29 grudnia 2021

Abythic – Dominion Of The Wicked [2021]

Abythic - Dominion Of The Wicked recenzja okładka review coverPo dwóch udanych płytach utrzymanych w „okołoszwedzkim” stylu Abythic postanowili sprawdzić się w muzyce o wiele bardziej ambitnej, wymagającej i rozbudowanej, a przy okazji też tajemniczej i przesiąkniętej obskurną grobową atmosferą. W tym miejscu należałoby pogratulować zespołowi odwagi i chęci rozwoju, gdyby nie to, że — zupeeełnie przypadkiem — takie granie ma akurat spore wzięcie i daje +10 do kultu i poważania… Na Dominion Of The Wicked Niemcy popłynęli z nurtem, co do tego nie mam wątpliwości, ale wcale źle na tym nie wyszli, choć na zachwyty jest stanowczo za wcześnie.

Obstawiam w ciemno, że muzycy Abythic mocno zainspirowali się sukcesami (popularnością) Spectral Voice, Void Rot, Burial Invocation czy Krypts i dlatego uparli się, żeby w jakiś sposób nawiązać do stylu tych kapel – zwolnili obroty, wydłużyli utwory, urozmaicili struktury, zagęścili klimat i zadbali o odpowiednio ponury wokal. No i cóż, z boku to wszystko wygląda nawet cacy, jednak cała operacja najwyraźniej ich przerosła, bo na Dominion Of The Wicked nie tyle grają muzykę ambitną i wymagającą, co raczej sprawiającą wrażenie ambitnej i wymagającej. Materiał składa się z czterech nieskomplikowanych kawałków (dają w sumie 35 minut) utrzymanych w wolnych i średnich tempach (plus 20 sekund blastów w „At The Threshold Of Obscurity”), które rozwijają się baaardzo powoli i na dodatek w dość przewidywalnych kierunkach. Praktycznie każdy motyw na Dominion Of The Wicked — z wyjątkiem tych szybszych — musi zostać przemielony przez dobre kilka minut, żeby zespół wreszcie coś do niego dorzucił, ewentualnie przeszedł do następnego – i jego też przemielił. Z tego powodu o jakiejś wyjątkowej dramaturgii i zaskakujących czy finezyjnych rozwiązaniach należy zapomnieć. Plus tak oszczędnego podejścia do komponowania widzę w tym, że można bez wysiłku nadążyć za kolejnymi pomysłami Abythic.

Album jest naprawdę spoko, to trzeba Niemcom oddać, ale przez mnogość pomniejszych niedoróbek trudno się w nim bez pamięci zasłuchiwać. Największym problemem jest chyba zbytnia toporność niektórych fragmentów, co jest o tyle dziwne i niezrozumiałe, że na poprzednich płytach zespół wydawał się grać z większą swobodą. Czyżby przytłoczyły ich (wyimaginowane) wymogi nowego stylu? Ponadto zdarza się, że gitara solowa, zwłaszcza w „The Call”, szczypie w uszy jakimiś przypadkowymi dźwiękami, przez co część melodii brzmi nieco kulawo. I tu pojawia się pytanie – czy zespół zechce poprawić te detale na następnej płycie, czy też przerzuci się na granie czegoś innego?


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Abythic
Udostępnij:

27 grudnia 2021

Asphyx – God Cries [1996]

Asphyx - God Cries recenzja okładka review coverNiedługo po wydaniu bardzo dobrego „Asphyx” zespół pod wodzą Erica Danielsa padł na pysk – ot tak, bez żadnego racjonalnego wytłumaczenia. Upłynęła chwila albo dwie i odrodził się na nowo, ale już w całkowicie innym składzie – tym razem pod wodzą oryginalnego perkusisty Boba Bagchusa, do którego dołączyli dwaj inni weterani: wokalista/basista Theo Loomans (miał duży wkład w niedoszły debiut „Embrace The Death”) oraz gitarzysta Ronnie van der Wey (na co dzień w Dead Head). Właśnie ta trójka, choć nagrywało tylko dwóch pierwszych, podpisała się pod God Cries – płytą, która od poprzedniej różni się w zasadzie wszystkim.

Album jest prawie o połowę krótszy niż „Asphyx”, brzmi surowo i dość niechlujnie, wokal jest dziki, zaś muzyka sprowadza się do prostego, agresywnego i ciężkiego death metalu. Teoretycznie jednym z największych atutów God Cries powinien być prawie oryginalny (a przynajmniej dość klasyczny) skład — bo publika lubi oryginalne składy — jednak w praktyce okazało się, że to wszystko, co krążek ma do zaoferowania. Panowie tak bardzo skupili się na pierwotnym death’owym napieprzaniu, że zupełnie zapomnieli o pozostałych wyróżnikach zespołu i w rezultacie gdzieś zgubili tożsamość Asphyx.

Oczywiście można by na to przymknąć oko, gdyby tylko muzyka urywała dupę. Niestety nie urywa. Utwory są brutalne, melodii w nich niewiele (co w tamtym okresie nie było znowu takie oczywiste), ale stanowczo brakuje im wyrazistości, jakichś elementów zapadających w pamięć czy choćby odrobiny klimatu. Całość jest strasznie schematyczna i jednowymiarowa, a większość tego, co zespół proponuje jako urozmaicenia prostej formuły, zwyczajnie „nie siedzi” – dobrym przykładem jest rozwlekła solówka w „My Beloved Enemy”. Ja wiem, że styl Theo Loomansa ma swoich fanów, ale serio – do pełni Asphyx potrzeba ręki Erica Danielsa.

Z tego, co powyżej napisałem, wynika, że God Cries to dno. Tak bynajmniej nie jest, bo jako płyta po prostu deathmetalowa daje radę – nic to specjalnego, ale bez bólu można przez nią przebrnąć. Gorzej, jeśli od Asphyx oczekujecie muzyki w stylu Asphyx – to nie ten adres. Nic dziwnego, że po takim materiale zespół momentalnie się rozpadł. Na szczęście jeszcze w tym samym roku Bagchus wraz z Danielsem i Gubbelsem powołali do życia Soulburn.


ocena: 6/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/officialasphyx

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

25 grudnia 2021

Noctambulist – Atmospheres Of Desolation [2019]

Noctambulist - Atmospheres Of Desolation recenzja okładka review coverNoctambulist to stosunkowo świeża nazwa na mapie amerykańskiego death metalu, w dodatku z typowym amerykańskim death metalem mająca niewiele wspólnego. Bohaterom tej recenzji muzycznie jest zdecydowanie bliżej do Nowej Zelandii i okolic – dość dalekich okolic. Zespół — zważywszy na jego niewielki staż — swoim graniem całkiem udanie wstrzelił się w niszę z technicznym, wyrafinowanym i nieprzewidywalnym death metalem w typie Ulcerate, dodając do tego coś z czarnego pierwiastka i aury tajemniczości charakterystycznych dla Portal, Altarage czy Mitochondrion. Atmospheres Of Desolation robi zatem bardzo dobre wrażenie, choć nie da się ukryć, że nad pewnymi kwestiami Noctambulist muszą jeszcze popracować. Niemniej jednak udowodnili, że potencjał mają spory.

Pod względem jakości Amerykanie naprawdę nie mają się czego wstydzić, bo utworom w zasadzie niczego nie brakuje – są gęste, brutalne, wielowątkowe, klimatyczne i dalekie od banału. Ponadto ozdobiono je urozmaiconymi wokalami (fajne są zwłaszcza te rozpaczliwe) oraz ubrano w klasowe, bardzo czytelne (co nie jest oczywiste) brzmienie. Na Atmospheres Of Desolation nie ma miejsc na nudę ani na monotonię – Noctambulist zadbali o rozubudowane i mocno poszatkowane struktury z wieloma gwałtownymi zmianami tempa i klimatu. Przy pierwszym przesłuchaniu wygląda to na chaos i strumień świadomości, ale już przy kolejnych do uszu dochodzi, jak zniuansowane są aranżacje i ile ciekawych patentów (a nawet melodii) zespół przemyca na drugim i dalszych planach.

Pod względem ilości jest gorzej, znacznie gorzej. Atmospheres Of Desolation to ledwie 6 utworów, które dają niewiele ponad 27 minut – wynik sugerujący co najwyżej epkę (i takie odczucie pogłębia forma wydania). Jeśli doprecyzuję, że przynajmniej trzy kawałki zostały przeciągnięte na siłę (od biedy można to nazwać łącznikami) i aż dwie minuty poświęcono na intro, to robi się wyjątkowo skromnie. Rozumiem intensywność, rozumiem chęć pokazania tego, co najlepsze, ale przy takiej oszczędności album jako całość nie ma szansy należycie się rozwinąć i pozostawia ogromny niedosyt.

Trzeba jednak oddać muzykom Noctambulist, że zaledwie po trzech latach działalności zdołali wysmażyć świetny debiut i zwrócić na siebie uwagę Willowtip oraz fanów takiego grania. Zespół niczego nie pozostawił przypadkowi i bez wątpienia cała jego kreacja jest w pełni świadoma, podobnie zresztą jak jasno określony target.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/noctambulist303/

podobne płyty:

Udostępnij:

22 grudnia 2021

Valgrind – Condemnation [2020]

Valgrind - Condemnation recenzja okładka review coverWłochom z Valgrind wyjście z etapu demówkowego zajęło dłuuugie lata — i nic w tym dziwnego, bo nie wyróżniali się niczym szczególnym — więc gdy już zdołali jako tako zaistnieć oficjalnie, w miarę możliwości nadrabiają stracony czas. A robią to z naprawdę dobrym rezultatem, czego potwierdzenie znajdujemy na zeszłorocznym Condemnation – albumie, który wchodzi szybko, gładko i bez popijania. Owa przyswajalność jest w dużej mierze zasługą samego stylu – kiedy większość włoskich kapel stara się wytyczać nowe kanony brutalności, Valgrind łupią death metal starej daty oparty na wpływach Morbid Angel, Pestilence, Monstrosity czy Mercyless.

Największą zmianą w stosunku do „Blackest Horizon”, nie licząc uszczuplenia składu studyjnego, jest mocniejsze wyeksponowanie w muzyce melodyjnych partii, co daje się odczuć zwłaszcza w pierwszej części płyty. Kawałki takie jak „The Curse of Pegasus Spawn”, „Entangled In A World Below” i przede wszystkim tytułowy pod względem chwytliwości przebijają wszystko, co zespół dotychczas nagrał, a ich riffy niekiedy zahaczają o motywy typowe dla szwedzkiej szkoły (z naciskiem na Arch Enemy). Na szczęście Włosi nie przegięli ze słodzeniem i całkiem zgrabnie równoważyli te melodie gęstymi i nieco chaotycznymi solówkami (zdaje się, że wszystkie są autorstwa dwóch zaproszonych gitarniaków), w których pobrzmiewają echa Angelcorpse. Druga część Condemnation to granie również wpadające w ucho, ale już brutalniejsze, bardziej techniczne, a przy tym dość klimatyczne. Spośród tych kilku kawałków na szczególną uwagę zasługują trzy — „The Day”, „Furies”, „Storm Birds Descent” — które można podsumować jako wariacje Valgrind na temat wczesnej twórczości Morbid Angel. Morbidami wali z tych numerów dosłownie na kilometr, aaale jest to na tyle fajne, brzmi na tyle autentycznie i sprawia tak dużo radochy, że trudno mi się czepiać zespołu o odtwórcze podejście do tematu.

Brak oryginalności, mimo iż nie stanowi dla mnie większego problemu, to nie jedyny zgrzyt na Condemnation. W większym stopniu drażni mnie chociażby obudowanie „Divination – Marked By The Unknown” plumkaniem na klawiszach – niby pierdółka (uzbierało się tego ponad dwie minuty), a skutecznie wyhamowała wcześniejszy impet. Podobnie plumkane intro – w sensie ogólnym jest klasyczne, ale nie wnosi kompletnie nic, więc Włosi mogli od razu przejść od konkretów. Poza tym niektórym może się nie podobać bardziej niż ostatnio „szwedzkie” brzmienie gitar – to jeszcze nie bzyczenie z Sunlight, ale lepiej, żeby Valgrind kiedyś nie przedobrzyli.

Condemnation, choć to płyta niepozbawiona wad, przynosi niecałe 40 minut zacnego dynamicznego death metalu, który powinien przypaść do gustu każdemu miłośnikowi tej muzyki, zwłaszcza jeśli gustuje w jego klasycznej odmianie. Urozmaicone i dobrze wyważone utwory, świetny oldskulowy feeling i bardzo ładny „vandrunenowski” wokal – może i nie jest to recepta na gwarantowany sukces, ale słucha się tego z przyjemnością.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/valgrindband
Udostępnij:

15 grudnia 2021

Piotr Dorosiński – Rzeźpospolita [2021]

Piotr Dorosiński - Rzeźpospolita recenzja okładka review coverTytuł, objętość i forma wydania tej książki jednoznacznie sugerują coś na kształt monografii dotyczącej rzeźniczych odmian muzyki, jakie w ciągu kilkudziesięciu lat zakorzeniły się na polskiej ziemi, tej ziemi. Jak się jednak okazuje, autor, Piotr Dorosiński, miał trochę inną wizję całości: Rzeźpospolita to podszyty (nieukrywanym) sentymentem, a mimo to rzetelny opis (i przypomnienie), jak kształtowała się polska scena na przestrzeni lat 90. XX wieku. Piotr nie ogranicza się do muzyki, zgrabnie zarysowując równie interesujące tło społeczne – zmiany ustrojowe, gospodarcze bagno czy przenikanie się środowisk metalowców z kibolami. Ani autor ani jego rozmówcy nie próbują nikomu wciskać kitu, że było lekko, łatwo i przyjemnie — zwłaszcza kiedy przychodziło do zderzenia planów i ambicji z realiami wolnego rynku (czy raczej wolnej amerykanki) — a osiągnięcie czegokolwiek wymagało zaangażowania, wytrwałości oraz dużej dozy szczęścia. Ale, ale - bywało też fajnie.

Książka została podzielona na dwie główne części: „rozmowy” oraz „przejdźmy do historii”. Część pierwsza, bardziej rozbudowana (około 560 stron), to zbiór wywiadów z osobami, które współtworzyły scenę tamtych lat i miały na nią realny wpływ: muzykami, wydawcami, edytorami zinów/magazynów, właścicielami sklepów muzycznych czy organizatorami koncertów. Wśród rozmówców znalazły się takie osobistości jak Tomasz Krajewski, Adam Śliwakowski, Piotr Popiel, Mittloff, Piotr Wawrzeniuk, Sławomir Cywaniuk, Mariusz Kmiołek, Piotr Wiwczarek, Jarosław Szubrycht, Piotr Wącisz czy — z zupełnie innej beczki — Robert Fudali. Materiału jest zatem od groma, w większości jest też bardzo ciekawy, choć nie wszyscy przepytywani wykazali się oczekiwaną wylewnością. Albo pamięcią do szczegółów. Pal licho tych, których działalność nie obchodziła mnie kiedyś i nie obchodzi dzisiaj, ale po muzykach Armagedon, Violent Dirge czy Damnation spodziewałem się nieco więcej. W każdym razie największą zaletą tej części jest dla mnie mnogość punktów widzenia – każdy mówi z grubsza o tym samym, ale ze swojej perspektywy, subiektywnie i bez wchodzenia w buty innych. Doskonale to widać na przykładzie kwestii typu „robienie kariery”, życie koncertowe czy moda na norweski black metal. Jednomyślność występuje chyba tylko w jednym temacie – wszyscy gratulują Nergalowi wyczucia koniunktury…

W drugiej części Rzeźpospolitej Piotr Dorosiński wziął na warsztat kilkanaście istotnych dla siebie (sentyment do kwadratu) płyt i demówek – mniej lub bardziej znanych, dostępnych (przynajmniej kiedyś) w sklepach na CD jak i takich, które nie doczekały się oficjalnego wydania nawet na kasecie. Mamy wśród nich debiuty Devilyn, Damnable czy Holy Death, demówki Manslaughter, Condemnation i Convent, słynny ongiś split Lost Soul/Reinless/Dissenter/Night Gallery, a także… „Demonication (The Manifest)” szwedzkiego (choć z polskim mózgiem) Luciferion. Opisy tych wydawnictw oraz wspomnienia autora w paru przypadkach są uzupełnione krótkimi wywiadami, więc w ramach bonusu dowiadujemy się również czegoś o okolicznościach ich powstania, nagrania i ewentualnej promocji. Ostatnie kilka stron Piotr Dorosiński udostępnił gościom (m.in. Rafał Pasoń, Jarosław Giers), którzy w podobny sposób przedstawili swoje typy z tamtych lat – na szczęście nie ma tego dużo, więc spójność książki nie została zaburzona.

Urozmaicona i naprawdę wciągająca treść Rzeźpospolitej — oraz to, w jakiej formie została podana — sprawia, że kolejne rozdziały tego 700-stronicowego tomiszcza chłonie się w ekspresowym tempie, wmawiając sobie, że „to już ostatni na dziś”. Wiedza, warsztat i zaangażowanie autora w temat ułatwia przedarcie się przez wywiady z mniej interesującymi osobnikami – bywa, że więcej informacji wyciągamy z pytań niż z odpowiedzi na nie. Całość jest okazale wydana i bogato ilustrowana archiwalnymi zdjęciami (zarówno oficjalnymi jak i z prywatnych zbiorów) oraz całym mnóstwem reprodukcji okładek, ulotek, plakatów, ofert handlowych i tym podobnego tałałajstwa, którym swego czasu chyba każdy wyklejał zeszyty. Uwag nie mam wiele, w dodatku są małego kalibru. Ot choćby „geograficzny” podział pierwszej części książki – rzecz zbędna i w praktyce nic nie wnosząca. Dobór rozmówców – rzecz subiektywna, choć brakuje mi tu kilku naprawdę duuużych nazwisk. Na tyle dużych i na tyle dużo, że spokojnie można nimi zapełnić drugi tom – czego niniejszym autorowi życzę.


demo
oficjalna strona wydawcy: inrock.pl
Udostępnij:

11 grudnia 2021

Unleashed – No Sign Of Life [2021]

Unleashed - No Sign Of Life recenzja okładka review coverBrak oznak życia – to podejrzany i trochę kiepsko rokujący tytuł jak na płytę kapeli z ponadtrzydziestoletnim stażem. A jeśli jeszcze weźmiemy pod uwagę, że stworzenie nowego materiału zabiera zespołowi coraz więcej czasu… Czyżby Szwedzi wymiękali? Odpowiedź na to pytanie dostajemy już w pierwszym kawałku, w którym Unleashed szybko przechodzi do rzeczy – jest żwawo, dynamicznie i nad wyraz obiecująco. Niestety „The King Lost His Crown” to coś w rodzaju zmyłki czy appetizera, bo następne utwory są utrzymane w stylu dwóch poprzednich krążków i blastów z prawdziwego zdarzenia w nich nie przewidziano.

Może i Unleashed nie mają dość wytrzymałości, żeby przez pół godziny napieprzać na wysokich obrotach, ale w średnich tempach wciąż radzą sobie bez zarzutu, więc po prostu korzystają z tego, co im zostało – klepią chwytliwe i raczej nieskomplikowane kawałki o dużym potencjale koncertowym. Na No Sign Of Life zespół udanie łączy to, co sprawdzone i jako tako u nich aktualne z okazjonalnymi nawiązaniami w riffach i rytmice do czasów „Across The Open Sea” / „Victory” oraz… paroma zaskakująco nietypowymi riffami czy bujaniem spod znaku death 'n' rolla. Innymi słowy: Szwedzi, o dziwo, jeszcze nie powiedzieli ostatniego słowa. A jako że przyszłość Firespawn jest niepewna, Fredrik Folkare powinien pakować wszystkie swoje pomysły (przede wszystkim te najbardziej agresywne) właśnie w Unleashed. Dobrze by im to zrobiło. Zwłaszcza kiedy po dwudziestu pięciu latach (!) wspólnego grania doczekał się kompozytorskiego wsparcia ze strony Tomasa Olssona.

Chociaż zgodnie z wieeeloletnią tradycją album nagrywano w Chrome Studios, No Sign Of Life jako całość nie może się pochwalić ciężarem „The Hunt For White Christ” (szczególnie jeśli chodzi o gitary), nadrabia to zestawem naprawdę udanych i zróżnicowanych numerów oraz solidną dawką porządnej trzepanki spod palców Fredrika. Oprócz wspomnianego już „The King Lost His Crown” najlepsze wrażenie robią „Did You Struggle With God?” (zabawna aluzja do „Władcy pierścieni” w refrenie), „No Sign Of Life” (jeden z szybszych na płycie), „It Is Finished” (fajny hipnotyzujący podkład pod refren), „Here At The End Of The World” (mocno wybijające się riffy; szkoda, że niepotrzebnie przeciągnięto go o 2 minuty) i „Where Can You Flee?” (najbardziej zalatuje oldskulem). Ogólnie jest z czego wybierać (dlatego nie rozumiem, czemu promują płytę najnudniejszym kawałkiem) i wydaje się, że prawie każdy fan Unleashed znajdzie tu coś dla siebie. Prawie, bo zatwardziali wielbiciele ostrzejszego oblicza zespołu mogą kręcić nosami na niespieszne tempa i umiarkowany poziom intensywności.

Trudno w to uwierzyć, ale Szwedzi trzymają się naprawdę dzielnie. Nie eksperymentują, nie wygłupiają się, nawet nie walczą w sądach o prawa do nazwy. Robią swoje, robią to dobrze, więc trzeba im przyklasnąć. Klask! Klask!


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.unleashed.se

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

3 grudnia 2021

Rivers Of Nihil – The Work [2021]

Rivers Of Nihil - The Work recenzja okładka review coverRivers Of Nihil na „Where Owls Know My Name” poszli ostro do przodu względem pierwszych wydawnictw: rozwinęli swój styl i wzbogacili go o wiele nieoczywistych rozwiązań, dzięki czemu zaprezentowali się jako zespół zaskakujący i dość oryginalny – taki, którego nagrań wypatruje się z niecierpliwością. Minęły trzy lata i… Po kilkudziesięciu przesłuchaniach The Work zastanawiam się, czy tamten materiał aby nie był dziełem przypadku i splotu sprzyjających okoliczności. Niestety, dla mnie czwarta płyta Amerykanów to duże rozczarowanie – jawi się jako zlepek w większości niedorobionych utworów poskładanych bez jakiejkolwiek myśli przewodniej i dbałości o detale.

The Work nie sposób traktować jako rozwinięcia czy kontynuacji „Where Owls Know My Name” (ani tym bardziej powrotu do grania a’la „Monarchy”), bo chociaż zespół korzysta z wachlarza podobnych patentów, to całości brakuje finezji, płynności, klimatu, wyróżniających się motywów (kompletnie zaniedbano melodie), przemyślanych struktur i nade wszystko wewnętrznej spójności. Utwory, a nawet ich poszczególne części, istnieją niezależnie od siebie, nic ich w logiczny sposób nie spaja, przez co materiał rozchodzi się w szwach. Rivers Of Nihil na siłę zlepiają odmienne stylistycznie fragmenty, więc często mamy do czynienia z topornym schematem na zasadzie: ciężko i agresywnie – ciach! – progresywnie i lajtowo – ciach! – ciężko i agresywnie – ciach! – progresywnie i lajtowo… i tak do wyrzygu. Czy to irytuje? A owszem, jednak to wcale nie jest najgorsze. Mnie szczególnie wkurwiają ogromne ilości „nica” wewnątrz kawałków jak i pomiędzy nimi. Przez dłuuugie minuty zupełnie nic się nie dzieje – i nie jest to żadne budowanie nastroju, po prostu, kurwa, cisza albo jakieś ledwo słyszalne ambienty bez wartości muzycznej.

Początek The Work — czyli lekko licząc trzy numery — jest na tyle drętwy, nieciekawy i rozwodniony, że gdy wreszcie pojawiają się jakieś atrakcje (a tych, jak na 65 minut, jest ich niewiele), trudno się na nich skoncentrować; tym bardziej, że po chwili znów dostajemy dawkę przynudzania. Niestety, duża część utworów bardzo wolno się rozkręca, inne nie rozkręcają się w ogóle – nabijają licznik i usypiają. Rivers Of Nihil z niewiadomych dla mnie względów zabałaganili kompozycje i cofnęli się w rozwoju; ponownie mocno dają o sobie znać fascynacje Fallujah (m.in. w solówkach), choć myślałem, że już z tego wyrośli i będą dłubać nad własnym stylem. A tu dupa. Do tego stopnia, że na The Work jako „w porządku” mogę określić zaledwie trzy utwory: „Focus” (daje nadzieje, że jednak nie będzie dramatu), „The Void from Which No Sound Escapes” (nieprzypadkowo wybrano go na singla) i „Maybe One Day” (spokojny, ale za to bez dziwactw i urozmaicania na siłę) oraz brutalniejsze fragmenty „More?” i „Clean”.

Największe zaskoczenie z „Where Owls Know My Name”, saksofon, na The Work również się pojawił, ale chyba wyłącznie dlatego, że fani go oczekiwali. Według książeczki Zach Strouse (z Burial In The Sky) udziela się aż w pięciu kawałkach, jednak jego partie można wychwycić (nie bez kłopotu) w czterech, zaś jakiekolwiek znaczenie ma tylko w jednym, wspomnianym już „The Void from Which No Sound Escapes”. Pozostałe wystąpienia nie robią żadnego wrażenia, o ile w ogóle się ich nie przegapi. Zespołowi ewidentnie zabrakło pomysłów, jak wykorzystać potencjał tego instrumentu. Swoją drogą bas również stracił na znaczeniu i na pierwszym planie pojawia się niezmiernie rzadko.

Nie ukrywam, że po wysłuchaniu The Work czuję się przez Rivers Of Nihil oszukany, bo po cichu liczyłem na materiał pretendujący do miana płyty roku. Zespół jednakowoż odbębnił minimum tego, co musiał, nie zważając, czy ma to jakiś sens i trzyma się kupy. Czyżby w ten sposób chcieli wymiksować się z kontraktu? A może na tyle ich naprawdę stać?


ocena: 6/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/riversofnihil

podobne płyty:




Udostępnij:

26 listopada 2021

Suffocation – Live In North America [2021]

Suffocation - Live In North America recenzja okładka review coverFrank Mullen definitywnie kończy współpracę z Suffocation. Wydaje się, że kiedyś musiało to nastąpić, bo na potrzeby tras zespół już od dawna korzystał z tańszych zamienników, jednak nic przecież nie stało na przeszkodzie, żeby Frank wciąż udzielał się studyjnie. Dawał radę przez tyle lat, to jeszcze te kilka do prawilnej emerytury jakoś by wytrzymał. Sentyment do legendarnego wokalisty to jedno, drugie to jego niezwykła (a w każdym razie nieczęsta) umiejętność łączenia głębokich bulgotów z dość dużą czytelnością i fajną dynamiką. No i na Live In North America Mullen po raz kolejny udowodnił, że w tym stylu nie ma sobie równych. W ramach pożegnania Franka z publicznością Suffocation odbyli w 2018 roku trasę po Ameryce Północnej w towarzystwie Cattle Decapitation, Krisiun i Visceral Disgorge. Objazdówka obejmowała aż 25 koncertów, spośród których jeden, z Cambridge, trafił na opisywaną płytę.

Do formy dnia czy brzmienia nie sposób się przyczepić – Suffocation to doskonale naoliwiona maszyna, która miażdży w każdych warunkach (może z wyjątkiem dużych festiwali, gdzie nagłośnienie to kwestia przypadku) i po prostu nie zawodzi ludzi pod sceną. Warsztat, opanowanie materiału, precyzja – to wszystko, w dodatku wsparte ogromnym doświadczeniem, jest na najwyższym poziomie. Także wypakowana hitami setlista na pierwszy rzut oka wygląda bardzo atrakcyjnie. Trzynaście utworów (w godzinę), a wśród nich takie wspaniałości jak „Catatonia”, „Liege Of Inveracity”, „Infecting The Crypts”, „Thrones of Blood”, „Funeral Inception” czy „Breeding The Spawn”. Jak widać, zespół położył szczególny nacisk na najbardziej klasyczny materiał, ten sprzed rozpadu, więc siłą rzeczy zostało mniej miejsca i czasu na nowsze kawałki. Do tego stopnia, że ani wspaniały „Suffocation” ani relatywnie świeży „…Of The Dark Light” nie mają tu swojego reprezentanta.

I to jest dla mnie największy problem Live In North America. Problem, który można było w łatwy sposób rozwiązać. Dwie płyty, dwa występy z dwiema różnymi przekrojowymi setlistami, 25-30 utworów – i wszyscy, czyli ja, byliby zadowoleni… Oczywiście rozumiem, że w ramach trasy, kiedy w pośpiechu pokonuje się tysiące mil, ciężko coś takiego zorganizować od strony logistycznej, aaale od czego są pieniądze i wpływy wielkiej wytwórni. Drugi problem, już mniejszy (choć też związany z wytwórnią), dotyczy formy wydania Live In North America, bo ta jest strasznie skromna – ot rozkładówka ze zdjęciami. Zespół zamykał pewien rozdział w swojej historii — a to okazja nie byle jaka — więc można było się postarać o książeczkę ze wspominkami muzyków, anegdotami z tras i studia czy mnóstwem archiwalnych fotosów. A tak – pozostają nam tylko dzięksy i ajlowy Mullena pomiędzy utworami. A propos tych „pomiędzów” – wydają mi się zbyt radykalnie przycięte, przez co konferansjerka wokalisty jest jakaś taka skompresowana, brakuje czasu na reakcje publiki, a kolejne kawałki startują ciut za szybko. Takie odczucie jest wyjątkowo subiektywne i wynika z mojego pierdolca, bo ktoś inny może w ogóle nie zwrócić na to uwagi.

Jedyne kwestie, do których można się przyczepić w związku z Live In North America dotyczą ilości i objętości, pod względem jakości jest bowiem znakomicie. Mimo iż na „The Close Of A Chapter” klimat koncertu był bardziej wyczuwalny, nowej płyty słucha się bardzo dobrze, choć w pewnym momencie robi się trochę smutno. Brutalny death metal bez Mullena nie będzie już taki sam.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.suffocationofficial.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

19 listopada 2021

Desecration – Cemetery Sickness [2014]

Desecration - Cemetery Sickness recenzja okładka review coverDesecration obijają się po angielskim undergroundzie już od wielu lat, doświadczenia im nie brakuje, no i mogą się pochwalić całkiem bogatym katalogiem nagrań. Gorzej z poziomem muzyki, bo ten rzadko kiedy ocierał się o przeciętność. Przynajmniej mnie każda propozycja Anglików, z jaką miałem styczność, zwyczajnie odpychała nieporadnością ocierającą się niemal o amatorszczyznę. Do czasu, bo w końcu nadszedł Cemetery Sickness, który może służyć za podręcznikowy przykład wyjątku od reguły – dobry album konsekwentnie kiepskiego zespołu. Zapewne pierwszy i ostatni, bo nie przypuszczam, żeby byli w stanie utrzymać tę jakość w przyszłości.

Czym mnie Cemetery Sickness przekonał do siebie? Ano tym, że jest to normalny album z death metalem. Tyle wystarczyło. I już nawet mniejsza o to, że nie miałem w stosunku do zespołu żadnych wymagań – materiał broni się sam. Siódmy (nie liczę ponownie nagranego debiutu) krążek Desecration to granie proste, bezpośrednie, chwytliwe i zadziwiająco dynamiczne, a przy okazji doprawione niskich lotów czarnym humorem. Anglicy nie wznieśli się tu na wyżyny oryginalności, bo wpływy Vader, Vomitory czy średniozaawansowanego Prostitute Disfigurement są więcej niż oczywiste, a struktury poszczególnych kawałków są okrutnie przewidywalne, jednak w tym przypadku nie robię z tego problemu, bo w ramach takiej konwencji wszystko siedzi jak należy. Nie oczekujcie zatem od nich zaskakujących rozwiązań, szalonych kombinacji czy nowatorstwa; blast i do przodu – oto recepta na sukces według Desecration.

Brzmieniu Cemetery Sickness nie mogę właściwe niczego zarzucić, bo i ciężar się zgadza, i czytelność jest cacy, i nie wali od niego plastikiem. Bardzo dobrze dopasowano je do charakteru muzyki, dzięki czemu całość (32 minuty) wchodzi bez problemu, choć nie da się ukryć, że niektórym kawałkom z drugiej części płyty brakuje trochę chwytliwości, którą mogą się pochwalić choćby „Cemetery Sickness”, „I, Cadaver” (ten jest w dodatku głupawy), „Rotten Brain Extraction” czy „Coffin Smasher”. Nie zmienia to faktu, że krążek pod każdym względem przewyższa poprzednie dokonania Desecration, a już na pewno zostawia ślad w pamięci i od czasu do czasu chce się do niego wrócić.

Jak już wyżej wspomniałem, nie liczę na to, że jeszcze kiedyś Anglicy nagrają równie udany album. W ich przypadku bardziej prawdopodobny jest powrót do klepania hurtem niewartych uwagi gniotów. Może to i smutne, ale co poradzić – przynajmniej z tego, co osiągnęli na Cemetery Sickness, mogą być dumni.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/desecrationuk

Udostępnij:

14 listopada 2021

Broken Hope – Swamped In Gore [1991]

Broken Hope - Swamped In Gore recenzja okładka review coverRęka, noga, mózg na ścianie – właśnie tak wygląda debiutancki album Broken Hope. Jednak w przeciwieństwie do popularnej rymowanki, materiał Amerykanów dość średnio trzyma się kupy, brakuje mu polotu i zwyczajnie nie bawi. W momencie premiery ten krążek nie wzbudził wielkiego entuzjazmu i szybko o nim zapomniano, natomiast obecnie niektórzy — z niepojętych dla mnie przyczyn — robią z niego klasyk, legendę i jeden z kamieni milowych brutalnego death metalu.

Swamped In Gore to trzy kwadranse prostego i raczej topornego grania, z którego nic konkretnego tak naprawdę nie wynika, a już na pewno nic wartego zapamiętania. Zespół nie potrafi się zdecydować, w jakim pójść kierunku, więc co kilka chwil przeskakuje z jednego stylu na drugi, zapominając przy tym o pozorach konsekwencji czy wewnętrznej spójności. Raz chcą być jak Cannibal Corpse czy Suffocation, po chwili nachodzi ich na Obituary, by za chwilę nawalać pod Terrorizer i Napalm Death. Oczywiście te wszystkie wpływy są jak najbardziej do pogodzenia i przekucia w coś fajnego, jednak nie dla Broken Hope, ich to przerosło. Im dłuższe utwory, tym więcej w nich zbędnych i nieprzystających do siebie elementów.

Na mnie najlepsze wrażenie robią te fragmenty, kiedy zespół blastuje na grindową modłę, bo to jedyne momenty na Swamped In Gore, kiedy pojawia się jakaś energia, coś zaczyna się dziać i nawet słychać pewien potencjał, choć trzeba uczciwie przyznać, że riffom brakuje ostatecznego szlifu, a wokale wypadają tak se (przy takich szybkościach Joe Ptacek nie wyrabia). W każdym razie jestem skłonny napisać, że „Incinerated”, „Gorehog” i „Dismembered Carcass” — czyli najkrótsze numery na płycie — jakoś dają radę. Znacznie gorzej Broken Hope radzą sobie z graniem w średnich tempach, zaś w wolnych – w ogóle. Amerykanie kompletnie nie wiedzą, co ze sobą zrobić, brakuje im pomysłów na jakiekolwiek urozmaicenia, więc ograniczają się mielenia prostych, monotonnych i koniec końców potwornie nudnych riffów, którym towarzyszy oszczędne klepanie perkmana.

W kontekście Swamped In Gore często powtarza się, że to pierwszy deathmetalowy album nagrany w pełni cyfrowo… No cóż, ktoś musiał być pierwszy, padło na Broken Hope, jednak warto się zastanowić, czy to brzmienie jest powodem do chwały? Jak dla mnie mamy tu do czynienia z dość przeciętną, przesadnie sterylną i niewybijającą się produkcją. Przeciętną także ze względu na to, że w muzyce nie ma w zasadzie niczego, co należałoby uwypuklić, za to jest mnóstwo rzeczy, które wypadałoby zamaskować. Dlatego jeśli macie słabość do starego amerykańskiego death metalu, to rozejrzyjcie się za czymś innym.


ocena: 5,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/brokenhopeofficial

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

6 listopada 2021

Aborted – Maniacult [2021]

Aborted - Maniacult recenzja okładka review coverBrawo, brawo, brawo! Aborted po przekroczeniu bariery dziesięciu płyt studyjnych (i 25 lat grania – sam nie wiem, kiedy to upłynęło) wciąż nie tracą impetu i konsekwentnie napierdalają dalej, czego znakomitym potwierdzeniem jest spójność i wysoki poziom Maniacult. Jak należało się spodziewać, zespół nie wprowadził do swej twórczości żadnych istotnych zmian, które miałby w jakiś szczególny sposób odróżnić nowy krążek od poprzednich – to raczej kolejny kroczek do przodu, a zarazem logiczna kontynuacja i rozwinięcie „Terrorvision”. Jedyną godną odnotowania nowością jest liryczny koncept (odwołujący się do prozy H.P. Lovecrafta), który delikatnie wpłynął na kształt muzyki.

Ekipa Svena zaczerpnęła główny temat swego dzieła z historii Francisa Waylanda Thurstona (to ten, który odkrył tajemnice Kultu Cthulhu), po czym dopasowała go do własnej estetyki – nie szczędząc przy tym krwi, flaków i ingerencji sił nie z tego świata. Stąd też na Maniacult obok czystej sieczki w uszy rzucają się również próby stworzenia odpowiednio sugestywnego klimatu grozy – czy to w rozbudowanym ponad normę intro, niektórych riffach, samplach i plamach klawiszy (ledwie zauważalnych) czy instrumentalnym „Verbolgen”, który jednoznacznie nawiązuje do muzyki z budżetowych horrorów. Coś podobnego, choć bardziej rozbudowanego (a może i ambitnego), stworzyli Exhumed na „Death Revenge”, ale to propozycja Aborted jest brutalniejsza. Zresztą, krwawy koncept to niejedyne, co łączy Belgów (umownie – ostał się tylko Sven) z Amerykanami – wszak wśród utworów mają „Dementophobia”, który dosłownie ocieka Carcass z okresu „Heartwork”, a który równie dobrze mógłby trafić do katalogu Exhumed.

Oko puszczone do Brytoli to wszelako tylko wyjątek od reguły, bo cała reszta Maniacult to już granie nowoczesne (czy dokładniej – współczesne), wybuchowe, techniczne, superprecyzyjne, brutalne i przy okazji rozsądnie urozmaicone – zwłaszcza jeśli chodzi o tempa. I tu muszę się zatrzymać, by podkreślić wartość Kena Bedene dla zespołu. Zawsze uważałem go za bardzo sprawnego perkmana – ot, tak po prostu, jednak ewidentnie nie doceniłem jego umiejętności, bo te ma co najmniej imponujące. Nie dość, że w kilku utworach rozpędził się do absurdalnych szybkości (i to mogą być najbardziej ekstremalne fragmenty w historii Aborted), to jeszcze odpowiada za klawisze, w tym już wspomnianą miniaturę.

Wokalny performance Svena de Caluwé jest jak zwykle bez zarzutu – wydziera się na kilka sposobów, dynamicznie i z dużą swobodą. Tego samego nie mogę napisać o zaproszonych krzykaczach – jest ich cała chmara, w dodatku są to same anonimy z kapel w najlepszym przypadku nieistotnych, a już na pewno niegodnych bliższego kontaktu z Aborted. Ten zabieg mogę wytłumaczyć jedynie chęcią zapunktowania u środowisk związanych z deathcore’m — oni pewnie jako jedyni skojarzą te persony — bo niczego wartościowego swoją obecnością nie wnieśli. Znacznie większe wrażenie robią na mnie choćby solówki, szczególnie te w stylu Loomis w „Impetus Odi” i „Ceremonial Ineptitude”. Niektórzy wspominają ponadto coś o wielkich wpływach black metalu na Maniacult, ale dla mnie to zbyt pochopnie wyciągnięte wnioski – przy tak morderczych tempach każdy riff zabrzmi w końcu blackowo, choćby nawet pochodził od Disembowelment.

Jak na ćwierć wieku robienia hałasu na najwyższych możliwych obrotach, to po Aborted nie widać oznak znużenia – czy to konwencją czy graniem w ogólności. Jeśli jeszcze w tym stylu nie doszli do ściany, to są tego naprawdę blisko. Na Maniacult wysmażyli optymalne 41 minut agresywnego grzańska w fajnej horrorowej otoczce – album spójny w każdym elemencie i wyprodukowany tak, że zielonkawa mucha nie siada. Mnie wchodzi chyba najlepiej od czasu „The Archaic Abattoir”.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.goremageddon.be

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

26 października 2021

Unbirth – Fleshforged Columns Of Deceit [2018]

Unbirth - Fleshforged Columns Of Deceit recenzja okładka review coverOpisując „Deracinated Celestial Oligarchy” zasugerowałem, że to taki brutal death metal dla ludzi – profesjonalnie przygotowany i zaskakująco przystępny. Fleshforged Columns Of Deceit, drugi album Włochów, to natomiast brutal death metal dla ludzi… wytrwałych. Wciąż mamy do czynienia z graniem profesjonalnie przygotowanym i zaskakująco przystępnym, jednak podanym w dawce znacznie wykraczającej ponad średnią gatunkową. 47 minut zahacza o przegięcie, więc jeśli nawet muzyka trzyma wysoki poziom — a tak jest w tym przypadku — to w pewnym momencie pojawia się uczucie przesytu i znużenia.

W ciągu pięciu lat, jakie upłynęły od debiutu, Unbirth w żaden sposób nie zrewolucjonizowali swojego stylu, co najwyżej rozbudowali je „wszerz”. Nikogo nie powinno zatem dziwić, że wszystkie utwory na płycie są zbudowane w głównej mierze w oparciu o znajome i sprawdzone schematy, a w riffach nadal trafiają się fajne „drugoplanowe” melodie. Oczywiście Włosi tej przydługiej przerwy wydawniczej nie przespali dokumentnie i w międzyczasie poprawili się technicznie oraz nabrali co nieco doświadczenia – doskonale słychać, że taka napierdalanka nie sprawia im trudności. Zaś co do podejścia do muzyki… podejrzewam, że Unbirth przystępowali do prac nad Fleshforged Columns Of Deceit z nadrzędną ideą: dać więcej wszystkiego.

Ja z takim patentem na rozwój nie mam problemu, o ile sprowadza się do intensyfikacji przekazu, zagęszczania struktur i podkręcania tempa. Włosi zrobili to po swojemu – zamiast w kompresję, poszli w minuty. Intensywność utworów na Fleshforged Columns Of Deceit jest na znanym z debiutu poziomie, są one za to mocniej rozbudowane – czy to o kolejne partie, czy powtórzenia. W ten sposób Unbirth stworzyli materiał dobry, ale nieco rozwlekły, w który niekiedy wkrada się niepotrzebna monotonia. I chociaż album jest trochę bardziej zróżnicowany wewnętrznie od „Deracinated Celestial Oligarchy”, to trudniej to wychwycić (także przez stosunkowo surowe brzmienie), a wszelkie urozmaicenia ulegają zamazaniu w zbyt długich kawałkach.

Ale, ale! Jeśli brutal death metal jest dla was chlebem powszednim i oczekujecie od niego przede wszystkim solidnego łomotu bez oznak fuszerki i eksperymentów, to Fleshforged Columns Of Deceit możecie brać w ciemno. Do fajności debiutu trochę mu brakuje, ale jako całość wypada naprawdę całkiem nieźle.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/unbirthproject

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

16 października 2021

Ian Christe – Ryk bestii. Dekady metalu [2021]

Ian Christe - Ryk bestii. Dekady metalu recenzja okładka review coverNa początku byli Black Sabbath, a Black Sabbath byli z Birmingham, i heavy metalem byli Black Sabbath. A 35 lat później Ian Christe postanowił kompleksowo opisać zjawisko, które Brytyjczycy zapoczątkowali. Książka Ryk bestii. Dekady metalu w oryginale ukazała się w 2003 roku, jednak na polskie tłumaczenie trzeba było naprawdę dłuuugo poczekać, bo aż do 2020. Na rocznicę pierwszego wydania wydawnictwo In Rock przygotowało wydanie upiększone, uzupełnione i rozszerzone o bagatela ponad 250 stron. Wizualnie tomisko robi znakomite wrażenie, więc nawet jeśli ktoś będzie zawiedziony zawartą w nim treścią, zawsze może użyć go do szpanowania przed znajomymi tudzież do ubicia upierdliwego sąsiada – w końcu co cegła, to cegła.

Zgodnie z logiką autor opis Dekad metalu rozpoczyna od Wielkiej Brytanii i historii Black Sabbath, by później przejść do Judas Priest, Iron Maiden i Saxon – i ogólnie ruchu NWOBHM. Następnie przenosimy się do USA, gdzie zaczynają się pierwsze zgrzyty, bo w opowieściach dotyczących lat 80. przewija się cała masa zespołów, o których nawet bym nie pomyślał w kontekście metalu – jakieś pudle, glam, itp. wynalazki z różowymi gitarami. Oczywiście Ameryka to ogromny rynek, gdzie można było opchnąć mnóstwo płyt, jednak Christe chyba za bardzo skupił się na wynikach sprzedaży i tym samym przecenił znaczenie wielu nic nie wnoszących do gatunku epigonów, niemal pomijając najważniejsze kapele z Europy (Venom, Bathory, Sodom, Kreator…), które na tym etapie o wielotysięcznych nakładach nie mogły nawet marzyć.

I nastał czas Metallicy… Nie da się ukryć, że większość późniejszych rozdziałów kręci się wokół tego, co aktualnie porabiali Hetfield i Ulrich, plus ewentualnie jakichś tam zjawiskach pobocznych przewijających się w tle – czy to death metal, grind, hard core czy grunge. Nie sposób przecenić znaczenia Metallicy dla metalu, jednak w pewnym momencie jest jej tutaj po prostu za dużo w stosunku do tego, co działo się obok, a działo się przecież sporo. Tylko czy można było z tego wybrnąć inaczej? Na całe szczęście historie dwóch najważniejszych zespołów gatunku (i jeszcze paru, które obsiadły podium) są przedstawione rzetelnie i w taki sposób, że raczej nie nudzą, chociaż przecież czytało się o nich setki razy. Wiadomo, ktoś będzie jojczył, że „ja już to, kurwa, wszystko wiem”, ale ten sam ktoś w przypadku zbyt pobieżnego potraktowania czołowych kapel pewnikiem wytykałby autorowi totalną ignorancję. Tak źle i tak niedobrze.

W każdym razie początki metalu są opisane dość dokładnie, a autor w ramach danego rozdziału zawsze stara się trzymać tytułowego tematu. Wszelkie dygresje, jeśli już się pojawiają, są utrzymane w ryzach na tyle, żeby nie stracić z oczu głównego wątku. Nie ma tu także zbyt dalekiego wybiegania w przyszłość, bo jak się zdaje – na wszystko przyjdzie czas. No i rzeczywiście, czas przychodzi, ale z dostępnym miejscem jest już gorzej. Lata 90. ze względu na mnogość podgatunków i globalny zasięg muzyki wymagały zastosowania szerszej perspektywy, a to niestety oznacza, że pewne szczegóły uległy zamazaniu. Od tego momentu wygląda to, jakby autor musiał się streszczać, więc tylko prześlizguje się po paru zjawiskach, które miały istotny wpływ na rozwój metalu. Pal licho grunge, groove czy nu metal, ale jakieś 60 stron poświęconych na death i black to naprawdę mało.

Podoba mi się za to, że Ian Christe poruszył kilka kwestii związanych z odbiorem metalu przez społeczeństwo, w tym głośne swego czasu przepychanki ze świętoszkowatym PMRC w amerykańskim senacie czy sądowe cyrki z oskarżaniem muzyków o zachęcanie do samobójstw. Równie ciekawy jest opis zmiennego stosunku mediów (zwłaszcza MTV) do muzyki, z całym ich przekonaniem, że wiedzą lepiej, czego oczekują widzowie. No i jeszcze ten nieszczęsny Napster, który kiedyś podzielił fanów, a o którym dzisiaj już mało kto pamięta.

Podstawowy problem z Rykiem bestii polega na tym, że jest to książka… przestarzała. Przynajmniej w podstawowej formie. W swoim czasie miała zapewne — a przynajmniej tak to interpretuję — przybliżyć historię metalu tym, którzy zaczynali od nu metalu czy czegoś w rodzaju „St. Anger”; stanowić zachętę, żeby sięgnąć głębiej, do źródeł tej muzyki. Współczesnego czytelnika zostawia z prawie dwiema dekadami „nica”. Dopisane w 2020 roku — specjalnie dla polskiego wydania — przemyślenia o zmianach, jakie zaszły w metalu w XXI wieku tego „nica” na pewno nie wypełniają, bo to raptem 20 stron. Ja traktuję to jako luźny zbiór truizmów: ktoś umarł, ktoś inny powrócił po latach, powstała Encyclopaedia Metallum, każdy możliwy klip jest na YouTube i ogólnie jest łatwiejszy dostęp do wszystkiego choćby dzięki streamingowi.

Polska część dodatku, swoją drogą nieuwzględniona w spisie treści, robi… objętość i chyba ma skusić posiadaczy pierwszego wydania do ponownego sięgnięcia do portfela. W moim odczuciu wygląda to jak rozwlekła zapchajdziura (z nieco dziurawą korektą), bo i co komu z refleksji Piotra Wiwczarka na temat trzydziestu (pierwszych) latach heavy metalu, które w zasadzie sprowadzają się do wyliczanki płyt i kapel, które były obszernie opisane kilkaset stron wcześniej? Tylko ostatnie trzy strony, poświęcone polskiej scenie, cokolwiek wnoszą — w imię zasady, że jeśli sami o sobie nie powiemy, to nikt nie powie — choć to znowu tylko wyliczanka. Podobnie wrzucone później rankingi najważniejszych płyt – czy to ostatnich dwóch dekad, czy wszech czasów, czy czegokolwiek – bo każdy z autorów zrobił po swojemu. Mnożenie (oraz powtarzanie) bytów tej książce nie służy, jeeednak jeśli jeszcze nie mieliście Ryku bestii w rękach, to zdecydowanie warto to nadrobić.


demo
oficjalna strona wydawcy: inrock.pl
Udostępnij:

8 października 2021

Carcass – Torn Arteries [2021]

Carcass - Torn Arteries recenzja okładka review coverPowrót Carcass, zgodnie z moimi oczekiwaniami, okazał się porażką. „Surgical Steel” to materiał odpychający, pokraczny, posklejany bez ładu i składu z niepasujących do siebie elementów i w dodatku żerujący na sentymentach. Co gorsza, również zgodnie z moimi oczekiwaniami, zdobył spore uznanie i niektórzy do dziś do niego wzdychają niczym do jakiegoś objawienia. Dzięki temu Anglicy poczuli, że mogą bez wysiłku doić legendę i robić sobie jaj ze starych fanów, jednocześnie tracąc ich szacunek – o czym dobitnie świadczy kloaczny poziom obu wydanych później epek. Przykro się na to patrzy, bo rzecz dotyczy zespołu, który przez długie lata zaliczałem do tych naj-naj-najbardziej ulubionych.

OK, skoro już dałem upust mojej niechęci do tego, co Carcass robią od kilku lat, to teraz czas na nagły zwrot akcji. Po dwóch tygodniach intensywnego słuchania Torn Arteries doszedłem do zaskakującego (dla siebie) wniosku, że ta płyta… daje radę! Oczywiście oczekiwania miałem niskie, naprawdę bardzo niskie, co jednak nie znaczy, że byłbym skłonny łyknąć cokolwiek. Czyżby zatem Anglicy dla odmiany przyłożyli się do komponowania i stworzyli akceptowalny materiał? Na to wychodzi. Opisywany album to wypadkowa pomysłów a’la „Heartwork” i „Swansong” doprawiona co lepszymi (czyli tymi nowoczesnymi) zagrywkami z poprzednika i sporą dawką agresywnego thrash’owego riffowania (kojarzy się z Kreatorem z paru ostatnich płyt) – nic specjalnie zaskakującego, ale na pewno całość została znacznie lepiej — albo w ogóle — przemyślana niż ostatni longplej. Choć nie idealny, materiał jest całkiem sensownie poskładany, dość spójny wewnętrznie, przyzwoicie zbalansowany i zawiera mniej stylistycznych kontrastów (zwłaszcza tych absurdalnych). Ponadto na Torn Arteries ciekawiej wypadają również wokale, bo oprócz jak zwykle świetnego wrzasku Walkera, pojawia się trochę wzruszających bulgotów Steera.

Gdy dobrze się wsłuchać w Torn Arteries, okazuje się, że — o dziwo! — wśród utworów nie ma ewidentnych słabizn i gówna nie do przejścia. Nawet te mniej udane kawałki („Dance Of Ixtab (Psychopomp & Circumstance March No.1 in B)”, „Eleanor Rigor Mortis”, „Wake Up And Smell The Carcass / Caveat Emptor”, „The Scythe’s Remorseless Swing”) mogą liczyć na wyrozumiałość, bo ogólnie nie jest aż tak źle, jak się zapowiadało – głównie dzięki wspomnianej już spójności. Mnie najlepiej weszły za to „The Devil Rides Out”, „Kelly’s Meat Emporium” i „Torn Arteries”, czyli numery relatywnie brutalne, a przy tym chwytliwe prawie jak za starych dobrych czasów. Co istotne, to właśnie w nich najmocniej daje się wyczuć powiew świeżości i bardziej przyszłościowe podejście do deathmetalowej materii. Ciekawym przypadkiem jest „Flesh Ripping Sonic Torment Limited”, bo to aktualnie najdłuższy numer w historii Carcass – zespół pozwolił sobie na kilka rozbudowanych ponad normę, może nawet ambitnych partii instrumentalnych, ale aranżacyjne szwy widać w nim aż nazbyt wyraźnie. Przynajmniej nie nudzi.

Duży plus należy się Carcass za to jak wyprodukowali Torn Arteries. W porównaniu z poprzednim krążkiem brzmienie jest pełniejsze, bardziej nasycone, cięższe i na szczęście już nie tak sterylne. Ponadto fajna jest okładka (autorstwa Zbigniewa Bielaka) i cały koncept stojący za oprawą graficzną (choć negatywnie wpływa na czytelność tekstów), ale dla właściwego efektu przydałby się lepszy papier, bo akurat na nim Nuclear Blast przyoszczędzili.

Pisanie pochwał pod adresem Carcass przychodzi mi z pewnym trudem, ciągle też liczę na ostateczne rozwiązanie zespołu, ale muszę uczciwie i trochę wbrew sobie przyznać, że Torn Arteries wchodzi mi nadspodziewanie dobrze. Jednocześnie mam świadomość, że po „miesiącu miodowym” płyta trafi na półkę, a ja wrócę do odgrzewania staroci. W każdym razie jeśli chcecie dać Anglikom ostatnią szansę – może już nie być lepszej okazji.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/OfficialCarcass

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

26 września 2021

Rude – Outer Reaches [2021]

Rude – Outer Reaches recenzja okładka review coverOpisywana właśnie epka była ponoć zapowiadana zaraz po premierze „Remnants…”. Mnie ta informacja chyba umknęła albo po prostu bardziej skupiłem się na jojeczniu założyciela Rude, który nie zdobył zakładanego rozgłosu i nosił się z rozwiązaniem kapeli. Co by się jednak w międzyczasie nie działo, Yusef Wallace przezwyciężył kryzys twórczo-egzystencjalny i 2020 roku wraz z kolegami nagrał sześć kawałków, które właśnie ukazały się pod tytułem Outer Reaches. Czy to te same utwory, o których była mowa w 2017, czy może nowe – tego się nie doczytałem.

Okładka w stylu komiksowego sci-fi poniekąd sugeruje kosmosy również w muzyce, co nawet ma jakiś sens – wszak już w „Children Of Atom” z „Remnants…” pojawiły się ciekawe „okołosphere’owskie” odloty, więc nic nie stało na przeszkodzie, żeby je teraz kontynuować. Prawda? Nieprawda! Pierwotne brzmienie materiału szybko sprowadza słuchacza na ziemię, a nawet pod – bo taki dźwięk kojarzy mi się z nagraniami z próby poczynionymi w piwnicy jakiejś spółdzielni mieszkaniowej w Dąbrowie Górniczej. To pierwsze zaskoczenie. Drugie dotyczy stylu Rude – zespół zrobił wyraźny krok wstecz i w rezultacie nowe utwory są prostsze i wolniejsze (blasty zredukowano do minimum), a przy tym bardziej bezpośrednie i surowe od tych, jakie znamy z dwóch pierwszych krążków. To taki grubo ciosany oldskulowy death metal bez znaczących urozmaiceń i dbałości o detale – coś, co niejako stoi w opozycji do podejścia Skeletal Remains, Morfin czy nawet Gruesome. Oczywiście od razu pojawia się pytanie, czy ta ogólna niechlujność Outer Reaches to w pełni świadomy i zamierzony efekt czy raczej wynik pośpiechu i braku funduszy – obojętnie jaka jest prawda, zespół pewnie bez trudu dorobi sobie do tego jakąś ideologię.

Skoro z grubsza wiadomo, co się zmieniło u Rude, pozostaje jeszcze kwestia, jak Amerykanie odnajdują się w takim graniu, które, nie oszukujmy się, nie wymaga nawet połowy ich technicznego potencjału. Ano odnajdują się bardzo dobrze – na luzie i bez wysiłku, dzięki czemu całość brzmi całkiem naturalnie. W tym przekonaniu utwierdza mnie odbiór tych sześciu kawałków (w tym dwóch sensownych instrumentali), bo słucha się ich… na luzie i bez wysiłku. Tylko czy taka muzyka przysporzy kapeli upragnionego rozgłosu – to akurat mało prawdopodobne.


ocena: -
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Rude/391039200987363

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

19 września 2021

Obsidian Mantra – Minds Led Astray [2020]

Obsidian Mantra - Minds Led Astray recenzja okładka review coverNie jestem specem od marketingu i Kotlera kojarzę jedynie z nazwiska, aaale wydaje mi się, Obsidian Mantra powinni zaniechać używania etykiety „progressive death metal” do opisu swojej muzyki. Wiecie, to się jakoś tak źle kojarzy… Tym bardziej, że Minds Led Astray” nie ma nic wspólnego z rozmemłanym pitolonkiem, jałową trzepanką, wesołymi melodyjkami i udziwnianiem wszystkiego na siłę. Jednocześnie absolutnie nie można wrzucić zespołu do szuflady z „typowym polskim death metalem”, bo i takiej charakterystyce kapela całkiem zgrabnie się wymyka. Czyżby zatem Obsidian Mantra to twór oryginalny?

Ano nie, droga do tego daleka, co nie zmienia faktu, że zespół stara się podejść do gatunku po swojemu – korzystając z mniej popularnych/oczywistych patentów i nie odwołując się do banalnych zagrywek. Obsidian Mantra ani nie forsują tempa (wszelkie przyspieszenia to raczej dodatek) ani nie proponują wyjątkowo zakręconych struktur; stawiają za to na specyficzny nastrój i wgniatający, niemal djentowy ciężar. A brutalni są przy okazji. Baza muzyki wywodzi się jednoznacznie z death metalu, jednak już jej nadbudowa jest uzupełniona wieloma obcymi wpływami, zwłaszcza czarnej materii, co przekłada się na dużo niestandardowego riffowania oraz mnogość dźwięków dziwnych i niepokojących, które drażnią uszy z głębszych warstw. Tu brawa dla zespołu, bo chłopaki nie wyręczyli się klawiszami i wszystko — z pominięciem dwóch krótkich instrumentali — wycisnęli z gitar. Dzięki temu całość jest należycie spójna, brzmi naturalnie (bo i realizacja trzyma dobry poziom), a ze względu na bogactwo faktur jest wewnętrznie urozmaicona.

Jedyny problem z takim graniem polega na jego mizernym potencjalne komercyjnym. „Minds Led Astray” to na swoje nieszczęście materiał, nad którym trzeba przysiąść, skupić się, a niekiedy nawet pogłówkować. Owszem, tu i ówdzie trafia się fragment z chwytliwym riffem czy bardziej nośnym groovem, ale to nie to samo, co radosne patataj, czyż nie? Rozpracowywanie takiego albumu daje sporo satysfakcji, jednak nie każdy słuchacz będzie miał dość ciekawości/samozaparcia, by przebić się przez jego pozorną nieprzystępność. W związku z powyższym Obsidian Mantra niejako skazują się na brak sukcesów i działalność poza głównym nurtem, podobnie jak Dormant Ordeal, Symbolical, Nomad czy Redemptor.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ObsidianMantra
Udostępnij:

12 września 2021

Beneath – Ephemeris [2017]

Beneath - Ephemeris recenzja okładka review coverTrzy lata przerwy, drobna korekta składu i… większa korekta w muzyce. Islandczycy trochę niespodziewanie odeszli od stylu dwóch poprzednich płyt i przerzucili się na granie odrobinę nowocześniejsze: bardziej mechaniczne, chłodne, podporządkowane rytmowi i w większym stopniu techniczne. Pomimo iż nie zrezygnowali ze wszystkich wykorzystywanych wcześniej przez siebie patentów, na pewno nie można uznać Ephemeris za oczywistą i bezpośrednią kontynuację „Enslaved By Fear” i „The Barren Throne”. Trzeci album Beneath to materiał mocniej skondensowany, nastawiony na uderzenie i przytłoczenie słuchacza.

Należy docenić zespół za to, że miał dość odwagi, by wyjść poza wypracowane wcześniej schematy i nieco inaczej podejść do konstruowania utworów – by były możliwie zwarte, treściwe i nie zawierały (zbyt wielu) rozpraszających przeszkadzajek. Ponadto niezmiernie mnie cieszy, że Islandczycy poszli po rozum do głowy i przestali rozbudowywać aranżacje ponad miarę i swoje możliwości; na Ephemeris dłużyzn i zapychaczy jest naprawdę niewiele, dzięki czemu całość jest o kwadrans krótsza od poprzedniego krążka, a przez to wchodzi lepiej. Niestety, Beneath wciąż nie do końca radzą sobie z ogarnięciem zwolnień i partii, które mają „robić klimat”. W ich wykonaniu niespecjalnie to rajcuje – takie fragmenty wydają się być nie na miejscu, wręcz dołożone na siłę. Jeśli o mnie chodzi, mogą z tego zupełnie zrezygnować i skupić się wyłącznie na szybkim, brutalnym i opartym na dość chwytliwych riffach graniu, bo to im wychodzi najlepiej.

Mniejsze lub większe zmiany w stylu Beneath nie ominęły i wokali, jednak w przeciwieństwie do muzyki, w kwestii odgłosów paszczą jedynie na minus. Wokalista jest ten sam, co ostatnio, jednak z jakiegoś tajemniczego powodu postanowił ograniczyć się do jednostajnych i bezbarwnych pomruków. Zero dynamiki, zero wyrazistości, zero ekspresji, a i prawdziwej głębi — co po części może być również winą produkcji — brakuje. Na czym to polega, że na „The Barren Throne” wokale mogły być urozmaicone, a na Ephemeris już nie – ot zagadka.

Ostatnią rzeczą, na którą chciałbym zwrócić uwagę, jest brzmienie. Zespół sięgnął głębiej do kieszeni i skorzystał z usług mainstreamowego producenta Fredrika Nordströma, który spisał się no… nieźle, po prostu nieźle. Jak dla mnie Szwed nie do końca odnajduje się w aż tak brutalnej muzyce (bo i nie ma z nią wielkiego doświadczenia) i nie wszystko potrafi należycie uwypuklić. Dźwięk jest mocno skomasowany na zasadzie „ustawimy wszystko głośno i będzie git”, więc niuansów (zwłaszcza gitarowych) trzeba się doszukiwać na własną rękę.

Beneath chcą się zmieniać, iść do przodu i to się chwali. Na mnie stopniowo robią coraz lepsze wrażenie, ale mam przeczucie, że minie jeszcze sporo czasu, zanim będą wymieniani obok Björk jako główne towary eksportowe islandzkiej kultury. No i nie ukrywam, że bardziej przemawiają do mnie Ophidian I.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.beneath.is

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

3 września 2021

Burial In The Sky – The Consumed Self [2021]

Burial In The Sky - The Consumed Self recenzja okładka review coverLudzka pamięć bywa zawodna, zwłaszcza moja, ale akurat w przypadku Burial In The Sky dość szybko skojarzyłem, że już kiedyś miałem styczność z tym zespołem i że zupełnie nie trafił w mój gust. W związku z tym przezornie odkładałem przesłuchanie The Consumed Self ile się tylko dało, bo — proszę o zrozumienie — nie ciągnie mnie do nieskładnego pitolenia. Pierwszy kawałek, rozbudowane intro z pseudoklimatycznym brandzlowaniem i mizernym czystym wokalem, potwierdził moją opinię o muzyce kapeli – to jest odpychające. Drugi numer już nieco mi zamieszał, a trzeci sprawił, że zacząłem się temu wnikliwie przysłuchiwać… Czyżby nagle wyszli na ludzi?

Nawet jeśli na The Consumed Self nie do końca wszystko im wyszło, to trzeba przyznać, że w ciągu trzech lat Amerykanie zrobili naprawdę duże postępy i poprawili się właściwie na każdej płaszczyźnie, a przy okazji dość wyraźnie określili kierunek rozwoju. Mamy zatem do czynienia z nowoczesnym progresywnym death metalem z rozbudowanymi (niekiedy aż za bardzo – o czym później) aranżacjami, mnóstwem zmian tempa i nastroju, wieloma technicznymi urozmaiceniami i zróżnicowanymi wokalami. Całość jest znacznie bardziej spójna i dopracowana niż poprzedni materiał, który również był ambitny (przynajmniej w założeniach), ale kompletnie niedorobiony od strony kompozytorskiej i do tego topornie wykonany. Poza tym poprawę można odnotować w kwestii brzmienia i produkcji, które tym razem znacząco lepiej dopasowano do stylu zespołu.

Wszystkie wspomniane zmiany oraz, co ważne, zagęszczenie i uwypuklenie partii saksofonu jednoznacznie świadczą o ogromnym wpływie „Where Owls Know My Name” na podejście Burial In The Sky do pisania własnej muzyki. Amerykanie to i owo mogli podpatrzeć bezpośrednio u źródeł — wszak to Zach Strouse nagrywał saksofon dla Rivers Of Nihil — więc starali się zaadaptować niektóre patenty na potrzeby The Consumed Self; z różnym skutkiem. Czyste wokale? A owszem, są, tylko strasznie nierówne, niestety z przewagą tych słabych. Aranżacyjny rozmach? No tak, tylko nie zawsze użyte elementy pasują do siebie tak, jak powinny; niektóre służą chyba tylko temu, żeby nabijać licznik minut. I właśnie, długości The Consumed Self – album trwa niemal godzinę i to już jest lekka przesada. Dobrym rozwiązaniem byłoby wycięcie około kwadransa progresywnych smętów i przesadnego kombinowania (czyli przede wszystkim „Anatomy Of Us”) – całość stałaby się bardziej zwarta i komunikatywna.

Wraz z kolejnymi przesłuchaniami The Consumed Self utwierdza w przekonaniu, że Burial In The Sky bardzo by chcieli być jak Rivers Of Nihil i trochę jak Fallujah. I robią sporo, żeby ich w ten sposób postrzegano, jednak na razie brzmią jak uboższa wersja swoich znanych kolegów. Amerykanie wygrzebali się z poziomu bagna poprzednich płyt i awansowali do kategorii zespołów słuchalnych, ale czy wybiją się wyżej – to zależy, czy starczy im talentu i pieniędzy.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/burialinthesky

podobne płyty:


Udostępnij:

25 sierpnia 2021

Ominous Ruin – Amidst Voices That Echo In Stone [2021]

Ominous Ruin - Amidst Voices That Echo In Stone recenzja okładka review coverOminous Ruin to jedni z wieeelu przedstawicieli technicznego death metalu z Kalifornii, a ich debiutancki Amidst Voices That Echo In Stone przynosi trzy kwadranse dokładnie takiej muzyki, jakiej można (należy!) się spodziewać po zespołach z zachodniego wybrzeża USA. Nie da się ukryć, że tamtejsze kapele wypracowały sobie bardzo charakterystyczne patenty na granie i trzymają się ich na tyle kurczowo, że swoje pochodzenie zdradzają po kilku sekundach odsłuchu. Z Ominous Ruin jest podobnie, chociaż akurat sam zespół ma na ten temat nieco inne zdanie. Stąd też zanim przejdę do opisu moich wrażeń, pierwej odniosę się do tego, co chłopaki sami mają o sobie do powiedzenia.

Po pierwsze i chyba najważniejsze, Amidst Voices That Echo In Stone rzekomo ma być powiewem świeżego powietrza na scenie technicznego death metalu. [miejsce, żeby się pobrechtać] Tego… Gają tak, jak się gra w Kalifornii, a wpływy Deeds Of Flesh, Odious Mortem, Severed Savior, Arkaik, Continuum, Inanimate Existence, Decrepit Birth czy bardziej egzotycznego Spawn Of Possession są w ich muzyce wszechobecne. Niezależnie od górnolotnych deklaracji, Ominous Ruin w żaden sposób nie próbują rewolucjonizować tego stylu ani też wprowadzać do niego czegoś od siebie. Przynajmniej ja nie usłyszałem na krążku niczego, czego bym nie znał z twórczości wieeelu innych kapel. Po drugie, Amerykanom uroiło się, że wokale Adama Rosado są wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju. [miejsce, żeby się pobrechtać, znowu] Cóż, wokale jak wokale. Wiochy nie ma, ale żeby od razu miały zwracać uwagę czymś szczególnym? No nie, nieee… Poza tym trochę dziwne wydaje mi się częste podkreślanie przez zespół, że korzystają z 8-stunowych gitar i 6-strunowego basu – jakby nie byli przekonani, że to wszystko słychać na płycie. I prawdę mówiąc – tych dodatkowych strun właśnie nie słychać, bo ogólnie Ominous Ruin nie zapędzają się zbytnio w niższe rejestry i raczej stronią od djentu. Co do basu – ten po prostu bywa obecny; to absolutnie nie ta intensywność co u Beyond Creation czy Obscura.

Jak łatwo wywnioskować z powyższego akapitu, Amidst Voices That Echo In Stone nie ma w zasadzie nic wspólnego z oryginalnością czy nowatorstwem. Ale to akurat nie stanowi dla mnie problemu, bo to naprawdę bardzo dobry i znakomicie zagrany materiał. Ominous Ruin w niczym nie ustępują bardziej znanym kolegom – tak jeśli chodzi o umiejętności techniczno-kompozytorskie (sesyjnie za garami zasiadł znany z Fallujah Andrew Baird), poziom brutalności, jak i produkcję albumu. Dziesięć lat zbierania doświadczeń zaowocowało w pełni przekonującymi utworami, spośród których każdy wyróżnia się jakimiś ciekawymi zagrywkami i naprawdę dużą dynamiką – jest szybko, efektownie i bez popadania w progresję. Napisałbym, że nie ma tu miejsca na przestoje, ale niestety do paru kawałków doklejono nawet po kilkadziesiąt sekund „nica” (zwłaszcza w numerze tytułowym), więc całość nieco straciła na płynności.

Amidst Voices That Echo In Stone mogę śmiało polecić wielbicielom wszystkich wymienionych na początku kapel – znajdą tu dokładnie to, co lubią. Krążek nie zawiedzie także fanów szeroko pojętego nowoczesnego death metalu z Ameryki (szczególnie tego z Willowtip i złotego okresu Unique Leader) – Ominous Ruin grzeją, że mucha nie siada. A jak siada, to zaraz zdycha.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/OminousRuin
Udostępnij:

20 sierpnia 2021

Cannibal Corpse – Violence Unimagined [2021]

Cannibal Corpse - Violence Unimagined recenzja okładka review coverGdyby złośliwie uznać, że na „Red Before Black” Kanibalom noga się powinęła, że zaliczyli spadek formy i ogólnie cusik im nie wyszło, to wtedy Violence Unimagined można traktować jako rehabilitację zespołu. Gdyby. Bo nie ma potrzeby, by sztucznie podnosić wartość nowej płyty – broni się sama. Na poprzednim krążku zabrakło jedynie powiewu świeżości, natomiast na Violence Unimagined jest jej pod dostatkiem, co w głównej mierze ma związek z wymuszoną przez amerykański wymiar (nie)sprawiedliwości zmianą w składzie. Wieloletniego gitarzystę Pata O'Briena zastąpił Erik Rutan, z którym panowie znają się jak łyse konie, więc przypuszczalnie do nagrań mogli przystąpić z marszu.

Nie chciałbym, żeby ta recka zamieniła się w hymn pochwalny ku czci Rutana, ale nie da się ukryć, że jego wkład w piętnasty (dżizasie!) album Cannibal Corpse jest dość znaczący. Z roli producenta wywiązał się jak zwykle znakomicie, mimo iż w studiu nie wykręcił niczego spektakularnego czy wykraczającego ponad kanibalistyczne standardy. Trzeba mieć jednak na uwadze, że tym razem miał dużo trudniej, bo musiał zachować chłodne podejście do procesu nagrań i pilnować się, by w jakiejś kwestii nie przedobrzyć. To raz. Dwa jest takie, że Rutan nie przyszedł do zespołu tylko po to, żeby pozować do zdjęć; dorzucił od siebie aż trzy utwory wraz z tekstami – z jednej strony gładko wpasował je w styl kapeli (spójność ponad wszystko), a z drugiej przemycił w nich kilka zupełnie nietypowych dla kolegów riffów i technicznych zagrywek. Jest jeszcze trzy – solówki. Okazuje się, że popisy Rutana (w skali płyty większość wyszła spod jego palców!) doskonale pasują do stylu Cannibal Corpse i przy okazji wzbogacają go o charakterystyczne melodie. Stwierdziłbym nawet, że wydają się tym czymś, czego w muzyce Amerykanów zawsze brakowało.

Na jednym gitarzyście zajebistość Violence Unimagined jednakże się nie kończy, bo cały skład pokazał się z naprawdę bardzo dobrej strony i na pewno nie można nikomu zarzucić opierdalania się tudzież problemów z kreatywnością. Weźmy taki „Surround, Kill, Devour” — jeden z najlepszych na krążku — który ma idealny do młynka groove i jest tak skoczny, że powinien się świetnie sprawdzać na żywo. Innym hajlajtem jest „Inhumane Harvest” z masakrycznym zwolnieniem w połowie i fajną zmyłką, kiedy po pierwszej solówce powinno być przyspieszenie, a oni dalej uskuteczniają mielonkę. Warto również zwrócić uwagę na wypakowany solówkami „Bound And Burned”, bo o ile kojarzę wcześniej Cannibal Corpse na aż takie szaleństwa sobie nie pozwalali – spróbowali i było warto. Poza tym na płycie mamy więcej niż ostatnio (a może i kiedykolwiek) bezpośrednio chwytliwych riffów oraz wolniejszych, „nastrojowych” fragmentów, kiedy bas wychodzi na powierzchnię (jak w „Follow The Blood” czy „Overtorture”). Stanowią one niezły kontrast dla paru dłuższych partii z gęstą nawalanką (w „Inhumane Harvest” i „Ritual Annihilation”) – chyba właśnie to miał na myśli Mazurkiewicz, kiedy przekonywał, że Violence Unimagined to dla niego najbardziej jak dotąd wymagający materiał.

Album mogę podsumować tylko w jeden sposób. Cannibal Corpse potwierdzili, że w lidze oldbojów/długodystansowców (jak zwał, tak zwał) nie mają sobie równych i ciągle nie brakuje im pomysłów ani motywacji do grania na najwyższym poziomie. A z młodymi nie muszą się liczyć. Rispekt!


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.cannibalcorpse.net

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

12 sierpnia 2021

Ika Johannesson, Jon Jefferson Klingberg – Krew ogień śmierć. Historia szwedzkiego metalu [2015]

Ika Johannesson, Jon Jefferson Klingberg - Krew ogień śmierć. Historia szwedzkiego metalu recenzja okładka review coverIka Johannesson i Jon Jefferson Klingberg podjęli się ambitnej próby opisania historii i fenomenu szwedzkiego metalu i za to na pewno należą im się pochwały, ale… dokonali tego na niewielu ponad 300 stronach, co jak na tak rozległy temat jest dość skromną objętością. Siłą rzeczy autorzy Krew ogień śmierć całe zagadnienie potraktowali powierzchownie, bez wchodzenia w szczegóły (zwłaszcza tam, gdzie to najbardziej wskazane), a skupili się raczej na tych zjawiskach, które mają szansę zainteresować ludzi spoza metalowych kręgów: skandalach i sensacjach. Stąd też poziom książki jest nierówny, bo obok naprawdę ciekawych rozdziałów z wartościowymi informacjami pojawiają się i takie, które wyglądają jak wycięte z drugiej strony jakiegoś tabloidu tudzież gazetki szkolnej.

Autorzy nie starali się trzymać w książce jakiejkolwiek chronologii, więc czegoś o absolutnych początkach ciężkiej muzyki na szwedzkiej ziemi dowiadujemy się dopiero po kilkudziesięciu stronach lektury. Piszę „czegoś”, bo jeśli spodziewacie się szczegółowych kronik z przełomu lat 70. i 80. ubiegłego wieku, to wiele z tego rozdziału nie wyniesiecie. Ja rozumiem, że nie każda kapela z tamtych lat zapisała się złotymi zgłoskami w historii muzyki, jednak można było się pokusić o szersze opisy paru przedstawicieli pokolenia wikingów z Heavy Load. Nawet kultowemu Candlemass poświęcono najwyżej dwa zdania… Podoba mi się za to, że fajnie zarysowano tło społeczne i różnice w zainteresowaniach muzycznych młodych ludzi w zależności od ich pochodzenia – coś, co będzie jeszcze wyraźniejsze w czasie rozkwitu death metalu. Temat początków metalu w Szwecji zamyka osobny rozdział o Bathory, który w dużej mierze oparto na rozmowach z ojcem Quorthona. Wszystkie zawarte tu informacje pochodzą z wiarygodnego źródła, więc to doskonała okazja, żeby sobie uzupełnić wiedzę o mózgu Bathory; tym bardziej, że jest tu sporo ciekawostek, których nie znajdziecie w innych publikacjach – choćby z okresu dzieciństwa Thomasa. Jak dla mnie to jeden z dwóch najciekawszych rozdziałów książki.

Ledwie kilkanaście stron poświęcono rozkwitowi, supremacji i upadkowi szwedzkiego death metalu. Mam świadomość, że ten nurt to tylko część większego zjawiska, ale skrótowość tych opisów woła o pomstę do Sztokholmu. Pada tutaj kilka nazw kapel, kilka nazwisk, jakieś powszechnie znane anegdoty i w zasadzie tyle. Cała wiedza, jaką wyniesie z tej części gospodyni domowa — bo nie wiem, do kogo innego to może być skierowane — sprowadza się do tego, że Nicke Andersson i że Entombed. Swoją drogą Entombed powraca później w osobnym rozdziale, który jest czymś na kształt relacji/reportażu z jednego dnia z trasy, kiedy grali jako support Amon Amarth. Ponownie nie dowiadujemy się niczego konkretnego (piją, śpią, noszą własne graty – po prostu szok i niedowierzanie), więc ten fragment można traktować jako zapchajdziurę. Znacznie mocniej autorzy przyłożyli się do tematu black metalu, bo sensacje + kontrowersje = zainteresowanie czytelnika; już pal licho, że ponad połowa materiału dotyczy Norwegii – sceny obu krajów mocno się tutaj przenikały, więc można im wybaczyć te dygresje. Dostajemy tu skrótowo opisany black metalowy kanon: Euronymous, Vikernes, kółka wzajemnej adoracji, walka o wpływy, popularność i kasę, pogróżki, podpalenia, morderstwa i robienie „kultu”. I szmatowate zachowanie Fenriza w stosunku do muzyków Entombed. Poza tym Ika i Jon zadali sobie trochę trudu, żeby w miarę obiektywnie przybliżyć postać Deada i rzucić trochę światła na jego „pozazespołowy” wizerunek. Szczególnie dużo można się dowiedzieć z rozmów z jego bratem, bo koledzy z Morbid i Mayhem głównie powtarzają znane od dawna historie, choć i z nich da się co nieco wyłuskać. Rozdziały dotyczące muzyki ekstremalnej mogę podsumować słowami mojej polonistki z liceum: ogólniki, ogólniki, ogólniki. Zatem jeśli chcecie czegoś więcej, sięgnijcie po „Szwedzki death metal” Daniela Ekeroth’a i „Black metal. Ewolucja kultu” Dayala Pattersona.

Ozdobą Krew ogień śmierć jest rozdział dotyczący Dissection, mimo iż napisano go bardziej ze względu na przeszłość Jona Nödtveidta niż muzykę. Autorzy z bliska relacjonują powrót zespołu, przygotowania do tras oraz nagrań, a przy okazji starają się także wyciągnąć od muzyków jak najwięcej informacji o ich podejściu do grania, ideologii i otoczce, która im towarzyszy. Czyta się to z dużym zainteresowaniem, bo Nödtveidt, choć oszczędnie w słowa, spokojnie i na chłodno wyjaśnia jaki jest i do czego dąży. A w tym, co robił, był autentyczny do samego końca. I właśnie do tej książki udzielił ostatniego wywiadu przed śmiercią. Przeciwieństwem Jona jest opisany później Niklas Kvarforth (rozdział „Lekcja samobójstwa”), który nie ma ręki do muzyki, ale za to ma dużo do powiedzenia, choć to, co mówi, sprowadza się do narkomańskiego bełkotu i kompletnych kretynizmów. Jak to oceniła jego znajoma: na pokaz i dla efektu. Trzynastolatki, drżyjcie! Galerię postaci ekstremalnych zamyka Erik Danielsson z Watain, który dzielnie podtrzymuje ideały blackowego dualizmu: jeśli my coś robimy, to kult; jeśli inni coś robią, to komercha. Swoją drogą trzeba przyznać, że ogromy sukces zespołu zupełnie go nie zmienił i w wywiadach pierdoli te same głupoty, co piętnaście lat wcześniej – ale na to przymykam oko, bo przynajmniej Watain potrafi zadbać o muzykę.

Krew ogień śmierć uzupełniono jeszcze kilkoma rozdziałami, spośród których tylko te o mediach, pieniądzach i pociesznych bliźniakach z Nifelheim coś wnoszą, bo pozostałe — metal i naziole, metal i kobiety (z jakiegoś powodu jest tu Gaahl i jego coming out…), odrodzenie wąsatego heavy metalu — wrzucono chyba tylko po to, żeby były, a autorzy mogli o sobie powiedzieć, że podeszli do zjawiska z każdej strony. Pomimo mojej krytyki i dość średniego warsztatu Iki i Jona, książka wypada całkiem nieźle jako wprowadzenie do tematu i dla młodszych słuchaczy powinna być punktem wyjścia do dalszych poszukiwań. Mnie po jej przeczytaniu chyba najbardziej uderzył ogromny wpływ KISS na szwedzkich hardrockowców, bo o Amerykanach wspominają prawie wszyscy przepytywani ze swoich inspiracji.


demo
oficjalna strona wydawcy: www.kagra.com.pl
Udostępnij:

8 sierpnia 2021

Ghastly – Mercurial Passages [2021]

Ghastly - Mercurial Passages recenzja okładka review coverNie znam debiutu tego zespołu, ale już wydana trzy lata temu „dwójka” zwróciła moją uwagę specyficzną okładką i takim nie do końca oczywistym podejściem do death metalowej materii. Z jednej strony było to granie brudne i pierwotne, z drugiej zaś Finowie wzbogacili je paroma dość ambitnymi rozwiązaniami, które na pierwszy rzut ucha niekoniecznie pasowały do całości, a sprawdziły się całkiem nieźle. Po kilkudziesięciu sesjach z „Mercurial Passages” mogę śmiało stwierdzić, że wraz z upływem czasu muzyka Ghastly nabiera kolorów, wyrazistości i rozwija się w naprawdę ciekawym kierunku.

Fundament brzmienia Finów stanowi mieszanka wpływów najwcześniejszych surowych nagrań Autopsy czy Death z tym, z czego zasłynęli ongiś rodacy Ghastly z Purtenance i Demigod oraz gitarowego piłowania typowego dla Sztokholmu i okolic. Innymi słowy jest w tym pierwotna moc, brzydota i ciężar, ale również charakterystyczne melodie i sporo intrygującego klimatu, który niekiedy przebija się na pierwszy plan. Tę klasycznie death metalową jazdę muzycy Ghastly coraz chętniej uzupełniają rozbudowanymi strukturami (jak w „Dawnless Dreams” i „Mirror Horizon”) oraz spokojniejszymi partiami o bardziej progresywnym zabarwieniu, które nie tylko dają chwilę oddechu od mielonki, ale przede wszystkim wprowadzają do utworów niepokojący nastrój. Podobne pomysły na wyjście poza schemat można znaleźć na „przełomowych” płytach Tribulation, Morbus Chron i Horrendous, przy czym z tymi ostatnimi Finowie mają chyba najwięcej wspólnego.

Na „Mercurial Passages” Ghastly proponują sporo dość wysublimowanego grania i chociaż nie ma ono nic wspólnego z techniczną ekwilibrystyką ani wybitnie skomplikowanymi aranżacjami, wymaga skupienia i paru wnikliwych przesłuchań. Nadrzędny, jednoznacznie death metalowy styl zespołu oraz daleka od krystalicznej produkcja (jakkolwiek krążek i tak brzmi mniej piwnicznie od poprzedniego) sprawiają, że można łatwo przeoczyć niektóre niuanse, które sprytnie poupychano między najbardziej typowymi dla gatunku patentami. W każdym razie album jest znacznie bardziej urozmaicony, niż to się początkowo wydaje.

Biorąc pod uwagę fakt, że za całość muzyki (kompozytorsko i wykonawczo) odpowiada w Ghastly tylko jeden człowiek, bardzo interesujące będą dalsze losy tego zespołu. Na Mercurial Passages daje się odczuć, że Ian J. D'Waters nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, ale trudno zgadywać, w jakim kierunku podąży – czy wytrwa przy mocnym graniu, czy też, wzorem wspomnianych wyżej młodych kapel, niedługo ucieknie w lajtowe i progresywne dźwięki. Obie opcje wydają się prawdopodobne i obu z ciekawością posłucham.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ghastlydeathmetal
Udostępnij:

31 lipca 2021

Grave Miasma – Abyss Of Wrathful Deities [2021]

Grave Miasma - Abyss Of Wrathful Deities recenzja okładka review coverObstrukcja bardzo! Aż ośmiu lat potrzebowali muzycy Grave Miasma, żeby wreszcie wydusić z siebie następcę gorąco przyjętego debiutu. I chociaż w międzyczasie „jakieś coś” się u nich działo — epka i zmiany w składzie — to można było mieć pewne obawy, co do kreatywności i przyszłości zespołu. Jednocześnie, niezależnie od wszystkiego, niebezpiecznie rosły wymagania w stosunku do ewentualnego następcy „Odori Sepulcrorum”, bo na tamtym albumie Anglicy zawiesili sobie poprzeczkę naprawdę wysoko, więc każdy fan obleśnego death metalu chciałby więcej takiego grania. Tylko może podanego trochę inaczej…

Czy wobec powyższego „Abyss Of Wrathful Deities” miał szansę przebić debiut i zaspokoić rozbuchane oczekiwania słuchaczy? Nie sądzę. I raczej nie ma to nic wspólnego z poziomem samej muzyki, a z wcześniejszymi wyobrażeniami na jej temat. Z jednej strony chciano czegoś nowego i zaskakującego, z drugiej zaś, żeby zbytnio nie odbiegała od „Odori Sepulcrorum” – pogodzić się tego nie da(ło), mimo to krążek brzmi, jakby Grave Miasma próbowali. No i cóż, zważywszy na to, w jak hermetycznej stylistyce się obracają, Anglicy stworzyli materiał nieco inny, z inaczej rozłożonymi akcentami, choć wciąż mający dość punktów wspólnych z pierwszą płytą, żeby można było mówić o ciągłości. W mojej opinii rezultat jest co najmniej bardzo dobry, ale nie zdziwię się, gdy znajdą się i tacy, dla których zespół w pewnych kwestiach zwyczajnie dał dupy.

Pierwsze, co się rzuca w uszy, to fakt, że Abyss Of Wrathful Deities nie jest albumem tak surowym i ponurym jak debiut, jest natomiast bardziej zniuansowany i wyraźnie szybszy, jednak o ekstremalnych tempach nie ma tutaj mowy. Zespół uwypuklił groove (w tym taki w stylu klasycznego death metalu), wprowadził rozbudowane i ściśle zespojone ze strukturami partie solowe (fajnie podkreślają klimat i dynamikę utworów) oraz mocniej niż kiedykolwiek zarysował linie melodyczne. Ponadto Grave Miasma nagrali całość zadziwiająco czysto i przejrzyście, choć mogli znacznie, znacznie głośniej. Dzięki tym zabiegom płyta, która ma źródła w z założenia dość odpychającej stylistyce, jest bardzo przystępna i wchodzi bez najmniejszego problemu od pierwszego przesłuchania. Czy to dowód na dojrzałość kompozytorską czy raczej wymiękanie – oceńcie sobie sami. Jedno jest pewne – zespół już tak chętnie nie będzie wymieniany w jednym rzędzie z Dead Congregation i Cruciamentum.

Jak dla mnie, Grave Miasma za sprawą Abyss Of Wrathful Deities udowodnili, że nie stoją w miejscu, że mają jakiś pomysł na siebie i wcale nie muszą się ograniczać do wałkowania riffów pod Incantation. Nie szukałem na tej płycie nowej jakości ani eksperymentów, toteż nie mam tutaj specjalnych powodów do narzekań.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.gravemiasma.co.uk

Udostępnij:

18 lipca 2021

Degial – Death’s Striking Wings [2012]

Degial - Death’s Striking Wings recenzja okładka review coverSzwedzi zaczynali przygodę z muzyką jako Degial Of Embos, który to pogrzebali po zaledwie dwóch demówkach, by chwilę później wystartować od początku, już jako Degial. Trudno stwierdzić, co też się z chłopakami działo w tak zwanym międzyczasie, ale wywarło to na nich niezatarte wrażenie, bo zamienili trampki i niebieskie jeansy na skóry, łańcuchy i pasy amunicyjne. A w muzyce, no cóż… Death’s Striking Wings rozpoczyna się dość typowo i niewinnie, więc w pierwszych chwilach można posądzić chłopaków wyłącznie o fascynacje rodakami z Dissection, Sacramentum czy Necrophobic, ale z minuty na minutę materiał staje się coraz mniej oczywisty i nabiera fajnej wyrazistości.

Degial łoją pierwotny i surowo brzmiący death metal, w którym mieszają się wpływy amerykańskich protoplastów gatunku w postaci Possessed, Morbid Angel (najdalej do „Covenant”), Death (do „Scream Bloody Gore” i basta) czy Necrovore z bardziej melodyjnymi przedstawicielami szwedzkiej szkoły, których wymieniłem powyżej; przy czym w utworach zdecydowanie dominują inspiracje kapelami zza oceanu. Oczywiście tak poskładana muzyka jest zajebiście oklepana i nic nie wnosi do stylu jako takiego, aaale zagrano ją z odczuwalną pasją i zaangażowaniem, że budzi uznanie i po prostu musi się podobać. I chociaż Death’s Striking Wings charakteryzuje się większym pierdolnięciem niż większość wspomnianych klasyków, to wiernie odtwarza obskurną i przesyconą śmiercią atmosferę nagrań sprzed 20-25 lat i brzmi (za nagrania odpowiada ikona szwedzkiej sceny Fred Estby) w pełni autentycznie.

Z brakiem ogólnej oryginalności Death’s Striking Wings wiąże się pewien paradoks, bo z jednej strony można bez trudu wskazać, od kogo kolesie z Degial zapożyczyli sobie konkretny element, a z drugiej wcale nie ma wielu kapel, które by potrafiły w najdrobniejszych niuansach tak jednoznacznie i sprawnie nawiązać do klasyków. Weźmy na przykład „Serpent’s Tide” czy „Temple in Whirling Darkness”, w których pojawiają się riffy jakby żywcem wyjęte z „Seven Churches” – czegoś takiego nie słyszy się codziennie. Jeszcze ciekawiej wyglądają wpływy Morbid Angel, bo te z każdym kolejnym kawałkiem przebijają się coraz mocniej, by w połowie płyty przybrać absurdalne rozmiary. Niektóre utwory („Perpetual Fire” albo wolniejszy i bardziej rozbudowany „Death’s Striking Wings”) to niemalże medley’e polepione z przebojów Morbidów. Czy to źle? Nie przy tym poziomie wykonania i chwytliwości! Wcześniej na szwedzkiej ziemi chyba tylko Luciferion i Soulreaper tak wyraźnie inspirowali się Morbid Angel, przy czym ten drugi zespół był też personalnie powiązany z Dissection i Sacramentum…

Death’s Striking Wings to szybkie tempa, ostre riffowanie, solówkowe szarpidructwo i wściekłe darcie mordy (Pete Helmkamp z Angelcorpse się kłania), a to wszystko bez udziwnień, komplikowania na siłę i słodzenia, w dodatku zamknięte w błyskawicznie umykających 36 minutach. Jeśli tak podany death metal do was przemawia, to debiut Degial sprawi wam mnóstwo radości. Bardzo dobra płyta!


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/profile.php?id=100063464230015

podobne płyty:

Udostępnij: