawdę porządne riffy, tylko z niewiadomych względów zespół zawsze stara się je obudować motywami monotonnymi do wyrzygania, jakby ich głównym celem było zabicie wszelkich przejawów dynamiki. I to właśnie te proste, nudne i niewiele się od siebie różniące riffy są najmocniej wyeksponowane i służą za podstawę kompozycji, więc — pomimo licznych urozmaiceń wprowadzanych przez wspomnianego już perkmana — po chwili cały materiał staje się cholernie jednowymiarowy. Pewne przebłyski kreatywności pojawiają się w „Consummation” i „Lingering Pulse Of Laceration”, ale to ciągle za mało, by Cerebral Effusion mogli na dłużej skupić uwagę słuchacza.

Żebyśmy się dobrze zrozumieli, Idolatry Of The Unethical wcale nie jest kiepskim albumem, jest po prostu makabrycznie typowy i przewidywalny. Jeśli nie macie zbyt wygórowanych wymagań co do brutalnego death metalu, to propozycja Hiszpanów będzie do zaakceptowania – muzyka zasadniczo trzyma się kupy i brzmi dobrze.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalna strona: www.cerebraleffusion.com

Udostępnij:

20 kwietnia 2021

David Vincent, Joel McIver – Uwolnić furię. I Am Morbid [2021]

David Vincent, Joel McIver - Uwolnić furię. I Am Morbid recenzja okładka review coverSkoro dwudziestoletni piłkarze z naszej pastwiskowej ligi trzaskają autobiografie jak pojebani, to nie widzę nic dziwnego w tym, że — już w wolnym świecie — podejście do takiej książki zrobił ktoś, kto dla odmiany ma w życiu jakieś osiągnięcia. W ten sposób — i z tajemniczym współudziałem wielbionego na Wyspach Brytyjskich Joela McIvera — powstała autobiografia jednego z najbardziej charyzmatycznych i rozpoznawalnych wokalistów w dziejach death metalu – Davida Vincenta. Uwolnić furię opatrzył wstępem znajomy autora – astrofizyk Matt Taylor, członek Europejskiej Agencji Kosmicznej. Za polską edycję odpowiada wydawnictwo In Rock, które zadbało o efektowny wygląd publikacji (twarda oprawa, kolorowa wkłada ze zdjęciami) i minimalny poślizg względem wersji angielskiej.

Warto zwrócić uwagę na podtytuł książki, bo wbrew pozorom jest dość istotny i wpływa na jej odbiór. Dziesięć nauk płynących z ekstremalnego metalu, outlaw country i mocy samostanowienia. Te dziesięć lekcji to nic innego, jak rozdziały dotyczące kolejnych etapów życia artysty – od dzieciństwa i lat szkolnych, przez karierę w Morbid Angel, naukę empatii jako taksówkarz i poszukiwanie zen w górach Karoliny Północnej, po promocję i plany rozwoju Vltimas. Ostatni rozdział to zbiór krótkich i dość ogólnych refleksji na tematy wszelakie – pieniędzy, polityki, religii, podróżowania czy spędzania czasu na świeżym powietrzu. Na zakończenie każdej „lekcji” (z wyjątkiem ostatniej) dostajemy tłumaczenia paru tekstów wraz z opisem ich znaczenia i okoliczności powstania oraz — i tu robi się dziwnie — krótkie podsumowanie w formie złotych myśli, dobrych rad czy gadki motywacyjnej, co pasuje bardziej do jutubowego coacha albo trenera personalnego, nie zaś pogańsko-satanistycznego rebelianta i gwiazdy rocka. Jeśli zatem nie posiedliście tej wiedzy w podstawówce, od Davida dowiecie się, że trzeba jeść owoce i warzywa, nie przesadzać z narkotykami, ostrożnie prowadzić i być pozytywnie nastawionym do życia… Pamiętaj czytelniku, jesteś zwycięzcą!

Zgodnie z oczekiwaniami duża część książki dotyczy działalności Vincenta w i wokół Morbid Angel, dzięki czemu mamy okazję poznać pewne sporne kwestie z jego perspektywy i porównać je z oficjalnymi wersjami, bo przez lata nazbierało się wokół nich trochę niejasności. Ot choćby to, że David wcale się nie palił do tego, żeby zostać wokalistą, czy że to nie on odpowiada za wywalenie Ortegi i Browninga (ale niejako potwierdza, że od początku nie przepadali za sobą z tym drugim). Interesująca jest również otoczka — czy raczej jej brak — pierwszego rozstania Vincenta z zespołem. Ponoć odszedł z własnej woli po wywiązaniu się z zobowiązań promocyjnych, nie zaś został wyrzucony przez nazistowskie sympatie (jak ktoś chce, to i tak może zinterpretować pewne fragmenty) czy sławne „nieodpowiednie” teksty. Szacunek dla Davida, że po latach potrafił się przyznać do przerostu ego i swojego bucowatego zachowania w tamtym okresie, co miało być rezultatem czerpania energii z permanentnego podkurwienia. Wariactwa za starych czasów to jednak pikuś przy kulisach prac nad „Illud Divinum Insanus”. Okazuje się bowiem, że powinniśmy się cieszyć, że płyta wyszła tak, jak wyszła (czyli do dupy), bo mogło być znacznie, znacznie gorzej. Wyłania się z tego nienajlepszy obraz Treya, który najpierw naznosił na próby jakiegoś gówna (w formie dubstepu), a gdy materiał był już nagrany, umył od niego ręce. A potem ręce opadły słuchaczom.

Co znamienne, Vincent wyjątkowo oszczędnie opisuje swoje życie poza muzycznym biznesem, zwłaszcza rodzinne — czy to dzieciństwo czy małżeństwo z Gen — za co w sumie mu chwała, bo nic nam do tego. Pomija także wszelkie krążące o nim plotki (ani słowa o Marku Andersonie) i co bardziej kontrowersyjne tematy, więc jeśli ktoś spodziewał się pikantnych historyjek i publicznego prania brudów, to raczej się zawiedzie. O wiele więcej dowiadujemy się o ewolucji jego światopoglądu, pasjach (instrumentach, polowaniach, starych samochodach, szybkich motocyklach) i kłopotach/zaburzeniach zdrowotnych, z którymi zmaga się do dziś.

Uwolnić furię to bez wątpienia interesująca i dość wciągająca lektura, wszak autor należy do wyjątkowo barwnych postaci i niejednego w życiu spróbował (heh…), choć może nie jest na tyle wylewny, na ile byśmy chcieli. No, chyba że celowo zostawił sobie jakiś „ostrzejszy” materiał na drugą część… Ponadto pewnie nie każdemu przypadnie do gustu poradnikowo-moralizatorska formuła książki z typowo amerykańską propagandą sukcesu (praktycznie nie ma takiej dziedziny, w której autor by sobie świetnie nie radził) i Wujkiem Dobra Rada na czele – taki Osho dla metalowców. Dla mnie najważniejsze jest jednak to, że jest tu mnóstwo treści, które rzadko pojawiały się w normalnych wywiadach tudzież nie poruszano ich wcale. Wyobrażaliście sobie kiedykolwiek Vincenta w Death?…


demo
oficjalna strona wydawcy: inrock.pl
Udostępnij:

17 kwietnia 2021

Abnormal Inhumane – Consuming The Infinity [2016]

Abnormal Inhumane - Consuming The Infinity recenzja okładka review coverTen grecki zespół zaliczył dyskretny, choć całkiem przyzwoity debiut, na którym zaprezentował podziemną (brzmienie…) i uproszczoną wersję tego, co ongiś grali Hate Eternal czy — bardziej aktualnie — ich krajanie z Inveracity i Mass Infection. Wstydu nie robili, lecz była to jedynie rozgrzewka przed tym, co przygotowali na krążku numer dwa. Muzyka na Consuming The Infinity jest równie nieoryginalna i wtórna, co na „Disgusting Cruelty Of Homicide”, jednak jej poziom już robi wrażenie. Abnormal Inhumane poprawili się w absolutnie każdym aspekcie — mimo iż niektórym nie spodobała się zmiana tematyki z krwawej na kosmiczną — i zasłużenie awansowali do europejskiej czołówki takiego łomotu. Przynajmniej w teorii.

Consuming The Infinity to w stu procentach brutalny amerykański death metal, dla którego bazą są dokonania Gorgasm, Dying Fetus i Disgorge, a z którym tak dobrze radzą sobie zwłaszcza europejskie kapele (Disavowed, Pyaemia, Defeated Sanity, Arsebreed, Despondency, Human Mincer…). Grecy nie wprowadzają do tego stylu ani grama zauważalnych innowacji, nie robią też niczego, żeby ich materiał był urozmaicony ponad średnią gatunkową, a i tak wchodzą bez popitki. Czemu? Ano ze względu na świetnie dobrane proporcje między czystą sieczką, technicznymi łamańcami a chwytliwością. Przy pierwszym kontakcie z muzyką Abnormal Inhumane wszystko wydaje się w niej bardzo oczywiste, podane na tacy i totalnie przewidywalne. To tylko pozory, bo wraz z kolejnymi przesłuchaniami na powierzchnię wychodzą wcześniej nieodkryte elementy, a utwory nabierają fajnej głębi. Jednocześnie Grecy ani na sekundę nie odchodzą od sprawdzonej formuły, produkując zacny napierdol.

Produkcja materiału nie budzi moich najmniejszych zastrzeżeń – Consuming The Infinity brzmi mocno i selektywnie, zadbano o dobry balans między instrumentami a wokalami, więc muzyka nie traci niczego na dynamice, gdy przychodzi do najbardziej intensywnych fragmentów. Innymi słowy pod względem realizacji Grecy zostawili debiut daleko w tyle.

Jeśli chodzi o Abnormal Inhumane, tylko jedna kwestia nie daje mi spokoju – czemu, do kurwy nędzy, po tak udanym krążku (w dodatku w dość popularnej wytwórni) zespół nie zyskał nie tyle nawet zasłużonego, co jakiegokolwiek rozgłosu. Ich kariera powinna nabrać rozpędu, a tu dupa.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: /www.facebook.com/abnormalinhumaneofficial/

podobne płyty:

Udostępnij:

10 kwietnia 2021

Mass Infection – The Age Of Recreation [2009]

Mass Infection - The Age Of Recreation recenzja okładka review coverMass Infection dali się poznać szerszej publiczności (ta hiperbolizacja była niezamierzona) za sprawą „Atonement For Iniquity” z 2007 roku, na którym w co lepszych fragmentach zespół ocierał się nawet o przeciętność. Od dołu… Rok później Grecy wymienili perkusistę i już z nim w składzie zmajstrowali całkiem przyzwoite czteroutworowe promo, które zapewniło im kontrakt z Pathologically Explicit Recordings. To właśnie dla Hiszpanów zespół nagrał przełomowy The Age Of Recreation – tym materiałem jednoznacznie zdefiniowali styl i stworzyli zalążki własnego brzmienia.

Jak się okazało, muzycy Mass Infection w krótkim czasie dokonali ogromnego skoku jakościowego i z kapeli, której przy odrobinie samozaparcia dało się jako tako słuchać, przekształcili się w sprawną maszynę do zabijania klasycznie pojmowanym death metalem. Pomysł Greków na granie jest tu banalnie prosty: biorą trzy-cztery zaczepne riffy i podkładają pod nie blasty, gdzieniegdzie wzbogacając tę napierduchę pochodami na dwie miarowo pykające stopy. Mass Infection zwykle potrzebują dwie-trzy sekundy na rozruch, a potem już jaaadą. Jeśli to możliwe – na złamanie karku.

Na The Age Of Recreation nie brakuje pewnych zbieżności z Inveracity (sprowadzają się głównie do szybkości i patentów na dynamizowanie utworów, bo na pewno nie wymiatają aż tak technicznie), Requiem (podobny poziom chwytliwości riffów przy zachowaniu brutalności i czytelności), Hate Eternal (selektywność brzmienia przy zabójczych tempach) czy Malevolent Creation (motoryka jak z najlepszych płyt z Marquezem i Culrossem), jednak nie widzę w tym żadnego problemu, bo jak czerpać inspiracje, to od najlepszych. Istotne jest to, że w wykonaniu Mass Infection te zapożyczenia dobrze się sprawdzają i pasują do siebie, a przy okazji sprawiają dużo radochy.

Utwory na The Age Of Recreation śmigają jeden po drugim bez najmniejszych przestojów – bardzo płynnie i naturalnie, ponieważ po pierwsze mają stosunkowo proste i przejrzyste struktury, a po drugie – są pozbawione dłużyzn, zapychaczy i innych udziwnień, które mogłyby zmniejszyć siłę ich rażenia. Pomimo pozornej jednorodności, w opisywany materiał upchnięto także drobne urozmaicenia, choćby odrobinę nieporadnie zagrane solówki. Ale… jeśli mam być szczery, wszystkie te dodatki giną pod naporem blastów i koniec końców całość sprowadza się do gęstej sieczki. Czy to przeszkadza? Ano nie. Tym bardziej, że Mass Infection stworzyli tu świetną bazę pod jeszcze mocniejsze albumy.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Mass-Infection/129646357120635

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

3 kwietnia 2021

Ectoplasma – White-Eyed Trance [2019]

Ectoplasma - White-Eyed Trance recenzja okładka review coverTo się nazywa wiara w twórczy potencjał! Nie dość, że Grecy — dzieląc obowiązki między Ectoplasma a Vultur — z zadziwiającą częstotliwością wypuszczają nowe wydawnictwa, to za każdym razem starają się poprawić, podejść do tematu nieco inaczej czy też zaproponować coś nowego. I dobrze na tym wychodzą, zważywszy na to, że poruszają się w dość ograniczonych ramach gatunkowych. Nie powinno zatem zaskakiwać, że White-Eyed Trance nie przynosi żadnych drastycznych zmian stylu, a jednocześnie nieznacznie przewyższa poprzednie materiały.

Panowie z Ectoplasma skupili się na pomniejszych usprawnieniach aranżacyjno-realizacyjnych (ot choćby brzmienie jest mocniejsze) i to w zasadzie tyle, jeśli chodzi o rozwój. W ich przypadku właśnie tyle wystarczy, bo po co na siłę naprawiać coś, co się od początku znakomicie sprawdza. Przy okazji to wybitnie komfortowa sytuacja dla fanów zespołu, bo mają pewność, że materiał spełni ich oczekiwania. I tak jest z White-Eyed Trance – zachowano oldskulowy klimat, kiczowatą otoczkę i uwielbienie dla starego death metalu, jednakże ze względu na optymalną długość (43 minuty) i wysoki poziom chwytliwości krążek wchodzi lepiej/szybciej niż „Cavern Of Foul Unbeings”. Wszystko rozbija się o detale i coraz lepsze wyczucie kompozytorskie.

Utwory na trzecim albumie Ectoplasma są zwarte i bardzo treściwe, a fajna motoryka i umiejętnie dawkowane nawiedzone melodie sprawiają, że dobrze się sprawdzają jako podkład do wywijania czerepem, o ile komuś jeszcze organizm na to pozwala. Mniej lub bardziej oczywiste wpływy klasyków (Malevolent Creation, Incantation, Sinister, Napalm Death…) pojawiają się na White-Eyed Trance co kilka riffów, ale całość zmontowano tak spójnie, że nikt nie ma prawa do narzekań. Grecy po prostu znają różnicę między inspiracją a zrzynką i nie zapędzają się za daleko z zapożyczeniami. No i nie da się ukryć, że taki death metal w ich wykonaniu brzmi zajebiście autentycznie. Pewnym, w dodatku naciąganym, minusem jest cover Devastation — sam w sobie pierwsza klasa — który stylistycznie mocno odstaje od autorskich kawałków.

Koniec końców Ectoplasma nie zawodzi i nic nie wskazuje, żeby to się miało zmienić w przyszłości. Zatem jeśli choć raz zaliczyliście udany kontakt z ich muzyką, White-Eyed Trance możecie brać w ciemno.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Ectoplasma-1579524392276613/

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij: